Monthly Archives: Maj 2012

Prałat Opus Dei, bp Javier Echevarria wspomina Msze Św. odprawiane przez św. Josemaria Escriva . Fragmenty z książki „Wspomnienie o św. Josemaria Escrivie, założycielu Opus Dei. Rozmowa z bpem Javierem Echevarria prałatem Opus Dei”, Wyd. Księży Marianów, Warszawa 2006, s. 275-288.

– Dobrze byłoby z tych szczegółów dotyczących celebrowania Mszy świętej, wyłowić pewne wyjątkowo znamienne.

Jego słowa i gesty zawsze były naturalne, ukazywały jego wielką pobożność, spoza której przebijało zjednoczenie z Panem i wysiłek, aby podjąć łaskę.

Mszę rozpoczynał znakiem krzyża od stopni ołtarza, bez pośpiechu, zwracając się bezpośrednio do każdej z Trzech Osób Przenajświętszej Trójcy. Odmawiał Psalm XLII, Confiteor i Misereatur w poczuciu głębokiej skruchy. Wykorzystywał tę chwilę, aby podziękować Panu, który uobecnia Ofiarę Krzyża za pośrednictwem jego osoby i przekazuje mu swą energię i wieczną młodość, by mógł później podjąć dzieła przewyższające ludzkie siły. Zauważało się, że gdy wypowiadał Confiteor, kładł większy nacisk na słowa Ideo precor, aby w sposób szczególny przywołać wstawiennictwo Najświętszej Maryi.

Podchodził do ołtarza, odmawiając po cichu dwa Oremus i całując relikwiarz. Kiedyś zwierzył mi się: Całuję ołtarz. Uważam, że na nim odnawia się Ofiara Kalwarii; i właśnie tam Ojciec, Syn i Duch Święty pochylają się nad ludzkością… Niech przepełni was pragnienie miłości, zadośćuczynienia i ofiary. On dał nam swoją Miłość, a za miłość płaci się miłością. Niech nikt mi nie mówi, że Bóg jest daleko. On jest bardzo blisko, jest w sercu każdego z nas, pod warunkiem, że Go nie wyrzucimy przez grzech.Bardzo poruszał ton, z jakim czytał teksty liturgiczne z jasnością właściwą tylko komuś, kto wypowiada je zarazem ustami i sercem. Tak bardzo wchodził w te teksty, a konkretnie w czytania, że – jeśli w czasie Mszy były obecne inne osoby – nie mógł się powstrzymać i po Ewangelii, wyrażał swoje uczucia w homilii.

Odmawiał Credo z głęboką i szczerą wiarą. Smakował każde słowo. Z całym przekonaniem głosił prawdy zawarte w Symbolu Apostolskim, a szczególnie zapis dotyczący Kościoła. Zachwycał się tymi stwierdzeniami i przemieniał je w modlitwę błagalną, aby Jeden, Święty, Powszechny i Apostolski rozszerzał się po całym świecie.

Następnie przygotowywał gestami i spojrzeniami, wyrażającymi prawdziwą miłością, hostię i wino, które później miały przemienić się w Ciało i Krew naszego Pana Jezusa Chrystusa. Gesty jego rąk, gdy brał Najświętsze Postacie, wyrażały to rozmiłowanie, które nosił w duszy, i gorące pragnienie otoczenia czułością tego Boga, który się nam oddaje. Dotykał Go z miłością nie tylko rękami, lecz także całym życiem. I kiedy dochodził do Ofiarowania, trzymając Hostię czy Kielich w rękach, widać było, że włączał w to całą ludzkość, a w sposób szczególny święty Kościół, Ojca Świętego, biskupów, swoich synów i córki. Właśnie w tym momencie z całą ostrością stwierdzało się autentyczność jego odpowiedzi, jakich udzielał tym, którzy wyjawiali mu swoje troski: Jutro, kiedy stanę przy ołtarzu, położę na patenie to wszystko, co mi mówisz, aby Pan znalazł to, kiedy zejdzie.

Odmawiał Orate fratres z intonacją, która wzywała z całkowitą szczerością obecnych do zaangażowanego uczestnictwa. W momentach wyznaczonych przez liturgię, odwracał się do ludzi z pół przymkniętymi oczami, aby uniknąć rozproszeń.

Zauważało się, że prosi o świętość całego Kościoła. Z największym namaszczeniem wypowiadał w Kanonie Rzymskim imię papieża i biskupa diecezji, wskazując na swoje oddanie przywiązanie do autorytetu hierarchii. Wielokrotnie wyjaśniał nam, że jego modlitwa obejmuje wszystkich pasterzy Kościoła i wiernych, poczynając od braci kapłanów, aby byli prawdziwymi pośrednikami pomiędzy Bogiem i ludźmi.

Zatrzymywał się dłużej na memento, zarażając swoim całkowitym skupieniem. Przedkładał Bogu to, co nosił w duszy, z absolutnym przekonaniem, że go wysłucha i udzieli mu tego, o co Go prosi, w sposób najbardziej właściwy. W 1962 roku zachęcał nas: Powierzajcie ludzi we Mszy świętej, i mówcie im, że tak czynicie. Oni będą wam wdzięczni. Na tym polega życie chrześcijańskie: to modlitwa jednych za drugich. Nie możemy rozmawiać z Bogiem w sposób pyszny i nadęty, bez treści. Trzeba przynosić istotę Boga duszom z bogactwem Mszy świętej, z tym odnowieniem Miłości i Ofiarą Chrystusa, która powinna być centrum i podstawą naszego życia.

W modlitwie Communicantes powierzał się radośnie i poufale wstawiennictwu Najświętszej Maryi Panny. Dobrze pamiętam jego pochylenie głowy, gdy wypowiadał Jej imię. Cieszył się wymieniając imiona świętych i męczenników, których cytuje się w Kanonie Rzymskim: objawiają oni ciągłość i jedność Kościoła oraz siłę, dzięki czemu potrafili swoim życiem dać świadectwo zbawczego oddania się Pana.

W Hanc igitur napełniał się radością i nieśmiałością zarazem, ponieważ Pan umieścił nas pośród swoich wybranych, abyśmy Mu oddawali cześć tu na ziemi i wiecznie oddawali Mu ją w Niebie: a zatem, jesteśmy wybranymi Boga.

– Wiele osób, które uczestniczyły we Mszy celebrowanej przez księdza Prałata Escrivę, opowiadało o głębokim wzruszeniu, którego doświadczali, gdy dochodziło do Konsekracji.

Jego wiara promieniowała, gdy wymawiał słowa, które urzeczywistniały Przeistoczenie, mając świadomość, że w tym momencie, nie wypowiada je Josemaría ale Chrystus. Zgodnie z obowiązującym wówczas rytuałem, pochylał się ołtarzem, z czułością i szacunkiem brał do rąk świętą Hostię, łagodnie i delikatnie, bez żadnej afektacji, wkładając w to całą swoją miłość. W 1956 roku słyszałem taki jego komentarz: Hoc est enim Corpus meum… Hic est enim Calix Sanguinis mei… („To jest Ciało moje… To jest Kielich Krwi mojej…”). Nie mówię tego ja, to mówi On. Ja użyczam Mu tylko mojego głosu, mojej osoby; ale to Chrystus ofiarowuje, ponieważ nie ma wyższego kapłana niż Chrystus, Wieczny Kapłan. Ponieważ nie ma innej Ofiary: dlatego tak bardzo lubię trzymać w moich rękach jej Postaci. Najświętsza Ofiara znajduje w rękach kapłana swoje najlepsze miejsce. I zazwyczaj, kiedy mówił o tym wyróżnieniu, dodawał,: Ja, który jestem nędznikiem, użyczam Mu mojego głosu, mojej woli, całego mojego istnienia. A On, który jest nieskończoną Miłością, która nikogo nie potrzebuje, uzależnia się od mojej biednej osoby.

Wypowiadał słowa Konsekracji uroczyście, z żarliwą miłością, wyraźnie i czule, z wiarą, która poruszała. Następnie, trzymając w rękach Ciało naszego Pana lub Kielich, modlił się w duchu: Dominus meus et Deus meus! („Pan mój i Bóg mój!”). Potem dodawał, bez wypowiadania na głos, słowa: Adauge nobis fidem, spem et charitatem! („Przymnóż nam wiary, nadziei i miłości!”). Zaraz też, również w ciszy, odmawiał modlitwę do Miłości miłosiernej: Święty Ojcze, przez Serce Niepokalanej Maryi, ofiaruję Ci Jezusa, Twojego Syna umiłowanego, i ofiaruję Ci siebie samego w Nim, przez Niego i z Nim, we wszystkich intencjach i w imieniu całego stworzenia. Następnie prosił: Panie, udziel nam czystości i gaudium cum pace („radości i pokoju”), mnie i wszystkim. I w końcu, podczas gdy ponownie klękał, powtarzał: Adoro te devote, latens Deitas („uwielbiam Cię, ukryty Boże”). To były stałe modlitwy adoracji Pana, które uzupełniał innymi wezwaniami i aktami strzelistymi. Na przykład, były okresy, w których zwracał się do Pana tymi słowami: Witaj! Dziękuję Ci, że przyszedłeś! Dopiero w 1970 roku, będąc w Villa de Guadalupe, dowiedziałem się, że wszystkie te czułe słowa i błagania kieruje do Pana podczas adorowania Go podczas Konsekracji.

Pamiętam, z jaką pasją mówił nam, jak mamy klękać przed Ciałem i Krwią naszego Pana. nawiązując do tego, co wówczas robiło się przed i po Podniesieniu, szczegółowo wyjaśniał nam zasadę sacerdos genuflexus adorat („kapłan oddaje cześć przez uklęknięcie”): Chodzi o to, byście Go adorowali, nie wstydząc się, że ludzie widzą, że Go adorujecie, i abyście Go adorowali wkładając w to całą swoją miłość!

– Niektórzy podkreślali także, że, właśnie od tego momentu począwszy wyraźnie zauważało się, że jest jeszcze bardziej skupiony celebrując tajemnicę eucharystyczną.

Słowom Unde et memores nadawał bardzo osobisty ton, pełen żarliwości. Dochodziło tu do głosu jego przekonanie, że wszystko zależy od łaski, na którą powinniśmy odpowiedzieć. Dlatego tak poruszał mnie ten akcent miłości i wdzięczności, z jakim podczas modlitwy wypowiadał słowa: de tuis donis ac datis, aby ofiarować Trójcy hostiam puram, hostiam sanctam, hostiam immaculatam.

W memento za zmarłych, ponownie głęboko się skupiał z wielką pobożnością. Podobnie jak w memento za żywych, pochylał nieco plecy, kładąc głowę na piersi i opierając ją na wysuniętych dłoniach, złożonych razem. Miał zwyczaj powtarzać, że modli się za wszystkie dusze cierpiące w czyśćcu – za swoich dobrych przyjaciół, dusze czyśćcowe! – zatrzymując się chwilę, by prosić szczególnie za rodziców i swoich krewnych, za synów i córki, za rodziców swoich córek i synów, za dzieci swoich synów i córek. Z tą samą pobożnością i miłością polecał dusze osób, które próbowały działać na szkodę Dzieła. Nie żywił wobec nich najmniejszej urazy ani nie czuł się nigdy niczyim wrogiem.

Do końca swojego życia po modlitwie memento za zmarłych i następującym po niej czasie milczenia, modlił się następującymi aktami strzelistymi: Panie, Matko moja, niech skończy się czas próby dla Kościoła. I następnie: ut inimicos Sanctae Ecclesiae humiliare digneris, te rogamus audi nos („zechciej upokorzyć nieprzyjaciół twojego świętego Kościoła: prosimy cię, wysłuchaj nas”). Wypowiadał tę prośbę w rozumieniu całkowicie liturgicznym, ponieważ nie pragnął innego ich upokorzenia, jak tylko tego, by uznali własne błędy, co pozwoliłoby im w pełni uczestniczyć w życiu Kościoła.

Potem następowało uderzenie się w pierś – głębokie – któremu towarzyszyła modlitwa Nobis quoque peccatoribus, w poczuciu własnej grzeszności. Następnie z największą czcią brał do rąk Hostię i Kielich, aby z uwielbieniem powtórzyć: Per ipsum, et cum ipso et in ipso, est tibi Deo Patri omnipotenti, in unitate Spiritus Sancti, omnis honor et gloria („Przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie, Tobie Boże Ojcze wszechmogący, w jedności Ducha Świętego, wszelka cześć i chwała”). W Pater noster i w modlitwach przygotowujących Komunię, zwracał się do naszego Boga Ojca, z głębokim przekonaniem, że zostanie wysłuchany, ponieważ Boży Syn był na Ołtarzu.

Potem z wielką ostrożnością i szczerym uwielbieniem pełnym czułości przełamywał Hostię. Zupełnie mnie nie zdziwiło to, co wydarzyło się w ostatnich latach jego życia. Przypomniał sobie, jak po raz pierwszy trzymał w drżących dłoniach Pana i jak wówczas, pełen nabożeństwa i czci, był z tego powodu stremowany. Przypominając to sobie ponownie doświadczył tego samego drżenia i ponownie błagał, by jego obcowanie z Bogiem nie poddało się rutynie i by nigdy nie przyzwyczaił się do tego, że dotyka Pana.

Zawsze poruszało mnie głębokie namaszczenie, z jakim przyjmował Komunię. Z jego postawy przebijało uznanie swojej niegodności i poczucia swojego nic. Często zwracał się do Pana słowami, którymi modlił się przygotowując się do przyjęcia Eucharystii Sanguis: Quid retribuam Domino pro omnibus quae retribuit mihi? („Czymże mogę się odwzajemnić Panu za wszystkie dary, którymi mnie obdarzył?”).

Po Komunii w skupieniu czyścił patenę, korporał i kielich, ale bez popadania w przesadną dokładność, jakiegoś drobiazgowego sprawdzania, i nie poświęcając tej czynności więcej czasu niż należy. Kapłanów upominał, by dokładali wszelkich starań, aby żadna cząsteczka nie zgubiła się, ale jednocześnie zalecał, by nie popadali w jakieś skrupuły, ponieważ jeśli nawet jakaś się nie znajdzie, podniosą ją Aniołowie!

Błogosławieństwa udzielał powoli, by następnie przejść do odczytania ostatniej Ewangelii, początku pierwszego rozdziału św. Jana. Z całą stanowczością prosił, by ludzie przyjmowali Pana, a nie odrzucali Go. Klękał powoli z namaszczeniem, dając przykład, jak należy uwielbić to Słowo, które się wciela i oddaje się nam. Wierząc, że zostanie wysłuchany, prosił, abyśmy wszyscy zachowywali się jak dzieci Boże.

Mszę kończył odmawiając – zgodnie z rytuałem, chociaż często pozostawało to do uznania kapłanów – trzy Zdrowaś Maryja, Salve i modlitwy do Maryi Dziewicy, do św. Józefa oraz do św. Michała Archanioła. Na koniec powtarzał, w sposób podniosły, trzy wezwania do Najświętszego Serca Jezusa, mając głębokie przekonanie, że potrzebujemy tego Miłosierdzia, którego nam Pan udziela – tak jak to głosił – do ostatniej kropli swojej Krwi i do ostatniego tchnienia swojego Życia za zbawienie każdego z nas.

– To oczywiste, że Msza sprawowana przez księdza Prałata Escrivę de Balaguera trwała dużo dłużej niż normalnie.

Na początku Dzieła potrzebował godziny i więcej. W porozumieniu z kierownikiem duchowym, z myślą o ministrantach uczestniczących we Mszy, postanowił nie przedłużać celebracji. Także za zgodą spowiednika, chociaż nie było to do końca zgodne z przepisami liturgicznymi, kładł zegarek na ołtarzu, obok korporałów, aby nie przekroczyć przewidzianego czasu. Była to z jego strony wręcz tytaniczna walka, którą podejmował z całym samozaparciem, uznając, że nie może się z Panem o nic targować, jak również nie pozwalał się ponosić jakimś nadzwyczajnościom, które być może przyciągnęły by uwagę innych osób. Kiedy zaczynałem służyć mu do Mszy, mieściła się w wyznaczonym czasie: od dwudziestu pięciu do trzydziestu minut.

Zalecając nam kapłanom, byśmy jej nie przedłużali, wspominał o swoich wysiłkach, jakie podejmował, by przestrzegać tej zasady. Z miłości Boga pragnął, by trwała jak najdłużej, ale ministranci, widząc, jak podczas memento za zmarłych tak się skupia, że przedłuża modlitwę, pociągali go za ornat, powtarzając za nim na głos: Agnus Dei! Agnus Dei!, aby wyrwać go z zamyślenia.

– Niektórzy czytelnicy spostrzegli, że większa część wcześniejszych wspomnień odwoływała się do rytuału liturgicznego według rytu św. Piusa V, stosowanego aż do reformy wprowadzonej przez Sobór Watykański II. Co się działo, kiedy te zmiany zaczęły wchodzić w życie?

Ksiądz Prałat Escrivá ze spokojem i posłuszeństwem zaakceptował reformę, chociaż zmiany wymagały od niego wiele pracy. Nie dlatego, że miał w sobie jakieś opory czy był do tych innowacji krytycznie nastawiony, ale dlatego, że liturgia tworzyła jedną całość z jego pobożnością i otrzymał światła dla swojego życia wewnętrznego i swojej posługi kapłańskiej związane z gestami, które mogły się wydać nieistotne w rytuale.

Zauważyłem, że ta zmiana była dla niego związana z dużym wysiłkiem, zwarzywszy na to, że przez czterdzieści lat postępował według wcześniejszego rytu. Ale nie zgodził się na żadne wyjątkowe traktowanie i codziennie prosił mnie, abym nie przestawał zwracać mu uwagę, jeśli zrobi coś nie do końca zgodnie z nowymi przepisami. Swoją miłość do liturgii zawsze był gotowy do wyrazić poprzez odnowiony ryt.

Nie mając w sobie nawet śladu sprzeciwu, wyjaśniał nam kapłanom w 1968 roku: Z pokorą poddaję się temu, co zostało postanowione w sprawie celebrowania Mszy świętej, ale odczuwam brak tych przepisów, dotyczących gestów czci i oddania, które zostały usunięte Na przykład, już nie całuję pateny, na której składałem całą swoją miłość – całą duszę – aby On spotkał się tam z moim pocałunkiem. Ale musimy umieć być posłuszni, dostrzegać w tym ręką Boga i traktować Go z delikatnością, nie kradnąc Mu Jego czasu.

