Monthly Archives: Czerwiec 2013

Ks. Piotr Baranowski z archidiecezji gdańskiej, sprawujący posługę kapłańską w parafii św. Antoniego w Gdańsku-Brzeźnie zostaje przeniesiony do parafii w Gdyni. Mamy informacje, że Msza Św. Wrzechczasów dalej będzie odprawiana w Gdańsku jak zwykle o godz. 19.15 przez Wielebnego Kapłana.

W każdym razie do czasu kiedy abp. Leszek Sławoj Głódź nie wyda formalnego zakazu odprawiania wg. starożytnego rytu. Nie wykluczone, że przeniesienie jest wstępem do likwidacji Mszy Trydenckiej w archidiecezji gdańskiej. „Fanaberie” Benedykta XVI można już bez przeszkód likwidować.

Inf. własna

W związku z 25. rocznicą święceń biskupich, których abp Marceli Lefebvre udzielił 30 czerwca 1988 r. czterem członkom Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X, w majowo-czerwcowym numerze amerykańskiego dwumiesięcznika „The Angelus” ukazał się wywiad z bp. Bernardem Fellayem, przełożonym generalnym FSSPX, jednym z grona duchownych, którzy otrzymali wówczas sakrę.

Poniżej prezentujemy treść wywiadu.
Konsekracje biskupie
Jaka była pierwsza reakcja Waszej Ekscelencji na wiadomość, że decyzją abp. Lefebvre’a znalazł się w gronie kapłanów, którzy mają otrzymać sakrę?
– Po pierwsze pomyślałem, że musi być ktoś inny, lepszy ode mnie – „jeśli to możliwe, oddal ode mnie ten kielich!” Kolejna myśl dotyczyła moich kolegów-księży, braci w kapłaństwie, „pro fratribus” (łac. ‘za braci’), bo jest oczywiste, że to wielki krzyż. To kwestia poświęcenia się dla innych.
Czy Wasza Ekscelencja pamięta towarzyszące mu emocje i stan umysłu w dniu 30 czerwca 1988 r., po otrzymaniu sakry z rąk abp. Lefebvre’a?
– Nie pamiętam zbyt wiele, jeśli chodzi o moje własne uczucia i emocje. To, co pamiętam, to to, jak bardzo całe zgromadzenie było zelektryzowane. Atmosfera była wprost naładowana elektrycznością. Niczego podobnego nie doświadczyłem przez całe moje życie. To właśnie zapamiętałem. Tak było podczas tej uroczystości i po jej zakończeniu; wielka radość i nic poza tym. To było zapierające dech w piersiach.
W swojej Podróży duchowej abp Lefebvre opisał wizję, jaką miał w katedrze w Dakarze. Czy konsekracje dokonane w 1988 r. nie wydają się Waszej Ekscelencji jej spełnieniem?
– Chciałbym powiedzieć, że – co może być zaskakujące – nie łączę tych dwóch wydarzeń. Nie sądzę, żeby coś je łączyło. Nie uważam, żeby posiadanie [przez Bractwo] biskupów było bezpośrednio związane z naszą posługą. Ma to jedynie zapewnić nam przetrwanie. Nie stanowi to sedna naszej działalności, bo jest nim formowanie kapłanów według Serca Jezusowego – właśnie to jest najważniejsze.
To prawda, że bez biskupów nie mielibyśmy księży – ale z pewnością [posiadanie przez Bractwo biskupów] nie stanowiło [najbardziej] istotnego elementu naszej działalności. Jest to istotne dla naszego przetrwania, ale nie dla charakteru naszej posługi. Oczywiście, spoglądając na wszystkie wydarzenia, które miały miejsce w naszym apostolacie i na sytuację Kościoła, na kwestię biskupów należy spojrzeć w nowym świetle!
Arcybiskup Lefebvre starał się podkreślać nadzwyczajny charakter swojej decyzji o udzieleniu święceń biskupich, a także, w celu odróżnienia tego od aktu schizmatyckiego, wyraźnie zaznaczał, że nie usiłuje przekazać jakiejkolwiek jurysdykcji, a jedynie to, co wiąże się z mocą święceń. W ciągu ostatnich 25 lat niejednokrotnie odnoszono się z dezaprobatą do wyboru jednego z biskupów na urząd przełożonego generalnego, twierdząc, że wskazuje to na uroszczenie jurysdykcji biskupiej. Czy Wasza Ekscelencja może wyjaśnić, dlaczego taki argument jest błędny i dlaczego wypełnianie posługi przełożonego generalnego nie wiąże się z żadnymi pretensjami do posiadania jurysdykcji biskupiej?
– Po pierwsze, dlaczego abp. Lefebvre nie chciał wówczas – w czasie konsekracji – aby biskup pełnił urząd przełożonego generalnego? Specjalnie w tym celu, aby ułatwić porozumienie z Rzymem. Gdyby przełożonym generalnym był biskup, to podlegałby on rzymskim „sankcjom” (chodzi o ekskomunikę, rzekomo ciążącą na abp. Lefebvre’rze, bp. de Castro Mayerze i czterech nowo konsekrowanych biskupach – przyp. tłum.), co czyniłoby dyskusje dużo trudniejszymi niż gdyby był nim wtedy np. ks. Schmidberger.
Taką decyzję w oczywisty sposób dyktowały okoliczności; nie była to zasada. Była to kwestia ostrożności. Nie został sformułowany zakaz na przyszłość, zabraniający biskupowi zostać przełożonym generalnym.
Musimy jednak rozróżnić dwa rodzaje jurysdykcji. Istnieje normalna, zwyczajna władza przełożonego generalnego nad członkami instytutu – i jest też zwyczajna jurysdykcja biskupia (nad swoją diecezją – przyp. tłum.). Jako biskupi nie mamy teraz jurysdykcji zwyczajnej, ale ja, jako przełożony generalny, posiadam władzę innego rodzaju. Te dwie jurysdykcje nie są tożsame.
W duchu abp. Lefebvre’a
Czy Wasza Ekscelencja ma jakieś szczególne wspomnienie dotyczące abp. Lefebvre’a, którym byłby skłonny się podzielić? 
– Z jednej strony zapamiętałem jego prostotę i zdrowy rozsądek, z drugiej – jego sposób postrzegania rzeczy, zawsze nadprzyrodzony. On zawsze oglądał się na Boga. To był oczywisty przypadek człowieka prowadzonego przez modlitwę, przez wiarę i w jedności z Bogiem. Dla niego było czymś normalnym i oczywistym, że w każdym działaniu należy być zjednoczonym z naszym Panem.
W jaki sposób Wasza Ekscelencja pielęgnuje w seminarzystach i księżach tego charakterystycznego dla abp. Lefebvre’a wyjątkowego ducha kapłańskiej pobożności, poprawności doktrynalnej i kontrrewolucyjnego działania?
– Przede wszystkim staramy się podtrzymać więź seminarzystów – na ile to tylko możliwe – z samym abp. Lefebvre’em: jego głosem, jego nauczaniem, jego książkami itd. Dysponujemy nagraniami jego konferencji dla alumnów. Francuzi mają pod tym względem przewagę, ale pracujemy nad tłumaczeniami, aby wszyscy klerycy mieli do nich dostęp. W języku angielskim niektóre zostały już zebrane w formie książek: They Have Uncrowned Him (wyd. polskie Oni Jego zdetronizowali, Warszawa 1997), Priestly Holiness (Świętość kapłańska) i The Mass of All Time (Msza wszech czasów).
Po drugie, staramy się wprowadzać i stosować w seminariach środki dane nam przez Arcybiskupa: organizację, plan studiów czy choćby wykłady przez niego przygotowane. Określił, czego mają dotyczyć i jak mają być prowadzone. Na przykład nasza nauka filozofii i teologii, tak jak zalecił Kościół, opiera się na nauczaniu św. Tomasza [z Akwinu]. Abp Lefebvre przykładał wyjątkową wagę do studium dokumentów Magisterium: kursu, podczas którego wykłada się naukę zawartą w encyklikach wielkich papieży XIX wieku aż po Piusa XII i [omawia] ich walkę z wprowadzaniem do Kościoła i społeczeństwa zasad Oświecenia. Wciąż widzimy znakomite owoce takiej formacji.
Wydarzenia po roku 1988
Jakie zmiany, na dobre i na złe, były dla Bractwa najważniejsze od czasu konsekracji z 1988 r.?
– Nie wiem, czy zaszło tak wiele zmian. Staliśmy się nieco starsi, choć nadal jesteśmy młodym zgromadzeniem. Teraz w naszych szeregach znajdują się starsi kapłani, a w 1988 r. takich nie było. To, można powiedzieć, zmiana zewnętrzna. Mieliśmy wówczas czterech biskupów, a teraz mamy trzech. To kolejna zmiana, jednak nie jakaś wielka czy zasadnicza. Posiadamy więcej domów w większej liczbie krajów, ale to nie tyle zmiana, ile normalny rozwój naszego dzieła.
Pozostajemy wierni linii nakreślonej przez abp. Lefebvre’a. Jeśli spojrzy się na ostatnie kilka lat, to [warto sobie przypomnieć, że] abp Lefebvre powiedział w 1988 r., iż Rzym zwróci się do nas w pięć do sześciu lat po konsekracjach. Trwało to niemal 24 czy 25 lat, a sytuacja jeszcze nie dojrzała do rozwiązania. Zmiany w Kościele, oczekiwane przez abp. Lefebvre’a, powrót [do zdrowego nauczania], jeszcze nie nadeszły. Ale jest jasne, że jeśli [rządzący Kościołem] nadal będą szli drogą, którą teraz idą, to zniszczenia będą coraz większe i pewnego dnia będą musieli zawrócić. I wówczas ponownie zwrócą się do nas.
Z drugiej strony – spójrzmy na to, co wydarzyło się w ostatnich latach: przyznanie, że „stara” Msza nie została zakazana, zniesienie rzekomych ekskomunik nałożonych w 1988 r. i wpływ na Kościół, jakiego nigdy wcześniej nie mieliśmy! Nie wspominając już o rosnącej krytyce soboru, nawet w Rzymie, poza kręgami Bractwa, co w tej skali jest stosunkowo nowym zjawiskiem.
Środki konieczne dla rozwoju
Czy Wasza Ekscelencja może wymienić te dzieła i dokonania, których realizacja w ciągu ostatnich 25 lat nie byłaby możliwa, gdyby nie doszło do konsekracji?
– To proste: od chwili konsekracji biskupi FSSPX wyświęcili więcej kapłanów niż było ich wówczas. Jest zatem oczywiste, że biskupi są konieczni dla rozwoju dzieł Bractwa. Bez biskupów bylibyśmy społecznością wymierającą. Są niezbędni, abyśmy mogli kontynuować pracę. Udzielają również sakramentu bierzmowania, powołując żołnierzy Chrystusa do walki za Boga i Jego królestwo. Wreszcie, nie możemy zaprzeczyć ich oddziaływaniu na cały Kościół, po to, aby Tradycja mogła odzyskać swoje prawa.
Niektórzy krytycy Bractwa wskazują na fakt, że żadna ze wspólnot związanych z komisją Ecclesia Dei, poza Campos, nie ma własnego biskupa. Twierdzą zatem, że konsekracje były zbędne, skoro te wspólnoty mimo to istnieją. W jaki sposób różnica pomiędzy historią Bractwa i wspólnotEcclesia Dei w ciągu minionych 25 lat dowodzi – dziś jeszcze wyraźniej niż w 1988 r. – prawdziwości osądu abp. Lefebvre’a, że wyznaczony dla Bractwa i pochodzący z jego szeregów biskup jest konieczny nie tylko dla przetrwania FSSPX, ale również dla zachowania możliwości wypełniania jego misji?
– Po pierwsze, wszyscy członkowie wspólnot Ecclesia Dei rozumieją, że gdybyśmy nie mieli biskupów, to ich wspólnoty by nie istniały. Bezpośrednio lub pośrednio zależą one od istnienia Bractwa. To jest niezwykle jasne. Co więcej, owoce ich pracy apostolskiej są całkowicie zależne od dobrej woli miejscowych biskupów, którzy bardzo mocno ograniczają wszelkie trwałe pragnienie urządzenia życia na prawdziwie katolicką, tradycyjną modłę,  utrudniając apostolat w tej dziedzinie. Wspólnoty Ecclesia Dei są zobowiązane do mieszania [zdrowej nauki] z nowościami II Soboru Watykańskiego, rzeczami światowymi i novus ordo. To jest wielka różnica pomiędzy Bractwem a zgromadzeniami Ecclesia Dei.
Widzę, że niektóre zgromadzenia Ecclesia Dei znajdują się coraz bliżej nas. Z pewnością nie wszystkie, ale część tak.
W latach poprzedzających konsekracje siły abp. Lefebvre’a wyczerpywały się, gdy przemierzał on świat jako jedyny tradycyjny biskup (z wyjątkiem bp. de Castro Mayera, który ograniczał działalność głównie do terenu swojej diecezji). Ostatecznie postanowił wyświęcić czterech biskupów, a nie jednego. W ciągu ostatnich 25 lat liczba tradycyjnych wiernych wzrosła, lecz, niestety, liczba biskupów w Bractwie zmalała do trzech. Czy trzech biskupów wystarczy do prowadzenia dzieła Tradycji? Czy nie trzeba teraz konsekrować kolejnych biskupów?
– Rzeczywiście, od 2009 r. w Bractwie jest tylko trzech biskupów, ale dajemy sobie radę. Tak więc jest jasne, że trzech biskupów to wciąż wystarczająca liczba. Nie istnieje nagła ani wielka potrzeba wyświęcenia kolejnego biskupa.
Z pewnością musimy zadawać sobie to pytanie odnośnie do przyszłości, nawet jeśli w tej chwili nie zachodzi taka konieczność. Moja odpowiedź jest bardzo prosta: gdy tylko znów wystąpią okoliczności takie jak te, które doprowadziły abp. Lefebvre’a do podjęcia takiej decyzji, my również przedsięweźmiemy podobne środki.
Inicjatywa w sprawie normalizacji
Choć abp Lefebvre zawsze podtrzymywał pragnienie osiągnięcia pokojowych relacji z Rzymem, to konsekracje zapoczątkowały kolejną fazę wrogości wobec Bractwa i jego prześladowań przez władze rzymskie. Co najmniej w ciągu ostatniej dekady Wasza Ekscelencja próbował zaradzić tym aktom wrogości i prześladowaniom tak, aby w żaden sposób nie naruszyć pryncypiów, jakimi Bractwo kieruje się w swojej działalności. Przynajmniej do tej pory wysiłki te nie przyniosły pożądanego rezultatu. Jak Wasza Ekscelencja uważa, dlaczego – pomimo jego dobrej woli – tak się dzieje?
– Przede wszystkim chciałbym podkreślić fakt, że inicjatywa normalizacji (tj. nadania Bractwu statusu kanonicznego – przyp. tłum.) wyszła z Rzymu, a nie od nas. To nie ja zrobiłem pierwszy krok. Chciałem sprawdzić, czy sytuacja pozwoli na uczynienie kolejnych, przy zachowaniu naszej tożsamości. Takie okoliczności oczywiście jeszcze nie nastały.
Dlaczego? Otóż władze [rzymskie] nadal trzymają się niebezpiecznych i trujących zasad, które zostały wprowadzone w Kościele w czasie soboru. To jest powód, dla którego nie możemy posunąć się dalej. Nie mam pojęcia, ile czasu będziemy jeszcze potrzebować lub jak wiele cierpień będzie naszym udziałem do tej chwili (powrotu do rozmów z Rzymem – przyp. tłum.). Może dziesięć lat, może więcej, a może mniej. Wszystko jest w rękach Boga.
Czy Wasza Ekscelencja pozostaje otwarty na próby nawiązania kontaktu przez Rzym, a w szczególności przez nowego Ojca Świętego?
– Oczywiście, że pozostaję otwarty! To jest Kościół Boży. Duch Święty wciąż może ominąć przeszkody wprowadzone w Kościele po II Soborze Watykańskim. Jeśli Bóg zechce uczynić rzeczy prostymi, wówczas to zrobi. Pan Bóg wie, kiedy to się stanie, ale my musimy być na to zawsze przygotowani. Całkowite i prawdziwe rozwiązanie może nadejść tylko wtedy, gdy władze [Kościoła] znów podejmą wysiłki w tym kierunku.
Jakich znaków możemy wypatrywać, aby przekonać się, czy wśród rzymskich władz nastąpił lub zaczyna następować powrót do Tradycji?
– Bardzo trudno określić, gdzie się to rozpocznie. W przypadku papieża Benedykta mogliśmy obserwować przede wszystkim wielki znak dotyczący liturgii oraz inne usiłowania, które nie były już tak zdecydowane. To wszystko działo się w obliczu silnej opozycji. Oczywiście, dziś nic z tego już nie pozostało. Ale zmiany z pewnością muszą przyjść z góry.
Niektóre mogą rozpocząć się od dołu, przyjść ze strony biskupów, kapłanów i wiernych związanych z novus ordo, którzy chcą wrócić [do Tradycji Kościoła]. Myślę, że taka tendencja już daje o sobie znać, choć nie jest jeszcze zbyt silna. Nie jest jeszcze powszechna, ale z pewnością stanowi ważny znak. Głęboka zmiana musi pochodzić z góry, od papieża. Może przyjść z kilku stron, ale z pewnością będzie się charakteryzowała umieszczeniem Boga i naszego Pana Jezusa Chrystusa we właściwym miejscu w Kościele, w samym jego centrum.
Zakładając, że nawrócenie rozpocznie się od góry, w Rzymie, w jaki sposób będzie przebiegać praca nad przywróceniem [do Tradycji] całego Kościoła?
– Bardzo trudno powiedzieć. Teraz, jeśli nic się nie zmieni, może to oznaczać wewnętrzne prześladowania i wielkie walki w samym Kościele, jak to miało miejsce w czasach arianizmu. Jeśli jednak wydarzy się coś innego, np. jeśli nastąpią prześladowania [z zewnątrz] i wtedy papież powróci do Tradycji, sytuacja może być zupełnie inna. Pan Bóg wie, w jaki sposób sprowadzi Kościół z powrotem na właściwą drogę.
Co można zrobić, aby przyśpieszyć powrót do Tradycji?
– Modlić się i czynić wyrzeczenia! Każdy powinien wypełniać obowiązki swego stanu, podsycać nabożeństwo do Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny i modlić się na różańcu. Jeśli chodzi o różaniec, to jestem otwarty na nową krucjatę.
Co Wasza Ekscelencja powie tym, którzy twierdzą, że planował on (lub nadal planuje) kompromis w sprawie soboru i z posoborowym Kościołem?
– To jest zwykła propaganda pochodząca od ludzi, którzy chcieli podzielić Bractwo. Nie wiem, skąd biorą te pomysły. W oczywisty sposób wykorzystali oni bardzo delikatną sytuację, jaka miała miejsce w ubiegłym roku, aby oskarżyć przełożonego generalnego o rzeczy, których nigdy nie uczynił ani nawet nie miał takiego zamiaru. Nigdy nie miałem zamiaru narażać na szwank dobro Bractwa.
Niemniej, należy zadać sobie pytanie: kto skorzysta z podziału w Bractwie, jeśli nie jego wrogowie? Ci, którzy dzielą Bractwo, stosując swą dialektykę, powinni zastanowić się, dlaczego robią to, co robią. Mam tutaj na myśli bp. Williamsona i księży, którzy za nim podążają.
Patrząc na ostatnie lata, czy jest coś, co Wasza Ekscelencja zrobiłby inaczej?
– Och, z pewnością. Zawsze jesteśmy mądrzejsi po walce niż przed nią. Bardziej bym podkreślił to, co zawsze mówiłem, choć nie sądzę, że było konieczne, aby to czynić: każda umowa, niezależnie od jej rodzaju, zawsze byłaby opatrzona warunkiem sine qua non, że nie będzie kompromisu [doktrynalnego]. Nie ma mowy. Zachowamy naszą tożsamość. Ona czyni nas katolikami, a my chcemy nimi pozostać.
Z pewnością chciałbym – zresztą już to zrobiłem – poprawić komunikację. Byłem sparaliżowany tzw. przeciekami. Dziś zorganizowałbym to inaczej.
Poza relacjami z Rzymem, jakie są nadzieje Waszej Ekscelencji na kolejne ćwierćwiecze dla Bractwa i dla Kościoła?
– To, że Kościół, w ciągu tych najbliższych 25 lat powróci do swojej Tradycji, abyśmy mogli zobaczyć, jak na nowo rozkwita.
Co Wasza Ekscelencja chciałby polecić zarówno księżom, jak i wiernym świeckim jako odpowiednie dla uhonorowania i upamiętnienia dwudziestopięciolecia sakry?
– Aby uhonorowali naszego drogiego Arcybiskupa, próbując naśladować jego cnoty, jego piękną pokorę, jego ubóstwo, jego roztropność i jego wiarę. Poza tym, żeby studiowali nauczanie abp. Lefebvre’a, aby móc zrozumieć pryncypia, którymi się kierujemy: miłość do naszego Pana, do Kościoła, Rzymu, Mszy św. i Niepokalanego Serca Maryi (źródło: sspx.org, 8 czerwca 2013).
za: www.fsspx.pl

