Monthly Archives: Grudzień 2012

Tablicę upamiętniającą biskupa polowego Wojska Polskiego Tadeusza Płoskiego, który zginął w katastrofie smoleńskiej, chce ufundować w Lidzbarku Warmińskim samorząd województwa warmińsko-mazurskiego – poinformował marszałek województwa Jacek Protas.Tablica ma być usytuowana w pobliżu kościoła św. Piotra i Pawła – największej świątyni w Lidzbarku Warmińskim.

Jak powiedział marszałek Protas, ma zostać odsłonięta w marcu 2013 roku, w 57. rocznicę urodzin biskupa.

    Biskup Płoski był wielkim Warmiakiem, naszym rodakiem i osobą nieprzeciętną. I takie słowa oddające jego zasługi znajdą się na tej tablicy

– powiedział Protas.

Bp Płoski urodził się 9 marca 1956 r. w Lidzbarku Warmińskim. W 1976 r. wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Olsztynie, gdzie odbył studia filozoficzno-teologiczne. 6 czerwca 1982 r. w katedrze olsztyńskiej przyjął święcenia kapłańskie. Przez rok pracował jako wikariusz w parafii pw. św. Józefa w Morągu. Studiował prawo kanoniczne na KUL.

W 1992 r. został oddelegowany do Ordynariatu Polowego WP i 1 czerwca 1992 r. objął urząd notariusza, następnie w 1994 roku – szefa wydziału duszpasterskiego Kurii Polowej w Warszawie. Był pierwszym z kapelanów wojskowych absolwentem Podyplomowego Studium Operacyjno-Strategicznego w AON. Od 1995 r. dziekan Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych MSW, a po ich rozwiązaniu – w 2000 r. kapelan BOR.

16 października 2004 r. został mianowany przez papieża Jana Pawła II biskupem polowym WP – był następcą abp. Sławoja Leszka Głódzia. 26 listopada 2004 r. został Krajowym Duszpasterzem Kombatantów; był też delegatem KEP ds. Duszpasterstwa Harcerzy. Od 23 czerwca 2005 r. był członkiem Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa; był też członkiem Rady Muzeum Powstania Warszawskiego.

10 kwietnia 2010 roku zginął w katastrofie samolotu razem z 95 innymi osobami. Został pochowany w krypcie Kaplicy Lotników w Katedrze Polowej Wojska Polskiego

PAP.

Wesołych Świąt Bożego Narodzenia i błogosławieństwa od Dzieciątka Jesus na nowy rok 2013

 

Życzy

                RadioPOMOSTArizonA

W 1939 r. majątek Banku Polskiego został wywieziony z okupowanego kraju. Na zawsze. Do dziś nie wiadomo, w czyje ręce trafiło 1208 drewnianych skrzynek wypełnionych po brzegi sztabkami i workami monet ze złota. Mały tankowiec „Eocene”, należący do amerykańskiej kompanii naftowej Socony Vacuum, zawinął do portu w Konstancy 14 września 1939 roku.

Kapitan statku, 33-letni Brytyjczyk Robert Brett, został wciągnięty w wir dziwnych wydarzeń, które niespełna rok później opisał w londyńskim „Sunday Dispatch”. Niezwykłą przygodę kapitana gazeta opatrzyła sensacyjnym tytułem: „Porwałem Hitlerowi 21 mln funtów szterlingów”.

Oto jak swoje przeżycia opisywał młody kapitan: „Nigdy nie mogłoby mi nawet przyjść na myśl, że pewnego dnia będę miał w lukach mego statku »Eocene«, tankowca o 4216 tonach wyporności, więcej złota niż jakikolwiek inny statek przedtem i prawdopodobnie – potem”.

Na tankowiec załadowano dorobek II Rzeczypospolitej: 1208 niedużych drewnianych skrzynek. Opasywały je żelazne taśmy. Nie wszystkie miały uchwyty, co utrudniało noszenie. Każda ważyła 60 kilogramów. W środku znajdowały się albo sztaby złota wielkości wydłużonej cegły, albo worki ze złotymi monetami.

– W Banku Polskim były sztaby rozmaitego pochodzenia i rozmaitych prób. Wśród nich także sztaby ze skarbca dawnych Austro-Węgier. Posiadały próbę 1000, a więc złoto zupełnie czyste, bez domieszki – relacjonował w 1966 r. na antenie Radia Wolna Europa (RWE) Władysław Bojarski z eskorty złotego transportu.

Zygmunt Karpiński, który zakładał w 1924 r. Bank Polski, a potem zasiadał w jego zarządzie aż do jego likwidacji, w książce „Losy złota polskiego podczas II wojny światowej” bardzo szczegółowo opisał bankowe zasoby w dniu wybuchu wojny. Polskie złoto było wtedy ogółem warte 463,6 mln zł (ok. 95 ton), czyli około 87 mln ówczesnych dolarów amerykańskich. Złoto wartości nieco ponad 100 mln zł (ok. 20 ton) było zdeponowane za granicą, głównie we Francji, Anglii, Szwajcarii i USA. Większość znajdowała się jednak w Polsce. Złoto wartości 193 mln zł (ok. 38 ton) przechowywano w skarbcu w Warszawie, zaś sztaby warte 170 mln złotych (37 ton) spoczywały w oddziałach w Brześciu, Lublinie, Siedlcach i Zamościu.

Pierwszy transport złota z Warszawy wysłano do Brześcia 4 września 1939 r. autobusami Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych. Z publikacji „Wojenne losy polskiego złota” dr. hab. Janusza Wróbla z łódzkiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej wynika, że tego dnia u premiera Felicjana Sławoja-Składkowskiego zjawiło się trzech pułkowników: Ignacy Matuszewski i Adam Koc oraz były minister handlu Henryk Floyar-Rajchman. Oficerowie odpowiedzialni za nadzór i koordynowanie akcji otrzymali zgodę na wywiezienie z Polski całego bankowego złota.

13 września w Śniatyniu przy granicy z Rumunią zebrano całość złota „w sumie ok. 75 ton kruszcu” – pisze dr Janusz Wróbel. „Z wyjątkiem 3,8 ton złota wartości ponad 22 milionów złotych, które pozostawiono w Dubnie do dyspozycji rządu polskiego” – wylicza historyk IPN.

W nocy z 13 na 14 września złoto załadowano do 9 wagonów towarowych, pociąg przekroczył granicę i ruszył w kierunku Konstancy. Wtedy doszło do pierwszej sytuacji kryzysowej. Na miejscu okazało się, że Niemcy wpadli na trop polskiego złota i chcą je natychmiast przejąć.

Niemiecki ambasador w Bukareszcie Wilhelm Fabricius na spotkaniu z Grigore’em Gafencu, ministrem spraw zagranicznych Rumunii, złożył protest przeciwko łamaniu przez ten kraj neutralności. Niemiec zażądał, by Rumuni potraktowali polskie złoto jak materiał wojenny. Rumuński minister uratował skarb Rzeczypospolitej, udając, że nie ma pojęcia o  transporcie, ale obiecał przeprowadzić śledztwo w tej sprawie. W ten sposób dał Polakom czas na zorganizowanie transportu z Konstancy. Wtedy na horyzoncie pojawił się właśnie kpt. Robert Brett. Był przekonany, że czeka go rutynowy załadunek paliwa, tymczasem odwiedził go konsul brytyjski, który poprosił o zabranie kilkudziesięciu ton polskiego złota.

Płynąc do Stambułu i dalej koleją przez Bejrut, a potem znowu drogą morską, złoto dotarło do Tulonu, tym razem na pokładach dwóch szybkich niszczycieli. Na początku października 1939 r. skarb Rzeczypospolitej znalazł się pod kontrolą rządu polskiego. Złoto przewieziono do Nevers nad Loarą w środkowej Francji. Spoczęło w podziemnym skarbcu tamtejszego oddziału Banku Francji.

Sytuacja zaczęła się wymykać spod kontroli, gdy okazało się, że Francuzi przegrywają wojnę. 22 maja 1940 roku polski rząd poprosił Anglików o wyznaczenie statków polskich, które podejmą się misji przewiezienia skarbu banku do Ameryki. Skrzynie wydobyto ze skarbca w Nevers i znowu załadowano do wagonów towarowych.

Złoto dotarło do portu Lorient na krążownik „Victor Schölcher” 16 czerwca 1940 roku. Tego dnia rząd francuski zdecydował się na kapitulację. Polskie złoto konwojował już wtedy tylko jeden Polak, dyrektor warszawskiego oddziału Banku Polskiego Stefan Michalski. Był święcie przekonany, że statek płynie do Stanów Zjednoczonych. Szybko okazało się jednak, że okręt przybił do portu w Casablance, a po kilku dniach złoto wyruszyło w dalszą podróż – do Dakaru.

W tym czasie władze polskie przeniosły się do Londynu. W sprawie złota generał Władysław Sikorski interweniował u premiera Winstona Churchilla, który obiecał, że brytyjska marynarka wojenna zatrzyma francuski transport z polskim skarbem. Problem polegał na tym, że nikt nie wiedział, gdzie złoto zaginęło. Dopiero 30 czerwca dotarła do Londynu depesza dyrektora Michalskiego nadana w konsulacie angielskim w Dakarze z informacją, że w porcie tym rozładowano skarb Banku Polskiego. Francuzi, obawiając się ewentualnej próby odzyskania złota przez marynarkę brytyjską, wysłali je w głąb kraju. Skrzynie wywieziono 800 km w głąb afrykańskiego lądu i złożono w budynku administracyjnym przy dworcu kolejowym miasteczka Kayes (obecnie Republika Mali).

Złota nie przejęli Niemcy, znalazło się jednak w rękach rządu Vichy, który współpracował z III Rzeszą i nie chciał się narażać. Polskie państwo de facto straciło skarb.

– Nie widzę możliwości odzyskania złota – irytował się gen. Sikorski podczas rozmowy z płk. Adamem Kocem, odpowiedzialnym za los polskiego skarbu, który osobiście relacjonował to spotkanie we wspomnianej audycji RWE.

Wtedy oficer wpadł na pomysł, żeby w Stanach Zjednoczonych złożyć pozew przeciwko rządowi francuskiemu i doprowadzić do zatrzymania francuskiego złota zdeponowanego w amerykańskich bankach w ramach zabezpieczenia polskich interesów. Stronę polską reprezentowała kancelaria Sullivan & Cromwell. Doprowadziła do tego, że Amerykanie zgodzili się, by dostęp do francuskiego złota został zablokowany w banku federalnym w Nowym Jorku.

Rząd marszałka Pétaina na pozór nie ulegał sądowej presji, ale nie wydał Niemcom polskiego skarbu. Dopiero Francuski Komitet Narodowy gen. Charles’a de Gaulle’a w październiku 1941 roku zawarł z rządem gen. Sikorskiego układ, w którym Francuzi zobowiązywali się do zwrotu kruszcu. 

W styczniu 1944 r. polscy urzędnicy bankowi dotarli do Dakaru, a wkrótce do położonej w głębi kraju miejscowości Kayes, gdzie w pilnie strzeżonym budynku administracji kolei przechowywano skarb Banku Polskiego. Wkrótce skrzynie złota przewieziono do fortu w Dakarze, komisyjnie przejęli je Polacy. Po czterech latach złoto wróciło do prawowitych właścicieli. Rząd na uchodźstwie zdecydował, żeby skarb Banku Polskiego podzielić na trzy części i rozlokować w Nowym Jorku, Ottawie i Londyni

 

Wydawać by się mogło, że w tym miejscu burzliwe losy złota II RP się kończą, ale tak nie jest. Nie wiadomo bowiem, jak skarb Banku Polskiego został podzielony i co się z nim tak naprawdę stało. Lektor Radia Wolna Europa, które w 1966 roku nadało trzyczęściowe słuchowisko dokumentalne o losach polskiego złota w czasie II wojny światowej „Epopea polskich argonautów”, lakonicznie stwierdził, że ok. 80 ton w sztabach i monetach nie powróciło nigdy do Polski. Według RWE pozostało ono w bankach zachodnich, aby jego równowartość w różnych formach służyła odbudowie zrujnowanego wojną kraju. Natomiast 11 ton złota zatrzymała Wielka Brytania jako pokrycie wydatków łożonych przez nią podczas wojny na cywilne potrzeby polskie.

