Monthly Archives: Sierpień 2012

Trzema, antykomunistycznymi z założenia, podlaskimi związkami kombatanckimi kierują osoby zasłużone dla państwa komunistycznego – wynika z dokumentów, do których dotarł „Nasz Dziennik”. Te same osoby przewodzą Wojewódzkiej Radzie Kombatantów i Osób Represjonowanych w Białymstoku.

Rada potępiła obywatelską akcję zdekomunizowania pomnika z czasów PRL. Co więcej, szef Rady, a jednocześnie prezes Zarządu Głównego Związku Sybiraków Tadeusz Chwiedź złożył doniesienie na policję w tej sprawie.

Calosc  tutaj

ARTYKUŁ Z WYDANIA ELEKTRONICZNEGO NASZEGO DZIENNIKA

Zabroniono koncelebry na pogrzebie księdza Tadeusza Kiersztyna. – Po raz pierwszy w życiu uczestniczyłem w pogrzebie, w czasie którego kapłanom odmówiono prawa do koncelebrowania liturgii pogrzebowej – napisał na swoim blogu oburzony ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Pogrzeb księdza Tadeusza Kiersztyna odbył się wczoraj w Krakowie.

Wzięły w nim udział dziesiątki wiernych, a także duchowni, którzy przyjechali w różnych zakątków kraju. Niestety, nie pozwolono im  na koncelebrowanie liturgii pogrzebowej. Decyzję taką miał podjąć ks. kard. Stanisław Dziwisz, metropolita krakowski.

„Od chwili przyjęcia święceń kapłańskich, co miało miejsce prawie trzydzieści lat temu, uczestniczyłem w bardzo wielu pogrzebach księży. Wśród tych pogrzebów zdarzały się także pochówki duchownych katolickich, którzy albo odeszli z kapłaństwa, albo targnęli się na własne życie, albo przez wiele lat kolaborowali z reżymem komunistycznym. Niezależnie jednak od oceny ich ziemskiego życia  na ostatnie pożegnanie zawsze przyjeżdżali licznie współbracia-kapłani, aby poprzez udział w mszy św. koncelebrowanej modlić do Miłosiernego Pana o wieczne zbawienie” – napisał na blogu ks. Isakowicz-Zaleski.

„Wczoraj jednak po raz pierwszy w życiu uczestniczyłem w pogrzebie, w czasie którego kapłanom odmówiono prawa do koncelebrowania liturgii pogrzebowej. A niektórzy jak. np. ks. Stanisław Małkowski przebyli drogę kilkuset kilometrów. Stało się to na pogrzebie śp. ks. Tadeusza Kiersztyna, propagatora intronizacji Jezusa Chrystusa na Króla Polski. Gdy przed liturgią żałobną wszedłem wraz z innymi kapłanami do zakrystii kaplicy cmentarnej na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie, to tamtejszy rektor wyprosił nas stamtąd, powołując na zarządzenie ks. kard. Stanisława Dziwisza, metropolity krakowskiego, który zakazał koncelebry.  Przez całą liturgię staliśmy więc w tłumie wiernych, bez możliwości założenia szat liturgicznych.

Mszę św. sprawował tylko rektor kaplicy. Nabożeństwo odbyło się bez kazania, bez modlitwy wiernych, bez okadzenia trumny, a nawet bez postawienia na trumnie (jak to jest zazwyczaj na pogrzebach duchownych) kielicha i mszału. A przecież zmarły nie był ani ekskomunikowany, ani przeniesiony do stanu świeckiego. Cały obrzęd był sprawowany w szybkim tempie. Jedynie rozdawania komunii świętej trwało dość długo, bo ilość świeckich żałobników była bardzo duża. W czasie modlitw nad samym grobem nie pozwolono także na wygłoszenie przemówień.


(fot. Stanisław Malik, isakowicz.pl)

Osobną sprawą była nieobecność na pogrzebie jezuitów, w których szeregach ks. Kiersztyn  był prawie trzydzieści lat. Czego oni tak bardzo się przestraszyli? Zauważyłem jedynie dwóch „dzielnych” uczniów św. Ignacego Loyoli, którzy ubrani po świecku przemykali się pomiędzy grobami. Z parafii w Rabce, w której zmarły kapłan się wychował, i Morawicy, na terenie której duszpasterzował przez wiele lat, też żaden ksiądz nie przyjechał.”

Ojcem co czwartego dziecka urodzonego w UK przez Polkę jest obcokrajowiec, najczęściej Brytyjczyk, Afrykańczyk czy imigrant z innych krajów. Z kolei prawie wszyscy Polacy wybierają  na matki swoich dzieci Polki. O tym, że Polki rodzą w UK najwięcej dzieci spośród imigrantek brytyjskie biuro statystyczne informowało wielokrotnie.

Ostatnio jednak postanowiło przyjrzeć, kim są ich ojcowie. I tak – spośród 19 762 dzieci urodzonych przez Polki w Wielkiej Brytanii w 2010 roku aż  14 847 ojców jest Polakami. Pozostali stanowią różne grupy narodowościowe – najwięcej (1954) jest Brytyjczyków, dalej w kolejności są imigranci z Afryki (669) i Bliskiego Wschodu oraz Azji (534)
Po wejściu do Unii zaczęliśmy tracić pokolenie Polaków urodzonych podczas wyżu demograficznego z przełomu lat 70. i 80. Na emigracji szukali pieniędzy i lepszego życia. Znaleźli. Teraz ściągają do siebie dzieci.

Z danych Narodowego Spisu Powszechnego wynika, że na koniec marca ubiegłego roku za granicą przebywało dwa miliony Polaków, z czego 11 proc. (czyli ponad 220 tys.) stanowiły dzieci w wieku do lat 14. Prof. Krystyna Iglicka, ekonomista i demograf, rektor Uczelni Łazarskiego, szacuje, że dziś jest już ich 300 tys., czyli o 35 proc. więcej.
 – Rodzice emigranci ściągają do siebie dzieci, bo na dłuższą metę żadna rodzina nie jest w stanie normalnie funkcjonować, gdy dzielą ją tysiące kilometrów – mówi dr Agata Zygmunt, demograf z Uniwersytetu Śląskiego. I zwraca uwagę, że łączeniu rodzin bardzo sprzyja polityka prorodzinna w państwach, do których najczęściej emigrują Polacy. – W Wielkiej Brytanii czy Niemczech rodziny mogą liczyć na znacznie lepszą pomoc socjalną niż w naszym kraju. Uzyskują wyższe zasiłki z tytułu wychowania dzieci, mają lepszy dostęp do żłobków czy przedszkoli – wylicza dr Zygmunt.

Część ekspertów widzi plusy tego zjawiska. – Dziecko, bez względu na to, jak jest dojrzałe i samodzielne, zawsze potrzebuje rodziców – uważa dr Tomasz Grzyb, psycholog społeczny ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. Jego zdaniem u dzieci pozostawionych w kraju pod opieką dziadków czy rodzeństwa pojawiają się problemy wychowawcze i edukacyjne. – Choć oczywiście nie jest to regułą – zastrzega.

Ten medal ma jednak także drugą, znacznie ciemniejszą stronę. Tracimy kolejne pokolenie młodych ludzi. Emigracja zabrała nam 300 tys. dzieci, czyli niewiele mniej, ile co roku przychodzi na świat nad Wisłą. W ubiegłym roku narodzin było niecałe 390 tys., ale z roku na rok jest ich od kilku do nawet 20 tys. mniej. Zdaniem ekspertów to normalne. – Skoro wyemigrowali głównie ludzie młodzi, to automatycznie w kraju zmniejszyła się liczba osób mogących mieć dzieci – mówi prof. Irena Kotowska, demograf ze Szkoły Głównej Handlowej.

Konsekwencje emigracji będą bardzo bolesne i to już w niedalekiej przyszłości. Skurczy się liczba osób w wieku produkcyjnym, a wzrośnie – osób starszych. Ci pierwsi będą musieli coraz więcej pracować, aby utrzymać tych drugich. Rośnie prawdopodobieństwo, że się tego przestraszą i wyjadą za granicę, ściągając tam całe swoje rodziny.

Rodzić po ludzku, czyli z daleka od Polski

To efekt emigracji i lepszych warunków życia za granicą.

Spośród 220 tys. polskich dzieci przebywających za granicą przynajmniej 55 tysięcy urodziło się na obczyźnie – wynika z Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań. – W samej tylko Wielkiej Brytanii urodziło się ponad 50 tys. dzieci – ustaliła prof. Krystyna Iglicka, ekonomista i demograf, rektor Uczelni Łazarskiego.

Wśród kobiet urodzonych poza tym krajem Polki wykazują się największą dzietnością. Wyprzedzają nawet kobiety z Indii i Bangladeszu, czyli z państw, w których kobiety tradycyjnie rodzą dużo dzieci. Zdaniem ekspertów to nie przypadek. Polki za granicą zakładają rodziny i chętnie rodzą, bo łatwiej tam o pomoc w ich wychowaniu.