Znana jest masońska propaganda o „wyzwoleniu z przesądu” tj. z religii i jej dogmatów. Tym razem publikujemy za portalem Fronda sposób wyzwolenie masonów z masońskiego uzależnienia i masońskich, rzeczywistych przesądów.

Ex-Masons for Jesus (Ex-masoni dla Jezusa), to organizacja z siedzibą w Las Vegas w USA, która zajmuje się praktyczną pomocą w wydostawaniu się z masonerii.
Na swojej stronie internetowej http://www.emfj.org zachęcają: „Jeżeli jesteś chrześcijaninem, który został uwikłany w masonerię, to jesteś świadom, że to co piszemy tutaj, jest prawdą. Apelujemy, abyś wyszedł z Loży i poszukiwał wraz z nami, jak naśladować Jezusa.” Oferują takim osobom pomoc: „Jeśli masz trudności ze zniewoleniem, które wynika z masońskiej przysięgi, napisz do nas. Poradzimy ci, jak możesz zostać wyzwolony”.
Organizacja zwraca się do czytelników: być może słyszeliście zdanie: „Once a Mason, always a Mason.” Jest to kłamstwo. Wolnomularstwo chce, aby jego członkowie uwierzyli, że w żadnych okolicznościach nie można wyrzec się zaangażowania. Mimo to wielu, wielu ludzi się tego zrzekło. Wielu chrześcijan rezygnuje także i dzisiaj, czynią to jednak po cichu. To błąd.
Organizacja „Ex-masons for Jesus” ośmiela do czytelnych kroków, które będą trzeźwiącym świadectwem dla pozostających w Loży jak i otoczenia. Należy napisać to w oficjalnym piśmie. Prawnie wymagane jest publiczne odczytanie listu od odchodzącego członka. Jeżeli faktycznie zostanie to dotrzymane, jest to świetna szansa do ewangelizacji.

Oto szkic proponowanego listu pożegnalnego:
Do członków ……….. (Tutaj wpisz nazwę swojej Loży)

Pozdrawiam Was w Imię Jezusa Chrystusa,

Kiedy wchodziłem do masonerii, byłem skłonny uwierzyć, że moje zaangażowanie nie będzie kolidować z moimi zobowiązaniami wobec Boga. (…) Jednakże od tego czasu zdałem sobie sprawę, że masoneria jest „Braterskim Zakonem”, który ma swój plan zbawienia. Ten masoński plan zbawienia nie wymaga wiary w Jezusa Chrystusa, ale raczej zależy od naśladowania Hirama Abiffa. W wielu miejscach rytuał zachęca masonów do wiary że pójdą do nieba. Na przykład w opisie wystroju Loży rozważaliśmy: „baldachim jest niczym chmury lub usłane gwiazdami niebo, gdzie wszyscy dobrzy masoni mają nadzieję w końcu trafić.” A także: „… jako masoni, możemy cieszyć się szczęśliwością na skutek dobrze spędzonego życia i umierać w nadziei na chwalebną nieśmiertelność”. Rozważaliśmy też modlitwę którą był czczony Hiram: „Pomimo wszystko, O ! Panie zmiłuj się na dziećmi Twego stworzenia i daj i im ulgę w czasie ucisku i zapisz je do wiecznego zbawienia „.
Tak oto, masoneria zachęca masonów, aby uwierzyli, że pójdą do nieba, kiedy umrą. Ale kim są ci mistrzowie? Są to hinduiści, muzułmanie, buddyści i ludzie z wielu innych religii, które odrzucają Jezusa. Wolnomularstwo jest zatem dawaniem ludziom fałszywej nadziei. Tuż po uczczeniu Hirama Abiffa, rytuał mówi nam, że powinniśmy naśladować Hirama Abiffa tak, żebyśmy mogli powitać śmierć i dostać się do nieba. Natomiast w Biblii napisane jest jasno. W Ewangelii św. Jana 14,6 zawarte są słowa Jezusa, który powiedział: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem, nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze mnie.” (…) Jeżeli to połączyć z faktem, że rytuał masoński uczy, że zbawieni będziemy drogą naśladowania Hirama Abiffa, a nie wiary w Jezusa Chrystusa, to wynika z tego wersetu, że w Loży masońskiej nie ma Boga. Zatem GAOTU* nie może być Bogiem Biblii, ponieważ odrzuca Słowo Swojego Syna.

W dalszej części oświadczenia, mowa jest o owych rzekomo nieodwołalnych przysięgach:

Przysięgi, które złożyłem są nieważne. Bóg wybawił mnie od nich. Księga Kapłańska 5,4-6 wyjaśnia, że gdy coś było ukrywane przed człowiekiem i przysięgał on bezmyślnie, dopuścił się grzechu. Kiedy zaś rozezna to jako grzech, może być zwolniony z przysięgi przez wyznanie faktu jej złożenia jako grzechu (…) Chcę, żebyście wiedzieli, że nie odrzucam was jako osób, niemniej całkowicie odrzucam masonerię. Nie chcę mieć nic więcej do czynienia z nią, ani teraz, ani w nigdy w przyszłości. I nie chcę podać się do dymisji, która umożliwiała by mi kiedyś powrót. Nie jestem już masonem.

Zachęcam każdego z Was, aby również wystąpił z Loży. Modlę się, aby moje dotychczasowe zaangażowanie w masonerię nie spowodowało zguby niczyjej duszy, ponieważ wierzyłem w obietnice zawarte w rytuale. Masoński plan zbawienia jest biletem do piekła. Zachęcam każdego z was do zapoznania się z Apokalipsą św. Jana choćby w Waszej masońskiej Biblii. Czytajcie ją znowu i znowu, aż do poznania prawdy.

W Jezusie,
(……. Twój podpis)

/podkreślenia w tekście od Redakcji/

* GAOTU (skrót od ang. Wielki Architekt Wszechświata) – tego określenia używają tylko niektóre odłamy masonerii. Członkowie „Ex-Masons for Jesus” mieli doświadczenia z konkretnymi organizacjami USA (Eastern Star, DeMolay, Job’s Daughters, Rainbow Girls) i odnoszą się do związanych z nimi realiów.

MP/www.emfj.org/
http://www.fronda.pl/a/praktyczna-instrukcja-jak-przestac-byc-masonem,28575.html

– czyli o chorobach wyobraźni, jakie spływają na nas z „miasta błyszczącego na wzgórzu” (tzn. USA) (Tytuł wzorowany na tytule artykułu „Dobroczynne promieniowanie”, opublikowanego w miesięczniku „Wiedza i Życie” nr 2/1997 przez mego starszego kolegę z Klubu Wysokogórskiego, zmarłego w 12 listopada 2011, wieloletniego Głównego Radiologa Polski, profesora Zbigniewa Jaworowskiego.)

