Monthly Archives: Grudzień 2012

Szanowni Państwo!. Osobę kierującą się uczuciami łatwiej jest namówić, niż przekonać. I odwrotnie, kogoś, kto kieruje się rozsądkiem łatwiej jest przekonać niż namówić.

Szkopuł w tym, że żeby przekonać trzeba dysponować argumentami. Stąd, zamiast odwoływania się do rozumu, taka nachalność w uzewnętrznianiu uczuć panująca w środkach masowego przekazu.

     Widzowie telewizji trzęsą się ze strachu przed terrorysta Brunonem K. Internauci z tego samego powodu trzęsą się ze śmiechu. Jednych i drugich mogłyby zjednoczyć ciekawe seriale telewizyjne. Ale czy może być coś nudniejszego nad permanentne oglądanie całującej się pary? Niezależnie od tematu serialu, wartkiej, czy powolnej akcji, takich scen jest po kilka w każdym odcinku. Czy może tak właśnie wyraża się polityka miłości?

     Zanim spróbujemy odpowiedzieć na to pytanie, zastanówmy się jak przy pomocy takich narzędzi można zepsuć popularny serial i z sympatycznych, dzielnych bohaterów zrobić idiotów. Otóż w scenie pełnej napięcia, kiedy para może być lada moment schwytana przez komunistycznego oprawcę i każda sekunda jest na wagę złota, jej zbiera się na amory. Całują się tak wytrwale, aż robi się za późno. Oblubieniec ginie z ręki komunistycznego bandyty, a oblubienica ze smętnym uśmiechem składa różę na jego grobie, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy, że gdyby nie jej bezdenna głupota, on by nie zginął i nadal byłoby fajnie.

       Do następnej soboty. Pozdrawiam

 Małgorzata Todd   www.mtodd.pl

 

 

Teatrzyk Zielony Śledź

ma zaszczyt przedstawić sztukę p. t.

Przekaz dnia         

 

Występują: Grasow czyli w skrócie Gras, Redaktor Nad-naczelny, red. Szakal, Nowy Prezes Zjednoczonych Telewizji.

Gras – Warto by wspólnie naradzić się nad jutrzejszym przekazem dnia.

Prezes – Co tu się naradzać. Nie może być jak zwykle? Pociągniemy wątek super terrorysty Brunona K, wywiady z krewnymi i znajomymi Mamusi Małej Madzi, słupki poparcia dla rządu i po sprawie.

Nad-naczelny – Proponuję dorzucić coś w ramach troski o szarego obywatela, jakiś reportaż o staruszku bawiącym się lalkami, lub coś w tym stylu.

Szakal – Jeśli wolno wtrącić. Koncerny farmaceutyczne zaczynają się niecierpliwić. Czas na szczepionki przeciwgrypowe.

Nad-naczelny – Racja. Zdrowie jest najważniejsze. PO… PO… Pora przypomnieć, że tłuszcz szkodzi.

Prezes – Dlaczego akurat tłuszcz, a nie alkohol czy papierosy?

Nad-naczelny – Nic nie… nie… rozumiesz. Monopole mają się dobrze i nie ma co im bruździć. Nie zapominajmy, że mózg wymaga tłuszczu, jeśli mu się go nie dostarczy to ten PO… PO… pośledniejszy naród w środkowej europie będzie bardziej podatny na perswazje mądrzejszych od siebie.

Prezes (lekko urażony) – Okay. Nie muszę się znać na medycynie, ani nawet na telewizji. Ja tu przecież tylko prezesuję.

Szakal – Jeśli wolno wtrącić, to przypomnę, że pożar Rajchstagu „zmusił” Hitlera do zaostrzenia kursu. Bez urazy, ani żadnych analogii, ale moim zdaniem sprawę Brunona K. należałoby zacząć mocniej rozgrywać.

Gras – Właśnie. Co proponujecie?

Prezes – Znowu my? Niech rząd się tym zajmie.

Gras – W takim razie ustalmy jakie mają być te słupki poparcia dla rządu.

Nad-naczelny – Przyjmijmy, że Polacy najbardziej ufają głowie państwa.

Gras – Czemu nie. Zróbmy Wronkowi przyjemność.

 

 

KURTYNA

 

p.s. Nadal czekam na aktorów chcących wystąpić w Teatrzyku.

 W ostatnim czasie napisałem dwa listy do redakcji polskich tygodników „Najwyższy Czas” i „Uważam Rze”. Sprowokowały mnie do sięgnięcia po pióro teksty, które zostały opublikowane na ich łamach. Ciekawy byłem, czy w ogóle któraś z redakcji zareaguje?

Dla czytelnika zawsze jest pewną satysfakcją wyłapanie jakiegoś lapsusa, tym bardziej jeżeli mieszka się daleko od kraju i można powiedzieć: kochani, tutaj daliście ciała, a i tutaj można byłoby podnieść poziom, zajrzeć do encyklopedii, podręcznika historii, czy dopuścić do głosu bezpośredniego uczestnika opisywanych wadarzeń.
   Oczywiście każda redakcja jest – w większym czy mniejszym stopniu – zasypywana listami i wszystko w rękach osoby, która odpowiada za kontakt z czytelnikami. Kosz redakcyjny (nawet jeżeli jest to tylko elektroniczny)  puchnie, czytelnicy piszą, kosz puchnie…
   Od razu powiem, że redakcja „Najwyższego Czasu” nie tylko, że odpowiedziała, ale wykorzystała na stronie elektronicznej to, co podesłałem. Może dlatego, że i sprawa była twiejsza? Otóż w jednym z tekstów Krzysztofa Mazura o potyczkach Józefa Piłsudskiego z klerem ukazało się zdjęcie ks. bp Adama Sapiehy z podpisem, że biskup był członkiem Rady Regencyjnej, która w listopadzie 1918 r. przekazała Piłsudskiemu  władzę. Prawda jest taka, że proniemiecka Rada Regencyjna, zgodnie z wolą Niemiec, rzeczywiście postawiła na późniejszego Marszałka, ale w jej składzie nie było bpa Sapiehy. Radę tworzyli warszawski arcybiskup Kakowski, książę Lubomirski i ziemianin Ostrowski. Ten sam błąd wyłapał prof. Ryszard Bender, którego list ukazał się w papierowym wydaniu tygodnika, ale z adnotacją, że również czytelnik z dalekiego Windsor… jego list na stronie internetowej…
   Zupełnie inaczej miała się sprawa z „Uważam Rze” i moje uwagi były znacznie poważniejsze; były to wręcz zarzuty pod adresem… Waldemara Łysiaka!
No, ktoś się zaśmieje w tym momencie, z motyką na slońce… polonijny pismaku na samego Łysiaka się porywasz?!
Już spieszę z wyjaśnieniem, że nie rzuciłem się na Mistrza bez powodu, aby zwrócić np. na siebie uwagę, ale może zacytuję to, co napisałem:                                       
    „W jednej ze swych książek Waldemar Łysiak zamieścił swoje zdjęcie z dzieciństwa: sympatyczny maluch na bujanym koniku.
   Twórczość pana Waldemara cenię bardzo wysoko, mogę powiedzieć, że jest Łysiak i bardzo długo nie ma nikogo; jego książki zajmują jednó z półek w mojej domowej biblioteczce, np. ośmiotomowe „Malarstwo białego człowieka” z dedykacją w tomie pierwszym Mistrza.
   Tym niemniej zastanawia mnie lekkość z jaką z jaką rzuca liczbami dotyczącymi np. liczby ofiar totalitaryzmów, czy polskich współpracowników Gestapo. W felietonie „Czerwonka intelektualna” („Uważam Rze”, numer 45 z 5-11 listopada 2012) pisze m.in.:”Sto  milionów istnieć z ręki Stalina.Plus kilkadziesiąt milionów z ręki Hitlera (…) Plus sto kilkadziesiąt milionów z ręki Mao Zedonga. Plus kilkadziesiąt milionów z ręki Pol Pota”.
   Kilka miesięcy wcześniej na łamach „Uważam Rze” pisał o 60 tys. polskich współpracowników Gestapo, zazanaczając, że to nie wszyscy zdrajcy służący Niemcom w latach II w.ś.
   Ciekawy jestem z jakich źródeł Mistrz korzystał podając tak wysoką liczbę polskich zdrajców? Na przykład Richard Lukas w „The Forgotten Holocaust. The Poles under German Occupation 1939-1944”, na stronie 117 podaje informację, że Israeli War Crime Commissiom oszacowało, iż poszło na współpracę z niemieckim okupantem 7 tys. Polaków. To też za dużo, ale w porównaniu z liczbą podaną przez W. Łysiaka, różnica jest ogromna.
   Podobnie można potraktować ogólnikowe szacowanie liczby ofiar we wspomnianym felietonie „Czerwonka intelektualna”, „kilkadziesiąt, to chyba jest między 20 a 90? Bez wątpienia jest to znaczna  rozpiętość. Nie chcę bronić żadnego ze zbrodniarzy, chodzi mi raczej o rzetelność przekazywanych informacji.
   Na przykład w znakomitej książce „Mao. The Unknown Story” autorstwa  Jung Chang i Jona Halliday,  (Anchor Books, 2005) czytamy, iż Mao odpowiada za 38 mln ofiar głodu, a w sumie za 70 mln ofiar. Dlaczego pan Waldemar pisze „sto kilkadziesiąt milionów”?
   A już przypisanie Pol Potowi „kilkudziesięciu milionów” podnosi nie tylko brew ze zdziwienia. Szacuje się, że wymordował od 1 do 3 mln obywateli Kambodży, czyli Kampuczy. Jak się to ma do pana Waldemarowego określenia „kilkadziesiąt”?
   Nie jest to przykład ułańskiej fantazji ( Mistrz na koniku), a zwyczajne bujanie (koń na biegunach).
   Wytknięcie tych potknięć w żaden sposób nie zmienia mojej bardzo wysokiej oceny pisarstwa W. Łysiaka. Powtórze: takiego drugiego nie ma!
Mam też nadzieję, że moja kolekcja „łysiaków” wzbogaci się jeszcze o niejedną znakomitą pozycję.”
   Podrzuciłem też tekst odnoszący się do wywiadu z synem Chruszczowa,  który ukazał się na łamach tygodnika i w którym, delikatnie mówiąc, syn Nikity, mija się z prawdą.
   Jak to się popularnie mówi kamień w wodę… Ponieważ jestem regularnym czytelnikiem „Uważam Rze” zwróciłem uwagę, że niemal wszystkie listy, które są publikowane, to niemal hołdownicze w treści wyrazy uznania, że dobrze iż jest, że tydzień zaczynam od…Z drugiej strony mieć w ekipie Łysiaka, to duży sukces sam w sobie. I… niebezpieczeństwo, aby się nie zbiesił! Co prawda zza oceanu trudno śledzić poczynania nawet tak wybitnych osób, jak Łysiak, ale przypominam sobie, że odszedł np. z „Gazety Polskiej” trzaskając drzwiami…
   Lubię jego felietony, jak wspomniałem mam sporo książek, ale np. „4” (taki tytuł) zamieniłem na jedno z jego wcześniejszych dzieł, ale chciałbym wiedzieć skąd wziął owe tysiące zdrajców? Jeżeli nie ma na to dowodów, to wpisuje się w niechlubną listę tych, którzy nam, Polakom, przypisują najgorsze rzeczy! I aż się przestraszyłem tego, co napisałem… naprawdę. Dlaczego zatem nie przytoczy się źródeł, z których pan Waldemar korzystał? Nie można strony żydowskiej posądzać o sympatię do nas, ale skoro R. Lukas powołuje się na żydowskie opracowania i podaje liczbę 7 tys., byłoby dobrze wiedzieć, gdzie podano 60 tys.?
   Niby sprawa niewielka, redakcja tygodnika „Uważam Rze” nie odpowiedziała na list czytelnika, ale prawda jest taka, że chwila roztargnienia (?) Mistrza może go sporo kosztować. Na przykład można byłoby popełnić felieton wręcz wyśmiewający Łysiaka i jego wiedzę na temat zbrodni komunizmu…
   Albo wykpić redakcję, iż w obawie o reakcję Mistrza list do redakcji zamiotła pod dywan…
   Na marginesie dodajmy, że zarówno dziennik „Rzeczpospolita”, jak i tygodnik „Uważam Rze” wydawane są przez tę samą spółkę, której właściciel przetrzebił skład redakcyjny dziennika, a i z tygodnika odchodzi wicenaczelny. Powiem krótko: byłoby szkoda utracić tygodnik, a jeśli chdzi o dziennik, w którym wicenaczelnym został „importowany” z „Gazety Wyborczej” dziennikarz, to chyba zaczynają się zbierać ciemne, burzowe chmury. „Rzeczpospolita” jak organ Michnika? Odpukać w niemalowane drzewo…

Leszek Wyrzykowski
P.S. I wykrakałem! Następnego dnia odwołany został red. naczelnz tygodnika, a za nim – w ramach ludzkiej solidarności – odeszli wszyscy warci czytania dziennikarze… Tygodnik „Uważam Rze”, jako tytuł, na pewno na rynku pozostanie, ale… ile osób zechce teraz go czytać? Wiem po sobie, że nowego pisma kupować już nie będę. Tym sposobem kolejny tytuł traci wiarygodność i poparcie czytelników. Należy przy okazji postawić pytanie: kto za tym stoi? Właścicielem jest pan Hajdarowicz, ale pieniądze pożyczył w banku, który jest własnością esbeckiego agenta – a kto za nim stoi? Na to pytanie chyba potrafimy sobie odpowiedzieć bez pomocy…
   Szkoda, że tak się stało, szkoda ludzi, którzy stworzyli bardzo dobre pismo. Co teraz pozostanie? Radio Maryja i Telewizja „Trwam” jako niezależne media? Tak to wygląda w chwili obecnej, ale po Nowym Roku może się okazać, że i media redemptorystów znikają… Nowe opłaty zostały tak wywindowane, że o. Rydzyk powiedział wprost: nie damy rady! I chyba o to chodzi, w minionych 21 latach podejmowano różne próby likwidacji toruńskich mediów – na próżno. Teraz wymyślono nowy sposób i w białych rękawiczkach ostatnie wyspy niezależnej myśli zostaną zatopione przez fale kłamstwa i manipulacji.
Oby tak się nie stało.

wwyrzykowski@aol.com <wwyrzykowski@aol.com>

opon mózgowych”- co może być prawdą, bo tam istnieje fabryka opon zwykłych, samochodowych, to znaczy zimowych  i letnich, a za jakiś czas- mniemam- będzie produkcja opon jesiennych  i wiosennych w zależności jak szybko w Świątyni demokratycznego Rozumu przegłosują przymus zakładania w zimie opon zimowych.

