Monthly Archives: Wrzesień 2012

Częstotliwości należą do obywateli nie do 5 panów z „Radiokomitetu” i sądów na telefon. Sprzeciwiamy się dyskryminacji mediów katolickich, dyskryminacji TV Trwam – powiedział lider Solidarnej Polski Zbigniew Ziobro, który wraz członkami i sympatykami jego ugrupowania spotkał się przed pomnikiem AK w Warszawie.

Prezes Solidarnej Polski w swoim wystąpieniu pytał o to, jak działa Państwo Polskie. Przywołał skandaliczną sprawę zamiany ciał ofiar katastrofy smoleńskiej, kryzys wymiaru sprawiedliwości oraz dramatyczną sytuację firm budowlanych.

Jakie może być zaufanie Polaków do takiego państwa, przecież miała być zielona wyspa, miało być tak dobrze – pytał Zbigniew Ziobro. Jednocześnie deklarował, że jego ugrupowanie jest zdeterminowane by budować uczciwe, sprawne i sprawiedliwe Polskie Państwo. „Będziemy bronić prawdy i wolności” – akcentował Zbigniew Ziobro.
– Przyszliśmy tutaj dzisiaj by upomnieć się głównie o tę prawdę. Upomnieć się też o wolność. Wolność w obszarze mediów. Nasza obecność jest tutaj znakiem sprzeciwu wobec dyskryminacji mediów katolickich, wobec dyskryminacji Tv Trwam. Dziś walka o Tv Trwam jest walką o polską demokrację. I zwyciężymy! – powiedział poseł Zbign

 

NE: Nie jesteśmy najemnikami w służbie partii – jesteśmy niezależnymi dziennikarzami, służymi PRAWDZIE !

 

Foto:

Gdzie jest agent Tomek?

 

 

Nie nagrało się wszystko w tym zamieszaniu, ale musicie wierzyć mi na słowo – są równe i równiejsze media dla ochroniarzy PiS. NE należy w ich oczach do medium nieprzyjaznego. Czy dlatego, że jesteśmy naprawdę niezależni?

„Niestety musimy się odniejść jeszcze do jednego nieprzyjemnego wydarzenia. Podczas realizacji materiału o Marszu poświęconego obronie wolnych mediów nasza reporterka Carcinka została arogancko wyproszona przez ochroniarza: „Dla Nowego Ekranu nie ma tu miejsca”. Dopiero po interwencji Posła Andrzeja Jaworskiego z PiS pozwolono jej zostać. Redakcja NE chciałaby wiedzieć skąd się rekrutował ten członek „służby porządkowej” tak osobliwie traktujący wolne media w imię wolnych mediów. Uważamy, że takie zachowanie jest nie tylko niedopuszczalne i mogące być źródlem prowokacji przeciwko TV TRWAM ale także obraźliwe dla wszystkich Internautów czytajacych Nowy Ekran.”
 

 

Pozdrawiamy wszystkich ! 

 

 

Czy polityk musi być drętwy? Niekoniecznie. Przemysław Wipler na Marszu z rodziną. Tak 3mać !

 

 

Na deser ci, z którym spotkamy się 10.11.12. Gdy dołączy młodzież … ehh, marzenia

 

 

Marsz  OBUDŹ SIĘ POLSKO nie miał końca, ani początku. Cały Nowy Świat, całe Krakowskie Przedmieście. Szli tak 2 godziny. Liczyliśmy uważnie – według nas było ok. 250 tys. ludzi. Tak to właśnie wyglądało, tak się też właśnie zapisze w naszej pamięci: Wielki Marsz Polaków … obudzonych z letargu … po w pełni suwerenną Polskę.

Przymusowe szczepienia w Polsce – Posiedzenie senackiej komisji zdrowia 04.07.2012 . To jest tylko kwiestia czasu, że ci ludzie znajdą się na ławach oskarżonych z zarzutem o planowane ludobójstwo na narodzie polskim.

Jako polski obywatel daję im ostatnią szansę wycofania się z wprowadzenia ludobójczej ustawy o szczepieniach, która jest całkowicie niezgodna z Konstytucją RP i zmierza do zniewolenia obywateli RP przez tzw. „przymus szczepionkowy”. To, że szczepionki są projektowane pod kątem ludobójstwa ujawniła afera ze skażonymi szczepionkami Baxtera w 2009 roku. Te same szczepionki testowano na polskich bezdomnych – zabito nimi co najmniej 29 osób. Nikt ze sprawców nie został pociągnięty do odpowiedzialności karnej, co nie znaczy, że sprawa została zamknięta. W USA jeden z głównych producentów szczepionek na świńską grypę, firma Glaxo Smith Kline została niedawno ukarana w procesie karnym 3 miliardami dolarów za zabójcze środki antydepresyjne i na cukrzycę.
I produktami takich firm jak Baxter czy GSK chce nas zaszczepić Sejm i Senat RP!

Posłuchajcie jak prawdziwa polska żydówka, Eliza Walczak walczy za naszą wolność i zdrowie biologiczne.
Posłuchajcie ludzi, których można określić tylko jako neonazistów, blokujących jej wystąpienie jako „polityczne”. Czy tacy ludzie powinni zasiadać w Senacie RP?!!!

Oto jeden z komentarzy jakie otrzymałem e-mailem:

(…) to nagranie to istne kuriozum – wypowiada się jakaś polska zydówka, wspomina o Auschwitz, w który zamieni się Polska pod rządami tej ustawy, a przewodniczący najwyraźniej o mentalności obozowego kapo próbuje ją uciszyć – nadaje się na stronę z odpowiednim komentarzem – czy to ten Woźniak z linka i zdjęcia czy moze ten Okła – z-ca przew, a moze kto inny to prowadził? http://www.stskrakow.lap.pl/senat.html
Byłyby niezłe szopki, gdyby miał jakieś niemieckie pochodzenie…

ZA; http://www.monitor-polski.pl/category/szczepionki/

W krakowskim kinie „Kijów” odbyła się premiera filmu „Skarga”. Wielka sala pękała w szwach, chętnych na obejrzenie seansu było tak wielu, że dostawiano dodatkowe krzesła.- Starałem się pokazać rzeczy, które są mało znane, ale niezwykle interesujące. W filmie chciałem jak najpełniej zademonstrować wszystkie aspekty życia i działalności ks. Skargi i dowiedzieć się jaka jest o nim prawda.

Przed rozpoczęciem prac nad „Skargą” wiedziałem o księdzu mniej więcej tyle co przeciętny Polak. Znałem go głównie jako autora „Kazań Sejmowych”. Okazało się jednak, że jest to fascynująca postać – mówił reżyser filmu Jarosław Mańka. 

 

Podczas premiery głos zabrał również Sławomir Skiba, wiceprezes Instytutu Edukacji Społecznej i Religijnej im. ks. Piotra Skargi. – Instytut pragnie promować postać Księdza Skargi, który jest zapomniany w powszechnej świadomości. To wielka postać w historii Polski i w dziejach polskiego katolicyzmu, człowiek, który zawsze nawoływał do jedności Rzeczpospolitej. Piotr Skarga zwracał uwagę, że gdyby Polska nie była katolicka, jej istnienie straciłoby rację bytu.

 

Prowadzący spotkanie redaktor magazynu „Polonia Christiana” Jerzy Wolak, zwrócił uwagę na „czarną legendę” ks. Piotra Skargi. Opowieści o rzekomych śladach na trumnie kaznodziei, które miałyby świadczyć o tym, iż został pogrzebany w letargu, są tylko szkodliwym wymysłem. Za jego rozpowszechnienie odpowiadają siły wrogie pamięci o charyzmatycznym duchownym – wyjaśnili prelegenci.

Zachęcamy do obejrzenia galerii zdjęć z premiery.