 

Według dr. Janusza Wróbla z IPN złotem Banku Polskiego „zaopiekowali się” polscy komuniści. Za pomocą różnych operacji przejęli majątek II RP na rzecz Skarbu Państwa, co w końcu doprowadziło do całkowitej likwidacji w 1952 r. Banku Polskiego. Jego funkcję przejął utworzony przez komunistów Narodowy Bank Polski. Rolę głównego dysponenta złotego skarbu odgrywał Hilary Minc, jeden z najbliższych współpracowników Bolesława Bieruta i główny spec od gospodarki. Ale ile wydał i na co dokładnie? Nie wiadomo. Część dokumentacji przekazania tego skarbu do komunistycznej Polski znajduje się w Archiwum Akt Nowych w Warszawie. Ale jak twierdzi Krzysztof Kopeć, prowadzący portal poświęcony gospodarczej historii Polski, nie jest to „inwentarz kartkowy bez ewidencji’’. Jego zdaniem z tej dokumentacji wynika, że przywłaszczone przez komunistów złoto stanowiło zaledwie ułamek skarbu (ok. 10 proc.) zdeponowanego w Dakarze. Co z resztą? Nie wiadomo.

Nie wiadomo też, co się stało z 20 tonami złota Banku Polskiego, które znajdowało się w depozytach zagranicznych przed wybuchem II wojny światowej. Na co zostały wydane 3,8 ton złota, które pozostawiono w 1939 roku w Dubnie do dyspozycji rządu polskiego? Historia złota Banku Polskiego wciąż pozostaje niedokończona i czeka na gruntowne badania naukowe, oparte na pracach archiwalnych. Nie tylko w Polsce.

Wojciech Surmacz

Za: http://biznes.onet.pl/porwane-zloto-ii-rp,18490,5378080,prasa-detal#.UNbtW-GvHN8.gmail

Gdybym był okupantem i chciał zniszczyć naród to wyganiałbym młodych, mądrych ludzi zagranicę “za chlebem” na emigrację, podnosiłbym podatki i wprowadzałbym nowe,

dawał podwyżki i kolejne przywileje resortom siłowym, stawiałbym 500 nowych radarów, wzmacniałbym inwigilację obywateli, likwidowałbym państwowe szkolnictwo i służbę zdrowia oraz ograniczałbym do nich dostęp, oddałbym banki, media i handel obcym i wrogom Polski, wyśmiewałbym ich wartości i religię, skłócałbym młodych ze starszymi, aby przez “odwróconą hipotekę” przejąć za bezcen ich mieszkania i domy, zachęcałbym ich kobiety do feminizmu, prostytucji i aborcji, aby nie nadawały się na dobre matki i żony, zadłużałbym ich bezpośrednio oraz pośrednio przez państwo i gminy, aby nie mogli się temu sprzeciwiać, likwidowałbym ich przemysł, a w zamian budowałbym ogromne stadiony na kredyt, aby przynosiły straty, dopuszczałbym do sejmu złodziei i degeneratów, itd. Obejrzyj się wokoło! Ślepy jestes?!

Pseudonim: cobra

Ponoć świat miał się skończyć 21 grudnia, ale skoro Państwo czytają ten tekst to najwyraźniej Pan Bóg uznał, że to jeszcze nie pora. Co ciekawe, spotkałem ludzi autentycznie zaniepokojonych ową “przepowiednią” Majów.

Jest to o tyle dziwne, że większość jest chrześcijanami. Jeśli więc nie wierzymy w to, co Pan Bóg nam dał szczęśliwie w naszej wspaniałej polskiej katolickiej kulturze, to przynajmniej rozeznajmy się na tyle, by nie być podatnym na jakieś njuejdżowe bzdurne półprawdy i ekscytacje. Słowem, jeśli odchodzimy od wiary katolickiej, to zastanówmy się głęboko, w imię czego to robimy, żeby czasem nie okazało się, że w imię własnej ignorancji i głupoty.
Wracając zaś do końca świata, to przepraszam bardzo, a co to za news?! Przecież cała nasza zachodnioeuropejska kultura mówi, że ten świat się skończy. Kiedy? Nie wiadomo, dlatego trzeba być gotowym. Nikt z nas tutaj na stałe nie zostaje, nie ma więc co się zadomawiać, bo nasze życie, niezależnie od tego co tam powypisywano w takich czy innych kalendarzach, i tak dobiegnie końca – zresztą proszę popatrzeć po sobie – jeśli ktoś obserwuje, jak z dnia na dzień robi się młodszy, to gratuluję. I znów, gdybyśmy się tak bardzo nie pogubili i nie byli takimi cywilizacyjnymi analfabetami, tobyśmy wiedzieli, że chrześcijanin powinien się cieszyć na koniec takiego świata – bo to wróży nadejście naszego Pana Jezusa Chrystusa.
Pozostaje więc sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego bardziej wierzymy w kalendarz Majów, niż w Pismo Święte – bo odpowiedź na to pytanie naprawdę dużo wyjaśnia!
Wesołych Świąt!

Andrzej Kumor

Laetentur caeli et exsultet terra ante faciem Domini quoniam venit…. ( Ps. 95) .

Na radosne święta Narodzenia Pańskiego – kiedy radują się niebiosa i ziemia najserdeczniejsze życzenia wszelkiego dobra, pokoju i miłości – które przynosi Zbawiciel świata  życzy Stanisław Papież wraz z Stowarzyszeniem Fides et Ratio w Krakowie
 
http://www.youtube.com/watch?v=-s6OLOWswJM
 
  Świąteczny serwis Stowarzyezenia Fiede et Ratio
 
 1. ks. Henryk Jackowski: Uroczystość Bożego Narodzenia – objaśnienie Ewangelii”
 
Już św. Grzegorz Wielki wspomina o starodawnym zwyczaju odprawiania w tę uroczystość trzech Mszy świętych. Zwyczaj ten ustalił Papież Aleksander II r. 1073. Pierwszą z nich wolno odprawić o północy, ponieważ Pan Jezus o północy się na­rodził, drugą o pierwszym brzasku dnia, trzecią o zwykłym czasie. Potrójna ta Msza przypomina, według św. Tomasza z Akwinu, trojakie Narodze­nie Pana Naszego; pierwsze: przedwieczne, z łona Ojca niebieskiego, o którym mówi Prorok: rodzaj Jego kto wypowie?, drugie: w czasie, z żywota Najświętszej Panny i Matki, trzecie: mistyczne narodzenie w duszach wiernych przez łaskę po­święcającą. Trzy Ewangelie dzisiejsze odpowia­dają tym trzem tajemnicom, mianowicie pierwsza mówi nam o Narodzeniu Pana Jezusa w stajence, dru­ga o Narodzeniu Jego w sercach naszych, trzecia o Jego Bożym Synostwie.
http://fides-et-ratio.pl/index.php/2011/12/ks-henryk-jackowski-uroczystosc-bozego-narodzenia-objasnienia-ewangelii/
 
 
 2. Skarbiec Tradycji przyciąga do  Chrystusa – ks. Paweł Korupka – objaśnia sens Mszy św. w rycie Trydenckim
 
Msza św. Trydencka. Jest ona bowiem wpisana w struktury wiary katolickiej – jest jej owocem i wyrazem. Zatem tylko niekatolik może mieć obawy, pretensje czy zarzuty do tej Mszy św. Kapłani są zawsze zaskoczeni kiedy opowiadam im o teologii dawnej liturgii. Niektórzy z nich nigdy o tym nie słyszeli. To ich pociąga, ponieważ jest logiczne i katolickie. Obracają się wtedy w gruzy wszelkie stereotypy na temat „Starej Mszy”. Jak widać nie trzeba tutaj jakiś argumentów. Wystarczy opowiedzieć czym ta Msza jest. Prawdziwy autorytet nie potrzebuje reklamy ani szczególnej zachęty, żeby pociągnąć za sobą.
 
http://fides-et-ratio.pl/index.php/2012/12/skarbiec-tradycji-przyciaga-do-chrystusa-rozmowa-z-ks-pawlem-korupka/
 
3. „The Oeconomist” – Być tradycyjnym katolikiem jest trendy 
 
 Tradycjonaliści mają świadomość, że uczestniczą w rzeczywistości Kościoła walczącego; żyją jednak też przekonaniem, że przyszłość należy do Chrystusa, a oni walczą w Jego zwycięskiej drużynie.
 
http://fides-et-ratio.pl/index.php/2012/12/the-economist-byc-tradycyjnym-katolikiem-jest-trendy/
 
4. Prof. Mieczysław Ryba Narodowe Odrodzenie
 
……Najgorsze dla nowej lewicy jest to, że owa młodzież gromadzi się pod pomnikiem Romana Dmowskiego, człowieka konsekwentnie rugowanego z polskiej historii przez lewicę. I nie chodzi tu o rzekomy antysemityzm twórcy obozu narodowego, chodzi o to, że młodzi ludzie mogą sięgnąć do myśli, dzięki której Naród Polski mógł na powrót zorganizować się przed pierwszą wojną światową i mógł ugruntować swą niepodległość po wojnie.

Naród zorganizowany, Naród dumny ze swojej katolickiej wiary i tradycji, Naród potrafiący w sposób skuteczny wygrywać swoje interesy na arenie międzynarodowej – to rzeczywistość niebezpieczna zarówno dla architektów kosmopolitycznego superpaństwa europejskiego, jak i dla nowej lewicy, mającej w pogardzie klasyczne dziedzictwo Europy i Polski.

 
http://fides-et-ratio.pl/index.php/2012/12/mieczyslaw-ryba-narodowe-odrodzenie/
 
 5. Andrzej Wronka – Globalizm a Polski interes narodowy  – ważny i aktualny wykład !
 
     http://www.youtube.com/watch?v=U1EkRlOGS7g 
 
6. prof. Mirosław Dakowski – analizuje problem antycywilizacji w kontekście pism Feliksa Konecznego
 
     http://www.youtube.com/watch?v=VqfH8enBTNc
 
7. Kapitalizm to socjalizm – Stanowisko Narodowego Odrodzenia Polski 
 
Materializm, wiara oparta na zaprzeczaniu istnienia Ducha, przybrał miliony form. Możemy wyliczyć te, które w naszych czasach poczyniły najwięcej szkód : wolnomularstwo, liberalizm, nihilizm, kapitalizm, imperializm, anarchizm, socjalizm i marksizm. Każde z tych wierzeń – materialistycznych w swych postawach – jest filozoficznie złe i zostało zdyskredytowane w praktyce
    
       http://fides-et-ratio.pl/index.php/2012/12/kapitalizm-to-socjalizm-stanowisko-narodowego-odrodzenia-polski/
 
pozdrawiam serdecznie
 
Stanisław Papież

(do przemyślenia w czasie świąt). W latach 1981-1989 Matka Słowa ( tak przedstawiła się  Matka Boża wizjonerkom) objawiła się w Kibeho: niewielkim miasteczku położonym w Rwandzie. Objawienia w Kibeho zostały przez Kościół katolicki uznane za autentyczne w roku 2001.