Bo rozumiem, że na razie na zimowych oponach w lecie będzie można jeździć.. Tylko w zimie na letnich- nie.. Nawet jak nie będzie zimy prawdziwej, tylko ta kalendarzowa wymyślona przez człowieka- wszystko kombinującego  przeciw Panu Bogu.. Bo naturalnie przychodząca zima- to nie zima.   Zima jest wtedy, gdy człowiek ustali kiedy  przychodzi.. Que sera, que sera.. Co będzie, co będzie..

 

W interesie fabryk opon, tak jak fabryk ustaw- jest oczywiście, żeby produkować wszystkie rodzaje opon, a jak będzie ustawowy przymus ich wymiany- to jeszcze bardziej im w to graj.  Z pewnością wymyślą szybciutko opony wiosenne i jesienne, tak jak deszczowe i bezdeszczowe, śniegowe- bezśniegowe Propaganda wszystkich przekona., że wymiana na wiosnę, lato, jesień i zimę bezpiecznych opon- jest właściwa. Bo będzie jeszcze bardziej bezpiecznie niż jest, a chodzi o to, żeby pod  słowem” bezpiecznie” odebrać człowiekowi resztę wolności..  W przypadku opon,,   człowiek samochodowy będzie permanentnie zajęty wymianą opon i ukrywaniem się przed policją. Nie dość, że musi ukrywać się przed policją obywatelską i kluczyć w sprawie prędkości, jak głupi do sera pod górę- to teraz będzie musiał pilnować, czy w prawidłowym- ustalonym w drodze demokratycznego rozumu terminie -zamienił opony letnie na zimowe. Bo jak nie- to kara, a może nawet konfiskata samochodu, tak jak przy  jeździe po” pijanemu”. „Pijany”- to według kapłanów w Świątyni Rozumu, to taki osobnik, który ma 0,5 promila alkoholu  w „ wydychanym „powietrzu. Bo wdychane powietrze ustawodawcy demokratycznego nie interesuje.. Ono jest bezalkoholowe.. A każdy z nas jest indywidualny, a  każda ustawa jest zbiorowa- niszcząca indywidualność…  I do tego wszystkiego demokracja  totalitarna. Koniec wolności..

 

Na razie nie dla mieszkańca  wsi pod Ostródą, u którego funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego znaleźli….armatę(???)- odebranie wolności nie zostanie zastosowane.. Będzie prawdopodobnie finansowa kara za przetrzymywanie nielegalnie armaty. I do tego nie wiadomo po co mieszkańcowi wsi pod Ostródą armata..? Przecież nie będzie strzelał do wróbla. Czyżby w czasie  szczegółowego dochodzenia miało wyjść, że armata u mieszkańca  wsi pod Ostródą była powiązana z zamierzeniami Brunona K.- bombera, który chciał wysadzić  w powietrze bezalkoholowe- calusieńki Sejm, prezydenta i premiera wraz z posłami obecnymi przy uchwalaniu ustawy budżetowej.. Wielu członków społeczeństwa obywatelskiego po cichu marzy, żeby tak się stało, chociaż  o tym głośno nie mówi, bo już ma serdecznie dość tego bałaganu tworzonego przez demokratyczny Sejm.. I tego całego burdelu..

 

Już się okazało, że mieszkaniec wsi pod Ostródą robił zakupy w tym samym sklepie internetowym co  Brevik z Norwegii, któremu nie podobała się obecnie budowana” cywilizacja” w Europie. ”Cywilizacja „ oparta o chaos, z którego nic pozytywnego się nie wyłoni- oprócz zagłady..  Wkrótce okaże się, że Brunon K, mieszkaniec  wsi pod Ostródą i Brevik-  należeli do tej samej szajki wrogów budowanej nienormalności.. I do tego wszystkiego dochodzi pan Grzegorz Braun, reżyser – dokumentalista- który już oficjalnie nawołuje do rozstrzelania co dziesiątego  dziennikarza TVU i Gazety Wyborczej..

 

Wkrótce wszyscy będziemy przestępcami, jeśli tylko robimy zakupy w tych samych sklepach  co przestępcy. A skąd mamy wiedzieć, że w naszym sklepie osiedlowym robi zakupy przestępca? Właściciel sklepu powinien wywiesić konterfekt takiego delikwenta, ale zabrania mu tego ustawo o ochronie danych twarzowych i osobowych , uchwalona swojego czasu przez  demokratyczny Sejm i jego kapłanów.. I to większością głosów kapłańskich..

 

Swoją drogą ciekawe jaki rodzaj armaty posiadał od dziesięciu lat mieszkaniec wsi pod Ostródą? Czy była to armata z czasów chuligaństwa  napoleońskiego? Może armata z czasów szwedzkiego potopu? A może armata z czasów II wojny światowej? I czy nadawała się do użycia, czy może tylko służyła celom kolekcjonerskim.. Czy może

dziadek ją tam zostawił po zakończonej wojnie , a syn  przypadkowo ją odkrył.. W każdym razie już wiadomo, że robił zakupy w tym samy sklepie internetowym co Brevik. Może nawet się znali- ale to wykaże dodatkowe śledztwo w tej sprawie- i będzie nam to ogłoszone w odpowiednim czasie. A czas zaczyna być odpowiedni, bo narasta konflikt pomiędzy demokratyczną władzą demokratycznie wybraną, a społeczeństwem obywatelskim składającym się z „ obywateli”, którzy tak naprawdę nie mają nic do powiedzenia w społeczeństwie obywatelskim opartym o demokrację, a nie  zasady prawa. Demokracja chaotyczna  to nie jest państwo prawa. To państwo bezprawia.

 

O czym przekonał się  niedawno mieszkaniec Warszawy, który z dzieckiem postanowił poszukać dyżurnego okulisty, który zająłby się wzrokiem jego dziecka. W końcu  demokratyczna Konstytucja gwarantuje demokratycznie, że leczenie w Polsce demokratycznej jest’ za darmo”. Przy czym dziwnym jest, że skoro  leczenie jest”: bezpłatne”  to jakim sposobem lekarze i pielęgniarki otrzymują  wynagrodzenie. Powinni  dbać o „ bezpieczeństwo zdrowotne” pacjenta „ za darmo”.. To znaczy charytatywnie..

Mieszkaniec Warszawy  szukał ostrego dyżuru okulistycznego dla dziecka i powiedziano mu w państwowej służbie zdrowia o charakterze skansenu komunistycznego, że  i owszem- jest taki dyżur, ale w Siedlcach albo w  Radomiu(???)

 

Widać, że minister od naszego zdrowia pan Bartosz Arłukowicz dawniej z Sojuszu Lewicy Demokratycznej, a obecnie związany z Platformą Obywatelską Unii Europejskiej dba o swobodny wybór pacjenta. Może sobie pojechać  do Siedlec albo do Radomia.. I nikt nie widzi w tym wariactwie nic  niestosownego.. Po prostu” tutaj  jest jak jest”- jak śpiewa Paweł Kukiz.. No tak jest – panie Pawle. Ale gdyby ten bałagan sprywatyzować i odciąć od państwowej kroplówki- to może pojawiłyby się widoki na poprawę losu pacjentów.. Tak jak zwierząt w prywatnej weterynarii.. Ale zwierzęta muszą mieć lepiej niż ludzie.. Ludzie nich umierają pod gabinetami państwowej służby zdrowia i wierzą, że  to winien jest minister czy lekarz.. To winien jest system! Zagadywacze tylko ten system sankcjonują.. Wyrzucając kolejnych kozłów ofiarnych  z systemu.. Bo to, że nie ma pieniędzy w systemie – winien jest ordynator. A nie czasami sprzątaczka na wydziale?. A nie ci wszyscy, którzy ten system budują od lat.. Bez jakiejkolwiek odpowiedzialności.. Marnując 70 miliardów złotych rocznie!!!

 

Dlatego – jak najprędzej- jak oczywiście nie ma w Olsztynie, powinna powstać mała fabryczka opon mózgowych dla socjalistów. Oni wymagają szybkiego leczenia, kuracji odwykowej i stałej obserwacji..  Nie my – mamy być obserwowani i inwigilowani- ale ONI! To oni wymagają ingerencji psychiatrów..

Ale kto będzie weryfikował psychiatrów

czyli o odkrywaniu na nowo dokumentów Papieskiej Komisji Biblijnej . Kiedy studiowałem w seminarium duchownym mówiono mi, że według współczesnych badaczy dekrety Papieskiej Komisji Biblijnej (PKB) z lat 1911-1912 nie mają już mocy obowiązującej. Mówiono mi także, że ich odwołanie miało miejsce gdzieś około lat 50. ubiegłego wieku. Sprawą zainteresowałem się bliżej, gdy pisałem pracę na temat zagadnienia dotyczącego Ewangelii synoptycznych.

Kto napisał pierwszy – Mateusz, Marek czy Łukasz? Wkrótce się zorientowałem, że odpowiedzi na pytanie „kto napisał pierwszy?” nie da się udzielić tylko na podstawie argumentów pochodzących z samych tekstów1. Aby odpowiedzieć na pytanie, kto napisał pierwszy, drugi i trzeci, zacząłem szukać zewnętrznych autorytatywnych dowodów. To doprowadziło mnie do dekretów Papieskiej Komisji Biblijnej z lat 1911-1912. Jedyną trudnością było jednak to, że jeżeli te orzeczenia rzeczywiście zostały anulowane, nie mogły być już użyte jako argument rozstrzygający. Postanowiłem więc odnaleźć odwołanie i zobaczyć, czy dekrety te mają jeszcze jakąś (a jeżeli tak, to jaką) wartość w oczach Kościoła.

Moje dalsze poszukiwania doprowadziły mnie do opinii Thomasa Aquinasa Collinsa OP i Raymonda Browna SS znalezionych w Jerome Biblical Commentary. Ich zdaniem: „Wiele z tych dekretów [PKB z lat 1905–1915] ma dzisiaj niewiele więcej niż historyczną wartość, gdyż zostały pośrednio odwołane na mocy późniejszych dekretów, przez Divino afflante Spiritu oraz przez Sobór Watykański II. Wczesne dekrety należy oceniać zgodnie z wyjaśnieniem z 1955 roku wydanym po łacinie i po niemiecku przez A. Millera i A. Kleinhausa, sekretarza i asystenta sekretarza Papieskiej Komisji Biblijnej”2. Dalej twierdzą oni, że wyjaśnienie zostało wydrukowane w niemieckim periodyku biblijnym „Benediktinische Monatschrift” jako artykuł pod tytułem Nowy podręcznik biblijny (Das Neue Biblische Handbuch). Ten sam artykuł został później przedrukowany w innych czasopismach biblijnych, takich jak „The Catholic Biblical Quarterly”3. Trzy rzeczy budziły moje wątpliwości. Po pierwsze, nie szukałem już dalej dekretu odwołującego, lecz jakiegoś rodzaju „wyjaśnienia”. Po drugie, czy poprzednie nauczanie Kościoła mogłoby zostać – choćby nie wprost – odwołane? Po trzecie, jaki autorytet stoi za tym wyjaśnieniem, skoro zostało ono opublikowane tylko w czasopismach biblijnych?