Czytaj więcej: http://www.pch24.pl/tlumy-na-premierze-skargi,6178,i.html#ixzz27srh2cSp

Sieć zajmująca się pobieraniem organów od rzekomo zmarłych pacjentów – New York Organ Donor Network (NYODN)– zmuszała szpitale do wydawania oświadczeń o rzekomej śmierci mózgu, chociaż pacjenci wciąż żyli. Barbarzyńska procedura służyła pozyskiwaniu narządów nadających się do przeszczepu. Sieć została pozwana do sądu.

Pozew przeciw NYODN złożył weteran wojenny Patrick McMahon, służący wcześniej  m.in. w siłach powietrznych amerykańskiej armii w Iraku i Afganistanie, swego czasu zatrudniony w organizacji jako wolontariusz. Został wyrzucony z pracy, gdy zaczął protestować przeciwko „bezprawnym i nielegalnym procedurom.”

 

W środę w wywiadzie McMahon mówił, że chce powstrzymać nielegalne praktyki sieci, bo nie mogą tego zrobić pacjenci rzekomo będący w stanie śmierci mózgowej, ani ich krewni, którzy nie są ekspertami.

 

McMahon pracował dla NYODN przez cztery miesiące jako koordynator transplantacji. Zarzucił instytucji, która jest organizacją non-profit, że wymusza na lekarzach – w porozumieniu z prawnikami szpitalnymi – wydawanie deklaracji o śmierci mózgu pacjentów, mimo że wykazują oni oznaki życia. Wg McMahona pracownicy sieci również nagabują krewnych chorych, jeszcze przed oficjalnym orzeczeniem śmierci mózgowej, by wyrazili zgodę na pobranie  narządów.

 

Zgodnie z prawem procedura pobrania narządów do transplantacji może nastąpić dopiero po orzeczeniu przez szpital śmierci mózgu pacjenta oraz po uzyskaniu formalnej zgody krewnych na pobranie organów od zmarłego.

 

McMahon w pozwie przeciwko nowojorskiej instytucji udokumentował cztery przypadki, w których naruszono prawo.  Jeden znich miał miejsce 13 listopada  2011 r. w szpitalu RUMC, w West Brighton. McMahon był zaniepokojony widząc pacjentkę reagującą paraliżem mięśniowym podczas operacji pobierania narządów. Chirurg nakazał anestezjologowi znieczulić kobietę, która ruszała się i szarpała podczas nacinania klatki piersiowej.

 

Zdaniem skarżącego, to oczywiste, że w czasie operacji pobierania narządów kobieta nie była w stanie śmierci mózgowej. Co więcej, jak wykazano w dokumentach sądowych, jeden z pracowników sieci uzyskał od krewnych pacjentki w sposób niezgodny z prawem pozwolenie na pobranie organów.

 

Mimo zastrzeżeń podnoszonych przez McMahona, lekarze kontynuowali operację, która była powodem przedwczesnej śmierci kobiety. Dokumenty sądowe nie podają tożsamości pacjentki, zaś rzeczniczka szpitala w Brighton odmówiła komentarza na ten temat.

 

Z pozwu McMahona wynika także, że sieć zatrudniła akwizytorów, którzy przechodzą szkolenia w zakresie wywierania emocjonalnego szantażu na krewnych ciężko chorych pacjentów, by podpisali dokumenty dotyczące zgody na pobór organów. Mają oni wyznaczone specjalne plany, określające ile pozwoleń muszą uzyskać w danym czasie. Jeśli nie wywiążą się z nich są zwalniani.

 

Pozew złożony został w SN na Manhattanie. Julia E. Rivera, rzeczniczka sieci stanowczo zaprzeczyła oskarżeniom byłego pracownika, twierdząc, że szkodzi on dobremu imieniu instytucji, która od lat „stara się poprawić życie nowojorczyków”.

 

Pozostałe trzy przypadki opisane w pozwie McMahona miały miejsce w okresie od września do października ubiegłego roku.

 

Jeden z nich dotyczył zdarzenia w klinice Nassau University Medical Center, gdzie pracownicy sieci wywierali naciski na lekarza, by uznał 19-letniego pacjenta za martwego. Lekarz odmówił. Skontaktował się z nim dyrektor sieci Michael Goldstein, który miał powiedzieć: „Ten dzieciak jest martwy. Zrozumiałeś? Podpisz dokument”.

 

Kolejny przypadek dotyczył nieprzeprowadzenia przez lekarzy z St. Barnabas Medical Center w Bronx standardowych testów, badających aktywność mózgu u chorej pacjentki. Nie pomogły nalegania  McMahona, by takie testy przeprowadzić.

 

Z kolei w Kings County Hospital Center w Brooklynie, pracownicy sieci sfałszowali dokumenty i zdecydowali się na operację pobrania organów od pacjenta, który reagował na bodźce bólowe, przeprowadzone przez McMahona i jego współpracownika.

 

McMahon został zwolniony z pracy 15 listopada zeszłego roku, w dwa dni po incydencie w szpitalu w Brightin i około 10 dni po zgłoszeniu swoich zastrzeżeń dyrektorowi generalnemu sieci.

 

Źródło: silive.com

Czytaj więcej: http://www.pch24.pl/usa–pozew-za-pobieranie-narzadow-od-zyjacych-pacjentow,6240,i.html#ixzz27spdhtM3

76 lat temu, 28 września 1936 roku rozpędzona ciężarówka wojskowa nie zdążyła wyhamować, gdy na jedną z ulic w Wiedniu wszedł wysoki, starszy człowiek. Potrącony przez samochód mężczyzna zmarł następnego dnia.

Zapewne nikt z przypadkowych świadków tego wypadku nie zdawał sobie sprawy, że jego ofiarą był prawowity król wszystkich Hiszpanii oraz Francji i Nawarry – urodzony na wygnaniu i zmarły na wygnaniu.

 

 

Alfons Karol Ferdynand Józef Jan Pius (hiszp. Don Alfonso Carlos Fernando José Juan Pío; franc. Alphonse-Charles-Ferdinand-Joseph-Jean-Pie) Burbon urodził się 87 lat wcześniej, 12 września 1849 roku w Londynie, jako drugi syn Jana hr. de Montizón (Don Juan, conde de Montizón) – króla z prawa Hiszpanii Jana III w latach 1861-1868 oraz Francji i Nawarry w latach 1883-1887 – i arcyksiężniczki Marii Beatryczy de Austria-Este, córki księcia Modeny, Franciszka IV. W kołysce otrzymał tytuł księcia (duque) San Jaime. Jego starszym (o rok) bratem był, owiany nieśmiertelną legendą, największy z „królów karlistowskich” – Don Carlos María de los Dolores de Borbón y Austria-Este, duque de Madrid, prawowity król Hiszpanii Karol VII od 1868 oraz (jako Karol XI) Francji i Nawarry od 1887 do 1909 roku. Obaj synowie wychowywani byli przez w Modenie, dokąd prawowita królowa Hiszpanii przeniosła się po separacji z liberalnym mężem (i z tego powodu zmuszonym też przez karlistów do zrzeczenie się praw do korony na rzecz syna) przez matkę oraz babkę obu książąt – drugą żonę Karola V, księżną de Beira, niezłomną legitymistkę, która jako pierwsza wprowadziła (w 1859 roku) do „lematu” karlizmu obronę tradycyjnych przywilejów prowincjonalnych, czyli Fueros (Dios – Patria – Fueros – Rey). 15 czerwca 1857 roku obaj bracia otrzymali sakrament bierzmowania z rąk papieża Piusa IX. Po podbiciu w 1859 roku Księstwa Modeny przez Piemontczyków rodzina królewska przeniosła się do Wenecji, a w 1863 r. – do Wiednia.