To był okres długiego wysiłku z jego strony. Gdy przedstawialiśmy mu możliwość wystąpienia z prośbą o dyspensę, przewidzianą dla kapłanów w pewnym wieku, sprzeciwiał się. Ze względu na ducha posłuszeństwa normom kościelnym zabronił, aby uczyniono choćby jeden krok w tym kierunku. Kiedyś ksiądz Álvaro del Portillo rozmawiał o nowej liturgii z mons. Bugninim. Ksiądz Álvaro opowiadał o tym, jak wiele pracy wymaga ona od Założyciela Opus Dei. Wówczas mons. Bugnini zapytał: „Dlaczego zatem nie skorzysta z przywileju?”. Ksiądz Álvaro wyjaśnił mu, że Założyciel Dzieła zawsze uczył nas przykładem własnego życia pokornego posłuszeństwa, czyni to także i teraz. „Ponadto – dodał – surowo mi zabronił, abym cię o cokolwiek prosił”. Mons. Bugnini nalegał jednak, aby ksiądz Álvaro powiedział Założycielowi, że ma przyznany przywilej odprawiania Mszy świętej według wcześniejszego rytu. Ksiądz Álvaro bronił się, mówiąc naciskiem, że przecież o nic nie prosił, ale mons. Bugnini powtórzył: „Powiedz księdzu Escrivie, że ty mnie o nic nie prosiłeś, bo taka jest prawda; dodaj jednak, że powiedziałem ci, aby odprawiał jak dawniej, ponieważ ma do tego prawo”. Ksiądz Álvaro przekazał tę rozmowę księdzu Escrivie, a on wyraził swoją wdzięczność za przyznanie mu tej możliwości. Od tej chwili korzystał z niej, ale tylko wówczas, gdy w czasie odprawiania Mszy towarzyszyła mu nie więcej niż jedna osoba.

– Wróćmy może do momentów, które bezpośrednio po zakończeniu Mszy świętej.

Gdy zdejmował szaty liturgiczne, odmawiał modlitwy dziękczynne kierując je do Pana. Na zakończenie, po oczyszczeniu rąk, miał zwyczaj robić mi na czole krzyż i dziękując z całego serca, dodawał: Niech Bóg cię błogosławi! albo: Bóg zapłać!

Po zakończeniu Mszy, pomimo fizycznego zmęczenia, którego bardzo często doświadczał z powodu intensywnego wysiłku, był przepełniony nadzwyczajnym pokojem. W 1965 roku zwierzył się nam, księdzu Álvaro del Portillo i mnie: Zmęczyło mnie odprawienie Mszy świętej. To Boża praca! A w 1970 roku: Msza Święta to Opus Dei, Boża praca. Za każdym razem, gdy ją odprawiam, cierpię, męczę się, raduję i wypełniam wiarą, w szczególny sposób w tych czasach, w których tak wielu zaprzecza rzeczywistej obecności Pana.

– A w jaki sposób dziękował po Mszy świętej?

Aby nadać wyraz większej spontaniczności swoim aktom dziękczynienia, nie stosował jakichś sztywnych formuł. Dziękczynienie rozpoczynał zaraz po odejściu od ołtarza modlitwą Te Deum odmawianą powoli. Potem, także wtedy, gdy niedomagał lub czuł się zmęczony, kilka minut klęczał na podłodze lub na klęczniku. Wpatrzony w krucyfiks, który wyjmował z kieszeni i trzymał w rękach, wypowiadał modlitwę En ego. Gdy wypowiadał słowa odnoszące się do ran Chrystusa, z wielką pobożnością całował każdą z nich. Następnie odmawiał inne modlitwy znane pobożności chrześcijańskiej. Miał także zwyczaj modlić się za dusze czyśćcowe, korzystając z intymności i fizycznej bliskości naszego Pana Jezusa Chrystusa.

Akty dziękczynienia, które rozpoczynał w kaplicy, przedłużały się na cały dzień. Od młodości dzielił dzień na dwie części: pierwszą przeznaczał, by dziękować za Komunię; drugą, aby przygotować się do Komunii następnego dnia, jeśli Bóg pozwoli mu go dożyć. Pokazywał, jak żyć przez wszystkie godziny blisko ołtarza, myśląc o tym, aby każde nasze działanie mógł ofiarowywać zjednoczony z Przenajświętszą Eucharystią.Rozważał teksty liturgiczne, a swoje przemyślenia wprowadzał do kazań i karmił nimi swoją pobożność. Dlatego wiele z tych zdań zamieniało się w akty strzeliste, które służyły mu, by przedłużać Mszę świętą, która nie kończy się wraz z zakończeniem celebracji, ale powinna rozciągnąć się na cały dzień poprzez akty dziękczynienia i ofiarowywanie Bogu tego wszystkiego, co robimy. Z tego powodu często po celebracji Mszy świętej, notował sobie fragmenty z Listów Apostolskich, z Ewangelii czy z modlitw. Czasami mnie polecał, abym w wolnych chwilach, przepisał mu kilka określonych zdań z Pisma Świętego, by w trakcie medytacji miał do nich łatwiejszy dostęp i by mógł je wykorzystać w dokumentach, które w tym czasie redagował.

7 czerwca 1973 roku, jakby z potrzeby swojej duszy, otworzył wobec nas serce, mówiąc z głębokim przekonaniem: Miejcie zwyczaj dziękować Panu za Mszę świętą przez cały dzień. Kiedy robię rachunek sumienia i widzę, że nie włożyłem w to całego wysiłku, wpadam w złość, bardzo mnie boli to, że nie kocham Pana. W tych dniach powtarzam jako akt wdzięczności: Iesu, Fili Dei, miserere mei! („Jezu, Synu Boga, zmiłuj się nade mną!”). Myślę, że w ciągu mojego życia Pan pozwolił mi upaść tak wiele razy, abym sobie uświadomił, że wszystko dzieje się z jego woli. A w 1956 roku wyjaśniał nam: Cały dzień jest Mszą: ofiarą miłości; dlatego powinniśmy być radośni i umieć przyjmować wszystkie przeciwności.

Pułkownik Ryszard Kukliński – oprócz ujawnienia sowieckiej strategii nuklearnego uderzenia na Zachód, a tym samym jej „spalenia” – jest autorem rewelacyjnego researchu osoby Wojciecha Jaruzelskiego. Wchodzi on zresztą w skład zespołu dokumentów, który Centralna Agencja Wywiadowcza ujawniła w roku 2008. Zatytułowany jest „Jaruzelski’s attitude, behavior and style”.

Po ujawnieniu ten akurat dokument nie doczekał się w prasie polskiej szerszego opracowania, oprócz genialnego felietonu ś.p. Macieja Rybińskiego; niniejszy tekst dla POLIS – Miasta Pana Cogito będzie próbą streszczenia zawartości tego dokumentu choć autor zaznacza, że nie ustrzegł się pewnych niedociągnięć i błędów warsztatowych. Przede wszystkim – pominięcia wielu istotnych szczegółów opisanych w dokumencie i odpowiedniej, źródłoznawczej części tekstu.

Omawiane tutaj studium to ankieta, w której pułkownik Kukliński odpowiada na bardzo szczegółowe pytania dotyczące przywódcy PRL: przebiegu jego kariery, umiejscowienia w komunistycznym systemie władzy – zarówno w na poziomie PRL (strukturach kompartii, GZP i „ludowego” wojska) jak i całego Bloku Sowieckiego. Padają również pytania o osobiste, ideologiczne i psychologiczne motywacje działań Jaruzelskiego. Największym chyba atutem analizy sporządzonej przez pułkownika Kuklińskiego jest to, iż nosi ona charakter bardzo szczegółowego, swoistego studium przypadku – zarówno za sprawą pytań formułowanych przez oficerów CIA prowadzących sprawę, jak i niezwykłych umiejętności analitycznych i syntetycznych Kuklińskiego.

Analiza postaci Jaruzelskiego jest jednocześnie doskonałą analizą mechanizmów funkcjonowania całości komunistycznego aparatu władzy tak peerelowskiego, jak na poziomie wyżej, którego to Jaruzelski był częścią praktycznie od początku swojego dorosłego życia. Dodatkowo, cechą analizy jest obiektywizm: pomimo antykomunizmu, słusznej nienawiści do systemu komunistycznego i jego władców, Kukliński potrafił na chłodno i na chłodno analizować rzeczywistość, w której przez bardzo długi czas przyszło mu funkcjonować.

Pierwsze kontakty

Profil postaci Jaruzelskiego i opinie o nim oparte są na podstawie obserwacji, jakie Kukliński czynił przez długi czas kariery komunistycznego aparatczyka – od lat 50. do ucieczki w 1981. Po raz pierwszy Kukliński usłyszał o istnieniu Jaruzelskiego we wczesnych latach pięćdziesiątych. Był to jego zdaniem […] moment, który można rozważać w pewnym sensie jako swego rodzaju dramatyczny początek późniejszej spektakularnej kariery [Jaruzelskiego – przyp. J.]. Podczas zdawania egzaminu wstępnego Kukliński usłyszał historię związaną właśnie z przyspieszonym awansem Jaruzelskiego, który w przeciągu kilku dni został promowany z podpułkownika na pułkownika. Kukliński przytacza historię tego przyspieszonego awansu: major Jaruzelski, który ukończył roczny kurs dla dowódców pułków wraz z rówieśnikami kształcącymi się w WSP, został zwyczajnie promowany na podpułkownika [Lieutanant Colonel]. W uroczystej ceremonii ukończenia [WSP – przyp. J.] brał udział ówczesny Dowódca Wojsk Lądowych, wiceminister obrony narodowej gen. [w oryginale – Lt. General] S[tanisław] Popławski (sowiecki generał w polskim mundurze) [miał on wówczas stopień pułkownika generała w Armii Czerwonej – przyp. J.]. Podczas bankietu generał zapytał o wyróżniających się absolwentów. Kiedy komendant Szkoły (także sowiecki generał w polskim mundurze), gen. bryg. Steca [prawdopodobnie chodzi o gen. bryg. Ostapa Steca] przedstawił mu [Popławskiemu] Jaruzelskiego, wówczas już podpułkownika [Lt. Col.] i najlepszego absolwenta. Popławski, prawdopodobnie mocno pijany [supposedly somewhat high from drinking] złożył gratulacje Jaruzelskiemu i zapewnił go, że zostanie promowany na pułkownika. Kilka dni później, otrzymano rozkaz ówczesnego Ministra Obrony Narodowej, Marszałka Polski i ZSRS, [Konstantego] Rokossowskiego, o awansowaniu Jaruzelskiego na pułkownika.

Kukliński zastanawia się, czy przyspieszona promocja była przypadkowa, jak się wówczas mówiło, czy była raczej rezultatem specyficznych preferencji które wówczas przysługiwały Jaruzelskiemu ze strony sowieckiego kierownictwa Ministerstwa Obrony Narodowej Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Kukliński nie wiedział (i najprawdopodobniej wiedzieć nie mógł) o agenturalnej pracy Jaruzelskiego dla Informacji Wojskowej, również nadzorowanej bezpośrednio przez sowieciarzy. Wskazuje jednak na inne przyczyny kariery polityczno-wojskowej i później, wysokiej jego pozycji, o których dalej.

Osobiste kontakty Kuklińskiego z Jaruzelskim zaczęły się kilka lat później, na jesieni 1957 roku, kiedy Jaruzelski został dowódcą 12 Dywizji Zmechanizowanej w Szczecinie. Krótko potem, w 1958 roku ich drogi rozeszły się; po 1960 roku, gdy Jaruzelski został szefem Głównego Zarządu politycznego kontakty Kuklińskiego z Jaruzelskim były sporadyczne. Pracę w bezpośrednim otoczeniu Jaruzelskiego Kukliński rozpoczął w 1965 roku, kiedy Jaruzelski został szefem Sztabu Generalnego LWP. Kukliński tworzył wówczas plany ćwiczeń wojskowych w warunkach frontowych dla wszystkich rodzajów sił zbrojnych. Od roku 1977, Kukliński został szefem Oddziału Strategicznego Planowania Obronnego SG. Wówczas już uczestniczył w tworzeniu polityki wojennej całego bloku komunistycznego, w tym: strategiami wojennymi, współpracą sił zbrojnych państw Układu Warszawskiego, co obejmowało m.in. negocjacje na szczeblu Paktu z władzami ZSRS i styczność z b. ważnymi materiałami dotyczącymi całości polityki międzynarodowego komunizmu. Latem 1980 roku, Kukliński brał udział w przygotowaniu ogólnej strategii wprowadzenia w Polsce stanu wojennego, wraz z I sekretarzem PZPR, członkami politbiura KC PZPR i ścisłym kierownictwem MON-u. Wiosną 1981 roku, kiedy plan stanu wojennego nabrał kształtu, Ryszard Kukliński opuścił PRL.

Kukliński dużo miejsca poświęca pewnym cechom psychologicznym Jaruzelskiego, które były podglebiem jego kariery w strukturach komunistycznych. Już podczas pierwszych kontaktów Kukliński zauważa, że Jaruzelski wyróżniał się od beznadziejnie prymitywnego otoczenia silną osobowością. Był bardzo konsekwentny w działaniu, obdarzony był zmysłem obserwacji, analizy i syntezy faktów. W przeciwieństwie do tępawych, zideologizowanych trepów z ówczesnego otoczenia, charakteryzowała go oryginalność myśli [originality of thought] oraz wysoki poziom kultury języka, zarówno pisanego, jak i mówionego. Jaruzelski bardzo dużo wymagał tak od równych sobie szarżą, jak od podwładnych. Miał z drugiej strony słaby charakter graniczący z tchórzliwością oraz pompatyczny, sztuczny sposób bycia.

Cechy te były stałe, towarzyszyły Jaruzelskiemu na przestrzeni całej jego kariery. I – z perspektywy nam współczesnej – można powiedzieć, że towarzyszą mu nadal.

Władza dla samej władzy

Jaruzelskiego charakteryzował także wrodzony instynkt dyscypliny i posłuszeństwa połączony z wpojoną czcią wobec władzy; w przypisach do analizy Kukliński pisze nawet (w przypisie 1) o tym, że Jaruzelski miał niemalże religijne relacje [almost religious relationship] z politbiurem [KC PZPR]. W początkach kariery jednak nie dążył do zdobywania wysokich stanowisk, często odmawiał przyjęcia angaży na wyższe stanowiska. Początkowo, nie pchał się na wyższe stanowiska, ani nie rozgrywał walczących frakcji komuny dla własnych korzyści.

Stopniowo jednak, władza stała się pasją i miłością Jaruzelskiego. Doszedłszy do znaczącego stanowiska w systemie władzy komunistycznej, nie był skłonny dzielić swojej władzy z nikim. Jaruzelski osiągnął mistrzostwo w posługiwaniu się instrumentem sprawowania i utrzymania władzy, jakim była ideologia komunistyczna. Wiedział, jak skutecznie wykorzystywać terminów takich jak demokratyczny socjalizm, kolektywizm, czy różnego rodzaju konsultacje. Zdaniem Kuklińskiego, umożliwiało to Jaruzelskiemu między innymi dezinformację otoczenia, ukrycie swoich faktycznych poglądów i zamiarów. Dziś możemy stwierdzić, że było to pochodną jego wykształcenia jako ideologa. Jaruzelski był bardzo systematyczny, posiadał talent bardzo dobrej samoorganizacji. Będąc na kierowniczych stanowiskach, starał się kontrolować każdą podległą mu sferę, mieć wpływ na wszystko. Każdemu podwładnemu wyznaczał określone zadania, których wykonania bezwzględnie wymagał i z konsekwencją egzekwował. Był też bardzo dobrym strategiem, który zawsze przewidywał kilka alternatywnych wersji rozwoju danej sytuacji. Strategie swoich działań tworzył co do szczegółu, dopuszczając jednocześnie pewne odstępstwa od planu oraz margines „błędu”. Potrafił modyfikować swoje działania odpowiednio do zmieniającej się sytuacji; wówczas przyjmował uwagi ludzi ze swojego otoczenia, nawet jeśli stali niżej w hierarchii, dopuszczał u otoczenia pewien margines własnych poglądów. Jaruzelski lubił partyjną, wojskową i MON-owską biurokrację, sam tworzył dokumenty, a na te, które mu dostarczano nanosił bardzo dużą ilość własnych poprawek. Komunistyczno-wojskowe metody zarządzania organizacją zaszczepił swoim podwładnym: w wojsku, GZP i resorcie obrony, a później – będąc premierem i gensekiem PZPR – rozszerzył je na cały proces rządzenia PRL-em.

Od ukończenia WSP w Rembertowie dokonywał czystek w wojsku: usuwał ze stanowisk dowódców, którzy karierę rozpoczęli przed wojną oraz dowódców niepewnych [ideologicznie], a na ich miejsce mianował dogmatycznych marksistów, dających stuprocentową gwarancję posłuszeństwa systemowi komunistycznemu. Ludzi inteligentnych, potrafiących samodzielnie i nieschematycznie myśleć, mianował na swoich zakulisowych „doradców”, natomiast wykonywanie decyzji powierzył ślepo posłusznym, okrutnym i topornym [ax-men]. Od roku 1980 polegał na swoich zaufanych „cywilnych” doradcach, wśród których byli m.in. M.F. Rakowski (w sprawach polityki partii, wewnętrznej i zagranicznej) oraz prof. Alfred Gorewoda (w sprawach ekonomicznych) W czasie stanu wojennego przeniósł metody rządzenia obowiązujące w komunistycznym wojsku na sferę cywilną (trwało to w zasadzie do końca pierwszego peerelu). Oficerowie niższych szarży, dowódcy okręgów wojskowych uważali rozkazy Jaruzelskiego za nierealne do wdrożenia i wybiegające w XXI wiek [sic!], przyjmowali je jednak z pełną pokorą i subordynacją. Decyzje Jaruzelski „negocjował” z członkami Rady Ministrów, jednak ostatecznie decydował – po długim namyśle – sam. Jaruzelski myślał i decydował skrajnie racjonalnie i „na chłodno”; nigdy nie podejmował decyzji pod wpływem impulsu czy emocji. Zdenerwowany reagował ostro, jednak nie wybuchał. Wyjątkiem miał być listopad 1980 roku, kiedy miał popaść w krótkotrwałą depresję, obawiając się Sowietów, którzy według niego mogli wymienić go (na stanowisku) na kogoś innego (Kanię albo Milewskiego). Sukces natomiast jego polityki (bądź tej, będącej jego udziałem), czynił go zrelaksowanym i odprężonym.

Głównym motywem działania Jaruzelskiego była władza dla samej władzy. Według relacji Kuklińskiego, nie był on zainteresowany w płynących z władzy luksusach. Typ komunistycznego „ascety” (dość podobny do orwellowskiego O’Briena).