Z drugiej strony w Polsce jest około 100 tys. tak zwanych eurosierot, czyli dzieci pozostawionych w kraju przez jedno lub dwoje rodziców – wynika z badań Ministerstwa Edukacji Narodowej. Są one pod opieką dziadków, rodzeństwa, kogoś z dalszej rodziny lub znajomych. Według ekspertów MEN dzieci dotknięte sieroctwem migracyjnym zagrożone są m.in. obniżonym poczuciem bezpieczeństwa, osamotnieniem i poczuciem odtrącenia. Mogą też mieć trudności w kształtowaniu systemu wartości i w realizacji zadań związanych z nauką. – Zagrożenia te skutkują, szczególnie u dzieci i młodzieży ze szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych utratą sensu życia, a także różnymi przejawami nieprzystosowania społecznego, jak agresja, kłamstwa, a nawet zachowania naruszające prawo – stwierdzono w raporcie z badań.

Trzeba również pamiętać, że za granicę wyjechało dużo osób z tzw. Polski B – z podkarpackiego, podlaskiego, warmińsko-mazurskiego. Rynek pracy jest tam często ogołacany ze specjalistów. To zniechęca biznes do inwestycji. Nie ma pracy i w efekcie kolejne osoby mogą z tych terenów wyjeżdżać za granicę.

Z danych GUS wynika, że od wstąpienia Polski do Unii Europejskiej z naszego kraju wyjechało na stałe (wymeldowało się) ponad 201 tys. osób. – Oni już zatrzasnęli za sobą drzwi – ocenia prof. Iglicka.

Eksperci są przekonani, że osoby, które przebywają za granicą ponad rok, raczej już do Polski nie wrócą. A jest ich już 1,5 mln. A łącznie z tymi, którzy emigrują na co najmniej trzy miesiące, jest ich 2 mln.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna
autor: Janusz Kowalski

KOMENTARZE@

kasia_zwierzolub napisała:

a czego sie nasz rzad cudowny, nasi politycy spodziewali? niedlugo w Polsce same starsze osoby pozostana i ci ktorzy jeszcze wierza ze moze im sie w Polsce cos uda, czlowiek ma jedno zycie i chce je przezyc jak najlepiej, a nie w wyzysku biedzie i ciagle frustracji

SuperMarcys napisał:

…i to jest Tragedia. W tym roku w moim miescie (ok 130 tys. mieszkancow) zamknieto 5 szkol podstawowych.

Zdaniem Anny Walentynowicz zwycięstwo robotników w sierpniu 1980 r. zostało zmarnowane. „Pozwoliliśmy zamienić je w wielką klęskę, zaufaliśmy niewłaściwym ludziom” – powiedziała w wywiadzie dla PAP. Od lat powtarza, że jej zdaniem, „Solidarność” została przejęta przez „agentów i zdrajców”, którzy opanowali kierownictwo związku.

PAP: To właśnie dyscyplinarne zwolnienie Pani z pracy stało się impulsem do rozpoczęcia strajku w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 roku.

 

Anna Walentynowicz: Nie spodziewałam się, że zostanę wyrzucona na bruk. Z drugiej strony, wiedziałam, że jestem niewygodna dla władz. Po śmierci męża w 1971 przez rok chodziłam, jak błędny rycerz, potem wzięłam się jednak w garść i zajęłam się pracą społeczną. W tym czasie syn poszedł do wojska i nie miałam już praktycznie żadnych obowiązków domowych i rodzinnych. A kiedy w 1978 roku na Wybrzeżu powstały Wolne Związki Zawodowe (WZZ) już całkowicie zaangażowałam się w opozycję.

Zwolnienie z pracy, podpisane przez kierownika działu kadr Stoczni Gdańskiej Zbigniewa Szczypińskiego (poseł Unii Pracy w latach 1993-97 – PAP), otrzymałam pocztą 7 sierpnia. Właśnie wróciłam z sądu pracy w Gdyni, gdzie domagałam się zwrotu 300 zł karnie potrąconej pensji. W piśmie przywołano art. 52 kodeksu pracy, czyli „sabotaż, przestępstwo, kradzież” – to było najgorsze, co mogło spotkać pracownika. Byłam wtedy na zwolnieniu lekarskim, tak wyczerpana psychicznie i nerwowo, że nie mogłam pracować na suwnicy. Lekarz powiedział mi, że mam gdzieś wyjechać i odprężyć się, bo inaczej spowoduję wypadek.

Oczywiście wiedziałam, że prawdziwym powodem zwolnienia mnie z pracy było to, że przynosiłam do stoczni pismo WZZ „Robotnik Wybrzeża”. Ludzie bali się je brać do rąk. Ja im tłumaczyłam: „Przecież ty masz prawo czytać, co chcesz. Nie możesz kolportować; za to mogą cię karać, ale kolportaż to ja biorę na siebie”. Wcześniej dyrekcja w różny sposób mnie prześladowała: przenoszono mnie na inne wydziały lub wręcz do innych zakładów pracy, kooperujących ze stocznią.
 
PAP: Co Pani zrobiła po otrzymaniu pisma o zwolnieniu z pracy?

 

 A.W.: Po dwóch dniach, w sobotę, poszłam do stoczni po wypłatę. Celowo nie wzięłam przepustki, bo wiedziałam, że mi ją zabiorą, gdyż nie byłam już pracownikiem. Na bramie nr 3 chwycili mnie strażnicy, wykręcili ręce, wrzucili do samochodu i zawieźli do kadr. Tam wypłacono mi tylko część pensji. Przy okazji dano mi ponownie zwolnienie z pracy. Dawała mi je młoda dziewczyna z kadr, mówiąc ze łzami w oczach: „Pani Aniu, jest mi przykro, że muszę to zrobić”. Ja zapytałam: „Dlaczego nie może zrobić tego sam kierownik lub dyrektor?”. „Po to oni mają zwykłych pracowników, a jak nie wręczę, to mnie zwolnią” – odpowiedziała. Wyrzucono mnie za bramę i wtedy poszłam do Joanny i Andrzeja Gwiazdów z WZZ, zameldować, że moja działalność na terenie stoczni właśnie się skończyła.
 
PAP: Czy była Pani wtajemniczona w przygotowania do strajku w Stoczni Gdańskiej?

 

 A.W.: Nie, absolutnie. Wiedziałam tylko, że działacze WZZ napiszą apel do stoczniowców w mojej obronie. Nie wierzyłam, że ten strajk wybuchnie, a tym bardziej w mojej sprawie. Jeszcze miesiąc wcześniej spotkałam się w Warszawie z Jackiem Kuroniem, który pytał mnie, kiedy w końcu stanie stocznia, bo przecież są strajki w Lublinie i Świdniku. Odpowiedziałam, że strajk będzie za dwa lata, bo ludzie za bardzo się jeszcze boją. Takie miałam rozeznanie. Okazało się, złe.

Między 7 a 14 sierpnia szukałam pracy. Byłam dwa dni u ogrodnika w Gdańsku-Wrzeszczu, ale po dwóch dniach powiedział mi, że nie może mnie zatrudnić na dłużej. Zapytałam dlaczego, czy robiłam coś źle. On na to odpowiedział, że byli u nie niego „smutni panowie”, czyli esbecy, którzy oświadczyli, że jak przyjmie mnie na stałe do pracy, to będzie miał kłopoty.

 
PAP: W jakich okolicznościach dowiedziała się Pani, że w Stoczni Gdańskiej rozpoczął się strajk ?

 

A.W.: Przez ten tydzień robiłam cały czas badania lekarskie. I tak 14 sierpnia przed godziną 6 rano jadę windą w szpitalu stoczniowym do laboratorium i słyszę, że dyrektor szpitala mówi do jakiejś pielęgniarki lub lekarki, że jest strajk w stoczni. Byłam bardzo zdziwiona. Wysiadam wcześniej z windy i spotykam się z Aliną Pienkowską (nieżyjąca żona Bogdana Borusewicza – PAP), która pracowała tam jak pielęgniarka. Zamykamy się w ubikacji jak konspiratorki i zastanawiamy się, jak zawiadomić o strajku Kuronia, który poda to później w świat. Telefony w stoczni już nie działały. Kobieta w centrali telefonicznej szpitala złapała się tylko za głowę i powiedziała, że jak pozwoli mi zadzwonić, to wyrzucą ją z pracy. Wyszłam więc na zewnątrz i pomyślałam, że skorzystam z telefonu w pobliskim sklepie mięsnym. Zauważyłam jednak, jak po drugiej stronie ulicy zza budynku wychodzi funkcjonariusz SB, którego znałam z widzenia, bo robił mi wcześniej rewizje. Biegnę do tramwaju, a on za mną. Gdy już podjeżdżam do domu, widzę wokół siebie kolejne „znajome twarze” esbeków. Udało mi się ich zgubić przebiegając szybko na czerwonym świetle przez ulicę. Trafiłam na podwórze pobliskiej kamienicy, gdzie miałam klucze do mieszkania kobiety, którą się wtedy opiekowałam. Zasłoniłam firany i zauważyłam przez okno pięć osób, które czaiły się przy budynku.