 

Lata dojrzewania obu książąt przypadły na okres triumfów masońsko-liberalnego ruchu nacjonalistycznego we Włoszech, zwanego Risorgimento, który grając na ambicjach władców Sardynii/Piemontu z Domu Sabaudzkiego, posłużył się ich armią jako taranem do unicestwienia historycznych państw na Półwyspie Apenińskim i zdetronizowania ich legitymistycznych dynastii, a na ostatek zagroził istnieniu nie tylko Państwa Kościelnego (które prawie w całości zagrabił już w latach 1859-1861), ale i samego Rzymu papieskiego. Kiedy, wykorzystując wycofanie się z Rzymu francuskiego garnizonu z powodu wybuchu wojny francusko-pruskiej, piemoncko-liberalne sępy pod wodzą Garibaldiego i gen. Cadorny rzuciły się również na Wieczne Miasto, 18-letni książę Alfons Karol, wzorem pokoleń swoich przodków i pośród wielu innych europejskich arystokratów, już 29 lipca 1868 roku zaciągnął się jako zwykły żołnierz do papieskich żuawów pod dowództwem generała Kanzlera, aby stanąć do walki o wolność i niezawisłość Ojca Świętego. W październiku otrzymał stopień kaprala, w grudniu – sierżanta, na wiosnę 1869 roku został chorążym, a wreszcie porucznikiem.

 

W decydującym momencie żuawom dane było stoczyć 20 września 1870 roku niestety tylko 20-minutową walkę z napastnikami wokół Porta Pia, bo świątobliwy papież Pius IX, chcąc zapobiec dalszemu przelewowi krwi, nakazał przerwać tę nierówną walkę. Do końca swojego życia ten wielki papież, żywiący doń wyjątkowo serdeczne uczucia, nazywał księcia il mio zuavo.

 

Po upadku Rzymu książę Alfons Karol przedostał się do Tulonu, aby walczyć w obronie Francji przed Prusakami. 26 kwietnia 1871 roku, na zamku Kleinheubach w Bawarii, zawarł związek małżeński z księżniczką Marią de las Nieves z królewskiego rodu portugalskiego Bragançów, córką prawowitego i wygnanego w 1834 roku króla Michała (Dom Miguel) I; małżeństwo to niestety nie doczekało się potomstwa, wyjąwszy dziecię płci męskiej, które zmarło kilka godzin po urodzeniu się.

 

Wkrótce zresztą, bo w grudniu 1872 roku książę stawił się na wezwanie swego starszego brata ponownie do walki zbrojnej, tym razem w obronie jego praw do koron hiszpańskich. W tak zwanej III wojnie karlistowskiej, trwającej do lutego 1876 roku, został mianowany przez Karola VII Kapitanem Generalnym Królewskich Sił Zbrojnych Katalonii, lecz faktycznie – wykazując wybitny talent dowódczy – prowadził operacje militarne w centrum Hiszpanii, organizując ofensywy na Aragonię i Nową Kastylię. Stoczył m.in. zwycięską bitwę pod Alpens (lipiec 1874) i zdobył Cuencę (lipiec 1874). W czasie wojny u jego boku przebywała cały czas żona, która po wielu latach, w 1934 roku, opublikowała bezcenne wspomnienia z kampanii w Katalonii i Kastylii.

 

Po upadku powstania Don Alfonso Carlos zamieszkał w Austrii na zamku w Puchheim (koło Salzburga), będąc również właścicielem posiadłości Ebenzweier (koło Altmünster) i domu w Wiedniu. Przez następne pół wieku pozostawał skromnie w cieniu swojego brata, a po jego śmierci (1909) – bratanka, Don Jaime de Borbón y Borbón-Parma, czyli króla z prawa Jakuba III Hiszpańskiego i Jakuba I Francuskiego. Nie znaczy to jednak, iżby pędził żywot bezczynny. Jako wierny nauce moralnej Kościoła katolik, zaangażował się przede wszystkim w tworzenie ligi – najpierw na obszarze Niemiec, z księciem Löwenstein-Wertheim-Rosenberg jako przewodniczącym, a następnie rozprzestrzenionej na Francję, Austrię, Włochy, Węgry, Belgię i Hiszpanię – zwalczającej plagę pojedynkowania się. Napisał po francusku książkę na ten temat (przetłumaczoną na niemiecki) oraz opublikował szereg artykułów w prasie angielskiej i amerykańskiej.

 

Ciężkie brzemię podtrzymywania sztandaru Świętej Tradycji katolickiej i hiszpańskiej spadło na 82-letniego już księcia San Jaime 2 grudnia 1931 roku, kiedy to bezpotomnie zmarł jego bratanek. Dziedzicząc po nim, wraz z prawami do wszystkich koron, tytuł księcia Andegaweńskiego, Don Alfonso Carlos przybrał – jako król Hiszpanii – imię Alfonsa Karola I, a jako król Francji i Nawarry – Karola XII. Chociaż w żadnym z tych królestw nie było dotąd zwyczaju, aby panujący nosił podwójne imię, Don Alfonso uczynił tak dlatego, aby nie powodować konfuzji ze swoim kuzynem, panującym jeszcze rok wcześniej, lecz już obalonym, „konstytucyjnym” królem Hiszpanii z linii uzurpatorskiej Alfonsem XIII (z którym zresztą dokonał rekoncyliacji osobistej i rodzinnej) i aby nie być mylonym z jego poprzednikiem Alfonsem XII, którym w istocie powinien być, według prawa salickiego, on sam. Imię Karola przybrał natomiast dlatego, aby podkreślić ciągłość z wszystkimi władcami Francji noszącymi to imię (podczas gdy nie było tam dotąd żadnego Alfonsa), oraz przez cześć dla swojego wielkiego brata.

 

Pomimo już tak podeszłego wieku, Alfons Karol I z niezwykłą energią tchnął nowego ducha we Wspólnotę Tradycjonalistyczną (Comunión Tradicionalista), do tego stopnia, że okres jego „panowania” nazywany jest przez historyków „srebrnym wiekiem karlizmu”. Przede wszystkim zakończył trwający od pół wieku rozłam w obozie tradycjonalistycznym na dwa (a od 1919 roku nawet na trzy, z powodu tzw. cisma mellista, atoli założona przez skłóconego z Jakubem III Juana Vazqueza de Mellę, z powodu innej orientacji geopolitycznej w I wojnie światowej, Partia Tradycjonalistyczna powróciła do Wspólnoty już po śmierci założyciela w 1928 roku) odłamy: legitymistycznych karlistów i tzw. integrystów (Partia Katolicko-Narodowa). Nowym szefem-delegatem królewskim Wspólnoty mianował dotychczasowego przywódcę integrystów w Andaluzji, Manuela Fal Conde, co było posunięciem znakomitym, albowiem ten prawnik i polityk oraz ojciec siedmiorga dzieci łączył wybitny talent organizacyjny z żarliwą religijnością w kontrreformacyjnym, „trydenckim” duchu. Dzięki połączonym wysiłkom tego tandemu: króla i jego delegata, karliści u progu wojny domowej zostali ponownie przepojeni do głębi etosem współczesnych krzyżowców, co pozwoliło im przekształcić niejasne na początku pod względem ideowym powstanie wojskowe z 18 lipca 1936 roku w prawdziwą Krucjatę przeciwko bolszewizmowi i masonerii oraz dla zaprowadzenia Społecznego Królestwa Chrystusa, zaś wyszkolone przez gen. José Enrique’a Varelę oddziały (tercios) karlistowskich requetés uratowały na samym początku powstanie przed klęską, wiążąc siły wroga na północy i opanowując Nawarrę.

