Monthly Archives: Grudzień 2012

We Francji rozpoczęto kampanię społeczną mającą na celu delegalizację Żydowskiej Ligi Obrony (Jewish Defence League – JDL). Aktywiści zarzucają władzom ochronę żydowskich bojówkarzy, którzy dopuszczają się wielu przestępstw i ataków na politycznych oponentów.

Wyliczając ataki z użyciem przemocy popełnione przez JDL protestujący powiedzieli, że są zdeterminowani do ciągłych działań mających na celu delegalizację syjonistycznej organizacji.

JDL jest uznawana za organizację terrorystyczną przez Stany Zjednoczone. Jest to skrajnie syjonistyczna grupa, której celem jest wypędzenie Palestyńczyków z terenów okupowanych przez Izrael oraz  “ochrona Żydów przed antysemityzmem w każdy z koniecznych sposobów”.

Pod rządami prezydenta Nicolasa Sarkozyego zarzucano rządowi związki z JDL i ochronę jej działalności po tym, gdy wyszło na jaw, że francuska policja udostępniała swoje ośrodki szkoleniowe do militarnych treningów żydowskich ekstremistów. Grupa ta dopuszczała się wielu ataków na aktywistów propalestyńskich, księgarnie i inne grupy, jednak ich czyny były ignorowane przez policję. Na przestrzeni lat skazano zaledwie jednego żydowskiego bojówkarza.

Film z ataku na propalestyńskiego działacza, którego żydowscy ekstremiści oblali toksycznymi środkami, został zamieszczony na ich stronie internetowej, jednak policja nie podjęła wobec grupy żadnych czynności. JDL organizowała także nabór najemników, obywateli Francji, do działań zbrojnych na terenach okupowanych Palestyny, gdzie mieli wspierać nielegalnych żydowskich osadników. Na swojej stronie internetowej oficjalnie ogłaszali, że poszukują “ochotników z przeszkoleniem wojskowym do wyjazdu do Izraela, gdzie okażą solidarność z żydowskimi osadnikami”.

Wszystkie te działania odbywają się pod parasolem “walki z antysemityzmem” i “ochrony społeczności żydowskiej”. Rzecznik JDL we Francji, Amnon Cohen, publicznie przyznawał, że grupa ma dobre stosunki z francuskimi władzami. Oddziały JDL w różnych krajach organizowały także demonstracje poparcia dla holenderskiego polityka Geerta Wildersa. Aktywne komórki organizacji działają m.in. we Francji, Wielkiej Brytanii, Holandii, Kanadzie i USA.

Za: autonom.pl

Za każdym razem, kiedy słyszę palestyńskie dzieci mówiące do mnie z uśmiechem “Welcome to Hebron”, wydaje mi się, że mówią do mnie “Welcome to Hell’. Jak inaczej niż piekłem nazwać miasto, w którego samym środku Palestyńczycy zmuszeni są wchodzić do swoich domów od tyłu przez drabiny, bo ulice, przy których mieszkają, dostępne są tylko dla Żydów?

Jak inaczej niż piekłem nazwać miasto, którego medina stała się miastem duchów, bo ponad 1800 arabskich sklepów w samym sercu miasta zostało zamkniętych i zabarykadowanych, żeby zapewnić bezpieczeństwo 400 uzbrojonym po zęby osadnikom? Wreszcie, jak inaczej niż piekłem nazwać miasto, w którym małe dzieci idą do szkoły w cieniu karabinów maszynowych śledzących każdy ich ruch? Hebron jest jak zły sen. Jak powracająca historia, która miała się już nigdy nie zdarzyć.

Podróż z Jerozolimy do Hebronu trwa Insallah time. Trudno dokładnie określić ile, bo najłatwiejszy sposób dostania się tam, to skorzystanie z nielegalnych ‘taksówek’ z okolic Bramy Damasceńskiej. Taksówki te odjeżdżają wtedy, kiedy się zapełnią – za chwilę, za pięć minut, za godzinę. Taksówki te nie są też do końca taksówkami, a raczej prywatnymi samochodami, które, określimy takim terminem – świadczą usługi transportowe. Taksówka izraelska nie może przejechać legalnie przez checkpoint i wjechać do obszaru A pod kontrolą palestyńską, pod którą znajduje się Hebron (z wyjątkiem wspomnianego Starego Miasta). Taksówka palestyńska na zielonych rejestracjach nie może znaleźć się w Jerozolimie, bo Palestyńczycy, nawet jeśli dostaną pozwolenie na bycie w Jerozolimie czy Izraelu, w żadnym wypadku nie mogą przyjechać tutaj własnymi samochodami. Pozostaje więc podróż z panami, którzy w pewnym znanym we Wschodniej Jerozolimie miejscu szepczą Al Khalil, Al Khalil, co oznacza Hebron w języku arabskim. Na takie zawołanie mrugam porozumiewawczo i pan prowadzi mnie do samochodu – czasem jest to mini bus, a czasem prywatny samochód. Pierwszy raz robiłam to z duszą na ramieniu. Kierowca, który wyglądał jak wyjęty z lat 70-tych, zaprowadził mnie do busa. Czas oczekiwania trwał mniej więcej powtórzone sześć razy ‘za 5 minut’.

Polish noł mani

Za drugim razem jak jechałam do Hebronu, czyli dzisiaj, poszło jak po maśle. Trafiłam na samochód osobowy. W środku była już jedna kobieta z całym naręczem zakupów i z kwadratowym aparacikiem, ze srebrnym przyciskiem i maleńkim ekranem. Ekran wskazywał 8734 i liczba ta wzrastała wraz z tym, jak pani naciskała przycisk. Pytam pani, do czego służy to liczydło? Pytam, czy to w sprawie Allaha, i wskazuję na niebo. Pani kiwa głową. Aha – czyli liczydło do liczenia pozdrowień dla Allaha. Tymczasem tuż za mną pojawili się dwaj panowie z wąsami bez liczydeł, za to z gazetą Al Quds – najlepszą gazetą Zachodniego Brzegu i okupowanej Wschodniej Jerozolimy. Wyjechaliśmy z Jerozolimy w mgnieniu oka. Pan taksówkarz włączył arabskie rytmy i sunęliśmy naszą rozwalającą się Toyotą. “Polisz noł mani” – zagadnął do mnie pan kierowca i nieco zdziwiłam się, że pan tak świetnie odgadł, skąd jestem, i jeszcze na dodatek zakłada całkiem słusznie, że nie mam zbyt wielu pieniędzy. Po tym, jak powtórzył to cztery razy, zrozumiałam, że chodzi o ‘Police. No money”, czyli, że jak zatrzyma nas policja, to nie jesteśmy wcale taksówką. I nie jedziemy za pieniądze. Jesteśmy zaprzyjaźnieni z panem, panią modlącą się z tyłu i panami wąsiastymi czytającymi Al Quds. I wspólnie jako grupa znajomych jedziemy na wycieczkę do Hebronu.

Dzisiaj droga do Hebronu jest wyjątkowo piękna – pośród wzgórz pełnych drzew oliwnych, których liście przybrały złocisty jesienny kolor. Droga piękna, nie licząc oczywiście muru, który wyłania się bez przerwy, miejscami udając falochron, przy drodze aż do wjazdu do Hebronu, przy którym widnieje wielka czerwona tablica. ‘Ta droga prowadzi do strefy A znajdującej się pod kontrolą palestyńską. Wjazd dla obywateli Izraela grozi śmiercią i w świetle prawa izraelskiego jest nielegalny’.

Pierwsze wrażenie przy wjeździe do Hebronu jest takie, że to duże i bogate miasto. I bez wątpliwości palestyńskie w sensie politycznej przynależności. Drugie wrażenie to takie, że Hebron – mimo wszystko – jest nadal pełen życia, kłębiącego się nieustannie tłumu, ludzi podążających we wszystkich kierunkach na raz oraz niezmordowanych sprzedawców wykrzykujących ceny wraz z nazwami towaru, który aktualnie sprzedają. Aszara czegoś, talati czegoś, arba arba – znam niektóre cyfry, ale z nazwami warzyw i produktów idzie mi dużo gorzej.

I nagle z tej wrzawy i tego gwaru wchodzę do opustoszałego Starego Miasta. Różnica jest szokująca. Do tej starej mediny, nad którą góruje Meczet Abrahama – miejsce święte i dla Muzułmanów i dla Żydów – prowadzi gąszcz małych uliczek obsianych checkpointami, zasiekami i murem, który oddziela palestyńską część miasta od jego serca – znajdującego się pod całkowitą kontrolą armii izraelskiej. Hebron od 1997 roku na mocy tak zwanego “Protokołu Hebrońskiego” podzielony jest na dwie części. Część H1, w której mieszka 140.000 tysięcy Palestyńczyków, pozostaje pod kontrolą Autonomii Palestyńskiej, choć na pobliskich wzgórzach rozsiane są izraelskie wieże strażnicze monitorujące ruch w mieście. Część H2 zajmująca serce Hebronu znajduje się pod całkowitą kontrolą armii izraelskiej. Na co dzień ten stosunkowo mały obszar patrolowany jest przez 2000 żołnierzy strzegących bezpieczeństwa około 500 radykalnych osadników żydowskich skupionych w trzech osiedlach, paraliżując życie 30.000 tysięcy mieszkających tam Palestyńczyków.

Celem utworzenia H2 było zapewnienie osadnikom ‘wolnej przestrzeni życiowej’, co oznacza, że Palestyńczycy pozostający w środku żyją na ulicach poprzecinanych szlabanami i checkpointami wśród ciągłej obecności armii izraelskiej i są poddani potężnym restrykcjom dotyczącym swobody przemieszczania się. Ci Palestyńczycy, którzy zdobyli się na pozostanie w newralgicznych ulicach Starego Miasta, muszą wychodzić ze swoich domów od tyłu – przez okna po drabinach. Nie mogą wychodzić od frontu, bo ulice, przy których stoją ich domy, dostępne są tylko dla żydowskich osadników. Okna, które wychodzą na główne ulice, są szczelnie zatkane siatkami i klatkami – stanowiąc ochronę przed kamieniami osadników.

Te ulice obszaru H2, po których jeszcze mogą się poruszać Palestyńczycy, podzielone są na dwie części. Środek ulicy, łącznie z ruchem kołowym, zarezerwowany jest ‘wyłącznie dla Żydów’. Palestyńczycy mogą się poruszać jedynie wydzielonym poboczem. I wyłącznie pieszo. Wszystkie produkty w całym obszarze H2 noszone są więc przez na rękach – zakupy, butle gazowe, meble.

Ponad 1800 sklepów w okolicach ulicy Shuhada, dawniej centralnej ulicy Hebronu, zostało zamkniętych przez armię w celu zapewnienia ‘bezpieczeństwa’ osadnikom. Mieszkania nad sklepami, na górnych piętach sklepów, pozostają w większości puste. Dziesiątki rodzin palestyńskich zamieszkujących te okolice od pokoleń zostało zmuszonych do opuszczenia swoich domów, inni wyprowadzili się nie mogąc wytrzymać napięcia i przemocy. Na dachach domów zainstalowane są posterunki żołnierzy. Cały obszar jest monitorowany przez setki kamer. Ci, którzy zdobyli się na to, żeby zostać  żyją w ciągłym napięciu, pod ciągłym nadzorem żołnierzy uzbrojonych po zęby.

Stare Miasto jest więc dziś miastem duchów. Shuhada Street i okoliczne przecznice są więc zupełnie opustoszałe, gdzieniegdzie otwarte sklepy sterczą jak smutne ślady po dawnym życiu. Poprzecinane szlabanami i murem, i posterunkami żołnierzy, żeby kontrolować każdy ruch Palestyńczyków.

Wszystko to wygląda jedna wielka surrealistyczna gra komputerowa – gdzie sceneria jest równie ‘wyczyszczona’, teren patrolują setki uzbrojonych żołnierzy, a w zaułkach grasują terroryści. Kiedy byłam w Hebronie po raz pierwszy, żołnierze mieli manewry wojskowe. Setki żołnierzy biegających z karabinami po mieście duchów, wozy opancerzone, karetki, a w środku, w zaułkach, życie próbujące się toczyć normalnie.

Ale dzisiaj jest spokojniej.

Dwa obrazki z Hebronu

Shuhada Street.

Siedzę na schodach jednego z zamkniętych sklepów przy Shuhada street. Czuję na sobie spojrzenia żołnierzy poprawiających spodnie i swoje M16. Mnie obserwują inaczej. We mnie widzą kobietę. Być może nawet człowieka. Słońce praży. Patrzę gdzie indziej.

“Palestyńczycy chodzą szeptem” – zapisuję w notesie siedząc na opustoszałej Shuhada street.