O tym niezwykłym wydarzeniu było bardzo głośno, a co ważne miejscowy biskup był jednym z pierwszych, którzy uwierzyli w autentyczność objawień. Powołanie specjalnej komisji diecezjalnej, w skład której wchodzili nie tylko księża, teologowie, ale także świeccy specjaliści – w tym psychiatra, upewniło biskupa, że nie są to histerie pryżywane przez nastoletnie dziewczyny. Dodajmy, że członkowie komisji prowadzili nie tylko obserwacje, ale także naukowe badania; może nawet nie do końca naukowe, bowiem jak wspomina dr Muremyangango Bonaventure, pewnego dnia schwycił wizjonera za gardło i zwyczajnie zaczął dusić…  i kto wie jakby się to skończyło, gdyby jeden z księży nie oderwał go siłą od wizjonera. Nie mógł bowiem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy rzeczywiście ma do czynienia z nadprzyrodzonym zjawiskiem, czy udawaniem? Mówiąc o autentyczności objawień w Kibeho musimy podkreślić, że wszystko to, co widzący mówili i przekazywali było zgodne z nauką Kościoła.
    To wszystko spowodowało, że już w roku 2001 ks. bp Augustin Misago ogłosił decyzję Kościoła o autentyczności maryjnych objawień w Kibeho. Są to pierwsze objawienia maryjne na kontynencie afrykańskim. Oczywiście można na ten temat znaleźć sporo informacji np. w sieci, ale polecam książkę  pt. „Our Lady of Kibeho. Mary Speaks to the World from the Heart of Africa”, której autorką jest Immaculee Ilibagiza. Tym niemniej, niejako na marginesie tej niezwykłej historii, miało miejsce jeszcze jedno wydarzenie, niezwykle wzruszające i wręcz zmuszające do głębokiej zadumy, refleksji – jednym słowem do prawdziwego rachunku sumienia…
   Matka Boża objawiła się uczennicom szkoły średniej w Kibeho 28 listopada 1981 (dzień pierwszego objawienia), kilka miesięcy później Jezus objawił się 15-letniemu chłopcu imieniem Segatashya. Jest to historia niezwykła nie tylko przez to, że doszło do objawienia, ale ze względu na osobę: był to chłopak, który w życiu nie spędził godziny w szkole, a więc absolutny analfabeta. „Biblii” nie miał w ręku ponieważ był poganinem, który o chrześcijaństwie nie miał przysłowiowego zielonego pojęcia. Jego rodzina – piątka dzieciaków, przy czym Senagatashya był najstarszy – należała do najbiedniejszych z biednych: jednoizbowa lepianka, kilka kóz, krowa, niewielkie poletko, na którym uprawiano fasolę. Nocą nie tylko rodzina spała w „domu”, ale także krowa. Głód nie był czymś nadzwyczajnym w życiu wizjonera. Jak wspominał ojciec I. Ilibagizy, mimo 15 lat wyglądał na 10, co mogło świadczyć tylko o jednym, że w  swoim krótkim życiu jadał co najwyżej jeden, skromny posiłek dziennie… I właśnie do niego przyszedł Jezus.
   2 lipca 1982 r. Segatashya poszedł w pole zrywać fasolę, ale strąki wydały mu się dziwnie piękne, nadzwyczaj dojrzałe… zerwał kilka i poszedł na sąsiednie pole, aby zapytać sąsiada, czy i on widzi to samo? Sąsiad powiedział, że strąki jak strąki, fasola jak fasola. „Pewnie za długo przebywałem na słońcu” – pomyślał chłopak, popił wody ze strumyka i usiadł w cieniu (taką wersję wydarzeń przedstawiła jego siostra, której nastolatek opowiadał  o tym wszystkim, czego doświadczał). Wtedy usłyszał głos, który był jak „muzyka rozbrzmiewająca w jego sercu”. Głos dobiegał z góry, padło pytanie, czy jeżeli przekaże ci wiadomość, poniesiesz ją w świat, do ludzi? Segatashya wiedział, że nie może odmówić, że jest gotów zrobić wszystko o co zostanie poproszony.
   Powiedział tak, jestem gotowy, ale kim jesteś? Ujrzał Jezusa, otrzymał też pierwsze polecenie, sprawdzające go. Jezus powiedział mu, pójdziesz do tych, którzy pracują na przeciwko domu pana Hubert, powiesz im: „Jezus Chrystus posłał mnie dzisiaj powiedzieć wam, i wszystkim ludziom, odnówcie swe serca. Dzień się zbliża, kiedy ludzkość zacznie doświadczać trudności. Dlatego nie możecie teraz powiedzieć, że nie ostzregłem was”.
   Trudno sobie wyobrazić tę scenę: nagi (ubranie stracił biegnąc ogłosić słowa Jezusa) mikrus przemawia do dorosłych mężczyzn upominając ich, aby się nawrócili, opamiętali, bo kara coraz bliżej… Jedni chcieli go w tym momencie obić kijami, inni zapytali, a kto cię przysyła? Odpowiedział, że Jezus Chrystus!
   Bluźnierca! Pijany, opił się bananowym piwem… Nie został pobity przez obcych, ale własny ojciec nie żałował mu razów. Ojciec, podobnie jak syn, był poganinem i słowa o Jezusie, o pokucie nie docierały do niego, uważał, że chłopak uderzył się w głowę… Nawet go związał, aby nie wychodził do ludzi.
Wszystko na próżno. Następnego dnia wokół ich lepianki zaczęli się gromadzić ludzie, chcieli chłopaka zobaczyć, chcieli z nim rozmawiać; chcieli się dowiedzieć jak najwięcej o przesłaniu, które zaczął głosić. Trudno to sobie wyobrazić, ale już następnego dnia Segatashya, rozmawiając z ludźmi, cytował Nowy Testament, odsyłał ich do konkretnych wersów, konkretnych ewangelistów. Przechodził błyskawiczne studia teologiczne…
   Spróbujmy sobie to wyobrazić: nastoletni poganin, który nie ma najmniejszego pojęcia o Jezusie, Biblii, chrześcijaństwie – zaczyna przemawiać do ludzi z pewnością kogoś, kto zjadł zęby na studiowaniu Pisma Swiętego. Oczywiście, że nikt nie jest w stanie tego wytłumaczyć. W tym przypadku zawodzi „mędrca szkiełko i oko”, pozostaje tylko wiara i pokorne przyjęcie do wiadomości, że nastolatek rzeczywiście otrzymał niezwykłą łaskę bezpośredniego kontaktu z Jezusem i Jego Matką.
   Pierwsze objawienia miał Segatashza w pobliżu rodzinnej lepianki, później – na polecenie Jezusa – dołączył do wizjonerek w Kibeho. Trzeba w tym miejscu wyjaśnić, że po pierwszych objawieniach wewnątrz szkoły, aby dotrzeć do tysięcy pielgrzymów, zbudowano specjalne podwyższenie, na którym wizjonerzy (widzący?) mieli objawienia; wśród nich Segatashya.
   Apel do ludzi, aby się nawracali, czynili pokutę, szczerze się modlili – bo są tacy, którzy tylko udają – aby kochali Boga i bliźnich, były to najważniejsze punkty przesłania, które za pośrednictwem chłopaka skierowane zostało do wszystkich ludzi. Jezus, podobnie jak Maryja, ostrzegał, że dzień kary się zbliża, że jest nieuchronny jeżeli się ludzie nie opamiętają, nie poprawią.
   W czasie jednego z objawień Segatashya widział rzeki pełne krwi, tysiące zakatowanych maczetami ofiar; podobną wizję miała Maria-Claire, jedna z wizjonerek. Dwanaście lata później, w 1994 r., Rwanda spłynęła krwią, kiedy bojówki Hutu wymordowały około miliona Tutsi! Czy była to wojna domowa? Raczej przerażające okrucieństwem etniczne czystki.
   Wspomniana przeze mnie I. Ilibagiza ocalała dzięki temu, że pastor ukrył grupę kobiet w łazience. Dr James Orbinski, autor książki „An Imperfect Offerring. Humanitarian Action in the Twenty-First Century” (w ramach organizacji Lekarze Bez Granic przebywał m.in. w Rwandzie) przytacza historię kilkuletniej dziewczynki, którą matka, widząc nadciągających morderców, ukryła w latrynie. Dziecko przeżyło, ale cała rodzina została zarąbana maczetami!
   Wspomniałem, że lokalny biskup powołał specjalną komisję , która przez kilka lat towarzyszyła wizjonerom, spisywała to, co widziała, zapisywała wyniki badań prowadzonych w trakcie objawień; notowano to wszystko, co mówili wizjonerzy i to, co mówiła Matka Boża (później, po skończonym objawieniu ponieważ jej głosu nikt nie słyszał). Przeprowadzano wywiady z wizjonerkami i Segatashyą. Dzięki temu ocalała część materiałów, które gromadził dr Bonaventure (w czasie trzech miesięcy ludobójstwa schronił się w Burundii). Jednak większość dokumentacji zaginęła w trakcie krwawej jatki jaką zgotowano milionowi ludzi. Może dlatego uznano tylko trzy osoby, chcoaiż wizjonerów było więcej, np. Segatashya.
   Na podstawie tego, co zostało uratowane przez wspomnianego lekarza, można dotrzeć do części materiałów dotyczących chłopaka, jego objawień i poczynań, które podejmował na polecenie Jezusa. Niezwykle ważne są zapisy rozmów, które prowadził z Jezusem Segatashya. Chłopak pytał swego boskiego rozmówcę o różne sprawy, podejmował różne tematy, zapytał np. dlaczego mnie wybrałeś i dlaczego pozwoliłeś, abym przed ludźmi stanął nagi, dlaczego dopuściłeś do ośmieszenia mnie?
Jezus mu powiedział, że też,przed ukrzyżowaniem, został rozebrany na oczach tłumu i ośmieszony. A dlaczego wybrał właśnie jego? Aby pokazać całemu światu, na jego przykładzie, że kocha wszystkich ludzi i za wszystkich umarł na krzyżu; dlatego objawił się najbiedniejszemu z biednych, poganinowi. Jezus bowiem nikogo nie odrzuca, nikogo nie potępia, troszczy się o każdego i to bez względu na to, czy wierzy. Umarł za wszystkich!
   Ponieważ na  grudzień 2012 r. Majowie mieli zapowiedzieć koniec świata (koniec ich kalendarza, a swoją drogą ciekawe jak tysiące lat temu prymitywna cywilizacja była w stanie opracować taki kalendarz?!), warto zwrócić uwagę na objawienia, w czasie których Segatashya pytał Jezusa o ten właśnie tragiczny finał naszego bytowania na ziemi.
   Jezus powtórzył to, co jest zapisane w Nowym Testamencie, powiedział, że nie zna dnia… tylko Bóg Ojciec to wie i nikt inny. Dodał też, że gdyby nawet wiedział, kiedy to nastąpi, to i tak zachowałby to w tajemnicy. Ludzie – tłumaczył – mają się nawracać nie ze względu na strach, ale z dobrej woli, kierowani miłością do Boga i drugiego człowieka. Niebo jest dla tych, których serca wypełnione są miłością do Boga.
   Mnie osobiście zastanowiło inne stwierdzenie z objawienia, Jezus miał powiedzieć, że koniec przyjdzie nie dlatego, że ludzie są źli, ale dlatego, że Bóg stwarzając świat wiedział jednocześnie, że pewnego dnia przyjdzie koniec: „koniec świata nastąpi z ludźmi lub bez nich”. Chodzi zatem nie tylko o koniec rodzaju ludzkiego, ale Ziemi jako takiej?
   Jest dużo opisów końca świata, przerażających wizji, które mogą zmrozić krew w żyłach, ale czy skłoni to ludzi do bycia lepszymi?
Nadejdą dni, kiedy pojawią się fałszywi prorocy czyniący cuda i powołujący się na imię Jezusa, ale prowadzący do zguby. Segatashya zapytał więc, jak ich poznać? Odpowiedź była prosta: oni będą wymagać hołdów, czci, a kiedy ja powrócę czyniąc cuda nie będzie rozgłosu. Pamiętamy z Ewangelii, że Jezus nie zabiegał o rozgłos. I tak będzie, kiedy powróci.
   Nie chcę przytaczać innych przykładów, ostatecznie wiemy o co chodzi, jakie jest żądanie Bożego Syna: pokuta, dobre uczynki, miłość do Boga, do bliźniego, szczera modlitwa.
Na polecenie Jezusa Segatashya udał się do Burundii, ale został odesłany do Rwandy przez biskupa. Nie dokonał niczego, ale był posłuszny. Udał się następnie do Zairu (dzisiaj Kongo), gdzie spędził 2,5 roku dzieląc się z tysiącami ludzi tym, co Jezus mu powiedział. W Zairze otrzymał dar języków, dzieki czemu mógł dotrzeć do znacznie szerszego grona słuchaczy. Po objawieniach publicznych (2 lipca 1982- 2 lipca 1983) miał Segatashya jeszcze prywatne, zwłaszcza w czasie pobytu w Zairze, ale po skończonej misji prowadził zwyczajne życie, które dobiegło tragicznego końca w roku 1994. Podobnie jak Marie-Claire, jedna z widzących w Kibeho, został zamordowany.
   Ale powrócę jeszcze do czasu, w którym miał objawienia, np. w marcu 1983 r., na prośbę Jezusa, podjął 15-dniowy scisły post. O tym, że mimo objawień, pozostał dzieckiem, świadczy jego prośba skierowana do Jezusa: prosił o… łyżeczkę cukru w herbacie! Dodał za to trzy dni postu. Ktoś się uśmiechnie, ktoś wzruszy ramionami, ale nie śpieszmy się z takimi ocenami. W trakcie postu został poddany mistycznym doświadczeniom, np. koronę cierniową miał mu nałożyć sam Jezus. Wspominał później o straszliwym bólu kiedy ciernie wbijały mu się głęboko w skórę. Otrzymał też wizję nieba i, zeznając przed komisją, powiedział, że od tego momentu jego jedynym życzeniem jest znaleźć się w niebie; obraz nieba ma zawsze przed oczami i uczyni wszystko, zgodzi się na wszystko, aby się tam dostać.
   Nie wiem, jakie jest stanowisko Kościoła w sprawie objawień Segatashya (ostatecznie Kościół uznał objawienia w Kibeho, ale wymienia się tylko trzy wizjonerki), być może nigdy nie zostaną (odpukać) oficjalnie uznane, tym niemniej warto, zwłaszcza teraz, w okresie świątecznym, wygospodarować sobie czas na małe podsumowanie minionego roku; można cofnąć się jeszcze dalej, dlaczego nie? Warto zastanowić się nad tym, co miało miejsce w Kibeho 30 lat temu.
Warto zastanowić się nad tym, co dzieje się wokół nas: co widzimy, co słyszymy. Jak postępujemy my, jak postępują nasi bliźni (bez względu na kolor skóry, bez względu na religię, status społeczny). Czy jest w nas miłość do Boga, do bliźniego?
   Ks. Krzysztof Poświata, michalita pracujący na Białorusi, a prowadzący rekolekcje m.in. w parafii Swiętej Trójcy w Windsor, zapytał: czy jesteś gotowy modlić się za swojego wroga? U św. Pawła czytamy:”Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: z nich zaś największa jest miłość”.
Leszek Wyrzykowski.