W strukturach partii

Jaruzelski praktycznie od początku swojej kariery ściśle związany był z kompartią: PZPR, a przedtem z PPR, do której wstąpił w 1947 roku. Był – wbrew obiegowym opiniom – silnie związany ideologicznie z kompartią. Dzięki postawie kameleona, a później czynnym uczestnictwie oraz dowództwie GZP unikał skutków wewnątrzkomunistycznych kryzysów i dintojr frakcyjnych w PZPR. Działalność partyjna i sowietyzacyjna Jaruzelskiego była skierowana głównie na wojsko, zresztą – co zaznacza Kukliński – stanowisko szefa GZP było stanowiskiem nie wojskowym, a partyjnym (szef GZP odpowiadał przed KC i jako szef departamentu w KC, kierował działaniami partyjnymi w wojsku); sama instytucja Głównego Zarządu Politycznego WP służyła kontroli partii nad wojskiem. Pełna kontrola komunistów nad wojskiem była, z oczywistych względów strategicznych, priorytetem, z którego ci zdawali sobie sprawę praktycznie od początku swojej władzy. Ideologii marksistowskiej używał Jaruzelski jako instrumentu socjotechniki i trzymania w ryzach kadr, w czym bardzo szybko stał się specjalistą. Według omawianego studium – „talent” w tej właśnie dziedzinie zadecydował o zawrotnej karierze polityczno-wojskowej Jaruzelskiego.

Będąc szefem GZP rozumiał apodyktyczny charakter Władysława Gomułki i – poza jednym incydentem – nie oponował, sowietyzując wojsko i poszerzając w nim wpływy PZPR. Z kolei będąc szefem SG, a później – ministrem obrony, był w większym stopniu aparatczykiem partyjnym oddelegowanym na odcinek dowodzenia wojskiem, aniżeli dowódcą wojskowym (w klasycznym rozumieniu tej roli). Był aktywnym członkiem Komitetu Centralnego PZPR, zarówno na polu ideologicznym, wojskowym, ale też i polityki zagranicznej. Wierny sługa kolejnych przywódców PRL: Władysława Gomułki i Edwarda Gierka. Od 1971 roku wprowadzał w wojsku kult jednostki Gierka. Akceptował jego program tzw. „otwarcia na zachód”, postulował też w drugiej połowie lat 70. utworzenie instytucji prezydenta PRL. Podczas panowania Gierka na stanowisku I sekretarza PZPR, jego pozycja umacniała się.

Osobne pytanie dotyczy nastawienia Jaruzelskiego do religii i Kościoła Rzymskokatolickiego. Kwestia ta była (i jest nadal) przedmiotem wielu niezgodnych ze stanem faktycznym mitów, wprzężonych w komunistyczną strategię prowokacji i dezinformacji, które Kukliński w swojej analizie obala. W latach 1980 – 81 rozpowszechnił się w Polsce mit Jaruzelskiego jako „komunistycznego Wallenroda”, który – będąc absolwentem szkoły zakonnej (Gimnazjum o.o. Marianów) i rzekomym katolikiem – jedynie czeka na dogodny moment do wyzwolenia Polski z komunizmu. Jedynym zgodnym z prawdą elementem jest fakt ukończenia katolickiego gimnazjum. Jaruzelski jedynie wykorzystał i umacniał tę manipulację, jako element ówczesnej strategii i bieżącej taktyki komunistycznej, dawał też pewne koncesje hierarchii kościelnej: transmisje Mszy Św. w radiu, pozwolenia na budowy kościołów itp. W otoczeniu kierownictwa partii i wojska podkreślał znaczenie tych posunięć jako defensywy taktycznej, zmierzającej do umniejszenia roli Kościoła w społeczeństwie i ograniczenie jego funkcji do czysto religijnych. Jaruzelski nigdy nie zmienił swojego skrajnie negatywnego nastawienia do religii. Jego polityka była pochodną tego, iż był bardzo skutecznym strategiem i taktykiem politycznym. Wiedział, jak wykorzystać pewne tendencje i nastroje społeczne (tu: rola społeczna Kościoła Rzymskiego) do realizacji interesów komunizmu. Kukliński charakteryzuje Jaruzelskiego wręcz jako wiernego ucznia Lenina, stosującego się do jego zaleceń o „taktycznej defensywie” w razie konieczności.

Polityka ta niespecjalnie miała podobać się sowieckim nadzorcom. Sowiecki minister obrony, marsz. Kulikow był wściekły, oglądając transmisję z wizyty Papieża w telewizji, jednak ostatecznie rozumiał konieczność taktycznej defensywy Jaruzelskiego. Jaruzelski zdawał sobie sprawę z tego, iż „klasycznymi” komunistycznymi metodami można trzymać w ryzach, ateizować i sowietyzować jedynie struktury kompartii, komunistycznego wojska i bezpieki. Jednak w skali bardziej ogólnej, należy dać pewne koncesje Kościołowi (i „Solidarności”), jednocześnie uważając, by ten nie połasił się na więcej. Warto także przytoczyć słowa pułkownika o pewnej cesze stałej Polaków, która umożliwiła istnienie mitów służącej komunistycznej dezinformacji. W dalszej kolejności także przeprowadzenie „operacji pieriestrojka”. Polacy są narodem romantyków i marzycieli ceniących swoich bohaterów nie za to, kim byli naprawdę, ale raczej za to, co chcieliby w nich widzieć.

Człowiek Sowietów

Jaruzelski był zwolennikiem (nie mógł zresztą nawet myśleć inaczej) ścisłego związku PRL z ZSRS. Uważał i głosił, że Związek Sowiecki jest gwarantem suwerenności i niepodległości PRL, a także socjalizmu i zmian społecznych, jakie wprowadził system komunistyczny. W PRL i za jej granicami szerzył także propagandę o pokojowych intencjach ZSRS. Charakterystyczną cechą komunizmu jest to, że nadaje zupełnie inne znaczenie słowom kluczowym dla nie-bolszewików. „Niepodległość” i „suwerenność” bolszewickiej Polski czy oznaczały ni mniej ni więcej, tylko okupację Polski przez komunistyczną międzynarodową mafię z centralą w ZSRS, a używane były jako chwyt socjotechniczny na użytek wewnętrzny i zewnętrzny. „Pokojowe intencje Sowietów” – dążenie do opanowania świata. Wojciech Jaruzelski aktywnie uczestniczył w tworzeniu i wdrażaniu polityki całości bloku komunistycznego. Był zwolennikiem eksportu rewolucji na kraje niekomunistyczne. Kukliński zeznaje także, że był zwolennikiem „kolektywnego kierownictwa” światowego ruchu komunistycznego: w miarę jego zewnętrznej ekspansji i wewnętrznego umacniania się bolszewizmu, komunistyczny centralizm miał zostać stopniowo zastępowany przez komunistyczny policentryzm, w którym Sowiety miały nie być już hegemonem, a jedynie liderem, a satelickie państwa komunistyczne miały mieć więcej autonomii. Jaruzelski optował za dużą rolą peerelowskich komunistów w międzynarodowej polityce komunistycznej.

Pomimo bycia członkiem kierownictwa światowego ruchu komunistycznego, pomimo bycia wiernym człowiekiem sowietów, Jaruzelskiego drażniło traktowanie przez drugi eszelon sowieckich przywódców PRL-u jako kolejnej republiki sowieckiej. Mimo to, nie sprzeciwiał się temu, znając pozycję swoją i sowieckich nadzorców. Jedynie bawił się w dyplomację, w której kanałem był jego wierny człowiek – gen. Florian Siwicki. Jeżeli ktoś z jego otoczenia bądź podwładnych krytykując politykę sowiecką przekroczył „nieprzekraczalną rubież”, był degradowany. Tak jak płk. Bauer, który za krytykę obecności Sowietów w Portugalii po rewolucji czerwonych goździków został usunięty ze Sztabu Generalnego do jednej z jednostek liniowych. Jaruzelski dopuszczał jedynie wewnętrzną, niepubliczną krytykę polityki Związku Sowieckiego, niewychodzącą poza „zasady przewodnie” międzynarodowego systemu komunistycznego; otwarta krytyka przede wszystkim naruszałaby „morale” szeregów kompartii i wojska.

Jaruzelski przyjaźnił się z kolejnymi sowieckimi ministrami obrony i marszałkami ZSRS: odchodzącym Greczką i z jego następcą – Ustinowem. Wystraszył się jednak – prawdopodobnie w 1980 bądź 1981 roku – wymiany na stanowisku na Stanisława Kanię. Gdy sowieci taką właśnie ewentualność mu zasugerowali, Jaruzelski stał się bardziej zdecydowany w przygotowaniach do wprowadzenia stanu wojennego. Kukliński uważał jakąkolwiek ewentualność wolty ze strony Jaruzelskiego za wykluczoną.

Tu dochodzimy do kolejnego mitu, z którym rozprawia się Kukliński, mianowicie z rzekomym „patriotyzmem” i „nacjonalizmem” Jaruzelskiego. Patriotyczna i narodowa [nationalist] retoryka nastawiona była na dezinformację i prowokację. Kukliński pisze, że posługując się tym instrumentem, komunistom (wśród których był Jaruzelski) skutecznie udało się zdezinformować uczestników wydarzeń i ich obserwatorów. Zarówno w Polsce, jak i w USA. Cała polityka Jaruzelskiego (w tym – wprowadzenie stanu wojennego) była działaniem wyłącznie w interesie systemu komunistycznego, zaprojektowanym przez sowietów. Jaruzelski nie był żadnym peerelowskim Wallenrodem, żadnym polskim generałem, żadnym polskim patriotą. Emancypacja nie była w ogóle możliwa, poprzez reguły organizacji struktur, w których funkcjonował i sowiecki nadzór. Kukliński pisze jednak, że Jaruzelski mógł proklamować… fikcyjną niepodległość PRL celem dezinformacji. Jaruzelski obawiał się jednak, że „niezależność” komunistycznej Rumunii pod wodzą Ceausescu może stać się zaczynem ewentualnej kontrrewolucji. Niesłusznie, bowiem „rumuńska niezależność” była jedną z długofalowych operacji dezinformacyjnych. Jaruzelski był lojalnym człowiekiem sowietów, wykonującym wszystko, co wskazali sowieci. Na forum Układu Warszawskiego podpisywał wszystkie umowy, nawet gdy inne kraje paktu były przeciw. Zawsze stawiał interes światowego komunizmu ponad (w dużej mierze wyimaginowane) partykularyzmy.

Moralista nowego typu

Kukliński określa Jaruzelskiego jako moralistę szczególnego rodzaju [moralist of a sort]. Stosował różne standardy wobec różnych podległych sobie ludzi; „swoich” i „nie-swoich” i wobec różnych sfer, które mu podlegały. Z jego inicjatywy opracowano „Zasady etyki i zachowań personelu LWP”, które składały się z ogólnych norm typu: miłość i oddanie ojczyźnie, interes społeczny ponad interesem indywidualnym, honor, godność osobista, uczciwość, prawdomówność, skromność, koleżeńskość, szacunek dla starszych [stopniem – J.] i podwładnych, szacunek dla munduru i tym podobne. Jakie było prawdziwe znaczenie tych słów, jest pytaniem retorycznym.

Jaruzelski nie tolerował picia alkoholu i alkoholizmu w wojsku, ale tę zasadę stosował wybiórczo. Generała Bolesława Chochę, przyłapanego na gorącym uczynku, zwolnił właśnie za picie alkoholu, tak jak płk. Michalskiego, który pod wpływem alkoholu bił czwartą już żonę. W latach 60. zorganizował kampanię antyalkoholową w wojsku, w skład której wchodziły dyrektywy zabraniające sprzedaży alkoholu w obiektach wojskowych, także w kantynach. Koniec końców jednak, gdy dowódca 12 DZ w Szczecinie okazał się nadgorliwy i kazał wznosić toasty… rozwodnionym sokiem, Jaruzelski zwolnił go!

Sam Jaruzelski nie lubił bankietów; wyjątkiem były bankiety służbowe i te określone protokołem dyplomatycznym. Był też przeciwnikiem palenia papierosów, sam jednak prosił o poczęstowania w sytuacjach dla niego stresowych.

W komunistycznym wojsku obecna była korupcja, zdaniem Kuklińskiego jednak, niezbyt duża. Powszechna była przy unikaniu obowiązkowej dla każdego mężczyzny, zasadniczej służby wojskowej. Jaruzelski reagował na praktyki korupcyjne ostro, ale nie było – w przeciwieństwie do kampanii antyalkoholowych – większych kampanii antykorupcyjnych. Stosował podwójny standard: tolerował praktyki korupcyjne na małą skalę, dokonywaną przez oficerów wysokich szarżą. Surowo karał jednak korupcję na niższych szczeblach. Kukliński podaje też przykład kradzieży sprzętu wojskowego i wykorzystania go do osobistych celów, które Jaruzelski karał długoletnim więzieniem. Kara za korupcję była jednak ostatecznym argumentem.

Jedną z ciekawszych historii przytoczonych przez Kuklińskiego jest sprawa płk. Androsiuka, członka Sztabu Generalnego. Jaruzelski wiedział o tym, że ma pułkownik swoje wzloty i upadki, jeśli chodzi o alkohol, w związku z czym był przenoszony na coraz to niższe pozycje. Zanim awansowano go do SG, powierzono mu misję sekretarza na spotkaniu Rady Wojskowej [Kukliński nie precyzuje, czy chodzi o Komitet Ministrów Obrony, czy o Zjednoczone Dowództwo] Układu Warszawskiego w Budapeszcie. Płk. Androsiuk zniknął zaraz po wylądowaniu na budapesztańskim lotnisku, wraz z dokumentami. Obawiano się, że został porwany i w jego poszukiwanie zaangażowano duże siły AVH i Straży Granicznej WRL, a także bezpiek innych krajów Układu. Znaleziono go… totalnie pijanego, śpiącego w budapesztańskim parku z tajnymi dokumentami pod głową. Jaruzelski wystawił mu… „chorobowe”, a komisja lekarska usilnie szukała powodów niedyspozycji pułkownika. Ostatecznie został przez Jaruzelskiego zwolniony, jednak po roku stwierdził, że […] gdyby został na służbie dłużej, otrzymałby Krzyż Kawalerski Orderu Polonia Restituta [!!!], a jego emeryturę podniesiono by z 85%, do 100% pensji. Co uczynił Jaruzelski? Odznaczył Androsiuka wspomnianym orderem!

Jaruzelski wiódł bardzo surowy styl życia w porównaniu z innymi przywódcami partyjnymi. Kukliński pisze wręcz, że nie prowadził żadnego życia rodzinnego ani towarzyskiego. Na co dzień zajmował się głównie… rządzeniem: pracą partyjną, rządową, dowodzeniem wojskiem. Plan jego dnia, w skrócie wyglądał następująco: śniadanie, dwie godziny siatkówki albo pływania na basenie oraz praca nieraz do godziny 3:00 w nocy. W ramach rozrywki, oglądał czasami… zachodnie filmy, które nie powinny być pokazywane publicznie w kinach, w sali projekcyjnej MON.

W stosunku do otoczenia był kulturalny, nie nadużywał (oprócz rodzinnego domu, który miał zmienić w coś na kształt komórki wojskowej) władzy. Z drugiej jednak strony, nie pozwalał nawet równym sobie w hierarchii traktować się po koleżeńsku. Był hieratyczny, kostyczny i wyniosły; bardzo wysokie wymagania wobec otoczenia były przyczyną strachu u podwładnych.

Kukliński pisze także o życiu rodzinnym Jaruzelskiego. Z żoną Barbarą (z.d. Jaskólska), tancerką zespołu „Mazowsze” nie ożenił się z miłości, pomiędzy nimi istniała bardzo duża różnica charakterologiczna. W połowie lat 70. małżeństwo Jaruzelskich przeszło kryzys, który nieomal doprowadził do rozpadu. W roku 1967 żona Jaruzelskiego miała mieć kochanka – lekarza, który zajmował się córką, Moniką Jaruzelską. Z kolei z „trzeciej ręki”, Kuliński podaje informacje, że i sam tow. Jaruzelski jakoby miał kochankę ze Skolimowa, z którą snuć miał nawet plany małżeńskie. Ostatecznie jednak – nie rozwiedli się. Wojciech Jaruzelski bardziej niż z żoną zżyty był z córką – Moniką.

Komunistyczny nadzorca wojska

Kukliński pisze, że nie wiadomo dokładnie, w jakich okolicznościach Jaruzelski został szefem Głównego Zarządu Politycznego WP. Pisze także o plotkach, jakoby Jaruzelski dostał to stanowisku w wyniku konfliktu pomiędzy komunistami chowu sowieckiego a „krajowcami”. Dla sowietów, Jaruzelski miał być kompromisowym kandydatem, pomiędzy gen. Grzegorzem Korczyńskim a gen. Józefem Urbanowiczem. Urbanowicz był – wedle relacji Kuklińskiego – za głupi nawet jak na komunistyczne standardy. Według Kuklińskiego, Jaruzelski nie miał też formalnego wykształcenia oficera politycznego.

Będąc na stanowisku szefa GZP, Jaruzelski ściśle realizował program PZPR na odcinku wojska. Treści propagandy bazować miał na „naukowych” podstawach marksizmu-leninizmu.

Jaruzelski miał wówczas bardzo dobre relacje z Gomułką i ówczesnym ministrem obrony, Marianem Spychalskim. Pierwszemu imponował posłuszeństwem i karnością wobec zwierzchników, Spychalski zaś awansował go i kierował jego karierą wojskowo-polityczną do czasu objęcia stanowiska ministra obrony. Jednak relacje pomiędzy Gomułką a Jaruzelskim były naznaczone pewną rysą: latem 1968 (albo 1969) Jaruzelski (już jako minister obrony) zarzucił towarzyszowi Wiesławowi, że w porównaniu z żołnierzami armii krajów NATO, żołnierze LWP mają bardzo słabe uposażenia, na co ten ostro zareagował. W końcu, Jaruzelski musiał – na forum Komitetu Obrony Kraju – przeprosić Gomułkę, uznać krytykę i trzymać język za zębami. Resentyment miał jednak pozostać.