Powybijane szyby, dziury w oknach sprawiają, że ta cisza Shuhady wzbudza niepokój. Jedynie osadnicy z nieodłącznym M16 na ramieniu przemykając swoimi suvami przez opustoszałe ulice mediny przerywają tę ciszę, ale nawet oni nie są w stanie jej zabić.

“Kroki osadników krzyczą” – zapisałam poniżej.

Mniej więcej w połowie ulicy Shuhada znajdują się schody prowadzące do jedynej otwartej palestyńskiej szkoły w H2, Szkoły Cordoba. Dzieci uczące się w niej muszą codziennie wejść na Shuhadę przez checkpoint 56 albo, jeśli mieszkają w domach położonych w okolicy Tel Rumeida, muszą przejść obok checkpointu. W każdym razie, na ich drodze do i ze szkoły mijają przynajmniej dwa posterunki żołnierzy. Na checkpoincie 56 zdarza się, że żołnierze przeszukują ich plecaki. Więc różowy plecak z myszką miki zostaje otwarty, z plecaka wypadają zeszyty, kredki, drugie śniadanie. Nie, ta sześciolatka nie niesie dziś bomby do szkoły.

Następnie dzieci muszą przejść przez opustoszałą Shuhadę i skręcić w prawo na schody prowadzące bezpośrednio do szkoły. Na wysokości schodów kończy się obszar Shuhady dostępny dla Palestyńczyków. I odwrotnie, wychodząc ze szkoły znajdującej się powyżej ulicy, dzieci muszą zejść po schodach i skręcić w lewo. Pod żadnym pozorem nie mogą skręcić w prawo, bo w najlepszym wypadku zostaną zatrzymane przez żołnierzy, a w najgorszym przez kamienie osadników. Takie ataki zdarzały się w przeszłości nagminnie. Odkąd EAPPI i CPT monitorują to miejsce, ataki zdarzają się rzadziej.

W sytuacji, kiedy osadnicy atakują Palestyńczyków, w tym dzieci palestyńskie, żołnierze nie reagują, bo ich mandat nie służy ratowaniu Palestyńczyków, tylko ochronie osadników. Nawet jeśli chcieliby stanąć w obronie Palestyńczyków, albo po prostu – w obronie atakowanych ludzi – nie mogą tego zrobić legalnie w okupowanym Hebronie.

Hebron więc łamał i łamie sumienia izraelskich żołnierzy. Relacje żołnierzy, którzy służyli w jednostkach w Hebronie, można znaleźć w reportażach Breaking the Silence, organizacji byłych żołnierzy izraelskich, którzy zdecydowali się przerwać zmowę milczenia i opowiedzieć, jak wygląda codzienność armii izraelskiej na Zachodnim Brzegu, gdzie obecność żołnierzy służy głównie obronie osadników.

Stoję więc na Shuhada Street w miejscu, gdzie schody wchodzą na ulicę. Dwie dziewczynki, które nie zdążyły wyjść ze szkoły z pozostałymi dziećmi, stoją na schodach struchlałe. Ich twarze są pomalowane kredkami, a w ręku trzymają nienadmuchane balony. Boją się zejść na Shuhada Street, bo na dole, tuż za mną, stoją aż trzej żołnierze. Stoimy tak chwilkę w bezruchu. Wreszcie biorę je za ręce i odprowadzam wzdłuż Shuhady aż checkpointu. Na środku ulicy postanowiły nadmuchać balony. Ich śmiech przerywa struchlałą ciszę Shuhada Street.

Tydzień temu w czasie operacji w Gazie właśnie w okolicach tego checkpointu miały miejsce demonstracje każdorazowo brutalnie tłumione przez wojsko. Wielu Palestyńczyków, również tych zamieszkujących nieliczne zamieszkałe domy na Shuhada Street, i jedynie podejrzanych o udział w demonstracjach, zostało aresztowanych. Jak donosiły naoczne relacje naszego zespołu w Hebronie, na wszystkich dachach Shuhady stali uzbrojeni żołnierze, wiele osób zostało rannych w zamieszkach, codziennie w powietrzu unosił się zapach gazu łzawiącego. Będąc tu tydzień później widzę tylko ślady tego, co zdarzyło się wcześniej – kamienie na ulicach, gdzieniegdzie kanistry po gazie.

Ile z tych wydarzeń widziały te 7 letnie dziewczynki? Mam nadzieję, że niewiele. Mam nadzieję, że to nie ich starsi bracia byli aresztowani.

Tel Rumeida

Tel Rumeida jest okolicą położoną powyżej Shuhady na wzgórzach. Na samym szczycie wzgórza znajduje się piękny gaj oliwny, do którego mam ochotę pójść i gdzie mam nadzieję zobaczyć mojego znajomego Idrisa, który podczas mojej pierwszej wizyty w Hebronie mocno skomplikował moje myślenie o Hebronie. Ale dziś nie mogę tam pójść. Wchodzę na szczyt góry… i zatrzymuje mnie żołnierz mówiący, że dalej pójść nie mogę. Jak to nie mogę? Trzy tygodnie temu mogłam? Ale dzisiaj nie możesz. – Ok, rozumiem, ale proszę podaj mi powód? – Nie możesz i już – żołnierz jest coraz bardziej zirytowany i dotyka swojej broni wzmacniając tym samym swój autorytet. Staram się mówić jak najbardziej łagodnym tonem. Rozumiem, co do mnie mówisz, nie pójdę dalej tylko proszę o to, żebyś mi wytłumaczył dlaczego, i najlepiej pokazał na piśmie informację o tym, że nie mogę iść dalej. Wzrusza ramionami i mówi, że taki ma rozkaz. To jest teraz strefa wojskowa. Aha, czyli gaje oliwne mojego znajomego stały się dzisiaj izraelską strefą militarną. Próbuję jeszcze zmusić go do pokazania mi rozkazu, ale już wiem, że nic nie wskóram. Dziś nie zobaczę Idrisa, pozostają mi więc notatki z październikowej wizyty:

“Pod koniec dnia przedziwna wizyta stawiająca wszystko do góry nogami. Szłyśmy z Maraisą i Anne do dzielnicy powyżej Shuhada Street – Tel Rumeida. To idylliczna dzielnica położona na wzgórzach, gdzie wszystko byłoby właściwie w porządku, gdyby nie wojskowe wieże i posterunki na domach Palestyńczyków, niekończące się szeregi kamer i żołnierzy. Żołnierzy trochę strofujących, a trochę bawiących się z okolicznymi dzieciakami. Idziemy tam, bo w nocy osadnicy chcieli wyciąć drzewa oliwne, a następnie ukraść zbiory oliwek. Na szczęście Palestyńczycy mieli wystarczająco dużo odwagi, żeby stanąć w swojej obronie.

Szłyśmy przez gaje oliwne aż wreszcie, trochę dla mnie niespodziewanie, dotarłyśmy do centrum kultury, które nazywa się “Hebron Youth Against The Occupuation’ – “Młodzież Hebronu Przeciwko Okupacji”. To dom, który pomimo wielu prób wyrzucenia stamtąd Palestyńczyków, pozostał przestrzenią, do której młodzi Palestyńczycy przychodzą na różne zajęcia. Albo po prostu przychodzą.

Kiedy wschodzę po bocznych schodkach do Centrum Kultury prowadzących na taras, widzę niespodziewanie nastoletnią dziewczynę w chuście wymieniającą spojrzenia z żołnierzem stojącym po drugiej stronie płotu. Jak weszłam, była strasznie zmieszana, czułam, że przerwałam jakąś zakazaną, zabronioną wymianę. Nie można przecież flirtować z izraelskimi żołnierzami. Nie można przecież flirtować z muzułmańskim nastolatkami. To relacja, która nie może się zdarzyć. Chce ją uściskać. Chcę jej podziękować za to, że pokazała mi, że nawet w tym piekle mogą się zdarzyć ludzkie sytuacje. Uśmiecham się udając, że nic nie zobaczyłam. Wychodzę.

Idris, do którego po chwili wróciłam, okazał się właścicielem dużej części gaju oliwnego i jednym z tych dzielnych ludzi, którzy ochronili oliwki przed nocnym atakiem osadników. Poprowadził nas w dół zbacza w stronę swojego domu, żeby pokazać oliwki, które były atakowane. Po drodze nieoczekiwanie zobaczyliśmy grupę żołnierzy siedzących pod drzewem oliwnym. Siedzieli pod drzewem w świetle zachodzącego słońca i umierali. Z nudów. Idris ich przywitał płynnym hebrajskim, a oni zaczęli do nas wołać – ‘zróbcie nam zdjęcie’. I nie miałyśmy wyboru. Kilku z nich zaczęło nas nagabywać, skąd jesteśmy, i co tu robimy. Idris nieoczekiwanie wskoczył pod oliwkę w sam środek żołnierzy i kazał sobie z nimi zrobić zdjęcie. Byłyśmy w szoku.

Schodziliśmy dalej w dół. Chciałam wykrzyczeć z pretensją, jakim cudem ta sytuacja mogła się wydarzyć? Jak to możliwe, że tak spouchwalasz się z żołnierzami izraelskimi? Po tym wszystkim, jakie piekło na ziemi Wam tu urządzili? ‘Oni mnie nie dotykają, bo wiedzą, że jestem wariatem, wiedzą, że jestem silny, że się nie boję, że się stąd nie ruszę’.

Jedynie szef brygady nie dołączył, a później jak odeszłyśmy, chciał uderzyć Idrisa.

Idris zaprosił nas do swojego domu, a raczej do szeregu domów złączonych ze sobą. Idris musi być zamożnym człowiekiem – ma piękną willę na wzgórzu z oknami wychodzącymi wprost na Shuhada Street w bardzo newralgicznym punkcie – tuż przy Szkole Cordoby.

Szokujące wydawało się to jego błogie życie w cieniu okrucieństw dziejących się poniżej. A jednocześnie ten spacer po Tel Rumeida w jakiś zupełnie nieoczekiwany sposób pokazał, że życie, pomimo wszystko, toczy się tu dalej. Pomyślałam sobie, że te relacje są jeszcze bardziej skomplikowane niż mi się wydaje, że między dwoma obozami – opresorów i tych poddanych opresji musi istnieć cała sfera wzajemnych codziennych relacji. Codziennych okrucieństw i codziennych gestów normalności.

Ale tu i teraz Idris wydawał się człowiekiem, który może więcej, niż ci skuleni Palestyńczycy na checkpoincie 56. Jasne, może więcej, bo jest zamożnym mężczyzną, znaną postacią w okolicy, mówi po hebrajsku – żołnierze potrzebują jakiejś formuły relacji z lokalną ludnością. Ale jednocześnie było w tym coś więcej. On się ich po prostu nie bał. W mieście, gdzie Palestyńczycy sprowadzeni są do kategorii podludzi, on rozmawiał z żołnierzami jak równy z równym.

Ale jednocześnie, kiedy odprowadzał mnie po schodkach, skręcił w lewo – wiedział, że jako Palestyńczyk nie może skręcić w prawo. W pewnym momencie powiedział mi: ‘Wiesz, ja już nie chcę pokoju. Nie takiego. Chcę wolności’.

No tak, to, co dzieje się w Hebronie, z perspektywy Izraela może być swobodnie nazwane ‘zimnym pokojem’. W końcu nie giną obywatele izraelscy. A Izraelczycy z Tel Awiwu mogą w wygodny sposób ‘nie wiedzieć’, co się dzieje w tym więzieniu. Taki pokój, z perspektywy Palestyńczyków, jest najgorszym z możliwych koszmarów.

Powiedziałam, że powinien zostać prezydentem”

Tyle z moich notatek wtedy.

Dziś nie udało mi się zobaczyć Idrisa, bo okolice jego domu stały się ‘strefą militarną’. Wiem od moich znajomych z Hebronu, że miał wiele nieprzyjemności podczas operacji w Gazie. Mam nadzieję, że doczeka się wolności. Ale sama w to coraz mniej wierzę.

Ale jest coś jeszcze. I ten obrazek zabieram ze sobą z Hebronu.

Za każdym razem, kiedy słyszę śmiech dzieci na opustoszałych ulicach mediny, kiedy słyszę śpiew muezinów wzywających do modlitwy i widzę sprzedawców w nielicznych niezamkniętych sklepach i przemykające kobiety z naręczami zakupów, to jednak oddycham z ulgą. Oddycham z ulgą widząc kiełkujące życie. Życie, które toczy się mimo wszystko w tych szczelinach nie zabranych im jeszcze przez okupację. W tych niemożliwych okolicznościach.