 

Tragiczny, choć przypadkowy zgon, w drugim miesiącu powstania, króla karlistowskiego, który natychmiast po wybuchu zrywu wydał swoim wiernym poddanym rozkaz podporządkowania się dowództwu sił zbrojnych bez stawiania jakichkolwiek warunków – także odnośnie do obsady tronu, był ogromnym ciosem dla sprawy Santa Tradición, zwłaszcza, że niespodziewanym, bo mimo sędziwego wieku Alfons Karol I był silny i zdrowy jak tur. Był to niestety również zgon bezpotomny i, co gorsza, ostatniego przedstawiciela dynastii karlistowskiej w linii prostej. Świadom trudności (acz nie beznadziejności) kwestii dynastycznej, Alfons Karol I już zawczasu przygotował wyjście z tej sytuacji, ustanawiając dekretem z 26 stycznia 1936 roku Regencję, ze swoim najbliższym męskim krewnym i siostrzeńcem (rodzonym bratem cesarzowej Austrii Zyty) – księciem Ksawerym Parmeńskim (Don Javier de Borbón-Parma y Bragança) jako Regentem Wspólnoty. Z powodu sytuacji politycznej nie dane mu było spocząć nie tylko w Eskurialu, ale również w nekropolii królów karlistowskich w (należącym już do Włoch) Trieście; został zatem pochowany w kaplicy zamkowej w Puchheim, gdzie pięć lat później spoczęła obok niego także zmarła 14 lutego 1941 roku małżonka.

 

Lecz stary król – wygnaniec pozostawił karlistom i wszystkim Hiszpanom jeszcze coś niemniej ważnego od (godnego pod każdym względem) następcy. Pozostawił im nieśmiertelny testament ideowy pod tytułem Fundamenty Prawowitości (Legitimidad) Hiszpańskiej – jako integralną część Dekretu o ustanowieniu Regencji – będący także zwięzłą kwintesencją katolicko-hiszpańskiego tradycjonalizmu. Składa się on z pięciu zasad:

 

1º Religia katolicka, apostolska, rzymska, ze wszystkimi konsekwencjami prawnymi, której tradycyjnie służono i którą kochano w naszych królestwach.

2º Konstytucja naturalna i organiczna stanów (estados) i ciał (cuerpos) społeczeństwa tradycyjnego.

3º Historyczna federacja odrębnych regionów, ich przywilejów i wolności (fueros y liberdades), zintegrowanych w świętej (sagrada) jedności ojczyzny hiszpańskiej.

4º Autentyczna monarchia tradycyjna, prawowita (legítima) z pochodzenia (origen) i wykonywania (ejercicio).

5º Zasady i duch, i o tyle, o ile jest to praktycznie możliwe, ten sam stan prawa i legislacji, który istniał zanim nastało zło nazwane nowym prawem.

 

W świetle tych niedyskutowalnych zasad jest przeto oczywiste, że nie może być prawowitym królem Hiszpanii – el Rey católico! – ten, kto nie dochowuje im wierności, nawet jeśli jego formalny tytuł dynastyczny do tronu byłby nienaganny. Bezsprzecznie, nie jest nim dziś zatem książę liberalny Jan Karol (Don Juan Carlos) Burboński – niewolnik demokracji, partiokracji i plutokracji, który kontrasygnował ateistyczną konstytucję, dzieciobójstwo nienarodzonych i „małżeństwa” sodomitów.

 

 

Jacek Bartyzel

Czytaj więcej: http://www.pch24.pl/don-alfonso-carlos-de-borbon—rycerz-chrzescijanski–krol-katolicki,6246,i.html#ixzz27saAglwH

Poeta Młodej Polski . Jan Kasprowicz urodził się w dniu 12 grudnia 1860 roku, w Szymborzu. Zmarł on natomiast w dniu 1 sierpnia 1926 roku w Poroninie, zasłynąwszy wcześniej jako wielki poeta, dramaturg, krytyk i tłumacz, czołowy przedstawiciel Młodej Polski.  Jan Kasprowicz urodził się w rodzinie chłopa analfabety.

Toteż, jego ogromną ambicją było pobieranie nauk i kierowanie się na człowieka o nieskrywanej edukacji humanistycznej. Od 1870 roku, uczył się on w pruskich gimnazjach w Inowrocławiu, Poznaniu, Opolu, Raciborzu zaś w roku 1884, otrzymał maturę w Gimnazjum św. Marii Magdaleny w Poznaniu. Studiował filozofię i literaturoznawstwo na niemieckich uniwersytetach w Lipsku oraz we Wrocławiu. Podczas studiów uprawiał publicystykę i poezję, współpracując z różnymi polskimi czasopismami. Tu powstał jego wiersz pod tytułem „O niezgłębione, nieobjęte moce”!

Skrzydłami trzepocę
jak ptak ten nocny,
któremu okiem kazano skrwawionym
patrzeć w blask słońca…
Święty Boże! Święty Mocny!
Święty a Nieśmiertelny!…

A moje skrzydła plami
krew, która cieknie bez końca
z mojego serca…
A oko moje zachodzi mgłą,
która jest skonem
i mego serca, i duszy mej!

Niech będzie skonem i Twoim!
Święty Boże! Święty Mocny,
Święty a Nieśmiertelny,
zmiłuj się nad nami!

I niechaj łzy,
które o jasnym poranku
wiszą na kłosach wypoczętych zbóż
lub szkliwą pianą okrywają kępy
w sen otulonych traw,
zmienią się w głośne skargi
i bez ustanku
płyną do Twoich zórz…

Niechaj rozszarpią na strzępy,
na krwawe szmaty
łuny świtowe, powstałe nad ziemią,
gdzie ból i rozpacz drzemią,
ogromne, przez Szatana zapłodnione światy,
a może przez Ciebie,
o Święty, Nieśmiertelny, Święty Mocny Boże!

Dlaczego moje-li wargi
mają wyrzucać krwawą pieśń?!
Płacz ze mną!
Dlaczego sam mam iść w tę przestrzeń ciemną,
choć żar południa pali przestworze?…
Dlaczego sam mam wlec się na rozdroże,
ku tym pochyłym krzyżom,
którym na czarne ramiona
kracząca siada wrona
i dziobem zmarłe rozsypuje próchno?

Za działalność patriotyczną w kółkach socjalistycznych, Kasprowicz był dwukrotnie aresztowany przez pruską policję i osadzony na pół roku w więzieniu. Po opuszczeniu murów więziennych,  Jan Kasprowicz nie zaniechał szerzyć swoich patriotycznych zamiłowań, prowadzonych dla ratowania uciemiężonej zaborami ojczyzny. W 1886 roku, ożenił się ze starszą od siebie Teodozją Szymańską, jednak po kilku miesiącach małżeństwo rozpadło się. W wieku 28 lat, przeniósł się poeta do Lwowa, gdzie spędził kolejne 35 lat swojego życia. Zajmował się on dziennikarstwem oraz publicystyką społeczną, propagując idee narodowo-wyzwoleńcze, pracując przez dwa lata w redakcji dziennika Kurier Polski, a także w redakcji dziennika Słowo Polskie. Równocześnie, niezwykle wydajnie i z ogromną pasją pracował zarówno naukowo, jak i literacko, tworząc swą wielką poezję. Przykładem jego twórczości jest Sonet 1, opiewający uroki polskich gór.

Sonet 1

W Ciemnosmreczyńskich skał zwaliska,
Gdzie pawiookie drzemią stawy,
Krzak dzikiej róży pąs swój krwawy
Na plamy szarych złomów ciska.

U stóp mu bujne rosną trawy,
Bokiem się piętrzy turnia śliska,
Kosodrzewiny wężowiska
Poobszywały głaźne ławy…

Samotny, senny, zadumany,
Skronie do zimnej tuli ściany,
Jakby się lękał tchnienia burzy.

Cisza… O liście wiatr nie trąca,
A tylko limba próchniejąca
Spoczywa obok krzaku róży

W 1904 roku, Kasprowicz doktoryzował się na Uniwersytecie Lwowskim na podstawie rozprawy naukowej zatytułowanej Liryka, Teofila Lenartowicza. W 1909 roku, na Uniwersytecie Lwowskim objął on także katedrę literatury porównawczej, utworzonej specjalnie dla niego. Mimo pracy naukowej, Kasprowicz nadal pisał wiersze, wychwalające rodzimą ziemię, którą do głębi się delektował.

 Sonet 4

O rozżalenia! o wzdychania!
O tajemnicze, dziwne lęki!…
Ziół zapachniały świeże pęki;
Od niw liptowskich, od Krywania.