Rola Jaruzelskiego w masakrze na Wybrzeżu, w Radomiu i Ursusie

Zarówno w Polsce, jak i zagranicą, o masakrze w grudniu 1970 roku krążyły plotki, jakoby wobec Jaruzelskiego ówczesne kierownictwo PRL-u (Gomułka, Moczar) zastosowało areszt domowy. Plotki te były niezgodne ze stanem faktycznym. Co więcej – Kukliński twierdzi, że w kierownictwie peerelowskiej kompartii nie było żadnego kryzysu; stanowiło zgrany zespół, w którym każdemu przydzielono określone zadanie (jeśli zaś chodzi o późniejszy los Gomułki – temu koniec końców włos z głowy nie spadł i skończył na emeryturze w kierownictwie ZBOWiD-u). Gomułka odpowiadał wówczas za decyzje strategiczne i to on wydał rozkaz użycia broni. Cyrankiewicz pełnił rolę obserwatora i analityka, Jaruzelski zaś wykonywał decyzje, które z kolei wdrażał gen. Chocha (szef Sztabu Generalnego). Jaruzelski, będąc ministrem obrony decydował o tym, jaki rodzaj broni, gdzie i kiedy zostanie użyty. Oprócz Trójmiasta, wojsko blokowało wówczas także Warszawę, Kraków, Poznań, Wrocław, Olsztyn i Bydgoszcz, z zadaniem ochrony obiektów należących do partii, na wypadek rozszerzenia się zamieszek na cały kraj. Zmobilizowano wszystkie rodzaje broni: 1700 czołgów, 1750 ciężarówek, 8700 samochodów a także lotnictwo i marynarkę. W odwodzie stały rezerwy, gotowe do użycia w przypadku skrajnie niekorzystnego rozwoju sytuacji. Operacja tłumienia rewolty była w dużym stopniu „rozśrodkowana”: lokalnych dowódców wojskowych podporządkowano decyzjom sekretarzy wojewódzkich PZPR, bezpośrednią decyzję o stłumieniu podjął Gomułka.

Również rola Jaruzelskiego w wydarzeniach w Radomiu i Ursusie spowita była mgłą dezinformacji (a być może auto-dezinformacji). Nie było prawdą, jakoby Jaruzelski ostrzegał przed użyciem broni [przez wojsko] i odmówić miał strzelania do „polskich robotników”. Zarówno w Radomiu, jak i Ursusie użycie wojska nie było konieczne. Wystarczało użycie MO i SB, które zobowiązane były do współpracy z wojskiem. Doświadczenia nabyte podczas masakry w Gdyni, Gdańsku, Szczecinie i Elblągu oraz podczas wydarzeń czerwca 1976 roku zostały przez Jaruzelskiego wykorzystane w trakcie wprowadzenia i realizacji stanu wojennego, który nie był doraźną decyzją; przygotowania rozpoczęto bowiem – jak zeznaje Kukliński – latem 1980 roku.

***

Przejdźmy do podsumowania, a w zasadzie dopowiedzenia pewnych spraw, również z uwzględnieniem tego, co działo się w latach 1989 – obecnie.

Z perspektywy wiedzy, jaką posiadamy obecnie wiemy o dwóch punktach zwrotnych, które miały zadecydować o całości kariery Jaruzelskiego, a były nimi: bycie agentem sowieciarskiej Informacji Wojskowej i uratowanie dalszej kariery przez Kiszczaka, kiedy była zagrożona przez tępawego trepa stojącego na czele GZP, Kazimierza Witaszewskiego (materiałem dowodowym była wówczas praca dla IW). Jednak było to pochodną szczególnych cech charakterologicznych i psychologicznych Jaruzelskiego, o których pisze Kukliński. Instynktu posłuszeństwa i dyscypliny oraz nabożnej czci wobec komunistycznej władzy, zarówno przełożonych w wojsku, członków KC i politbiura, jak i sowieciarzy.

Stan wojenny stanowił fazę wstępną przygotowań do przeprowadzenia peerelowskiego odcinka pieriestrojki. Jednym z celów była eliminacja opozycji antykomunistycznej i niepodległościowej przy jednoczesnej ekspozycji dysydentury, o tyle koncesjonowanej, o ile poruszającej się w schematach wyznaczonych przez komunistów a także wprowadzenie społeczeństwa w sytuację, w której gotowe jest przyjąć każdą oferowaną przez komunistyczną władzę propozycję. Stan wojenny był także umieszczony w dezinformacyjnym aspekcie polityki komunistycznej, mianowicie miał rozpocząć sekwencję dramatycznych wydarzeń, która – u obserwatorów zachodnich, ale i ciemiężonego przez komunistów społeczeństwa polskiego – miała wywołać wrażenie mylne wrażenie upadku komunizmu.

Tymczasem „operacja pieriestrojka” zakończyła się dla komunistów powodzeniem, jeśli chodzi o realizację głównych założeń. Tzw. „jesień ludów” nie przyniosła końca komunizmu, a transformację komunizmu w neokomunizm. Struktury komunistyczne przeszły transformację instytucjonalną i zmianę sposobu sprawowania władzy: scentralizowana organizacja kompartii (i bezpieki) przekształciła się w oligarchiczno-mafijno-państwową „czerwoną pajęczynę”, a władza bezpośrednia została zastąpiona władzą pośrednią. Utrzymano też powiązania łączące „nową Polskę” z „posowiecką Rosją”, będącą w istocie kontynuacją ZSRS. Jaruzelskiego (ale i Kiszczaka) można tu uznać za tyleż symboliczną, co realną „klamrę” spinającą PRL z tym, co jest jego kolejnym stadium rozwojowym.

Post-pieriestrojkowy neokomunizm i PRL-bis mają cały szereg mitów (a w zasadzie – kłamstw) założycielskich, całościową, swoistą „mitozofię”. Jednym z czołowych kłamstw założycielskich jest – oprócz „wolności” i „suwerenności” neopeerelu – relatywizacja komunizmu, relatywizacja polityki komunistów lat 1944 – 1989. Obejmuje to także Jaruzelskiego, który jako bardzo sprawny dezinformator, wręcz technik polityczny, sam tworzy i podtrzymuje neokomunistyczną dezinformację. W narracji tej jest Jaruzelski – wraz z Kiszczakiem, Michnikiem, Mazowieckim i Wałęsą – mistrzem pierwszego planu. Jako rzekomo bohaterski „polski żołnierz”, który przebył cały szlak bojowy od Lenino, prawie do Berlina. Jako ten, który wprowadzając stan wojenny „uratował kraj przed sowiecką interwencją”; tak, jakby sowieckich sołdatów wcześniej na terenach polskich w ogóle nie było. W końcu, jako jeden z autorów – wraz ze swoim komilitonem Kiszczakiem, Wałęsą i Michnikiem – „okrągłego stołu” i wreszcie rzekomego „końca komunizmu”. Opisywana tu teza dezinformacji jest niejako rozpisana i „pozycjonowana” pomiędzy różne grupy docelowe – Jaruzelski każdemu ze swoich rozmówców mówi to co chce usłyszeć, a raczej to co chcą usłyszeć odbiorcy danego mediów. I tak, w wywiadach przeprowadzanych przez Michnika, Lisa, Żakowskiego czy Olejnik, prezentuje się jako „generał-patriota” i wyważony reformator komunizmu, ba – jako „ojciec-założyciel” polskiej demokracji, wzorcowy demoliberalny centrysta. Z kolei w głośnych swego czasu wywiadach z Adamem Wielomskim i Janem Engelgardem – jako współczesny przedstawiciel polskiej „Realpolitik”, wręcz jako spadkobierca polskiej XIX-wiecznej myśli konserwatywnej i narodowej. Oczywiście, wszystkie te narracje są kłamliwe, a cała akcja medialnego wybielania Jaruzelskiego – rozpisany na role spektakl dezinformacyjny. Ponadto – cenzuruje się filmy o Jaruzelskim czy o wydarzeniach, w których grał on główną rolę, a biografie są praktycznie przemilczane.

To natomiast, że Kuklińskiego przedstawiano latami jako „zdrajcę Polski, który złamał przysięgę wojskową” jest drugą stroną powyższego neokomunistycznego kłamstwa.

Wpisuje się w to bezkarność Jaruzelskiego i jego towarzyszy za popełnione zbrodnie: od morderstw Informacji Wojskowej, poprzez udział w najeździe na Czechosłowację i masakrę w 1970, po zbrodnie popełnione w czasie stanu wojennego. Ale – czy się nam to podoba, czy nie – system prawny, szeroko pojęty, jest emanacją realnie istniejącego układu sił politycznych i tego, kto realnie sprawuję władzę. Tym bardziej, że obecnie tzw. „prawo”, „zasady moralne” itp. to w zasadzie puste formy, w których można umieścić dosłownie wszystko.

Na powyższym jednak, współczesna rola Jaruzelskiego się nie kończy i jest na to kilka ważnych poszlak (temat ten zresztą poruszałem w jednym z wpisów: http://jaszczur09.blogspot.com/2011/05/peny-kontekst-uniewinnienia.html).

Z perspektywy 22 lat od wydarzeń roku 1989 widzimy, że neokomunizm nie jest stanem doraźnym, a zorganizowanym systemem politycznym, istniejącym „w celu”. Celem tym jest władza przetransformowanych struktur komunistycznych i jej dalsza reprodukcja przez dziedziczenie i kooptację. Taki system nie może istnieć bez grupy (bądź grup) ludzi, która pełni funkcję kierowniczą. Wiadomo, że najsilniejszą pozycję w „UBekistanie” miały Wojskowe Służby Informacyjne, które od pozorowanego „upadku komunizmu” pozostały praktycznie nietknięte. Zresztą jest to prosta kontynuacja stanu sprzed roku 1989, gdzie komunistyczna egzekutywa o kluczowej roli została umieszczona w siłach zbrojnych – strukturze, wręcz stanie o najbardziej strategicznym dla każdego systemu politycznego charakterze. Zupełnie naiwne byłoby w powyższym kontekście stwierdzenie, że wysoka pozycja Jaruzelskiego w strukturach władzy skończyła się wraz z utratą nominalnie najwyższych stanowisk. Trzeba wiedzieć, że człowiek ten znajdował się praktycznie w samym centrum struktur komunistycznych o charakterze strategicznym: w wojskowej bezpiece, kompartii, jej ekspozyturze w wojsku i wreszcie, w nim samym. Gdyby jego rola się skończyła to bardzo możliwe, że podzieliłby los Piotra Jaroszewicza (też komunistycznego generała). W filmie dokumentalnym „Towarzysz generał” wypowiadają się dr Sławomir Cenckiewicz i Lech Kowalski, biograf Jaruzelskiego. Pierwszy mówi, że Jaruzelski przez cały okres lat 90 XX w. i możliwe, że przez lata pierwsze wieku XXI „przyklepywał” najważniejsze nominacje generalskie. Drugi zaś – powołując się na anonimowe źródło – o tym, że Jaruzelski kontroluje podległe sobie sfery za pomocą własnego archiwum dokumentów (zapewne państwowych, partyjnych i bezpieczniackich). Nie jest także żadną tajemnicą, że Jaruzelski „namaścił” trzech prezydentów tzw. „III RP”: Wałęsę, Kwaśniewskiego i obecnie rezydującego Komorowskiego. W zeszłym roku byliśmy naocznymi tego świadkami. Z kolei udział Jaruzelskiego w RBN jest już dowodem wprost, że osobą faktycznie pełniącą funkcję „szefa” jest właśnie on. Rzecz jasna, jako członek „kolektywu kierowniczego”. To jednak, jakie konkretnie są tematy rozmów pomiędzy Jaruzelskim, Komorowskim, Kwaśniewskim, Millerem, Nałęczem etc., jest zagadnieniem dla historyków przyszłych pokoleń, podobnie jak ustalenia zeszłorocznej, listopadowej RBN.

http://www.polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=895:kukliski-o-jaruzelskim&catid=351:dzielnica-dokumentalistow-i-wiadkow&Itemid=343

Stowarzyszenie Fides et Ratio serdecznie zaprasza Na wykład w ramach  WSZECHNICY NARODOWEJ pt. „KATOLICKA KONTRREWOLUCJA NARODOWA .

ZADANIE KTÓRE MOŻE PODJĄĆ KAŻDY Z NAS”
 
wykład wygłosi: red. Robert Larkowski – znany publicysta narodowy
 
27 MAJA 2012 ( NIEDZIELA) – O GODZ. 16.OO
 
( uwaga zmiana termniu, w tym miesiącu wyjątkowo w niedzielę ! )
 
 
miejsce: kLUB  MASADA UL. SKAWIŃSKA 2 W KRAKOWIE
 
(wejście róg ul. Krakowskiej i Skawińskiej)
 
serdecznie zapraszamy
 
Stanisław Papież
 
http://www.fide-et-ratio.pl

Słowa Baracka Obamy wpisują się w ogólną tendencje obarczania Polaków winą za zbrodnie II wojny światowej, która jest widoczna w światowych mediach zydoskich od długiego już czasu.

Z naszej perspektywy, gdzie jeszcze większość osób, jeśli nie z lekcji historii, to po prostu z przekazów rodziców lub dziadków zdaje sobie doskonale sprawę czyje to były obozy, słowa prezydenta USA mogą zdawać się zwykłym przejęzyczeniem. Jednak należy pamiętać, że edukacja w wielu krajach, również w USA jest na marnym poziomie, zwłaszcza jeśli chodzi o naukę historii (politycy PO marzą by nasi obywatele dorównali obywatelom tych krajów w jej nieznajomości). Co sprawia, że wiele osób zestawiając sobie słowa Obamy z np. reportażem o naszych kibicach w BBC, zastosuje skrót myślowy . Stwierdzą oni, że Polacy to antysemici, którzy mordowali Żydów w Oświęcimiu.
Ten celowy „błąd” jest powtarzany coraz częściej w zachodnich mediach. Oczywiście zaczęło się od wybielania swojej historii przez Niemców, którzy stwierdzili, że to nie cały naród, lecz jedynie naziści są odpowiedzialni za zbrodnie drugiej wojny światowej. Ponadto również nasi politycy zaczęli przyznawać, że Polacy uczestniczyli w mordowaniu Żydów, czego najlepszy wyraz dał prezydent Aleksander Kwaśniewski w 2001 roku w Jedwabnem. Symbolicznie naród polski został obciążony odpowiedzialnością za tragiczne wydarzenia, które się tam rozegrały, choć do dzisiaj w tej sprawie jest sporo wątpliwości, których pewnie nigdy nie uda się wyjaśnić. Szkoda, że pan prezydent równie pięknie nie potrafił zachować się nad grobami naszych patriotów w Charkowie. A wielu do dziś uznaje go za najlepszego prezydenta III RP…
Do innych „zasług” pana Kwaśniewskiego w budowaniu naszej odpowiedzialności za zbrodnie na Żydach. Było przyznanie Orderu Zasługi RP panu Janowi Tomaszowi Grossowi, który później stworzył moim zdaniem szkalującą nasz naród książkę „Złote żniwa. Rzecz o tym co się działo na obrzeżach zagłady Żydów”. Pan Gross w tej książce stawia tezę, że na polskiej wsi Polscy chłopi kolaborowali z Niemcami, mordowali Żydów i bogacili się na ich nieszczęściu. Warto jednak zauważyć, że w czasie wojennego zagrożenia sami Żydzi kolaborowali z Niemcami tu za przykład można by podać żydowską policję w gettach. Jakoś jednak ta kwestia nie stała się inspiracją dla twórczości pana Grossa. Ponadto na polskiej wsi panowała straszna bieda oraz analfabetyzm, ludzie ci walczyli o przetrwanie. Do tego trzeba pamiętać, że ich egzystencja była zależna od weksli i lichwy zydowskich. Polscy chłopi nie bogacili się na nieszczęściu Żydów a bylo wrecz odwrotnie do tego trzeba dodac katorznie UB i SB. Niedoskonałością ludzkiej natury jest fakt, że w chwilach zagrożenia budzą się w nas pierwotne instynkty, zwłaszcza, gdy panuje głód, a poziom edukacji jest niski. Przez promowanie takich publikacji zapomina się o działalności „Żegoty”, czy o Irenie Sendlerowej, co zafałszowuje prawdziwy obraz stosunków polsko – żydowskich w czasie II wojny światowej.
W nurt polityki zafałszowywania historii wpisują się również działania pani Steinbach, która twierdzi, że to Polacy są winni wypędzeniom Niemców po II wojnie światowej. Ta pani jednak zapomniała, że wypędzenia były skutkiem wojny, którą rozpętał jej naród. Ponadto kształt granic naszego państwa został ustalony przez Stalina i Roosvelta. Jedynie ś. p. Lech Kaczyński miał odwagę by w tym kontekście wspomnieć o odszkodowaniu za zniszczoną przez Niemców Warszawę, wszak nie stało się to w wyniku działań wojennych.
Jeśli w dalszym ciągu będziemy pozwalali Niemcom i Żydom tworzyć własna wersję historii, tak długo będą zdarzały się takie „wpadki”, jaka ostatnio przydarzyła się panu Obamie. Należy pamiętać, że jeśli nie byłoby wojny, którą wywołali, nie żadni naziści, lecz Niemcy oplacani przez Zydow nie byłoby holocaustu. Ponadto to Niemcy, a nie Austriak Hitler stworzyli obozy koncentracyjne na terytorium Polski, tak jak zydo-komuna bolszewia!!, a nie Gruzin Stalin są odpowiedzialni za Katyń. Taka powinna być nasza wersja historii, której powinniśmy bronić, bo w przeciwnym razie niedługo kłamstwo powtórzone tysiąc razy stanie się prawdą i określenie „polskie obozy śmierci” zakorzeni się na stałe w świadomości mieszkańców krajów zachodniej Europy, czy USA

„Staramy się ograniczać koszty administracyjne tak, aby jak najwięcej środków było dostępnych na wspieranie dziennikarstwa” – z Jadwigą Chmielowską, skarbikiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i legendarną działaczką „Solidarności Walczącej” rozmawia Tomasz Kwiatek.

Niedawno w dniach 19 – 20 maja odbyło się spotkanie dziennikarzy SDP w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. Rozmowy były o statucie, o czym jeszcze dyskutowano co zostało uchwalone?

Głównym celem zjazdu była dyskusja nad celami statutowymi. Zarząd został zobowiązany, aby w ciągu roku zwołać zjazd, którego celem będzie unowocześnienie statutu. Jest to o tyle istotne, że obecny został uchwalony na początku lat 90. ubiegłego wieku.

Padły również propozycje zmiany, aby usprawnić wybory gdyż ostatnie walne zebranie odbyło się w trzech turach i procedury głosowań ciągnęły się w nieskończoność. Zarząd warszawski zaproponował, aby w głosowaniach obowiązywała zwykła większość, a nie jak obecne bezwzględna, czyli 50 procent +1. I na tym punkcie zakończyły się dyskusje na tematy formalno- kosmetyczne w pozostałych punktach wszyscy byli zgodni. Prawnik zaproponował trzy warianty głosowań, w tym mieszany.