Trzeba wracać do Hebronu. Trzeba wracać do tego piekła, żeby tracić wiarę w człowieka i … odzyskiwać wiarę w człowieka. Tracić… i odzyskiwać…

Dominika Blachnicka-Ciacek
dombook.blogspot.co.uk

Goniąc za szczęściem . Z nastaniem Nowego Roku, wszyscy wierzymy, że będzie nam lepiej, poprzez posiadanie obfitości finansowej oraz zdrowia.

W dawnych czasach, ludzie wierzyli, że aby to wszystko osiągnąć trzeba temu szczęściu trochę dopomóc.

Smażone jagódki

Na Podlasiu, przez stulecia obowiązywał zwyczaj zjadania w Nowym Roku smażonych jagód z cukrem, które symbolizowały tam zdrowie i wszelką pomyślność. Gdy w jakimś domu nie było takowego przysmaku, sąsiedzi ze szczerego serca, dzielili się smażonymi jagodami, wierząc, że szczęście ich tym bardziej nie opuści.

Wyrzuć dziurawe skarpety

W dawnej Polsce pamiętano z nastaniem Nowego Roku, aby wyrzucić z domu wszystkie dziurawe skarpetki, które według ich mniemania przyciągały złe licho.

Popróbuj słodkiego wina

W Małopolsce w Nowym Roku, wychodzi się przed drzwi swojego domu i głośno wypowiada się marzenia, które wymagały rychłego spełnienia. Popijano wówczas słodkie wino, które symbolizowało dobrobyt, za którym tak wszyscy tęsknią. Ten obyczaj kultywuje się w niektórych rodzinach po dzień dzisiejszy.

Lukrowane bezy z pianką

Na Podlasiu, w Nowym Roku, przez pierwszy tydzień od jego nastania, spożywa się słodkie bezy z pianką, które mają siłę przyciągania przez wszystkie 365 dni zdrowia i ogólnego zadowolenia.

W tym roku wierzmy, że będzie lepiej, a z całą pewnością nie będziemy musieli kultywować tych wszystkich obrzędów.

Ewa Michałowska – Walkiewicz

Szanowni Państwo! . Telefonują do mnie czasem osoby proponujące umówienie z ekspertem od finansów. Pochlebia mi oczywiście ich przypuszczenie, że jestem osobą majętną, ale na tym miłe relacje się kończą.

Odmawiam oczywiście spotkania, bo gdybym sama była ekspertem finansowym, to konsultacji bym nie potrzebowała, a gdybym znała się kiepsko, to tym bardziej potrzebowałabym zaufanego doradcy, nie kogoś, kogo zupełnie nie znam.

To tak rodzajem wstępu do tego zapowiedzianego w tytule luksusu.

      Mieszkam w Warszawie i każdego roku podziwiam świąteczne oświetlenie miasta. Jest wspaniałe, a nawet co roku bogatsze i piękniejsze. To prawdziwy luksus móc się przechadzać w takim bajkowym świecie. Sama, gdybym była włodarzem miasta, pewnie te pieniądze zamiast na oświetlenie przeznaczyłabym na ważniejsze cele, ale wówczas osoby takie jak ja nie mogłyby zaznać luksusu.

      Zatem pławmy się w luksusie. Ulice zawsze pozostaną nasze, kamienice coraz rzadziej.

      Z moich prywatnych wyliczeń wynika, że nadchodzący rok będzie należał do przełomowych, jakie zdarzają się regularnie co 11 lub 12 lat. Oto wyliczenie począwszy od zakończenia wojny, czyli roku 1945 + 11 = 1956 + 12 = 1968 + 12 = 1980 + 11 = 1991 + 11 = 2002 + 11 = 2013

      Z okazji Nowego 2013 Roku życzę wszystkim pełni życia – takiego na jakie zasługujecie. Spełnienia najskrytszych marzeń nie życzę, bo spełnienie niektórych mogłoby się dla mnie źle skończyć. Każdy przecież miewa wrogów.

 

 Do następnej soboty. Pozdrawiam

Małgorzata Todd   www.mtodd.pl

 

Teatrzyk Zielony Śledź

ma zaszczyt przedstawić sztukę pt.

Propozycja współpracy    

 

Występują: Administrator, Biznesmen

 

Biznesmen – Nadal administrujesz to osiedle?                    

Administrator – Bo co?

Biznesmen – Jest interes do zrobienia.                           

Administrator – Ta…?

Biznesmen – Nie widzę entuzjazmu z twojej strony.               

Administrator – Dobra. W czym rzecz?

Biznesmen – Budynki należy ogrodzić i zrobić teren prywatny.    

Administrator – A co, zająłeś się produkcją ogrodzeń?

Biznesmen – Nadal mnie nie doceniasz. Osiedle nabierze prestiżu po ogrodzeniu i z całodobową ochroną.

Administrator – Powiedz to moim lokatorom.

Biznesmen – Próbowałeś?                                         

Administrator – A jak myślisz? Ludzie mają węża w kieszeni.

Biznesmen – W takim razie z ogrodzenia można zrezygnować, ale w każdym bloku trzeba postawić całodobową ochronę.

Administrator – To też koszty.

Biznesmen – Ale mniejsze. Trzeba się tylko do tego należycie zabrać. Musisz najpierw postraszyć rzekomymi włamaniami, a później wybrać jednego z naprawdę przestraszonych, żeby z drugim zaufanym zapukali do wszystkich drzwi i namawiali na taką, w końcu drobną, inwestycję. Później ogłosisz, że wolą większości projekt przyjęto.

Administrator – A dlaczego ci na tym tak zależy?

Biznesmen – Bo to dopiero początek biznesu. Ochroniarze będą mieli oko na mieszkańców. Mogą też od czasu do czasu do kogoś zajrzeć. Jak będą mieli pewność do kogo i o jakiej porze warto się włamać dadzą cynk „ekipie sprzątającej”, która wysprząta mieszkanie na cacy. Kumasz?

Administrator – Ty się obłowisz, a ja pójdę siedzieć.

Biznesmen – Zwariowałeś? Widziałeś żeby kogoś posadzono za niedopełnienie obowiązków? Nie tylko moc jest z nami, ale i wymiar sprawiedliwości!

Administrator – A jak się ekipa rządząca zmieni?

Biznesmen – Teoretycznie rzecz biorąc, kto wygrywa wybory, bierze całą pulę i może wszystkich powyrzucać na zbity pysk. Ale nie sądzę, żeby tamtych było na to stać. Nasi nigdy nie dopuszczą do zmian wszystkich kluczowych stanowiskach. No to jak? Wchodzisz w ten biznes? Bo widzisz, szwagier prokuratora prosił mnie żebym rozejrzał się za jakąś posadą dla konkubenta jego córki. Myślę, że szefowanie administracji osiedla mogłoby mu pasować.

 
Krystyna

Phoenix , Arizona . W POlskiej Parafi pod wezwaniem Matki Bozej Czestochowskiej odprawiono Msze Swieta witajaca Nowo Narodzonego Krola Wszechswiata Jezusa Chrystusa po prostu Pasterka .

Ciekawostka byla zywa stajenka.

 

dziękuję wszystkim amerykańskim przyjaciołom, to naprawdę bardo dobrze mieć przyjaciół. Zgodnie ze starym polskim powiedzeniem: prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie- kiedy jest trudno, źle, taką rolę  przyjaciół Polski, demokracji, niepodległości, wolności i polskich szans na lepsze życie pełniły fundacje amerykańskie. I pełniły ją w tym czasie najtrudniejszym, kiedy tylko mogliśmy marzyć o wolności i musieliśmy o nią walczyć,

kiedy ważyły się szanse na to, czy potrafimy mądrze spożytkować odzyskaną wolność i demokrację”- tak mówił, podczas spotkania z przedstawicielami  amerykańskich  fundacji w dniu 12 listopada 2012 roku,, a mówić potrafi, pan prezydent Bronisław Komorowski, dawniej z Platformy Obywatelskiej, a obecnie- zupełnie” apolityczny”. Bo jak przynależał do Unii Demokratycznej, Unii Wolności, czy Stronnictwa Konserwatywno- Ludowego, a to do Akcji Wyborczej Solidarność- to był „polityczny”- obecnie jest zupełnie” apolityczny”.

 

Panu prezydentowi jest szalenie miło, że może dziękować fundacjom amerykańskim działającym na rzecz polskiej demokracji, wolności, społeczeństwa demokratycznego- dziś, kiedy Polska osiągnęła sukces” -Demokracja w Polsce jest na tyle już utrwalona, że to my dzisiaj możemy pomagać innym”- podkreślił pan prezydent Bronisław Komorowski. Prezydent dodał, że żałując każdej z fundacji amerykańskich, które przeniosą swoją aktywność poza granice Polski, jednocześnie możemy to traktować jako dowód, że Polska jest krajem sukcesu, także sukcesu demokratycznego”(???)

 

Czym się różni” sukces,” od „ sukcesu demokratycznego”?? Może tym samym, co „sprawiedliwość”, od „ sprawiedliwości społecznej”- a na pewno tym samym co  zwykłe „ krzesło”- od” krzesła  elektrycznego”.. Czymś się musi różnić- skoro pan prezydent odróżnia „ sukces” od’ sukcesu demokratycznego”..  I co go słyszę, to ciągle powtarza słowo” demokracja” odmieniając je przez przypadki, i ustawiając w różnych kontekstach.  Teraz obok zwykłego  słowa „sukces” mamy sukces” demokratyczny”.. Oczywiście  demokracja przedstawiana jest jako synonim wolności, a jest – jak najbardziej – synonimem- niewoli.. Wystarczy cokolwiek przegłosować.. I spętać nas nowymi przepisami..

 

Kiedyś do  prawie każdego słowa propaganda przyczepiała słowo” socjalizm”- obecnie  przyczepia słowo-” demokracja”.. Razem jest to socjalizm demokratyczny.. Bo demokracja- wcześniej czy później – prowadzi do socjalizmu, tak jak słusznie postulował Karol Marks.. A potem do komunizmu. Większością wiele można.. Powoływać nowe urzędy, rozdawać nowe zasiłki, dzielić, rozdawać, no i zarządzać wszystkim od góry.. Żeby nic nie wymknęło się szponom demokracji.. Żadnej swobody czy wolności.. Wszystko pod nadzorem.. Pod nadzorem demokracji.. Wystarczy zachować pozory wolności w demokracji, która jest dokładnym zaprzeczeniem wolności jednostki.. Zresztą jednostka niczym jednostka- zerem.. Demokracja jest gwałtem zbiorowym na wolności i woli jednostki.. Demokracja  kolektywna jest formą tłumnej napaści na jednostkę.. I  tak to wygląda.. Można się odwoływać, negocjować warunki niewoli, można krzyczeć, ale nie za głośno.. Najlepiej  krzyczeć szeptem..

 

Żyjemy w demokracji, mamy system demokratyczny, mamy sukces demokratyczny, mamy państwo demokratyczne,  mam instytucje demokratyczne, mamy atmosferę demokratyczną,  dialog demokratyczny,mamy świadomość demokratyczną, armię demokratyczną, sądy demokratyczne, szpitale państwowe oparte o demokrację, zarządy demokratyczne, rządy demokratyczne , rady demokratyczne, prawo demokratyczne.. Brakuje jeszcze w sklepach cen demokratycznych, kas fiskalnych demokratycznych, stosunków seksualnych, a jakże – demokratycznych, demokratycznych stosunków  partnerskich, demokratycznych stosunków homoseksualnych, demokratycznego picia mleka czy kawy, demokratycznych małżeństw i dzieci  demokratycznych rodzących się w demokratycznych małżeństwach.. Jeszcze do końca nie ma demokratycznych Kościołów, ale są już rady parafialno- demokratyczne..

Demokracja wchodzi nam na głowy, chociaż jeszcze w Kościele  mówi się o Królestwie, co prawda nie z tego świata, ale jednak o Królestwie.. Królestwie demokracji – jakoś nie.. I może dlatego Kościół przeszkadza w budowie totalnej demokracji. .I dlatego trzeba się z nim rozprawić i go zneutralizować..

 

 

 

Za wybitne zasługi we wspieraniu budowy społeczeństwa obywatelskiego  i instytucji demokratycznych  w Polsce odznaczeni zostali:

Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Zasługi Rzeczpospolitej Polskiej, pan- uwaga!- George Soros(???) Honorowy  członek Fundacji Batorego  i finansista tej fundacji, której celem jest budowa  w wielu krajach – społeczeństw „ otwartych”. Także w Polsce..  Walka z zabobonem  społeczeństwa narodowego.. Tak naprawdę powolnej i niezauważalnej likwidacji państw narodowych.. No bo dlaczego pan Soros wykłada własne pieniądze- jako światowy miliarder-, żeby finansować budowę społeczeństwa „ obywatelskiego”  w Polsce? Jaki ma cel? O co mu chodzi? Taki dobroczyńca ludzkości.. Przecież nie topi pieniędzy dla żartu i swojego widzi mi się.?. Ma jakiś cel!