Widziałem Polskę zdradzoną to wspomnienia Arthura Blissa Lane’a, ambasadora Stanów Zjednoczonych w Polsce w latach 1945–1947. Ten dzielny amerykański dyplomata, widział z rzadko spotykaną ostrością cały wymiar zmowy, kłamstwa i zbrodni, które paraliżowały naszą ojczyznę już od chwili zakończenia wojny, oraz hańbę milczenia świata wobec nieszczęścia Polski.

A jednocześnie — co naprawdę niezwykłe — zdawał sobie sprawę ze znaczenia sprawy polskiej, nie tylko dla narodu amerykańskiego, ale dla świata. Dostrzegał to nie tylko w kontekście strategicznego położenia Polski, jej możliwości gospodarczych i tego, że miliony obywateli jego własnego kraju miały polskie pochodzenie. Żywił głębokie, intuicyjne przekonanie, że tworzenie na terenie Polski państwa policyjnego, likwidacja opozycji i wszelkich działań niepodległościowych przez całkowite unicestwienie wolności słowa, oznaczało coś dużo więcej, niż zdławienie demokracji w tej części Europy. Wiedział, że na końcu tej drogi jest dążenie Rosji do światowej dominacji poprzez uzależnienie kolejnych państw europejskich „aż do chwili, gdy przyjdzie kolej na Stany Zjednoczone”. Mówił, że zamykanie przez Zachód oczu na to, czym jest imperializm komunistyczny, jest najkrótszą drogą do postawienia pod znakiem zapytania czegoś tak podstawowego, jak „nasze własne istnienie”.

W swojej książce, w której opisuje lata spędzone w Polsce, cytuje odpowiedź prezydenta Roosevelta na usilne namowy ze strony jednego z wysokich urzędników Departamentu Stanu do podjęcia bardziej stanowczych działań wobec Stalina:

    Może pan dużo wiedzieć o sprawach międzynarodowych, ale nie rozumie pan polityki amerykańskiej1.

Arthur Bliss Lane, amerykański patriota, absolwent University of Yale, szczerze pragnął jak najlepiej wywiązać się ze swojej misji w Polsce. W przypominającej jedno wielkie gruzowisko Warszawie znalazł się już w lipcu 1945 roku. Gdy jego misja została zakończona, a on uznał, że poniósł klęskę, tuż po powrocie do Stanów wystąpił ze służby dyplomatycznej. Był rozczarowany postawą swojego rządu, zajął się pisaniem pamiętników (wydano je w Chicago w 1948 roku), by poinformować Zachód o tym, co naprawdę dzieje się w Polsce okupowanej przez Armię Czerwoną. Mógł jednak liczyć na zrozumienie jedynie ze strony Polonii amerykańskiej. Polacy dobrze zdawali sobie sprawę z grozy sytuacji.

     …z miny zgadłbyś łatwo,
    że wielki człowiek, wielki tryumf poprowadzi:
    Tryumf Cara północy, zwycięzcy — nad dziatwą2.

Rzecz ciekawa, podobnie widział nasz kraj francuski pisarz katolicki Paul Claudel. W swoim Dzienniku zauważał — powołując się na jezuitę, ojca Gratry’ego — że przyzwolenie ze strony chrześcijańskich państw europejskich na zniesienie Polski z mapy kontynentu w XVIII wieku, ten „ohydny rozbiór narodu chrześcijańskiego”, jest grzechem śmiertelnym Europy. I musi zostać odpokutowany. W przeciwnym razie inaczej Europa — a szerzej, cały Zachód — nie zazna ani ładu moralnego, ani pokoju, ani pomyślności.

A co mówić o jednym z najciekawszych myślicieli XX wieku, Gilbercie K. Chestertonie? Uważał, że Polska jest w Europie „jedynym realnym wałem obronnym przeciw barbarzyństwu”. Wobec ludzi krytykujących i szkalujących Polskę przyjmował postawę aktywnego sprzeciwu. W postawie tych, którzy naśmiewali się z Polski, widział żałosne skutki zazdrości oraz sztuczne nadymanie swojej wielkości, by z karzełka (moralnego) urosnąć na atletę.

Zdaniem ks. Henriego Delassusa, gorącego francuskiego patrioty XIX wieku, elity w każdym kraju, nawet niszczonym przez zabory czy rewolucję, mają szansę się odrodzić ze względu na przechowywaną w nich pamięć o przeszłości i pielęgnowanie dawnych cnót: wierności wierze i zasadom honoru, chrześcijańskiego miłosierdzia, obrony Prawdy. Kto ma się składać na te faktyczne elity? Duchowieństwo — niedotknięte zgubnymi wpływami modernizmu i nieulegające szantażowi demokracji, duchowieństwo „które krzewi świętość słowem i przykładem” (autor tych słów określa ich jako arystokrację ducha), a także rodziny. Rodziny świadome swej roli społecznej, wystarczająco silne, by obronić swą tożsamość (i swoją własność!). I wreszcie — patrioci rozumiejący powołanie narodu do moralnej wielkości. Za nią zaś idzie zawsze wielkość polityczna.

Ksiądz Delassus wygłasza komentarz doskonale pasujący do naszej dzisiejszej polskiej sytuacji:

    Serce umiera ostatnie, a sercem Europy jest elita jej dzieci, złożona z tych wszystkich, którzy zachowali coś z ducha przodków.

Jak to się ma stać, by go istotnie zachowali? — moglibyśmy zapytać zdziwieni, widząc wokół siebie same zgliszcza.

A jednak ten upór skupionych przy żłóbku nowo narodzonego Zbawiciela świata polskich katolików wszystkich stanów — ten upór i pragnienie, by klękać przed Bogiem i uwielbiać Go, dziękować i błogosławić, gdy świat szydzi, pluje, znieważa Boga albo odwraca się obojętnie — bierze się z pragnienia, by na wszystkie nasze osobiste i narodowe doświadczenia spoglądać w świetle prawdy. I bronić jej. Tak jak tysiące ludzi w Polsce bronią pamięci o prezydencie Lechu Kaczyńskim i ofiarach Smoleńska. A prawda to także świadomość ciągłości naszych dziejów.
Józef Chełmoński, Sanie przed dworem (1895).

Józef Chełmoński, Sanie przed dworem (1895).

Polska nie narodziła się ani w 1945 roku, ani przy Okrągłym Stole, jak chcieliby propagandyści rewolucji. Jest więc ten upór Polski zdradzonej przez możnych tego świata świętym uporem, by przywracać pamięć o prawdziwych zasługach i prawdziwej wielkości naszej ojczyzny. Dziś nie jest łatwo o tym mówić, bo zamiast oklasków spada na kogoś takiego wrzask prześmiewców. Tak ujawnia się mentalność postkolonialna, jak określił ją Jarosław Marek Rymkiewicz… Dzisiejszy atak na Polskę jest atakiem na poszczególnego człowieka, na jego sumienie, ale — nade wszystko — na jego umysł. Chodzi o to, byśmy utracili uznanie rzeczywistości nadprzyrodzonej za zgodną z rozumem, byśmy odwrócili się od niej, pozostawiając w nas miejsce tylko sentymentom i nastrojom. Po to niszczy się symbole. Dziś to nie traktaty, nie eseje, ale filmy, obrazki w telewizji i Internecie oraz billboardy i reklamy, często odwracające sens, niszczące hierarchię albo wprost bluźniercze i działające podstępnie na wyobraźnię, na podświadomość, mają decydować o tym, jak ludzie powinni myśleć.

A jednak Polacy, którzy w ogromnej większości nie tylko szanują, ale czczą Boże Narodzenie, kultywując je z największą czułością w swoich domach i w parafiach, otrzymują przedziwną siłę, by się obronić przed tym atakiem na ich umysły. Nie ma takiej mocy, która wyrwałaby Polakom sens symboliki związanej z Narodzinami Boga­‑Człowieka. U nas nawet zdeklarowani ateiści dzielą się opłatkiem, śpiewają kolędy i walą na Pasterkę. Wigilia jest zawsze wigilią. To tajemnica polskiej duszy, nawet gdy akurat — jak dziś — jest w kryzysie.

Tak też widział to już Kamil Cyprian Norwid. Patrząc na ziemię „jako piersi otworzoną Boże” i widząc, że

    na arenie tej się nie ostoi
    Przeciwnik żaden, jeno mąż bezpieczny…

dziękował Bogu, że człowiek wierny Bogu „jak gwiazda w niebie czystem stoi”, bowiem

    strzeliście w niebo spojrzy on ku Tobie,
    który przez stajnię wszedłeś do ludzkości,
    i w grobie zwiędłych ziół leżałeś — w żłobie,
    I w porze ziemskich próżnej zalotności,
    I kiedy cały świat się tarzał w grobie.

    Za prawo tedy do Polski obszaru
    Dziękujemy Tobie, który­‑ś niezmierzony,
    Wszech­‑istny — jednak z obłoków wiszaru
    Patrzący na świat w prawdzie rozdzielony
    Światło­‑cieniami czaru i roz­‑czaru…3

 Sedno sprawy

    Rosjanie i hitlerowcy nie tylko doszli do porozumienia w przygotowywaniu zagłady państwa polskiego, ale stosowali także podobne metody dla zdławienia ducha niepodległości.