Kiedy odbędzie się walne zebranie członków SDP?

19 października.

Też w Kazimierzu?

Planowo w Kazimierzu, w należącym do nas Domu Prasy.

Zarząd zajął ważne stanowisko w sprawie ataku posła PO Stefana Niesiołowskiego na redaktor Ewę Stankiewicz…

Tak pierwsza i natychmiastowa reakcja padła ze strony Centrum Monitoringu Wolności Prasy. Niesiołowski miał czas, żeby przeprosić panią redaktor. Ale w związku z tym, że poseł nie przeprosił i dalej zachowuje się butnie, Zarząd Główny wraz z przedstawicielami prawie wszystkich oddziałów SDP wystosowało oświadczenie, jedynie kolega z Wrocławia odmówił podpisania.

Pani jest skarbnikiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Jak wyglądaja kondycja finansowa, struktura finansowania i na co są pieniądze przeznaczane?

Kondycja SDP nie jest najgorsza. Większość pieniędzy przeznaczana jest na działalność statutową, ostatnio udało na się pozyskać 50 tys. zł, które zostało przekazane oddziałom terenowym, Stowarzyszenie to nie tylko Warszawa ale również praca aktywna w oddziałach w całej Polsce: szkolenia, konkursy, spotkania itd. Przykładowo, planowany jest konkurs otwarty związany z Lublinem. Wcześniej był konkurs w Olsztynie. Oddział we Wrocławiu dostał pieniądze na remont swojej siedziby, zakup komputera. W każdym bądź razie większość pieniędzy staramy się przekazywać na działalność statutową.

Będą organizowane warsztaty dla młodych dziennikarzy z tych pieniędzy

Była dyskusja na ten temat. Oddział SDP w Katowicach ma przygotować warsztaty i kursy, m.in. pomagające założyć gazetę i jak prowadzić portal internetowy. Staramy się jak najbardziej ograniczać koszty administracyjne tak, aby jak najwięcej środków było dostępnych na wspieranie dziennikarstwa. Rozmawialiśmy o tym nie tylko na zebraniu ogólnym ale również na zebraniu zarządu SDP, które też się odbyło 19 maja w Kazimierzu.

Ważną rzeczą jest też fakt, że Zarząd podjął decyzję o pomocy finansowej dla dziennikarza Romana Graczyka, który wydał książkę, w której opisał agenturalność w redakcji „Tygodnika Powszechnego” i ma teraz proces sądowy. Cały czas dyskutujemy skąd pozyskać środki finansowe na pomoc dziennikarzom, którzy mają sprawy sądowe za zniesławienia czy zarzuty z art.212.

Najwięcej problemów mają dziennikarze pracujący w prasie lokalnej, np w jednej z miejscowości w oddziale olsztyńskim udało nam się pomóc dziennikarzowi, którego pozwał wójt za to, że ten napisał w jednym z artykułów, że wójt powinien wziąć się do roboty. Wygraliśmy tę sprawę w Strasburgu.

W czasie zjazdu SDP równolegle w Krakowie odbywało się spotkanie w sprawie obrony polskiej edukacji na którym miała Pani być. Co to było za spotkanie i czym się skończyło?

Był to ogólnopolski zjazd ludzi którzy podjęli głodówkę w obronie polskich szkół. Miało być pierwsze spotkanie komisji organizacyjnej Obywatelskiej Komisji Edukacji Narodowej.

Niestety nie mogłam być w dwóch miejscach w Polsce na raz. Wiem że komisja taka powstała, Prof. dr hab. Włodzimierz Suleja jest szefem, w skład weszli profesorowie z Krakowa profesor Żaryn z Warszawy. Z tym że było to pierwsze spotkanie i nie ma jeszcze pełnych planów. Przypuszczam że zostanie zostaną dopracowane później.

Natomiast wiadomo mi że niektórzy głodujący uważali, iż jeżeli komisja powstała to należało by być już przygotowanym i wszystko powinno być doprecyzowane, czyli stworzenie ruchu społecznego wspierającego przebudowę całego systemu edukacyjnego w Polsce. Mieli wrażenie jak by wysiłek głodujących w całej Polsce był zmarnowany. Myślę że było to spowodowane tym że bardzo krótko trwało to spotkanie i nie zdążono tymi wszystkimi sprawami się zająć.

W tym miejscu warto przypomnieć, że Pani również głodowała w Tarnowskich Górach w obronie polskiej szkoły i tego żeby lekcji historii było więcej w szkolnym programie nauczania. Ile dni trwała głodówka i jak Pani sobie poradziła?

To była śląska głodówka w Tarnowskich Górach. Delegatura Zarządu Solidarności udostępniła nam swój lokal w Tarnowskich Górach ze względu na warunki – był prysznic, duża sala z bezpośrednim wejściem z zewnątrz, co było bardzo dobre bo odwiedzało nas naprawdę wiele osób od samego rana czasem nawet, aż do późnych godziny nocnych. Ja bałam się o siebie, bo po tych wszystkich chorobach bałam się, że skoczy mi ciśnienie i wytrzymam 2 góra 3 dni, a głodowałam 9 dni i o dziwo czułam się całkiem dobrze. Jedynie co zauważyłam to, że 4 dnia byłam bardziej spowolniona tzn. wolniej rozmawiałam, wolniej pisałam na komputerze, wolniej rozmawiałam przez telefon (śmiech).

A przestała Pani palić papierosy?

Nie, rzuciłam jedzenie a nie palenie.

A szkoda!

(śmiech)

Dużo Pani straciła na wadze?

6 kilogramów. Wszyscy z kolegów, którzy głodowali oprócz jednego bardzo szczupłego, schudli ok. 6 kilogramów. Byłam później u lekarza, skierował mnie na badanie elektrolitów i potasu, ale wszystko było w porządku. No ale muszę to powiedzieć, że piliśmy wodę Muszyniankę, bo jest ona wysoko mineralizowana. Wszystkie inne rodzaje wody były dla naszych gości (śmiech).

Jeżeli czytają nas przedstawiciele Muszynianki, to zachęcamy do kontaktu z nami (śmiech).

To jest woda, która ma bardzo mało gazu i bardzo dużo sodu, potasu i jest idealna na głodówki. Podczas głodówki trzeba też mieć dużo ruchu, a każdy z nas miał masę roboty. Chodziliśmy spać najwcześniej o 1 w nocy, a wstawaliśmy o 7.30. Dzień rozpoczynaliśmy modlitwą, w której zawierzaliśmy Polskę Matce Bożej, a później w ciągu dnia przychodził ksiądz i przystępowaliśmy do komunii św., a dzień kończyliśmy dziesiątką Różańca św. Generalnie przypomnieliśmy sobie 1980 rok! Trzeba było cały czas coś robić! A to ulotki, komunikaty do prasy, tysiące telefonów, setki rozmów z gośćmi, którzy nas odwiedzali…

Myśli Pani, że ten ruch głodówkowy coś zmieni?

Ten ruch, który przeszedł przez Polskę sprawił, że ludzie zostali poinformowani o problemie polskiej szkoły. Mam nadzieję, że dzięki temu, że ta akcja, która przechodzi przez większość województw w naszym kraju, sprawi, że stworzą się środowiska, które będą pilnowały tego, żeby powstały nowe wiarygodne, takie same podręczniki, żeby zmienić całą politykę edukacyjną i żeby powrócić do normalnego nauczania w szkole i żeby każde dziecko miało równy start.

Wiem, że po tej głodówce było spotkanie w ministerstwie edukacji. Kto wyszedł z inicjatywą i czym się to spotkanie skończyło?

Pani Minister Szumilas po spotkaniu z inicjatywy Prezydenta RP zaprosiła nas na spotkanie. Potem okazało się, że Prezydent Komorowski zrozumiał co innego, a pani Minister zupełnie co innego. Szumilas powtarzała cały czas, że chce się spotykać, rozmawiać. To koledzy uznali, że jak chce rozmawiać, to pojedziemy do niej na rozmowę. Na początku nie chciano nas przyjąć, a potem stwierdzono, że tylko trzy osoby, więc ja powiedziałam, że trzy osoby ale z każdego głodującego ośrodka, i ostatecznie weszło nas 15 osób i dziennikarze. Rozmawialiśmy w świetle kamer. Był też przykry incydent, bo chcieli usunąć telewizję Trwam, ale ja stanęłam w obronie i dziennikarz został. Przedstawiliśmy swoje zdanie na temat edukacji.

A jak Pani myśli, jak to się skończy? Ministerstwo się ugnie?

Nie wiem. Jeśli ministerstwo się nie ugnie, to zostanie apel do nauczycieli, do rodziców, żeby żądali, żeby w okresie przejściowym były dwa bloki tematyczne historii w szkole w klasie drugiej i trzeciej bo one są do wyboru prawda. Nauczyciel może wybrać akurat te bloki a niekoniecznie blok „mężczyzna, kobieta, dziecko” albo „wróżki” albo jakieś tam inne jeszcze bloki. Nauczyciele i rodzice powinni wymóc na szkole, żeby akurat nauczano historii. A tak wracając do źródeł, to szkołę zaczął psuć minister Handke, który wymyślił gimnazja i teraz okazuje się, że ci, którzy wówczas protestowali mieli rację. Po prostu w Polsce robione są reformy chaotycznie, bez analizy, badań, prognozowania itp. W naszym kraju jest tak, że ci co się pchają do władzy, do ław poselskich, na stołki dyrektorskie się po prostu nie znają na zadaniach, które otrzymują. Są mierni bierni ale wierni a na stanowiskach są z nadania partii.

Ale ludzie na nich głosują… Nie głosują na postawy, na życiorysy, osiągnięcia tylko na metki partyjne i to zarówno w wyborach samorządowych jak i parlamentarnych…

No bo, niestety, po Okrągłym Stole doszło do takiej sytuacji, że zacementowała się scena polityczna. Przy okrągłym stole rozmawiała agentura ze swoimi oficerami prowadzącymi i jeszcze paru pożytecznych idiotów przy tym było i tak to poszło. A wszystkie możliwe osoby, które mogły być zagrożeniem dla tego układu zostały skazane na zapomnienie i zamilczenie. Ludziom powiedziano, że będzie dobrze, nic nie róbcie bo elity się dogadają. I teraz tak samo jest, mówi się: nie interesujcie się polityką. A do partii nie można za bardzo wstąpić bo bierni, mierni ale wierni eliminują tych z zdolniejszych z inicjatywą.

Czy to dotyczy wszystkich partii, czy jakiś konkretnych?

To dotyczy wszystkich partii bez wyjątku.

PiS nie jest wyjątkiem?

Kaczyński sam mi powiedział, że on wie, że partia z czasem się degeneruje i do niego dochodzą sygnały, że w danej wsi powiedzmy są cztery pierwsze miejsca na radnych, no to mu już piąty człowiek w tej układance jest już niepotrzebny, bo to jest rywal. No więc póki się to nie zmieni, to będzie źle. Na przykład PiS zrobił wielki błąd, że po Smoleńsku, kiedy już wiadomo było, że ta wojna o niepodległość Polski weszła już w taką dość ostrą fazę – a ona toczy się już od ponad 20 lat – to nie otworzył partii. PiS powinien stać się partią masową, czyli wszyscy, którzy chcą działać politycznie, którzy są aktywni, to powinni do tej partii wstąpić. I faktycznie dość dużo ludzi się wtedy zgłaszało, na ale PiS ich po prostu nie przyjmował.

Bardzo dziękuję za rozmowę.
całośc: http://www.ngopole.pl/2012/05/31/dzisiejsze-prob

Pod błękitnym niebem w krakowskim, patriotycznym Parku im. dra Henryka Jordana, z majowym zapachem odchodzącej już wiosny zabrzmiał Hymn Narodowy, a potem Niepodległa Pieśń „Czerwone maki.”.

Ach, cóż to był za widok, żołnierze Polski Walczącej, te Szare Szeregi, a może również i harcerze Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej, stojący ramię w ramię z młodymi żołnierzami Armii Krajowej w pełnym bojowym rynsztunku, śpiewający niepodległe pieśni. A więc mamy wspaniałą patriotyczną młodzież stawiającą się na każde wezwanie Ojczyzny.
Widziałem również stojących na baczność harcerzy ze srebrnymi lilijkami – krzyżami, ich znakami herbowymi, zapewne w wieku już nie młodzieńczym. A na koniach przewijające się sylwetki ułanów z żółtymi otokami na czapkach. Byli i oficerowie niepodległego Wojska Polskiego, z szablami i prezentujący broń. Cóż, taki widok przypominał mi defilady rocznicowe np. w Dniu Święta Niepodległości 11 listopada, które obserwowałem z balkonu mojego mieszkania położonego przy centralnej lwowskiej ulicy Legionów zwieńczonej Teatrem Wielkim. Otrzymałem od żołnierza Armii Krajowej śpiewnik i śpiewałem wraz z chórem i żołnierzami pieśni patriotyczne: „Hej chłopcy bagnet na broń”, „Rozszumiały się wierzby.”, „Białe róże”, „O mój rozmarynie”, „Marsz Żoliborza”, ” Jak to na wojence ładnie”, „My pierwsza brygada” /przy tej pieśni wszyscy stali na baczność/.

A potem była homilia o Jerzego Pająka, kunszt sztuki i wiedzy historycznej. Wypowiedziana znakomitą dykcją, z odpowiednimi akcentami, głosiła chwałę polskiego oręża, przypominała najbardziej heroiczne epizody z naszych walk niepodległościowych, mówiła o tej karcie naszych dziejów, które zapisały się bohatersko i trwale w historii Polski, jak o Powstaniu Warszawskim. Przypomniała Wielkiego Żołnierza Rzeczypospolitej współtwórcę Polskiego Państwa Podziemnego Armii Krajowej gen. Leopolda Okulickiego „Niedźwiadka”.

Przypomniała Koronę Królowej Polski, gdy w Katedrze Lwowskiej król Jan Kazimierz złożył „Śluby lwowskie”. Wydarzenie owo, jakie miało miejsce 1 kwietnia 1656 roku było faktem nie mającym precedensu w historii Europy . Tego dnia, podczas uroczystej mszy św. w Katedrze Lwowskiej w obecności senatorów, biskupów, szlachty i ogromnych rzesz zwykłego ludu, król Polski Jan Kazimierz – dokonawszy wpierw koronacji Matki Bożej na Królową Polski – klęknął przed wizerunkiem Matki Bożej Łaskawej i wypowiedział następujące słowa:

„Wielka człowieczeństwa Boskiego Matko i Panno! Ja, Jan Kazimierz, Twego Syna, Króla królów i Pana mojego, i Twoim zmiłowaniem się król, do Twych, Najświętszych stóp przychodząc, tę oto konfedyracyję czynię:

Ciebie za Patronkę moją i Państwa mego Królową dzisiaj obieram. Mnie, Królestwo moje Polskie, Wielkie Księstwo Litewskie, Ruskie, Pruskie, Mazowieckie, Żmudzkie, Inflandzkie i Czernichowskie, wojsko obojga narodów i pospólstwo wszystko Twojej osobliwej opiece i obronie polecam. Twojej pomocy i miłosierdzia w teraźniejszym utrapieniu królestwa mego przeciwko nieprzyjaciołom pokornie żebrzę.

W tym miejscu należy wspomnieć, iż ślubowanie owo w Katedrze lwowskiej odnowił, jako jedyny z prezydentów RP po 1989 roku prof. Lech Kaczyński.

Słowa króla Jana Kazimierza wypowiedziane 353 lata temu sprowadzały się już wielokrotnie do opieki Królowej Polski nad Jej Narodem w trudnych dziejowych chwilach.

Tak będzie zapewne i tym razem, gdy Jej powiernictwo jest wymogiem chwili. 27 maja 2012 roku przed popiersiem gen. Leopolda Okulickiego „Niedźwiadka” w krakowskim Parku im. dra Henryka Jordana odbyły się religijno- patriotyczne uroczystości związane z odsłonięciem jego popiersia. Rozpoczęły się odegraniem i odśpiewaniem Hymnu Narodowego, z towarzyszeniem solisty Opery i Operetki Franciszka Makucha.

Kwiaty pod popiersiem „Niedźwiadka” złożyła m.in córka rotmistrza Witolda Pileckiego Zofia Optułowicz-Pilecka, prezes Towarzystwa Parku im. dr Henryka Jordana Kazimierz Cholewa, generalicja Wojska Polskiego z generałem Jerzym Biziewskim, klub „Gazety Polskiej” z dr Mirosławem Borutą, IPN z historykiem Jackiem Pawłowiczem, a następnie poświęconym przez kapucyna Ojca Jerzego Pająka, kapelana Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych

Szczególnie wzruszająco zabrzmiał znakomity tenor Franciszka Makucha przy tradycyjnej już przy takich uroczystościach pieśni ” Czerwone maki.” Wszyscy obecni wysłuchali pieśni na stojąco.

Historyk IPN Jacek Pawłowicz zaprezentował album „Generał Leopold Okulicki 1898-1946″:

Album zawiera liczne niepublikowane do tej pory zdjęcia i dokumenty związane z życiem i działalnością ostatniego Komendanta Armii Krajowej – gen. Leopolda Okulickiego„Niedźwiadka”.

Jest to realizacja planu rozpoczętego wspólnie przez zmarłego tragicznie prezesa IPN Janusza Kurtykę i Jacka Pawłowicza. Marzeniem prezesa prof. Janusza Kurtyki było stworzenie dzieła, które, jak często powtarzał, byłoby „pomnikiem wystawionym generałowi”. Punktem wyjścia do pracy była książka jego autorstwa „Generał Leopold Okulicki »Niedźwiadek« 1898–1946”, wydana poza cenzurą w 1989 r. Uzupełniona o bogaty zbiór ikonograficzny i pamiątki z rodzinnej kolekcji, stanowi obszerne wydawnictwo albumowe dokumentujące życie i działalność generała Okulickiego. W albumie znajdują się wcześniej niepublikowane zdjęcia z okresu szkolnego w Bochni, walki w Legionach czy też z Powstania Warszawskiego. Na uwagę zasługują dokumenty Leopolda Okulickiego pochodzące z okresu służby w Polskich Siłach Zbrojnych w ZSRR, dowodzonych przez gen. Władysława Andersa. Autorzy umieścili m.in. stenogram rozmowy gen. Andersa i płk. Okulickiego z Józefem Stalinem i Wiaczesławem Mołotowem. Do publikacji dołączona jest płyta DVD z dwoma filmami dokumentalnymi: „Niedźwiadek” Zofii i Andrzeja Kunertów oraz „Szesnastu” Włodzimierza Dusiewicza.