 

Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi Rzeczpospolitej Polskiej zostali odznaczeni:

2.Barry Gaberman

3.Aryeh Neier

4.William White

Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi Rzeczpospolitej Polskiej:

5.Marianne Ginsburg

6.Deborah Harding

7.William Moody

8.Maureen Smyth

 

W spotkaniu z prezydentem  wzięli udział przedstawiciele takich fundacji jak: CS Mott, German Marschall Fund, Rockeffeler Brothers Fund, Fundacji Forda,, Open Socjety Fundations…

 

Nasz pan prezydent wręcza polskie  odznaczenia ludziom obcym Polsce, nie mającym z Polską nic wspólnego, oprócz instalowania w niej jakiegoś koszmarnego modelu” społeczeństwa obywatelskiego”.. Cokolwiek to określenie miałoby znaczyć.. No i dużo pieniędzy wypływa z Polski.. Samych odsetek to 43,5 miliarda złotych rocznie .(???), Wielkie sieci handlowe i bezpodatkowe, sieć banków, dziwne „prywatyzacje, ubezpieczenia,  drugie filary..  Wielkie pieniądze, bardzo wielkie pieniądze.. A Polska pogrąża się w bagnie długów.. Wygląda jakby była gwałcona finansowo na każdym kroku.. I zadłużana.

.

W tym czasie Duma Federacji Rosyjskiej przegłosowuje  zakaz instalowania obcych fundacji na terenie Federacji Rosyjskiej pod groźbą  kary…

U nas członkowie  obcych fundacji są nagradzani..
Zobaczymy kto na tym lepiej wyjdzie?

Stawiam, że Federacja Rosyjska..

Nie gratuluję i serdecznie nie dziękuję..

Rozmowa z Adamem Strugiem, śpiewakiem, twórcą zespołu Monodia Polska . Reforma posoborowa pomimo, że dokumenty Soboru Watykańskiego II mówią o chorale gregoriańskim jako o śpiewie własnym Kościoła, wykasowała go ze świątyń.

Jest to rzecz tragiczna i niebywała. Ktoś, kto wyrzuca tego rodzaju skarby na śmietnik, zachowuje się w sposób niegodny i nie ma dla niego litości, ani tu na ziemi ani w niebie – mówi w rozmowie z PCh24.pl Adam Strug, śpiewak, twórca zespołu Monodia Polska

Reforma zdewastowała muzykę liturgicznąRozmawiamy pół wieku po otwarciu Soboru Watykańskiego II, po którym bardzo wiele zmieniło się w muzyce kościelnej, liturgicznej. A jak było dawniej?

Dawniej było tak, że zachodziła pokojowa koegzystencja pomiędzy chorałem gregoriańskim, który jest śpiewem własnym Kościoła, a śpiewem ludu, który – w przeciwieństwie do prawosławia – obecny był w katolicyzmie na równych prawach z tymże chorałem. Chorał był tam, gdzie było duchowieństwo, względnie gdzie donator finansował śpiewaczy zespół świecki, jednak generalnie były to „rzadkie ptaki”: opactwa, klasztory, stolice biskupie. Poza tym dominował śpiew ludu.

Msza święta była obrządkiem integralnie katolickim. Wszystkie gesty, kolor szat, rodzaj śpiewu, wszystko przesycone było katolicką ortodoksją. Począwszy od postawy kapłana, przez samą dramaturgię tego świętego obrzędu, aż po sposób, w jaki świadkami owego obrzędu byli wierni. Świadomie mówię: świadkami, a nie uczestnikami, gdyż to drugie również jest nowością. W istocie nie możemy być uczestnikami, gdyż podczas Mszy św. dokonuje się cud Ofiary, ten sam, jaki miał miejsce na krzyżu, jednak w sposób bezkrwawy. Ostatnią krwawą ofiarą była ofiara Chrystusa.

Różnica pomiędzy ofiarą a ucztą, która jest sprawowana obecnie, polega na tym, że tam mamy rzeczywiście ofiarnika i ofiarę (kapłan jest ofiarnikiem, Ciało Pańskie – ofiarą). Obecnie mamy do czynienia z pomieszaniem funkcji, z przerostem funkcji duszpasterskich nad formułą ofiarniczą.

A w sferze muzycznej?

Zacznę od chorału. Każda denominacja zakonna miała swoją własną jego interpretację, a w jej obrębie każdy ośrodek miał jakieś zwyczaje, związane z tym, powiedzmy, rytem. Była to swego rodzaju anarchia, funkcjonowała nieskończona ilość interpretacji chorałowych.

Tradycja tak rozumianego chorału przerwana została przez św. Piusa X, świętego, lecz nie melomana. W efekcie rozmaitych intryg na dworze papieskim, śpiewem obowiązującym stał się śpiew benedyktynów z Solesmes. Dosyć hermafrodytyczny i, moim zdaniem, szpetny (nie musimy się w tym zgadzać, ale ja go tak postrzegam). Św. Pius X wydawał mnóstwo dokumentów. To za jego czasów zaczęło się majstrowanie przy Mszy św. oraz przy liturgii w ogóle. Wielu biskupów, a także proboszczów puszczało te dokumenty mimo uszu, bo było ich po prostu zbyt dużo. Encyklika o śpiewie kościelnym Piusa X była raczej ignorowana, w konsekwencji śpiew solesmeński funkcjonował tam, gdzie działali „świętsi od papieża” muzycy, a równolegle funkcjonował chorał w dawnym kształcie.

Tak rzecz się miała aż do nieszczęsnej reformy posoborowej, która właściwie, mimo, że dokumenty SW II mówią o chorale gregoriańskim jako o śpiewie własnym Kościoła, wykasowały go ze świątyń. Jest to rzecz tragiczna i niebywała. Ktoś, kto wyrzuca tego rodzaju skarby na śmietnik zachowuje się w sposób niegodny i nie ma dla niego litości – ani tu na ziemi ani w niebie.

Jak  miała się rzecz ze śpiewem ludowym?

Składały się nań pieśni pochodzenia chorałowego, w tym przypadku mamy do czynienia z melodiami wyprowadzonymi z tonów gregoriańskich; a także endemicznie ludowe, nieskodyfikowane, których w całym katolickim świecie była, oczywiście mnogość. I jeszcze jedno rozróżnienie: w śpiewie nabożnym  (nie mówimy o pieśniach gminnych) często odnajdujemy partytury dworskie, względnie klasztorne, które lud zaadaptował i wykonuje w sposób właściwy do swojej muzykalności.

W XIX wieku do Kościoła wdarł się śpiew operowy. Reforma, którą zaproponował Pius X była odpowiedzią na to, co się działo w świątyniach. Tak zwane części Mszy i antyfony na dany dzień śpiewane były emisją operową i manierą operową, na przykład bel canto. Nie będę tego demonstrował, bo siedzimy w miejscu publicznym, ale proszę mi wierzyć, że było to po prostu koszmarne. Zatem ruch papieża był uprawniony, ale jego skutki – fatalne.

Wracając do śpiewu ludowego. W trakcie Mszy tzw. cichej (czyli w rzeczywistości – recytowanej) w rycie rzymskim wierni śpiewali aż do dzwonka na Sanctus. Po dzwonku na tzw. małe podniesienie wracał śpiew i trwał już do końca. Mówiąc krótko, ofiarnik robił swoje, a wierni robili swoje, czyli modlili się tak, jak im pobożność dyktowała. Czyli sytuacja była zdrowa, nie mieliśmy tej „gimnastyki” o proweniencji protestanckiej, którą uprawiamy obecnie: wstań – powstań, wstań – powstań, odpowiedz, zaśpiewaj, usiądź, itd.

Nie chcę wchodzić w kwestię, jakie były intencje reformatorów dlatego, że będzie je sądził Bóg. Można mówić, że posługiwali się hurraoptymistyczną, humanistyczną antropologią zakładającą, że człowiek sam z siebie jest dobry. Twierdzę, że reformatorzy nie uwzględnili skutków grzechu, że w obliczu Boga człowiek jednak powinien milczeć, a nie dialogować. Że Msza święta jest w końcu przerażającą tajemnicą. Że, pomimo chrześcijańskiej nadziei, nasz los na Sądzie nie jest znany, zatem trudno uzasadnić ów hurraoptymizm. Wreszcie, wszystkie nowe obrzędy wynikają z założenia, że do rzeczywistości liturgicznej można sobie po prostu „wejść” i coś sobie „stworzyć”. Tak jak w katolickim oryginale odwołujemy się do tego, co Pan Jezus czynił w wieczerniku i na krzyżu, tak w nowej rzeczywistości liturgicznej odwołujemy się do człowieka i do jego potrzeb. Widziałem taki rysunek ilustrujący, jak poprzez aggiornamento  drzwi do Kościoła się otworzyły i ludzie wyszli.

Jakie konkretnie pieśni śpiewał lud w czasie Mszy świętej?

Wymienienie ich jest niemożliwe. „Śpiewnik pelpliński”, z którego w moich rodzinnych stronach (łomżyńskie) się korzysta, liczy 1 102 pieśni na cały rok liturgiczny. W czasach Bismarcka w zaborze pruskim zaczęto eliminować ze świątyń język polski. Do tego czasu w seminariach duchownych na ziemiach zamieszkiwanych przez Słowian seminarzyści obowiązkowo uczyli się polskiego, bo wieś mówiła po polsku. Dotyczy to nie tylko Warmii, tak zwanych Mazur (Prus Książęcych), Dolnego Śląska (właściwie górnych Łużyc). W czasach Bismarcka zaczęto to rugować. Kapłan diecezji pelplińskiej Michał Keller, chcąc ratować język polski skodyfikował najczęściej używane w kościołach pieśni. Z tym, że pomyślał nie tylko o swojej diecezji, ale w ogóle o Kościele katolickim, gdzie wierni byli Polakami, a hierarchia była już niemieckojęzyczna. Biskup miejscowy zaś, jako człowiek czujny, dobroduszny i szlachetny, pozwolił księdzu przeprowadzić to dzieło i pod auspicjami diecezji pelplińskiej śpiewnik ukazał się w roku 1870. Znajdują się w nim utwory pochodzenia chorałowego, najstarsze średniowieczne, polskie pieśni nabożne, wreszcie renesansowe, pisane do tekstów Kochanowskiego. Mamy tam kwiat literatury polskiej barokowej. No i wreszcie Karpiński,  wspaniały pisarz kościelny, niezwykły talent i człowiek niezwykle dla polskiej muzykalności zasłużony. Spod jego pióra wyszły nieszpory zwane ludowymi, lub polskimi.

Reformatorzy zaś – niech im Pan Bóg wybaczy – zdewastowali to czcigodne nabożeństwo, zmniejszyli liczbę psalmów z pięciu do trzech, przestawili hymn. Zrobili po prostu rewoltę, a to co zostało – ocenzurowali. Na przykład, psalm o incipicie „Kiedy z Egiptu Izrael wychodził” pozbawili wersów złorzeczących. Pacyfizm jest jednym z symptomów modernizmu,  sprawiedliwość według tegoż kłóci się z miłosierdziem.

Rozmawiał Roman Motoła

Za: Polonia Christiana – pch24.pl (2012-11-03)

 
Reforma zdewastowała muzykę liturgiczną (II cz.)

Kwestia ludowego śpiewu nabożnego stanęła na wokandzie, jest już obecna. Działają bractwa śpiewacze, w różnych ośrodkach akademickich czy duszpasterskich pojawiają się grupy, które zaczynają to praktykować. Mam na myśli, na przykład Trójmiasto, Kraków, Toruń, Poznań, Lublin… To znaczy, że coś zaczyna się dziać – mówi dla PCh24.pl Adam Strug, śpiewak, twórca zespołu Monodia Polska
Reforma zdewastowała muzykę liturgiczną (II cz.)

Zespół Monodia Polska. Fot. Monodia.pl

Czy wykonywane przez Pana zespół Monodia Polska utwory zaczerpnięte ze „Śpiewnika pelplińskiego” przetrwały jeszcze żywe, gdzie indziej?