W dali echowe słychać grania:
Jakby nie z tego świata dźwięki
Płyną po rosie, co hal miękki
Aksamit w wilgną biel osłania.

W seledyn stroją się niebiosy;
Wilgotna biel wieczornej rosy
Błyszczy na kwieciu dzikiej róży.

A cichy powiew krople strąca
Na limbę, co tam próchniejąca,
Leży, zwalona wiewem burzy…

Jako samouk, Kasprowicz opanował w stopniu doskonałym klasyczną łacinę i grekę oraz język francuski i angielski. Jego dziełem są również liczne przekłady i krytyczne wydania wielkich dzieł literatury greckiej, niemieckiej, francuskiej oraz włoskiej i holenderskiej.
Był prawdziwym tytanem pracy. Natura obdarzyła go wyjątkowym zdrowiem i silną postawą. Stanisław Lem pisał o nim: Miał w całej swej postaci oryginalność literackiego cygana, ruchliwość dziennikarza, którym na długi okres zrobiła go konieczność zarobkowania, humor dobrego kompana i miał wówczas już – powagę profesorską. Bywał on z licznym gronem swoich przyjaciół, częstym gościem knajp i winiarni Lwowa, szczególnie zaś upodobał sobie sławny skład win i winiarnię Stadtmuellera w Rynku pod numerem 34. W 1899 roku, Jan Kasprowicz przeżył dramatyczne odejście swej drugiej żony Jadwigi z Gąsowskich, z przygarniętym do mieszkania Stanisławem Przybyszewskim. Jadwiga pozostawiła Kasprowiczowi dwie córki: Annę i Janinę. W 1911 roku, Kasprowicz ożenił się ponownie ze znacznie młodszą od siebie, poznaną we Włoszech, podczas jednej z podróży artystycznych, córką carskiego generała, Marią Bunin. Ona podobno, była niejednokrotnie jego inspiracją poetycko – literacką. W latach 1921-1922, był on rektorem Uniwersytetu Jana Kazimierza. W ostatnim dwudziestoleciu swego życia, coraz silniej wiązał się on z Tatrami i na każdym kroku wychwalał ich piękno. Urok polskich Tatr, wiązał się w jego odczuciach z prawdziwą wolnością człowieka.

Kasprowicz, obraz Franciszka Krakowskiego

Rozmiłowała się ma dusza
W cichym szeleście drzew,
Gdy koronami ich porusza
Druh mój, przecichy wiew.

Rozmiłowała się ma dusza
W głośnych odmętach fal,
Gdy druh mój, burza, je porusza,
W nieznaną płynąc dal.

Rozmiłowała się ma dusza
W twórczych promieniach zórz,
Gdy druh mój, słońce, w świat wyrusza,
Życia płomienny stróż.

Rozmiłowała się ma dusza
W przepastnej nocy mgłach,
Gdy druh mój, śmierć, na połów rusza,
A przed nią lęk i strach

W 1923 roku, osiedlił się ostatecznie w willi Harenda między Poroninem, a Zakopanem, gdzie zmarł w dniu 1 sierpnia 1926.
 
EWA MICHAŁOWSKA WALKIEWICZ

Obserwując życie boksera Krzysztofa „Diablo” Włodarczyka widać, że nie jest to życie poukładane – pokazują to wydarzenia takie jak przedawkowanie leków antydepresyjnych i zapadnięcie w śpiączkę (co zostało uznane za próbę samobójczą), nierówna forma na ringu (walki z trenującym na pół gwizdka Palaciosem – pierwsza prawie przegrana i druga w której przewagę uzyskał dopiero gdy mający braki kondycyjne rywal opadł z sił), …

wypowiedź samego Włodarczyka po walce z Palaciosem, że jest „kawał drania”. Inni polscy zawodowi bokserzy z nielicznymi wyjątkami nie prezentują takich zachowań (przynajmniej nie są znane publicznie), dlatego zacząłem się zastanawiać czy nie ma to związku z pseudonimem Włodarczyka. „Diablo” po hiszpańsku oznacza diabła, a w języku angielskim „diabolical” to „diabelski, diaboliczny” – bokser niewątpliwie świadomie przyjął taki przydomek (co nie znaczy, że go wymyślił – mógł mu zostać zaproponowany przez promotorów). Niewątpliwie zdaje sobie sprawę, że miliony Polaków i
wielu ludzi spoza Polski negatywnie odbiera określanie się takim mianem – chrześcijanie wiedzą, że lepiej nie postępować w taki sposób. Wielu wierzących uważa też, że to może się źle skończyć. O negatywnym nastawieniu do tego wielu Polaków świadczy protest konsumencki, wywołany wprowadzeniem na rynek napoju „Demon”, produkowanego przez koncern Agros Nova.

Dlatego myślę, czy to ten nieszczęsny przydomek nie jest źródłem a przynajmniej jednym ze źródeł problemów Włodarczyka. I nie chodzi mi tylko o moce niebieskie czy piekielne – o ich działaniu nie wiemy i wielu z Państwa może nie wierzyć, że mają one jakikolwiek wpływ czy nawet że działają. Chodzi o to jak sam Włodarczyk odbiera swój pseudonim – po pierwsze świadomie lub podświadomie może czuć, że ten przydomek nie jest dobry, że to coś złego i to może powodować u niego niepokój. Po drugie
nawet jeśli sam nie ma wrażenia działania wbrew swemu sumieniu, to bez wątpienia wie, że miliony jego rodaków nie akceptują jego pseudonimu – i to z pewnością wywołuje u niego napięcie, zwłaszcza że jak mówi walczy dla swoich rodaków czyli zależy mu na ich sympatii.

Z tego wynika moja prośba aby ci z Państwa, którzy mają kontakt z Krzysztofem Włodarczykiem przedstawili mu powyższą argumentację (choćby w skróconej formie) i zapytali boksera, czy nie uznałby za wskazaną zmianę przydomka. Oczywiście sprzeciwiać temu mogliby się promotorzy Włodarczyka, ale ma on już tak wyrobione nazwisko że ich sprzeciw nie byłby przeszkodą w jego karierze.

http://gwizdek24.se.pl/boks/diablo-wlodarczyk-w-spiaczce-chcial-popelnic-samobojstwo-diablo-przedawkowal-leki_197097.html

Igranie z satanizmem,  jest jednym z najcięższych grzechów przeciwko Bogu i człowiekowi oraz otwarciem się na opętanie demoniczne, co wykazuje praktyka egzorcystów – przestrzega ks. prof. Aleksander Posacki w rozmowie z „Naszym Dziennikiem”. Zdaniem rozmówcy ND protest konsumencki, wywołany wprowadzeniem na rynek napoju „Demon”, produkowanego przez koncern Agros Nova  świadczy  o powszechnym sprzeciwie wobec profanacji i bluźnierstwu. Ludzie, którzy nawet nie znają dobrze teologii, wyczuwają
to intuicyjnie. Chrześcijanie powinni się bronić, a nie pasywnością ośmielać bluźnierców i manipulatorów do bezkarnych działań czy to z powodu głupoty, czy nieprawości- podkreśla ks. Posacki. Niebezpieczne jest używanie imion szatana, które występują w Biblii: szatan, demon, diabeł, Lewiatan czy Behemot. Nie powinno się tymi imionami szatana nazywać dzieł kultury czy instytucji usługowych. Nie chodzi tu o strach, ale właśnie o rozsądek: uznanie realizmu imion i symboli, trzeźwość umysłu,
zamiast igrania z osobowym Złem, niedotykanie tego, który jest przeciwnikiem Boga, co ocierałoby się o bałwochwalstwo czy profanację- wyjaśnia ks. Posacki.
http://wpolityce.pl/wydarzenia/35058-igranie-symbolika-satanistyczna-otwiera-na-swiat-ciemnosci-o-protescie-konsumenckim-ws-napoju-z-pentagramem

Serdecznie Pozdrawiam

Filip Stankiewic

Szanowni Państwo! . O sporcie nie mam bladego pojęcia, dlatego uważam się za osobę kompetentną do zabrania głosu. Bez obaw, spoko nie zamierzam ubiegać się o fotel prezesa PZPN-u. Zostawiam to ambitniejszym.