Z tekstu poniżej:

W Japonii, gdy w pierwszej połowie lat 1990 zrezygnowano z potrójnych szczepień MMR (odra-świnka-różyczka), szczególnie nasyconych zawierającym rtęć thimerosalem, to ilość nowych przypadków autyzmu na 10 tysięcy dzieci prawie się podwoiła. Podobne zjawisko odnotowano także w Danii, gdzie od roku 1992 przestano używać w szczepionkach thiomersalu …. Czy te dane są potwierdzeniem głośnej od paru lat w Polsce opinii „sekty odszczepieńców”, idących za „naukowym głosem” głosem importowanej z USA profesor neurobiologii  Majewskiej, twierdzącej że epidemia autyzmu jest następstwem stosowania zawierających rtęć szczepień? Czy dokładnie na odwrót, mające własności hormetyczne małe dawki rtęci w szczepionkach, pobudzając układ odpornościowy do działania, przyczyniają się przy okazji także do wyhamowania postępów plagi autyzmu w krajach zaawansowanych? Tak jak to utrzymują to światowej sławy polscy specjaliści od hormezy radiacyjnej, profesorowie Hrynkiewicz, Waligórski oraz Dobrzyński?

 „Jak zbyt długo z martwymi maszynami sam na sam przestajesz,

to nawet nie zauważysz, jak do maszyny podobnym się stajesz”

– z artykułu M.G. „Freedom on Freeway” „Kultura”, Paryż, nr 7/8 1971.

 

Wprowadzenie. Prawie dokładnie 40 lat temu, pod koniec mego, trwającego przez trzy lata pobytu na U.C. Berkeley w charakterze graduate student geofizyki (oraz research assistant przy badaniach oceanograficznych), napisałem blisko 200 stronicowy, naukowy elaborat, zatytułowany „The Not-Too-Divine Comedy”. Była to propozycja pracy doktorskiej w której, wnioskując poprzez indukcję ze szczegółowych obserwacji zachowania się berkeleyskich prominentów Nauk o Życiu, postulowałem że w USA ludzie nie potrafią odróżniać istot żywych od przedmiotów nieożywionych – podobnie jak to ponoć miało miejsce w niektórych bardzo prymitywnych społeczeństwach Antyku. Oczywiście nie udało mi się tej tezy obronić jako pracy doktorskiej. Jednak wstępnie ją recenzujący, mój wykładowca historii nauki, Roger Hahn tę lekko satyryczną pracę bardzo wysoko ocenił i sugerował, abym starał się ją gdzieś wydać, bo „biologia to metafizyka”. Niestety zasięg mej krytyki był bardzo ograniczony i patologia nie dostrzegania różnicy  między istotami ożywionymi a martwymi bynajmniej w ciągu kolejnych dekad nie wygasła. Na odwrót, wraz z rozkwitem przemysłu elektronicznego oraz biotechnologii ta PODSTAWOWA PATOLOGIA WIEDZY zaczęła przybierać coraz bardziej powszechne, ogólnoświatowe rozmiary. Poniższy tekst dostarcza kolejnych potwierdzeń tej mej berkeleyskiej Meta-Ph. D. Thesis.

***

ANTYZOOLOGICZNA zasada funkcjonowania HUI, czyli po polsku „Wektorów (amerykańskiej) Super Inteligencji” (WSI)

Mój ostatni, internetowy tekst „Autyzm to anglosaska choroba mózgu” wzbudził kilka internetowych reakcji, z których te nadesłane mi emailem niestety przepadły, bo laptop „wyciął” mi ostatnio otrzymane e-listy. Ale „komputer” w mej głowie zachował ich treść, a zatem pospiesznie – zanim zwietrzeje mój wewnętrzny „twardy dysk” – pozwolę się do nich ustosunkować. Otóż dr Zbigniew Pańpuch z KUL-u, specjalista od cnoty „virtus” (gr. arete, pol. męstwo) antycznych filozofów Grecji zarzucił mi, że przesadzam, twierdząc, że hipotetyczne opryski osłabiającymi ludność chemikaliami, tak zwane „chemtrails”, z samolotów lecących wysoko nad industrialnymi centrami Północnych Włoch, winny docierać nie tyle nad miasta (zwłaszcza Mediolan) nad którymi te maszyny ponoć zwykły krążyć, ale raczej w górski rejon Dolomitów Brenta, rozpościerający się ok. 130 kilometrów na północny wschód od Mediolanu. Tam bowiem przebywaliśmy w sierpniu przez kilka dni, ponoć „trując się górskim, przesyconym chemtrails powietrzem”.

Jako stary belfer jestem zobowiązany zwrócić uwagę dr Pańpuchowi, że przed podjęciem dyskusji należało by przeczytać podaną przeze mnie referencję z zakresu „elementarnych danych meteorologii”. Te dane bowiem wskazują, że w wyższych warstwach troposfery, czyli na wysokościach 5-10 km, gdzie te mityczne „chemiczne opryski Ziemi” się ponoć przeprowadza, wieją bardzo silne wiatry, których siły w przeszłości doświadczyłem osobiście, w górach na wysokości ponad 7 tysięcy metrów. Ponieważ jednak każdą, wydającą się mi być wątpliwą, informację „w sieci” staram się sprawdzać doświadczalnie, to 30 sierpnia br., opalając się na plaży w Sopocie, starałem sie na niebie obserwować, jak zachowują się te smugi kondensacji pary wodnej po przelatujących samolotach, przez autora portalu „Zatruteniebo” brane za chemtrails. Otóż rzeczonego słonecznego dnia sierpnia, około godziny 13 nad Sopotem przeleciały, w odstępach kilkuminutowych, aż cztery, zapewne wojskowe samoloty, kierując się z południowego wschodu (czyżby wystartowały one ze sławnego z przerzutów Talibów oraz heroiny, wojskowego lotniska Szymany na Mazurach?) w kierunku wybrzeży Danii lub południowej Szwecji.

Dwa z tych samolotów przeleciały na dość znacznej wysokości, ale nie za wysoko, by nie można ich było dostrzec, zostawiając za sobą obfite smugi kondensacyjne, które w istocie po kilkudziesięciu sekundach się rozeszły – za wyjątkiem jednego, dość krótkiego fragmentu, który okazał się być bardzo trwały i po kwadransie rozrósł się do czegoś „co można przyrównać do zjawiska rozciągania waty szklanej” (patrz  opisy zachowania się chemtrails w „Zatruteniebo”). Natomiast dużo wyżej przeleciał inny samolot, którego nawet nie potrafiłem dostrzec i który długotrwałą, powoli rozłażącą się „jak wata szklana” smugę, zostawił na niebie aż do końca mych, blisko półgodzinnych nieba obserwacji. W tym okresie także przeleciał, po dokładnie tym samym azymucie, na dość niskim pułapie jeszcze jeden samolot, który w ogóle nie pozostawiał na niebie śladu i na którego obecność zwróciłem uwagę dopiero słysząc jego ryk nad głową. Jak zauważyłem, obie (ta krótka i ta długa) widoczne przez dłuższy czas na niebie smugi kondensacyjne powoli przesuwały się w kierunku północno-wschodnim, tak iż ewentualny ich „ładunek chemiczny” mógł co najwyżej zatruć wody Bałtyku ze sto kilometrów od Trójmiasta. Ponieważ ze względu na efekt Coriolisa, wiatry nad  Wschodnim Wybrzeżem Stanów Zjednoczonych wieją zazwyczaj z podobnego jak w Polsce zachodniego kierunku, wiec statystycznie trucizny z „chemtrails” rozsnutych nad Nowym Jorkiem też winny lądować nad bezludnymi obszarami wód, tym razem Atlantyku. Cóż to zatem za Nowy Kretynizm z tym straszeniem ludności  „chemicznymi truciznami spadającymi z nieba”?

Co więcej, jeśli jakichś  „trujących oprysków” dokonuje się z wysokości 5-10 kilometrów (patrz „Zatruteniebo”), a nie z 5-10 metrów, jak to się robi w przypadku rolniczych oprysków owadobójczych (patrz zdjęcie powyżej z witryny „piknik lotniczy.pl”), to należy się spodziewać, że zastosowany przez „spiskowców przeciw ludzkości” środek trujący, w miejscach gdzie ludzie zwykli oddychać, będzie rozcieńczony co najmniej milion – jeśli nie ponad miliard – razy. A to wskazuje, że nawet w sytuacji gdyby do takiego masowego trucia „z nieba” używano by silnej trucizny znanej jako arszenik, to takie „opryski” mogły by mieć tylko pozytywny wpływ na zdrowie ludności (niewielkich dawek arszeniku w pokarmach używano w XIX wieku m. in. do wygładzania skóry starzejących się ludzi). „Wszystko bowiem może być lekarstwem i wszystko jest trucizną, w zależności od dozy”, jak to głosi podstawowa zasada farmacji sformułowana już pięć wieków temu przez Paracelsusa.

Zasada ta stosuje się w szczególności do związków aluminium, które według informacji kursujących w internecie, są podstawowym składnikiem tych „oprysków z nieba”. Do systematycznego zatruwania ludności związkami glinu nie potrzeba jednak w ogóle samolotów: wodorotlenek glinu jest, jak to właśnie przeczytałem w „ściąga.pl”, po prostu jest składnikiem pasty do zębów, a tlenek glinu widzi się gołym okiem na powierzchni manierek i menażek aluminiowych, z których zwykłem przez 55 już lat pić oraz jadać na obozach, najpierw harcerskich a potem taternickich i alpinistycznych! (A ponieważ już od ponad pół wieku nie byłem poważniej chory, więc być może jestem chodzącym dowodem jak prawdziwą jest maksyma Paracelsusa, że dosis medicinum/venenum facit)

No i last but not least, w tych centrach nowoczesnego świata, w których zaangażowani społecznie ludzie najbardziej się przejmują rzeczonymi „zatruciami nieba”, mieszkają z konieczności i sami organizatorzy tego super-spiskowego przedsięwzięcia. Którego realizacja oznaczałaby, że ci „spiskowcy” po prostu lubią sobie po prostu nafajdać na własne głowy. A już tylko ta ostatnia, banalna uwaga oznacza, że sam pomysł z chemtrails jest rozsiewaną przez jakieś ukryte siły, SPOŁECZNĄ CHOROBĄ O CHARAKTERZE PARANOII. I to chorobą która jest roznoszona po całym świecie  z „czystego źródła wiedzy” wyraźnie bijącego w USA, jak to potwierdzają, m.in., lubujące się w teoriach spiskowych  Alex Jones TV shows, ku memu zdumieniu w ogóle nie kwestionujące Góry Bzdur na temat tych „oprysków z nieba”. Społecznie zaangażowane osoby dotknięte tą chorobą – będącą formą lekko autystycznego syndromu ASD – warto określić angielskim terminem HUI (Human Useful Idiots), co na język polskiej nowomowy najlepiej przetłumaczyć jako Wektory (anglo-amerykańskiej) Super Inteligencji (WSI).

KARTEZJAŃSKO-DARWINOWSKI korzeń ‘antyzoologicznej wiary’ strachajłów WSI (HUI)

Podobnie jak jest to w przypadku opisywanych przez Jaworowskiego, paranoidalnych lęków przed niewidzialnym ‘dobroczynnym promieniowaniem’, tak i lęki przed „chemtrails” oparte są na identycznym bieda-rozumowaniu, które zaczęło dominować w industrialnej Anglii już w połowie XIX wieku. Wtedy to właśnie Karol Darwin ogłosił swą bombastyczną teorię Powstawania Gatunków na Drodze Naturalnej Selekcji (Origin of Species by Means of Natural Selection). Teoria ta, w przeciwieństwie do „Filozofii zoologicznej” J. B. Lamarcka, bardzo dobrze się sprzedała w kręgach ambitnej ekonomicznie burżuazji. A sprzedała się dobrze z tego prostego powodu, że ludzie „wykształceni” w społeczeństwach burżuazyjnych są z natury wrodzy jakiejkolwiek krytyce swego własnego, egoistycznego się w świecie zachowania.  Żyjąc dla idei gromadzenia ułatwiających im przeżycie przedmiotów, chętnie stają się wyznawcami wiary, że ludzkie organizmy nie posiadają żadnych, naturalnych reakcji obronnych przed zarówno zewnętrznymi jak i wewnętrznymi perturbacjami ich metabolizmu. (O tej ‘chorobie wyobraźni’, szczególnie silnie się manifestującej w krajach anglosaskich, wielokrotnie mówił oraz pisał mój mentor w zakresie teorii ewolucji, paleontolog i zoolog Pierre-Paul Grassé z Paryża.)

W jaki sposób ta „korupcja duszy rozumnej” – jak by to powiedzieli starożytni filozofowie – się manifestuje? Dobry przykład takiego „obciętego poznawczo” zachowania się dał w swym e-liście wzmiankowany na wstępie dr Pańpuch z KUL-u: ponieważ rtęć (Hg) ma tendencję do elektrostatycznego przyczepiania się do mielinowych powłok włókien neuronów, więc musi wywoływać zaburzenia w ich funkcjonowaniu. No i co z tego? Wyraźnie zapomniał on o tym, że każda zdrowa, żywa komórka ma praktycznie natychmiastowy odruch odrzucenia ciała obcego (antygenu). Jeśli jednak pewne tkanki nie potrafią same się od „przyklejających się” do nich ciał obcych wyzwolić, to automatycznie zawiadamiają o tym inne, ściągając „pomoc policyjną” w postaci armii neutralizujących to ciało obce limfocytów. A uszkodzony element komórki – zwłaszcza naskórka, do którego docierają osłonięte mieliną włókna neuronów – ulega automatycznej, szybkiej regeneracji, co mam nadzieję, każdy na sobie chyba zauważył. (To chyba z tego powodu w wiekach poprzedzających wynalazek antybiotyków, ludzi chorych na syfilis próbowano leczyć nacierając ich ciało rtęcią: rtęć bowiem wywołuje, w momencie kontaktu z nią, tak silną reakcję odrzutu, że jest ona doskonałym ‘bodźcem hormetycznym’ szokowo pobudzającym układ immunologiczny do reakcji – stąd właśnie i dzisiaj stosuje się rtęć w szczepionkach zawierających osłabiony czynnik patogenny, który organizm winien samodzielnie nauczyć się zwalczać.)