–  Tak – są miejsca, gdzie pieśni te wykonuje się w zmodernizowanym Kościele, na przykład w parafiach wiejskich, w których z jakichś powodów do dziś dnia nie zbudowano instrumentu organowego, a proboszcz nie zatrudnił nikogo z keyboardem. Zdarza się też, że jest już organista, który prowadzi nabożeństwa na nową modłę, ale parafialna starszyzna jeszcze jest liczna i jeszcze przed Mszą ludzie śpiewają Różaniec lub pieśni czy Godzinki. Nawiasem mówiąc, dzisiaj znamy zaledwie Godzinki o Niepokalanym Poczęciu, a moja babcia śpiewała mi pięć rodzajów Godzinek, na każdy okres roku liturgicznego inne.

Jednak podstawowym obiegiem tradycyjnej muzyki kościelnej są pogrzeby, śpiewane do dziś dnia w całej Polsce, poza peryferiami metropolii. Na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych funkcjonuje na przykład zwyczaj, że wilniucy śpiewają po swojemu, a jeśli okolica zdominowana jest przez Kurpiów, to oni też się nie krępują i śpiewają przy zmarłym na swój własny sposób.

Owszem, jest to jednak ostatni dzwonek, by ocalić tę muzykę, gdyż zachodzi tu zjawisko zerwania naturalnego następstwa pokoleń. Do tej pory młode pokolenia angażowały się w podtrzymywanie tej muzycznej tradycji, w tej chwili już w to nie wchodzą. Coś się zmieniło. Najprawdopodobniej chodzi o to, że za sprawą reformy liturgicznej nie mają już motywacji i – przede wszystkim – oparcia w samym Kościele. Po prostu, gdy idziesz do kościoła i widzisz, że coś nie działa – a widzimy, że Novus Ordo jest po prostu źle skonstruowana, mamy  poczucie „uczestnictwa” w nudnej akademii szkolnej – to później wszystko, co wiąże się ze śpiewem religijnym czy kościelnym, źle nam się kojarzy. Mówiąc krótko, reforma mszalna wprost uderza w polską kulturę, a także w muzykalność wyjątkowo niegdyś muzykalnego narodu, jakim byliśmy i w enklawach nadal jesteśmy.

Nasze pokolenie czterdziestolatków miało jeszcze szansę dawny śpiew pamiętać z własnego doświadczenia, młodsi o dwie dekady już raczej pamiętać nie mogą.

Nawet starsze panie zostały już nauczone nowych śpiewów i przed Ewangelią, po protestancku wzywają Ducha Świętego za pomocą jakichś melodii Bogu niemiłych, a melomanom wstrętnych. Są już tym przesycone. Wystarczyło 30-40 lat modernistycznej ruchawki. Tę liturgiczną dziurę, która wytworzyła się po soborze musiano czymś wypełnić i ona została wypełniona. I tak, dla jednych był ruch oazowy, dla publiczności bardziej wymagającej ryt neodominikański (a właściwie pseudodominikański), dla lubiących podróże – Taizé, dla tych, którzy mieli kłopoty i nie wynieśli katolicyzmu z domu – myślę o neokatechumenacie – jest śpiew Kiko Argüello, dla każdego coś miłego. Mamy więc do czynienia z sytuacją, że z Kościoła polskiego, posiadającego prawdziwe, gromadzone tysiąc lat skarby (śródziemnomorskie światło chorału i to wszystko, co z niego się wywodziło, oraz rodzime perły muzykalności północno-zachodnich Słowian) niemal wymieciono depozyt muzyki katolickiej w lat zaledwie czterdzieści.

Jaka idea przyświecała założeniu Monodii?

Monodia Polska jest zespołem śpiewaczym, praktykującym pieśni przekazywane wyłącznie w tradycji ustnej. Naszym założeniem jest praca jak za króla Ćwieczka. Owszem, jesteśmy wprzęgani w różne przedsięwzięcia większe czy mniejsze, włącznie z muzyką teatralną, ostatnio opracowujemy też np. polifonię, ale to wszystko jest jakby dodatkiem. Przede wszystkim zajmujemy się tym, co w tradycji polskiej przekazywane było z pokolenia na pokolenie, nieprzerwanie, niemalże do wczoraj. Jako, że miałem szczęście wychować się w okolicy rozśpiewanej, wyrosłem w tym śpiewie, stąd zespół w sposób naturalny ma całkiem spory repertuar, zaczerpnięty od starszyzny, z którą obcowałem w latach 70., a byli to ludzie już wówczas wiekowi, czyli urodzeni pod koniec XIX wieku, a na pewno przed I wojną światową.

Najpierw poszła pocztą pantoflową informacja, że jest w Warszawie śpiewak pogrzebowy, który potrafi ośpiewać cały pogrzeb, czyli dwie noce i sam pochówek. A ponieważ nie jest to repertuar do solowych występów, skrzyknąłem znajomych, z którymi zetknąłem się wcześniej w różnych okolicznościach życiowych i muzycznych. Powód spotkania był utylitarny, nie było u początków zespołu jakiejś idei. A gdy już się spotkaliśmy, okazało się, że mamy potencjał, każdy z nas w swoim życiu w sferze muzycznej już czegoś dokonał. To pozwala nam w sposób komunikatywny opowiadać o polskiej kulturze muzycznej, która jest najpiękniejsza na świecie, która jest naszym skarbem, także na poziomie duchowym. Mówiąc krótko, to nie jest kwestia naszego chcenia, to nasz obowiązek.

Przedsięwzięcie znacznie rozwinęło się ponad tę myśl, która stała u początków zespołu.

Rozwinęło się, aż dziw, że to się kręci. Nie dajemy może zbyt dużo koncertów, ale nie w tym rzecz, lecz w sile rażenia. Zagadnienie polskiego śpiewu tradycyjnego (zwanego też ludowym, choć to określenie nieścisłe) za sprawą naszej działalności stanęło na porządku dziennym w środowiskach muzyki dawnej, muzyki kościelnej i muzykologicznych. Zdarza nam się pojawiać w Akademiach Muzycznych, konfrontujemy nasze kurpiowskie oryginały z adaptacjami Szymanowskiego czy Góreckiego, więc, można powiedzieć, iż zrobił się „ruch w interesie”. Oczywiście, jasne jest, że wsadzamy kij w szprychy, dlatego, iż adaptacje, o których wspomniałem nie wytrzymują konfrontacji z oryginałem. O ile Górecki jeszcze się broni, bo jest „malarzem”, powiedzmy, dosyć swobodnym, wyprowadza z kurpiowskich pieśni własne partytury, przestrzenne i rzeczywiście ciekawe, to już przy Szymanowskim wychodzi niezamierzony efekt karykaturalny i to boli, gdyż na Akademiach Muzycznych mamy nie fanów, ale wręcz wyznawców Szymanowskiego.

W tak zwanym środowisku jest więc oddźwięk, a czy zdarzają się i naśladowcy?

Jest wierna publiczność, z tym, że my przełamujemy ów schemat, podział wykonawcy – publiczność. Owszem, formuły koncertowej wyeliminować zupełnie nie sposób z naszego życia, ale często forsujemy u organizatorów formułę polegającą na tym, że zachęcamy słuchających, by śpiewali z nami, bo cechą tego śpiewu jest to, że śpiewają duże składy ludzkie.

Nas w zespole jest ośmiu, a powinno być czterdziestu, z tym, że logistycznie jest to niemożliwe, bo wtedy by zebrać wszystkich potrzebowalibyśmy autobusu. Dlatego jesteśmy w trakcie tworzenia przedsięwzięcia pod nazwą Wielka Monodia Polska. O ile skład podstawowy liczy osiem osób, to w tej otwartej formule, poszerzonej o naszych znajomych gdzieś z okolic, takich, którym Pan Bóg dał głos, już znacznie więcej. Przyjdzie moment, że zaśpiewamy tak, jak to powinno wyglądać, na przykład „Bogarodzicę” na czterdzieści męskich głosów, ale nie na podstawie zapisu nutowego, czy, nie daj Boże, polifonicznego aranżu, tylko tak, jak tę czcigodną pieśń zapamiętała i śpiewała moja babka. Podobnie z chorałem. Jednak nie zajmuję się nim, uważam wręcz, że wykonywanie chorału to też swego rodzaju powołanie (twierdzę, iż dla duchownych i nie widzę powodu, by ich wyręczać).

Jeśli zaś chodzi o naśladowców, to grup śpiewaczych, działających podobnie jak my (wyłącznie tradycja ustna, żadnych rekonstrukcji, naturalna emisja), na razie w publicznej przestrzeni nie widzę, ale mamy jedną zasługę jeśli chodzi o oddziaływanie Monodii i moje osobiście (siedzę nad tematem lat z góra dwadzieścia) w środowiskach, które wymieniłem wcześniej. Otóż, kwestia ludowego śpiewu nabożnego stanęła na wokandzie, jest już obecna. Działają bractwa śpiewacze, w różnych ośrodkach akademickich czy duszpasterskich pojawiają się grupy, które zaczynają to praktykować. Mam na myśli, na przykład Trójmiasto, Kraków, Toruń, Poznań, Lublin… To znaczy, że coś zaczyna się dziać. Niektóre grupy pielgrzymkowe (myślę tutaj przede wszystkim o tradycjonalistach indultowych, niegdyś od św. Benona, a obecnie od św. Klemensa w Warszawie) umieszczają te polskie pieśni w swoich śpiewnikach i ich używają. Coraz częściej pieśni owe podejmują też muzycy folkowi, ale o tym przez wrodzoną grzeczność nie wspomnę.

Po naszych śpiewach przychodzą ludzie, ci starsi nieraz ze łzami w oczach, bo im się przypomina, jak to było, a młodzi pytają „a co to jest?” nie mogąc uwierzyć, że to polska muzyka. Nie dzieje się to wszystko za sprawą naszej maestrii. W pieśniach jest wszystko czego człowiek na poziomie duchowym i estetycznym potrzebuje. My – po dawnemu – jesteśmy tylko instrumentami.

Widzi Pan szansę na to, że nowe pokolenie seminarzystów, nieznające tej muzyki z przekazów ani tym bardziej z własnego doświadczenia zachwyci się tą muzyką i wróci ona do świątyń na dobre?

Z jednej strony myślę, że młodzi seminarzyści nie mają lekkiego życia. Niejednokrotnie bowiem wchodzą w dobrej wierze na statek, który płynie w zupełnie innym kierunku niż się spodziewają. Czasem pracuję z grupami seminaryjnymi, znam wielu młodych, którzy zerkają w stronę Tradycji, ortodoksji, Mszy sprawowanej według rytu sprzed nieszczęsnej reformy, w stronę katolickiego śpiewu. Mówiąc krótko, modernizm, jak niegdyś arianizm, wymrze. Szkoda, że dzieje się to kosztem katolickich niegdyś narodów. Interesujące jest to, co oryginalne, wszelkie podróbki nie są ciekawe i poświęcanie im życia i własnego powołania nie ma, moim zdaniem, sensu.

Przyszłość Kościoła jest w Tradycji?

Zdecydowanie. Wbrew poglądowi, iż wiosną Kościoła są nowe ruchy kościelne twierdzę, iż są one przejawem jego judaizacji, względnie protestantyzacji, a najczęściej obu na raz. Modernizm jest bowiem według definicji św.Piusa X „sumą wszystkich herezyj”. Odnowa Kościoła przyjdzie ze środowisk tradycjonalistycznych.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Roman Motoła

    Adam Strug założył Monodię Polską, zespół  śpiewaczy, wykonujący dawne polskie pieśni religijne i świeckie w wariantach  melodycznych zebranych w Łomżyńskiem i na Kurpiach Zielonych.

    Wiersze śpiewane przez zespół pochodzą ze Śpiewnika Pelplińskiego (1871),  liczącego 1 102 pieśni na cały rok liturgiczny. Zawiera on średniowieczne  anonimy, wiersze Kochanowskiego, Wujka, Bolesławiusza, Trembeckiego, Zabczyca,  Naborowskiego, Krasickiego i Karpińskiego.

    Na repertuar Monodii Polskiej składają się też pieśni rycerstwa, barokowe  piety, śpiewane moralitety XVIII wieku, romantyczne pieśni dewocyjne, oraz  utwory nieskodyfikowane, będące wyrazem pobożności ludowej.

        http://www.youtube.com/watch?v=rQHPszuhlas
        http://www.youtube.com/watch?v=MQjhtmVgMW8
        http://www.youtube.com/watch?v=YAFj7fRXMhA

Za: Polonia Christiana – pch24.pl (2012-12-23)

 Tego roku Wigilia Bożego Narodzenia przypadła w poniedziałek, zapoczątkowując co najmniej tygodniowy, a może nawet dłuższy okres nirwany, w którą nasz nieszczęśliwy kraj zapada aż do Trzech Króli.