Tak pisał w swoich pamiętnikach jeden z nielicznych trzeźwo i precyzyjnie myślących ludzi swoich czasów, Arthur Bliss Lane. I dodawał:

    Na szczęście ten duch żyje nadal i żyć będzie!

Na czym amerykański dyplomata opierał swoją pewność? Podkreślał narodową jednorodność Polaków, wspólną religię i język, a także „przeżyte cierpienia i ogromne poświęcenie dla własnej ojczyzny”.

    Po rozbiorach w XVIII wieku okazali się narodem, który najtrudniej ujarzmić. W czasie okupacji hitlerowskiej nigdy nie stracili ducha ani poczucia jedności.

I dalej:

    Tak długo, jak zachowają względną wolność praktyk religijnych, ich siła moralna pozostanie nienaruszona.

Józef Chełmoński, Sójka (1892).

Historia milczy o tym, czy czytał Norwida. Jednak temu prostolinijnemu i uczciwemu Amerykaninowi, który brzydził się kłamstwem, bliskie były intuicje poety. Pośród wszystkich nieszczęść Polski zdradzonej, amerykański dyplomata zdolny był dostrzegać i podziwiać jej wielką wiarę — tak naprawdę, co być może przeczuwał, jedyne prawdziwe szczęście, jakie może przeżywać jakikolwiek naród, wśród coraz bardziej spoganiałych narodów świata. Zdolność rozpoznania, że to najmniejsze najniewinniejsze Dziecko leżące na sianie, w zimnej grocie, to sam „Pan niebiosów obnażony”.

Gdy Chesterton całym sercem poparł Polskę w czasie wojny 1920 roku i mówił, że jeśliby Polska upadła, „wraz z nią runąłby szaniec pokoju całego świata”, już wtedy, nieprzypadkowo zapewne, w prasie brytyjskiej i amerykańskiej, pojawiły się doniesienia o rzekomych pogromach Żydów w Polsce. Chesterton zareagował na to natychmiast, przeprowadzając ze swoim bratem i z Hilaire’m Bellockiem własne dochodzenie, a następnie ogłaszając, że to wyssane z palca kłamstwa.

Dziś robi się daleko więcej, żeby skompromitować Polskę. Temat rzekomego polskiego antysemityzmu nie przestaje być atrakcją dla mediów na całym świecie. Tajemnica tego zainteresowania jest prosta: Tak naprawdę nie chodzi o antysemityzm, lecz o katolicyzm Polaków. Robi się z nas, na zmianę, albo antysemitów, albo kompletnych durniów i nieudaczników, żeby pokazać, że ten nasz katolicyzm, który wciąż tak bardzo nas wyróżnia, jest nieudany, niewiarygodny. Że coś z nim nie tak.

Tu, w Polsce, zawsze jest coś, co się nie podoba. To jednym, to drugim naszym sąsiadom, to obu naraz. A tym, co naprawdę się nie podoba, jest to, że w porównaniu z Polską inne państwa gwałtownie tracą — powiedzmy — „na wizerunku”. Oto przykład z niemieckiego obozu koncentracyjnego Ravensbruck, sprzed 75 lat:

    Raz, pamiętam, gdy przyniosłyśmy zwłoki do trupiarni jak zwykle, napadła na mnie z dzikim krzykiem grupa z Leichenkolonne, złożonej z Niemek i — głównie — z Cyganek. Padały jakieś straszliwe obelgi, których większości nie rozumiałam. Wreszcie zdołałam zapytać, o co w ogóle chodzi (…). Znowu wrzask. «Ty, taka a taka, ciebie to my dobrze znamy. Ty zawsze swoim trupom składasz tak ręce (tu złożyły swoje prawie trupie szpony jak do modlitwy) albo tak (ręce na krzyż). My dobrze wiemy, co to znaczy, my dobrze wiemy!». I znowu obelgi. We mnie wstąpił dziwny spokój w tym strasznym hałasie. Przeczekałam — wreszcie powiedziałam bardzo spokojnie, ale dobitnie: «Nie macie pojęcia, jak ja się cieszę, wprost ogromnie się cieszę, że wiecie, o co tu chodzi. Nie ma na świecie rzeczy ważniejszej i jest wielkim szczęściem wiedzieć, co ten znak mówi».

    Cisza. Stały bez ruchu, jakby piorunem rażone, wpatrzone we mnie z przerażeniem. Potem wbiły wzrok czarnych oczu w ziemię (…) pozdrowiłam je i wróciłam na blok z koleżanką, niosąc nasze drzwi [służące do przenoszenia zmarłych kobiet — EPP]. Nieraz później myślałam, nad tym, czy to nie była w życiu tych nieszczęsnych istot jedyna chwila, w której przez wąziutką szparę ujrzały blask Prawdy4.

Po takim wspomnieniu można lepiej zrozumieć intuicję Chestertona, że wraz z upadkiem Polski runąłby szaniec pokoju całego świata. Mocno powiedziane, ale to właśnie jest sedno sprawy.

W obrazie Polski, jaki — pomimo szalejącej propagandy, dziś daleko bardziej wyrafinowanej niż przed 75 laty — dociera do ludzi Zachodu i Wschodu, tak naprawdę najbardziej nie podoba się jej wiara w Chrystusa. Wiara, którą Zachód odrzucił, wybierając wygodniejsze życie, Wschód zaś odrzucił z powodu schizmy, a oba razem — z powodu „naukowego” ateizmu osadzonego w naukach Hegla. Wiara w Chrystusa, który jest jedyną gwarancją pokoju. On sam, Jego Osoba. Nie żaden „dialog”, nie abstrakcyjne „pojednanie” czy jakikolwiek „postęp”. Wiara w Chrystusa obecna jest wciąż w postawach Polaków. Jakże szczególnych, jakże odmiennych.
Jako i my odpuszczamy…

Henryk Sienkiewicz przedstawił ją w genialnym obrazie z nocnego obozowiska, gdy Skrzetuski „od boleści się zapamiętał”, „desperacja mentem mu pomieszała”, na wieść (nieprawdziwą, jak się później okazało) o śmierci narzeczonej. I oto zostaje uzdrowiony, wyznając publicznie, wobec zgromadzonych rycerzy, wiarę w Boga Ojca i przebaczając winowajcom.

    Wszyscy otoczyli kołem namiestnika i poglądali na niego ze współczuciem. Niektórzy obcierali łzy rękawicami, inni wzdychali żałośnie. Aż nagle z koła wysunęła się jakaś wyniosła postać i zbliżywszy się z wolna do namiestnika położyła mu na głowie obie ręce.

    Był to ksiądz Muchowiecki.

    Wszyscy umilkli i poklękali jakby w oczekiwaniu cudu, ale ksiądz cudu nie czynił, jeno wciąż trzymając ręce na głowie Skrzetuskiego podniósł oczy ku niebu pełnemu blasków miesięcznych i począł mówić głośno:

    — Pater noster, qui es in coelis! Sanctificetur nomen Tuum, adveniat regnum Tuum, fiat voluntas Tua…

    Tu przerwał i po chwili powtórzył głośniej i uroczyściej:

    — …Fiat voluntas Tua!…

    Cisza zapanowała głęboka.

    — …Fiat voluntas Tua! — powtórzył ksiądz po raz trzeci.

    Wtedy z ust Skrzetuskiego wyszedł głos niezmiernego bólu, ale i rezygnacji:

    — Sicut in coelo, et in terra!

    I rycerz rzucił się na ziemię ze szlochaniem5.

Ta rzecz, której tak bardzo nienawidzili — i nadal nienawidzą — ludzie źle życzący Polsce, to splot katolicyzmu i polskości, wiary i szlachetności polskiego charakteru, który ma źródło w rycerskiej przeszłości współczesnych Polaków. Przeszkadzała im — i przeszkadza nadal — polska historia, polska wiara — i polska kultura, z tej wiary i historii wyrosła. Przeszkadza to, że Polacy nie przestali być rycerzami walczącymi zawsze o większą sprawę. (Przypomnijmy, ile osób spontanicznie nazywało prezydenta Kaczyńskiego, po jego tragicznej śmierci, „Małym Rycerzem”). Przeszkadza dziedzictwo szlacheckiej tradycji, o które potykamy się na każdym kroku. (I tak groteskowo, na jego tle, wyglądają ci, którzy się pod tę tradycję podszywają, w istocie ją depcząc, choćby nawet nosili historyczne nazwiska!). Przeszkadzają ci, którzy, jak mówił Wańkowicz, „są niezdolni do ułatwiania sobie życia, tam gdzie się nie godzi”, zostali bowiem w takiej atmosferze wychowani i całe życie „nieśli w swojej psychice przyciężki złom zasad”. Przyciężki, to fakt — i nie do odrzucenia.
Tu coś się unosi w powietrzu
Jacek Malczewski, Wigilia na Syberii (1892).

Jacek Malczewski, Wigilia na Syberii (1892).

Nie ma na świecie nic piękniejszego niż twarz człowieka, który przebacza lub prosi o przebaczenie. To piękno wywołuje nieraz skrytą zazdrość. Tajoną złość, nawet gniew. Dlatego tyle fałszywych oskarżeń wzbudził List biskupów polskich do biskupów niemieckich z 1965 roku. Ile było wykrzykiwania o „sfałszowaniu historii”, reprezentowaniu „niemieckich interesów”, „zdradzie” (cytaty z dokumentów KC PZPR), tylko dlatego, że polscy biskupi wyciągnęli dłoń do pojednania z sąsiednim narodem. Znowu ci okropni Polacy, którzy okazali się prawdziwymi chrześcijanami! To się nie mogło podobać światu. Tak jak nie podobało się komunistom, którzy wprost skręcali się, by tylko rozbudzić w Polakach wzajemną wrogość i nieufność wobec „obcych”… Bo tyle pokory, czyli prawdziwej miłości do Boga, było w tym manifeście chrześcijańskiej wiary, miłości do Kościoła — i do polskości — naszych pasterzy.

Niewiele lat później ojciec Józef Maria Bocheński pisał w swoich Wspomnieniach, że jest z pochodzenia Niemcem, a jego przodek brał udział w Związku Jaszczurczym (Eidechsenbund), sprzysiężeniu przeciw Zakonowi Krzyżackiemu. Oto jego słowa:

    Bardzo wielu Polaków jest pochodzenia niemieckiego, a wielu Niemców polskiego (…). Opowiadanie o jakiejś rasowej różnicy między Polakami a Niemcami jest wierutnym głupstwem.

Ojciec Bocheński dodaje z właściwą sobie przekorą:

    Niemcy są po prostu gatunkiem Polaków, tylko jeszcze gorszym od nich i odwrotnie. Niemcy wydają co prawda od czasu do czasu bandycki podgatunek w rodzaju ówczesnych Krzyżaków i hitlerowców (…). Mój jaszczurczy przodek walczył z tym podgatunkiem. Obaj moi bracia [Aleksander i Adolf — EPP] i ja też.

Gdy prof. Tomasz Strzembosz mówi o wychowaniu harcerskim w czasie okupacji w Polsce, o tym, ze charaktery i postawy młodych ludzi kształtuje społeczeństwo jako całość, jego kultura, tradycje, obyczaj, wiara, i daje jako przykład wezwanie młodego poety Jana Romockiego, skierowane do jego rówieśników, do przebaczenia zbrodniarzom niemieckim i zwykłym służbistom wykonującym nieludzkie rozkazy, to jeszcze nie wie, że ten wers z wiersza żołnierza Polski Podziemnej:

    Uchroń od zła i nienawiści,
    Niechaj się odwet nas nie ziści…

nieznacznie zmieniony, usłyszeć można było w jednej z piosenek śpiewanej 45 lat później przez Jacka Kaczmarskiego i Przemysława Gintrowskiego. Podawany oficjalnie autor tych słów jest jednak inny. Nie ma polskiego nazwiska. Czyżby ukradł ten wers i przypisał sobie? (O czym zapewne Jacek Kaczmarski nie wiedział). Dlaczego miałby to robić? Bo to jednocześnie piękne i mądre. To wykwit polskiej, chrześcijańskiej duszy. Każdy chciałby to mieć. Bo to jedyny realny wał obronny przeciw barbarzyństwu…

Dlatego do naszej polskiej wigilii 2012 roku dorzućmy jeszcze jedną małą rzecz — dumę i wdzięczność Panu Bogu za to, że jesteśmy Polakami.