Generał Leopold Okulicki został zamordowany przez NKWD po słynnym moskiewskim procesie „16”.
Zostaliśmy z małżonką zaproszeni na te doniosłe uroczystości w patriotycznym Parku dr. Henryka Jordana. Na wzruszenie podano nam „Pieśń o fladze” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego w znakomitym wykonaniu Franciszka Makucha.

Byliśmy tak z Alą / moją żoną / wzruszeni, że nie odróżnialiśmy tych trzech biało czerwonych, czy powiewały one pod Tobrukiem, Narvikiem, czy może pod Monte Casino. O jednym wiedzieliśmy na pewno, że były biało-czerwone i były jak zorza polarna , czerwone jak puchar wina, białe jak śnieżna lawina, o czym zapewnił nas Franciszek Makuch w obliczu Komendanta Armii Krajowej gen. Leopolda Okulickiego „Niedźwiadka”.

Aleksander Szumański

Fotoreportaże z uroczystości opracowali Józef Wieczorek i Łukasz Wieczorek:
Gen. Leopold Okulicki w Galerii Wiekich Polaków XX wieku
w patriotycznym Parku dr H. Jordana w Krakowie
Migawki z uroczystego odsłonięcia pomnika
27 maja 2012 r.
(zdjęcia i wideo– Józef Wieczorek, Łukasz Wieczorek)

Gen. Leopold Okulicki w Galerii Wiekich Polaków XX wieku
http://wkrakowie2012.wordpress.com/2012/05/28/ge

> Generał dywizji dr Jerzy Biziewski-
> Dowódca 2. Korpusu Zmechanizowanego im. gen. W. Andersa i Jego żołnierze
> w Hołdzie Generałowi Leopoldowi Okulickiemu i żołnierzom Polski Walczącej
> Podczas odłonięcia pomnika gen. L.Okulickiego ‘Niedźwiadka’
> w Patriotycznym Parku dr H. Jordana
> w Krakowie 27 maja 2012 r.
> (zdjęcia i wideo– Józef Wieczorek, Łukasz Wieczorek)
> =========
> Gen. Jerzy Biziewski i Jego żołnierze w Hołdzie Gen. Leopoldowi Okulickiemu i żołnierzom Polski Walczącej
> http://wkrakowie2012.wordpress.com/2012/05/29/ge

> Lekcja historii Jacka Pawłowicza (IPN) w Patriotycznym Parku dr H. Jordana
> http://wkrakowie2012.wordpress.com/2012/05/29/le.

Od upadku rządu Jana Olszewskiego minie wkrótce 20 lat. To tyle, ile mają niektórzy członkowie i sympatycy ONR, czy MW. Czy to jednak tłumaczy ich uczestnictwo w obchodach służących kultywowaniu fałszywego obrazu tamtego fatalnego gabinetu, a nawet współorganizację takich uroczystości? Oczywiście, że nie.

Od powstania Ligi Narodowej minęło wszak lat 119, pierwszą lożę B’nai B’rith na ziemiach polskich powołano 90 wiosen temu – a chyba nawet młodzi narodowcy nie mają wątpliwości, które dziedzictwo powinno być im bliższe?
Balcerowicz-bisNie ma żadnego faktu, który by tak z ówczesnej, jak i z dzisiejszej perspektywy pozwalał bronić gabinetu Olszewskiego. Przede wszystkim dlatego, że ani programowo, ani kadrowo nie odbiegał on jakościowo (czyli anty-jakościowo) od innych ekip po 1989 r., zwłaszcza post-solidarnościowych. Mówimy wszak o rządzie z udziałem Andrzeja Olechowskiego i Radosława Sikorskiego (wówczas jeszcze „młodego orła” centroprawicy)! Równie typowy był z trudem wypracowany program tej ekipy. „Założenia polityki społeczno-gospodarczej na 1992 r.”, czyli tzw. plan Eysymontta – to tylko kontynuacja planu Balcerowicza, z jego założeniami antyeksportowymi, częściowym popiwkiem, wyprzedażą majątku narodowego, dławieniem produkcji i ścisłym podporządkowaniem Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu i Bankowi Światowemu.

Czy na pewno chcemy życzliwie wspominać ekipę dumnie zamykającą historię polskiej motoryzacji, w związku z niekorzystną dla państwa (i rzutująca potem poważnie na naszą ekonomikę, np. na działania sektora bankowego) sprzedażą FSM? Ile ciepłych słów znajdziemy dla drużyny, która przygotowała dewastację Huty Warszawa, szykowaną wówczas do oddania na poniewierkę głównemu konkurentowi – Lucchiniemu S.p.A.?
Na pasku Brukseli

Na odcinku polityki zagranicznej – nie było lepiej. Jan Olszewski (z wrodzoną sobie nieudolnością, ale jednak uparcie) przepychał w okresie swego urzędowania Układ Europejski, ustanawiający stowarzyszenie między Rzecząpospolitą Polską a Wspólnotami Europejskimi i ich Państwami Członkowskimi – czyli umowę stowarzyszeniową stawiającą polską gospodarkę na pozycjach kolonialnego rynku zbytu dla państw zachodnich. Dla neo-endeków puste gesty antyrosyjskie, czy pro-NATO-wskie są zapewne argumentami za, a nie przeciw temu rządowi – ale może sprzeciw wywoła chociaż wspomnienie jego uległości wobec malutkiej, antypolskiej Litwy prześladującej już wówczas naszą mniejszość i rozpędzającą zdominowane przez Polaków samorządy?
Byle ładnie przegrać!

Zakłamanie historii rządu Olszewskiego bije nawet wysokie standardy mitologizacji politycznej lat 80-tych i 90-tych. To nie była „heroiczna drużyna odważnie reformująca państwo, pokonana przez agentów i Ruskich” – tylko czwarty garnitur solidarnościowy, kierowany przez najbliższego współpracownika czołowego polskiego wolnomularza z czasów PRL, Jana Józefa Lipskiego. Unia Demokratyczna i Kongres Liberalno-Demokratyczny, które do tej koalicji wciągał Jarosław Kaczyński – nie weszły do niej nie z powodu różnic ideowych, ale w słusznym przekonaniu, że taka władza się nie utrzyma, bo raz że rządzić nie umie, a dwa, że w sumie nie chce.

To jest bowiem właśnie główna cecha centroprawicy w Polsce: jest ona tak przywiązana do koncepcji „moralnego zwycięstwa” (czyli po ludzku mówiąc – klęski), że za nią tęskni i robi wszystko, by ją przyspieszyć. Rządzenie jest wszak niewdzięczne, trudne, wymaga uczenia się, myślenia, gromadzenia doświadczeń i podejmowania decyzji. Łatwiej jest snuć marzenia – że „kiedyś to hoho, wygra się wszystko”, no, ale na razie „układ nie pozwala”. I można trwać dalej w bierności, świętując rocznice kolejnych porażek, skupiając uwagę elektoratu na jakichś pobocznych czy wydumanych problemach. Czemu jednak w tym procederze chcą uczestniczyć osoby i środowiska odwołujące się do tradycji endeckiej?
Nikt po nich nie płakał

Na upadek rządu Olszewskiego w 1992 r. powszechnie czekano. Nawet z punktu widzenia ówcześnie istniejących środowisk „niepodległościowych” i antykomunistycznych – nie dokonał on niczego istotnego. KPN miał mu za złe odwrócenie się od postulatów „restytucji niepodległości”, nie zrealizowano PC-owskiej koncepcji „dekomunizacji” – i to nie z powodu braku większości dla takich rozwiązań. To był po prostu fatalny, nieudolny zespół, wobec którego aż chciało się być w opozycji. Dość przypomnieć, że kiedy minister obrony Jan Parys, robiąc tajemnicze miny, oskarżył wtedy prezydenta Lecha Wałęsę o zamiar wykorzystania wojska do zamachu przeciw demokracji – po kraju poszło raczej westchnienie ulgi o treści „no nareszcie, może ktoś tu zaprowadzi w końcu porządek…!”

Pusty jak wydmuszka „ethos” olszewicki został negatywnie zweryfikowany przez wyborców (2,7 proc. na Koalicję dla Rzeczypospolitej w wyborach 1993 r.), jak i przez ugrupowania wchodzące w skład zaplecza politycznego rządu (by wspomnieć tylko krytyczne oceny formułowane wobec Olszewskiego np. w szeregach ZChN). Trzeba było upływu dwóch dekad jawnie sprzecznej z faktografią propagandy (na rzecz „rządu który wstrzymał prywatyzację” – sic!) i powtórzenia raz jeszcze całej operacji „heroicznej klęski” przez ekipę Kaczyńskiego – by i jego poprzednik załapał się na swój kawałek legendy.
Ostrożnie z ogniem!

Może więc chociaż sam ten PR nadawałby się do wykorzystania przez neo-endeków? Ha, jeszcze po 1992 r. narodowcy obserwowali próby reorganizacji nurtu „niepodległościowego” w ramach RTR, RdR, KdR, PC-ZP itp. Trafnie odnajdywano w ich szeregach osoby zagubione, odczuwające instynktowną bliskość w stosunku do nacjonalizmu (głównie na tle antysemickim) – słowem nie dostrzegające fundamentalnych różnic w myśleniu o Polsce pomiędzy swymi idolami (Parysem, Olszewskim, Kaczyńskim), a polską racją stanu i polskim interesem narodowym. Na tym gruncie można było (i być może da się nadal) niekiedy łowić zbłąkane owieczki.

Jednak słabsze, mniej selektywne umysły same przy takich kontaktach mogą ulec dezorientacji. Wszak i tu, i tu widzą biało-czerwone flagi, i tu, i tu mówi się o patriotyzmie, o Polsce, a także o Bogu i honorze, okraszonych w dodatku historycznym wprawdzie, lecz dla wielu po dawnemu aktualnym antykomunizmie. Co gorsza, w takiej bogoojczyźnianej licytacji środowiska centroprawicowe zawsze będą nie do pobicia w stosunku do endecji, czy konserwatystów.

Ci bowiem nie stronią od krytyki narodowych wad, potrafią spojrzeć poza patriotyczny szafaż, patrzą na efektywność, a nie tylko efektowność podejmowanych działań. Piewcy „heroicznych klęsk” zaś żadnych blokad nie mają – mogą bez końca o cnotach wszelakich, husarii, Ordonie, Olszewskim, Winkelriedzie i Samuelu Zborowskim pomieszanych z Kaczyńskimi – aż słuchającym łzy wzruszenia zalewają oczy.
Nie babrać się

Nawet więc próba cynicznego rozegrania „złotej legendy” 4 czerwca przez ewentualnie zainteresowanych neo-endeków, niesie za sobą zasadnicze ryzyko. Nie wiadomo bowiem kto by tu kogo rozegrał… Tym bardziej, że nawet na plakatach kolegów z ONR, poświęconych rocznicy obalenia olszewickiego rządu – dominują tony znane z „Gazety Polskiej”. Oto podejrzane typy szykują „nocną zmianę”, diabolicznie naradzając się na spotkaniu u TW „Bolka” – widać na zdjęciu. Włosy na karkach jeżą się z oburzenia… ale właściwie dlaczego?

Nie inaczej wyglądają dziesiątki innych narad partyjno-politycznych, obalany rząd był ewidentnie zły, trzeba było wziąć pod uwagę, że może się przed legalnym odwołaniem opierać – a więc omawiano szczegółycałej operacji itd. Słowem – nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Skoro więc konsekwentnie potępiamy całe to bagno demokracji partyjnej i demoliberalizmu – to nie ma najmniejszego powodu, abyśmy się emocjonowali jednym więcej wykwitem tych chorób niszczących tkankę narodową.

Odwoływani i odwołujący z 4 czerwca 1992 r. niczym istotnym się z polskiego, narodowego punktu widzenia nie różnili. Niech więc sobie obchodzą tamtą rocznicę we własnym gronie. Autentyczni, odpowiedzialni patrioci zaś – niech lepiej wezmą się do pracy, by Polacy mieli lepsze powody do świętowania. Chyba, że komuś w sumie wydaje się obojętne, czy bliższą jest rocznica powstania Ligi Narodowej, czy B’nai B’rith…

Konrad Rękas

28 maja, 31. rocznica śmierci Wielkiego Polaka, męża stanu, kto dziś pamięta o Jego zasługach dla Polski i Kościoła?Dzięki wolnemu Kościołowi ruch opozycyjny w Polsce był największy w całym bloku wschodnim. Kard. Wyszyńskiemu zarzuca się że ukształtował katolicyzm ludowy, przaśny, bezrefleksyjny a nawet antyinteligencki. Jest to skrót myślowy.

Należy pamiętać że przyszło mu działać w warunkach skrajnie niesprzyjających w państwie programowo ateistycznym i totalitarnym. Na kogo miał postawić, skoro 80 % społeczeństwa pochodziło ze wsi, a nieliczna inteligencja która wojnę przeżyła, nader często flirtowała ze stalinizmem ? Stawiając na nieliczną i zawsze podzieloną inteligencję, zaraz powstałoby wiele ośrodków i frakcji.Jak to ma miejsce dzisiaj, a „schizmy duchowej” bał się jak ognia. Każdy rozłam Kościoła w tamtym czasie mógł być zabójczy. Zresztą komuniści już zaczęli ,,instalować” księży patriotów i ruch Bolesława Piaseckiego. Prymas bardzo przytomnie postawił więc na religijność masową, naród traktował w sposób organiczny, gdzie zarazem Polak równał się katolik. Dawało to zwartą rzeszę wiernych, ale skutkiem ubocznym było to, iż niedopuszczalna była żadna dyskusja wewnątrzna np. na temat reformy, czy unowocześniania Kościoła – zostały one poświęcone celowi nadrzędnemu, obronie wolności i autonomii Kościoła. Na rozwinięcie skrzydeł i otwartą dyskusje można sobie pozwolić kiedy się niema wrogów zewnętrznych.
Wiedział ,że jeśli wolność obroni, to niewielki jej skrawek i będzie w nim musiał zmieścić całą misję ewangelizacyjną Kościoła, stosunki państwo – Kościół i na końcu stoczyć walkę którą jawnie wypowiedziały mu władze PRL o stawkę najwyższą – o „duszę tego narodu”. Wszystko przy bezustannym nękaniu państwa. Musiał więc stworzyć nową formułę istnenia Kościoła w totalitaryzmie. Wiedział, że samo buntowanie się i sprzeciw działają na krótką metę a prawdziwą wartością będzie stworzenie programu pozytywnego, na tyle atrakcyjnego, że wierni zostaną po stronie Kościoła. Swój program oparł na kamieniu węgielnym społecznego nauczania Kościoła „Oddajcię więc, co jest cesarskiego – cesarzowi, a co jest Bożego – Bogu” MT.22,21.

Kościół i państwo traktował jako odrębne społeczności zachowujące własną autonomię i tej autonomii dla Kościoła domagał się bezwarunkowo. Nie znaczy to, że obie rzeczywistości z gruntu odbierał jako sobie wrogie, wręcz przeciwnie budował program pozytywny stosunków państwo – Kościół. Promował coś co świat odkrywa dziś na nowo – „sekularyzację pozytywną” – czyli wspieranie się państwa i Kościoła tam gdzie to potrzebne „Kościół i państwo muszą dojść do uzgodnienia działań. Podział i odróżnienie nie może być rodziałem”. Obecnie wprowadza ją prezydent Sarkozy, powołał nawet zakonnika, który na ważnym stanowisku ministerialnym odpowiada za pomoc socjalną. Skąd zaczerpnął inspirację ? Z Biblii „Wyznaczając stosunki społeczne w państwie izraelskim, Bóg dał Mojżeszowi władzę nad narodem, Aaronowi zaś powierzył urząd najwyższego kapłana. Ale Mojżesz i Aaron byli rodzonymi braćmi i stale się wspierali w dziele prowadzenia ludu Bożego”. Wielokrotnie wskazywał obszary gdzie może współpracować z władzą państwową i jest gotów poświęcać żywotne siły Kościoła dla budowania dobra wspólnego. Uważał, że to co zbliża oba podmioty to człowiek i jego dobro. Możliwość świadczenia Kościoła na rzecz budowy lepszego społeczeństwa widział przede wszystkim w budowaniu ducha patriotyzmu pozbawionego nacjonalizmu, moralności publicznej, opiece nad rodziną, wychowaniu, walce z alkoholizmem i innymi patologiami społecznymi. Tutaj znowu Mojżesz może spotykać się z Aaronem. Osobne miejsce w jego nauczaniu zajmowała praca „Podczas gdy praca wre i wydaje swoje owoce – toczy się zażarty spór o to, czym ona właściwie jest. Skąd powstaje to mocarne prawo, które owładnęło człowiekiem i poddało go swej dyktaturze?

Dlaczego <<człowiek się rodzi na pracę a ptaki na latanie>> (Job.5,4)?”. Pracy nie uważał wyłącznie za prostą czynność mającą dać materialny byt. Traktował ją metafizycznie i odbierał jako akt twórczy budujący całą osobowość i duchowość człowieka. Zachęcał by traktować ją z należytą czcią i powagą oraz solidarnie dzielić się jej owocami z tymi którzy nie są zdolni do jej wykonywania „Praca prowadzi do rozwoju i udoskonalenia człowieka. Jest obowiązkiem społecznym człowieka bo dzięki niej powstaje organizm solidarności ludzkiej”. W tym znaczeniu praca jest służbą wobec społeczeństwa i powinna mieć na uwadze nie tylko dobro własne ale i dobro ogółu. Prymas przekonywał, iż z dobrego katolika rodzi się uczciwy, sumienny i obowiązkowy obywatel, bo taki jest jego obowiązek wiary. Toteż państwo stawiając Kościołowi przeszkody we wzrastaniu nie pozwala Kościołowi wychowywać prawych obywatelai.Ta przemyślana taktyka komunistów nie przekonywała, ale przekonywała wiernych a dla Kardynała była to potężnym argumentem i stawiała ich w defensywie. Kardynał był wytrawnym politykiem.Świadczy o tym sposób jego konfrontacji z władzami. Żadko atakował wprost, bierzącą sytuację polityczną komentował językiem religii, a wnioski miał wyjątkowo trafne:Mocą tego jednego zdania Chrystusowego (co cesarskie cesarzowi – co boskiego Bogu) rodzi się człowiek wolny, posiadający sumienie, wyzwolony od wszechmocy doczesnej władzy. Chrystus postawił człowieka w obliczu czegoś, co jest wyższe od władzy ziemskiej. Wlał w jego serce otuchę i ufnośc że nie będzie zgnębiony do końca. Człowiek Uzyskał prawo apelacji do wyższego trybunału niż państwo…. Ale dzięki temu chrześcijaństwo uwolniło sumienia ludzkie spod jarzma władzy państwowej. Cezar musi się zrzec gwałtu sumień. Ilekroć władza państwowa chce dokonać zamachu na sumienia obywateli, musi zacząć od walki z Kościołem, który stoi na jego straży. Stąd każde prześladowanie Kościoła jest znakiem ostrzegawczym dla obywateli: o wasze dobro tu idzie !” Miłość i sprawiedliwość społeczna Pallotinum 1993. Można sobie tylko wyobrazić wagę tych słów i wrażenie jakie musiały wywrzeć na słuchaczach w dobie szalejącego stalinizmu ! Tymi słowami Prymas zachęcał by szukać wolności tam gdzie jeszcze jej troche zostało – w Kościele.