Jednym z objawów nirwany jest zanik tak zwanego życia politycznego, to znaczy – wzajemnych przekomarzań Umiłowanych Przywódców, którzy nie mając już większego, a często nawet żadnego wpływu na bieg spraw krajowych, wyżywają się w tak zwanych „potępieńczych swarach”. W zwyczajnym czasie te potępieńcze swary stanowią podstawowy surowiec dla niezależnych mediów głównego nurtu pracujących w służbie ciszy, to znaczy – dbających, by odbiorcy uzyskiwali jak najmniej informacji, a jeśli już – to najlepiej fałszywe. Kiedy jednak nasz nieszczęśliwy kraj pogrąża się w nirwanie, wysycha nawet i to źródło informacji. Tymczasem pracujące w służbie ciszy media ani na chwilę nie mogą przerwać emitowania szumu informacyjnego, bo to mogłoby wzbudzić podejrzenia nawet u mikrocefali – do czego w żadnym wypadku dopuścić nie można.

Dlatego też w okresie nirwany Umiłowanych Przywódców zastępują przedstawiciele postępowego duchowieństwa, nieubłaganym palcem wytykając „polskiemu katolicyzmowi” parafiańszczyznę, zaściankowość, polityczne zaangażowanie po niewłaściwej stronie, no i oczywiście – zbrodnicze zaangażowanie w holokaust. Okazuje się, że ani celebrowanie chanukowych świateł, ani nawet Dzień Judaizmu nic nie pomaga. Właśnie w poniedziałek rozpoczął tokowanie przewielebny ks. Andrzej Luter, wytykając „polskiemu katolicyzmowi” sprośne błędy Niebu obrzydłe w postaci „funeralności”, podczas gdy trzeba przejmować się perspektywami przetrwania Unii Europejskiej i wraz z panem Pasikowskim rozdrapywać narodowe sumienia. Przewielebny ks. Andrzej Luter jest duszpasterzem pana prezydenta Komorowskiego. Ciekawe, czy pan prezydent wybrał go sobie sam, czy też ktoś mu tego duszpasterza nastręczył? Tak czy owak, przewielebny ks. Luter śpiewa z właściwego klucza – również przed „Stokrotką”, która najwyraźniej skądś wie, kto w okresie nirwany najlepiej zastąpi pana posła Stefana Niesiołowskiego.

Stanisław Michalkiewicz

Judeo-satanistyczna złodziejka broni Senator Diane Feinstein zaproponowała ogólnoamerykański programu skupu broni w Stanach Zjednoczonych z Izraelem. Judeo-satanistyczna złodziejka broni Senator Diane Feinstein zaproponowała ogólnoamerykański programu skupu broni w Stanach Zjednoczonych z Izraelem.

Stwierdziła ona, iż w obliczu przerażającej masowej zbrodni, która de facto została popełniona przez agentów izraelskich, 20 dzieci zmarło w Newtown, Connecticut takie prawo jest w pełni uzasadnione i konieczne.

 

W taki prosty sposób Izrael chce rozbroić Amerykanów !

 

Żydówka Feinstein i żyd Blumenthal oświadczyli podczas odbytej konferencji prasowej w piątek 21 grudnia 2012 roku, iż: „Poszukujemy również w programie wykupu broni rozwiązań wyzbycia się broni” stwierdzili podczas wspólnej konferencji prasowej.

 

http://www.c-span.org/Events/Democratic-Senators-Respond-to-NRA/10737436852-1/

 

Jak wiemy za pieniądze podatników policja masowo wykupuje broń od amerykanów za jedyne 200 dolarów. Teraz żydzi w Ameryce proponują 500 dolarów za broń. Jak to zwykle bywa oni nie płacą i aby było tradycyjnie za wykup broni zapłacą oczywiście podatnicy ze swoich podatków, tak jak za wojny prowadzone w interesie Izraela płacą również Polacy. Pisałem o tym tutaj:

 

http://poloniae.nowyekran.pl/post/83195,odkupuja-bron-od-amerykanow

 

Scenariusz rozbrojenia amerykanów !
– krwawy zamach na niewinnych osobach dokonany przez agentów Izraela (dwie osoby zatrzymane; Adam Lanza zamordowany dzień wcześniej z matką i zawleczony do szkoły)

 

http://poloniae.nowyekran.pl/post/83807,nowe-fakty-dot-masakry-sandy-hook

– opłakiwanie zamordowanych na wizji przez Obamę mimo, że zamordował wielokrotność niewinnych dzieci na świecie via samoloty bezzałogowe
– żydowska senator Feinstein oraz Blumstain mają już gotowy projekt odkupywania broni od amerykanów z ich podatków aby było zabawniej.
– dla opornych są gotowe obozy koncentracyjne

 

http://poloniae.nowyekran.pl/post/83285,obozy-koncentracyjne-w-stanach-zjednoczonych-z-izraelem

 

    dla stawiających opór zbrojny rozsiane na terenie Stanów Zjednoczonych Izraela bazy samolotów bezzałogowych, które będą ich mordować jak Pakistańczyków, Jemeńczyków czy obywateli innych krajów.

    Dla Polaków żydzi zarezerwowali ogólnopolskie szczepienia !

    Więcej tutaj:
    http://rafzen.wordpress.com/2012/12/27/israel-wants-to-disarm-the-americans/

{youtube}cab7gCiVf8c{/youtube

List jest dlugi ale interesujacy. Zawsze lubilem Leppera bo ten czlowiek mial charakter, moze nie byl dokonaly dla wielu, nie mniej jednak byl w interesie Polakow, zwyklych ludzi i nie byl lubianym przez elity. Robil to co powinien jako wybrany polityk. Narazil sie amerykanskim i angielskim bankierom „rozbiorcom Polski” to mu robili rozne swinstwa.

Najsmutniejsze to jest to ze wlasnie ci najbiedniejsi najwiecej go wysmiewali, w ktorych interesie dzialal i zostawie to na tym. Niektorzy Polacy twierdzili ze „nasz papiez” nie mowil dobrze po angielsku, w czasie gdy amerykanie zachwycali sie jaki jest zdolny i ze zna tyle jezykow.

Ktos napisal ten komentarz.
„Demontaz panstwa ju¿ siê skoñczyl. Teraz beda znikac ludzie” – Janusz Kurtyka, 06.04.2010.
SS a pijar
„Jak powszechnie wiadomo, general Petelicki zszedl we mgle poni¿ej stu metrów i pozostaje do wyjasnienia, kto go do tego sklonil. To znaczy, oczywiscie, wiadomo kto – byl to slynny Seryjny Samobójca (SS), znany od dziesiêcioleci, ten sam, którego rewolucyjny poeta Majakowski wital okrzykiem „towarzysze, nie strzelajcie!”. „

„Czym się skompromitowal: może talibami w Klewkach-tajne obozy CIA, moze nieslubnym dzieckiem z prawdomowną i cnotliwa Anetka, może krytyka guru przemian gospodarczych, może obnazaniem „salonow”.”

„oczywiscie oczywiscie dlatego Koziej w radio TOK FM lłumaczyl pospolstwu iż Komorowski nie wsiadzie do wyremontowanej Tutki dopoki ta nie przejdzie dodatkowych badan w naszym cudnym kraju”

Warszawa, 17.04.2009 Szanowny Pan Sebastian Karpiniuk Przewodniczący Komisji Sejmowej Do spraw Nacisków . Szanowny Panie przewodniczący

Jestem zmuszony zareagować na oświadczenia i wypowiedzi posłów Kurskiego i Mularczyka, którzy są członkami Komisji do spraw Nacisków, reprezentując w niej Prawo i Sprawiedliwość.

Jestem zaszokowany cynicznym, bezwstydnym i kłamliwym oświadczeniem tych Panów, że nie było żadnych dowodów na łamanie prawa przez Centralne biuro Antykorupcyjne, ministra sprawiedliwości Pana Zbigniewa Ziobrę oraz ówczesnego premiera Pana Jarosława Kaczyńskiego w sprawie tak zwanej afery gruntowej.

Z tego względu uprzejmie proszę o umożliwienie mi na ponowne wystąpienie przed Komisją śledczą, aby złożyć oświadczenie oraz dowody o rażącym bezprecedensowym łamaniu prawa przy tworzeniu afery gruntowej przez wymienione osoby i podmioty prawne. Pragnę udowodnić, że afera gruntowa została wymyślona przez CBA, Kancelarię Premiera Kaczyńskiego i jego osobiście jako prowokacja polityczna wymierzona wyłącznie przeciwko konstytucyjnemu Ministrowi i Wicepremierowi rządu Andrzejowi Lepperowi. Chciano w ten sposób skompromitować i aresztować moją osobę, a w konsekwencji pozbawić pełnionych funkcji publicznych. Zamierzano przejąć Klub Poselski Samoobrony pod władcze skrzydła PiS, aby stworzyć sobie warunki do autokratycznego rządzenia krajem.

Przypomnę, że afera gruntowa była rozpaczliwym, wcale nie pierwszym i nie ostatnim sposobem osiągnięcia nikczemnych celów przez Jarosława Kaczyńskiego i PiS. Najpierw był 22 września 2006 r., kiedy zostałem po raz pierwszy pozbawiony funkcji Ministra i Wicepremiera. Nie szczędzono mi wówczas obelg i wyzwisk, głoszonych zwłaszcza przez Jarosława Kaczyńskiego.

Już wtedy była gwałtowna próba przejęcia Klubu Poselskiego Samoobrony przez PiS. W dniu 23 września otrzymałem list od posła Jerzego Zawiszy, w którym informował mnie, że Panowie: Gosiewski, Girzyński, Mojzesowicz próbują za każdą cenę rozmontować klub Samoobrony i przejąć posłów klubu do PiS, oferując im lukratywne stanowiska w państwie. Jemu, jako osobie wojskowej, oferowano za porzucenie Leppera funkcję sekretarza stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej. Potem były tzw. taśmy Renaty Beger, które ośmieszyły i skompromitowały PiS, ujawniając frymarczenie wysokimi posadami państwowymi.

W tym stanie rzeczy Pan Jarosław Kaczyński nie miał innego wyboru, niż przywrócić mnie na poprzednie pełnione funkcje państwowe. W ten oto sposób nazwany przez Jarosława Kaczyńskiego Warchoł został ponownie Wicepremierem i Ministrem Rolnictwa. Kaczyński poniósł klęskę i nigdy mi jej nie zapomniał, i nigdy tego powrotu nie darował. Szykował dotkliwą zemstę. Wymyślono więc aferę gruntową, jako wyjątkową prowokację polityczną, przeciwko mojej osobie, chcąc wymierzyć mi polityczny wyrok śmierci.

Na licznych konferencjach prasowych, w wystąpieniach w Sejmie i innych oświadczeniach Prezes CBA Pan Kamiński, Minister Ziobro szeroko informowali media i opinię publiczną, że afera gruntowa nie była wymierzona w moją osobę, że rzekomo dopiero w ostatnim etapie śledztwa znalazłem się w kręgu ciężkich podejrzeń i zarzutów.

Takie obłudne kłamstwa głosili pan Kamiński, pan Ziobro, a także Pan Kaczyński. Kłamali cynicznie, bezwstydnie, bezkarnie.

Na podstawie tych kłamstw i w oparciu o absurdalne rzekomo ciężkie dowody, których nikt nigdy do dnia dzisiejszego mi nie przedstawił, zostałem 9 lipca 2007 r. odwołany przez Prezydenta Lecha Kaczyńskiego z funkcji Wicepremiera i Ministra Rolnictwa.

Aktu tego dokonał jakiś tam zwyczajny urzędnik Prezydenta w zakamarkach Pałacu Prezydenckiego. Tak żegnano konstytucyjnego Ministra i Wicepremiera. Prezydent bał się wręczyć mi akt odwołania, udowodnię to w dalszej części mego listu.

Jaka była rzeczywista prawda o aferze gruntowej, gdy odrzucimy wszystkie kłamstwa i pomówienia wspomnianych Panów? Spróbuję to zaprezentować.

Otóż za początek rozpoczęcia tzw. afery gruntowej, czyli prowokacji politycznej przeciwko mojej osobie, należy przyjąć połowę grudnia 2006 r. Wtedy to w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów pod przewodnictwem Ministra Lipińskiego odbyło się spotkanie osób ze spółek wrocławskich ATM i Dialog, którzy wcześniej donieśli do CBA o korupcyjnych zamiarach odrolnienia ziemi na Mazurach przez Andrzeja Kryszyńskiego. Przypomnę, że ten pan był wieloletnim współpracownikiem służb specjalnych, występując pod różnymi nazwiskami. Zapadła wówczas, właśnie w Kancelarii premiera, decyzja o zorganizowaniu linczu na mojej osobie, czyli konstytucyjnym Ministrze Rolnictwa.