W tej fizjologicznie automatycznej reakcji odrzutu „ciała obcego” – oraz w reakcji spontanicznej naprawy szkód przezeń wyrządzonych – znajduje się wytłumaczenie dobroczynnego działania nie tylko niewielkich ilości rtęci (względnie aluminium) w szczepionkach, ale i inhalacji  cząsteczek radonu, wydzielających promieniowanie alfa niszczące wnętrze organizmu (w tym i łańcuchy molekuł DNA kodu genetycznego komórek) , dobroczynnych inhalacji szczególnie zalecanych w przypadku chorób gośćcowych, które się leczy w dawnych kopalniach uranu, a w szczególności w sanatorium w Kowarach na Śląsku. (Zjawisko wyraźnego wzrostu radioodporności u lekarzy zatrudnionych w tych sanatoriach jest znane specjalistom i zostało opisane już wiele lat temu, m. in. w „Radiation Research” nr 81, 1-9,1980.)

Z tego banalnego, czysto fizjologicznego powodu cała, głoszona w Polsce przez mego kolegę strachajłę z Kanady, Piotra Beina doktryna nieodwracalnych zatruć nawet maleńkimi ilościami DU, czyli zubożonym uranem (emitującym podobnie jak radon słabe promieniowanie alfa), jest równie durna jak wiara w chemtrails. A w szczególności durnymi są wypowiedzi przesyconych „nową mądrością” korespondentów jego apokaliptycznego blogu „grypa666”, wypowiedzi w stylu „chemtrails regularnie osłabiają nasz system immunologiczny, (a aluminium) bardzo przyspiesza proces starzenia się, a o to przecież chodzi.”

A tymczasem RZECZYWISTOŚĆ SKRZECZY o zjawisku zupełnie odwrotnym, bowiem „najbardziej chorują te nasze organy, które nie są obciążane pracą”

 Rozgarnięci lekarze doskonale wiedzą, że głównym źródłem przedwczesnej starości oraz osłabienia najprzeróżniejszych organów jest po prostu zbyt „zniewieściały”, uwielbiający komfort, miejski burżuazyjny tryb życia. Jak to zauważył jeszcze w 1978 roku, leśnik i fotograf  Włodek Łapiński,  gdy wracaliśmy razem na piechotę w poprzek prawie całego Nepalu z nieudanej, warszawskiej wyprawy na Makalu (8510 m npm), „przecież najbardziej chorują te nasze organy, które nie są obciążane pracą”. Ta uwaga autora albumu „ W Kniei” dotyczy oczywiście także programów nie obciążania pracą komórek nerwowych mózgu, które to programy „nauczania ignorancji” są obecnie z rozmachem realizowane w całej zachodniej cywilizacji. Bowiem nie tylko w Polsce i we Francji, ale i w dzisiejszej Rosji, wyraźnie sterowane przez waszyngtońskie ‘think tanks’ WSI/HUI na gwałt reformują nam szkolnictwo, tak aby dogonić amerykański system edukacyjny, od młodzieży nie wymagający prawie niczego. (Za wyjątkiem oczywiście znajomości historii Holokaustu, a w Polsce dodatkowo Drogi Krzyżowej Katynia). W rezultacie takiego „wolnościowego” nauczania (pochwalanego m. in. przez lingwistę-autystę Noama Chomsky’ego), coraz mniej dorosłych ludzi jest zdolnych odróżnić prawdę od fałszu nawet w przypadkach bardzo trywialnych rozumowań. I stąd nie ma co się dziwić, że takie pochodzące z USA „buble” umysłowe jak strach przed chemtrails, stają się coraz bardziej powszechne, zaśmiecając, jak to sławne Nibiru, nie tylko już internet.

 Gdy się patrzy możliwie szeroko na poczynania Zachodniej Cywilizacji, a w szczególności na USA[i] starające się odegrać rolę „światła przewodniego” wszelakiego, zwłaszcza technicznego, finansowego oraz toaletowego postępu (zbiór wartości TPD: Technika-Pieniadz-komfort Du..), to z łatwością się dostrzega, że cały ten, połączony autostradami oraz sieciami elektronicznej komunikacji NOWOTWÓR na ciele Planety, zbudowany jest na wyraźnie  autystycznym, ANTYZOOLOGICZNYM przekonaniu. Wywodzącym się z przeciw-gojowskiej[ii] „mądrości” żydo-chrześcijańskiej Biblii przekonaniu, że zwierzęta – w tym i ludzie, zwłaszcza ci w wieku rozwojowym  – nie są w stanie przezwyciężać, poprzez ‘kompensację z nadmiarem’, szkód wyrządzonych  ich organizmom przez ich otoczenie. Stąd przecież się wzięła patologia darwinowskiej Teorii Ewolucji Przyrody Ożywionej, polegająca na zewnętrznym ograniczaniu witalizmu (entelechii) istot żywych przez „selekcjonujące je”[iii] środowisko.

 Czciciele wartości T-P-D (w tym i dr Pańpuch i prof. Majewska, patrz dalej) bardzo wyraźnie stali się ślepymi na biologiczny fakt, że gdy się to ludzkie otoczenie wysterylizuje z wszelkich groźnych „zarazków”, to przygotowany genetycznie do zwalczania „ciał obcych” układ odpornościowy rozwijających się w takim otoczeniu dzieci, a następnie i dorosłych, będzie pozostawał atroficzny, niedokształcony, sam stając się źródłem najrozmaitszych chorób. Jak mi to niedawno opowiadał Andrzej Mierzejewski, spokrewniony nie tylko z całym szeregiem profesorów Politechniki Warszawskiej, ale i z jakimiś milionerami w USA, według co światlejszych epidemiologów, przez komercyjną propagandę ciągłego używania mydła (koncern Palmolive?), w Stanach Zjednoczonych już w XIX wieku pojawiły się problemy z rozmaitymi alergiami. A to z tej przyczyny, że obecne w naszej skórze komórki Langerhansa, odpowiedzialne za zwalczanie ciał obcych, przez niedostatek zwykłego brudu na zbyt często mytym ciele przestały być pobudzane do „ćwiczeń”. (A zatem „częste mycie skraca życie”, jak to zwykłem mawiać w młodości – trochę to me zachowanie podobne było do antyhigienicznych zachowań się gromadki uczniów Jezusa z Nazaretu: Mt. 15,1-2 i 10-14)

Ponieważ dla przystosowania się do ultra-łatwych obecnie warunków życia w krajach super-rozwiniętych potrzeba bardzo niewielu neuronów, więc podobne do alergii choroby umysłowe, wywołane ‘niedojrzewaniem genów’[iv] odpowiedzialnych za budowę dojrzałego mózgu, musiały ujawnić się wśród zaawansowanych w komforcie życia społeczeństw.  Komentując mój tekst „Autyzm to anglosaska choroba rozumu” na witrynie prawda2.info, korespondent o nicku „Goska” (anonimowość obowiązuje!) napisał:

Wspaniale opracowanie. Ja uwazam, ze ten autyzm u Anglikow wynika z tego, ze sa oni juz kilka wiekow w niesamowitej niewoli. Ta niewola poglebila sie do tego stopnia, ze juz od dwoch pokolen nawet ich praca stala sie tajemnica, nie mowiac o skonczonych szkolach. Zycie Anglika, to jedna wielka tajemnica. Nie moze on wiec mowic swobodnie nawet ze swoim potomstwem. Nie moze nic temu potomstwu przekazac. Nie moze niczego nauczyc swojego potomstwa. (…) Autyzm jest rzeczywiscie widoczny w Ameryko-Angielskim spoleczenstwie, ale system wprowadzony juz dawno w ich krajach stal sie przykladem dla calej Kuli Ziemskiej, bo wladza angielskiej rodziny krolewskiej ogarnela przez masonerie caly swiat.(…) Polityczna psychiatria panuje w tych krajach tez juz bardzo dawno. W ten sposob niszczone sa najcenniejsze jednostki obywatelskie. Dzisiaj juz ogarnelo to cala Europe w zastraszajacej skali. http://wolnemedia.net/polityka/dziesiatk…..iatrykach/ .

Ten charakterystyczny dla cywilizacji anglo-amerykańskiej zanik więzi między pokoleniami, a także wzajemna izolacja, nie tylko  dorosłych ale i młodzieży przez ograniczające bezpośrednie kontakty z innymi „maszyny do komunikacji” (zwłaszcza komputery), oczywiście musi wpływać na niedokształcenie struktur neuronalnych odpowiedzialnych za konstrukcje naszej wyobraźni. I podobnie jak nabyte (lub pozbyte) odporności na choroby, tak i nabyte – wskutek nie ćwiczenia władz umysłowych – braki w korze mózgowej w sposób „skokowy” mają tendencję się uzewnętrzniać w kolejnych pokoleniach. Na genetyczno-kulturowe źródło autyzmu wskazuje bowiem bardzo wiele czynników, powtarzam jeszcze raz – jako że repetitio mater studiorum est – że jest to 1/ coraz bardziej sterylna wegetacja wśród nawały wyprodukowanych przemysłowo „dóbr materialnych”, 2/ izolujący mentalnie człowieka od człowieka „wyścig po pracę” zaduszającą endogenny ludzki witalizm, oraz 3/ najzwyklejszy trening zachowań super-egoistycznych, charakterystycznych dla „społeczeństwa obywatelskiego” (Burgergesellshaft) czczącego martwy Pieniądz i jego przemysłowe pochodne.

Rtęć, aluminium, Czarnobyl oraz „bieda socjalizmu” to antidotum na autyzm?

Już dobrze ponad 30 lat temu, autor techno-molekularnej, popularno-naukowej książki „Ordre et dynamique du vivant” (Porządek oraz dynamika istot żywych) Antoine Danchin mi opowiadał, że wyposażone w dobry wzrok gatunki zwierząt, nagle zmuszone do życia w ciemnościach podobnych do tych panujących w jaskiniach, nabawiają się najprzeróżniejszych „wariactw” neurologicznych. (Podczas gdy ich prawie ślepi genetyczni pobratymcy, od wieków żyjący w jaskiniach, podobnych patologii zachowania się już nie wykazują.) Od strony techno-molekularnej „autyzm przystosowawczy” zdaje się być takim „wariactwem” osobników – a zwłaszcza ich potomstwa – zmuszonych do życia w środowisku nagle bardzo silnie wyjałowionym z bogactwa najrozmaitszych bodźców poznawczych zmuszających ludzi do szybkich fizjologicznych reakcji, bodźców dominujących w słabo ztechnicyzowanej, prawie „dzikiej” przyrodzie chociażby wsi w PRL-u.

Istotnym potwierdzeniem tej lamarckowskiej tezy może być odnotowany w Stanach Zjednoczonych fakt, że „przypadki autyzmu występują szczególnie często w dzielnicach miast zamieszkałych przez ludność o wysokim statusie społeczno-ekonomicznym” (http://en.wikipedia.org/wiki/Epidemiology_of_autism). Co pokrywało by się z przypuszczeniem sformułowanym w poprzednim akapicie, że dzieci wzrastające w warunkach sterylnego komfortu rozwijają się trochę „na bakier” (co chyba wiele spostrzegawczych osób zauważyło w swym otoczeniu). Jeśli ta hipoteza jest zasadna, to remedium na narastającą plagę autyzm wydaje się być coś, co korporacyjne media nazywają biedą i totalitaryzmem, ale nie biedą i totalitaryzmem „wolnorynkowym”, który czyni z ludzi wrogich wobec siebie indywiduów goniących za pieniądzem, ale „biedą socjalistyczną”, która jak wiem z osobistego doświadczenia, ludzi łączy – także z ich potomstwem – w tak zwanych „obozach warownych” kolektywnej samo-obrony przeciw zakusom obłąkanej bankierską chciwością Globalistycznej Oligarchii.

Ponieważ autyzm – podobnie jak syndrom Downa, czyli genetyczny debilizm – zdaje się rodzić wskutek  „kopiowania z błędami” zarówno ojcowskich jak i potomstwa własnych genów (patrz Jeznach[v]), więc i autystów winno się rodzić mniej w sytuacji gdy rodzice oraz ich potomstwo byli narażeni na jakiś środek, który wymuszał na ich organizmach lepszą kontrolę struktur genetycznych. A takim środkiem, wbrew powszechnej, demokratycznej opinii o ich szkodliwości, są umiarkowane dozy napromieniowania. Dotyczy to w szczególności promieniowania jądrowego, dokładnie takiego jakie w kwietniu/maju 1986 roku „skaziło” pewną część Środkowej Europy, po wybuchu pożaru w elektrowni atomowej w Czarnobylu:

Tab. 4. z „Dobroczynnego promieniowania”  Z. Jaworowskiego.

Liczba zaburzeń rozwojowych dzieci (na 10 tys.) urodzonych na Węgrzech przed i po katastrofie w Czarnobylu. Średnia dawka od promieniowania czarnobylskiego wynosiła na Węgrzech w roku 1986 0.06-0.5 mSv na osobę (Feher, 1988). Wg Czeizel, 1989
     

Zaburzenie rozwojowe
         

1980-
         

1.5.1986-
         

1.5.1987-
                  1985          

30.4.1987
         

30.4.1988
Zespół Downa     8.44     7.27     6.77
Retinoblastoma     0.32     0.16     0.08
Guz Wilmsa     0.80     0.47     0.56
                                                       

Wyraźnie na tej tabeli widać, że słabe skażenie radioaktywne Węgier w maju 1986 jest skorelowane ze spadkiem, aż prawie o 20 procent, ilości dzieci z syndromem Downa (i prawie 50% zmniejszeniem się ilości innych genetycznych wad) u dzieci, jakie się urodziły w dwóch kolejnych latach po tym zdarzeniu. A podobnych tabel jest aż 6 w rzeczonym artykule Zbigniewa Jaworowskiego, zamieszczonym w „Wiedzy i Życiu” przed 15 już laty.

Czy te dane są potwierdzeniem głośnej od paru lat w Polsce opinii „sekty odszczepieńców”, idących za głosem importowanej z USA profesor neurobiologii  Doroty Majewskiej, twierdzącej że epidemia autyzmu jest następstwem stosowania zawierających rtęć szczepień? Czy dokładnie na odwrót, mające własności hormetyczne małe dawki rtęci w szczepionkach, pobudzając układ odpornościowy oraz kontroli genów do działania, przyczyniają się przy okazji także do wyhamowania postępów plagi autyzmu w krajach zaawansowanych[vi]? Tak jak to utrzymują to wymienieni powyżej światowej sławy polscy specjaliści od hormezy radiacyjnej?