Przez cały okres PRLu wszelkie środowiska opozycyjne miały w Kościele bezpieczną przystań i mogły rozwijać swoją działalność. To pod jego bezpiecznym parasolem powstawały wizje i programy dla Polski niepodległej. Wielu historyków potwierdza że to dzięki wolnemu Kościołowi ruch opozycyjny w Polsce był największy w całym bloku wschodnim . Zasługą Prymasa było również zachowanie KUL, jedynej niepaństwowej i niezależnej uczelni w krajach komunistycznych gdzie swoją pracę twórczą mogli kontynuować wszyscy „niepoprawni”. Krokiem milowym zmagań Prymasa z władzą były obchody Tysiąclecia Polski zwieńczone Jasnogórskimi Ślubami Narodu Polskiego oraz zakończeniem Wielkiej Nowenny. Nie było lepszej okazji do manifestacji wiary. Jak Polska długa i szeroka wszyscy wierni włączyli się w dzieło Prymasa, ulicami szły procesje a ludzie wciąż słyszeli w homiliach, że Polska wiarą stoi. Była to nade wszystko konfrontacja sił i sprawdzian kto po dwudziestu jeden latach od zainstalowania ustroju socjalistycznego ma rząd dusz w Polsce.Władze zorganizowały obchody tysiąclecia państwa Polskiego i rzuciły do tej konfrontacji całą machinę propagandową. Wygrał jednak Prymas, okazało się że Polska zawsze wierna, że bój o duszę narodu władza przegrywa, mimo agresywnej inżynierii społecznej mającej zbudować człowieka socjalistycznego, społeczeństwo stoi murem za swoim Kardynałem.Wtedy władze doszły do wniosku że Kościoł to potężna siła i należy brać na poważnie jego nastroje przy podejmowaniu decyzji politycznych.Siłę i determinację Kard. Wyszyński czerpał z wewnętrznej postawy. Komunizm odbierał jako ewangeliczną próbę wali dobra ze złem. Sam mówił że dla Kościoła to „czas przeprowadzania przez ogień i wodę” dlatego nie bał się konfrontacji i od początku nie stosował taktyki ugłaskiwania bo wiedział że do otwartej walki i tak dojść musi. Bił w komunizm prawdą, a dla systemu zbudowanego na kłamstwie było to nie do przyjęcia, dlatego tyle razy był zamykany, i mimo to triumfował.

za: l/Tekst/historia/531246,Kard-wyszynski-maz-opatrznosciowy-czasow-mrocznych.html

Ciekawostki:

    Prymas położną.

    Żułów w czasie wojny. Ksiądz Stefan modli się, spacerując za wsią. Nagle sielankową ciszę rozdziera rozpaczliwy krzyk kobiecy. To z tej stojącej na uboczu chaty! Ksiądz popycha drzwi i staje jak wryty. Na barłogu ze zmierzwionej słomy leży… rodząca kobieta. Nie ma prześcieradła, pod głowę wcisnęła zmięte ubranie.

    Zszokowany ksiądz Wyszyński chce wybiec po pomoc. Kobieta jednak już kurczowo trzyma go za sutannę. Jęczy, żeby jej nie zostawiać. Chyba ma rację: pomoc i tak nie zdąży nadejść przed rozwiązaniem.

    Rodzącą reszta wsi odrzucała za złe prowadzenie się. – Nie mogłem jej pomóc, bo nie umiałem. Co za straszne przeżycie – wspominał Prymas piętnaście lat później.

    Ksiądz Wyszyński stoi więc bezradnie w izbie. Trzyma rodzącą za rękę. Niemowlę szczęśliwie przychodzi na świat. Dopiero wtedy Ksiądz biegnie po pomoc.

    Młodziutkiej łączniczce AK ciemnieje w oczach. Upada. Przed chwilą zranili ją Niemcy, ale wyrwała się spod ich obstrzału. Teraz jednak piach leśnej ścieżki ciemnieje od jej krwi. – To koniec… – myśli. Nagle, choć dziwnie to wygląda, zza drzew wybiega najprawdziwszy ksiądz w komży. Ma na oko ze czterdzieści lat, jasne włosy, pieprzyk na lewym policzku. Nazywa się Stefan Wyszyński. W przyszłości zostanie kardynałem. Dzisiaj, w końcu lata 1944 roku, jest jeszcze zwykłym księdzem.

    Ze stuły uciskowa opaska.

    Na tę dziewczynę w kałuży krwi ksiądz Wyszyński natknął się przypadkiem. Zrywa z szyi swoją stułę i mocno zaciska ją na nodze łączniczki, nad raną. Krew przestaje tryskać.

    Bierze ranną „na barana”. Ksiądz Stefan jest chorowity, ma zaleczoną gruźlicę. Każdy krok z półprzytomną łączniczką na plecach to męka. Nad ziemią kołysze się końcówka zbryzganej purpurowo stuły. Po dwóch kilometrach między drzewami widać wreszcie powstańczy szpital w Laskach pod walczącą Warszawą. Dziewczyna jest uratowana.

    Może to i inne wojenne zdarzenia są przygotowaniem do dźwigania jeszcze większego ciężaru? Księże Stefanie, za cztery lata zostaniesz prymasem! Przed Tobą najczarniejszy dla Kościoła czas w dziejach Polski!

    

    Rękawiczki ratują przed obiciem.

    Przed wojną ks. Wyszyński bardzo krytycznie pisał o nazizmie. Dlatego w 1939 roku, po wkroczeniu Niemców, biskup kazał mu uciekać z Włocławka.

    Ksiądz Wyszyński posłuchał bardzo niechętnie. Szybko zresztą zawrócił z drogi, bo zapomniał jakiejś książki. Przed włocławskim dworcem spotkał znajomych. – Uciekaj! Już cię szukają, zdemolowali ci mieszkanie! – ostrzegli. Ksiądz wsiadł więc z powrotem do pociągu i wyjechał.

    W ręce Niemców wpadł przypadkiem, w Zakopanem w 1941 roku. – Wy-szyn-ski… – przeliterował przesłuchujący go gestapowiec. Nazwisko nic mu nie mówiło. – Wypuścić! – zdecydował.

    Gestapowcy ustawili się jednak przed drzwiami w szpaler i bili wychodzących Polaków. – Prymas mówił, że trochę bał się przejścia między nimi – opowiada Maria Okońska, długoletnia współpracowniczka Kardynała i założycielka Instytutu Prymasowskiego. – Zatrzymał się na ganku. Opowiadał nam, że chciał zyskać na czasie, więc zaczął wkładać rękawiczki: z dystynkcją, od niechcenia, palec po palcu. Jakby nie zwracając na gestapowców najmniejszej uwagi. Kiedy w końcu wyprostowany zstąpił ze schodków i wkroczył w szpaler, gestapowcy, zamiast bić, zasalutowali. Zaimponował im!

    Znajomi Prymasa twierdzą, że emanowało z niego jakieś dostojeństwo. – Może dlatego gestapowcy nie śmieli go uderzyć? – pytam panią Marię. – Też tak sądzę. Ale on się na dostojeństwo nie silił. Po prostu taki był, łączył dostojeństwo z prostotą – mówi. Jej koleżanka z Instytutu, pani Basia, ma dodatkową obserwację: – Jego dostojeństwo nie wynikało z wysokiego mniemania o sobie. Miał świadomość, że w każdej sytuacji jest z nim Pan Bóg – dodaje.

    Ksiądz Wyszyński został kapelanem niewidomych dzieci w Kozłówce pod Zamościem, a potem w niedalekim Żułowie.

Polonia

(przed Mistrzostwami Europy w piłce kopanej).Nie ukrywam, że jak większość mężczyzn  (przynajmniej w Polsce) miałem niezłego fijoła na punkcie piłki nożnej. Sam nieco kopałem, ale przede wszystkim nie odchodziłem od telewizora, kiedy grali NASI!.

Nie wiem, czy to emigracja, czy inne przyczyny, ale w pewnym momencie pojawił się pewien dystans do tego rodzaju sportu i tak już pozostało.
Rozumiem doskonale tysiące, czy nawet miliony, kibiców, którzy dostają już przedmeczowej gorączki – bowiem mistrzostwa już za kilkanaście dni. To największe święto piłki nożnej w naszym kraju! To niesamowita promocja Polski! To…to… i wszystko inne znika gdzieś w cieniu; żadna sprawa nie jest już ważna: nasi będą kopać piłkę i zapomnijmy, że są inne ważne tematy. Mamy się na ten czas zjednoczyć, pokazać światu nasze piękne oblicze, naszą solidarność narodową itd.
   Propaganda była w Polsce zawsze silną bronią i ekipa Donalda Tuska stara się mistrzostwa wykorzystać, aby podnieść procent poparcia dla rządu, otumanić tzw. masy biciem w piłkarski bębenek; mamy się bawić, mamy igrzyska – a chleb? Ktoś może zapytać i natychmiast zostanie skarcony, że psuje święto.
   Kiedy ogłaszano, że Polska z Ukrainą dostały glejt na zorganizowanie mistrzostwa spece od propagandy mało nie popękali od dęcia w tuby; co to miano zbudować, ile autostrad i dróg szybkiego ruchu. W infrastrukturę miały pójść miliardy złotych i to nie tylko w tych miastach, gdzie rzgrywane będą mecze. To cała Polska miała zyskać.
   Prawda jest taka, że Polska wyłożyła ogromne pieniądze (ile z tego rozmyło się tu i tam nikt nie wie), ale konfitury zbiera i tak UEFA, jako organizator mistrzostw. Ukraina i Polska dają kasę, budują stadiony itp., ale właściwym SZEFEM jest federacja piłkarska i to ona zgarnia dochody. Ciekawy jestem, czy ktokolwiek po zakończeniu mistrzostw pokusi się o podliczenie wydatków i ogółu strat, jakie są nieuniknione? Nie jest to czarnowidztwo, ani próba podkopywania autorytetu organizatorów, jakiś czas temz publicysta „Najwyższego Czasu”, Marek Łangalis, pokusił się o podliczenie przysłowiowych słupków i okazało się, że miliardy idą w czarną dziurę. Natychniast został postawiony na baczność przez tych, którzy inaczej widzą całe przedsięwzięcie: przecież stadiony pozostaną, autostrady (których nie ma) będą służyć przez pokolenia, a sława Polski poniesie się ku odległym galaktykom…
   Jak już wspomniałem mistrzostwa już za kilkanaście dni, a na Stadionie Narodowym w Warszawie oberwały się dwa sufity… Media informują z udawanym zachwytem, że wykonawca dokona remontu na własny koszt! Za takie wykonanie robót powinien dostać zakaz w ogóle zajmowania się budowlanką, a nie pochwałę, iż pokryje koszty remontu. Paranoja, ale nie jedyna. Oto przed kilkoma dniami przyznano wysokie premie urzędnikom odpowiedzialnym za autostradę A2, której oczywiście nie ukończono, ale najciekawsze jest uzasadnienie premii: za niezwykłe zaangażowanie…
   Największym natomiast zaangażowaniem wykazał się minister Nowak polecając druk mapek z objazdami, aby kibice w ogóle dotarli na stadiony, czy w ogóle do miast, w których rozgrywane będą mecze. I czyż nie jest to wyczyn rzeczywiście na skalę rekordu świata? Największa w historii Polski impreza sportowa i ludziom podrzuca się mapki, jak pokonać polskie drogi, objazdy, wykopy.
Ale premier Tusk jest bardzo zadowolony z przygotowań, pewnie tak, jak „Bul” Komorowski, po katastrofie smoleńskiej, powie, że Polska zdała egzamin…
   Miało być „piknie”, a wychodzi jak zwykle i jak zwykle nikt nie jest odpowiedzialny, ludzie odpowiedzialni za lot prezydenckiego samolotu otrzymali awanse, ci, którzy kompromitują nas w dniu mistrzostw otrzymują wysokie premie finansowe. Czy o to chodzi, że im jest gorzej, tym lepiej?!
W mniejszych, co nie oznacza że nie wartych czytania, gazetach znajdziemy informacje o narastającej w ludziach złości, że coraz częściej mają dość Tuskolandu i część po prostu wyjeżdża, ale przecież nie mogą wyjechać wszyscy i nie jest wykluczone, że coś się może wydarzyć. To znaczy, że ludzie mogą wyjść na ulice, aby pokazać swoje niezadowolenie. Być może władza boi się tego, skoro nawet taki „ałtorytet” jak Wałęsa mówi wprost, że związkowców przed Sejmem należało spałować i byłby spokój. Rozwiązanie siłowe przecież nie raz i nie dwa przećwiczono w Polsce, a jeżeli mamy świadomość kim są rządzący – w na pierwszej linii, jak i w cieniu – każdy wariant jest możliwy.
   Nie wierzę, aby kiedykolwiek Polak ponownie strzelał do Polaka, ale jeżeli moskiewski car tupnie nogą, to jak się będą zachowywać mężykowie stanu nad Wisłą? Chyba nie można na nich liczyć, ostatecznie wrak prezydenckiego samolotu wciąż jest po tamtej stronie granicy, a oni napinają wątłe klateczki i oglądają się za siebie: bojąc się własnego cienia.
   Marcin Król, niegdyś członek najwyższych władz partyjnych, powiedział w wywiadzie wyraźnie: jego zdaniem to nie była katastrofa, a zwyczajny zamach, który pokazuje do czego Putin jest zdolny, niech więc Polaczkowie zbytnio nie podskakują, bo i w Warszawie może być bum! Nie byłem tam, nie wiem, ale ostatecznie kto uśmiercił Litwinienkę? Kto podkładał bomby pod bloki mieszkalne oskarżając Bogu ducha winnych Czeczeńców?
   Mistrzostwa w piłce kopanej, a niejako na marginesie ile spraw do przemyślenia, tyle tylko, że w czasie imprezy nie ma czasu na poważną dyskusję: ważne, aby nie zabrakło piwka i dobrej zabawy. Ale czy będzie to dobra zabawa? Na Ukrainie kilka bomb już się rozerwało, akurat nie tam, gdzie się będzie kopać piłkę, ale był to wystarczający sygnał. Posadzono na 7 lat „piękną Julię” i Zachód zatkało, dosłownie, jak tak można byłą premier traktować? I nie mówią o tym, że na jej koncie pojawiło się 60 mln dolarów, że działała na szkodę Ukrainy i dlatego została skazana. Nie, politycy uważają, że są bezkarni i to jest dla nich szokiem, no bo jeżeli ta ukraińska zaraza rozleje się po świecie? Prezydent Ukrainy organizował spotkanie prezydentów na Krymie: spotkaliby się, dobrze wypili i zakąsili, a może nawet i jakieś futerka na drogę powrotną. Ale nie, Janukowycz jest be ponieważ uwięził piękną Julię! Nie doszło do spotkania, nakrzyczano na prezydenta Ukrainy i zagrożono nawet bojkotem kopanie piłki po tamtej stronie Bugu. I kto się cieszy? Władca Rosji, bo Zachód sam wpycha Ukrainę w łapy rosyjskiego niedźwiedzia. I to, że doszło do bójki w ukraińskim parlamencie pokazuje nam, jak silne są wpływy rosyjskie i jak silny jest ciąg do Rosji. Podobnie rzecz ma się z Białorusią, robimy wszystko, aby Łukaszenka miał jedynego opiekuna w Putinie. A Putin się cieszy i odbudowuje dawne imperium, nie poleciał na spotkanie G-8 w USA ponieważ wyżej postawił rozmowy z przywódcami byłych republik-
   Ale miało być o piłce kopanej i np. powoałniu do reprezentacji kilku zawodników mających polskie korzenie, a to babcie była Polką, a to rodzice wyjechali, czy też obywatelstwo zostało nadane. Kiedys był tylko „Czarnecki”, czy Olisabebe, a dziś jest to kilku zawodników. Nie jestem zwolennikiem takiej metody, ale robią tak wszyscy, reperezentacja Francji w okresie największych sukcesów nie miała ani jednego „czystego” Francuza! Nawet Niemcy powołują pod broń, to znaczy do reprezentacji, chociażby Polaków i jakoś im to wychodzi na dobre. Zobaczymy jak się sprawdzą tacy zawodnicy w naszej reprezentacji. Nie ma powodu do radości, ale skoro takie są tendencja na świecie i trener uważa, że są najlepsi? Dlatego słowa Jana Tomaszewskiego, że brzydzi się koszulki z orłem, wstydzi, że kiedyś grał w reprezentacji należy traktować z ogromnym dystansem, powiedziałbym nawet z ogromnym współczuciem. Tak, współczuciem i bardzo dobrze robi PiS (Tomaszewski jest bowiem posłem z ramienia tej partii) starając się go powstrzymać. Jeden idiota Niesiołowski wystarczy, a idiotyzmy wypowiadane przez Tomaszewskiego zasługują na potępienie i to nawet biorąc pod uwagę wolność słowa. Poza tym to samo można powiedzieć innym językiem, wyrazić swoją dezaprobatę, ale nie odcinać się od reprezentacji i drażnić własnych wyborców. Gdybym to ja na niego głosował – publicznie zażądałbym, aby złożył mandat poselski i zebrałbym  głosy tych, którzy mają dość tak kretyńskiego gadania.
   Ale najśmieszniejsza jest historia z hymnem na mistrzostwa. Konkurs wygrały panie z zespołu ludowego, tekst jest taki jaki jest, jakieś koko spoko Euro: czy jestem oburzony? Ależ skąd, jest demokracja i lud się wypowiedział w tej materii, i lud pokazał, co rzeczwiście lubi… Jest prosto, skocznie, a refren każdy jest w stanie zapamiętać i mocząc wąsy w piwie powtórzyć za „Jarzębiną” spoko, spoko – już tam Lewandowski nastrzela goli, a nasze orły itd.itp.
   Cóż, jak zwykle apetyty są coraz większe i nikt nie chce pamiętać, że nasi przeciwnicy w grupie są znacznie wyżej notowani w świecie. I nikt nie chce pamiętać kolejnych kompromitacji na ostatnich mistrzostwach świata i Europy, ale kibic ma to do siebie, że zawsze wierzy w swoją drużynę.
Piszę kibic bowiem w polskich mediach już się straszy… kibolami, że to niby mają prowadzić straszliwe burdy, że trzeba aresztować tych, którzy są przywódcami kiboli. Ale czy to dużo? Ostatecznie flegmatyczni Anglicy na czas igrzysk olimpijskich w londynie wprowadzają na Tamizę lotniskowiec, a w okolicy rozmieszczają nawet rakiety! A pamiętamy z lekcji historii, że w starożytnej Grecji na czas igrzysk ustawały wojny, że było to święto pokoju.
Ogarnia nas coraz większa paranoja, coraz większy strach i jest to zjawisko nakręcające się chyba samo, względnie przez ludzi z tych służb specjalnych, którzy mają niepowtarzalną okazję wydrzeć z kieszeni podatnika miliony dolarów. Ochrona zimowych igrzysk w Vancouver miała kosztować miliard dolarów.
   Może dlatego nie był to przypadek, że w Polsce pojawił się izraelski specjalista od tajnych operacji i w wywiadzie stwierdził, iż terroryści mają już Polskę na celowniku, a zbliżające się mistrzostwa, to doskonała okazja do przeprowadzenia ataku i to tym bardziej, że polskie służby zupełnie lekceważą zagrożenie.
Aby potwierdzić swą wiarygodność zawsze można posłużyć się jakimś durakiem i dać mu w garść jakąś paczuszkę, którą pięć minut później, w świetle kamer telewizyjnych, odddział specjalny odbiera niedoszłemu zamachowcowi…
   Niestety, na sporcie coraz częściej kładzie się cieniem wielka polityka. Pozostaje mieć nadzieję, że mistrzostwa w kopanej przebiegną spokojnie, że nie dojdzie do żadnej prowokacji i nasze orły nucąc koko spoko wyjdą przynajmniej z grupy, co już samo w sobie będzie ogromnym sukcesem.
   A ewentualne protesty np. związkowców? Pamiętajmy, że mistrzostwa mistrzostwami, ale ważne sprawy też trzeba realizować. Jeżeli rząd nie bierze pod uwagę milionów głosów domagających się referendum w sprawie emerytur, czyli wydłużenia czasu pracy do 67 lat dla wszystkich, to znaczy, że demokracja nie funkcjonuje, a na dyktat trzeba wręcz odpowiedzieć pokazaniem siły… I jeszcze jedno: takie mistrzostwa to jednak nie jest święto rajcujące wszystkich, nie wszyscy bowiem są zakochani w piłce nożnej i biorą na miesiąc urlop z pracy, czy „wolne” w domu bowiem mecz za meczem, a pan i władca nie będzie sobie zawracał d…, to znaczy głowy śmiećmi w koszu, czy innymi przyziemnymi obowiązkami. Kochanie, nasi grają! I trzeba to jakoś zrozumieć, i jakoś przeżyć, i grosza na przysłowiową „zgrzewkę” nie żałować…
   O narastającej gorączce może świadczyć i to, – że jak się ostatnio dowiedziałem – z samego Windsor wybiera się do Polski grupa około 40 osób, aby doświadczyć na własnej skórze jak taka impreza przebiega. Jak to się tutaj mówi? Jedyna w życiu okazja. I przyznam, że jestem dla nich pełen uznania, nie można bowiem być lekko ciepłym, albo się kocha, albo nienawidzi, prawda?
Leszek Wyrzykowski