Zastanawiałam się, co dalej robić, jak się stamtąd wydostać. Nie było tam telefonu. Na szczęście, pomogła sąsiadka, mieszkająca piętro niżej w moim bloku. Po kilku godzinach przyszła i powiedziała, że czeka na mnie samochód dyrektora i mam jechać do stoczni. Odpowiedziałam, że jest to niemożliwe, bo jak tylko wyjdę z klatki to zatrzymają mnie esbecy czekający przed budynkiem. Dodałam też, że nie mogę jechać autem dyrektora, bo nie wiadomo, gdzie mnie wywiozą. „Ale jest dwóch stoczniowców” – szepnęła sąsiadka. „A, to zmienia postać rzeczy, niech więc podjadą pod sam budynek” – odparłam.

 
PAP: Jak wyglądało powitanie Pani na terenie stoczni?

 

A.W.: Na bramie straż pełnili już robotnicy. Samochód wjechał może z 10 metrów i stanął, bo taki był już wokół wielki tłum. Podbiegła do mnie kobieta z naręczem róż. Zaskoczona zapytałam: „Skąd ty wzięłaś rano tyle kwiatów?”. A ona: „Z klombu przed dyrekcją, przecież to są nasze”. Poproszono mnie, żebym weszła na koparkę, żeby wszyscy zobaczyli i uwierzyli, że jestem. Ponad ludzkimi głowami zauważyłam napis kredą na kawałku dykty: „Przywrócić Annę Walentynowicz do pracy; 1000 zł dodatku drożyźnianego”. Łzy zakręciły mi się w oczach, nie pamiętam, co powiedziałam, to były jakieś krótkie słowa podziękowania. Schodzę na dół, robotnicy robią dla mnie szpaler w tłumie i żądają, żebym stanęła na czele strajku. Wytłumaczyłam im szybko, że jeśli pokieruje tym baba, to spadnie ranga sprawy. Wiedziałam też, że WZZ planował, że strajkiem pokieruje Wałęsa.

Potem weszłam z grupą robotników do sali BHP na pertraktacje z dyrektorem. W ogóle nie liczyliśmy, że z tego będzie strajk. A nawet, jeśli do niego dojdzie, to przypuszczaliśmy, że potrwa godzinę lub dwie, góra jeden dzień. Liczyłam bowiem, że Gniech (dyrektor stoczni Klemens Gniech – PAP) szybko wycofa brutalną i bezpodstawną decyzję o zwolnieniu mnie z pracy. Dyrektor jednak był twardy mówiąc, że nie po to mnie wyrzucił z pracy, żeby teraz do niej przywracać.

Drugiego dnia negocjacji Gniech dostrzegł jednak, że to nie przelewki i stoczniowcy nie ustąpią. Zaproponował, że wrócę do pracy, ale w Tczewie i tylko do końca roku, a potem mam iść na wcześniejszą emeryturę. Wyszłam przed budynek i zapytałam stoczniowców, czy mam przyjąć taką propozycję. Powiedzieli, że nie można się zgadzać na żadne dodatkowe warunki. Oburzeni zachowaniem dyrekcji dorzucili postulat powrotu Wałęsy do pracy w stoczni i zażądali dwa tys. zł dodatku drożyźnianego.

 
PAP: Kiedy Wałęsa pojawił się w stoczni?

 

A.W.: Pierwszy etap negocjacji z naszej strony prowadził młody chłopak, zaraz po wojsku, Piotr Maliszewski z W-2, który wraz z Bogdanem Felskim z K3 wiózł samochodem dyrektora do stoczni. Potem podchodzi Wałęsa, przejmuje rozmowy i trzeciego dnia załatwia, że nas dwoje wraca do pracy w stoczni oraz 1500 zł dodatku.

Tymczasem całe Trójmiasto już stoi. Wałęsa kończy strajk. Ktoś jeszcze krzyczy: „Lechu, nie podpisuj, jest szansa zalegalizowania Wolnych Związków Zawodowych”. A on na to: „Głupi jesteś, dyrektor i tak dał nam więcej, niż żądaliśmy”. Wałęsa powiedział jeszcze do dyrektora, że nie chce wracać na statek, ale na wydział samochodowy. Gniech przystał na to. Przez radiowęzeł poszła już informacja, że strajk się skończył. Wałęsa wychodząc z dyrektorem z sali BHP mówił jeszcze do ludzi: „Na co czekacie? Dosyć leniuchowania. Jazda do domu, bo inaczej straż was wyprowadzi”. Powiedział też, że zobowiązał się, iż robotnicy odpracują te trzy dni strajku. I ludzie zaczęli wychodzić ze stoczni.

 
PAP: Jak w tej sytuacji doszło do wznowienia strajku?

 

A.W.: Podszedł do mnie m.in. Tadeusz Szczudłowski mówiąc z żalem, że nie mieliśmy prawa przerwać strajku po załatwieniu swoich własnych, stoczniowych postulatów w sytuacji, gdy w Trójmieście stoi większość zakładów. Zapytałam wówczas Alinę Pienkowską, co robić, a ona na to błyskawicznie, że trzeba ogłosić strajk solidarnościowy – wtedy po raz pierwszy padło to słowo. Próbujemy to ogłosić przez mikrofon, ale radiowęzeł jest już wyłączony. Biegniemy obie półtora kilometra w kierunku bramy nr 3, gdzie wychodzi najwięcej osób. Po drodze myślałam, że jak nie prosiłam stoczniowców o strajk, a oni sami go zrobili, to teraz zgodzą się, kiedy poproszę ich o kontynuowanie strajku.

Przy bramie jeden ze stoczniowców zawołał, że ma dość, jest zmęczony i chce wrócić do rodziny. Rozpłakałam się. Wtedy Alina stanęła na beczce, podniosła do góry prawą rękę – pomyślałam, że jak warszawska Nike. Wszyscy stali w milczeniu i czekali, co może powiedzieć ta drobna kobieta w różowej bluzce. Ona zaś tłumaczyła tym swoim anemicznym głosem, że nie wolno iść teraz do domu, gdy inne zakłady cały czas strajkują. Ktoś powiedział, że trzeba zamknąć bramę, bo będą aresztowania za strajk, a gwarancje wojewody, że nie dojdzie do represji są nic nie warte. Krzyknęłam tylko do Aliny: „Ziarno zasiane, biegnijmy na kolejną bramę”. Tam poszło już łatwiej, było mniej osób do przekonywania. Na bramę nr 1, niedaleko gazowni, pobiegłam już sama. Zostało nas wszystkich może 500-800 osób, trudno to było nawet policzyć.

W nocy z 16 na 17 sierpnia powstaje Międzyzakładowy Komitet Strajkowy i 21 postulatów, których autorem był Andrzej Gwiazda. Potem pertraktowaliśmy jeszcze m.in. z wojewodą gdańskim Jerzym Kołodziejskim sprawę wycofania zakazu zorganizowania mszy św. na terenie stoczni. W niedzielę rano nabożeństwo zostało odprawione, ludzie wrócili i strajk został odbudowany.

I wtedy Wałęsa, jak niewiniątko, zaczął nas błagać, żebyśmy pozwolili mu prowadzić strajk. Zapewniał nas, że jak nie będzie się nadawał, to go wyrzucimy. Myśmy się zgodzili, ale wyrzucić go już nie można było, gdyż opieką objął go członek KC PZPR i szef POP w Stoczni Gdańskiej, Jan Łabęcki.

 
PAP: Co to znaczy objął opieką?

 

A.W.: Po prostu kontaktował się z Wałęsą i go wspierał. Dawał mu instrukcje, jak się zachowywać. Dowiedzieliśmy się o tym kilka dni później. Było tak, że Wałęsa znikał na godzinę, kilka godzin i nie wiadomo było, gdzie jest.

Mówiłam już to wiele razy, ale powtórzę jeszcze raz. Wałęsa nie przeskoczył przez żaden płot, został dowieziony do stoczni motorówką Marynarki Wojennej. Jeśli chce, może mnie podać za te słowa do sądu – nie boję się. Wałęsa był u dowódcy MW kontradmirała Ludwika Janczyszyna, członka egzekutywy PZPR w Gdańsku i dostał od niego wytyczne, żeby nie dopuścić do strajku. Już w czasie strajku krążyła informacja, że Wałęsa dotarł do stoczni na pontonie.

W 20. rocznicę Sierpnia ”80 na plebani kościoła św. Brygidy w Gdańsku u ks. prałata Henryka Jankowskiego odbyło się spotkanie okolicznościowe z udziałem kilkunastu osób. Było dziesięciu stoczniowców ze Szczecina. Był też I sekretarz PZPR w Gdańsku w latach 80. Tadeusz Fiszbach. Zapytałam go wówczas, dlaczego cały czas mówi się o skoku Wałęsy przez płot, skoro dostał się on na teren stoczni motorówką na polecenie admirała MW Piotra Kołodziejczyka. A Fiszbach na to do wszystkich siedzących przy stole: „Pani Anno, nie na polecenie Kołodziejczyka, ale Janczyszyna”.

 
PAP: Jakie były najbardziej dramatyczne chwile podczas strajku?