Już bardziej widziałabym się na stanowisku Ministra Zdrowia, bo na medycynie zna się przecież każdy, albo Ministra Sprawiedliwości, bo nieznajomością prawa nikt się tłumaczyć nie może…

     Ale wracając do sportu, zauważyliście Państwo, że chociaż na olimpiadach nie mamy czego szukać, za to na para-olimpiadzie odnieśliśmy niebywały sukces? Okazało się, że mamy najsprawniejszych niepełnosprawnych. Czyż nie jest to powód do dumy? Znowu Państwo, a zwłaszcza Resort Zdrowia, zdały egzamin. Niedostępność leków i lekarzy pięknie nam zaowocowała.

     Przez okno widzę Stadion Narodowy, wspaniale nocą oświetlony i nie rozumiem dlaczego włodarze innych miejscowości nie biorą przykłady z Warszawy? Podobno oszczędzają na oświetleniu żeby mieć na oświatę? A właściwie, po co komu jeszcze jakaś tam oświata?

     Do następnej soboty. Pozdrawiam

Małgorzata Todd

www.mtodd.pl

 

P. s. 1) W załączeniu kolejna odsłona Teatrzyku Zielony Śledź.      

P. s. 2) Żarcik z internetu. (Mam nadzieję, że ABW takich nie czytuje)

 

Donald zebrał swych popleczników i mówi:
– Kryzys mamy więc musimy podwyżki zrobić.
– Ale gdzie?
– No, to jest problem, zróbmy tak – ja będę podawać litery alfabetu, a wy podacie po jednym słowie na tę literę, i tam podwyższymy. To lecimy: A!
– Alkohol! – zawołał Rostowski
– B!
– Benzyna! – Arłukowicz
– C!
– Cukier! – Sikorski
– D!
– Drewno! – powiedział Pawlak
– E!
– Elektryczność! – Schetyna
– F!
– Fszystko! – rzekł Komorowski

Teatrzyk Zielony Śledź

ma zaszczyt przedstawić sztukę p. t.
Dojenie krowy                                 

Występują: Szef, Podwładna. Oboje siedzą w gabinecie Szefa.
Szef – Trzeba pomóc rodzinie C. Wiesz o kim mówię?
Podwładna – Tak, ci co budują ten duży dom.
Szef – Dokładnie. Zabrakło im na wykończenie.
Podwładna – Ale ja zajmuję się przecież opieką społeczną.
Szef – Właśnie. Trzeba stworzyć rodzinę zastępczą. Dostana po 1000 za dziecko i w ten sposób staną na nogi.
Podwładna – Z tego co się orientuję, to on opowiada, że nie cierpi bachorów.
Szef – Czego to człowiek po pijaku nie wygaduje.
Podwładna – A ona leczyła się psychiatrycznie.
Szef – No właśnie, sama widzisz, że takim ludziom trzeba pomóc.
Podwładna – Ale skąd wziąć dzieci?
Szef – No, to jest akurat dziecinnie proste. Mało to mamy ubogich rodzin, których nie stać na utrzymanie własnych dzieci? Trzeba im ulżyć. Mamy mądre prawo warto        z niego mądrze korzystać.
KURTYNA

Fundacja Pro-Prawo do życia od dłuższego czasu próbuje dowiedzieć się, w jaki sposób zabijane są dzieci nienarodzone, czy zdarzyło się, że przeżyły aborcję, a jeśli tak, czy szpital ma wdrożone procedury ich ratowania. Fundacja wie, że warto o to pytać, bo takie rzeczy mają miejsce w wielu krajach, i to częściej niż się wielu wydaje.W 1977 r. w szóstym miesiącu po trwającej pięć dni aborcji urodziła się w USA całkowicie zdrowa Melissa Ohden.

Dziś jeździ po świecie, aby „być głosem tych, którzy głosu nie mają”. W podobnych okolicznościach w Korei Południowej przyszedł na świat ze zniekształconą lewą ręką Josiah Presley, adoptowany potem przez amerykańską rodzinę z dwanaściorgiem dzieci.

Najbardziej znana jest za to Giana Jessen, kobieta, która urodziła się z porażeniem mózgowym. Ich przykłady pokazują, jak bardzo można chcieć żyć, nawet ze stygmatyzującą naklejką „niechciane dziecko”. I walczyć o własne życie w najbardziej beznadziejnych warunkach, przy szansach na przeżycie bliskich zeru. Według strony www.theabortionsurvivors.com, w USA żyje 44 tysiące osób, które przeżyły aborcję dokonaną za pomocą różnych zabójczych metod. To są żywe, chodzące przykłady ocalonych z aborcji. Te, przeznaczone do worka na odpady medyczne, których po urodzeniu ostatecznie nikt nie ocalił, dużo łatwiej wymazać z rzeczywistości. Liczba tych, których ostatecznie dobito, musi być większa.

Kwestię żywych urodzeń po aborcji nagłaśniała w USA Jill Stanek, wtedy pielęgniarka, która była ich świadkiem w Christ Hospital (SIC!) w Oak Lawn, w stanie Illinois. Kiedy władze szpitala odpowiedziały, że nie zaprzestaną pozostawiania noworodków na śmierć, Stanek upubliczniła znane przez siebie fakty, po czym straciła w końcu pracę. Wielokrotnie składała zeznania w amerykańskim Kongresie. W 2002 r. prezydent Bush zaprosił ją na ceremonię podpisania ustawy Born Alive Infants Protection Act, chroniącej dzieci urodzone po aborcji przed dzieciobójstwem.

W innych krajach położne również borykają się z podobnym „problemem”. W tekście z 2012 r. „Porzucanie noworodków na śmierć (w norweskim raju)” Barbara Liwo relacjonuje artykuły na ten temat w norweskiej prasie: z „Aftenposten” i „VG” (Verdens Gang). Jak wyjaśnia, „Afteposten” uchodzi za najpoważniejszy dziennik w Norwegii (skrzyżowanie „Gazety Wyborczej” i „Rzeczpospolitej”), a VG jest odpowiednikiem „SuperExpressu” czy „Faktu”.

Dzieci te odkładało się gdzieś na bok, jak rzeczy, żeby umarłyZ jej opracowania wynika, że na oddziale położniczym szpitala Rikshospitalet w Oslo specjalizującym się w przyjmowaniu wcześniaków (z doskonałą do tego kadrą) i dokonywaniu tzw. późnych aborcji również nierzadko dochodziło do żywych urodzeń po aborcjach w formie wymuszonego porodu. Dzieci te odkładało się gdzieś na bok, jak rzeczy, żeby umarły. Jedna z norweskich położnych, Bodil Thorsnes, która nie mogła się z tym pogodzić zastanawiała się (sic!), czy dzieci te czuły ból. Na szczęście, nie była w swych dylematach odosobniona. 57 pracowników szpitala podpisało się pod listem, w którym prosili o wyjaśnienie, czy pozostawienie 6-miesięcznego dziecka na śmierć było zgodne z prawem.

Pisali, bo nie chcieli już nigdy w czymś takim uczestniczyć. List trafił w końcu do Departamentu Zdrowia, gdzie przez rok (SIC!) czekał na odpowiedź. W maju 2012 r. biurokraci uznali, że aborcja po 22. tygodniu jest sprzeczna z prawem. Położne były dość zadowolone, że osiągnęły cel. Widać, aborcja w 21. czy 20. tygodniu jest już dla nich do zaakceptowania. Tylko właściwie dlaczego?