Podejmując najpierw zagadnienie „wyjaśnienia” i jego formalnego znaczenia, znalazłem stosowne fragmenty artykułu wspomnianego przez Collinsa i Browna w apendyksie książki Rzym i studium Pisma Świętego (Rome and the Study of Scripture: A Collection of Papal Enactments on the Study of Holy Scripture together with the Decisions of the Biblical Commission, 7th ed., 1964). Redaktorzy książki stwierdzili wyraźnie, że artykuł posiada jedynie inicjały „A.M.” wskazujące na autora. Pisali: „Ta rewizja została podpisana A.M., ale raczej nie ma wątpliwości, że chodzi o przewielebnego Atanazego Millera OSB, sekretarza Papieskiej Komisji Biblijnej”. Fragment „wyjaśnienia” brzmiał następująco:

„O ile jest to kolekcja dokumentów ukazujących, że Pismo Święte zawsze było podstawowym źródłem i fundamentem prawd wiary katolickiej, ich postępu i rozwoju, Enchiridion4 oddaje znakomitą przysługę przede wszystkim historii dogmatów. Ponadto jasno przedstawia zaciętą walkę, jaką Kościół we wszystkich czasach musiał toczyć, choć z różną intensywnością, aby podtrzymać czystość i prawdziwość Słowa Bożego. Zwłaszcza w tym względzie dekrety Papieskiej Komisji Biblijnej mają wielkie znaczenie. Jednakże, jak długo dekrety te prezentują poglądy nie będące ani bezpośrednio, ani pośrednio związane z prawdami wiary i moralności, jasne jest, że naukowiec może prowadzić swoje badania w całkowitej wolności,5 zawsze pod warunkiem, iż respektuje najwyższy autorytet Kościoła nauczającego. Dzisiaj trudno jest wyobrazić sobie sytuację badaczy katolickich z początku wieku lub uświadomić sobie zagrożenia, jakie spotykały nauczanie katolickie odnośnie do Pisma Świętego i jego natchnienia ze strony krytyki liberalnej i racjonalistycznej. Krytyka ta, jak rzeka, chciała zmyć święte ramy Tradycji. Obecnie walka jest znacznie mniej zażarta, niemało kontrowersji zostało pokojowo rozwiązanych, a wiele zagadnień ukazuje się obecnie w całkiem nowym świetle. Jest więc nam łatwo uśmiechać się wobec wąskości spojrzenia i ograniczenia dominującego pięćdziesiąt lat temu. W końcu, Enchiridion ma znaczącą wartość apologetyczną, ponieważ jest świadkiem niesłabnącej czujności Kościoła i jego wieloletniej troski o Pismo Święte. Przypomina jak Kościół jest gotów bronić jego świętego charakteru i czuwać nad poprawną interpretacją. Encykliki, takie jak Providentissimus Deus i Divino Afflante Spiritu, ukazują jak Kościół dokłada starań, aby promować w każdy możliwy sposób porządne i owocne studium Pisma. Encykliki te z podziwu godną jasnością prezentują podstawowe zasady katolickiej interpretacji, obowiązujące we wszystkich czasach i skutecznie zamykają drzwi wyjaśnieniom subiektywnym i arbitralnym. W ten sposób wskazują drogę interpretacji i użycia Pisma w celu ożywiania życia dusz i Kościoła jednocześnie w pełni wykorzystując osiągi współczesnych badań”6.

Ten sam artykuł został opublikowany w „The Catholic Biblical Quarterly” wraz z komentarzem Edwarda F. Siegmana CPPS. Ojciec Siegman, wypowiadając się bardzo przychylnie o „wyjaśnieniu”, pisał także: „Aż do dzisiaj [„wyjaśnienie”] nie ukazało się w Aktach Stolicy Apostolskiej i dlatego umknęło uwadze licznych badaczy. Prawdopodobnie nie powinno być nazywane oficjalnym w ścisłym sensie […], ponieważ autora można zidentyfikować jedynie na podstawie inicjałów A.M. […] Niemniej, wydaje się, że nie ma wątpliwości, iż tym autorem jest wielebny Atanazy Miller OSB. Z pewnością mamy tutaj przedstawione zdanie Komisji Biblijnej”. Ale do 2012 roku „wyjaśnienie” nie ukazało się w Aktach Stolicy Apostolskiej (Acta Apostolicae Sedis – AAS). Zatem artykuł ten należy nazwać tym, czym jest w istocie, czyli zaledwie prywatną opinią i to opinią niebezpieczną dla wiary. Jest po temu przynajmniej pięć powodów.

Po pierwsze, jak to zauważył o. Siegman, w jaki sposób artykuł wydrukowany w różnych nie-autorytatywnych periodykach biblijnych, podpisany jedynie inicjałami A.M., może stanowić wyjaśnienie nauczania Kościoła? Nie ma tam podpisu papieża, kardynała czy biskupa. Jakie jest pełne imię i stanowisko autora? Czy może to być właściwy sposób dokonania wyjaśnienia o tak fundamentalnym i szerokim znaczeniu? Gdyby przewielebny Atanazy Miller chciał, aby to „wyjaśnienie” było wiążące lub rozstrzygające musiałby włączyć je do AAS. To właśnie taka publikacja sprawia, że tego rodzaju dekrety i sprostowania stają się wiążące. Kiedy ten sam Atanazy Miller opublikował instrukcję Komisji Biblijnej w 1955 roku, była ona podpisana zarówno przez papieża Piusa XII, jak i umieszczona w Aktach Stolicy Apostolskiej. Zatem to, co stwierdza artykuł podpisany przez A.M. jest niczym więcej niż osobistą opinią, kimkolwiek byłby A.M.

Po drugie, A.M. pisał, że: „Enchiridionoddaje znakomitą przysługę przede wszystkim historii dogmatów”. Przeciwnie, pierwszorzędnym celem Enchiridion Biblicum zawsze było ocalenie i zachowanie integralności Pisma Świętego. Jest on po prostu podręcznikiem (enchiridion po grecku oznacza „w ręku, pod ręką”) zawierającym istotne fragmenty wszystkich znaczniejszych orzeczeń i rozstrzygnięć na temat wiary i moralności odnoszących się do Pisma Świętego. Enchiridion Biblicum oddaje przysługę „historii dogmatów” tylko o tyle, o ile pokazuje w jakim czasie w historii i w których dziedzinach nauczania Kościół był zmuszony wystąpić w obronie depozytu wiary. Niemniej takie znaczenie jest wtórne wobec pierwszorzędnego. Ponadto Enchiridion Biblicum występował zawsze jako przypomnienie niezmiennego nauczania Kościoła, ponieważ jedynie prezentuje to, czego Kościół nauczał na temat wiary i moralności na przestrzeni lat. Kościół nigdy nie cofnął ani nie odwołał tego, czego nauczał na temat wiary lub moralności. Stąd starożytne powiedzenie „Rzym przemówił, sprawa skończona” (Roma locuta, causa finita). Sprowadzanie znaczenia Enchiridion Biblicum do „niewiele więcej niż wartości historycznej” jest atakiem na całość podręcznika, a tym samym atakiem na nauczający autorytet samego Kościoła. Artykuł ten jest więc, przynajmniej potencjalnie, niebezpieczny dla wiary.

Po trzecie, A.M. pisał, że dekrety PKB posiadają „znaczącą wartość apologetyczną, ponieważ są świadkiem niesłabnącej czujności Kościoła i jego wieloletniejtroski o Pismo Święte”. Przeciwnie, owa „wartość apologetyczna” musi rozciągać się ponad jej zdolność wyłącznie do „ukazywania niesłabnącej czujności Kościoła” i musi być użyta do obrony Pisma przed wszystkimi zanieczyszczeniami. W tym sensie odpowiedzi PKB stają w jednej linii z Providentissimus Deus i Divino Afflante Spiritu i także one „z podziwu godną jasnością prezentują podstawowe zasady katolickiej interpretacji, obowiązujące we wszystkich czasach i skutecznie zamykają drzwi wyjaśnieniom subiektywnym i arbitralnym”, jak ujął to A.M. Zamiast wyjaśniać nauczanie Kościoła, „wyjaśnienie” podane przez A.M. ma na celu osłabienie „niesłabnącej czujności Kościoła i jego wieloletniej troski o Pismo Święte”. Z tego powodu artykuł ten powinien zostać odrzucony jako niebezpieczny dla wiary.

Po czwarte, A.M. pisał: „jak długo dekrety te prezentują poglądy niebędące ani bezpośrednio, ani pośrednio związane z prawdami wiary i moralności, jasne jest, że naukowiec może prowadzić swoje badania, zawsze pod warunkiem, iż respektuje najwyższy autorytet Kościoła nauczającego”. Przeciwnie, należy wziąć pod uwagę rangę nadaną orzeczeniom PKB przez papieża, św. Piusa X:

„Oznajmiamy i ustanawiamy, że wszyscy są związani w sumieniu do poddania się orzeczeniom Papieskiej Komisji Biblijnej, tym, które zostały wydane w przeszłości oraz tym, które będą ogłoszone w przyszłości, w taki sam sposób, w jaki poddają się nauczaniu Świętych Kongregacji zatwierdzonemu niezależnie przez papieża. Nie mogą wymówić się od piętna zarówno nieposłuszeństwa jak i zuchwałości, ani być uwolnionymi od ciężkiej winy ilekroć kwestionują te decyzje słowem lub pismem. A to przede wszystkim ze względu na zgorszenie, jakie czynią przed Bogiem oraz grzechy, których mogą być przyczyną, gdy wynikają z nich inne twierdzenia pochopne i błędne”7.

Papież Pius X uczynił zarządzenia Komisji częścią Magisterium Kościoła, czyli częścią najwyższego autorytetu nauczycielskiego Kościoła. To „rozciągnięcie” Magisterium zostało później cofnięte po Soborze Watykańskim II. Kardynał Ratzinger pisał: „Papieska Komisja Biblijna, w jej nowej postaci po Drugim Soborze Watykańskim, nie jest organem Urzędu Nauczycielskiego, ale raczej komisją badaczy […]”8. Innymi słowy, papież, św. Pius X, uczynił Komisję organem i ten organ nauczał nas publikując dekrety w AAS. Promulgowane dekrety były i pozostają aż do dzisiaj zwyczajnym nauczaniem Kościoła. Ale po Vaticanum II PKB nie ma już takiej władzy. Pius X wspomina także, że dekrety Papieskiej Komisji Biblijnej „odnoszą się do wiary”, co wyraźnie sprzeciwia się twierdzeniu A.M., że „prezentują poglądy nie będące ani bez­pośrednio, ani pośrednio związane z prawdami wiary i moralności”. Ponownie artykuł A.M. okazuje się być niebezpiecznym i staje w sprzeczności do nauczania Kościoła.

Po piąte, A.M. stwierdził, że Enchiridion Biblicum „przedstawia zaciętą walkę, jaką Kościół we wszystkich czasach musiał toczyć, choć z różną intensywnością, aby podtrzymać czystość i prawdziwość Słowa Bożego”. Dalej A.M. mówi, że „Obecnie walka jest znacznie mniej zażarta […]”. Przeciwnie, wydaje się, że „zacięta walka” niemal zupełnie się skończyła po tym, jak „wyjaśnienie” autorstwa A.M. rozpowszechniło się w świecie. Magisterium jeszcze kilka razy czyniło wysiłki w latach 1950. i wczesnych 1960., aby powstrzymać rozprzestrzenianie się złej nauki, ale wszystkie te próby okazały się nieskuteczne. Jedną z prób podjął sam przewielebny Atanazy Miller za zgodą papieża Piusa XII w 1955 roku kiedy opublikował instrukcję, w której można było przeczytać:

„Należy żałować, że te spotkania [różnych towarzystw biblijnych] nie są prowadzo­ne w każdej dziedzinie w pełnej zgodności z właśnie przedstawionymi normami i że czasem zachodzi niebezpieczeństwo, że takie spotkania, czy to zorganizowane przez towarzystwa biblijne, czy innych ludzi, nie tylko nie dają odpowiedniej korzyści uczestnikom, ale nawet dochodzi do tego, że dla niektórych są bardziej powodem „zagłady” niż „zbudowania” (por. 2 Kor 10,18). Mówcy, o których słyszymy, nie zawsze są ludźmi dobrze znającymi się na tematach, o których rozprawiają. Niektórzy z nich są całkowicie gotowi do pójścia za mniej godnymi zaufania autorami, pochopnie i zuchwale przyjmują i roz­powszechniają wątpliwe lub błędne opinie, zalecają książki lub czasopisma wątpliwej wartości, czytanie o sprawach, którym albo brak kościelnego zezwolenia albo obarczonych pozytywnym zakazem. A to wszystko nieraz w obecności osób całkowicie nieprzygotowanych do rozważania i oceny tych spraw. Słyszeliśmy nawet, że zdarzało się, iż mówcy nie brali pod uwagę norm, na które Najwyższy Pasterz, obecnieszczęśliwie rządzący, ponownie kładł duży nacisk w encyklice Humani generis, że zuchwale przedstawiali teorie potępione przez Magisterium Kościoła, lub nawet szli tak daleko, że proponowali w miejsce literalnego sensu, należycie wydobytego pod czujnym okiem Kościoła, jakiś nowy sens, nazywany przez nich symbolicz­nym i duchowym, w którym trudności nieodłącznie związane z sensem literalnym miałyby znikać. Nikt nie może nie zdawać sobie sprawy, jak nieobliczalnie groźne są wszystkie te rzeczy, kiedy przedstawia się je słuchaczom niedoświadczonym w zagadnieniach biblijnych”9.