Twardy dysk Platformy Obywatelskiej przemówił:”ACTA jest bardzo dobre. Będę głosował za ACTA, jak tylko pojawi się w parlamencie”.”Ci młodzi ludzie nic nie rozumieją, demonstrują z symbolami polski podziemnej.

Ludzie ginęli na gestapo, w Oświęcimiu ginęli pod tymi symbolami! Jeśli ktoś w takiej sprawie wynosi symbole Polski Podziemnej  to jest idiotą i nie należy z nim w ogóle dyskutować”.

Tak STEFAN KONSTANTY MYSZKIEWICZ-NIESIOŁOWSKI TAJNY WSPÓŁPRACOWNIK Służby Bezpieczeństwa zarejestrowany w 1971 roku przez Wydz. III KWMO w Łodzi jako Tajny Współpracownik – ksywa „Leopold” podsumował ograniczenie naszej wolności  haniebnym aktem prawnym „ACTA”, zdradziecko, bez konsultacji z narodem, po kryjomu podpisanym z upoważnienia Tuska, przez ambasadora polskiego w Tokio w dniu 26 stycznia 2012 roku.

Panie belfer od robaków, niech się Pan odpieprzy od symboli narodowych. Pan jest ich antysymbolem. Polskę Podziemną Pan zdradził w Urzędzie Bezpieczeństwa PRL. Zdradził Pan Organizację Podziemną „Ruch” wydając ich członków w łapska agentury bolszewickiej. Nie oszczędził Pan w tym akcie zdrady nawet swojej ówczesnej narzeczonej!

Pan jeszcze dzisiaj śmie porównywać symbole Polski Podziemnej, symbole Polskiej Wolności, Symbole Żołnierzy Wyklętych, Symbol Walczącej Warszawy do „idiotów” walczących o swoją wolność w Internecie. Hańba Panu i takim jak Pan.

Panie Hańba! Polska młodzież dawała już niejednokrotnie przykład odwagi w szlachetnej służbie dla Niepodległej. Tak będzie i teraz. Ze szlachetną młodzieżą polską Pan nie wygra! Nie wygrają też Panu podobni Panie Hańba!

Młodzież polska już dała odpowiedź na „ACTA” bezprawia. To jest  triumf Młodzieży Polskiej nad przemocą i agenturą wewnętrzną i zewnętrzną. „Nie będzie…pluł na w twarz”- słowa Roty to dla młodzieży!!! I dla nas starszych również!

Wydał Pan w ręce SB członków opozycyjnej organizacji „Ruch” i zarobaczył Polaków. Smród od Pana rozchodzi się wszędzie!!!
 Na początku lat 90 Stefan Niesiołowski, jedna z ikon Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, uważany był obok Marka Jurka czy Jana Łopuszańskiego za jednego z najbardziej radykalnych polityków prawicy walczących o powrót Polski do państwa katolickiego, w którym przestrzegane będą zasady Dekalogu. Był też zagorzałym zwolennikiem lustracji, broniąc w 1992 r. przed atakami rząd Jana Olszewskiego, także w dniu obalenia gabinetu przez Sejm.
Za obecnym posłem Platformy Obywatelskiej ciągnęła się aura opozycyjności – działalności w „Ruchu”, organizacji założonej w latach 60 przez Niesiołowskiego, Andrzeja Czumę i Emila Morgiewicza. Innymi liderami tej liczącej według niektórych źródeł ponad 100 osób struktury byli jeszcze Marian Gołębiewski i Benedykt Czuma. „Ruch” miał zdecydowanie antykomunistyczny charakter. Pokazywały to m.in. zapisy deklaracji programowej „Mijają lata”, której autorami byli Andrzej Czuma, Morgiewicz i Niesiołowski. Odrzucono w niej Polskę Ludową jako legalne państwo polskie. „Ruch”  za błędne uznawał działanie na rzecz demokratyzacji i reformowania PRL, uważając, że dopiero na jej gruzach można zbudować w pełni niepodległe państwo, niezależne od Związku Sowieckiego i przestrzegające praw człowieka.
Jedną ze spektakularnych akcji miało być spalenie Muzeum Lenina w Poroninie. Pomysłodawcą był właśnie Niesiołowski. Do akcji nie doszło, gdyż organizacja została namierzona przez bezpiekę, która aresztowała kierownictwo „Ruchu”. Po przesłuchaniach i śledztwie zapadły wysokie wyroki. Niesiołowski dostał 7 lat i do dziś otacza go nimb odważnego opozycjonisty Tymczasem prawda jest inna…
Sprawa procesu „Ruchu” z roku 1970 nie wracałaby dzisiaj jak bumerang, gdyby nie artykuł Niesiołowskiego pt.: ” Niepodległość, demokracja, antykomunizm „, który ukazał się w 26 numerze tygodnika „Ozon” z 2006 r. Wywołał on gwałtowny sprzeciw Elżbiety Królikowskiej -Nagrodzkiej, dziennikarki mieszkającej obecnie w Wielkiej Brytanii. W obszernym sprostowaniu wysłanym na ręce redaktora naczelnego „Ozonu” Grzegorza Górnego naświetliła przekłamania Niesiołowskiego.
Najbardziej istotne jest to, że ujawniła fakt kolaboracji współzałożyciela „Ruchu” z MSW podczas śledztwa. Królikowska, która wówczas była narzeczoną Niesiołowskiego, w 2003 roku uzyskała od Instytutu Pamięci Narodowej status osoby pokrzywdzonej, a w konsekwencji dostęp do materiałów archiwalnych MSW. Wynika z nich, że Niesiołowski sypał aresztowanych, ujawniając informacje o organizacji, choć jedynym przyjętym przez opozycjonistów sposobem postępowania po aresztowaniu miała być odmowa składania zeznań i zaprzeczanie działalności w „Ruchu”.
    Królikowska zastosowała się do tych reguł. Zaprzeczała wszelkim związkom z „Ruchem”. Fragment protokołu z jej przesłuchania z 30 czerwca 1970 r.:
„Przez cały okres trwania znajomości Stefan Niesiołowski nigdy nie proponował mi wstąpienia do tajnej organizacji. Nigdy też nie informował mnie, że taka organizacja istnieje. Pozostałe osoby których nazwiska występują w moich protokołach przesłuchania również ani nie informowały mnie o istnieniu tajnej organizacji, ani też nie żądały ode mnie środków finansowych na cele takiej organizacji.
Tu następuje najbardziej istotna część protokołu:
W tym miejscu podejrzanej okazano protokół przesłuchania podejrzanego Stefana Niesiołowskiego z dnia 29 czerwca 1970 r. i podejrzana oświadczyła, że rozpoznaje charakter pisma swojego narzeczonego oraz jego podpis po czym zapoznała się z treścią protokołu.
Narzeczony ją wsypał bez mrugnięcia okiem. Fragment protokołu z przesłuchania Niesiołowskiego z 29 czerwca 1970 r. [przesłuchujący – kpt. mgr Leonard Rybacki]:
„Pragnę jeszcze wyjaśnić, że pozyskałem, wiosną l969 roku jako członka naszej nielegalnej organizacji również Elżbietę Nagrodzką, zam. w Łodzi przy ul. Bydgoskiej 30 m.39. Nagrodzką zorientowałem kto jest członkiem organizacji na terenie Łodzi oraz poznałem z Andrzejem Czumą z Warszawy. Wiadomym mi jest, że Nagrodzka miała wziąć udział w akcji podpalenia muzeum Lenina w Poroninie”.
Zeznanie Niesiołowskiego dotyczące narzeczonej to nie jedyny dowód współpracy z MSW podczas śledztwa. Z protokołów z przesłuchań, znajdujących się w Instytucie Pamięci Narodowej (nr sprawy II 3 Ds. 25/70, tom VI, strona 11 ? 11) dowiadujemy się, że por. Dariusz Borowczyk z KM MO w Łodzi zanotował 20 czerwca 1970 r. o, godz.15.10, że Stefan Myszkiewicz Niesiołowski przyznaje się do tego że istniał ,,Ruch”, że był organizacją konspiracyjną. Twierdzi, że nie było przywódców.
    To dopiero początek. Z protokołów z przesłuchań, znajdujących się w Instytucie Pamięci Narodowej (nr sprawy II 3 Ds. 25170, tom VI, strona 11 -76) wynika już, że prominent PO zdradzał wszystkich naokoło:
21 czerwca 1970r. Niesiołowski wymienia podczas przesłuchania nazwiska swojego brata Marka, Andrzeja i Benedykta Czumów, Andrzeja Woźnickiego.
25 czerwca 1970 r. Niesiołowski rozszyfrowuje kto kryje się pod pseudonimami, m.in. „Emil” [Emil Morgiewicz], „Jurek” [Benedykt Czuma]. Sam zaprzecza swojej przynależności do „Ruchu” i współredagowania „Biuletynu”.
28 czerwca 1970 r. kaja się na całej linii:
„(…)wyjaśnienia, jakie wówczas  składałem odnośnie mojej przynależności i działalności w nielegalnym związku, częściowo były nieprawdziwe(..). Pragnę dziś wyjaśnić udział w nielegalnej organizacji w sposób szczery i zgodny z prawdą”- [fragment protokołu z przesłuchania; godz. 8.40, przesłuchujący kpt. mgr Leonard Rybacki z Biura Śledczego MSW w Warszawie).
 1 lipca 1970 r. Niesiołowski, wymieniając z nazwiska Andrzeja Czumę, ujawnia, że był bardzo aktywnym członkiem naszego Ruchu i inicjatorem rożnych akcji.
11 lipca 1970 r. mówi:
„Pragnę uzupełnić oraz sprostować pewne wyjaśnienia jakie złożyłem do protokołów w czasie poprzednich przesłuchań na temat podjętej przez nasz Ruch akcji spalenia muzeum Lenina w Poroninie. Celowo zatajałem pewne fakty, ażeby uchronić niektóre osoby od odpowiedzialności karnej. Dziś całkowicie zrozumiałem swoje niewłaściwe stanowisko w tej kwestii i dlatego pragnę, tak jak i w innych sprawach, mówić tylko szczerą prawdę”.
 Królikowska-Nagrodzka tak m.in. pisała do „Ozonu”:
„Stefan Niesiołowski zbudował swoją pozycję polityka oraz image nieugiętego herosa na kłamstwie. Załamał się już pierwszego dnia śledztwa i sypał nas, swojego brata Marka, przyjaciół Andrzeja i Benedykta Czumów i mnie, swoją narzeczoną od pierwszego przesłuchania! Podczas gdy ja, kobieta i szeregowy członek organizacji przez wiele dni śledztwa twierdziłam, że ,,nic nie wiem o Ruchu” „Stefan Niesiołowski nie wprowadzał mnie do żadnej organizacji”, znałam Czumów wyłącznie towarzysko”, on – mężczyzna i jeden z przywódców, sypał nas od pierwszego przesłuchania nie szczędząc detali.
Kiedy po wielu dniach przesłuchań  kolejny raz zaprzeczyłam, że istnieje „Ruch”, śledczy pokazał mi protokół  podpisany ręką Niesiołowskiego, w którym podaje szczegóły mojej działalności. Dostałam wtedy parę innych protokołów zeznań kolegów, z których wynikało, że Wojciech Mantaj zaczął zeznawać już 22.VI, Marek Niesiołowski 25.VI, a Benedykt Czuma – 28.VI. Dla pikanterii dodam, że na podobną okoliczność „Ruch” zalecał bezwarunkowe milczenie i ja miałam odwagę się do tego zalecenia zastosować. Załamanie Stefana i paru innych kolegów przeżyłam boleśnie. Wyobrażałam sobie idealistycznie, a może naiwnie, że jeśli wszyscy będą milczeli SB będzie musiała nas wypuścić. Przecież jeszcze wtedy nie wiedziałam, że miała wtyczki i sporo informacji o grupie. W tym samym czasie otrzymywałam od Stefana listy z propozycją „ślubu w więziennej kaplicy”: Co za hipokryzja. W furii napisałam list, w którym nazwalam Niesiołowskiego i tych którzy sypali tchórzami i zdrajcami”.
Na początku lat 90. Niesiołowski negatywnie, odnosił się do postawy Królikowskiej – Nagrodzkiej w śledztwie sugerując, że współpracowała ona z SB.
Nagrodzka w reakcji natychmiast skontaktowała się z adwokatem Karolem Głogowskim, w PRL wieloletnim działaczem opozycyjnym. Ten zażądał od Niesiołowskiego przeprosin za pomówienie, w przeciwnym wypadku zapowiedział skierowanie sprawy na drogę sądową. Niesiołowski najpierw wyparł się wszystkiego, a następnie przeprosił Nagrodzką w obecności adwokata i 9 listopada 1992 r. podpisał oświadczenie o treści:
„Oświadczam, że cofam słowa wypowiedziane w dniu 1 stycznia 1992 r. w Muzeum Kinematografii w Łodzi m.in. wobec małżeństwa Teresy i Bogusława Kobierskich a dotyczące p. Elżbiety Królikowskiej. którą przepraszam.
    Mając powyższe na uwadze zobowiązuję się równocześnie do usunięcia z mojej książki p.t. „Wysoki brzeg” fragmentów odnoszących się do „Agnieszki” które mogą być kojarzone z osobą p. Elżbiety Królikowskiej a nadto w przyszłości powstrzymywać się od wypowiedzi na temat p. Elżbiety Królikowskiej w kontekście wspomnianej sprawy.
    Tytułem dania moralnej satysfakcji zobowiązuję się wpłacić kwotę dwa i pół mil. zł. na „Dom Samotnej Matki” w okresie dwóch miesięcy od daty podpisania niniejszego oświadczenia”.
Powyższe fakty pozwalają zrozumieć, dlaczego PiS nie chciał specjalisty od robaków na swoich listach wyborczych…. I dlaczego senator PO, stając w jednym szeregu z Polsatem, Gazetą Wyborczą, TOK FM, Radiem Zet, TVN, TVN24 stal się pierwszym antydekomunizacyjnym agenturalnym pałkarzem Platformy Obywatelskiej.
Poseł Stefan Niesiołowski – TW „Leopold” tak długo zbierał muchy – plujki, aż sam się upodobnił do jednej z nich. Za to opluwanie i antypolską działalność otrzymał od Tuska –ksywa „polskość to nienormalność” awans na wicemarszałka Sejmu RP, podobnie zresztą jak doktor śmierć Ewa Kopacz.  Można wręcz „podziwiać hojność” jego robaczywych i podłych wyzwisk skierowanych pod rozmaitymi adresami. A co na to Parlament. Bije brawo!!! Z równa furią atakuje Kościół, jak i Radio Maryja i wszystkich przeciwników politycznych – ordynarnie – po chamsku – przynosząc wstyd nam Polakom. W kuluarach powiedział „każda partia dobra, byle dojść do rządów”!
Źródła:
Andrzej Echolette
05.12.2006r.
Nasza Polska
   SPECJALNIE DLA RADIA POMOST  ALEKSANDER SZUMAŃSKI