Publicyści (np. „grypa666”) związani ideowo z „guru” Majewską, zachowując się podobnie do autystów niezdolnych akceptować niezgodnych z ich wyobrażeniem o świecie faktów, namolnie powtarzają, że „plaga szczepień” została sztucznie wypromowana przez koncerny farmaceutyczne, usiłujące robić interes na publicznych zamówieniach na szczepionki. Według Majewskiej „to nie szczepienia, ale poprawa higieny i warunków życia ludności oraz wprowadzenie antybiotyków w radykalny sposób zmniejszyły zachorowalność i umieralność na choroby zakaźne już na wiele lat przed wprowadzeniem szczepień.” A takie zdanie oznacza, iż w ramach wewnętrznych walk o byt, instytucji formalnie zajmujących się ochroną zdrowia, poglądy pani profesor w ukryciu winno popierać lobby tych Koncernów Farmaceutycznych, które się specjalizują w zaopatrywaniu aptek w coraz to nowe i coraz to droższe antybiotyki. A także lobby Wytwórni Detergentów, zapychających supermarkety produktami służącymi do sterylizacji „z zewnątrz” nas samych i naszego otoczenia. I wystarczy spojrzeć na półki aptek oraz supermarketów by się domyślić, które z tych przemysłowych lobby ma większe na rynku„przebicie”.

Ponieważ antybiotyki „od wewnątrz” wyjaławiają organizmy ich użytkowników z flory bakteryjnej, więc wierzący w „zbawczą rolę” tych środków aseptycznych, „sekty odszczepieńców” to nic innego jak specyficzni HUI – Humanitarni Użyteczni Idioci – zatrudnieni przy realizacji globalistycznego, „inteligentnego inaczej” mega-programu  „Cywilizacja to sterylizacja”. Programu zadenuncjowanego już 80 lat temu przez Aldousa Huxleya w profetycznej książce „Nowy Wspaniały Świat”. Powtarzam jeszcze raz. Współczesna, coraz bardziej się rozszerzająca, wraz z systematyczną DEBIOLOGIZACJĄ naszego otoczenia, patologia nie dostrzegania zasadniczej różnicy miedzy żywym a nie-żywym, to jest przejaw OBŁĘDU tak zwanej Cywilizacji Zachodu: wszystko co żywe ma się stać sztuczne, nie-żywe, a zatem bezpieczne dla czcicieli Martwego boga o nazwie Mamon.

Witalizm, choć jest zjawiskiem dla istot żyjących obowiązkowym, to jednak jest obowiązkowo nie dostrzeganym, przez chcących robić karierę biologów

Czym zatem się istoty żywe odróżniają od martwych maszyn, już od czasów Kartezjusza uważanych za model funkcjonowania zwierzęcego – a zatem i ludzkiego – organizmu? Jak sprawdzałem to doświadczalnie przy okazji prowadzenia zajęć z filozofii dla III roku biologii, na ten zasadniczy temat biologia nauczana dzisiaj zawzięcie milczy. To co stary Arystoteles nazywał entelechią, siłą życiową, celowością życia na rozmaitych poziomach organizacji – i co obecnie określa się terminem WITALIZM – jako relikt po przebrzmiałych epokach nie stanowi już przedmiotu dociekań biologów, zwłaszcza tych molekularnych. Bez żadnej przesady można powiedzieć, że WITALIZM, podobnie jak  jeden z jego przejawów znany jako HORMEZA – czyli nad-reaktywność organizmów na małe dawki trucizn, w tym nawet na arszenik – „choć jest zjawiskiem powszechnym, to jednak jest powszechnie zapoznanym”, jak to celnie napisał fizyk z zawodu, profesor Ludwik Dobrzyński z laboratorium w Świerku pod Warszawą.

Nie tylko hormeza jest manifestacją tego „metafizycznego” witalizmu, innym jego przejawem jest HIPERTROFIA (względnie ATROFIA) organów często używanych (względnie nieużywanych). Ten fenomen jest powszechnie znany, ale przez biologów „matematycznych oraz molekularnych” powszechnie nie zrozumiany i nie studiowany. Pochodną zjawiska hipertrofii organów uzywanych jest jeszcze jeden przejaw witalizmu, jakim jest SAMO-KONSTRUKCJA, w trakcie epigenezy, ustrojów wielokomórkowych, a zwłaszcza tych najbardziej złożonych, jak chociażby człowiek. To właśnie w trakcie tej epigenezy, poprzez ściśle chemiczny proces REGENERACJI Z NADMIAREM (hipertrofii) uszkodzeń, jakie z konieczności powstają w czasie oddziaływań naszych rozwijających się organów z ich otoczeniem, powstaje NOWA INFORMACJA, zakodowana na łańcuchach DNA i RNA. Ta nabyta, drogą wielokrotnie powtarzanych ćwiczeń, informacja pozwala organizmom, w ich wieku dorosłym, żyć w rodzaju homeostazy z ustawicznie próbującym zniszczyć je (zarazki, trujące chemikalia, napromieniowania, niedostatek tlenu, etc.) otoczeniem.

Należy tutaj podkreślić, ze ta PODSTAWOWA CECHA WITALIZMU – polegająca na TWORZENIU, przez organizmy aktywnie eksplorujące ich otoczenie, ZAKODOWANEJ W ICH GENCH INFORMACJI –  jest zjawiskiem kompletnie poza zasięgiem rozumu nie tylko kartezjanistów oraz darwinistów, ale także i pobożnych kreacjonistów, zawzięcie wierzących iż tylko czynniki wobec istot żywych zewnętrzne („naturalna selekcja”, względnie przypadek, czyli Opatrzność – a zatem „Bóg”) są w stanie tę Nowa Informację tworzyć  (patrz tekst i komentarze „Informacja w Przyrodzie” u „Gajowego Maruchy”).

A tymczasem kodowana na DNA (i RNA) informacja o „ciele obcym” (antygenie”), który się wewnątrz organizmu znalazł jest po prostu TWORZONA przez limfocyty, które aktywnie, poprzez wydzielanie najpierw immunoglobuliny „niedojrzałej”, a potem Ig coraz bardziej komplementarnego do struktury antygenu, ten wrogi organizmowi czynnik neutralizują. Podobnie zachowują się i obdarzeni witalnością ludzie, którzy początkowo li tylko „w przybliżeniu” zaczynają się orientować, że jakiś OBCY, wrogi homo sapiens element wdarł się w ich społeczność. By po odpowiednich poszukiwaniach już dokładnie wiedzieć, gdzie ten obcy, roślino-podobny PASOŻYT ROZUMU się zakamuflował i jak go w społecznym organizmie zneutralizować.

Bez wątpienia rozmaite szczepienia – i te sztuczne w przychodniach i te naturalne w formie narażenia się na najrozmaitsze zarazki krążące w powietrzu  – poprzez wymuszenie reakcji obronnej, „od wewnątrz” budują układ immunologiczny osobnika, w wieku dojrzałym czyniący tego osobnika odpornym na wiele życiowych przeciwności, a zatem i w znacznym stopniu niezależnym od całej plejady lekarstw. I chyba z tego prostego powodu zwykli lekarze, dbający i o własne zdrowie i o pomyślność swego przyszłego potomstwa tak bardzo się sprzeciwiają propozycji zarzucenia obowiązkowych szczepień ochronnych. A taka reakcja zdrowych na umyśle lekarzy oznacza, że „ciałem obcym” w kulturze homo sapiens są nie tylko chciwcy z Koncernów Farmaceutycznych, pchający „w lud” coraz to nowe i droższe leki. Są to także w ukryciu kolaborujący z nimi HUI, czyli ci „odszczepieńcy”, apokaliptyczni entuzjaści wyraźnie nie chcących znać RZCZYWISTOŚCI blogów „Zatruteniebo” , „Vaccinogenocide” i im podobnych.

Stary Arystoteles uważał, że zwany przez niego entelechią, WITALIZM manifestuje się na trzech hierarchicznych poziomach, w zależności od stopnia organizacji bytów ożywionych: rośliny są ograniczone w swym zachowaniu do odżywiania się i rozmnażania, zwierzęta mają możność odbierania bodźców z ich środowiska i poruszania się, a ludzie dodatkowo posiadają organ rozumu. Przytoczone tutaj przykłady „importowanych z USA” strachów, czy to przed „opryskami z nieba”, czy to przed szczepieniami[vii] są rzeczowym dowodem, że organ ROZUMU u ludzi wygodnie sobie wegetujących w Nowym Świecie po prostu zamiera. I stąd właśnie ta plaga autyzmu, rodzaj „wariactwa” jakie się lawinowo zaczęło ujawniać u potomstwa „trenującego bezmyślność” obywatelstwa USA oraz narodów z tym LUDZKIM NOWOTWOREM zjednoczonych.

Na zakończenie tego, z konieczności przydługiego „Wykładu na temat dobroczynności trucizn” – trucizn oczywiście w odpowiednich dawkach – wypada mi przypomnieć raz jeszcze – bo repetitio est mater studiorum – że kulturowy „wirus” tego DEBIOLOGIZACYJNEGO OBŁĘDU wmontowany jest w wyprodukowane przez Doktorów oraz Skrybów Izraela Pismo Święte. Martwe pismo,  które odmawia nam możliwości naszego się samo-Zbawienia przez nasze „zwierzęce”, psychomotoryczne wysiłki. To bowiem pod wpływem tego martwego, wyraźnie lękającego się Zwierzęcia (Bestii 666) Pisma Świętego, w momencie skonstruowania nowoczesnego, napędzanego sprężyną zegara,  zdolny matematyk Descartes zaczął sobie wyobrażać zwierzęta jako formę nieco tylko bardziej skomplikowanych zegarków – co niewątpliwie stanowiło gigantyczny bodziec do rozkwitu szczegółowych badań tych „zegarków” chemicznego składu. (Przy jednoczesnej, niestety, utracie szerszego zrozumienia na czym polega, podana przez Arystotelesa,  differentia specifica między bytem ożywionym i nieożywionym).

W dodatku protestanci, odrzuciwszy „hellenizmy” zawarte w naukach katolickiego Kościoła, bezgranicznie zawierzyli (dez)informacji, zawartej w „listach” samozwańczego apostoła Pawła, podstępnie nawołujących do ograniczenia czytelnictwa li tylko do ksiąg Hebrajskich („sola scritura”), oraz do nihilistycznej wiary w zbawienie bez odpowiednich ku temu uczynków („sola fide”) [viii]. Tak, iż w rezultacie tej „hebraizacji” chrześcijaństwa, protestanci – zwłaszcza ci w Anglii, dążącej do totalnego, upozorowanego na „chrystusowe” panowania nad światem – „zamknęli oczy” na podłości swego własnego postępowania, bacząc tylko czy praktyczne skutki takiego postępowania będą na zewnątrz owocować „łaską” w oczach Boga Świata („solus deo gratia” samozwańczego apostoła Pawła). I stąd właśnie wziął się ten, zauważony zarówno przez Bruno Drwęskiego jak i „zośke” z portalu prawda2.info, WASP-owski (White AngloSaxon Protestant) autyzm, który z „miasta błyszczącego na wzgórzu” (początkowo purytańska Anglia, a potem i USA) zaczął morderczo promieniować na świat cały. Tym zaś, którzy się martwią, że to rezultacie ich własnych „przystosowawczych wysiłków” do ciągłego, czy to w biurze, czy w sklepie, przed telewizorem lub kompem, siedzenia, będą mieć autystycznych potomków, zobowiązany jestem pocieszyć, że autyzm, który według psychologów jest pewnego rodzaju „nadmęskością” wynikłą z zaburzeń w wydzielaniu testosteronu, dostarczył przecież ludzkości światowej sławy herosów Rozumu: Einstein, Chomsky, Changeux, a w starożytności oczywiście „nie chcący znać niczego wśród was, tylko Chrystusa i to ukrzyżowanego” samozwańczy apostoł Paweł i całe kohorty jego naśladowców… .

 

 

[i] Pracujący po II Wojnie Światowej w Stanach Zjednoczonych, niemiecki twórca programu kosmicznego NASA, Werner von Braun, w swej spisanej w latach 1970-tych biografii zauważył, że „Amerykanie w swej demokratycznej masie są tak głupi, że z łatwością uwierzą, gdy rząd im powie, że zostali zaatakowani przez kosmitów”. Nie była to żadna przesada. Gdyż właśnie z tego banalnego powodu „liberalnego rozmiękczenia połączeń w korze mózgowej” północno-amerykańscy HUI/WSI szybko uwierzyli, podobnie zresztą jak większość zafascynowanych Wspaniałością Ameryki Prawdziwych Polaków, że 11 września 2001 roku napadli na Stany Zjednoczone aero-terroryści wysłani przez Talibów z jaskiń Afganistanu! (Mój znajomy Słowak, dr jur. Jan Zvalo, od ponad trzydziestu lat mieszkający w Kanadzie ironicznie postuluje, że osobista opinia na temat tego sławnego „aero-terrorystycznego napadu na USA” jest najlepszym testem na IQ – który to test na inteligencję każdy czytający powyższe zdanie może błyskawicznie przeprowadzić na sobie samym.)

[ii]„ Goj to określenie w Torze innowierca, nie człowiek bydle w ludzkiej skórze. Żydzi traktują innowierców jako zwierzęta”. Patrz komentarze do hasła „goj” http://www.sjp.pl/goj , patrz także (Ez. 34-3 l) „wy zaś, wy moje owce, owce mojego pastwiska, jesteście ludźmi. Wy nazywacie się ludźmi, goje zaś nie nazywają się ludźmi, ale bydłem.”