Po przeczytaniu tego fragmentu można zastanawiać się, czy przewielebny Atanazy Miller jest rzeczywiście tym „A.M.” podpisanym pod „wyjaśnieniem” z 1955 roku. Skutkiem tej instrukcji, która, jak się zdaje, nigdy nie została stosownie wprowadzona w życie, wszystko, co zostało z „zaciętej walki” Magisterium, to monitum Świętego Oficjum wydane za pontyfikatu Jana XXIII ostrzegające teologów biblijnych aby „zawsze mieli na uwadze nauczanie Świętych Ojców oraz zmysł i Urząd Nauczycielski Kościoła tak, aby sumienia wiernych nie były niepokojone a prawdy wiary narażane na szwank”10. W latach 50. miała miejsce bitwa, ale po 1955 roku niewielu już walczyło po stronie Kościoła.

Znakiem tego, że bitwa jest skończona jest fakt, że wielu, jeśli nie większość, księży wykształconych od lat 60. i obecnych kleryków nie wie nawet czym są dekrety PKB. W efekcie, kiedy w seminariach są nauczani różnych teorii sprzecznych z tymi orzeczeniami, osoby te nawet nie wiedzą, że Kościół uznaje te teorie za problematyczne lub nawet szkodliwe dla wiary. Jako dobry przykład niech nam posłużą ewolucyjne teorie odniesione do Pisma Świętego, bardzo dziś popularne, które są otwarcie nauczane i przyjmowane w naszych seminariach. Warto zauważyć, że w latach 50., kiedy ukazało się „wyjaśnienie” A.M., teoria ewolucji właśnie zdobywała popularność. Te ewolucyjne idee były nawet aplikowane do powstania Biblii. Dla katolickich naukowców jednak jedyną drogą do zablokowania tych teorii w odniesieniu do Biblii były właśnie dekrety PKB!

Jako szczególny przykład rozważmy autorstwo Pentateuchu – pierwszych pięciu ksiąg Biblii. Obecnie niemal powszechnie utrzymuje się, że Mojżesz nie mógł napisać tych ksiąg z wielu różnych powodów, jak na przykład relacja o jego śmierci w ostatnim rozdziale Księgi Powtórzonego Prawa. Mówi się: jak Mojżesz mógł napisać księgę, która wspomina jego własną śmierć? Odrzucając Mojżeszowe autorstwo, współcześni badacze wykształceni w instytucjach kościelnych preferują wnioskowanie o autorstwie jedynie na podstawie wewnętrznych dowodów. Na przykład w odniesieniu do Pięcioksięgu identyfikują przynajmniej trzech lub więcej autorów w oparciu o styl i treść. Następnie przedstawiają wiele różnych teorii, aby wyjaśnić w jaki sposób otrzymaliśmy pierwsze pięć ksiąg Biblii. Jedna z bardzo popularnych współczesnych teorii, hipoteza dokumentalna [w Polsce znana jako hipoteza Wellhausena – przyp. red.], jest ze swej natury ewolucyjna i utrzymuje, że Pięcioksiąg nie został napisany przez jednego autora, lecz przez trzech lub czterech autorów lub tradycji, które badacze nazywają J, E, D i P. („J” oznacza Jahwistę, „E” – Elohistę, „D” – Deuteronomistę, „P” – źródło kapłańskie) Ci trzej lub czterej autorzy lub tradycje czasem opowiadali różne historie, a czasem sprzeczne wersje tej samej historii. W końcu ktoś pozbierał te wszystkie różne historie, zachowując ich oryginalne brzmienie tak dalece jak to możliwe. W rezultacie produktem końcowym jest zlepek (patchwork) pozostających w kon­flikcie tradycji, często sprzecznych, obecnie beznadziejnie połączonych i pomiesza­nych razem przez ostatecznego redaktora. Innymi słowy Pięcioksiąg wyewoluował w czasie, z pracy kto wie ilu autorów, aby osiągnąć w końcu stan, który mamy obecnie. Dekrety PKB zwracają się ku temu problemowi, ograniczając liczbę możliwości. Weźmy na przykład następujący fragment dekretu PKB na temat Mojżeszowego autorstwa Pięciokięgu:

Czy można przyjąć bez uszczerbku dla autentycznie Mojżeszowego pochodzenia Pięcioksięgu, że Mojżesz użył [innych] źródeł przy tworzeniu swojego dzieła, takich jak dokumenty pisane lub ustne tradycje, z których, aby pasowały jego określonym celom i pod wpływem natchnienia Bożego, wybrał niektóre rzeczy i wstawił do swojego dzieła albo dosłownie, albo co do znaczenia (quoad sententiam), w skrócie lub w rozwi­nięciu? Odpowiedź pozytywna”11.

Innymi słowy, Pięcioksiąg mógł mieć różne źródła, ale ma on tylko jednego ludzkiego autora – Mojżesza. Joszua, lub ktoś inny, mógł z łatwością dodać ostatni rozdział opisujący śmierć Mojżesza.

Ten sam styl teorii ewolucyjnych jest odnoszony do innych ksiąg biblijnych, takich jak Księga Izajasza, Psalmy lub nawet ewangelie. Na przykład, wielu dzisiaj utrzymuje, że Księga Izajasza ma dwóch lub trzech autorów stosownie do różnych dowodów wewnętrznych, takich jak styl i język. Zwróćmy uwagę na dekret PKB mówiący o jedności autorstwa księgi proroka Izajasza:

„Czy argument filologiczny, zbudowany w oparciu o język i styl, w celu podważenia jedności i tożsamości autora Księgi Izajasza ma taką wartość, że znaczący badacze, obeznani ze sztuką krytyki [tekstu] i z językiem hebrajskim są zmuszeni rozpoznać w tejże Księdze wielu autorów? Odpowiedź negatywna”12.

Innymi słowy, po prostu nie ma wystarczającej ilości informacji w samym tekście, aby udowodnić, że Izajasz został napisany przez różnych autorów i później dopiero złączony w jedną księgę przez jakiegoś redaktora. Św. Tomasz z Akwinu napisał wspaniałe dzieła teologiczne, takie jak Suma Teologii, ale także wiele różnych pieśni i modlitw, takich jak Lauda Sion. Czy mamy wątpliwości, że jest autorem obu? Nie, ponieważ posiadamy zewnętrzne dowody na poparcie tezy o jedności. Niemniej, gdybyśmy wzięli pod uwagę jedynie dowody wewnętrzne z pewnością zwątpilibyśmy w jedność autorstwa i zwrócili się ku wielości autorów. Podobnie, tylko dlatego, że Izajasz zawiera i prozę i poezję w tej samej księdze nie stanowi to wystarczająco silnego argumentu na rzecz dwóch lub większej ilości autorów. Takie jest nauczanie Kościoła.

Aby pokazać tendencyjny wpływ „wyjaśnienia” A.M. odwołajmy się teraz do twierdzenia Fredericka Gasta OCD dotyczącego kwestii synoptycznej (czyli autorstwa trzech ewangelii Mt, Mk i Łk – przyp. red.): „Będąc posłusznymi względem dekretów Papieskiej Komisji Biblijnej z lat 1911-1912, katolicy zazwyczaj popierali to rozwiązanie problemu synoptycznego [Mt-Mk-Łk], ale teraz, ponieważ w odniesieniu do tych dekretów została dana całkowita wolność, zostały uczciwie rozpoznane ograniczenia takiego rozwiązania [i tutaj Gast odnosi się do Collinsa i Browna, których wypowiedź była cytowana na początku]”13. Jasno wynika stąd, że bitwa została przegrana po publikacji „wyjaśnienia” A.M. w 1955 roku.

Mając jeszcze wątpliwości w odniesieniu do tych, tak zwanych, odwołań „nie-wprost” zawartych w encyklice Divino afflante Spiritu i konstytucji Dei Verbum wspominanych przez Collinsa i Browna odnalazłem stosowne fragmenty obu dokumentów. Pius XII w Divino afflante Spiritu pisał:

„Taki stan rzeczy [istnienie problemów nadal nierozwiązanych] nie powinien powstrzymywać egzegety katolickiego, który posiada silne i czynne zamiłowanie w swoim zawodzie, a Matce Kościołowi szczerze jest oddany. Niechaj trudne, dotąd nie rozwiązane zagadnienia wciąż na nowo podejmuje, nie tylko by odpierać zarzuty przeciwników, ale przede wszystkim, aby wypracować pozytywne rozwiązanie, zgodne z nauką Kościoła, zwłaszcza z tradycją o pełnej nieomylności Pisma Św., uwzględniając niewątpliwe wyniki wiedzy świeckiej. Starania tych dzielnych pracowników w winnicy Pańskiej należy osądzać nie tylko z uznaniem i sprawiedliwością, ale i z miłością. O tym obowiązku niechaj pamiętają wszyscy inni synowie Kościoła, trzymając się z dala od nierozumnej gorliwości, która wszystko co nowe potępia lub uważa za podejrzane tylko dlatego, że jest nowe. W orzeczeniach i prawach Kościoła – niechaj pamiętają o tym – chodzi o sprawy wiary i moralności, a spomiędzy wielu rzeczy w Piśmie Św. w księgach prawnych, historycznych, dydaktycznych i prorockich jest tylko niewiele takich, których sens został przez autorytet Kościoła wyjaśniony. A i teksty, co do których Ojcowie Kościoła są jednomyślni, nie są wiele liczniejsze. Zatem pozostaje wiele kwestii i to w stosunku do bardzo ważnych zagadnień, których wyjaśnienie i zbadanie pozostawione jest swobodnie przenikliwości i zdolnościom egzegetów katolickich, a każdy ku pożytkowi ogólnemu obowiązany jest wedle możności przyczyniać się do stałego postępu wiedzy biblijnej i do obrony honoru Kościoła. To prawdziwa wolność dzieci Bożych, która z jednej strony trzyma się mocno nauki Kościoła, a z drugiej każdy przyczynek wiedzy świeckiej przyjmuje jako dar Boży. Ta wolność, pielęgnowana przez dobrą wolę wszystkich, jest warunkiem i źródłem owocnych wyników oraz trwałego postępu wiedzy katolickiej”14.

Konstytucja Soboru Watykańskiego II Dei Verbum:

„Egzegeci katoliccy i inni uprawiający świętą teologię powinni starać się, by wspólnym wysiłkiem pod nadzorem świętego Urzędu Nauczycielskiego, przy zastosowaniu odpowiednich pomocy naukowych, tak badać i wykładać boskie Pisma, by jak najliczniejsi słudzy Słowa Bożego mogli z pożytkiem podawać ludowi Bożemu pokarm owych Pism, który by rozum oświecał, wolę umacniał, a serca ludzi ku miłości Bożej rozpalał. Sobór święty dodaje otuchy synom Kościoła, którzy zajmują się studiami biblijnymi, by z odnawianą ciągle energią dzieło szczęśliwie podjęte prowadzili nadal z wszelką starannością wedle myśli Kościoła” (KO 23).

Papież Pius XII oczywiście zachęcał do dalszych badań skrypturystycznych, ale zawsze w ramach nauczania Kościoła. Dekrety PKB zostały włączone w nauczanie Kościoła w takim sensie, w jakim mówi o tym encyklika Divino afflante Spiritu. Jeżeli ta encyklika implicite odwołała tamte dekrety, to dlaczego „wyjaśnienie” A.M. o tym nie wspomina, to znaczy, nie mówi, że uzupełnia to, co już zostało oznajmione w Divino afflante Spiritu? Skoro jednak Pius XII nie odniósł się do orzeczeń PKB i nie stwierdził, że zostały uchylone w jakikolwiek sposób, to pozostają ważne i wszyscy wierzący powinni ich przestrzegać. Pisząc cytowane słowa, Pius XII nie odwoływał wcześniejszych dekretów, lecz odnosił się do braku reakcji ze strony katolickich egzegetów na kryzys modernistyczny, który ponownie zaczął wpływać na Kościół. Tym razem jednak modernizm nie wychodził z wnętrza Kościoła, lecz z różnych protestanckich źródeł na zewnątrz. Racjonalistyczna protestancka nauka biblijna, taka jak metody historyczno-krytyczne i teoria źródeł, zdobywały sobie grunt w świecie teologii. Te popularne i nowatorskie idee stanowiły atak na Pismo Święte. Jako że Kościół katolicki jest strażnikiem i przechowawcą depozytu wiary, włączając spisane Słowo Boże, Pius XII wezwał badaczy, aby zaangażowali się w walkę, „odparli zarzuty przeciwników” i „bronili przed zarzutami księgi przez Boga natchnione”. Zamiast zaprzeczać zarządzeniom PKB i postrzegać je jako przeszkodę, badacze katoliccy powinni raczej rzeczywiście użyć ich jako wskazówek i podjąć wysiłek wyjaśnienia dlaczego i jaki sens mają poszczególne dekrety. Czyż taki wysiłek nie stanowiłby „stałego postępu wiedzy biblijnej i obrony honoru Kościoła”, które wspomina Pius XII? Niestety, badacze poszli z duchem czasu i przyjęli racjonalistyczną naukę protestancką. Przyjrzyjmy się następującej wypowiedzi z Jerome Biblical Commentary zawartej w podpunkcie „Powstanie katolickiej nauki krytycznej” (org. „Emergence of Catholic Critical Scholarship”):

„Ogólnie, nowożytna katolicka nauka na temat Nowego Testamentu polegała na roztropnym dobieraniu i włączaniu elementów akceptowalnych w badaniach protestanckich. Jak na razie, nie idzie więc ona własnymi nowymi ścieżkami. Zdołała natomiast przekonać bardziej inteligentnych katolików, że ultrakonserwatywne poglądy biblijne z przeszłości są już nie do utrzymania”15.