W Szwecji niektóre położne również nie mogą do końca w spokoju wykonywać swojej pracy. Tak przynajmniej wynika z tekstu “Pro-life po szwedzku” Weroniki Pomiernej w “Gościu Niedzielnym” (2012 r.). W nim to bohaterka artykułu, Gunilla Gomér, szwedzka polityk, która studiowała pielęgniarstwo aby zostać położną, opowiada swoje doświadczenie z tzw. późną aborcją w jednym ze szpitali w Göteborgu, przy której musiała asystować w ramach przyuczania do zawodu.

Gomér opisuje, że przy tego typu aborcji kobiecie najpierw podawany jest środek mający zabić dziecko, po czym następuje poród martwego człowieka. Ku jej zaskoczeniu, dziecko urodziło się żywe i próbowało zaczerpnąć powietrza. Poinstruowano ją, aby je zabrała tak, aby matka tego nie zauważyła, a następnie włożyła je do specjalnie przygotowanej misy i przykryła ją pokrywką. Wieczko miała trzymać tak długo, aby po odcięciu dostępu powietrza dziecko po prostu się zadusiło.

Potem zostało włożone do plastikowego worka z napisem „odpady do spalenia”. Gomér podkreśla, że „nikt się nie sprzeciwił, nikt nie zareagował. Wszyscy wypełniali swoje obowiązki, postępowali wobec ustalonej procedury”. Wynika z tego, że na taką ewentualność byli przygotowani. Żywe urodzenia dzieci po aborcji musiały mieć wcześniej miejsce. Zapewne tak jak i te dzieciobójstwa. Niestety Polska nie jest pod tym względem wyjątkiem.

W tekście „Nieludzkie czasy” czytamy:

    Przedwcześnie urodzone dzieci, ze zbyt niską masą urodzeniową, były w Polsce w latach 60. topione w wiadrach z wodą albo wynoszone na 30-stopniowy mróz, by zamarzły. W statystykach szpitalnych wpisywano zaś, że urodziły się martwe – pamięta prof. Roman Czekanowski. Ilu lekarzy ginekologów i położników ma takie wspomnienia? I czy była to praktyka tylko najgorliwszych, najambitniejszych kierowników oddziałów szpitalnych, zabiegających o względy i osobistą karierę u ówczesnych włodarzy PRL-u, czy rutynowe działanie? Nigdy wcześniej nie słyszałam o tym dzieciobójstwie, więc chcę wierzyć, że jednak były to sytuacje nieczęste

    pisze redaktor naczelna Aleksandra Gielewska w „Służbie Zdrowia” (2010 r.). A na koniec pyta:

    Bo czy my również, ludzie współcześni, uznający za priorytet sprostanie oczekiwaniom władz administracyjnych, odgórnie narzucanym wskaźnikom, wytycznym, normom, ograniczeniom, rygorom budżetowym – zawsze postępujemy etycznie? I czy nie zostaniemy z upływem lat uznani przez następców za nieokrzesane prymitywy, bezmyślnie podporządkowujące się chwilowym regułom?

Niestety, to pytanie odbija się jak groch o ścianę milczenia. A niestety wygląda na to, ze praktyki z lat 60. nadal mogą mieć miejsce.

W „Życiu Warszawy” (2006 r.) pojawił się tekst „Noworodki bez ratunku” na podstawie relacji położnej, która w 1997 r. była świadkiem pozostawiania na śmierć dzieci z terminacji ciąży oraz zmieniania dokumentacji medycznej w sprawie noworodków, które przeżyły sztucznie wywołany poród w stołecznym szpitalu. Dzieci 22-25-tygodniowe, „wyrwane siłą z macicy” miały być odkładane na zimną miskę (nerkę na odpadki), zawinięte w serwetę i odstawiane na szafkę, aby tam zmarły.

Według Fundacji Nazaret, z relacji ludzi wynikało, że przypadki pozostawienia noworodków na śmierć miały miejsce w całej Polsce. Prokuratura Okręgowa w Warszawie miała zająć się śledztwem. Jej rzecznik jednak dość szybko „zapewnił, że nie mowy o zabójstwie”, ale raczej o „urzędniczym zaniechaniu”, a potem o znieważeniu zwłok. Wygląda na to, że sprawa nie mogła mieć żadnego pozytywnego ciągu. Została umorzona.

Prawda okazała się zbyt straszna, aby jej spojrzeć w oczy? Jeśli jest zbyt okrutna, żeby o niej mówić, jak w ogóle można coś takiego legalnie bądź nielegalnie wykonywać? Obecna ustawa aborcyjna zezwala na aborcję eugeniczną do momentu osiągnięcia dojrzałości wystarczającej do życia poza organizmem matki. Za ten „moment” przyjmuje się 23-24 tydzień ciąży (choć wiele zależy od wagi, nie tyle wieku dziecka). W przypadku ratowania życia i zdrowia matki nie ma żadnej ustawowej granicy czasowej (różni lekarze coraz częściej przyznają, że praktycznie aborcja nie jest konieczna, aby ratować życie kobiecie).

Z powyższych przykładów wynika, że tam, gdzie jest aborcja eugeniczna, zdarza się szpitalne pourodzeniowe dzieciobójstwo. Pozostaje pytanie, od którego nie da się uciec. Co z tym zrobimy? Możemy wnioskować o szybką aktywną procedurę eutanazyjną dla tych dzieci (znajdą się zwolennicy!). Możemy pracować nad ustawą, która każe aborterowi ratować takie dziecko (powodzenia w jej egzekwowaniu!). Albo możemy w końcu przyznać, że aborcja jest aktem skrajnej przemocy i jej w ogóle zakazać, organizując przy tym coraz lepszą pomoc kobietom.

Nikt nie ma moralnego prawa, aby zabijać najmniejszych i najbardziej bezbronnych. Czy to naprawdę tak trudno zrozumieć?

Natalia Dueholm

– – –
www.pch24.pl

-co się tłumaczy, że „lękam się Danajów, nawet gdy przynoszą dary.” Miał te słowa wypowiedzieć Laokoon pod murami Troi. I tak zostało.

Darmocha jest niebezpieczna.. Rozdawanie darmowych pieniędzy jest bardzo niebezpieczne. Co widać po miliardach euro rozdawanych w systemie europejskiego socjalizmu biurokratycznego. System rozdawnictwa ukradzionych podatnikom  pieniędzy prowadzi całe narody na manowce.. Bo z rozdawanych pieniędzy nie ma dobrobytu. Dobrobyt powstaje z pracy.. Z rozdawnictwa powstają długi.. Bogaci się tylko nowa klasa- biurokracja.

 

W socjalizmie wszystko jest odwrotnie: ślimak jest  rybą, marchewka jest owocem a dwóch facetów- małżeństwem. I wszystko jest równe i jednakowe. I demokracja jest najlepszym ustrojem wraz z prawami człowieka. Nie ma brzydkich kobiet-  są same ładne, nie ma dobra i zła- wszyscy są dobrzy, bo ludzie rodzą się wszyscy dobrzy, ale deprawuje ich  środowisko. „Wszystkie dzieci nasze są”, a zwierzęta- to to samo co ludzie. A ostatnio dowiedziałem  się, że muzyka jest hałasem..(???) Tak twierdzą strażnicy miejscy w Poznaniu, karząc mandatem ulicznego grajka.. Jego muzykę nazwali hałasem.. Ten hałas zakłóca spokój przechodzącym ludziom, a szczególnie kelnerowi z sąsiedniej restauracji..200 złotych- to akurat w sam raz. Grajek ma 500 złotych  socjalnego wynikłego  z rozdawnictwa. I próbuje sobie dorobić na lekarstwa- bo mu nie starcza. Powiedział, że tych 200 złotych nie zapłaci- woli iść do więzienia, niech się nim opiekują, a on im zagra na gitarze.. W więzieniu powinno być przyjemnie i wesoło. A nie tak jak do tej pory- smutno. I tak wkrótce- jak postęp w dziedzinie odchodzenia od kar będzie postępował, to więzienia nie będą potrzebne. Skoro ludzie wszyscy są dobrzy, i do tego” braćmi”- to po co więzienia? W końcu brata nie powinno się trzymać w więzieniu, ewentualnie w bransoletce elektronicznej, żeby mógł kraść i napadać na innego brata.. A inni bracia niech go monitorują podczas kradzieży i napadów.