    A. Bliss Lane, Widziałem Polskę zdradzoną, Warszawa 2008. [↩]
    A. Mickiewicz, Dziady, cz. III. [↩]
    C. K. Norwid, Psalm wigilii. [↩]
    K. Lanckorońska, Wspomnienia wojenne. [↩]
    H. Sienkiewicz, Ogniem i mieczem to wspomnienia Arthura Blissa Lane’a, ambasadora Stanów Zjednoczonych w Polsce w latach 1945–1947. Ten dzielny amerykański dyplomata, widział z rzadko spotykaną ostrością cały wymiar zmowy, kłamstwa i zbrodni, które paraliżowały naszą ojczyznę już od chwili zakończenia wojny, oraz hańbę milczenia świata wobec nieszczęścia Polski. A jednocześnie — co naprawdę niezwykłe — zdawał sobie sprawę ze znaczenia sprawy polskiej, nie tylko dla narodu amerykańskiego, ale dla świata. Dostrzegał to nie tylko w kontekście strategicznego położenia Polski, jej możliwości gospodarczych i tego, że miliony obywateli jego własnego kraju miały polskie pochodzenie. Żywił głębokie, intuicyjne przekonanie, że tworzenie na terenie Polski państwa policyjnego, likwidacja opozycji i wszelkich działań niepodległościowych przez całkowite unicestwienie wolności słowa, oznaczało coś dużo więcej, niż zdławienie demokracji w tej części Europy. Wiedział, że na końcu tej drogi jest dążenie Rosji do światowej dominacji poprzez uzależnienie kolejnych państw europejskich „aż do chwili, gdy przyjdzie kolej na Stany Zjednoczone”. Mówił, że zamykanie przez Zachód oczu na to, czym jest imperializm komunistyczny, jest najkrótszą drogą do postawienia pod znakiem zapytania czegoś tak podstawowego, jak „nasze własne istnienie”.

W swojej książce, w której opisuje lata spędzone w Polsce, cytuje odpowiedź prezydenta Roosevelta na usilne namowy ze strony jednego z wysokich urzędników Departamentu Stanu do podjęcia bardziej stanowczych działań wobec Stalina:

    Może pan dużo wiedzieć o sprawach międzynarodowych, ale nie rozumie pan polityki amerykańskiej1.

Arthur Bliss Lane, amerykański patriota, absolwent University of Yale, szczerze pragnął jak najlepiej wywiązać się ze swojej misji w Polsce. W przypominającej jedno wielkie gruzowisko Warszawie znalazł się już w lipcu 1945 roku. Gdy jego misja została zakończona, a on uznał, że poniósł klęskę, tuż po powrocie do Stanów wystąpił ze służby dyplomatycznej. Był rozczarowany postawą swojego rządu, zajął się pisaniem pamiętników (wydano je w Chicago w 1948 roku), by poinformować Zachód o tym, co naprawdę dzieje się w Polsce okupowanej przez Armię Czerwoną. Mógł jednak liczyć na zrozumienie jedynie ze strony Polonii amerykańskiej. Polacy dobrze zdawali sobie sprawę z grozy sytuacji.

     …z miny zgadłbyś łatwo,
    że wielki człowiek, wielki tryumf poprowadzi:
    Tryumf Cara północy, zwycięzcy — nad dziatwą2.

Rzecz ciekawa, podobnie widział nasz kraj francuski pisarz katolicki Paul Claudel. W swoim Dzienniku zauważał — powołując się na jezuitę, ojca Gratry’ego — że przyzwolenie ze strony chrześcijańskich państw europejskich na zniesienie Polski z mapy kontynentu w XVIII wieku, ten „ohydny rozbiór narodu chrześcijańskiego”, jest grzechem śmiertelnym Europy. I musi zostać odpokutowany. W przeciwnym razie inaczej Europa — a szerzej, cały Zachód — nie zazna ani ładu moralnego, ani pokoju, ani pomyślności.

A co mówić o jednym z najciekawszych myślicieli XX wieku, Gilbercie K. Chestertonie? Uważał, że Polska jest w Europie „jedynym realnym wałem obronnym przeciw barbarzyństwu”. Wobec ludzi krytykujących i szkalujących Polskę przyjmował postawę aktywnego sprzeciwu. W postawie tych, którzy naśmiewali się z Polski, widział żałosne skutki zazdrości oraz sztuczne nadymanie swojej wielkości, by z karzełka (moralnego) urosnąć na atletę.

Zdaniem ks. Henriego Delassusa, gorącego francuskiego patrioty XIX wieku, elity w każdym kraju, nawet niszczonym przez zabory czy rewolucję, mają szansę się odrodzić ze względu na przechowywaną w nich pamięć o przeszłości i pielęgnowanie dawnych cnót: wierności wierze i zasadom honoru, chrześcijańskiego miłosierdzia, obrony Prawdy. Kto ma się składać na te faktyczne elity? Duchowieństwo — niedotknięte zgubnymi wpływami modernizmu i nieulegające szantażowi demokracji, duchowieństwo „które krzewi świętość słowem i przykładem” (autor tych słów określa ich jako arystokrację ducha), a także rodziny. Rodziny świadome swej roli społecznej, wystarczająco silne, by obronić swą tożsamość (i swoją własność!). I wreszcie — patrioci rozumiejący powołanie narodu do moralnej wielkości. Za nią zaś idzie zawsze wielkość polityczna.

Ksiądz Delassus wygłasza komentarz doskonale pasujący do naszej dzisiejszej polskiej sytuacji:

    Serce umiera ostatnie, a sercem Europy jest elita jej dzieci, złożona z tych wszystkich, którzy zachowali coś z ducha przodków.

Jak to się ma stać, by go istotnie zachowali? — moglibyśmy zapytać zdziwieni, widząc wokół siebie same zgliszcza.

A jednak ten upór skupionych przy żłóbku nowo narodzonego Zbawiciela świata polskich katolików wszystkich stanów — ten upór i pragnienie, by klękać przed Bogiem i uwielbiać Go, dziękować i błogosławić, gdy świat szydzi, pluje, znieważa Boga albo odwraca się obojętnie — bierze się z pragnienia, by na wszystkie nasze osobiste i narodowe doświadczenia spoglądać w świetle prawdy. I bronić jej. Tak jak tysiące ludzi w Polsce bronią pamięci o prezydencie Lechu Kaczyńskim i ofiarach Smoleńska. A prawda to także świadomość ciągłości naszych dziejów.
Józef Chełmoński, Sanie przed dworem (1895).

Józef Chełmoński, Sanie przed dworem (1895).

Polska nie narodziła się ani w 1945 roku, ani przy Okrągłym Stole, jak chcieliby propagandyści rewolucji. Jest więc ten upór Polski zdradzonej przez możnych tego świata świętym uporem, by przywracać pamięć o prawdziwych zasługach i prawdziwej wielkości naszej ojczyzny. Dziś nie jest łatwo o tym mówić, bo zamiast oklasków spada na kogoś takiego wrzask prześmiewców. Tak ujawnia się mentalność postkolonialna, jak określił ją Jarosław Marek Rymkiewicz… Dzisiejszy atak na Polskę jest atakiem na poszczególnego człowieka, na jego sumienie, ale — nade wszystko — na jego umysł. Chodzi o to, byśmy utracili uznanie rzeczywistości nadprzyrodzonej za zgodną z rozumem, byśmy odwrócili się od niej, pozostawiając w nas miejsce tylko sentymentom i nastrojom. Po to niszczy się symbole. Dziś to nie traktaty, nie eseje, ale filmy, obrazki w telewizji i Internecie oraz billboardy i reklamy, często odwracające sens, niszczące hierarchię albo wprost bluźniercze i działające podstępnie na wyobraźnię, na podświadomość, mają decydować o tym, jak ludzie powinni myśleć.

A jednak Polacy, którzy w ogromnej większości nie tylko szanują, ale czczą Boże Narodzenie, kultywując je z największą czułością w swoich domach i w parafiach, otrzymują przedziwną siłę, by się obronić przed tym atakiem na ich umysły. Nie ma takiej mocy, która wyrwałaby Polakom sens symboliki związanej z Narodzinami Boga­‑Człowieka. U nas nawet zdeklarowani ateiści dzielą się opłatkiem, śpiewają kolędy i walą na Pasterkę. Wigilia jest zawsze wigilią. To tajemnica polskiej duszy, nawet gdy akurat — jak dziś — jest w kryzysie.

Tak też widział to już Kamil Cyprian Norwid. Patrząc na ziemię „jako piersi otworzoną Boże” i widząc, że

    na arenie tej się nie ostoi
    Przeciwnik żaden, jeno mąż bezpieczny…

dziękował Bogu, że człowiek wierny Bogu „jak gwiazda w niebie czystem stoi”, bowiem

    strzeliście w niebo spojrzy on ku Tobie,
    który przez stajnię wszedłeś do ludzkości,
    i w grobie zwiędłych ziół leżałeś — w żłobie,
    I w porze ziemskich próżnej zalotności,
    I kiedy cały świat się tarzał w grobie.

    Za prawo tedy do Polski obszaru
    Dziękujemy Tobie, który­‑ś niezmierzony,
    Wszech­‑istny — jednak z obłoków wiszaru
    Patrzący na świat w prawdzie rozdzielony
    Światło­‑cieniami czaru i roz­‑czaru…3

 Sedno sprawy

    Rosjanie i hitlerowcy nie tylko doszli do porozumienia w przygotowywaniu zagłady państwa polskiego, ale stosowali także podobne metody dla zdławienia ducha niepodległości.

Tak pisał w swoich pamiętnikach jeden z nielicznych trzeźwo i precyzyjnie myślących ludzi swoich czasów, Arthur Bliss Lane. I dodawał:

    Na szczęście ten duch żyje nadal i żyć będzie!

Na czym amerykański dyplomata opierał swoją pewność? Podkreślał narodową jednorodność Polaków, wspólną religię i język, a także „przeżyte cierpienia i ogromne poświęcenie dla własnej ojczyzny”.

    Po rozbiorach w XVIII wieku okazali się narodem, który najtrudniej ujarzmić. W czasie okupacji hitlerowskiej nigdy nie stracili ducha ani poczucia jedności.

I dalej:

    Tak długo, jak zachowają względną wolność praktyk religijnych, ich siła moralna pozostanie nienaruszona.

Józef Chełmoński, Sójka (1892).

Józef Chełmoński, Sójka (1892).

Historia milczy o tym, czy czytał Norwida. Jednak temu prostolinijnemu i uczciwemu Amerykaninowi, który brzydził się kłamstwem, bliskie były intuicje poety. Pośród wszystkich nieszczęść Polski zdradzonej, amerykański dyplomata zdolny był dostrzegać i podziwiać jej wielką wiarę — tak naprawdę, co być może przeczuwał, jedyne prawdziwe szczęście, jakie może przeżywać jakikolwiek naród, wśród coraz bardziej spoganiałych narodów świata. Zdolność rozpoznania, że to najmniejsze najniewinniejsze Dziecko leżące na sianie, w zimnej grocie, to sam „Pan niebiosów obnażony”.

Gdy Chesterton całym sercem poparł Polskę w czasie wojny 1920 roku i mówił, że jeśliby Polska upadła, „wraz z nią runąłby szaniec pokoju całego świata”, już wtedy, nieprzypadkowo zapewne, w prasie brytyjskiej i amerykańskiej, pojawiły się doniesienia o rzekomych pogromach Żydów w Polsce. Chesterton zareagował na to natychmiast, przeprowadzając ze swoim bratem i z Hilaire’m Bellockiem własne dochodzenie, a następnie ogłaszając, że to wyssane z palca kłamstwa.