Jak to ujął A.M. nasi badacze – zamiast promować „na każdy możliwy sposób solidne i owocne studium Pisma Świętego” i „skutecznie zamykać drzwi wyjaśnieniom subiektywnym i arbitralnym” modernistów – pomogli „zmyć święte ramy Tradycji”.

Po Piusie XII, Sobór Watykański II powtórzył nauczanie Divino afflante Spiritu i nawet podkreślił dwa razy w jednym krótkim fragmencie konieczność trzymania się myśli Kościoła. Tak więc Sobór, zachęcając do studiów biblijnych, przypomniał badaczom również to, że wszystkie badania mają być utrzymane w obrębie stosownych granic i prowadzone „przy zastosowaniu odpowiednich pomocy naukowych”. Ostatecznie, Sobór nauczał, że „badacz katolicki musi opanować techniczne szczegóły Pisma Świętego, a także zweryfikować wyniki tych badań wobec świadectwa całości Pisma Świętego, nauki Ojców, soborów, liturgii (wschodniej i zachodniej) i życia świętych”. Nowe metody naukowe, takie jak krytyka historyczna, mogłyby być sprawdzone i użyte, ale musiałyby być zawsze wykorzystywane w celu zachowania całości depozytu wiary.

Inaczej niż twierdzą Collins i Brown, nie wydaje się, aby istniało jakieś odwołanie „nie-wprost” dekretów PKB w cytowanych dwóch dokumentach (tj. Divino afflante Spiritu i Dei Verbum). Najlepsze wyraźne odwołanie jakie można znaleźć, to tylko artykuł opublikowany przez kogoś nazywającego siebie A.M. w niemieckim biblijnym czasopiśmie pozbawionym kościelnego autorytetu. Oznacza to, że nie było unieważnienia, ani wyjaśnienia, ani odwołania „nie-wprost”. Był tylko kiepsko napisany artykuł, podpisany przez tajemniczego autora „A.M.” w najlepszym razie wyrażającego swoje prywatne przekonania, a w najgorszym niebezpiecznie atakującego nauczanie Kościoła. Wniosek z tego, że dekrety PKB są nadal ważne, obowiązujące i w pełni skuteczne. Jaki jeszcze wniosek jest możliwy?

Przedstawianie zwyczajnego nauczania Kościoła jako mającego „niewiele więcej niż historyczną wartość” jest ciężkim błędem i w żadnym wypadku nie stanowi „wyjaśnienia”. Kiedy takie rzeczy stają na naszej drodze, musimy wybrać między „prawdziwą wolnością dzieci Bożych, która trzyma się mocno nauki Kościoła”, jak twierdził papież Pius XII a „całkowitą wolnością wobec tych dekretów”, jak to utrzymują Collins, Brown i Gast.

Przylgnąwszy wiernie do nauki Kościoła, miałem teraz wystarczający zasób informacji, aby dokończyć mój artykuł na temat „zagadnienia synoptycznego”. W moim artykule Kto napisał pierwszy? odwołałem się do dekretów PKB i innych autorytatywnych argumentów z Ojców Kościoła i Tradycji. Mogłem trafnie argumentować za tym, że Mateusz był pierwszy, po nim Marek a potem Łukasz. Takie podejście i rozwiązanie uspokoiło moje sumienie, wzmocniło wiarę, i wywołało uśmiech wobec ograniczoności używania tylko argumentów z wnętrza tekstu.

Sean Kopczynski

tłum. Michał Chaberek OP

Tekst ukazał się w 64 numerze kwartalnika Fronda, który wciąż jest w sprzedaży

1). Potwierdzenie tej tezy zob. International Critical Commentary, t. 1, s. 99.
2). T.A. Collins OP, R.E. Brown, S.S., Church Pronouncements [w:] The Jerome Biblical Commen­tary, New Jersey: Prentice-Hall, Inc. 1968, [72:25], s. 629.
3). A.M.,Das neue Biblische Handbuch [w:] „Benediktinische Monatschrift”, (31)1955, s. 49–50. „The Catholic Biblical Quarterly”, (18)1956, s. 24–25 (przyp. red.).
4). Sprostowanie autorstwa A.M. było recenzją czwartej edycji Enchiridion Biblicum — zbioru wypowiedzi doktrynalnych Kościoła dotyczących Pisma Świętego zawierającego także wczesne odpowiedzi PKB (przyp. red.).
5). Słowa zaznaczone kursywą zostały pominięte w angielskim przekładzie „wyjaśnienia” po­danym na przykład w opracowaniu Rome and the Study of Scripture. Jednak istnieją one zarówno w tekście niemieckim (in aller Freiheit), jak i łacińskim (plena libertate) (przyp. red.).
6). Rome and the Study of Scripture. A Collection of Papal Enactments on the Study of Holy Scripture together with the Decisions of the Biblical Commission, wyd. 7, St. Meinrad: Abbey Press Publishing Division 1964, s. 169–170 (przyp. red.).
7). Pius X, Motu proprio Praestantia Scripturae Sacrae (EB 271), ASS 40(1907), s. 724.
8). Zob. J. Ratzinger, Wstęp do anglojęzycznego wydania dokumentu PKB Interpretacja Pisma Świętego w Kościele (The Interpretation of the Bible in the Church) z 23 kwietnia 1993 roku.
9). Instrukcja Komisji Biblijnej z 15 grudnia 1955 roku O stowarzyszeniach biblijnych, AAS, 48(1956), n. 61–64 (EB 625).
10). Monitum Św. Oficjum z 20 czerwca 1961 roku (AAS, t. 53(1961), s. 507).
11). Enchiridion Biblicum 183, por. ASS, 39(1906), s. 377.
12). Enchiridion Biblicum 279, por. ASS, 41(1908), s. 613.
13). F. Gast, hasło „Synoptic Problem” [w:] Jerome Biblical Commentary, [40:14]. s. 5.
14 ). http://www.opoka.org.pl/encykliki/divino_afflante_30091943.html
15). S. Kselman SS, hasło: „Modern New Testament Criticism” [w:] Jerome Biblical Commentary, [41:71], s. 19

RZYMSKI KATOLIK

Podczas kampanii wyborczej w Pierwszym Stalinowskim Okręgu Wyborczym miasta Moskwy wystąpił kandydat Józef Stalin, mówiąc między innymi, że nigdy i nigdzie nie było takiej demokracji, jak nasza, znaczy – sowiecka . Nic więc dziwnego, że tą demokracją uszczęśliwiłby cały świat, gdyby mógł.

Na szczęście nie mógł, więc uszczęśliwił nią tylko niektóre kraje, między innymi – nasz nieszczęśliwy. Naturalnie nie czynił tego osobiście, to byłoby fizycznie niemożliwe – ale nastręczyło mu się bardzo wielu pomocników w osobach rozmaitych szczerych demokratów tworzących bijące serce partii, czyli bezpiekę: Bermanów, Fejginów, Grynszpanów-Kikielów, Humerów, Kwasków i tym podobnych. Ci z wrogami demokracji postępowali bez ceregieli; Wdeptywali ich w ziemię, gnoili w więzieniach spychali na margines, słowem – wyrywali Polskę z ich reakcyjnych szponów razem z paznokciami. Toteż nic dziwnego, że dzisiaj pan red. Seweryn Blumsztajn reaguje świętym oburzeniem na zuchwałe próby kradzieży już nie tylko Święta Niepodległości przez jakichś tubylczych samozwańców, ale przede wszystkim – Polski. „A Polska nie jest do kradzieży, Polska się cała nam należy!” – powiedziałby dziś Towarzysz Szmaciak.

Powiedziałby – ale oczywiście nie powie, ponieważ Towarzysz Szmaciak zniknął wraz z nastaniem transformacji ustrojowej. To znaczy – oczywiście nie zniknął, skądże by znowu! On się tylko na okoliczność transformacji ustrojowej przepoczwarzył w europejsa. „Już z nowym wrogiem toczy walkę, już ma lodówkę, wózek, pralkę…” Bo skoro Towarzysz Szmaciak nie zniknął, a tylko na potrzeby transformacji ustrojowej się przepoczwarzył, to znaczy, że nie zniknęły też bezpieczniackie dynastie, których początki nikną w mrokach obydwu okupacji, a okres dobrego fartu trwa nieprzerwanie od roku 1944, kiedy to Józef Stalin powierzył im tresowanie naszego mniej wartościowego narodu tubylczego do komunizmu i demokracji.

Dopiero uświadomiwszy sobie tę ciągłość, możemy zrozumieć przyczyny, dla których pan prof. Jerzy Stępień, były prezes Trybunału Konstytucyjnego nie może nadziwić się „służalczości” prokuratury wobec tajnych służb. No jakże tu się dziwić, kiedy przecież i za komuny i teraz, prokuratura i niezawisłe sądy stoją na straży „zdobyczy”! Za to przecież zostali prokuratorami! Toteż nie dziwią nas informacje o ofensywie przeciwko „mowie nienawiści”, za pomocą której europejsy zamierzają dyscyplinować nasz mniej wartościowy naród tubylczy. Najwyraźniej mądrość etapu podsuwa kolejnemu pokoleniu staliniątek nowe preteksty. To znaczy – zasadniczo takie same, bo przecież tak samo, jak w latach 40-tych ubiegłego wieku, tak i dzisiaj zasadniczym celem jest obrona demokracji. Różnica polega na tym, że o ile wtedy demokracji zagrażała reakcja, której nosicielem były „zaplute karły”, to teraz zagraża jej „mowa nienawiści”. No dobrze – ale „mowa nienawiści” nie unosi się w powietrzu sama z siebie. „Mowę nienawiści” produkują nienawistnicy. A skoro tak, to nie ma innej rady, jak tylko rozprawić się z nienawistnikami pod sztandarem – jakże by inaczej? – „obrony demokracji”!. A obrona demokracji wiadomo – wymaga, by nienawistników „ograniczać”, „wypierać”, a jak trzeba, to i „likwidować”. To nie są żarty zwłaszcza, gdy się zważy, że ci nienawistnicy odgrażają się, iż „chcą” zabrać bezpieczniackim dynastiom „zdobycze”. Toteż kabewiaki się uwijają by dostarczyć coraz to nowe preteksty do kolejnej pacyfikacji.

Stanisław Michalkiewicz

Dużo mówi się dziś o Unii Europejskiej, rozważa się jej zalety i wady. Zapomina się jednak często o najważniejszym zagadnieniu: jakie są metafizyczne podstawy nie tylko Unii Europejskej, lecz również całego dominującego dziś na świecie demokratycznego systemu rządów, z jego głównym organem – tj. ONZ – na czele?

Czym jest państwo? Na czym polega istota rządzenia społecznością?

Przyzwyczajeni do zastanych systemów społecznych często przyjmujemy je całkowicie bezrefleksyjnie i dopiero kiedy władza zaczyna być zagrożeniem dla naszego osobistego dobra, zastanawiamy się nad jej istotą. Pamiętajmy jednak, że rozum został nam dany po to, abyśmy analizowali fakty, z którymi się stykamy (tzn. wydarzenia, doktryny etc.) i wyciągali z nich wnioski nie tylko w tych kluczowych momentach, kiedy trzeba decydować, czy poprzeć je, czy też stawiać im opór, ale również wybiegając myślą w przyszłość. Dlatego potrzebna jest analiza podstaw funkcjonowania państwa i rządu, bo dopiero na jej podstawie możemy znaleźć odpowiedź, czy Unia Europejska jest instytucją szanującą porządek naturalny, czy nie, czy ma charakter chrześcijański – czy antychrześcijański.

Nauka św. Tomasza z Akwinu dotycząca państwa i społeczeństwa jest dla katolików nie tylko przewodnikiem, zatwierdzonym zresztą przez Urząd Nauczycielski Kościoła z powodu swej jasności, logicznego przedstawienia oraz obiektywnej obserwacji faktów historycznych – miała ona również zasadniczy wpływ na filozofię prawa, naukę społeczną i politologię do dzisiejszych czasów. Także – niektóre – niekatolickie środowiska naukowe uznają swą naukową zależność od Akwinaty (tak np. J. Baumann, O. Gierke, E. Troeltsch, A. Carlyle, R. Ihering etc.1). Doktor Anielski jest mistrzem w przedstawianiu zarówno naturalnego, jak i nadprzyrodzonego porządku świata. Głównym dziełem zajmującym się interesującym nas zagadnieniem jest jego praca O władzy (De regimine principum), podsumowująca wszystkie główne teorie państwa rozrzucone w innych dziełach św. Tomasza (np. Suma teologiczna I, 96; Komentarz do Polityki Arystotelesa etc.)2.