 

A.W.: Gdzieś przed 22 sierpnia, jeszcze przed przyjazdem delegacji rządowej z Jagielskim (wicepremier Mieczysław Jagielski – PAP), jacyś młodzi pracownicy z poczty przynieśli nam podsłuchy rozmów milicjantów, z których wynikało, że SB chce rozpylić na terenie całej stoczni środek nasenny. Puściliśmy te taśmy u komendanta straży pożarnej wierząc, że u niego nie będzie podsłuchów. Gdy skończyliśmy ktoś zawołał, że jest do mnie telefon. Zadzwoniła mama Maćka Grzywaczewskiego (obecnie szef I Programu TVP – PAP) mówiąc, że w Gdańsku trwa ewakuacja szpitali i opróżniane jest więzienie. Dla mnie to było jednoznaczne, że szykuje się pacyfikacja stoczni. Zrobiliśmy naradę i postanowiliśmy ustawić wszystkie dźwigi światłem do wody, a od strony miasta ustawić gęsto straż robotniczą. I tak czuwamy. Ale jak długo można tak czekać? W końcu postanowiliśmy zawiadomić Ojca Świętego Jana Pawła II, że cokolwiek się stanie, to my i tak nie wyjdziemy ze stoczni. Chcieliśmy, aby on dał świadectwo prawdzie, a świat mu uwierzy.

 
PAP: I jak to zrobiliście?

 

A.W.: Ktoś z innego zakładu dał nam samochód, którym pojechaliśmy do kurii biskupiej. Zabrał się ze mną stoczniowiec Jan Koziatek. Zdążyłam chwycić w garść kartkę z 21 postulatami. W kurii zastaliśmy sufragana Kazimierza Kluza. Biskup stanął wyprostowany i powiedział: „Dzieci, co wy wyrabiacie? Czy zdajecie sobie sprawę, że na redzie stoją już okręty wojenne? Przecież krew się poleje. Jak można stawiać takie żądania?”. To było jak uderzenie obuchem w głowę. Stałam przytłoczona, zaciskałam tylko mocno dłonie, aż posiniały mi paznokcie. Wyciągnęłam w końcu kartkę z postulatami i zapytałam: „Ekscelencjo, proszę własnoręcznie skreślić te żądania, które są wygórowane, a ja od razu wrócę do stoczni i pokażę to kolegom”. Biskup nie biorąc do ręki tej kartki, przeczytał ją i już zmienionym głosem powiedział: „No nie, to są niezbywalne prawa człowieka”. Wybuchłam wtedy strasznym szlochem i wykrztusiłam z siebie, że stoczniowcy proszą o modlitwę Kościoła i powiadomienie papieża o całej sytuacji.

 
PAP: Jaka była atmosfera rozmów z komisją rządową?

 

A.W.: Nam się łatwiej prowadziło rozmowy z komisją niż z naszymi doradcami. Z komunistami rozmowy były krótkie i zdecydowane. A doradcy nas łamali i przetrącali kręgosłupy, ucząc nas dyplomacji w negocjacjach. Zresztą, wraz z delegacją rządową nocowali oni w jednym hotelu. I tam się naradzali, jak nas złamać.

 
PAP: Co Pani czuła, kiedy podpisaliście porozumienie i strajk się zakończył?

 

A.W.: Uwierzyłam, że będzie inna Polska, że moje dzieci, a na pewno wnuki będą miały lepszy start życiowy niż ja. Wieczorem pobiegłam jeszcze na cmentarz i nad grobem męża mówiłam: „Ty nie doczekałeś, ale jest zwycięstwo, Polska jest inna… będzie dobrze”.

 
PAP: Jak ocenia Pani dziś dorobek Sierpnia ”80 ?

 

A.W.: Bardzo negatywnie. Pozwoliliśmy nasze zwycięstwo, dające Polakom wielką nadzieję, zamienić w wielką klęskę. Nie potrafiliśmy utrzymać tego zwycięstwa. Zaufaliśmy niewłaściwym ludziom. „Solidarność” przejęli agenci i zdrajcy, a komuniści pozwolili im rabować kraj, gwarantując w ten sposób samym sobie gwarancje bezpieczeństwa. W 1989 r. ze sztandaru pierwszej „Solidarności” zrobiono parasol ochronny nad rządem i kontraktowym Sejmem. Przez 16 lat nie rozliczono żadnej zbrodni komunistycznej.

Dziś nie można głośno powiedzieć, że Wałęsa był agentem, który grał i oszukiwał ludzi, bo zaraz podnosi się wielki krzyk jego obrońców. Czy to jest wolna Polska?

 

Rozmawiał Robert Pietrzak (PAP)

(wywiad przeprowadzony w sierpniu 2005 r.)
Ania przebywala w moim domu tu w Phoenix Arizona przez prawie 4 tygodnie rozmawialismy do puznych godzin nocnych.

Mieczysław Jagielski i Lech Wałęsa po podpisaniu porozumienia. Gdańsk, 31.08.1980. Podpisanie porozumienia w Gdańsku 31 sierpnia 1980 r. między komisją rządową a komitetem strajkowym i powstanie Solidarności stały się początkiem przemian 1989 roku: obalenia komunizmu i końca systemu pojałtańskiego. W piątek mijają 32 lata od tych wydarzeń.

Pierwsze strajki latem 1980 roku były reakcją na podwyżki cen mięsa i wędlin, wprowadzone przez ówczesną ekipę rządzącą Edwarda Gierka. „Nieuzasadnione przerwy w pracy” – jak nazywała strajki partyjna propaganda i pisały ówczesne gazety – zaczęły się w początkach lipca, m.in. w WSK PZL-Mielec, Zakładach Metalurgicznych POMET w Poznaniu i Przedsiębiorstwie Transbud w Tarnobrzegu. 16 lipca wybuchły strajki w Lublinie; oprócz żądań ekonomicznych po raz pierwszy pojawił się postulat nowych wyborów do oficjalnych związków zawodowych. Strajki te kończyły się obietnicami podwyżek płac.

W lipcu strajkowało ok. 80 tys. osób w 177 zakładach pracy.

W połowie sierpnia 1980 r. zaczęły się strajki na Wybrzeżu, gdzie wciąż żywa była pamięć stłumionych krwawo przez władze protestów w grudniu 1970 r. Strajk w Stoczni Gdańskiej zorganizowali działacze Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża – opozycyjnej, nielegalnej organizacji utworzonej w 1978 r. Organizatorem WZZ był członek KSS „KOR” Bogdan Borusewicz, a do współzałożycieli WZZ należeli m.in. Lech Wałęsa, Andrzej Gwiazda, Anna Walentynowicz i Krzysztof Wyszkowski.

Właśnie w obronie Walentynowicz, suwnicowej zwolnionej z pracy za działalność opozycyjną, 14 sierpnia 1980 roku wybuchł strajk na kilku wydziałach stoczni. Zaplanował go i przygotował Borusewicz, a rozpoczęli związani z WZZ robotnicy: Jerzy Borowczak, Bogdan Felski i Ludwik Prądzyński. Wkrótce, przeskakując przez ogrodzenie, w stoczni pojawił się też Lech Wałęsa, zwolniony z pracy w 1976 r. Stanął na czele strajku.

16 sierpnia strajk omal się nie zakończył, ponieważ dyrektor stoczni Klemens Gniech (wieloletni pracownik stoczni, w grudniu 1970 roku był w komitecie strajkowym) zgodził się na spełnienie początkowych postulatów: przywrócenie do pracy Walentynowicz i Wałęsy, podwyżkę płac dla każdego zatrudnionego, budowę pomnika ofiar grudnia 1970 r., gwarancje nietykalności dla strajkujących. Wałęsa ogłosił koniec strajku, ale kilku członków komitetu strajkowego sprzeciwiło się, wzywając do strajku solidarnościowego z zakładami, które w tym czasie podjęły strajki.

Utworzono Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, w skład którego weszli przybyli do stoczni delegaci innych strajkujących zakładów. Przewodniczącym MKS został Wałęsa, a w skład prezydium weszli działacze WZZ. Prezydium MKS tworzyli: Wałęsa, dwóch wiceprzewodniczących – Andrzej Kołodziej i Bogdan Lis – oraz Lech Bądkowski, Joanna Duda-Gwiazda, Wojciech Gruszecki, Andrzej Gwiazda, Stefan Izdebski, Jerzy Kmiecik, Zdzisław Kobyliński, Henryka Krzywonos, Stefan Lewandowski, Alina Pieńkowska, Józef Przybylski, Jerzy Sikorski, Lech Sobieszek, Tadeusz Stanny, Anna Walentynowicz i Florian Wiśniewski.

Spisano 21 postulatów MKS; pierwszym i najważniejszym było utworzenie niezależnych od władzy i pracodawców związków zawodowych. Protestujący powoływali się na ratyfikowaną przez PRL konwencję nr 87 Międzynarodowej Organizacji Pracy, która gwarantowała wolność związkową.

    31 sierpnia 1980 r. Wałęsa i Jagielski podpisali porozumienie gdańskie. MKS deklarował zakończenie trwającego dwa tygodnie strajku. Delegacja rządowa zgodziła się m.in. na utworzenie nowych, niezależnych, samorządnych związków zawodowych, prawo do strajku, budowę pomnika ofiar grudnia 1970, transmisje niedzielnych mszy św. w Polskim Radiu i ograniczenie cenzury. Przyjęto też zapis, że nowe związki zawodowe uznają kierowniczą rolę PZPR w państwie.