Dla sprawnego i skutecznego przeprowadzenia tej operacji wyznaczono dwie doświadczone osoby. Jedna to wspomniany Andrzej Kryszyński, a druga to agent CBA vel Sosnowski, który był byłym oficerem agencji wywiadu, a którego z tej służby przepędzono za nieudane operacje. Obaj ci panowie zarzucili sieci przeróżnych obiecanek i materialnych nadziei na Piotra Rybę. Był to dobrze znany w środowisku wrocławskim dziennikarz. Nigdy nie był działaczem ani członkiem Samoobrony. Ceniłem go za kreatywność i rzetelność w świadczeniu pomocy w określonych obszarach działalności gospodarczej.

Otóż w wyniku przeróżnych podłych i perfidnych zabiegów związanych z wymyśloną akcją odrolnienia gruntów w Mrągowie Piotr Ryba miał pobrać od Kruszyńskiego, otrzymaną z CBA, wysoką milionową łapówkę i wręczyć ją mojej osobie. Moment wręczania tej łapówki miał oznaczać koniec Leppera, jego państwowej i politycznej kariery. Lepper miał zostać aferowym przestępcą, Łapówkarzem, zwyczajnym kryminalistą. Miały spełnić się marzenia Jarosława Kaczyńskiego. Ta hańbiąca, kompromitująca operacja trwała blisko siedem miesięcy. Dotknięta byłą prostackimi elementarnymi błędami popełnionymi przez twórców, które wywołały całą lawinę czynności bezprawnych.

A oto one:
1. W Ministerstwie Rolnictwa nigdy w przeszłości nie wystąpiły zdarzenia korupcyjne związane z odrolnieniem ziemi. Na jakiej więc podstawie CBA wymyśliło i zorganizowało prowokację specjalną właśnie w Ministerstwie Rolnictwa. Uczyniono tak, gdyż tam był ministrem Andrzej Lepper. Bez żadnych przesłanek przypuszczono atak na konstytucyjnego ministra. Pytam, kto poniesie za to odpowiedzialność. O tym nie ma i nie chce mieć zielonego pojęcia pan poseł Mularczyk i pan poseł Kurski. W aferze gruntowej od samego początku chodziło tylko i wyłącznie o Andrzeja Leppera, o złapanie go na gorącym uczynku.

2. CBA przez cały okres prowadzenia tzw. afery gruntowej podżegało do popełnienia przestępstwa. Czy miało do tego prawo? Chciano za wszelką cenę nakłonić Piotra Rybę do popełnienia czynu zabronionego. Czyniono tak, nie tylko w fazie przygotowawczej do przyjęcia przez Rybę milionowej łapówki i wręczenia jej mojej osobie. Czyniono to wobec Ryby także w areszcie tymczasowym, nakłaniając do składanie na mnie i moich współpracowników fałszywych zeznań. Jak oświadczył Piotr Ryba, jego przesłuchania przez funkcjonariuszy CBA były od początku napastliwe, aroganckie i kłamliwe.

„…poinformowano mnie w CBA, że nic nie znaczę i tak naprawdę jestem uzależniony od grupy ludzi, którzy mogą w tej chwili wszystko. Jeden z nich rysował mi na kartce różne wykresy, wskazując, gdzie jest Andrzej Lepper i gdzie są wszystkie jego tzw. satelity w rodzaju Janusza Maksymiuka. Przesłuchując mnie funkcjonariusz CBA oświadczył mi, że Andrzej Lepper jest już na dnie, pod wodą, pod lodem i nie ma sensu, żebym pogarszał swoją sytuację, że zeznania obciążające Leppera mogą mnie jeszcze uratować, a Lepper jest już i tak stracony”. „ Andrzej Lepper – powiedział oficer CBA – jest skończony, jest na niego założonych bardzo wiele pułapek, w które on wpadnie. On jest już skończony. Ty właściwie musisz przyznać jedno, powiedzieć jedno, że Andrzej Lepper był w tej grupie, która miała za pieniądze odrolnić tę nieszczęsną działkę w Mrągowie. Oczywiście powiedziałem, że nie ma takiej możliwości, bo to jest nieprawda.

W styczniu 2008 r. adwokat Piotra Ryby wystąpił do Prokuratury w Warszawie z pismem zawiadamiającym o uzasadnionym podejrzeniu popełnieniu przez funkcjonariuszy CBA przestępstwa przewidzianego w Kodeksie Postępowania Karnego. W zawiadomieniu tym przytoczone są liczne przykłady bezprawnych działań, mających nakłonić Rybę do składania fałszywych zeznań obciążających moją osobę, Janusza Maksymiuka i innych. Wiadomo mi, że sprawą tych bezprawnych działań zajmowała się Prokuratura Okręgowa w Rzeszowie. Nie są mi znane ustalenia z tego śledztwa, mimo że od tego czasu minęło już ponad rok.

3. Skala kłamstw popełnionych przez CBA jest nie tylko olbrzymia, ale i bezczelna. 13 lipca 2007 r., a więc już po zakończeniu skompromitowanej afery gruntowej, umieszczono na blogu internetowym CBA informację Piotra Kaczorka, że współpracujący z CBA przedsiębiorca przekazał Andrzejowi K. i Piotrowi R. dokumenty, które miały stanowić podstawę do wydania decyzji o odrolnieniu działki w Gminie Mrągowo. Popełniono oszustwo i wierutne kłamstwo. Miało ono uwiarygodnić decyzję o dymisji Leppera. Oświadczam, że takiego przedsiębiorcy nigdy nie było, był tylko agent CBA Sosnowski. A on nie tylko nie wręczał Rybie jakichkolwiek dokumentów, ale także go nie znał, nigdy się z nim nie spotkał. Wolał on spotykać się z Andrzejem Knyszyńskim, organizując z nim libacje alkoholowe za pieniądze podatników.

4.CBA zorganizowało prowokację specjalną nie mając do tego uprawnień, sprokurowało dokumentację związaną z odrolnianiem. Przypomnę, że na odrolnienie musi wyrazić zgodę prawdziwy wójt, a nie jego sfałszowana atrapa. Musi być też pozytywna opinia Marszałka Sejmiku. I tylko wtedy po uzyskaniu pozytywnej opinii odnośnego departamentu Ministerstwa Rolnictwa i akceptacji wiceministra rolnictwa, stosowną decyzję zgodnie prawem może podjąć Minister Rolnictwa. Taka procedura uniemożliwia popełnienie wykroczeń i błędów, a zwłaszcza czynów o charakterze przestępczym. W tej procedurze nic się nie da skręcić i sfałszować. Nie chcieli o tym wiedzieć panowie z CBA.

5. CBA od początku zajęło się bezprawnym inwigilowaniem, za pomocą najróżniejszych metod, konstytucyjnego Ministra. Natychmiast założono mi podsłuch, a potem monitorowano miejsce mojej pracy, biuro partii i miejsce zamieszkania. Nie zawahano się użyć do tego celu samolotu bezzałogowego. Jednym słowem posłużono się całym arsenałem bezprawnych środków.

Długo i wnikliwie zastanawiałem się, w imię jakich racji CBA i Minister Zbigniew Ziobro, zapewne na polecenie Jarosława Kaczyńskiego dopuścili się takiego bezprawia, a ich przedstawiciele również w Komisji Śledczej do dnia dzisiejszego głoszą, że wszystko było w porządku, zgodnie z prawem. A źródeł tego bezprawia jest kilka.

Otóż bracia Kaczyńscy, Pan Prezydent Lech Kaczyński i były Premier Jarosław Kaczyński chcieli zapomnieć jak najszybciej, ze to właśnie Andrzej Lepper i jego elektorat wnieśli decydujący wkład, by to właśnie Lech Kaczyński został wybrany Prezydentem Rzeczpospolitej. Szczerze tego żałuję.

Przypomnę, że elektorat Andrzeja Leppera z pierwszej tury wyborczej 2005 r. wynosił 2 miliony 259 tysięcy. Natomiast przewaga Donalda Tuska nad Lechem Kaczyńskim z pierwszej tury wyborczej wynosiła zaledwie 482 tysiące głosów. Przed druga turą wyborczą udało się Lechowi Kaczyńskiemu, okłamując mnie i moich kolegów, swoim oświadczeniem, w które uwierzyliśmy, osiągnąć sukces. Nasz elektorat w dominującej części zagłosował na Lecha Kaczyńskiego, a więc zadecydował o jego wyborze.

Lech Kaczyński w swoim liście z dnia 15 października 2005 r. oświadczył nam: „Przeciwstawiam się działaniom do wprowadzenia zmian w systemie ubezpieczeń społecznych rolników. I dalej: „Po wygranych wyborach uczynię wszystko, co leży w mocy Prezydenta RP, nie wyłączając wsparcia partii, która opowiedziała się za moją kandydaturą dla zapewnienia warunków zapewniających opłacalność i stabilność produkcji rolnej.”
W drugiej turze Lech Kaczyński uzyskał 8257 tys., a Donald Tusk 1257 tys. głosów mniej. Głosy naszego elektoratu, które w pierwszej turze wynosiły 2 miliony 259 tysięcy głosów odegrały więc decydującą rolę o wyborze. Bez naszej promocji, bez naszego poparcia Lecha Kaczyńskiego nie miał on najmniejszych szans wygrać z Tuskiem. A wygrał i natychmiast zapomniał, komu winien zawdzięczać swój wybór.

Głęboko wierzyłem wówczas w deklarację polityczną Lecha Kaczyńskiego, że „razem jesteśmy w stanie zrobić bardzo wiele dla polskiej wsi i rolnictwa” i że „sytuacja w Unii Europejskiej daje nam podstawy do renegocjacji między Polską a UE w sprawie kwot produkcyjnych i zrównania opłat. Ich celem musi być naprawa rażących niesprawiedliwości, jakie nas spotkały, gdy chodzi o równe traktowanie polskich rolników w porównaniu z rolnikami innych krajów UE.”

Życie i codzienna rzeczywistość udowodniły, że bracia Kaczyńscy nie mieli żadnego zamiaru zmieniać sława na czyn, deklaracji na walkę. Odwrotnie , fakty dowodzą, że inspirowano działania na szkodę polskich rolników. Oto np. Premier Jarosław Kaczyński oświadczył w Brukseli, że istnieje konieczność likwidacji dopłat dla rolników i przeznaczenie tych środków na zbrojenie.
Ja, jako konstytucyjny Minister Rolnictwa nigdy nie czułem ani prezydenckiego, ani PiS-owskiego wsparcia. Wszystko to, co uczyniłem, co zmieniłem i co załatwiłem dla polskich rolników było wynikiem mojej walki i przetargów z Ministrem Finansów i Premierem Rządu.

Z ich strony emanowała pogarda i pyszałkowata wyższość dla spraw zwykłych ludzi, dla realizacji programu ujętego później w umowie koalicyjnej. Nic więc dziwnego, że od pierwszego dnia powołania przy pomocy Hierarchów Kościoła Katolickiego koalicyjnego rządu, nie brakowało rozbieżnych poglądów i ostrych konfliktów. Jarosław Kaczyński był premierem o dyktatorskich manierach, miał aspiracje bycia nieomylnym i wszechwiedzącym. Pozostali partnerzy koalicyjny mieli spełniał marginalne funkcje w jego rządzie.

Samoobrona nie chciała być przystawką PiS, dlatego już od pierwszego dnia z okresu premierostwa Jarosława Kaczyńskiego w koalicji rządowej iskrzyło, mnożyły się nieporozumienia. Jarosław Kaczyński dobrze wiedział, ze Andrzej Lepper był wyrzutem sumienia braci Kaczyńskich, a jednocześnie notariuszem ich publicznych zobowiązań.

Skoro nie mieli oni zamiaru spełniać zaciągniętych zobowiązań wyborczych i koalicyjnych, to musieli wiedzieć, że Lepper im tego nie zapomni, że wejdzie na ścieżkę sporów i konfliktów.