Podstawa państwa i rządu

Podstawowa zasada rządząca państwem wywodzi się z celu, dla którego zostało ono stworzone. Wszystko bowiem, co istnieje, ma swój właściwy cel dany mu przez Stwórcę, wyryty w jego naturze: “Otóż wszędzie tam, gdzie jest jakieś ukierunkowanie na cel i gdzie można postępować tak albo inaczej, potrzebny jest jakiś kierownik, dzięki któremu dochodzi się prosto do właściwego celu” (De regimine principum I, 1). Z tej podstawy możemy określać istotne zadania państwa i rządów:

Od samego początku św. Tomasz podkreśla, że podobnie jak każdy człowiek jest stworzeniem zależnym od Boga i ukierunkowanym ku Niemu jako swemu ostatecznemu celowi, tak również państwo jest tworem Boga: “Rządzić znaczy prowadzić odpowiednio to, czym się rządzi, do właściwego celu. Celem ostatecznym społeczności jest żyć według cnoty. Po to przecież ludzie tworzą wspólnoty, aby razem żyć dobrze, czego nie mógłby osiągnąć każdy w pojedynkę. Jeśli jednak człowiek żyje według cnoty, zwraca się ku celowi ostatecznemu, który polega na nasyceniu się Bogiem. Otóż cel ludzkiej społeczności powinien być ten sam, co cel jednego człowieka” (De regimine principum II, 3).

Społeczeństwo jest potrzebne, ponieważ człowiek sam sobie nie wystarczy, aby przeżyć: “Gdyby człowiek żył w pojedynkę, nie potrzebowałby żadnego innego kierowania, lecz każdy sam dla siebie byłby królem, poddanym najwyższemu królowi – Bogu, jako że sam kierowałby sobą w swoich czynach, dzięki światłu rozumu danemu mu przez Boga. Otóż człowiek jest z natury stworzeniem społecznym i politycznym, żyjącym w gromadzie (…) ponieważ nie zdoła on samodzielnie przejść przez życie” (I, 1). “Zwierzęta wrodzonym instynktem rozpoznają, co przynosi im korzyść lub szkodę, na przykład jest w naturze owcy lęk przed wilkiem jako wrogiem; niektóre znów zwierzęta naturalnym instynktem wyszukują sobie lecznicze trawy lub coś innego, co jest niezbędne do życia. Natomiast człowiek ma tylko ogólną naturalną znajomość tego, co jest mu niezbędne do życia; potrafi bowiem na podstawie zasad naturalnych dochodzić rozumem, co mu szczegółowo jest konieczne do ludzkiego życia. Otóż nie jest możliwe, aby jeden człowiek mógł to wszystko ogarnąć rozumem; musi więc żyć w gromadzie, aby jeden wspierał drugiego, aby różni zajmowali się różnymi wynalazkami rozumu, na przykład jeden sztuką leczenia, drugi tym, trzeci innym” (tamże). W innym miejscu św. Tomasz udowadnia potrzebę życia społecznego i państwa w oparciu o niewystarczalność jednostki. Państwo istnieje zatem dla doskonalenia swoich członków, a nie odwrotnie. Państwo musi pomagać człowiekowi w osiągnięciu jego właściwego celu.

Skoro człowiek musi żyć w społeczności, jako że w pojedynkę nie potrafi zaradzić życiowym potrzebom, zatem tym doskonalsza jest społeczność, im bardziej samowystarczalna w zakresie potrzeb życiowych. Wprawdzie pojedyncza rodzina jest już jakoś życiowo samowystarczalna: w zakresie przygotowywania pokarmów, wychowania potomstwa itp.; wieś – w zakresie jakiegoś działu gospodarki; miasto natomiast, jako społeczność doskonała – w zakresie wszystkich potrzeb życiowych. Jeszcze bardziej kraj – ze względu na konieczność zwalczania nieprzyjaciół i wzajemnej przeciwko nim pomocy” (De regimine principum I, 1). Znaczy to, że państwo nie ma pomniejszać roli ani likwidować mniejszych społeczności, lecz przeciwnie – opierać się na nich, szanować je i pomagać im w jak najbardziej samowystarczalnym realizowaniu ich celów. Rząd, który ogranicza i paraliżuje życie mniejszych społeczności, gwałci samą naturę rzeczy i niszczy to, co ma budować. Jest wówczas podobny do generała, który, zazdrosny o swój autorytet, zwalnia wszystkich pułkowników, majorów etc.

“Otóż dobro i ocalenie społeczności polega na tym, aby zachować jej jedność, którą nazywamy pokojem. Jeśli zabraknie pokoju, przepadają korzyści życia społecznego, owszem, społeczność skłócona – sama dla siebie staje się ciężarem” (De regimine principum I, 2) “Toteż Apostoł, wezwawszy wierny lud do jedności, powiada: ŤStarajcie się zachować jedność ducha, związani pokojemť (Ef 4, 3). Zatem im skuteczniej rządy przyczyniają się do jedności pokoju, tym bardziej są pożyteczne” (tamże). O jaki pokój tu chodzi? O pokój, który ma swoje źródło w “jedności ducha”, kiedy wszyscy kierują się tymi samymi zasadami i mają tę samą wiarę. Pokój musi istnieć przede wszystkim pomiędzy członkami społeczności, co jest możliwe tylko wówczas, jeśli mają oni ten sam duchowy fundament i zmierzają do tego samego celu.

Istota rządu

“Jeśli jest naturalne dla człowieka żyć w licznej gromadzie, wobec tego wszyscy potrzebują jakiegoś kierowania całością. Każdy bowiem z licznych ludzi zabiega o to, co jemu odpowiada; całość rozproszyłaby się więc na cząstki, gdyby zabrakło tego, do kogo należy troska o dobro całości. (…) Dlatego wszędzie tam, gdzie jest wielość, musi być czynnik rządzący” (De regimine principum I, 1). “To, co sztuczne, naśladuje to, co naturalne, i z tego drugiego czerpiemy w swoich działaniach kierowanych rozumem” (De regimine principum II, 1). Stosując tę zasadę do rządów państwowych, określa się władzę na wzór rządów naturalnych: “Otóż w naturze rzeczy istnieją rządy zarówno powszechne, jak cząstkowe. Powszechne – o ile wszystko znajduje się pod rządami Boga, który swoją Opatrznością tym kieruje. Natomiast rządy cząstkowe znajdziemy w człowieku, który z tego powodu nazywany jest mikrokosmosem (…) członki ciała i władze duszy polegają władzy rozumu”. Władza zatem jest “jak dusza w ciele i jak Bóg w świecie” (tamże).

Wynika z tego, że władza jest organem harmonii całego Państwa, jest gwarantem sprawiedliwości i realizuje – określone szczegółowo poniżej – cele społeczności, jest “pasterzem szukającym wspólnego dobra społeczności, a nie własnego” (tamże).

 

Modele rządów i ich wypaczenia

Za Arystotelesem rozróżnia św. Tomasz formy dobrych rządów od złych według zasady: “Ktoś jest kierowany słusznie, jeśli prowadzi się go do odpowiedniego celu, niesłusznie zaś – jeśli do celu nieodpowiedniego (…) Jeśli rządzący porządkuje społeczność ku dobru wspólnemu społeczności, będą to rządy słuszne i sprawiedliwe, jakie przystoją wolnym ludziom. Jeśli jednak rządy kierują nie ku dobru wspólnemu społeczności, ale ku prywatnemu dobru rządzącego, będą to rządy niesprawiedliwe i przewrotne” (De regimine principum I, 1). Istnieją trzy rodzaje dobrego rządu oraz odpowiadające im wynaturzenia: jeśli rządy są sprawowane przez jednego władcę, nazywają się monarchią, zaś ich niesprawiedliwa forma tyranią. Jeśli są sprawowane przez “nielicznych, ale cnotliwych, nazywa się je arystokracją, czyli władzą najlepszych” (tamże); ich wypaczenie to oligarchia, czyli władza nielicznych, nie działających dla prawdziwego wspólnego dobra społeczności, lecz tylko dla swej własnej korzyści. Oprócz liczby rządzących oligarchia nie różni się niczym od tyranii. Jeśli sprawiedliwe rządy sprawuje jakaś społeczność, nazywa się to republiką, a “niegodziwe sprawowanie przez licznych nazywa się demokracją, czyli władzą ludu” (tamże).

Najlepszą formą rządu jest monarchia. Doktor Anielski podpiera to twierdzenie następującym argumentem: “to, co zgodne z naturą, jest najlepsze, albowiem w poszczególnych bytach natura sprawia to, co najlepsze. Otóż wszelkie rządy naturalne sprawuje jeden. Częściami duszy kieruje jedna władza podstawowa, mianowicie rozum; pszczoły mają jedną matkę, zaś stwórcą i rządcą całego wszechświata jest jeden Bóg. To się zgadza z rozumem: każda bowiem wielość pochodzi od jednego” (De regimine principum I, 2).

Plaga niesprawiedliwego rządu

Niesprawiedliwy rząd jest dla ludzi wielką plagą. Sposób, w jaki wszystkie dobra społeczności i jednostek są wówczas zagrożone, a nawet niszczone, pokazuje św. Tomasz w analizie tyranii: “Moc niesprawiedliwego władcy działa na zło społeczności, gdyż dobro wspólne społeczności odwraca on wyłącznie dla swojego własnego dobra”, “szuka swojego prywatnego dobra z pogardą dla wspólnego, w rezultacie w różnoraki sposób uciska poddanych, gdyż sam podlega różnorodnym namiętnościom, które pchają go ku jakimś dobrom. Jeśli dał się uwięzić chciwości, rabuje dobra poddanych. Jeśli dał się zwyciężyć gniewowi, z byle powodu rozlewa krew. (…) W ogóle nie można wówczas być bezpiecznym, lecz – wobec odejścia od prawa – wszystko jest niepewne. I nic nie może się wówczas utrwalić, gdyż zależy od czyjejś woli, żeby nie powiedzieć – zachcianki” (De regimine principum I, 3).

“Tyran obciąża poddanych nie tylko w zakresie dóbr cielesnych, ale przeszkadza im w dobrach duchowych (…) Bardziej podejrzani dla nich są dobrzy niż źli i zawsze straszliwie boją się cudzej cnoty. Zatem tyrani starają się nie dopuścić do tego, aby ich poddani stali się cnotliwi i nabrali ducha wielkoduszności, bo wówczas nie znieśliby ich niegodziwego panowania. Zabiegają również o to, aby pomiędzy poddanymi nie utrwalały się związki przyjaźni i aby nie radowali się oni wzajemnym zyskiem pokoju: kiedy bowiem jeden drugiemu nie ufa, nie mogą niczego podejmować przeciw ich opanowaniu. Toteż sieją niezgody wśród poddanych, a istniejące podtrzymują, oraz zakazują tego, co łączy ludzi, na przykład małżeństw i zebrań oraz tym podobnych rzeczy, dzięki którym rodzi się wśród ludzi zażyłość i zaufanie. Wysilają się ponadto, aby poddani nie stali się silni i bogaci – podejrzewają ich bowiem według przewrotności swego sumienia, a ponieważ sami używają potęgi i bogactw do szkodzenia, obawiają się, żeby siła i bogactwo poddanych im nie zaszkodziły” (tamże).

Niesprawiedliwy rząd prowadzi społeczność do moralnego upadku: “Ludzie żyjący w strachu wyradzają się w służalców i stają się małoduszni w dziele wymagającym odwagi i wytrwałości (…) Przez niegodziwość tyranów poddani słabną w doskonałości cnót. ŤKiedy bezbożnicy przejmą władzę, jęczy ludť (Przyp 29, 2), bo został wzięty w niewolę. (…) Toteż powiada Salomon: ŤLew ryczący i zgłodniały niedźwiedź – oto władca niegodziwy nad biednym ludemť (Przyp 28, 15). Dlatego ludzi kryją się przed tyranami jak przed bestiami krwiożerczymi, a poddać się tyranowi to tak samo, jakby padać na twarz przed szalejącą bestią” (tamże).

Porównując ten opis tyranii z różnymi formami sprawowania władzy występującymi w ostatnich dwóch stuleciach należy stwierdzić, że wiele z nich miało cechy rządu niesprawiedliwego. Czy należy do nich zaliczyć również rząd Unii Europejskiej? Czy popiera on i realizuje prawdziwe wspólne dobro społeczności, czy też gardzi nim i szuka swojej prywatnej korzyści kosztem społeczności, którą chce kierować?

Otóż dobro nie jest czymś subiektywnym, ale jest ukierunkowaniem ku ostatecznemu dobru człowieka, którym jest jego wieczne szczęście, czyli Bóg. Każde prawdziwe dobro ma zatem bezpośrednie odniesienie do Boga, zbliża do Niego, prowadząc pewną rzecz czy pewien czyn do doskonałości. Doskonałość społeczności może być naturalna lub nadprzyrodzona: jest naturalna, jeśli społeczność osiągnie swój ziemski cel; nadprzyrodzona zaś, jeśli osiągnie cel wieczny. Właściwym dobrem państwa jest jego naturalna doskonałość, jako że państwo nie istnieje poza doczesnością. Ponieważ jednak wszyscy poddani państwa są przeznaczeni do celu nadprzyrodzonego, musi ono w miarę swoich naturalnych możliwości usuwać przeszkody i pomagać, aby łatwo i spokojnie mogli osiągnąć dobro wieczne.