MKS domagał się też: prawa do strajku; wolności słowa, druku i publikacji; przywrócenia do pracy zwolnionych z powodów politycznych; podania w środkach masowego przekazu informacji o utworzeniu MKS i opublikowania listy postulatów; podjęcia działań na rzecz wyprowadzenia kraju z kryzysu; wypłacenia strajkującym wynagrodzenia za okres strajku; wzrostu płac o 2 tys. zł; gwarancji waloryzacji płac w stosunku do wzrostu cen i inflacji; pełnego zaopatrzenia rynku w artykuły żywnościowe; zniesienia cen komercyjnych i sprzedaży za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym; doboru kadry kierowniczej według kompetencji, a nie przynależności partyjnej, w tym zniesienia przywilejów dla MO i SB; wprowadzenia kartek na mięso i przetwory do czasu opanowania sytuacji na rynku; obniżenia wieku emerytalnego; zrównania rent i emerytur „starego portfela” do aktualnie wypłacanych; poprawy warunków pracy służby zdrowia; zwiększenia liczby miejsc w żłobkach i przedszkolach; wprowadzenia płatnego, trzyletniego urlopu macierzyńskiego; skrócenia czasu oczekiwania na mieszkanie; podwyżki diet; wprowadzenia wszystkich sobót jako dni wolnych od pracy.

17 sierpnia ks. Henryk Jankowski z gdańskiej parafii św. Brygidy odprawił w stoczni pierwszą mszę św. Zbiorowe modlitwy stały się zwyczajem w protestującej stoczni. Jej bramy tonęły w kwiatach; wywieszono narodowe flagi i portrety papieża Jana Pawła II. Dla strajkujących grali artyści. W stoczni wydawano niezależny biuletyn, drukowano ulotki. Na żądanie MKS w Trójmieście wprowadzono prohibicję.

W tym czasie MKS-y powstały w Szczecinie i Elblągu. Na czele komitetu w strajkującej szczecińskiej stoczni im. Adolfa Warskiego stanął uczestnik wydarzeń grudnia 1970 – Marian Jurczyk. MKS, któremu szefował, zgłosił 36 postulatów.

Rozmowy ze strajkującymi, z pominięciem MKS, prowadził wicepremier Tadeusz Pyka; został jednak odwołany i zastąpił go w Gdańsku wicepremier Mieczysław Jagielski, w Szczecinie – wicepremier Kazimierz Barcikowski. W całej Polsce strajkowało już wówczas ok. 350 zakładów.

64 intelektualistów wystosowało apel do władz o podjęcie rozmów z MKS: „Apelujemy do władz politycznych i do strajkujących robotników, aby była to droga rozmów, droga kompromisu” – napisali. Dwóch z nich – Bronisław Geremek i Tadeusz Mazowiecki, którzy przywieźli apel do Stoczni Gdańskiej – weszło w skład utworzonej przy MKS komisji ekspertów. Tworzyli ją też: Bogdan Cywiński, Tadeusz Kowalik, Waldemar Kuczyński, Jadwiga Staniszkis i Andrzej Wielowieyski.

22 sierpnia w Szczecinie delegacja rządowa rozpoczęła rozmowy z MKS. Dzień później rozpoczął się strajk generalny na Wybrzeżu; w Stoczni Gdańskiej Jagielski zaczął rozmowy ze strajkującymi.

W czasie negocjacji Jagielski i Barcikowski kilka razy wyjeżdżali do Warszawy na obrady KC PZPR i Biura Politycznego, które wykluczyło użycie siły w celu zdławienia strajku. Władze ZSRR domagały się od Gierka zastosowania „ostrych środków”. Choć 15 sierpnia Gierek wspominał o możliwości zwołania Sejmu i postawienia sprawy użycia siły, zaznaczał, że można to rozważać tylko w razie pogorszenia sytuacji. Potem opowiadał się za politycznymi rozwiązaniami, nawet gdy 21 sierpnia mówił, że „mamy do czynienia z objawami kontrrewolucji wyrażającej się w zorganizowanym działaniu grup terrorystycznych, mających wpływ na klasę robotniczą”. Ówczesna władza przekonywała, że sytuacja nie jest jeszcze dramatyczna, ponieważ strajkujący nie wyszli na ulice.

26 sierpnia prymas Polski kard. Stefan Wyszyński, który obawiał się interwencji sowieckiej, wezwał na Jasnej Górze, by zaprzestać strajków. Ocenzurowane fragmenty jego homilii pokazała telewizja. „Im sumienniej będziemy pracowali, tym mniej będziemy pożyczali” – ten fragment homilii telewizja powtarzała wielokrotnie. Pominęła zaś takie m.in. stwierdzenia: „Abyśmy jednak mogli wypełniać swoje zadania, niezbędna jest suwerenność narodowa, moralna, społeczna, kulturalna i ekonomiczna. (…). Choć dzisiaj tak jest, że pełnej suwerenności między narodami powiązanymi różnymi układami i blokami nie ma, to jednak są granice dla tych układów, granice odpowiedzialności za własny naród, za jego prawa, a więc i prawo do suwerenności”.

29 sierpnia powstał MKS w Jastrzębiu na Górnym Śląsku, który opracował własne postulaty.

Pierwsze porozumienie między stroną rządową i strajkującymi podpisane zostało 30 sierpnia w Szczecinie. Strajki obejmowały już wówczas ok. 700 zakładów; brało w nich udział ok. 750 tys. osób. Władze zgodziły się na postulaty strajkujących, w tym na nowe związki zawodowe; MKS wyraził zgodę, by zamiast „wolne” związki użyto określenia „samorządne”.

Tego samego dnia V Plenum KC PZPR przyjęło do „zatwierdzającej wiadomości” podpisanie porozumienia szczecińskiego i zaakceptowanie projektu porozumienia gdańskiego.

31 sierpnia Wałęsa i Jagielski podpisali porozumienie gdańskie. MKS deklarował zakończenie trwającego dwa tygodnie strajku. Delegacja rządowa zgodziła się m.in. na utworzenie nowych, niezależnych, samorządnych związków zawodowych, prawo do strajku, budowę pomnika ofiar grudnia 1970, transmisje niedzielnych mszy św. w Polskim Radiu i ograniczenie cenzury. Przyjęto też zapis, że nowe związki zawodowe uznają kierowniczą rolę PZPR w państwie. Uroczystość podpisania porozumienia transmitowała TVP.

Strajkujące w Gdańsku, Szczecinie i Elblągu zakłady podjęły 1 września pracę. Nadal strajkowały kopalnie na Górnym Śląsku. Rozmowy z MKS w kopalni Manifest Lipcowy rozpoczęła rządowa komisja, której przewodniczył Aleksander Kopeć. Prasa opublikowała protokoły porozumień szczecińskich i gdańskich.

3 września 1980 r. podpisano trzecie porozumienie – w Jastrzębiu na Górnym Śląsku, gdzie strajk rozpoczął się pod koniec sierpnia. Zakładało ono m.in. wprowadzenie w 1981 r. wszystkich wolnych sobót. Kopalnie wznowiły pracę.

Porozumienia nie przesądzały, jaką strukturę będą miały nowe związki. 17 września 1980 r. przedstawiciele Międzyzakładowych Komitetów Założycielskich (przekształconych z MKS) przyjęli statut, który rozstrzygał powstanie Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność” – jednego ogólnokrajowego związku o strukturze regionalnej. Na czele Krajowej Komisji Porozumiewawczej stanęli: Wałęsa jako przewodniczący oraz Gwiazda. Jurczyk został przewodniczącym Zarządu Regionu Pomorze Zachodnie.

10 listopada 1980 r. Sąd Najwyższy zarejestrował NSZZ „Solidarność”. Wkrótce związek liczył niemal 10 mln członków (było to 80 proc. pracowników państwowych). Organizacje związkowe powstały we wszystkich przedsiębiorstwach i instytucjach – władze nie dopuściły tylko do powołania ogniw związku w Wojsku Polskim i Milicji Obywatelskiej.

Gdy gen. Wojciech Jaruzelski zdecydował o wprowadzeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 r., Solidarność została zawieszona, a w październiku 1982 roku – zdelegalizowana. Był to okres prześladowań opozycji i działalności podziemnej. Związek został ponownie zarejestrowany w wyniku ustaleń Okrągłego Stołu w kwietniu 1989 r.(PAP)

 Na Jasnej Górze rozpoczęło się przygotowanie do obchodów 100-lecia koronacji Cudownego Obrazu. Rozpoczęła je sobotnia msza św. za Ojczyznę w Kaplicy Matki Bożej. Nabożeństwu przewodniczył definitor generalny Zakonu Paulinów, o. Zachariasz Jabłoński.

Złote korony ofiarował w 1910 roku ówczesny papież Pius X, a nową sukienkę do przyozdobienia Cudownego Obrazu, tzw. sukienkę koralową, ofiarowały kobiety z Kielecczyzny – ze wsi Rembieszyce i Złotniki.

Korony Piusa X były drugimi koronami papieskimi ofiarowanymi na jasnogórski obraz. Pierwsze podarował papież Klemens XI w 1717 r., a trzecie pobłogosławił papież Jan Paweł II w 2005 r.

Pierwsze uwieńczenie jasnogórskiego wizerunku Matki Bożej koronami papieskimi miało miejsce 8 września 1717 r. Była to pierwsza ceremonia koronacji poza Rzymem. Na uroczystość przybyło wówczas na Jasną Górę ok. 200 tysięcy pielgrzymów, co na owe czasy było rzeczą niespotykaną. Uroczystość stała się ogólnonarodową manifestacją wiary.