[iii] (Ja sam, sądząc po mej osobistej naukowej historii, już od ponad 40 lat jestem negatywnie selekcjonowany przez „proamerykańskie” środowisko intelektualne. Przykładem tego zjawiska może być fakt, że aż 6 z 7-miu artykułów, jakie opublikowałem w latach 1970-tych w paryskiej „Kulturze”, jakimś cudem „wyparowało” z oficjalnego spisu autorów tego emigracyjnego miesięcznika. (A najpóźniej za kilkanaście lat i ja nareszcie – ku uciesze Międzynarodówki Naukowych Autystów– zniknę z powierzchni Ziemi.)

[iv] Ponieważ wszystkie tkanki zwierzęce z fizyko-chemicznej konieczności dojrzewają według tych samych, znienawidzonych przez kreacjonistów oraz darwinistów, lamarckowsko-piagetowskich zasad ‘rozwoju tkanek przez regenerację z nadmiarem doznanych ich uszkodzeń’, więc podobnie jak w wypadku układu odpornościowego, tak i w okresie rozwoju mózgu u dzieci mamy rodzaj rekapitulacji przystosowań do jakich byli zdolni nasi pra-rodzice. Jak policzyli to eksperymentalni neurolodzy, w korze mózgowej współczesnych dzieci, wskutek ich niewykorzystania, obumiera aż do 35 procent „przygotowanych do czynienia skojarzeń” niedojrzałych włókien nerwowych, włókien będących „pamiątkami” po czasach gdy nasi prarodzice by przeżyć, musieli wykonywać bardzo wiele, wymagających wysiłku czynności. (Chociażby w trakcie wypróżniania się bez użycia ułatwiającego tę czynność sedesu.)

[v] Do wcześniej wyszczególnionych przeze mnie przesłanek, wskazujących na „genetyczną konstrukcję” zachowań autystycznych, warto dodać wyniki niedawnych, bardzo dokładnych badań statystycznych przeprowadzone na Islandii, gdzie autyzm jest obecnie szczególnie częsty wśród dzieci (głównie chłopców) zrodzonych ze starszych wiekiem ojców. (Patrz artykuł na ten temat w „Nowym Ekranie”, pióra znanego polski antysyjonisty Bogusława Jeznacha.) Artykuł ten sugeruje, że tendencja do autyzmu została „wrodzona” w geny starszych wiekiem rodzicieli. Niestety ankieterzy zdaje się nie próbowali szukać momentu, kiedy ta cecha w populację męską Islandii się „wrodziła” – bo jak pamiętam z kursu „genetyki populacji” u Alberta Jacquarda w Genewie przed 35 laty w poprzednich ludzkich pokoleniach nawet w potomstwie zrodzonym ze starszych wiekiem ojców – i to we wszystkich ludzkich rasach – przypadków autyzmu było bardzo niewiele. Otóż w ostatnich kilku dekadach Islandia przeżywała gigantyczny boom ekonomiczny i w związku z nim, przyzwyczajeni do ciężkiej, niebezpiecznej i wymagającej kolektywnego wysiłku pracy rybaków, Islandczycy w znacznej mierze przekształcili się w zamkniętych w biurach klerków zliczających pieniądze lub handlujących zabawkami techno (a w wolnych chwilach biernie oglądających telewizję). A takie nagłe wycofanie się, z utrzymującej organizm w stosunkowo dobrym zdrowiu działalności fizycznej, MUSAŁO wpłynąć na tychże nordyckich mężczyzn ogólną, genetyczną konstytucję, podobnie jak to ma miejsce ze współczesnym, spowodowanym łatwością życia, „wybuchem” epidemii genetycznie uwarunkowanego diabetyzmu w coraz to większej ilości krajów na świecie.

[vi] Na wszelki wypadek sprawdziłem w wikipedii dane dotyczące epidemiologii autyzmu i związku tej epidemii ze wzrostem ilości szczepień uodporniających na przeróżne choroby. I co się okazało? Jeśli wierzyć tym danym, to w Japonii, gdy w pierwszej połowie lat 1990 zrezygnowano z potrójnych szczepień MMR (odra-świnka i różyczka), szczególnie nasyconych zawierającym rtęć thimerosalem, to ilość przypadków autyzmu na 10 tysięcy dzieci prawie się podwoiła. Podobne zjawisko odnotowano także w Danii, gdzie od roku 1992 przestano używać w szczepionkach thiomersalu, a pomimo to (a może wskutek tego?) w dziesięcioleciu 1990-2000,  ilość zdiagnozowanych nowych przypadków autyzmu wzrosła aż pięciokrotnie. Proszę rzucić okiem także na końcowy wniosek opinii Fundacji na Rzecz Rodzin Dotkniętych Autyzmem (FURDA): pośród długiej listy 42 parametrów rozwoju, te które wykazują znamienną statystycznie korelację z dawkami Thimerosalu są w mniejszości i – jak piszą autorzy – jest tyle samo efektów pozytywnych, co i negatywnych. Konkludują oni, że w przebadanej dużej grupie pacjentów, nie zaobserwowali związku między przyjmowaniem Thimerosalu, a zaburzeniami rozwoju.

[vii] Pan Roman Kafel, od 30 już lat mieszkajacy w Teksasie, komentując tekst „Autyzm to anglosaska choroba” na blogu „Wiernipolsce” „mądrościowo” napisał „Te cholerne szczepienia…zrobily wiecej szkod niz wszystkie choroby na jakie szczepia…” I to jest opinia bynajmniej nie odosobniona, wskazująca na rodzaj „szkoleń” jakie się w Teksasie systematycznie przeprowadza.

[viii] Sformalizowane przez Martina Lutra, na podstawie „mądrości bożej” samozwańczego Apostola Pawła, protestanckie „5 solas” reprezentują się następująco:

SOLA SCRIPTURA — “Bracia, abyście na nas się nauczyli nie rozumieć więcej ponad to, co napisano” (w Hebrajskich świętych księgach, w trym i w moich Listach – św. Paweł samozwańczy Apostoł, I w. n.e. – 1 Kor 4:6)

SOLA FIDE – “Wiemy jednak, że człowiek dostępuje usprawiedliwienia nie dzieki spełnianiu uczynków […] Dostępuje go tylko dzięki zawierzeniu Jezusowi” (św. Paweł samozwańczy Apostoł, I w. n.e. – Gal 2:16)

SOLUS CHRISTUS — “Gdyż jeden jest Bóg, jeden też pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek Chrystus Jezus” (św. Paweł samozwańczy Apostoł, I w. n.e. – I Tim 2:5)

SOLA GRATIA — “Gdyż z łaski jesteście zbawieni, przez wiarę. Nie jest to waszym osiągnięciem, ale darem Boga. Nie stało się to dzięki uczynkom […] A jeśli z łaski, to nie ze względu na uczynki, bo inaczej łaska nie byłaby łaską” (św. Paweł samozwańczy Apostoł, I w. n.e. – Ef 2:8.9; Rz 11:6)

SOLUS LABOR — TYLKO PRACA roboto-podobna: “Albowiem gdy byliśmy u was, nakazywaliśmy wam tak: Kto nie chce pracować, niech też nie je!” (św. Paweł samozwańczy Apostoł, I w. n.e. –Tes 3:10-11)

W momencie opuszczenia „świateł Biblii”, przez wychowanych w kulturze protestantyzmu darwinistów, te „5 solas” protestantyzmu mutowały przystosowawczo  w „5 solas” neodarwinizmu:

    1.                  Sola scritura (neo)darwiniana admissibile est – tylko pisma neodarwinistów sa akceptowalne w naukowych instytutach (neoDarwinian writings alone are acceptable in scientific schools)
    2.                  Solus multiplicatium esentia vitae est – tylko rozmnażanie się jest istotą życia (multiplication alone is the essence of life)
    3.                  Soli geni charactere individuum determinant – tylko geny określają character osobnika (genes alone determine the character of an individual)
    4.                  Solus incidentes species novus creatio – tylko przez przypadek pojawiają się nowe gatunki (by accidents alone new species appear)
    5.                  Sola selectia naturalis motor evolutio est – tylko dobór naturalny jest motorem ewolucji (natural selection alone is the motor of evolution

Marek Głogoczowski

PROLOG . W dialogu „Fajdros” Platon ustami Sokratesa przypomniał starodawny, egi­pski (Rewers okładki „Wojny Bogów”)* .W opinii niżej podpisanego „advocatus diaboli” w Starym Testamencie zawarta jest prefiguracja zachowania się św.Pawła, który sprytnie przybrawszy pozę („skórę”) imitującą apostolskie zachowanie się św. Szczepana, wyłudził od ŚLEPYCH OJCÓW KOŚCIOŁA (patrz ()rygenes) błogosławieństwo przeznaczone dla namiestnika Chrystusa.

W przeszłości tak właśnie zachował się Św. Jakub-oszust, który przybrawszy się w skórę imitująca zewnętrzny aspekt swego brata Ezawa,wyłudził od ŚLEPEGO OJCA IZRAELA błogosławieństwo dla przywódcy plemienia.mit, wskazujący na zagrożenie dla ludzkości, jakie niesie za sobą wynalazek pisma: Ono sprowadzi na umysły tych, którzy się go nauczą, zapomnie­nie, gdyż zaniechają ćwiczenia pamięci, ponieważ zdając się na zapis będą przypo­minali sobie od zewnątrz, pod wpływem obcych znaków, nie zaś od wewnątrz, pod wpływem własnych;… uczniom zaś zapewni namiastkę mądrości, nie zaś mądrość prawdziwą.

Stając się bowiem zbieraczami wielu mądrości bez nauki, wydadzą się ludźmi o wielkiej wiedzy, choć na ogół staną się nieukami trudnymi w obcowaniu. Zamiast mędrcami, staną się mędrkami.

Tę opinię z IV wieku p.n.e. należałoby dołączyć jako obowiązkowy „Prolog” do Pisma Świętego, zarówno Starego jak i Nowego Testamentu. Jakimiż bowiem ludźmi stają się, bezkrytyczni na ogół czytelnicy tego, datowanego na V wiek p.n.e., „Pisma od Boga”? Odpowiedź na pytanie o kulturotwórczą, rolę Biblii uważny czytelnik może znaleźć w „Księdze Wyjścia”, w opisie zdarzeń jakie się rozegrały wśród Żydów zgromadzonych pod górą Synaj. Na tej to bowiem górze Mojżesz dostał od boga Jahwe Pismo, w postaci wyrytego na Kamiennych Tablicach Deka­logu. I wypadki potoczyły się dokładnie tak, jak przewidział to krytykujący techni­czne wynalazki boga Thota, egipski król-mędrzec Tamuz: uzewnętrznienie na piśmie przykazania „nie zabijaj” spowodowało, że kierowana przez Mojżesza żydo­wska „elita” lewitów przestała od wewnątrz rozumieć co to przykazanie oznacza. Podniecona Pismem „elita” ta rzuciła się by mordować tych swych braci i synów, którzy nie ugięli karków przed autorytetem Świętych Znaków wyrytych na kamie­niu.

Czy zatem Biblia jest dziełem rąk starożytnych mędrców, czy też obliczonym na naiwność czytelnika, prymitywnym wytworem zwyrodniałych ambicji „mędrków Syjonu”, którzy od tysięcy lat utrudniają współżycie Żydów z innymi narodami? Umiejący kojarzyć fakty badacz Pisma Świętego bez trudności dostrzeże, że każdy sukces materialny Ojców Założycieli Izraela wiązał się z popełnieniem przez tychże Patriarchów mniejszego lub większego oszustwa lub świństwa: Abraham gromadzi majątek udając, że jest bratem, a nie mężem pięknej Sary; Jakub udaje przed błogosławiącym go ojcem, że jest jego pierworodnym synem Ezawem; Mojżesz zaś — o czym będziemy szerzej pisać — by zrobić karierę proroka pozoruje przed ludem, że ma prywatne kontakty z bogiem Jahwe. Co więcej, ten działający za pośrednictwem Mojżesza bóg Jahwe tak często zalecał Żydom rabunek dorobku — zarówno materialnego jak i kulturowego — innych narodów, że należy go utożsa­mić ze starożytnym BOGIEM GRABIEŻY, który od niepamiętnych już czasów usiłuje zapanować nad całym widzialnym światem. (Stąd właśnie Jezus nazwał Boga Ojca żydów Szatanem, a gnostycy traktowali starotestamentowego Boga jako symbol ZŁA.)

W niniejszym eseju zainteresowanie autora skupione jest na socjotechnice po­czynań wyznawców starotestamentowego Jahwe, na podpatrzeniu — i, jak nakazy­wał to Jezus swoim uczniom, „rozgłaszaniu po dachach” — zasad funkcjonowania starożytnej, religijnej „wspólnoty dla grabie/y”, przez Kościół określanej eufemi­zmem Ludu Bożego. Tych technik oddziaływania na .poln /aislwo jest zaledwie kilka i już w „Prologu” autor chciałby zwrócić na iii.- uwai-r ( mo/, najważniejszą — by nie powiedzieć „świętą” — zasadą postępowania, wprowadzoną do religii Izrae­la przez Patriarchę Jakuba, jest maskowanie haniebnych w swe j istocie poczynań za pomocą szaty słownej „wypożyczonej” z opisu czynów szlachetnych. Wyra­żenie na przykład „Lud boży” jest szatą słowną zakrywająca obrzydliwość postępo­wania sekty starożytnych złodziei ziemi, a tytuł „Pismo Święte” winien każdemu uważnemu czytelnikowi przypominać, że w tej Księdze będzie się czytać nie o szlachetności, ale o podłości czynów popełnionych przez Naród Wybrany — i to począwszy od historii wyrzucenia z ojcowizny Ezawa, aż po „zamordowanie zgod­nie z Prawem” Chrystusa.

Praktykowanej przez proroków oraz kapłanów Izraela zasadzie „odwracania do góry nogami” obrazu czynów ich przodków jest poświęcone w „Wojnie bogów” bardzo dużo uwagi. Przygotowując ten esej autor poświęcił nieco mniej uwagi socjotechnice okrutnych ofiar, za pomocą których kapłani oraz „prorocy” — i to nie tylko u żydów — zwykli ugruntowywać społeczną akceptację zdeformowanego przez nich obrazu świata. Otóż z punktu widzenia fizjologii oraz psychologii, złożenie krwawej ofiary z „kozła ofiarnego” — w nadziei czy to na „odkupienie” winy czy na „wkupienie się” w laski boga jest formą podwójnego morderstwa: na zewnątrz zabija się li tylko „wskazanego przez boga” człowieka, grupę społeczną, lub w zastępstwie zwierzę; od wewnątrz zaś, uczestnicy lego rytualnego mordu „oczyszczają” swe sumieniu (.czyli zabijają swe wspomnienia) wywołujące u nich poczucie winy związane z dokonanymi— względnie zamierzonymi — czynami.