 

Więzienia- tak jak w Piotrkowie Trybunalskim- powinny być poprzerabiane na supermarkety- na przykład” Biedronki”. I w żadnym wypadku nie powinny być w centrach miast- tak jak dawniej. Więzienia to jakiś absurdalny pomysł naszych przodków, żeby człowieka pozbawiać wolności, tylko dlatego, że napadał, rabował czy zabijał. Kary śmierci nie ma już od 1988 roku- i do tej pory nie ustalono sprawców zawieszenia prawomocnych wyroków śmierci- w demokratycznym państwie prawnym, To znaczy przepraszam: PRL nie był demokratycznym państwem prawnym, Teraz to dopiero mamy demokratyczne państwo prawne.. Bo ani tego nie zrobił Sejm, ani rząd, ani Trybunał Konstytucyjny istniejący od 1982 roku, w czasach mrocznych stanu wojennego. Ani Rzecznik Praw Obywatelskich powołany w roku 1986- a więc za czasów głębokiej „komuny. Popatrzcie Państwo jak to wszystko było doskonale przygotowane..”.. A potem już tylko przepiękny i widowiskowy  teatr pana generała Kiszczaka- Teatr Okrągłego Stołu- i jesteśmy w starej- nowej rzeczywistości ustrojowej.. Kiedy dokładnie ta” transformacja” była ustalona i przez kogo??? Tak samo zasadnym jest pytanie: dlaczego pani Ewa Kopacz, ówczesna minister zdrowia kłamała,  co robili w Moskwie, że byli przy tym jak zamykali, że przekopywali  metr w dół ziemi, że  pracownicy ambasady przy tym byli??? Dlaczego kłamała i kto ją o to prosił? I w jakim celu?

 

Dlaczego przekopali tylko 1 metr ziemi w głąb.. Chyba w Federacji Rosyjskiej jest takie prawo jak u nas w stosunku do własności ziemi.” Obywatel” jest właścicielem ziemi tylko do metra w głąb- dalej jest właścicielem demokratyczne państwo prawa, raczej lewa. Jak ktoś wybudował sobie dom z piwnicą głęboką na 3 metry- to może się spodziewać, że państwo- jak oczywiście będzie chciało- odbierze mu ten dom, bo przecież kupił sobie tylko działkę do metra w głąb. Reszta poniżej jest własnością urzędników państwowych. Nie tak jak w Stanach Zjednoczonych. Tam właściciel działki jest właścicielem ziemi aż do samego jądra Ziemi. Bo socjalizm biurokratyczny to ustrój, który niewiele wymaga od człowieka: wymaga tylko tego, żeby pokochał to czego normalny człowiek nienawidzi i znienawidził to- co zwykły człowiek kocha. I już można spokojnie żyć w ustroju demokracji, praw człowieka i „wolności”. W Polsce- szczególnie- w oparach Okrągłego Stołu..

 

 Grajka ukarali go za hałas, który powoduje  uprawiając muzykę. tak jak kibiców z Jagiellonii sąd- po półtora roku prowadzenia śledztwa przez prokuraturę – skazał na grzywny za wywoływanie hałasu, bo chodzili po ulicy i krzyczeli ”Donald ,matole, twój rząd obalą kibole”.. I krzyczeli jeszcze ”Precz z komuną”. To komuna jeszcze jest? Merdia twierdzą, że komuny już nie ma- mamy demokratyczne państwo prawne urzeczywistniające zasady społecznej sprawiedliwości.. To skąd u kibiców takie skojarzenia? Może widzą w telewizji te same twarze co za” komuny”- tak jakby nic się nie zmieniło. Jakby czas się zatrzymał. Nikt nie poniósł odpowiedzialności za bankructwo tamtego ustroju sprawiedliwości społecznej- tak jak nikt nie poniesie odpowiedzialności za bankructwo III Rzeczpospolitej społecznej i zasiłkowej.. Tyle milionów ludzi którzy żyją z budżetu państwa? Czy jest takie drugie państwo na świecie?

 

Sąd w Białymstoku skazał na grzywny kibiców za krzyk i hałas zakłócający ciszę pracownikom urzędu  wojewódzkiego  i przechodniom w Białymstoku(???) Ciekaweeeeee? A za obrazę premiera? Dlaczego nie za obrazę premiera? Chyba, że chodziło o innego premiera niż Donald. TUsk? W końcu wykrzykiwano:” Donald, matole, twój rząd obalą kibole”. Nie! To jednak chodzi o pana Donada Tuska, choć nie ma słowa „TUsk”- bo mowa jest o rządzie. Który nota bene , tak dobrze rządzi, że wkrótce miliony Polaków będą chodziły głodne. I bose.. No może jeszcze nie teraz… Jeszcze trochę poczekajmy, jeszcze się nie spieszmy..

 

Za poprzedniej komuny, wszystkich rozrzucających ulotki antyrządowe łapano i   niezawisłe- tak jak dziś sądy- skazywały z paragrafu za zaśmiecanie ulic(????) Dobrze, że nie za niszczenie lasów. Wtedy jeszcze „ekologia”  nie była w takim poważaniu jak dziś- w obecnej komunie, opartej o pogaństwo.. Kibiców powinno się skazywać nie za hałas, ale za noszenie szalików , które nie pasują do całości ubrania i do butów. Poza tym prowokują innych, którzy mają szaliki w innych kolorach. Wszyscy kibice powinni nosić szaliki w tych samych barwach i kolorach. Jak demokracja równości- to demokracja równości..

 

„Pruszków” wychodzi z więzienia do domu, to jest dopiero demokratyczne państwo prawne, teraz będą starać się od państwa demokratycznego i prawnego- czyli od nas- o odszkodowanie, a kibice hałasują przed urzędem wojewódzkim i są karani  finansowo- po 500 złotych.. Ale trzeba przyznać, że coś w tym hałasie jest.. Bo na przykład w Krakowie systematycznie strażnicy miejscy przeganiają tamtejszego mima, który bawi turystów na Rynku Krakowskim,. Co prawda nie hałasuje- jak to mim- ale też kręci się i zakłóca ciszę urzędnikom  i strażnikom miejskim. No i nie ma kasy fiskalnej.. Żeby chociaż jeszcze miał tę  cholerną kasę fiskalną, to można byłoby go skontrolować.. A tak? Można go jedynie przegonić za mimowanie.. Chociaż za robienie min – nie bardzo.. Wszystkich z telewizji  na wizji należałoby za robienie min skazywać. Czy w ogóle jest paragraf w Kodeksie Karnym dotyczący robienia min?

Najwyższy czas wprowadzić do Kodeksu Karnego zapis o niewłaściwych minach.. A jaka to jest mina właściwa?

Ano taka- jaką ustali rząd.!. W końcu pan premier ma 51 zespołów doradczych.. Zamiast bąki zbijać za ciężkie pieniądze- powinni w końcu ustalić jaka mina jest właściwa i pożądana przez rząd. I ściśle określić ruchy warg, brwi, marszczącego się czoła.. I nie zapomnieć o uszach.. Bo często najgorzej jest za uszami..

Czy problem strojących min przez ”obywateli” zostanie w końcu rozwiązany? Co prawda rząd nie jest od rozwiązywania problemów- rząd jest problemem. Ale tak tylko twierdził zwariowany prezydent  Reagan- najlepszy prezydent Stanów Zjednoczonych..

A może po prostu trafi się zdesperowany saper, tak jak żołnierz piechoty morskiej w Stanach Zjednoczonych- i zaminuje całe to towarzystwo budujące wariatkowo.

I może nawet wysadzić to wszystko w powietrze..Chyba, że się pomyli. A saper myli się tylko raz..
Waldemar Jan Rajca