Dwie złote korony podarowane przez papieża Klemensa XI skradziono w nocy z 22 na 23 października 1909 r. Początkowo przypuszczano, że rabuś lub rabusie dostali się po zostawionej w jednym z okien linie. Później zaczął dominować pogląd, że złodzieje wybrali jakąś inną drogę, a linę przywiązali dla niepoznaki. Sprawców nigdy nie wykryto.

W miarę upływu czasu utrwaliło się przekonanie, że kradzież stanowiła prowokację polityczną ówczesnych rosyjskich władz zaborczych. Korony skradzione z Cudownego Obrazu nie należały do najcenniejszych precjozów, jakie znajdowały się w sanktuarium. Na polityczny kontekst wskazywał też zamiar cara Mikołaja II, który chciał podarować własne korony dla Cudownego Obrazu.

Dzięki interwencji u papieża tak się jednak nie stało. Pius X natychmiast zdecydował, że diademy dla wizerunku Matki Bożej zostaną wykonane przez złotnika watykańskiego. Złote korony udekorował on brylantami i rubinami. Uroczystej koronacji dokonano 22 maja 1910 roku.

Korony Piusa X zdobiły Cudowny Obraz Jasnogórski do czasu założenia na niego koron papieża Jana Pawła II i nowej sukienki – bursztynowej. (PAP)

kon/ gma/

  Podpisanie porozumienia w Gdańsku 31 sierpnia 1980 r. między komisją rządową a komitetem strajkowym i powstanie Solidarności stały się początkiem przemian 1989 roku: obalenia komunizmu i końca systemu pojałtańskiego. W piątek mijają 32 lata od tych wydarzeń.

Pierwsze strajki latem 1980 roku były reakcją na podwyżki cen mięsa i wędlin, wprowadzone przez ówczesną ekipę rządzącą Edwarda Gierka. „Nieuzasadnione przerwy w pracy” – jak nazywała strajki partyjna propaganda i pisały ówczesne gazety – zaczęły się w początkach lipca, m.in. w WSK PZL-Mielec, Zakładach Metalurgicznych POMET w Poznaniu i Przedsiębiorstwie Transbud w Tarnobrzegu. 16 lipca wybuchły strajki w Lublinie; oprócz żądań ekonomicznych po raz pierwszy pojawił się postulat nowych wyborów do oficjalnych związków zawodowych. Strajki te kończyły się obietnicami podwyżek płac.

W lipcu strajkowało ok. 80 tys. osób w 177 zakładach pracy.

W połowie sierpnia 1980 r. zaczęły się strajki na Wybrzeżu, gdzie wciąż żywa była pamięć stłumionych krwawo przez władze protestów w grudniu 1970 r. Strajk w Stoczni Gdańskiej zorganizowali działacze Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża – opozycyjnej, nielegalnej organizacji utworzonej w 1978 r. Organizatorem WZZ był członek KSS „KOR” Bogdan Borusewicz, a do współzałożycieli WZZ należeli m.in. Lech Wałęsa, Andrzej Gwiazda, Anna Walentynowicz i Krzysztof Wyszkowski.

Właśnie w obronie Walentynowicz, suwnicowej zwolnionej z pracy za działalność opozycyjną, 14 sierpnia 1980 roku wybuchł strajk na kilku wydziałach stoczni. Zaplanował go i przygotował Borusewicz, a rozpoczęli związani z WZZ robotnicy: Jerzy Borowczak, Bogdan Felski i Ludwik Prądzyński. Wkrótce, przeskakując przez ogrodzenie, w stoczni pojawił się też Lech Wałęsa, zwolniony z pracy w 1976 r. Stanął na czele strajku.

16 sierpnia strajk omal się nie zakończył, ponieważ dyrektor stoczni Klemens Gniech (wieloletni pracownik stoczni, w grudniu 1970 roku był w komitecie strajkowym) zgodził się na spełnienie początkowych postulatów: przywrócenie do pracy Walentynowicz i Wałęsy, podwyżkę płac dla każdego zatrudnionego, budowę pomnika ofiar grudnia 1970 r., gwarancje nietykalności dla strajkujących. Wałęsa ogłosił koniec strajku, ale kilku członków komitetu strajkowego sprzeciwiło się, wzywając do strajku solidarnościowego z zakładami, które w tym czasie podjęły strajki.

Utworzono Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, w skład którego weszli przybyli do stoczni delegaci innych strajkujących zakładów. Przewodniczącym MKS został Wałęsa, a w skład prezydium weszli działacze WZZ. Prezydium MKS tworzyli: Wałęsa, dwóch wiceprzewodniczących – Andrzej Kołodziej i Bogdan Lis – oraz Lech Bądkowski, Joanna Duda-Gwiazda, Wojciech Gruszecki, Andrzej Gwiazda, Stefan Izdebski, Jerzy Kmiecik, Zdzisław Kobyliński, Henryka Krzywonos, Stefan Lewandowski, Alina Pieńkowska, Józef Przybylski, Jerzy Sikorski, Lech Sobieszek, Tadeusz Stanny, Anna Walentynowicz i Florian Wiśniewski.

Spisano 21 postulatów MKS; pierwszym i najważniejszym było utworzenie niezależnych od władzy i pracodawców związków zawodowych. Protestujący powoływali się na ratyfikowaną przez PRL konwencję nr 87 Międzynarodowej Organizacji Pracy, która gwarantowała wolność związkową.

    31 sierpnia 1980 r. Wałęsa i Jagielski podpisali porozumienie gdańskie. MKS deklarował zakończenie trwającego dwa tygodnie strajku. Delegacja rządowa zgodziła się m.in. na utworzenie nowych, niezależnych, samorządnych związków zawodowych, prawo do strajku, budowę pomnika ofiar grudnia 1970, transmisje niedzielnych mszy św. w Polskim Radiu i ograniczenie cenzury. Przyjęto też zapis, że nowe związki zawodowe uznają kierowniczą rolę PZPR w państwie.

MKS domagał się też: prawa do strajku; wolności słowa, druku i publikacji; przywrócenia do pracy zwolnionych z powodów politycznych; podania w środkach masowego przekazu informacji o utworzeniu MKS i opublikowania listy postulatów; podjęcia działań na rzecz wyprowadzenia kraju z kryzysu; wypłacenia strajkującym wynagrodzenia za okres strajku; wzrostu płac o 2 tys. zł; gwarancji waloryzacji płac w stosunku do wzrostu cen i inflacji; pełnego zaopatrzenia rynku w artykuły żywnościowe; zniesienia cen komercyjnych i sprzedaży za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym; doboru kadry kierowniczej według kompetencji, a nie przynależności partyjnej, w tym zniesienia przywilejów dla MO i SB; wprowadzenia kartek na mięso i przetwory do czasu opanowania sytuacji na rynku; obniżenia wieku emerytalnego; zrównania rent i emerytur „starego portfela” do aktualnie wypłacanych; poprawy warunków pracy służby zdrowia; zwiększenia liczby miejsc w żłobkach i przedszkolach; wprowadzenia płatnego, trzyletniego urlopu macierzyńskiego; skrócenia czasu oczekiwania na mieszkanie; podwyżki diet; wprowadzenia wszystkich sobót jako dni wolnych od pracy.

17 sierpnia ks. Henryk Jankowski z gdańskiej parafii św. Brygidy odprawił w stoczni pierwszą mszę św. Zbiorowe modlitwy stały się zwyczajem w protestującej stoczni. Jej bramy tonęły w kwiatach; wywieszono narodowe flagi i portrety papieża Jana Pawła II. Dla strajkujących grali artyści. W stoczni wydawano niezależny biuletyn, drukowano ulotki. Na żądanie MKS w Trójmieście wprowadzono prohibicję.

W tym czasie MKS-y powstały w Szczecinie i Elblągu. Na czele komitetu w strajkującej szczecińskiej stoczni im. Adolfa Warskiego stanął uczestnik wydarzeń grudnia 1970 – Marian Jurczyk. MKS, któremu szefował, zgłosił 36 postulatów.

Rozmowy ze strajkującymi, z pominięciem MKS, prowadził wicepremier Tadeusz Pyka; został jednak odwołany i zastąpił go w Gdańsku wicepremier Mieczysław Jagielski, w Szczecinie – wicepremier Kazimierz Barcikowski. W całej Polsce strajkowało już wówczas ok. 350 zakładów.

64 intelektualistów wystosowało apel do władz o podjęcie rozmów z MKS: „Apelujemy do władz politycznych i do strajkujących robotników, aby była to droga rozmów, droga kompromisu” – napisali. Dwóch z nich – Bronisław Geremek i Tadeusz Mazowiecki, którzy przywieźli apel do Stoczni Gdańskiej – weszło w skład utworzonej przy MKS komisji ekspertów. Tworzyli ją też: Bogdan Cywiński, Tadeusz Kowalik, Waldemar Kuczyński, Jadwiga Staniszkis i Andrzej Wielowieyski.