W Biblii najlepszego przykładu oczyszczenia sie”, poprzez zabójstwo rytualne, dostarczyła drużyna mojżeszowych Lewitów, mordując pod górą Synaj tysiące wyznawców Złotego cielca. Poprzez ten akt ludobójczy Chwała Szlachetnego Izraela wzrosła co najmniej w dwójnasób: z jednej strony oczyszczono Izrael z ludzi mogących przypominać innym, że grabież Ziemi Obiecanej jest czynem niemoralnym,. z drugiej zaś strony Lewici bardzo skutecznie przerzucili na wyznawców Cielca odium posądzeń o chciwość, którym to grzechem dusze Lewitów były napełnione przecież bez reszty.

Kult zatem „kozia ofiarnego” — przez proroka Izajasza zwanego także „barankiem  bożym” dzięki celowemu i najzupełniej szczeremu zakłamywaniu obrazu rzeczywistości, nobilitował (i to zarówno w oczach świata zewnętrznego jak i w osobistym, wewnętrznym mniemaniu) obrzydliwe w swej istocie poczynania Naro­du Wybranego, czyniąc z jego co znamienitszych przedstawicieli niezwykle agre­sywnych BEZGRZESZNYCH BANDYTÓW. Mile Bogu uczynki tych starożyt­nych „nadludzi” w ten sposób sławi w Biblii Psalm 32:

Błogosławiony (zbrodniarz), któremu ‘odpuszczono występek,

Którego grzech został zakryty,

Błogosławiony człowiek, któremu Pan nic poczytuje winy.

A w duchu jego nie ma obłudy.

Porównując przydatność poszczególnych religii dla zrozumienia otaczającej nas rzeczywistości, należy autorytatywnie stwierdzić, iż każdy kult, polegajqcy czy to na dokonywaniu, czy też na symbolicznym tylko celebrowaniu okrutnych ofiar, jest z samej swej definicji religią mającą na celu zakłamanie obrazu świata.

Oczywiście w Ewangeliach Nowego Testamentu nie ma apoteozy kultu ofiarne­go, a i sam Jezus, modląc się w nich aby kaźń została mu oszczędzona, nie chciał czynić z siebie „dobrowolnej jak baranek” ofiary. Pogańską ideę zmazywania grzechów za pomocą krwi „baranka bożego” zaszczepiły komunom wczesnochrze­ścijańskim „Listy” wysyłane przez Św. Pawła. W tych upozorowanych na pasterską troskliwość listach, nie tylko powtórzona została „mądrość” Psalmu 32 sławiącego przestępców obdarzonych laską Pana. Sformułowana w nich rakże została podsta­wowa dla „chrześcijaństwa” idea, że bez kaźni Chrystusa nie byłoby zbawienia[*].

O „Ewangelii” głoszonej przez Św. Pawła będziemy mówić szerzej w załączo­nych do niniejszego eseju przypisach oraz w Epilogu. Tutaj ograniczymy się do uwagi, że wprowadzając do istniejącej już wcześniej religii chrześcijan kult ofiary oraz kaźni Chrystusa, Św. Paweł automatycznie przerobił chrześcijaństwo na wyraźnie pogańską, agresywną religię, dążącą do totalnego zakłamania rzeczywi­stości. Osobie wprawnej w logicznym kojarzeniu idei nie trudno jest dostrzec do czego sprowadza się „Dobra Nowina” głoszona przez Św. Pawła. Otóż według „Listów” tego samozwańczego apostoła, chrześcijanie winni wierzyć, że Bóg Oj­ciec skazał na haniebną śmierć na krzyżu swego jedynego Syna, po to aby odkupić (tzn. zmazać, zamaskować) swe własne grzechy Boga Stworzyciela.

Gdyby ziemski, zwykły ojciec postąpił ze swoim dorosłym synem na podobień­stwo „Boga” Św. Pawła, to byśmy powiedzieli, że jest on człowiekiem niezwykle podłym. I z tego właśnie powodu każdy myślący chrześcijanin patrząc na krzyż winien dostrzegać nie dobroć, ale PODŁOŚĆ BOGA, Stworzyciela Izraela, który jest odpowiedzialny za ten akt „zbrodni w majestacie Prawa”. Odwrotnością postę­powania podłego jest postępowanie SZLACHETNE i tutaj bez trudności można wskazać na prawdziwego „Ojca duchowego” Jezusa. Otóż dzięki odkryciom ręko­pisów z Qumran w roku 1947, świat się dowiedział, że sekta esseńczyków, z którą sympatyzował Jezus, była pod silnym wpływem helleńskiego pitagoreizmu. Ponie­waż pod wpływem pitagorejczyków pozostawał również Platon, którego nauki są w dużym stopniu zbieżne z późniejszymi naukami Ewangelii, więc na zakończenie „Prologu” warto przypomnieć te nieskomplikowane, ale za to SZLACHETNE IDEE, które wskutek rozkwitu w Europie „pawłowego” chrześcijaństwa uległy w nowoczesnym świecie zupełnemu prawie zapomnieniu.

Po pierwsze, według wierzeń pitagorejczyków, ludzie mieliby się odradzać w tej samej postaci w cyklach dłuższych zazwyczaj niż 200 lat. Zmartwychwstanie zatem kogoś w ciągu zaledwie dni trzech — będące podstawą wiary Sw. Pawła — jest rzeczą mało istotną, bo i tak wszyscy z czasem się odrodzą w tej samej postaci. Co więcej, postulowana cykliczność procesów bio-cywilizacyjnych odsuwa prawie w nieskończoność spekulacje na temat mitycznej „pracy” Boga Stworzyciela.

Po drugie zaś, w odwrotności do Żydów, którzy wykorzystując kult ofiarny praktykowali „amputację” swych niewygodnych sumień**, pitagorejczycy co dzień wieczór mieli obowiązek analizowania swych wcześniejszych czynów. Pro­wadziło to do rozwoju ich pamięci, a zatem i sumienia: Głównym celem tych obrachunkowych zabiegów było oczywiście doskonalenie etvczne jednostki związa­ne nierozłącznie z doskonaleniem zdolności umysłowych. • nabywaniem wiedzy, z twórczym kształtowaniem otaczającej rzeczywistości (Zarys Historii Religii, str. 354). Można zatem uogólnić, że judaizm był — i jesl kultem amnezy, zapomi­nania swych grzechów, pitagoreizm zaś kultem anamnezy, platońskiego przypomi­nania sobie nieśmiertelnych idei stwórczych.

I właśnie ten pitagorejski model życia trzeba koniecznie przypomnieć, jeśli się mamy wyzwolić od obowiązkowej dzisiaj, dewastującej zarówno ludzkie dusze jak świat zewnętrzny, pracowitej bezmyślności jaką narzucili ludzkości przedsiębiorcy i intelektualiści, wywodzący swą liberalną kulturę „bezgrzesznego bandytyzmu” od kanonu postępowania biblijnych Lewitów.

Zakopane, maj 1995

** Pod koniec wieku XX staliśmy się świadkami „amputacji” ludzkich sumień na masową wręcz skalę. W Polsce w przeprowadzeniu tego zabiegu najzwyklejszego wręcz odmóżdżania specjalizuje się Unia Wolności, której członkowie (zazwyczaj byli działacze PZPR), oczyścili się ze swych win, fachowo je zrzucając na „komunistów”. I używając słów starożyt­nego hochsztaplera Św. Pawła z „I-go Listu do Koryntian”, nowo nawróceni Unici mogliby rzec bez żadnej w swym sercu obłudy: „Umarliśmy dla skażonego komunizmu, wzbudzeni — i to w jednej chwili, w oka mgnieniu —zostaliśmy dla nieskazitelnej Europy (to znaczy Pieniądza)”. Przy okazji własnego „oczyszczania się z grzechów”, dysponująca gigantycz­nym aparatem propagandy, nowoczesna, ponadnarodowa „Unia Lewitów”, na drodze do ZIEMI OBIECANEJ kapitalizmu, skutecznie wymordowała Polaków pamięć o bez­troskim życiu w DOMU NIEWOLI, czyli komunizmie.

 

„BÓG WEWNĘTRZNY” PRZECIW ZEWNĘTRZNEMU „BOGU”

dialogu „Fajdros” Platon ustami Sokratesa przypomniał starodawny, egi­pski mit, wskazujący na zagrożenie dla ludzkości, jakie niesie za sobą wynalazek pisma: Ono sprowadzi na umysły tych, którzy się go nauczą, zapomnie­nie, gdyż zaniechają ćwiczenia pamięci, ponieważ zdając się na zapis będą przypo­minali sobie od zewnątrz, pod wpływem obcych znaków, nie zaś od wewnątrz, pod wpływem własnych;… uczniom zaś zapewni namiastkę mądrości, nie zaś mądrość prawdziwą. Stając się bowiem zbieraczami wielu mądrości bez nauki, wydadzą się ludźmi o wielkiej wiedzy, choć na ogół staną się nieukami trudnymi w obcowaniu. Zamiast mędrcami, staną się mędrkami.Jacek Sałij słusznie zauważa, że ten „naturalny bóg” Platona wykonywał (i wykonuje) wewnątrz człowieka pracę na kształt demiurga, porządkując panują­cy w nim chaos, wydobywając na zewnątrz wyższe cechy człowieka i uciskając jego cechy niższe (np. pożądania seksualne, egoizm, zazdrość, czy też chęć materialnej dominacji). Ten „naturalny bóg” znany był w Grecji na długo przed Pitagorasem oraz Platonem i to niewątpliwie jego kapłani kazali wyryć na froncie świątyni w Delfach sławny napis yvco9t aea-oxov — „Poznaj samego siebie”.

Praktycznie nieobecna w Starym Testamencie zasada „Poznaj samego sie­bie, a poznasz Wszechświat i Bogów” stała się podstawą nauk zarówno grec­kiego Sokratesa, jak i hindusko-nepalskiego Buddy, a także i żyjącego w odle­głych Chinach Konfucjusza. Według pozostającego pod eseńsko-pitagorejskim wpływem Jezusa z Nazaretu, ten wewnętrzny bóg był Światłem, które poprzez ludzki organ wzroku, od wewnątrz iluminowało człowieka („Oko twoje będzie świecą ciała twego”). Zgodnie z popularnym poglądem, według którego „czło­wiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boga”, Jezus z Nazaretu był synem Boga Światła (Jan 8,12), którego mitologia grecka utożsamiała zarówno z Erosem, zakochanym w pięknie, jak i Heliosem, który „wszystko widział i wszy­stko wiedział”.

W swym zbiorze esejów Jacek Salij podkreśla, że pogański, grecki Najwyższy Bóg Zeus (którego okiem na świat był Helios) podlegał wyższym od siebie zasadom logiki i (przyrodniczej) konieczności. Natomiast Bóg Biblii jest bogiem absolutnie transcendentalnym (…) może on czynić cuda. Zdolność do czynienia cudów wytwa­rza aurę Wszechpotęgi wokół biblijnego boga Jahwe. Niemniej bliższe przyglądnięcie się tym „cudom” demaskuje prawdziwe, oszukańcze oblicze biblijnego „boga”.

Cóż bowiem jest to cud? Jest to zjawisko nadprzyrodzone, polegające na złama­niu praw przyrody, względnie na złamaniu praw logiki. Jeśli „bóg wewnętrzny” człowieka jest demiurgiem wymagającym od niego ciągłego doskonalenia znajo­mości zarówno praw logiki jak i praw przyrody, to biblijny Jahwe — właśnie przez to, że robił cuda — był (i jest!) najzacieklejszym wrogiem „boga wewnę­trznego” każdego myślącego człowieka. Według wyznawców platońskiego Zeusa-Heliosa, cuda potrafią robić tylko kuglarze oraz oszuści, żerujący na ludzkiej naiwności[†]. (Warto przypomnieć, że brak wiary w cuda występuje nie tylko u Platona, ale także u Buddy i u Konfucjusza.)

W ramach trwającej już od ponad trzech tysięcy lat „Wojny bogów”, wyznaw­cy „boga wewnętrznego”, określani w literaturze jako Homo sapiens, winni przyj­rzeć się uważniej starotestamentowemu Jahwe — bo ten właśnie, oszukańczy „bóg zewnętrzny” doprowadził w przeszłości, w sposób logiczny, do wszystkich kolej­nych nieszczęść Izraela. Wraz zaś z popularyzacją Biblii pod koniec wieku XX-go, podobne nieszczęścia powinny spaść na inne narody, które zatruły się kultem Jahwe.

Otóż według Biblii, Jahwe był stwórcą, czyli kimś podobnym do egipskiego boga stwórcy Ptaha. Starożytni Grecy kojarzyli Ptaha z własnym, podrzędnym bogiem Hefajstosem, który między innymi ulepił pierwszych ludzi z gliny oraz był stwórcą pomagających mu w pracy automatów. Co więcej, Jahwe — bóg ognia, po wielokroć powtarza w Biblii, iż jest bogiem Zazdrosnym — i te dwa atrybuty (ogień i zazdrość) są także przymiotami kulawego i brzydkiego Hefajstosa.

Zarówno starożytni, jak i współcześni Badacze Pisma niezwykle rzadko dostrzegają inną, istotną cechę boga Jahwe. Jest nią krótkowzroczność — a nawet prawie ślepota — widoczna wyraźnie już na samym początku Księgi Rodzaju. Bóg bowiem pyta Kaina „Dlaczego twoja twarz jest smutna?”, „Cóżeś uczynił z bratem twoim?”. Gdyby Jahwe — tak jak Helios — był bogiem wszystko wiedzącym i wszystko widzącym to nie musiałby zadawać takich głupich pytań. Będąc zaś krótkowzrocznym i niedomyślnym, Jahwe od początku stworzenia świata zdaje się żyć omamami dotyczącymi jego własnego stworze­nia: patrząc na człowieka, którego bóg zrobił „na swój własny obraz i podobień­stwo”, ten bóg dojrzał, że „wszystko co uczynił było bardzo dobre”. Tymczasem jednak Synowie Światła widzą, iż szczególnie to stworzenie potrafi być wyjąt­kowo parszywe.