Na tej drodze walki bracia Kaczyńscy zamiast szukać consensusu postanowili pod byle pretekstem wyeliminować mnie z pierwszej linii działalności politycznej oraz przejąć pod swe skrzydła posłów Samoobrony. Wspominałem już, że 22 września 2006 r. po raz pierwszy zostałem pozbawiony funkcji Ministra i Wicepremiera. W uzasadnieniu medialnym Pan Premier nie szczędził mi wszystkiego, co najgorsze. Czynił to w przekonaniu wodza, któremu wszystko wolno nawet bezkarnie oszukiwać posłów Samoobrony, oferując im lukratywne stanowisko. Jak to czyniono, mówią tzw. taśmy Renaty Beger, czyli rozmowy posłanki Renaty Beger z wysłannikami Jarosława Kaczyńskiego. Oto fragmenty tych rozmów z dnia 22 września 2006 r. między Ministrem Andrzejem Lipińskim z Renatą Beger:

Mówi Adam Lipiński: „My mamy 165 mandatów teraz, Sośnierz stracił manat, 28 Liga, 25 PSL, 17 jest w nowym klubie, to daje 226 mandatów. Do tego dochodzą 2 głosy mniejszości i chyba 3 niezależnych, oni na pewno będą głosować za nami. Można powiedzieć, że my podchodzimy pod 230 mandatów”.
Mówi Renata Beger – „Jakie propozycje?”
A.L. – „Czyli co, sekretarz stanu w Ministerstwie Rolnictwa?”
R.B. – „I to natychmiast”
A.L. – „Czy pani by chciała własne koło założyć, czy coś innego?”
R.B. – „Interesuje mnie wstąpienie do waszego klubu
A.L. – Do PiS-u, tak? No to w takim razie, ile jeszcze osób, o jakiej grupie Pani mówi?
R.B. – Znaczy tak, jest jeszcze pięć osób, z tym, że oni nie są zainteresowani, bynajmniej nie mówili, że chcą wstąpić do PiS-u
A.L. – Ale rozumiem, że pani propozycja to jest kwestia sekretarza stanu w Ministerstwie Rolnictwa. Wstąpienie do PiS-u to jest jedna moja rozmowa z prezesem, szczerze mówiąc.
R.B. – O klubie mówiliśmy i o stanowisku mówiliśmy; pierwsze miejsce na liscie w moim okręgu
A.L. – Rozumiem, ja to sobie zanotuję
R.B. – Gramy o dużą stawkę.

Upublicznienie taśm Renaty Beger stało się ważnym przyczynkiem do późniejszej klęski PiS i Jarosława Kaczyńskiego. Nie udało się przejąć posłów Samoobrony. Panowie z PiS stanęli przed dramatycznym dylematem: albo oddać władzę w Polsce, albo przywrócić Leppera na uprzednio zajmowane stanowiska i współrządzić w koalicji. Z olbrzymim bólem postawiono na Leppera i Samoobronę, a pomógł im w tym Roman Giertych. Ja jeszcze raz uwierzyłem, że w przyszłości Panowie Kaczyńscy nie zdecydują się na powielenie uprzedniej arogancji i pychy, próbując na nowo rozliczyć, zniszczyć, zmiażdżyć Leppera.

Ja byłem dla nich groźnym, niewygodnym i niebezpiecznym partnerem koalicyjnym. Oni wiedzieli dobrze, że zaciągniętych zobowiązań wobec rolników i biednych ludzi nie spełnią, że posiadaną władzą z nikim dzielić się nie będą, a zwłaszcza z Samoobroną. Podjęta walka o przejęcie całej władzy w Polsce miała cyniczny, oszczerczy i nikczemny charakter. Tak mogli zrobić tylko ludzie o autokratycznych manierach i aspiracjach. Oni nie przebierali w środkach.

Wymyślono i spreparowano aferę gruntową. Wybuchła we wszystkich mediach wrzawa pogardy i zniewolenia mojej osoby. Panowie Kaczyńscy dokonali na mnie politycznego linczu, stałem się czarnym charakterem podejrzewanym o agenturalną szpiegowską działalność. Mój krzyk rozpaczy, że prawda jest zupełnie inna, był głosem wołającego na puszczy. Jarosław Kaczyński głosił we wszystkich mediach, że Andrzej Lepper znajduje się w kręgu ciężkich zarzutów i podejrzeń i dlatego musi być odwołany z funkcji Ministra i Wicepremiera.

Pytam się dzisiaj Pana Jarosława Kaczyńskiego: gdzie są te zarzuty, co się stało z tymi oskarżeniami. Niech wreszcie je ujawni, albo przyzna, że jest zwyczajnym kłamcą i oszustem, niech ma odwagę ponieść odpowiedzialność za głoszone oszczerstwa wobec mojej osoby.

Ja, Andrzej Lepper oświadczam że ciężkich ani jakichkolwiek zarzutów, mówię oczywiście o udokumentowanych zarzutach, nigdy nie było. Był tylko stek bzdur i kłamstw CBA, PiS i panów Kaczyńskich.

Na słynnej konferencji szefa CBA pana Mariusza Kamińskiego w lipcu 2007 r. padały kłamliwe oświadczenia, że prowokacja nie byłą wymierzona w moją osobę. Szef CBA był i nadal jest przekonany o swojej bezkarności i obowiązku służenia określonej partii politycznej a nie Polsce. CBA aktywnie współpracując z Ministrem Ziobro wywoływali w kraju atmosferę podejrzliwości i strachu, zamiast współtworzyć szacunek dla prawa i zaufanie do państwa i jego organów bezpieczeństwa. Temu celowi służyły prawdziwe orgie transportowe, na przykład przewożenie Piotra Ryby na przesłuchania do organów prokuratorskich. Wyglądało to mniej więcej w ten sposób, ze sześciu panów w kominiarkach, uzbrojonych po zęby, zasiadało do eleganckich samochodów i przejeżdżało na ciągłym klaksonie sygnalnym i dowolnej prędkości przez ulice Warszawy, żeby przewieźć podobno najgroźniejszego przestępcę Piotra Rybę.

Ośmielam się zauważyć, że brudna operacja zniszczenia mojej osoby i przejęcia pod swe skrzydła posłów Samoobrony, zakończyła się klęską Premiera Kaczyńskiego i PiS, cała uwaga nie została ukierunkowana przez media na wymierzenie surowej odpowiedzialności wobec osób, które wykorzystały instrumenty władzy i prowokacji do zorganizowana swoistego linczu politycznego. To był swego rodzaju zamach na konstytucyjnego Ministra. Zakończył się klęską autokratycznych władców. Na razie klęską wyborczą i odsunięciem od władzy państwowej. Wyrażam przekonanie, że niedługo przyjdzie też czas na wymierzenie odpowiedzialności prawnej, a nawet karnej. Póki co, to wspomnianym intrygantom politycznym i rzekomym zbawcą polskiej wolności i sprawiedliwości udało się odwrócić uwagę od krzywdy wyrządzonej mojej osobie i mojej partii i skoncentrować na tzw. przecieku prowokacji politycznej. Nagle najważniejszym się stało: kto ostrzegł Leppera przed tymi, co mieli przynieść za wiedzą Kaczyńskiego mi walizkę pełna złotówek do Ministerstwa Rolnictwa.

Nikogo już nie interesowało, że konstytucyjny minister i wicepremier miał za akceptacją Premiera Kaczyńskiego zostać wdeptany w błoto przestępcze i wtrącony do więzienia. To było już nieważne. Ważne było już tylko jedno: kto doniósł Lepperowi, że CBA, Ziobro i Kaczyńscy nie mogli go zniszczyć.

Sięgnięto w tej sprawie po najbardziej brutalne metody i czarny pi-ar. Według filmu poglądowego zaprezentowanego przez służalczego Prokuratora Krajowego w hotelu Marriott, miał być nim minister Kaczmarek, znany biznesman, przyjaciel Lecha Kaczyńskiego Pan Krauze, no i moi współpracownicy Janusz Maksymiuk i Lech Woszczerowicz. Wymyślono takie ohydne kłamstwo, walono na oślep, nie zauważono, że walono ze ślepych naboi. Wszystko było kłamstwem.

Panie przewodniczący
Zadaje sobie nieustannie pytanie: – kto i dlaczego ostrzegł mnie przed prowokacją i jestem przekonany, że mogły mnie ostrzec tylko służby specjalne. Dlaczego tak twierdzę? Otóż wszystkie pomieszczenie, w których przebywałem bądź mogłem przebywać, były monitorowane bez przerwy przez dwadzieścia cztery godziny na dobę przez służby specjalne. Pytam więc: dlaczego sprawy mojego monitorowania nie ujawniają osoby, która rozmawiała ze mną? Oni muszą wiedzieć, kto to jest!!!

Wszystkie moje urządzenia telekomunikacyjne – telefony, komórki, Internet były permanentnie podsłuchiwane. Pytam więc: – dlaczego nie ujawnia się osoby, która informowała mnie o zamiarze skompromitowania mnie?
Moim zdaniem, chowanie pod dywan osób, które poinformowały mnie o prowokacji politycznej, wynika z analizy zdarzeń, które dokonali twórcy tej prowokacji. Prawdopodobnie przyjęto koncepcję, że skoro Leppera nie udało się obciążyć aferą gruntową, to lepiej go będzie ostrzec go wcześniej, aniżeli uczynić z niego samotnego bojownika zdeterminowanej walki z kłamliwymi oskarżeniami przed wymiarem sprawiedliwości. Wybrano – moim zdaniem – mniejsze zło, do którego nikt nie chce się przyznać. Panowie z CBA oraz pan minister Ziobro zapomnieli, że plucie na Leppera może mieć charakter zwrotny, pluto pod silny wiatr przeciwny. Gdy brak jest dowodów, to nawet pan minister Ziobro nie mógł zakrzyczeć Polski, że posiada gwóźdź do politycznej trumny Leppera. Ten gwóźdź okazał się kolejnym gniotem, kolejną fałszywką i kłamstwem ówczesnego prokuratora generalnego. W zamian próbowano wykonać polityczny wyrok na postaciach; Kaczmarka, Komendanta Policji i innych osobach z tzw. układów, który wymyślił Jarosław Kaczyński.

Bezprzykładna polityczna nawałnica niszczenia Samoobrony i mojej osoby nie przyniosła bliźniakom i PiS-owi spodziewanych efektów. Samoobrona, mimo doznanych okaleczeń z trudem broniła i broni swej godności politycznej. Ówcześni posłowie Samoobrony mimo olbrzymiej presji nie przeszli do PiS-u i pod jej skrzydła. Nie udało się tej partii przejąć całej władzy państwowej i autorytarnie rządzić Polską.

Samoobrona zapłaciła za swoją postawę wysoką cenę. Warto było ją ponieść, bowiem partia podejrzliwości i strachu, jaką był PiS, została pozbawiona możliwości sprawowania władzy w całej Polsce.

Przez blisko półtora roku współtworzyliśmy z PiS i LPR koalicję rządową. To byłą bardzo trudna koalicja. Dyktatu jednej partii. Był czas, że łączyła nas wspólnota programowa. Miała być Polska socjalna, a nie podejrzliwości i strachu.

Chcę głęboko wierzyć, że cała prawda o brudnej prowokacji politycznej stanie się własnością komisji, której Pan przewodniczy i ta prawda stanie się aktem surowego oskarżania twórców i realizatorów afery gruntowej. Domagam się, aby osoby, które popełniły gwałt polityczny nie tylko na osobie konstytucyjnego ministra, ale gwałt na Polsce i jej Konstytucji, poniosły surową odpowiedzialność przed polskim wymiarem sprawiedliwości.

Oczekuję, że komisja, której Pan przewodniczy, udzieli pełnej odpowiedzi na kluczowe sprawy związane z tzw. aferą gruntową:

– kto i dlaczego podjął bezprawną decyzję o zorganizowaniu prowokacji politycznej przeciwko konstytucyjnemu ministrowi rolnictwa i wicepremierowi rządu RP? Kto poniesie za to odpowiedzialność cywilno-prawną, karną? Kto stanie przed Trybunałem Stanu? Domagam się, aby uczyniono to wobec szefa CBA, ówczesnego Ministra Sprawiedliwości i ówczesnego Premiera Rządu.
– kto, kiedy i dlaczego podjęli cały system monitorowania i podsłuchu wobec konstytucyjnego ministra rolnictwa i wicepremiera rządu RP i jaką za to poniosą odpowiedzialność służbową i cywilno-prawną?

Oświadczam, że panowie posłowie reprezentujący PiS w komisji śledczej w sposób obłudny kłamią, gdy informują opinię publiczną, że w sprawie afery gruntowej nie popełniono naruszenia prawa. Nic bardziej kłamliwego nigdy nie słyszałem.

Ówczesny Premier Pan Jarosław Kaczyński w jednej z rozmów z Wicepremierem Romanem Giertychem pysznił się , że w aferze gruntowej wszystko było przygotowane i tak proste jak budowa cepa, że Lepper uciekł spod gilotyny. Mam nadzieję, że ten zbudowany cep i gilotyna nadal istnieje i teraz czeka na Pana Jarosława Kaczyńskiego i wszystkich twórców afery gruntowej.

Służyłem zawsze polskim rolnikom, ludziom biednym i pokrzywdzonym, byłem w ich interesie bezkompromisowy, a nawet agresywny. Nie żałuję tego.

Andrzej Lepper