22 sierpnia w Szczecinie delegacja rządowa rozpoczęła rozmowy z MKS. Dzień później rozpoczął się strajk generalny na Wybrzeżu; w Stoczni Gdańskiej Jagielski zaczął rozmowy ze strajkującymi.

W czasie negocjacji Jagielski i Barcikowski kilka razy wyjeżdżali do Warszawy na obrady KC PZPR i Biura Politycznego, które wykluczyło użycie siły w celu zdławienia strajku. Władze ZSRR domagały się od Gierka zastosowania „ostrych środków”. Choć 15 sierpnia Gierek wspominał o możliwości zwołania Sejmu i postawienia sprawy użycia siły, zaznaczał, że można to rozważać tylko w razie pogorszenia sytuacji. Potem opowiadał się za politycznymi rozwiązaniami, nawet gdy 21 sierpnia mówił, że „mamy do czynienia z objawami kontrrewolucji wyrażającej się w zorganizowanym działaniu grup terrorystycznych, mających wpływ na klasę robotniczą”. Ówczesna władza przekonywała, że sytuacja nie jest jeszcze dramatyczna, ponieważ strajkujący nie wyszli na ulice.

26 sierpnia prymas Polski kard. Stefan Wyszyński, który obawiał się interwencji sowieckiej, wezwał na Jasnej Górze, by zaprzestać strajków. Ocenzurowane fragmenty jego homilii pokazała telewizja. „Im sumienniej będziemy pracowali, tym mniej będziemy pożyczali” – ten fragment homilii telewizja powtarzała wielokrotnie. Pominęła zaś takie m.in. stwierdzenia: „Abyśmy jednak mogli wypełniać swoje zadania, niezbędna jest suwerenność narodowa, moralna, społeczna, kulturalna i ekonomiczna. (…). Choć dzisiaj tak jest, że pełnej suwerenności między narodami powiązanymi różnymi układami i blokami nie ma, to jednak są granice dla tych układów, granice odpowiedzialności za własny naród, za jego prawa, a więc i prawo do suwerenności”.

29 sierpnia powstał MKS w Jastrzębiu na Górnym Śląsku, który opracował własne postulaty.

Pierwsze porozumienie między stroną rządową i strajkującymi podpisane zostało 30 sierpnia w Szczecinie. Strajki obejmowały już wówczas ok. 700 zakładów; brało w nich udział ok. 750 tys. osób. Władze zgodziły się na postulaty strajkujących, w tym na nowe związki zawodowe; MKS wyraził zgodę, by zamiast „wolne” związki użyto określenia „samorządne”.

Tego samego dnia V Plenum KC PZPR przyjęło do „zatwierdzającej wiadomości” podpisanie porozumienia szczecińskiego i zaakceptowanie projektu porozumienia gdańskiego.

31 sierpnia Wałęsa i Jagielski podpisali porozumienie gdańskie. MKS deklarował zakończenie trwającego dwa tygodnie strajku. Delegacja rządowa zgodziła się m.in. na utworzenie nowych, niezależnych, samorządnych związków zawodowych, prawo do strajku, budowę pomnika ofiar grudnia 1970, transmisje niedzielnych mszy św. w Polskim Radiu i ograniczenie cenzury. Przyjęto też zapis, że nowe związki zawodowe uznają kierowniczą rolę PZPR w państwie. Uroczystość podpisania porozumienia transmitowała TVP.

Strajkujące w Gdańsku, Szczecinie i Elblągu zakłady podjęły 1 września pracę. Nadal strajkowały kopalnie na Górnym Śląsku. Rozmowy z MKS w kopalni Manifest Lipcowy rozpoczęła rządowa komisja, której przewodniczył Aleksander Kopeć. Prasa opublikowała protokoły porozumień szczecińskich i gdańskich.

3 września 1980 r. podpisano trzecie porozumienie – w Jastrzębiu na Górnym Śląsku, gdzie strajk rozpoczął się pod koniec sierpnia. Zakładało ono m.in. wprowadzenie w 1981 r. wszystkich wolnych sobót. Kopalnie wznowiły pracę.

Porozumienia nie przesądzały, jaką strukturę będą miały nowe związki. 17 września 1980 r. przedstawiciele Międzyzakładowych Komitetów Założycielskich (przekształconych z MKS) przyjęli statut, który rozstrzygał powstanie Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność” – jednego ogólnokrajowego związku o strukturze regionalnej. Na czele Krajowej Komisji Porozumiewawczej stanęli: Wałęsa jako przewodniczący oraz Gwiazda. Jurczyk został przewodniczącym Zarządu Regionu Pomorze Zachodnie.

10 listopada 1980 r. Sąd Najwyższy zarejestrował NSZZ „Solidarność”. Wkrótce związek liczył niemal 10 mln członków (było to 80 proc. pracowników państwowych). Organizacje związkowe powstały we wszystkich przedsiębiorstwach i instytucjach – władze nie dopuściły tylko do powołania ogniw związku w Wojsku Polskim i Milicji Obywatelskiej.

Gdy gen. Wojciech Jaruzelski zdecydował o wprowadzeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 r., Solidarność została zawieszona, a w październiku 1982 roku – zdelegalizowana. Był to okres prześladowań opozycji i działalności podziemnej. Związek został ponownie zarejestrowany w wyniku ustaleń Okrągłego Stołu w kwietniu 1989 r.(PAP)

rop/ ls/

Około 60 tys. mieszkańców miejscowości położonych wzdłuż rzeki Tangipahoa otrzymało w czwartek rano nakaz opuszczenia swych domów. Lokalne władze zdecydowały o obowiązkowej ewakuacji po tym jak doszło do uszkodzenia pobliskiej tamy.

Aby zapobiec jej przerwaniu, zapora zostanie otwarta.

fot. National Guard/ W ewakuacji mieszkańców z zalanych terenów pomaga wojsko i Gwardia Narodowa

Opady towarzyszące huraganowi Isaac, który we wtorek wieczorem dotarł nad Luizjanę i Mississippi, wciąż utrzymują się nad tymi stanami, mimo że żywioł osłabł i jest obecnie tropikalną burzą.

Intensywne opady doprowadziły do podtopień w wielu miejscowościach, ale wały przeciwpowodziowe uchroniły przed kataklizmem Nowy Orlean. W środę minęła siódma rocznica od przejścia huraganu Katrina, który spowodował zalanie 80 proc. powierzchni miasta i doprowadził do śmierci ponad 1800 osób.

Zobacz także: Stan wyjątkowy w Luizjanie. Isaac zmierza szlakiem Katriny

Choć Isaac osłabł, zagrożenie powodziowe wciąż utrzymuje się w stanach Luizjana i Mississippi. Gubernator pierwszego z nich podjął w czwartek decyzję o ewakuowaniu około 60 tys. osób mieszkających wzdłuż rzeki Tangipahoa, między miejscowościami Kentwood i Robert. Tama znajdująca się na jeziorze o tej samej nazwie została uszkodzona pod naporem wody i grozi przerwaniem. Aby zapobiec jej zniszczeniu lokalne władze zdecydowały o otwarciu zapór i spuszczeniu wody. Mieszkańcy terenów, które ulegną zalaniu na spakowanie dobytku dostali półtorej godziny. Specjalnie podstawione autokary zabrały ich na wyżej położone tereny.

Isaac, który od środy jest tropikalną burzą, a który we wtorek jako huragan pierwszej kategorii uderzył w wybrzeża Zatoki Meksykańskiej, obwiniany jest do tej pory o śmierci co najmniej dwóch osób. Około miliona mieszkańców Luizjany pozbawionych jest prądu. Nad południowymi stanami wciąż utrzymują się intensywne opady i nawałnice. W weekend deszcz i wiatr dotrą nad Illinois i Indianę.

mp

Krytykując Litwę za roszczenia finansowe wobec Rosji za radziecką okupację, „Moskowskije Nowosti” we wtorek wytknęły jej, że w 1939 roku była „trzecim państwem – obok hitlerowskich Niemiec i stalinowskiego ZSRR – które uczestniczyło w rozbiorze Polski”.

„Jeszcze w październiku 1939 roku niepodległa Litwa z satysfakcją przyjęła w podarunku od ZSRR Wilno i Kraj Wileński, które przypadły Związkowi Radzieckiemu na mocy paktu Mołotow-Ribbentrop. W charakterze rekompensaty zgodziła się rozmieścić u siebie 20-tysięczny (radziecki) kontyngent wojskowy. W ten sposób niepodległa Litwa w 1939 roku stała się trzecim państwem – obok hitlerowskich Niemiec i stalinowskiego ZSRR – które uczestniczyło w rozbiorze Polski” – zauważa rosyjska gazeta.

„Poczucie historycznej sprawiedliwości Litwy, która już w 1989 roku słusznie potępiła pakt Mołotow-Ribbentrop, nie sięga tak daleko, by zwrócić te ziemie prawowitemu właścicielowi – Polsce. A nawet na to, by zaniechać wywołującej krytykę ze strony obrońców praw człowieka w Unii Europejskiej dyskryminacyjnej polityki wobec Polaków, mieszkających w tym regionie” – dodają „Moskowskije Nowosti”.