Dziś robi się daleko więcej, żeby skompromitować Polskę. Temat rzekomego polskiego antysemityzmu nie przestaje być atrakcją dla mediów na całym świecie. Tajemnica tego zainteresowania jest prosta: Tak naprawdę nie chodzi o antysemityzm, lecz o katolicyzm Polaków. Robi się z nas, na zmianę, albo antysemitów, albo kompletnych durniów i nieudaczników, żeby pokazać, że ten nasz katolicyzm, który wciąż tak bardzo nas wyróżnia, jest nieudany, niewiarygodny. Że coś z nim nie tak.

Tu, w Polsce, zawsze jest coś, co się nie podoba. To jednym, to drugim naszym sąsiadom, to obu naraz. A tym, co naprawdę się nie podoba, jest to, że w porównaniu z Polską inne państwa gwałtownie tracą — powiedzmy — „na wizerunku”. Oto przykład z niemieckiego obozu koncentracyjnego Ravensbruck, sprzed 75 lat:

    Raz, pamiętam, gdy przyniosłyśmy zwłoki do trupiarni jak zwykle, napadła na mnie z dzikim krzykiem grupa z Leichenkolonne, złożonej z Niemek i — głównie — z Cyganek. Padały jakieś straszliwe obelgi, których większości nie rozumiałam. Wreszcie zdołałam zapytać, o co w ogóle chodzi (…). Znowu wrzask. «Ty, taka a taka, ciebie to my dobrze znamy. Ty zawsze swoim trupom składasz tak ręce (tu złożyły swoje prawie trupie szpony jak do modlitwy) albo tak (ręce na krzyż). My dobrze wiemy, co to znaczy, my dobrze wiemy!». I znowu obelgi. We mnie wstąpił dziwny spokój w tym strasznym hałasie. Przeczekałam — wreszcie powiedziałam bardzo spokojnie, ale dobitnie: «Nie macie pojęcia, jak ja się cieszę, wprost ogromnie się cieszę, że wiecie, o co tu chodzi. Nie ma na świecie rzeczy ważniejszej i jest wielkim szczęściem wiedzieć, co ten znak mówi».

    Cisza. Stały bez ruchu, jakby piorunem rażone, wpatrzone we mnie z przerażeniem. Potem wbiły wzrok czarnych oczu w ziemię (…) pozdrowiłam je i wróciłam na blok z koleżanką, niosąc nasze drzwi [służące do przenoszenia zmarłych kobiet — EPP]. Nieraz później myślałam, nad tym, czy to nie była w życiu tych nieszczęsnych istot jedyna chwila, w której przez wąziutką szparę ujrzały blask Prawdy4.

Po takim wspomnieniu można lepiej zrozumieć intuicję Chestertona, że wraz z upadkiem Polski runąłby szaniec pokoju całego świata. Mocno powiedziane, ale to właśnie jest sedno sprawy.

W obrazie Polski, jaki — pomimo szalejącej propagandy, dziś daleko bardziej wyrafinowanej niż przed 75 laty — dociera do ludzi Zachodu i Wschodu, tak naprawdę najbardziej nie podoba się jej wiara w Chrystusa. Wiara, którą Zachód odrzucił, wybierając wygodniejsze życie, Wschód zaś odrzucił z powodu schizmy, a oba razem — z powodu „naukowego” ateizmu osadzonego w naukach Hegla. Wiara w Chrystusa, który jest jedyną gwarancją pokoju. On sam, Jego Osoba. Nie żaden „dialog”, nie abstrakcyjne „pojednanie” czy jakikolwiek „postęp”. Wiara w Chrystusa obecna jest wciąż w postawach Polaków. Jakże szczególnych, jakże odmiennych.
Jako i my odpuszczamy…

Henryk Sienkiewicz przedstawił ją w genialnym obrazie z nocnego obozowiska, gdy Skrzetuski „od boleści się zapamiętał”, „desperacja mentem mu pomieszała”, na wieść (nieprawdziwą, jak się później okazało) o śmierci narzeczonej. I oto zostaje uzdrowiony, wyznając publicznie, wobec zgromadzonych rycerzy, wiarę w Boga Ojca i przebaczając winowajcom.

    Wszyscy otoczyli kołem namiestnika i poglądali na niego ze współczuciem. Niektórzy obcierali łzy rękawicami, inni wzdychali żałośnie. Aż nagle z koła wysunęła się jakaś wyniosła postać i zbliżywszy się z wolna do namiestnika położyła mu na głowie obie ręce.

    Był to ksiądz Muchowiecki.

    Wszyscy umilkli i poklękali jakby w oczekiwaniu cudu, ale ksiądz cudu nie czynił, jeno wciąż trzymając ręce na głowie Skrzetuskiego podniósł oczy ku niebu pełnemu blasków miesięcznych i począł mówić głośno:

    — Pater noster, qui es in coelis! Sanctificetur nomen Tuum, adveniat regnum Tuum, fiat voluntas Tua…

    Tu przerwał i po chwili powtórzył głośniej i uroczyściej:

    — …Fiat voluntas Tua!…

    Cisza zapanowała głęboka.

    — …Fiat voluntas Tua! — powtórzył ksiądz po raz trzeci.

    Wtedy z ust Skrzetuskiego wyszedł głos niezmiernego bólu, ale i rezygnacji:

    — Sicut in coelo, et in terra!

    I rycerz rzucił się na ziemię ze szlochaniem5.

Ta rzecz, której tak bardzo nienawidzili — i nadal nienawidzą — ludzie źle życzący Polsce, to splot katolicyzmu i polskości, wiary i szlachetności polskiego charakteru, który ma źródło w rycerskiej przeszłości współczesnych Polaków. Przeszkadzała im — i przeszkadza nadal — polska historia, polska wiara — i polska kultura, z tej wiary i historii wyrosła. Przeszkadza to, że Polacy nie przestali być rycerzami walczącymi zawsze o większą sprawę. (Przypomnijmy, ile osób spontanicznie nazywało prezydenta Kaczyńskiego, po jego tragicznej śmierci, „Małym Rycerzem”). Przeszkadza dziedzictwo szlacheckiej tradycji, o które potykamy się na każdym kroku. (I tak groteskowo, na jego tle, wyglądają ci, którzy się pod tę tradycję podszywają, w istocie ją depcząc, choćby nawet nosili historyczne nazwiska!). Przeszkadzają ci, którzy, jak mówił Wańkowicz, „są niezdolni do ułatwiania sobie życia, tam gdzie się nie godzi”, zostali bowiem w takiej atmosferze wychowani i całe życie „nieśli w swojej psychice przyciężki złom zasad”. Przyciężki, to fakt — i nie do odrzucenia.
Tu coś się unosi w powietrzu
Jacek Malczewski, Wigilia na Syberii (1892).

Jacek Malczewski, Wigilia na Syberii (1892).

Nie ma na świecie nic piękniejszego niż twarz człowieka, który przebacza lub prosi o przebaczenie. To piękno wywołuje nieraz skrytą zazdrość. Tajoną złość, nawet gniew. Dlatego tyle fałszywych oskarżeń wzbudził List biskupów polskich do biskupów niemieckich z 1965 roku. Ile było wykrzykiwania o „sfałszowaniu historii”, reprezentowaniu „niemieckich interesów”, „zdradzie” (cytaty z dokumentów KC PZPR), tylko dlatego, że polscy biskupi wyciągnęli dłoń do pojednania z sąsiednim narodem. Znowu ci okropni Polacy, którzy okazali się prawdziwymi chrześcijanami! To się nie mogło podobać światu. Tak jak nie podobało się komunistom, którzy wprost skręcali się, by tylko rozbudzić w Polakach wzajemną wrogość i nieufność wobec „obcych”… Bo tyle pokory, czyli prawdziwej miłości do Boga, było w tym manifeście chrześcijańskiej wiary, miłości do Kościoła — i do polskości — naszych pasterzy.

Niewiele lat później ojciec Józef Maria Bocheński pisał w swoich Wspomnieniach, że jest z pochodzenia Niemcem, a jego przodek brał udział w Związku Jaszczurczym (Eidechsenbund), sprzysiężeniu przeciw Zakonowi Krzyżackiemu. Oto jego słowa:

    Bardzo wielu Polaków jest pochodzenia niemieckiego, a wielu Niemców polskiego (…). Opowiadanie o jakiejś rasowej różnicy między Polakami a Niemcami jest wierutnym głupstwem.

Ojciec Bocheński dodaje z właściwą sobie przekorą:

    Niemcy są po prostu gatunkiem Polaków, tylko jeszcze gorszym od nich i odwrotnie. Niemcy wydają co prawda od czasu do czasu bandycki podgatunek w rodzaju ówczesnych Krzyżaków i hitlerowców (…). Mój jaszczurczy przodek walczył z tym podgatunkiem. Obaj moi bracia [Aleksander i Adolf — EPP] i ja też.

Gdy prof. Tomasz Strzembosz mówi o wychowaniu harcerskim w czasie okupacji w Polsce, o tym, ze charaktery i postawy młodych ludzi kształtuje społeczeństwo jako całość, jego kultura, tradycje, obyczaj, wiara, i daje jako przykład wezwanie młodego poety Jana Romockiego, skierowane do jego rówieśników, do przebaczenia zbrodniarzom niemieckim i zwykłym służbistom wykonującym nieludzkie rozkazy, to jeszcze nie wie, że ten wers z wiersza żołnierza Polski Podziemnej:

    Uchroń od zła i nienawiści,
    Niechaj się odwet nas nie ziści…

nieznacznie zmieniony, usłyszeć można było w jednej z piosenek śpiewanej 45 lat później przez Jacka Kaczmarskiego i Przemysława Gintrowskiego. Podawany oficjalnie autor tych słów jest jednak inny. Nie ma polskiego nazwiska. Czyżby ukradł ten wers i przypisał sobie? (O czym zapewne Jacek Kaczmarski nie wiedział). Dlaczego miałby to robić? Bo to jednocześnie piękne i mądre. To wykwit polskiej, chrześcijańskiej duszy. Każdy chciałby to mieć. Bo to jedyny realny wał obronny przeciw barbarzyństwu…

Dlatego do naszej polskiej wigilii 2012 roku dorzućmy jeszcze jedną małą rzecz — dumę i wdzięczność Panu Bogu za to, że jesteśmy Polakami.

    A. Bliss Lane, Widziałem Polskę zdradzoną, Warszawa 2008. [↩]
    A. Mickiewicz, Dziady, cz. III. [↩]
    C. K. Norwid, Psalm wigilii. [↩]
    K. Lanckorońska, Wspomnienia wojenne. [↩]
    H. Sienkiewicz, Ogniem i mieczem

Wkrótce po ogłoszeniu kandydatury Bronisława Komorowskiego w wyborach prezydenckich 2010 roku, w programie telewizyjnym „Fakty po faktach”, były współpracownik komunistycznej bezpieki Andrzej Olechowski podzielił się z widzami intrygującą wiadomością – „Kandydat Platformy Obywatelskiej nie ma kwalifikacji, żeby objąć urząd prezydenta państwa.