Na czym polega “dobro wspólne” Unii Europejskiej? Jedność, którą chce ona stworzyć, opiera się na zasadach, które nie znają najwyższego dobra, wspólnego dla wszystkich, zatem nie przewiduje środków, aby to najwyższe dobro osiągnąć.

Przeciwnie, faktem jest, że “dobro” Unii zdaje się raczej wykluczać możliwość istnienia dobra transcendentnego: przeszkadza poddanym w realizacji dóbr duchowych, ustanawia rząd, który nie respektuje ani tych naturalnych dóbr jednostek, ani ich nadprzyrodzonego przeznaczenia. Poza tym UE zamierza na wszystkich poziomach likwidować samowystarczalność poszczególnych społeczności (zob. punkt 3 w rozdziale Podstawa państwa). W ten sposób niszczy tożsamość narodową oraz wszystkie cnoty związane z miłością do ojczyzny, rodziny i instytucji, które kształcą osobę ludzką. – Dlatego wiele punktów (jeśli nie wszystkie), wymienionych w opisie niesprawiedliwego rządu, odnosi się również do Unii Europejskiej.

Aby jeszcze ściślej określić sprawiedliwy oraz nieprawy rząd, należy zdefiniować właściwe cele oraz wynikające z nich obowiązki sprawowania władzy w państwie.

Cele państwa

Rządzący, “pouczony przez prawo Boże, niech ku temu zwraca swój szczególny wysiłek, aby poddana mu społeczność dobrze żyła. Wysiłek ten obejmuje trzy rzeczy: po pierwsze, aby w poddanej społeczności ustanowić dobre życie, po wtóre, aby je zachować, po trzecie, aby zachowywane zmieniać na lepsze”.

1.”Do dobrego życia potrzebne są dwie rzeczy: pierwsza podstawowa, a jest nią działanie według cnoty (cnota bowiem jest tym, dzięki czemu ktoś dobrze żyje), i druga wtórna i jakby nadrzędna, mianowicie dostateczna ilość dóbr cielesnych, które są niezbędne do działania cnotliwego” (De regimine principum II, 4). Dlatego władza musi budować państwo na solidnym fundamencie chrześcijańskiej moralności i zapewnić obywatelom wszelkie materialne środki do właściwego i stosunkowo łatwego spełniania obowiązków i czynienia dobra.

2.”Jeśli zostało ustanowione dobre życie, należy się troszczyć o jego zachowanie. Otóż istnieją trzy przeszkody, nie pozwalające trwać dobru publicznemu, a jedna z nich pochodzi z natury: nie da się bowiem dobra społecznego ustanowić raz na zawsze, lecz trzeba to czynić niejako nieustannie; ludzie są śmiertelni i nie mogą trwać wiecznie ani nie mają tych samych sił przez całe życie, gdyż ono podlega licznym zmianom, toteż nie zachowują oni przez całe życie zdolności do jednakowego spełniania tych samych obowiązków. Druga przeszkoda do zachowania dobra publicznego pochodzi z wewnątrz, a jej źródłem jest przewrotność woli: czy to lenistwo w spełnianiu tego, czego wymaga sprawa publiczna, czy nawet szkodzenie pokojowi społecznemu, kiedy ktoś naruszając sprawiedliwość burzy pokój innym. Trzecia zaś przeszkoda do zachowania rzeczy publicznej pochodzi z zewnątrz: jeśli przez najazd wrogów pokój zostaje zburzony i państwo ulega na jakiś czas dogłębnemu rozproszeniu” (tamże). Dlatego władza musi troszczyć się o wychowanie odpowiedzialnych zastępców, w których świeci w szczególny sposób sens moralności i zasad dobrego życia i którzy potrafią również innych do tych dóbr prowadzić. Również władza “niech swoimi prawami i rozkazami, karą i nagrodą, powstrzymuje poddanych sobie ludzi od niegodziwości i prowadzi ich do czynów cnotliwych” (tamże). Musi wreszcie władza dbać o bezpieczeństwo przed wrogami zewnętrznymi.

3.W końcu władza musi starać się o postęp społeczności w tym sensie, że “poprawia się to, co nieporządne, uzupełnia to, czego brak, a jeśli się da, stara się wieść ku lepszemu” (tamże).

Stosując te trzy główne obowiązki rządów do obecnej sytuacji, należy zauważyć, że:

Ad 1: Nic nie jest tak ważne jak cel. Kiedy buduje się nowe struktury państwowe, należy badać cele, dla których są one tworzone. Ponieważ cele komunizmu i narodowego socjalizmu przeciwne były prawom Bożym, papieże potępili te formy sprawowania władzy jako bezbożne i przeciwne naturze. Z przedstawionej powyżej analizy wynika wyraźnie, że istotne cele państwa i rządzenia społeczeństwem są w Unii Europejskiej pomijane, dlatego też nie może ona zamierzać do “dobrego życia realizowanego przez cnoty”.

Ponieważ jednak nic nie dzieje się bez celu, rządy państw UE stawiają sobie własny cel “prywatny”, co jest cechą niesprawiedliwego rządu, czyli tyranii. Nowoczesnym tyranem może być partia, loża masońska etc., pragnąca realizować swe własne interesy, depcząca prawa Boże i przeszkadzająca człowiekowi w spełnianiu jego podstawowych obowiązków. Zamiast troszczyć się o dobre życie poddanych, rządy te są ogniskami przewrotności, egoizmu, gwałtu i korupcji. Dlatego godne są potępienia.

Ad 2 & 3: Jako że cele te są z konieczności podporządkowane celowi pierwszemu, wynikające z nich obowiązki są również w strukturach Unii niemożliwe do zrealizowania:

-Wychowanie odpowiedzialnych kadr może mieć miejsce jedynie w oparciu o niezmienne zasady moralne: warunkiem koniecznym jest docenianie wspólnego dobra, poświęcenie i bezinteresowność wychowanków. Te jednak skutecznie niszczy unijny liberalizm, promujący niczym nieograniczone wolności i swobody.

-Prawodawstwo oraz formy egzekucyjne Unii (jak we wszystkich nowoczesnych liberalnych demokracjach) raczej popierają przestępstwo i grzech, niż je zwalczają. Niegodziwość i nałogi, grzechy przeciw naturze, profanacja ciała etc. – wszystko to uznane jest za dobre i pożądane. Przestępca jest często bezkarny wskutek bezsilności organów bezpieczeństwa publicznego. Kara śmierci, według św. Tomasza jeden z najbardziej skutecznych czynników zachowania państwowego porządku, została zniesiona.

-O strukturach bezpieczeństwa można mówić, jeśli dobra danej społeczności są z zewnątrz zagrożone i władza używa pewnych środków do zabezpieczenia tych dóbr przed wrogami. W Unii samo pojęcie “wroga” zostało zniekształcone. Jako wróg traktowany jest ten, kto nie chce dopasować się do zasad globalizmu, kto zachowuje swoje przekonania religijne, polityczne, gospodarcze – jeśli są one przeciwne “religii”, polityce czy zasadom gospodarczym UE. Za przyjaciela natomiast uznaje się grupy niszczące dobra kultury, dziedzictwo narodów oraz całą cywilizację chrześcijańską, na której zostały zbudowane państwa europejskie.

Państwo a Kościół

Celem państwa i rządu jest cnotliwe życie całej społeczności i poszczególnych jej członków. Istnieje jednak jeszcze wyższy, ostateczny cel, któremu państwa mają służyć: “jeśli człowiek żyje według cnoty, zwraca się ku celowi ostatecznemu, który polega na nasyceniu się Bogiem (…) Ponieważ jednak celu, jakim jest nasycanie się Bogiem, nie osiągnie człowiek mocą ludzką, lecz Bożą, prowadzenie do tego celu ostatecznego nie jest zadaniem rządów ludzkich, lecz Bożych. Te rządy należą więc do tego Króla, który jest nie tylko Człowiekiem, lecz również Bogiem, mianowicie do Pana Jezusa Chrystusa, który czyni ludzi synami Bożymi i wprowadza ich do chwały niebieskiej” (De regimine principum II, 3). Urząd ten Chrystus powierzył Kościołowi i jego kapłanom. “Tak więc jemu, który ma się troszczyć o cel ostateczny, powinni być poddani i jego rozkazami winni się kierować ci, do których należy troska o cele wcześniejsze” (tamże).

Stąd wynika podstawowa zasada nauki społecznej Kościoła, głosząca, że państwo jest podporządkowane Kościołowi. Nie jest to jednak tzw. postestas directa, tj. władza bezpośrednia, której podporządkowane byłyby nie tylko duchowne, ale także doczesne sprawy państw. Od tych ostatnich wymaga się tylko zachowywania Bożych przykazań i przestrzegania zasad sprawiedliwości, przy czym państwo zachowuje pełną autonomię w kwestiach czysto doczesnych. Władza Kościoła jest więc pośrednia (potestas indirecta) i polega na całkowitym podporządkowaniu świeckiej władzy Kościołowi we wszystkich sprawach czysto duchownych, a także tzw. mieszanych. Te ostatnie sprawy są przedmiotem władzy zarówno duchowej, jak i świeckiej – są to np. zasady wychowania, małżeństwo i rodzina etc. W kwestiach tych obowiązkiem rządu świeckiego jest respektowanie prawa kościelnego, popieranie i bronienie go, usuwanie przeszkód itd. W tym sensie prawdziwe państwo powinno zawsze być katolickie.

Zasady te są dziś gwałcone we wszystkich konstytucjach państwowych. Ostatnie katolickie konstytucje państwowe zostały zlaicyzowane pod naciskiem samej hierarchii, wymagającej dostosowania ich do zmian soborowych. Dominującym modelem rządów jest państwo neutralne w sprawach religijnych, w którym Wiara i moralność Kościoła nie mają żadnego wpływu na życie publiczne i które uważa się za niekompetentne w sprawach religijnych. Sprawy “mieszane” natomiast państwo uważa za swoją własność i pozwala na “ingerencję” Kościoła tylko o tyle, o ile wydaje mu się to korzystne. W tym duchu powstały obecne konkordaty (więcej na temat konkordatów zob. artykuł Tomasza Buji …Nie miałbyś nade mną żadnej władzy…, Zawsze wierni nr 2/2003 (51), s. 80).

Trzeba jednak podkreślić, że w nowoczesnych rządach państw należących do tzw. Grupy G7 laicyzacja idzie jeszcze dalej: państwa te roszczą sobie prawo do kontroli nad wszystkim, w tym także nad życiem religijnym w tym sensie, że religia musi dopasować się do ich liberalnych zasad. Wewnętrzne sprawy Kościoła poddane są ich prawom, np. karane są “nietolerancyjne” kazania, wyznaniowe instytucje wychowawcze zmuszane są do przyjęcia liberalnego programu nauczania etc. Również w życiu moralnym państwo staje się najwyższą instancją: legalizuje grzechy wołające o pomstę do nieba, ustala nowe normy życia społecznego, narzuca “demokratyczny model rodziny”, promuje rewolucję obyczajową etc.

Kontrola ta stanie się jeszcze bardziej skuteczna wtedy, kiedy powstanie super-państwo, ponieważ będzie ono miało cechę powszechności: można będzie wówczas ustalić powszechnie obowiązujące kanony religijne i moralne, zastępując starą religię powszechną (czyli katolicyzm) – nową.

Ocena Unii Europejskiej

Przedstawiona powyżej analiza Unii Europejskiej w świetle nauczania św. Tomasza z Akwinu o metafizycznej istocie państwa i rządów nie pozostawia miejsca na wątpliwości: chodzi o nową formę tyranii. W odróżnieniu od klasycznych tyranii mamy w tym przypadku do czynienia z formą niesprawiedliwego rządu szczególnie niebezpieczną ze względu na cele, dla których jest ustanowiony, oraz środków, którymi posługuje się dla ich realizacji. Im bardziej ktoś odchodzi od swego właściwego celu, tym bardziej staje się niesprawiedliwy i nieprawy. Cele Unii Europejskiej nie tylko odchodzą od wyżej przedstawionych celów rządzenia, ale wręcz przeciwstawiają się im, przypisując sobie prawa samego Boskiego Stwórcy. Można powiedzieć, że w pewien sposób Unia ubóstwia samą siebie, gdyż ona sama, tzn. zjednoczenie świata, staje się najwyższym dobrem, czymś boskim – czymś, co istnieje samo dla siebie i czemu wszystko musi być podporządkowane. Otóż jest tylko jedna absolutna jedność wszystkich cząstek: Bóg i Jego Królestwo, istniejące w sposób zaczątkowy na ziemi (Kościół wojujący) i w sposób doskonały w niebie (Kościół tryumfujący). Zasadą jedności jest tylko najwyższa Prawda i najwyższe Dobro, którym wszystkie inne prawdy i dobra są podporządkowane.

Poprzez próbę budowania podobnej jedności, ale bez Boga i poza Jego królestwem, na zasadach wypracowanych przez masonów i według ich kodeksu (nie)moralnego, jest UE nie tylko tworem bezbożnym, lecz wręcz zapowiedzią Antychrysta.