    „Jeszcze w październiku 1939 r. niepodległa Litwa z satysfakcją przyjęła w podarunku od ZSRR Wilno i Kraj Wileński, które przypadły Związkowi Radzieckiemu na mocy paktu Mołotow-Ribbentrop. W charakterze rekompensaty zgodziła się rozmieścić u siebie 20 tys. (radziecki) kontyngent wojskowy. W ten sposób niepodległa Litwa w 1939 r. stała się trzecim państwem – obok hitlerowskich Niemiec i stalinowskiego ZSRR – które uczestniczyło w rozbiorze Polski” – zauważa rosyjska gazeta.

Według dziennika na roszczenia Litwy „należy odpłacić tą samą monetą”. „Dopasować się do powstałej nad brzegiem Niemna absurdalnej logiki i podliczyć, kto komu jest winien” – wyjaśnia.

„Moskowskije Nowosti” podkreślają, że „współczesna Republika Litewska wystąpiła ze składu ZSRR w 1991 roku z terytorium o jedną trzecią większym od tego, z którym w 1940 roku została zaanektowana przez Związek Radziecki”.

„Ta okoliczność nie pozwala przyjąć za prawdę tego, iż dzisiejsza Litwa, jak deklaruje jej obecny establishment, jest +przedwojennym państwem, które odbudowało swoją niepodległość+. Dzisiejsza Litwa, to terytorium Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, przy czym – z okresu powojennego” – konstatuje gazeta, zaznaczając, że kraj ten „nie spieszy się z oddawaniem +okupantom+ otrzymanych ziem”.

„Moskowskije Nowosti” przypominają, że „już będąc w składzie ZSRR Litwa otrzymała południowo-zachodni Rejon Wyłkowyski, który na mocy paktu Mołotow-Ribbentrop początkowo przypadł III Rzeszy, a który w styczniu 1941 roku został odkupiony przez radziecki rząd od Niemiec”. Jako kolejny przykład dziennik wymienia Kłajpedę i okolice, „przyłączone do Litwy w 1950 roku przez Radę Najwyższą ZSRR”.

„Moskowskije Nowosti” zauważają, że ten ostatni region został „odcięty” od obwodu kaliningradzkiego, który był częścią Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej (RFSRR). „Na przekazanie terytorium przez jedną republikę drugiej wymagana była zgoda ich rad najwyższych, zatwierdzona przez Prezydium Rady Najwyższej ZSRR. RFSRR zgody takiej nie dawała. Rachunek jest więc otwarty” – konstatuje gazeta.

„Moskowskije Nowosti” informują, że powołana przez rząd Litwy komisja, mająca wycenić szkody wyrządzone temu krajowi wskutek wieloletniej okupacji radzieckiej, powinna do połowy czerwca przygotować pakiet dokumentów na negocjacje z Kremlem.

„Czy Kreml pójdzie na takie negocjacje, jest pytaniem retorycznym. Ale +symetrycznie+ odreagować trzeba” – wskazuje dziennik w artykule zatytułowanym „Wileński rachunek”.

Z Moskwy Jerzy Malczyk (PAP)

To długo skrywana prawda o początku II wojny światowej. II wojna światowa wybuchła 1 września 1939 roku. Zaczęła się od ataku Hitlera na Polskę, po czym walki rozprzestrzeniły się na kolejne kraje.

Ale kiedy dokładnie rozpoczęto działania wojenne? W szkołach uczymy się, że o godzinie 4:45, gdy niemiecki pancernik Schleswig-Holstein zaataakował Westerplatte. Okazuje się, że prawda jest nieco inna i uporczywie ukrywana.

Miastem, w którym naprawdę rozpoczęły się działania wojenne jest bowiem Tczew. Leżące na Pomorzu prawie 30-tysięczne miasto znajdowało się w czasie poprzedzającym II wojnę światową w miejscu strategicznym – zaledwie kilkanaście kilometrów od granicy z Wolnym Miastem. Gdańsk, mimo że miał pozostać terenem neutralnym, tak naprawdę znajdował się w niemieckiej strefie wpływów. Polacy byli tam dyskryminowani i zastraszani, represje przybrały bardzo duże rozmiary zwłaszcza przed wrześniem 1939 roku. Po zaczepnych zachowaniach Niemców można było wnioskować, że szykuje się kolejna wojna i co najgorsze, że jest ona już bardzo blisko. Wiedzieli o tym zwłaszcza sąsiedzi Gdańska, w tym mieszkańcy Tczewa, którzy 1 września na własnej skórze poczuli, co to znaczy.

O godzinie 4:26 z lotniska koło Elbląga, leżącego na terenie Prus Wschodnich, wystartowało 6 myśliwców oraz 6 bombowców. Skierowały się na Tczew z zamiarem zrzucenia kilku bomb. Wcześniej wybrano miejsca, które miały stać się głównym celem ataków. Był to dworzec PKP, koszary 2 Batalionu Strzelców oraz przyczółek mostów. Nalot miał miejsce dokładnie o 4:34, czyli aż 11 minut wcześniej niż atak na Westerplatte!

Dlaczego hitlerowcy wybrali Tczew na swój cel? Zaważyły o tym mosty na Wiśle, które miały duże znaczenie dla wojska. Wbrew pozorom, Niemcy wcale nie chcieli ich zniszczyć. Wprost przeciwnie, zależało im na tym, by budowle nie ucierpiały. Mosty na Wiśle w Tczewie były bowiem bardzo solidną konstrukcją o dużym wymiarze strategicznym. Umożliwiały swobodny przejazd pociągów i pojazdów mechanicznych. Szczególnie cenne były dlatego, iż stanowiły bramę wjazdową do Polski od strony Wolnego Miasta Gdańska. Dodatkowo – umożliwiały przejście wojsk z terenu Rzeszy do Prus Wschodnich i połączenie sił. Taki stan z pewnością natychmiast osłabiłby zdolności obronne Polski.

Nieoczekiwanie niespodziewany nalot spalił na panewce, ponieważ Polacy już wiedzieli o planach Hitlera, co więcej, przewidzieli nawet godzinę ataku! Jak to możliwe, że akcja Niemców się nie powiodła? Przede wszystkim dlatego, że wszyscy wiedzieli, iż hitlerowcom bardzo zależało na przejęciu kontroli nad mostami. Zainteresowanie budowlami ze strony Niemiec dostrzegali także dowódcy wojskowi. Generał Bortnowski, świadomy tego, że naziści chcieli opanować mosty, rozkazał je zaminować. W chwili zbliżającego się niebezpieczeństwa wystarczyło niewiele czasu, by wysadzić konstrukcję i udaremnić zamiary wojsk niemieckich Oprócz tego, nad losem mostów czuwało wiele osób. Z jednej strony cały czas strzegli ich saperzy, a z drugiej… celnicy. W Szymankowie, niewielkiej wsi leżącej na granicy z Wolnym Miastem Gdańsk, kontrolowali wszystkie podejrzane przejazdy. Udało im się nawet odkryć szatański pomysł opanowania mostów przez hitlerowców, tym razem drogą kolejową.

31 sierpnia Niemcy poprosili polskich kolejarzy o przysłanie dwóch parowozów do Malborka, miejscowości znajdującej się już na terenie Prus Wschodnich. Parowozy miały rzekomo pomóc im w transporcie bydła. Gdy tylko pojazdy przybyły do Malborka, maszynistów aresztowano, a w ich mundury ubrano Niemców. Cały oddział żołnierzy wyruszył do Tczewa. Plan być może by się powiódł, gdyby nie przezorność polskich celników i kolejarzy. Gdy następnego dnia po godzinie 4:20 pociąg z Malborka wjechał na stację w Szymankowie, celnicy zdążyli wystrzelić racę, zawiadamiając w ten sposób Tczew. Natomiast polscy kolejarze tak przestawili zwrotnicę, że pociąg z Malborka się wykoleił. Dzięki temu mosty wysadzono przed przyjazdem Niemców. Za te czyny Polaków czekała sroga kara. Większość z nich od razu zastrzelono. Udało się uciec jedynie nielicznym.

Rola Tczewa, jako miejsca, w którym rozpoczęła się II wojna światowa, cały czas jest pomijana. Tak naprawdę o ataku wiedzą jedynie mieszkańcy tego miasta i historycy. Jednak już niedługo wszystko ma ulec zmianie. Głównie za sprawą Krzysztofa Kordy, tczewskiego historyka, który na łamach czasopisma „Militaria XX wieku” udowodnił, że to nie Westerplatte jest miejscem wybuchu wojny. Być może w końcu prawda ujrzy światło dzienne i zmieni oblicze historii.

Tczew nie jest jedynym miastem, w którym miały rozpocząć się działania wojenne. Długi czas myślano, że tak naprawdę był to Wieluń, leżący tuż przy granicy z Rzeszą. Miasto zbombardowano o 4:40. W wyniku nalotu śmierć poniosło kilka tysięcy osób. Atakowano cywili, gdyż w Wieluniu nawet nie stacjonowało wojsko. Zniszczono ulice, budynki i z premedytacją zaatakowano szpital. Przypuszcza się, że Niemcy wybrali Wieluń tylko po to, by sprawdzić działanie swojego nowego bombowca. Co z Tczewem? Czy w końcu dzieci zaczną uczyć się w szkołach, że to nie Westerplatte jest miejscem rozpoczęcia II wojny światowej? To może być sensacja na skalę światową, czas to wszystkim oznajmić!