Są rzeczy, których nie mogę powiedzieć, bo cały czas obowiązuje mnie tajemnica państwowa. Ale my wiemy niestety o nim rzeczy różne”.
To zaskakujące wyznanie jednego z „ojców założycieli” Platformy Obywatelskiej, nie doczekało się  wówczas żadnego rozwinięcia. Nikt z przedstawicieli reżimowych mediów nie miał odwagi zapytać, o jakich „my” mówił Olechowski i jakie „rzeczy różne” wiedział na temat przyszłego prezydenta dobrze poinformowany TW „Must”. 
Zaciągnięta nad osobą Komorowskiego szczelna osłona medialna sprawia, że od czasu afery marszałkowej, do opinii publicznej nie przedostają się żadne informacje mogące zmącić propagandowy wizerunek „spokojnego konserwatysty” i „męża stanu”. Ujawniane niekiedy językowe lapsusy i gafy lokatora Belwederu nie przybliżają nas do prawdziwej wiedzy o Komorowskim. Podobnie jak rysunki satyryczne czy niewybredne żarty. Mają raczej uczynić z niego postać bardziej swojską i akceptowaną przez Polaków, a ludziom niewymagającym dać namiastkę wolności słowa. Prymat tego polityka w tzw. rankingach zaufania jest ponurym dowodem skuteczności ośrodków propagandy.
Nad polityczną karierą Bronisława Komorowskiego – od dyrektora gabinetu Aleksandra Halla, poprzez stanowisko wiceministra i ministra obrony narodowej, po rolę marszałka Sejmu i prezydenta RP – zalega cień szeregu niewyjaśnionych spraw. W Raporcie z Weryfikacji WSI mającym wagę dokumentu urzędowego, zawarto opis dziesiątek przestępstw i nieprawidłowości, jakie miały miejsce w czasie 15 lat istnienia służb wojskowych. Przedstawiono liczne przypadki korupcji, nadużywania władzy, przekraczania uprawnień i przestępstw gospodarczych. Aż 26 razy dokument ten wymienia nazwisko Bronisława Komorowskiego – wskazując na jego odpowiedzialności za nieprawidłowości związane z funkcjonowaniem służb wojskowych. Pojawiają się pytania; nie tylko o genezę i charakter kontaktów Komorowskiego ze środowiskiem WSI, z generałami po moskiewskich uczelniach i z esbekami prześladującymi Polaków, ale przede wszystkim o konsekwencje politycznej działalności w MON.
Od początku pracy w ministerstwie, Komorowski prezentował negatywny stosunek do dekomunizacji w wojsku. Wtedy, gdy struktury postkomunistyczne były najsłabsze, a opinia publiczna pamiętała zbrodnie stanu wojennego, chronił aparat postsowiecki, tłumacząc np. że wywiad peerelowski nie pracował na rzecz Związku Radzieckiego. O zainicjowanej przez Komorowskiego i Onyszkiewicza „grubej kresce” w MON, wielokrotnie mówił Krzysztof Wyszkowski, wspominając m.in. jak dzisiejszy lokator Belwederu odtajnił materiały archiwalne dotyczące marca 1968 r., po to, by – jak sam twierdził – „odbudować poparcie inteligencji dla wojska i obronności”. „To tak – pisał Wyszkowski – jakby ktoś zakładał, że poprzez poznanie wszelkich faktów związanych ze zbrodnią katyńską chciało się budować przyjaźń polsko-sowiecką czy kształtować dobry image polskich komunistów.”
O autentycznej postawie Komorowskiego szczycącego się dziś swoją „kartą opozycyjną”, najpełniej świadczy jego fascynacja generalicją „ludowego” wojska, przyjaźnie z ludźmi wojskowej bezpieki czy awanse udzielane prześladowcom opozycji. Postać tę trzeba oceniać w perspektywie szczególnego zaufania, jakim cieszył się nowy wiceminister MON ze strony komunistycznych służb wojskowych. Należy ją postrzegać poprzez krąg najbliższych znajomych i współpracowników, wśród których znajdziemy: gen. Adama Tylusa, gen. Bogusława Smólskiego, płk. Henryka Demiańczuka, płk. Lucjana Jaworskiego, płk. Aleksandra Lichockiego, mjr. Jerzego Smolińskiego, gen. Pawła Nowaka czy gen. Józefa Buczyńskiego. Obnoszoną – niczym moralną tarczę, „kartę opozycyjną” Komorowskiego warto oceniać w perspektywie „dialogów” z roku 1982, które w swoim artykule „Dialogi operacyjne Komorowskiego” przytoczyła Dorota Kania w „Gazecie Polskiej” z grudnia 2010 roku.  Na pytanie esbeka: jak widzi siebie w nowej sytuacji, w której znalazła się Polska, Komorowski odpowiedział: „mam dość wszelkiej działalności. Nigdy nie byłem ideologiem, to wszystko przestało mieć sens”. W innej rozmowie z maja 1982 roku, Komorowski nazwał zasłużonego opozycjonistę Wojciecha Ziembińskiego „pajacem lubiącym się bawić w konspirację” i stwierdził: „mam dość wszelkiej działalności w opozycji, jestem zdekonspirowany wy wiecie o mnie wszystko. Jakakolwiek działalność opozycyjna moja czy innych jest po prostu zabawą w podchody.”
Gdy przed kilkoma dniami wspominaliśmy 31 rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, reżimowe media niezwykle mocno nagłaśniały propagandowy gest Komorowskiego – zapalenia „symbolicznej świecy pamięci o ofiarach stanu wojennego oraz solidarności z Białorusią i innymi narodami walczącymi o wolność”.
Tymczasem to wydarzenie powinno nam przypominać, że lokator Belwederu darzy szczególną atencją sowieckiego agenta Wojciecha Jaruzelskiego – odpowiedzialnego za wojnę z narodem i cierpienia milionów Polaków. Już w roku 1998, gdy prokuratura wojskowa wydała postanowienie o umorzeniu śledztwa w sprawie pułkownika Ryszarda Kuklińskiego, ówczesny szef sejmowej komisji obrony narodowej Bronisław Komorowski, działając na wniosek grupy posłów SLD wnioskował do ministra sprawiedliwości o udostępnienie utajnionego uzasadnienia tylko Wojciechowi Jaruzelskiemu i grupie generałów LWP. Dla Polaków dokument ten pozostał do dziś tajny, ponieważ prokuratura tłumaczyła, iż zawiera on „informacje stanowiące nadal tajemnicę państwową”. To Komorowski w 2005 roku usilnie sprzeciwiał się inicjatywie Jarosława Kaczyńskiego, gdy ten chciał pozbawić agenta „Wolskiego” stopnia generalskiego i przywilejów należnych byłemu prezydentowi „To zły pomysł – perorował polityk PO – Trzeba umieć oddzielić regulacje ustawowe dotyczące wszystkich byłych prezydentów od oceny ich działalności, nie można karać kogoś za błędne decyzje lub niewłaściwe zachowanie, odbierając uprawnienia”. Rok później, w wywiadzie dla Moniki Olejnik, Komorowski twierdził, że „zabranie Jaruzelskiemu stopnia generalskiego oznaczałoby, że przekreślamy całą drogę żołnierską generała, a ta nie cała przecież była zła”. Postać agenta zbrodniczej Informacji Wojskowej Komorowski nazwał „do pewnego stopnia tragiczną” argumentując, że Jaruzelski wziął udział w demontowaniu własnego systemu, „za którym się opowiadał i którym żył przez całe życie”. Ówczesny marszałek Sejmu podkreślał przy tym, że „niewątpliwie gdzieś miały swoje istotne znaczenie jego korzenie rodzinne, tradycja, dla myślenia w kategoriach patriotyzmu”.
Nie mogło zatem dziwić, że tuż po objęciu prezydentury, Komorowski zaprosił Jaruzelskiego na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego, argumentując iż uczynił to „na rzecz zgody narodowej, na rzecz zakończenia wojny polsko-polskiej”. Kilka dni później sowiecki agent napisał do Komorowskiego: „Rozumiem, iż cała ta wrzawa wokół posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Narodowego i mojego w nim udziału, stała się głównie okazją do realizacji głównego celu – podważenia prestiżu, zaufania, zdyskredytowania Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. […] Przykro mi, iż naraziłem Pana Prezydenta na powstałą sytuację.”
Wydaje się, że autora stanu wojennego i lokatora Belwederu łączy nie tylko fascynacja Rosją czy stosunek do „ludowego” wojska. Życiowym „spełnieniem” Jaruzelskiego było wprowadzenie stanu wojennego – wymierzonego w Polaków i ogłoszonego w interesie sowieckiego okupanta. Jedną z pierwszych inicjatyw ustawodawczych Komorowskiego była natomiast nowelizacja ustawy o stanie wojennym, uchwalona w ekspresowym tempie, tuż przed wyborami parlamentarnymi 2011 roku. Pozwala ona Komorowskiemu wprowadzić stan wojenny lub stan wyjątkowy „w sytuacji szczególnego zagrożenia konstytucyjnego ustroju państwa, bezpieczeństwa obywateli lub porządku publicznego, w tym spowodowanego działaniami o charakterze terrorystycznym lub działaniami w cyberprzestrzeni, które nie może być usunięte poprzez użycie zwykłych środków konstytucyjnych”. Przy pomocy tej ustawy można podważyć każdy niekorzystny werdykt wyborczy lub zablokować zmiany groźne dla rządzących.
Znając prawdę o postaci Komorowskiego, jego prorosyjskich admiracjach i poglądach na działania opozycji, można się obawiać, by to narzędzie nie zostało ponownie użyte przeciwko dążeniom milionów Polaków.

Autor: Aleksander Ścios

Nakładem wydawnictwa Jedność ukazała się bogato ilustrowana praca opisująca kilkadziesiąt cudów eucharystycznych. Autorami pracy „Cuda eucharystyczne” są: Sergio Meloni i Instytut Świętego Klemensa.

Czytelnicy „Cudów eucharystycznych” na 464 stronach książki znajdą opis cudów które miały miejsce, od średniowiecza do dziś, w 30 miejscowościach Włoch, 2 Austrii, 6 Niemiec, 10 Francji, 4 Belgii, 7 Holandii, 18 Hiszpanii, 2 Egiptu, i w innych krajach. Dodatkowo na kartach książki opisane jest: 6 objawień maryjnych związanych z eucharystią, 15 cudów eucharystycznych związanych z świętymi i mistykami, inne cuda związane z eucharystią, nauczanie świętego Tomasza z Akwinu o eucharystii.

 

Każda historia cudu eucharystycznego jest fascynująca. Autorzy przypominają, i cuda związane z działaniem eucharystii, i cuda polegające na widocznej zamianie hostii w tkankę ludzkiego ciała. W wielu przekazach powtarzają się podobne elementy, np. widzenia dzieci towarzyszące cudom, adoracja eucharystii ze strony zwierząt, związek świętych z wydarzeniami, najczęstsze powody cudów – brak wiary w realność przemiany hostii w ciało Jezusa podczas mszy, świętokradcza kradzież komunii i świętokradcze wyłudzenie komunii w celu jej profanacji. Opisy poszczególnych wydarzeń uzupełnione są fragmentami pism świętych i dokumentów nauczania Kościoła Katolickiego dotyczących eucharystii. W opisach wydarzeń, prócz relacji z cudu, są też wyniki badań naukowych potwierdzających cudowność wydarzenia – np. w Lanciano po 1300 latach wino widzialnie przemienione w krew zachowuje właściwości krwi świeżej.

 

Dodatkowo publikacja zawiera opisy znanych cudów, miejsc z nimi związanych, niezwykle ważnych wydarzeń z historii jak: informacje o miejscu w którym są relikwie Graala, systematycznym niszczeniu relikwii przez protestantów i masonów, przeniesieniu domu Maryi i Jezusa z Nazaretu do Loretto, Guadelupe, najsławniejszych cudach, historii Cudownego Medalika, objawieniach w Lourdes i Fatimie. Na kartach „Cudów eucharystycznych” opisane są cuda eucharystyczne związane z świętym Franciszkiem, świętym Tomaszem z Akwinu, świętą Katarzyną ze Sieny, świętym Stanisławem Kostką, Anną Katarzyną Emmerich, świętym Janem Bosko, Teresą Neuman, Martą Robin, i wieloma innymi ważnymi świadkami katolicyzmu.

 

Wśród wielu licznych ilustracji znajdują się zdjęcia relikwiarzy i relikwii w tym zdjęcia eucharystii widocznie przemienionej w tkankę ludzkiego ciała, miejsc cudów, reprodukcje obrazów przedstawiających cuda. Duża część fotografii zawartych w publikacji nie jest powszechnie znana w Polsce.

 

Jan Bodakowski

 

http://jednosc.com.pl/zdjecia_ksiegarnia_jednosc/duze1_cuda_eucharystyczne.jpg

http://jednosc.com.pl/zdjecia_ksiegarnia_jednosc/duze3_cuda_eucharystyczne.jpg