 

Środki zaradcze

Dochodząc do wniosku, że najwyższe władze UE są szczególnie niebezpieczną formą tyranii, powstaje pytanie, w jaki sposób uratować można rodzaj ludzki od tego nieszczęścia. św. Tomasz wymienia trzy istotne warunki usprawiedliwiające użycie gwałtownych środków: 1° zwycięstwo musi być moralnie pewne, 2° zastępująca władza musi być moralnie w stanie wprowadzić i zachować porządek, 3° przewrót nie może być czynem “prywatnego przeświadczenia, lecz publicznego autorytetu”. Jeśli np. w przypadku akcji Cristeros przeciw masońskiemu rządowi Meksyku w latach 20-tych ubiegłego wieku warunki te były wypełnione, to odnośnie do omawianych tutaj niesprawiedliwych rządów trzeba stwierdzić, że spełnienie tych trzech warunków jest niemożliwością. Dlatego używanie gwałtu, terroryzmu i inne tym podobne sposoby buntu są niemoralne, bowiem prowokują wprost przeciwny do zamierzonego skutek. Pozostaje zatem tylko jeden, najbardziej skuteczny środek zaradczy:

Jeśli zaś w ogóle nie można znaleźć ludzkiej pomocy przeciwko tyranowi, trzeba się odnieść do Boga, który jest “wspomożycielem w czasie dogodnym oraz w ucisku”. Leży bowiem w Jego mocy, aby okrutne serce tyrana nawrócić na łagodność. (…) Natomiast tyranów, których uzna za niegodnych nawrócenia, On może stąd zabrać albo sprowadzić do najniższego stanu. Jak powiada Mędrzec: “Stolicę pysznych książąt Bóg zburzył, a na ich miejscu posadził pokornych”. To On, ponieważ widział ucisk swojego ludu w Egipcie i słyszał ich jęki, tyrana faraona wraz z jego wojskiem wrzucił do morza. To On Nabuchodonozora, który wcześniej wynosił się pychą, nie tylko wyrzucił z królewskiego tronu, ale nawet z ludzkiego towarzystwa i upodobnił do zwierzęcia. I ręka Jego nie jest za krótka, żeby nie mógł swojego ludu uwolnić od tyranów. (…) Lud musi jednak zaprzestać grzeszyć, aby zasłużyć sobie na dostąpienie u boga tego dobrodziejstwa. Albowiem Bóg dopuszcza władzę niegodziwców jako karę za grzech (…) aby więc ustała plaga tyranów, należy usunąć grzech (De regimine principum I, 6).

ks.Karol Stehlin FSSPX

Przypisy:

1.Zob. M. Grabmann, Thomas von Aquin, Monachium 1946.

2.św. Tomasz z Akwinu, Dzieła wybrane, Komorów 1999, s. 223-258.

Zob. M. Grabmann, Thomas von Aquin, Monachium 1946.św. Tomasz z Akwinu, Dzieła wybrane, Komorów 1999, s. 223-258.

Pod pretekstem walki z kryzysem gospodarczym rząd premiera Mario Montiego próbuje zlikwidować bądź całkowicie przekształcić szkolnictwo katolickie.

O próbach „uderzania” w katolickie szkoły przez włoski rząd alarmują stowarzyszenia szkół katolickich działające w tym europejskim kraju.

Calosc   tutaj

IF.S.P Franciszek Tomaszkowicza Msza swieta bedzie w sobote o 6-stej
wieczor w Apache Junction Az ST.GEORGE R.C.PARISH 300 E. 16-th AVE Apache
Junction AZ. o 6.PM…..

Natomiast bedzie wystawiony w Pondzialek od 6-pm do
9-pm w Gilbert podaje dokladny addres:..FALCONER FUNERAL HOME ,,,251
W.Juniper AVE Gilbert Az 85233 to jest miedzy Guadalupe-and Elliot on
Gilbert Rd.

Kilkanaście dni temu, jeden z moich Czytelników, Pan Jacek z Elbląga, z którym mam niewątpliwy zaszczyt korespondować od wielu lat, przesłał mi informację o filmie. Przeczytałem list i temat odłożyłem ad acta, na później, jak wiele spraw, na które nie starcza czasu.

Jednak gdzieś tam, w pamięci, tkwiła ta informacja i myśl, że do owego maila trzeba wrócić. Bo skoro taki link dostałem, to muszę sprawdzić, cóż to jest za ważny film. Pan Jacek nie wysyłałby mi czegoś, nad czym pochylać się nie warto. Dziś ten film obejrzałem.

Od bardzo dawna nie dzieliłem się z nikim swymi przemyśleniami w sposób inny, aniżeli za pośrednictwem pisanych przez siebie książek. Na felietony, pomieszczane niegdyś na przyzwoitych na szczęście do dziś portalach, brak mi po prostu czasu. Poza tym, w ostatnich miesiącach nastąpił taki wysyp reagujących błyskawicznie na każdy ważny temat blogerów, że nie ma już potrzeby wchodzić między nich. Zwłaszcza, że po ostatnich wydarzeniach, bezrobotni, choćby chwilowo, dziennikarze pewnie i tak tłumnie zasilą ten niezwykły obszar, jakim stała się szeroko pojęta blogosfera.

Jednak nie mogę pozostawić bez słowa komentarza tego filmu. Pan Jacek miał niewątpliwie rację. To doskonały obraz. Kiedy zacząłem szukać jakichś o nim informacji, jeszcze przed jego obejrzeniem, szybko dowiedziałem się, że jest to film zakazany. I to nie tylko w Polsce, ale również w kraju, w którym powstał, w Meksyku. Niestety, w pozostałych krajach świata też nie jest zbyt popularny.

Film nosi tytuł „For Greater Glory: The True Story of Cristiada”. Jednak bardziej jest znany pod skróconą nazwą „Cristiada”. Film opisuje historię mało znanego w Polsce zrywu katolickiego społeczeństwa Meksyku przeciwko własnemu rządowi, który ich wierze wypowiedział w roku 1926 otwartą wojnę. Rządowi, uosabianego z prezydentem Plutarco Elias Calles’em. Ten nieprzejednany wróg kościoła, bandyta, socjalista i satanista, za wymordowanie tysięcy katolików, obywateli własnego państwa, 28 maja 1926 roku otrzymał medal zasługi z rąk mistrza szkockiego rytu masonerii meksykańskiej.

I to jest główny powód, dla którego film ten jest blokowany we wszystkich krajach świata.

By ludzie nie dowiedzieli się czym jest ta organizacja, na co dzień cynicznie podnosząca swe zasługi dla „duchowego doskonalenia jednostki i braterstwa ludzi różnych religii”.

Film nie powstał oczywiście w lewackim i do cna antykatolickim Hollywood. Został zrealizowany w Meksyku, za meksykańskie, bardzo duże pieniądze. Jednak film, z technicznego punktu widzenia, nosi wszelkie znamiona obrazu światowego formatu. Kręcony był przez trzy lata, a punktem wyjścia dla scenariusza stała się kronika francuskiego historyka Jean Meyera z roku 1976, zatytułowana „The Cristero Rebellion”.

Reżyserii podjął się debiutujący w tej roli Dean Wright, który przy produkcji sagi „Władca Pierścieni”, odpowiedzialny był za jej efekty specjalne.

W jedną z głównych ról, nawróconego generała Enrique Gorostiety, wcielił się znakomity Andy Garcia, pochodzący z Kuby, zaangażowany katolik, jako aktor znany ze swych antykomunistycznych poglądów. Dziesiątków jego wspaniałych kreacji aktorskich przywoływać tu nie ma potrzeby. Z kolei w roli charyzmatycznego księdza, Ojca Krzysztofa zobaczymy doskonałego Peter’a O’Toole, którego wszyscy pamiętamy, jako brytyjskiego archeologa, agenta wywiadu i podróżnika w dwukrotnie nominowanym do Oscara filmie „Lawrence z Arabii”. Prezydenta USA, John’a Calvin’a Coolidge’a, zagrał Bruce McGill, niezwykle popularny aktor amerykański, w Polsce znany niestety głównie z roli Jacka Dalton’a w serialu „MacGyver”. Rewelacyjnie zagrał postać Jose Sancheza, 13-letniego chłopca, którego nie oszczędziła bandycka, meksykańska bolszewia, Mauricio Kuri, podkreślający w wywiadach swój gorący katolicyzm.

Muzykę do „Cristiady” skomponował James Horner, który stworzył w swym życiu oprawę muzyczną do ponad 110 filmów, takich jak „Wróg u bram”, „Cena honoru”, „Apocalypto”, czy „Titanic”!

Młode, wykształcone i utuczone na polskiej krwi wszy, starały się deprecjonować ten świetny film pisząc pod nielicznymi recenzjami, że obraz ów jest przeciętny, nudny i pozbawiony „nazwisk”. Tylko, że nazwiska, które przytoczyłem powyżej, na długo pozostaną w annałach kinematografii światowej, a ich własne zetrze wiatr historii, zanim dożyją swych dni. Takie recenzje ukazały się między innymi w tygodniku „UważamRze”, w którym już więcej nie ukaże się żadna recenzja przyzwoitego, promującego katolicyzm, filmu.

Ten obraz jest przejmującym zapisem wiary i nadziei. Myślę, że na ludziach prawych i wierzących odciśnie niezapomniane piętno i każe o sobie pamiętać. Dlatego jego promocja nie jest na rękę dzisiejszym architektom globalnego ateizmu.

Film, pod koniec marca 2012 roku, miał premierę w papieskim Instytucie Patrystycznym Augustinianum. Jak donoszą niezależne media, sala wypełniona była po brzegi. W czasie dyskusji po projekcji mówiono o niewiarygodnym zamilczaniu filmu i problemach, z którymi spotkali się jego twórcy podczas promowania swego dzieła. Jak czytamy w Wirtualnej Polonii:

http://st.dwn.so/v/DS50444A0E

Cristiady”, Pablo José Barroso zachęcał do wsparcia promocji filmu, aby szybko rozprzestrzenił się na całym świecie. Dlaczego jest tak trudno znaleźć firmę, która zajęła by się dystrybucją filmu, pozostaje tajemnicą – dodał. Pojawiały się pytania o to jak możliwym jest, że podczas gdy mierne produkcje filmowe wypełniają programy kinowe, a sale świecą pustkami, nie ma miejsca na dobrze zrealizowany film niosący katolickie przesłanie, mówiący o brutalnych prześladowaniach chrześcijan? Jakich to warunków nie spełnia „Cristiada”? Dlaczego film jest bojkotowany? Czyżby była to jakaś ukryta forma cenzury?

Jak na tym tle wygląda wspierany przez Polski Instytut Sztuki Filmowej, w której to nazwie żadne słowo nie odzwierciedla rzeczywistego charakteru tej instytucji, antypolski paszkwil „Pokłosie”? Zaangażowano do niego jakiegoś przygłupa, który bez wstydu, już nie tylko przed Polską, ale i resztą świata, ujawnia swoje braki w podstawowym wykształceniu i każe zastanawiać się, czy z jego szybką „karierą” na pewno nic wspólnego nie miał ojciec, który również w swoim dorobku ma idiotyzmy nie mające żadnych punktów stycznych z polską tradycją i kulturą. Jak wygląda porównanie rządowych agend obu tych państw, mających z założenia wspierać promowanie swych krajów na świecie?

Czy, poza wszystkim innym, nasi obecni, umiłowani przywódcy nie czuli dreszczu emocji i zimnego potu, między innymi na czole, podczas pokazu tego filmu, jaki zapewne, wzorem swych ojców i dziadów zasłużonych w PRL, nakazali sobie we własnym gronie urządzić?

Czy po plecach nie biegły im zimne ciarki, kiedy słyszeli dobiegające, podczas trwania filmu, z ekranu setki razy okrzyki: Viva Cristos Rey – Niech żyje Chrystus Król!!!

I to są powody, dla których w wolnej rzekomo Polsce film ten obłożony jest całkowitą anatemą.

(P)rezydenta „radzieckiego Meksyku” potępił 18 listopada 1926 roku, w encyklice Iniquis Afflictisque (O prześladowaniu katolików w Meksyku) Papież Pius XI. W moim przekonaniu – nie dość zdecydowanie. Ale, jak wspominałem, z katolickim Meksykiem walczyła zajadle, podobnie jak dziś z katolicką Polską, masoneria, od której wpływów nie był wolny nawet Watykan.

Namiestnicy Chrystusa na Stolicy Apostolskiej zwrócili swe oczy w stronę Meksyku i swych najwierniejszych dzieci po wielu latach.

Papież Jan Paweł II, w roku 2000, kanonizował, wraz z 24 innymi męczennikami, Ojców Jose Marię Robles’a oraz Cristobal’a Magallanes’a.

W roku 2005, męczennik Jose Sanchez del Rio wraz z Anacleto Gonzalezem Floresem i 11 innymi męczennikami Cristeros – żołnierzy Chrystusa, został beatyfikowany przez Ojca Świętego Benedykta XVI.

Postaci te możemy zobaczyć w tym pięknym filmie, który każdy może sobie obejrzeć już dziś (korzystając z dobrodziejstwa Internetu i polskich napisów), zamiast wszawych, antypolskich i antykatolickich produkcji, w polskich tylko z nazwy telewizorniach, pod adresem:

http://st.dwn.so/v/DS50444A0E

Do czego serdecznie Państwa zachęca

Sławomir M. Kozak
www.oficyna-aurora.pl