MAMON BOGIEM JAKUBA-IZRAELA

Kolejnych, interesujących informacji na temat przymiotów biblijnego Pana dostarczają jego rozmowy najpierw z Jakubem, a potem z Mojżeszem. Przyślepy bowiem bóg, zamiast poprowadzić swój lud do przyrzeczonej mu, bezpiecznej ziemi, gdzie będzie jadł do syta, ewidentnie zaprowadził rodzinę Jakuba-Izraela do „domu niewoli”, jakim dla ortodoksyjnych żydów stał się Egipt. Ci zaś naiwni, którzy dali się skusić Mojżeszowi na wyprawę do Ziemi Obiecanej, zamiast kosztować przyrzeczonego im mleka i miodu, zostawili swe kości — łącznie z Mojżeszem — na pustyni, gdzie był tylko „cierń i oset” (I Moj. 35, 18).

Popatrzmy zatem na zachowanie się biblijnego Jakuba, którego do dzisiaj — zarówno żydzi jak i chrześcijanie — uważają za godny do naśladowania przykład mędrca. Otóż ten Jakub — w przeciwieństwie do swego bliźniaczego brata Ezawa — był niezwykle łasy na dobra doczesne. By zdobyć te dobra, Jakub — jakżesz słusznie nazwany przez boga Izraelem — specjalizował się w najrozmaitszych podstępach i oszustwach: gdy jego starszy brat Ezaw wrócił zmęczony i głodny z polowania, to za miskę soczewicy „miłosierny” Jakub załatwił sobie zrzeczenie się przezeń praw pierworództwa; gdy jego ojciec na starość oślepł, to Jakub wraz ze swą matką spiskował, jak tego ŚLEPEGO OJCA oszukać i otrzymać odeń przezna­czone dla starszego brata błogosławieństwo.

Jakub-Izrael stał się biblijnym wzorem zachowania się nowoczesnego Homo economicus. Między innymi zasłynął on z tego, że robił interesy — wydające się mu być korzystnymi — z jego osobistym, prywatnym bogiem sukcesu: I złożył ten Jakub ślub i powiedział: Jeżeli Bóg będzie ze mną i będzie mnie strzegł w drodze, w którą się udaję, i da mi chłeb na pokarm i szatę na odzienie. I powrócę w pokoju do domu ojca mego, to Pan będzie bogiem moim (I Moj. 28,20-31).

To ukryte w Biblii zdanie oddaje samą istotę RELIGII IZRAELA: człowiek naprawdę pobożny czci tylko takiego boga, który jest mu w stanie zapewnić nie tylko bezpieczeństwo, ale także dobrobyt oraz społeczny prestiż[‡]. (To właśnie wskutek tej wewnętrznej pustki ortodoksyjnego judaizmu możliwe są błyskawiczne „mutacje przystosowawcze” żydów, których pierwowzoru dostar­czył faryzeusz Szaweł, znany lepiej pod ksywą Sw. Pawła; w dobie obecnej takie „mutacje” przystosowawcze występują wręcz masowo, zamieniając pra­gnących się „utrzymać u żłoba” komunistów w liberałów, względnie zażartych łysenkistów w przekonanych neodarwinistów — będziemy o tym zjawisku pisać na końcu.)

Z tekstu Biblii wynika, że bóg Jakuba-oszusta na dalszą metę oszukał swego podopiecznego. Liczna bowiem rodzina Jakuba-Izraela (cztery kobiety i aż 14 dzieci) niezbyt długo cieszyła się zgromadzonymi przez nią majętnościami. Wkrót-

ce po staniu się „człowiekiem sukcesu”, Jakub ze swą rodziną został przez BOGA NAJWYŻSZEGO (czyli Boga znającego się na prawach natury) zmuszony do porzucenia ziemi swego ojca i do najzwyklejszej emigracji za chlebem. Biblia nie tłumaczy dlaczego do emigracji z nędzy zostały zmuszona rodzina Jakuba, po­wszechnie uważanego za mądrego, i dlaczego rodzina jego mało ambitnego brata H/.awa (choć trzy żony, to tylko 5 dzieci) ten głód na swej nieurodzajnej, górzystej ziemi przetrwała. Ci jednak, Co Patrzą Na Świat, czyli synowie legendarnego słowiańskiego Światowida, znają odpowiedź na tę zagadkę. Otóż Jakub zbyt pilnie pracował, starając się, zgodnie z nakazem „Boga”, „mnożyć i panować nad ziemią i nad wszyskim co się na tej ziemi porusza”. W rezultacie tej pracy stał się się on tak bogaty (I Moj. 36, 7), że hodowane przezeń dla prestiżu owce i woły zaczęły doszczętnie wyżerać żyzne pastwiska — tak jak się to obserwuje i dzisiaj, wśród podkreślających ilością bydła swój społeczny prestiż, plemion afrykańskiego Sahe- lu. W wypadku zaś długotrwałej suszy, zbyt wypasane pastwiska ulegają gwałtowa­nej lateryzacji i upustynnieniu. Ta łatwo przewidywalna klęska żywiołowa tylko w słabym stopniu dotknęła Ezawa, który wyraźnie nie dbał o swe bogactwo, a i w górach, w które został przez swego brata zepchnięty, było zawsze więcej opadów niż na nizinach.

Mówiąc w sposób symboliczny, emigrację „za chlebem” Jakuba-Izraela do Egiptu spowodował, kompletnie niedostrzegany przez tegoż Izraela, Najwyższy Bóg Przyrody, którego współcześni Jakubowi Egipcjanie utożsamiali z Ozyrysem. (Później, w czasach ptolomejskich, ten Bóg Najwyższy przyjął nazwę Serapisa, czyli Ozyrysa-Apisa. Mieszkający w Egipcie Grecy uważali tego Boga Jedynego za połączenie najlepszych cech aż pięciu bogów greckich: nie tylko Zeusa i Heliosa, ale także Posejdona, Asklepiosa, Hadesa i Dionizosa.)

 

UCIECZKA MOJŻESZA Z ZIEMI IZRAELOWI OBIECANEJ

W  rodzinie Jakuba-Izraela można zauważyć stopniowe potęgowanie się nega­tywnych aspektów ludzkiej osobowości, a także potęgowanie się — po okresach przejściowych sukcesów — prawdziwych i długotrwałych KAR BO­ŻYCH, jakie spadały na coraz bardziej nieświadom obrzydliwości swego postępo­wania Izrael.

Według Biblii, Jakub ze swą „rodzinką” (jego matka, wuj oraz żona Rachela) dokonywali li tylko małych, wewnątrzrodzinnych oszustw oraz kradzieży. W nastę­pnych pokoleniach, niektórzy synowie Izraela zachowują się już jak rasowi gang­sterzy. Przykładem takiego „rozwoju duchowego” jesl obrzydliwy w swym pomy­śle „spisek obrzezańców”, dzięki któremu udaje sic synom Jakuba wymordować mężczyzn i zagrabić posiadłości plemienia księcia Chamora. (Warto przypomnieć, że pretekstem do tego aktu podstępnego bandytyzmu była próba honorowego załagodzenia konfliktu między rodzinami, inki wybuchł po „porwaniu i zgwałceniu” przez syna Chamora córki Jakuba Diny. Znając zachowanie się przodka Jakuba, Abrahama, który „podstawiał” kolejnym władcom swą żonę Sarę dla zdo­bycia korzyści materialnych, należy przypuszczać, że bracia Diny celowo wypuścili swą siostrę by uwiodła syna księcia i spowodowała konflikt między rodzinami.)

Ta umoralniająca historia, demonstruje z jednej strony mechanizm pojawiania się u niektórych synów Izraela „fałszywej świadomości” — którą to istotną cechę mentalności „uduchowionych gangsterów” doskonale opisał w kilkadziesiąt wie­ków później Karol Marks. Z drugiej strony, wykorzystanie rytualnej obrzezki dla celów spiskowych pozwala zrozumieć ukryte znaczenie tego rytuału będącego dla Żydów znakiem „przymierza z bogiem”: otóż zwyczaj nacięć skóry oraz tatuaży na ukrytych częściach ciała jest od niepamiętnych czasów rozpowszechniony wśród członków tajnych zrzeszeń (a nawet i zwykłych gangów) na całym świecie! U plemion szlachetnych bowiem —-jak na przykład wśród amerykańskich Indian — tatuaże i nacięcia skóry, oznaczające przynależność klanową, usytuowane były nie na miejscach ukrytych, ale na najbardziej widocznych częściach ciała, zwłaszcza na twarzy.

(Na pomysł obrzezki Abraham wpadł w czasie gościnnego pobytu w imponu- jącvym mu pod względem cywilizacyjnym Egipcie. O braku napletka, u zdają­cych się posiadać tajemną moc egipskich kapłanów, Abraham dowiedział się zapewne dzięki swej żonie Sarze, którą chytrze podsunął faraonowi w celu „małżeństwa”. Choroby, jakie wskutek tego „małżeństwa” wynikły w otoczeniu faraona — a także później, w analogicznej sytuacji, w otoczeniu króla Abmila- cha — niedwuznacznie wskazują, że Sara, w trakcie jej wcześniejszych „mał­żeństw” zaraziła się rzerzączką. To właśnie ta, bezobjawowa u wielu kobiet, przerwlekła choroba wywołała jej długotrwałą bezpłodność — a także okresową bezpłodność żon i niewolnic króla Abmilacha. Skądinąd jest to imponujące, jak niewielu komentatorów Pisma Świętego dostrzegło, że założycielem Narodu, Który Uznał Się Za Wybrany, był starożytny, wędrowny sutener, który zgroma­dził spory majątek dzięki pracy swej „żony”, wyspecjalizowanej w najstarszym zawodzie świata.)

W ramach typowych dla potomków sprawiedliwego Abrahama „zabaw rodzin­nych”, starsi synowie Jakuba sprzedali niewygodnego im, młodszego brata Józefa do niewoli w Egipcie. Z czasem w tej egipskiej niewoli znalazła się cała „rodzinka” Izraela. Początkowo, dzięki bezinteresownym staraniom wybaczającego braciom Józefa, izraelici mieli w Egipcie doskonałe warunki życiowe. Egipt to była dla nękanego głodem Izraela ziemia rzeczywiście mlekiem i miodem płynąca. Historia jednak Żydów w Egipcie potoczyła się dokładnie na odwrót do ich marzeń. Po krótkim okresie dostatku, nie chcący się integrować z Egipcjanami Żydzi, zamiast stać się Panami ziemi do której przyszli jako goście, stali się jej niewolnikami. Można podać dwa proste mechanizmy pojawienia się tego — zupełnie niezrozumiałego dla history­ków Izraela — stanu rzeczy.

Po pierwsze, Egipcjanie mogli, w sposób najzupełniej mechaniczny, wykorzy­stać czysto ekonomiczną „metodę Józefa” by doprowadzić do poddaństwa niewy­godnych im Żydów. (W ten sposób Józef, swą pilną pracą dla faraona, już zza grobu wpędził w niewolnictwo swą własną rodzinę.)

Po drugie, Biblia wskazuje, że wywodząca się od Szymona i Lewiego gałąź Izraela miała dziedziczną, przeklinaną przez legendarnego Jakuba, predyspozy­cję do gwałtu, sadyzmu oraz najrozmaitszych knowań. Na tę genetyczną predy­spozycję, musiał się niewątpliwie nakładać kulturalny nakaz „mnożenia się bez umiaru i panowania nad ziemią”, a także powtarzana z pokolenia na pokolenie Pamięć o Przymierzu, według którego Abraham (i jego potomkowie) mieli posiąść ziemię w której byli przychodniami (I Moj. 17, 8). Tak więc zarówno natura jak i kultura potomków sprawiedliwego Abrahama popychała ich do podstępnych poczynań mających na celu opanowanie goszczącego ich kraju (II Moj. 1, 10).

Nie należy się zatem dziwić, że początkowo przyjaźnie nastawieni Egipcjanie zaczęli się bać Żydów, stosując wobec nich środki represyjne, jakie w XX wieku w wielu krajach stosowano wobec członków mafii, zmuszanych brutalnie do karnych, ciężkich robót[§]. Ślepy Bóg Izraela doprowadził zatem, w sposób logiczny, do rozkręcenia się spirali nienawiści między Żydami a ludnością miejscową. W pew­nym momencie, wierzący w posłannictwo swego narodu, ambitny terrorysta z rodziny Lewitów imieniem Mojżesz, zabił wyzyskującego Lud Boży urzędnika faraona. Uciekając zaś przed karą, na wiele lat musiał emigrować z Egiptu. I to właśnie w trakcie tych wędrówek „politycznego” zbiega odkrył on, że poza Egip­tem istnieją żyzne, nadające się do kolonizacji tereny, zwiedzane już przez jego pra-przodka Abrahama-sutenera. Ponieważ zaś Mojżesz-morderca został wdrożony we wszystką mądrość Egipcjan (Dz. 7, 22) więc znał wiele sekretnych, kapłań­skich sztuczek, za pomocą których potrafił zaimponować zarówno swym ziom­kom, jak i (miał nadzieję) narodom, które Izrael miał zamiar wytępić bądź zniewolić (V Moj. 7, 1-2).

Do najważniejszych zaś, imponujących nie tylko Żydom, ale także racjonalnym Grekom oraz Rzymianom, nauk egipskich należała wiedza kuglarska: dobrze wyszkolony kapłan potrafił skutecznie nabierać swą klientelę, stwarzając pozory, że jest w stanie czynić cuda i że ma kontakty z siłami nadprzyrodzonymi. (To właśnie dzięki swym obserwacjom, dokonanym w czasie podróży do Egiptu, Platon wpadł na pomysł opowieści o kapłanach manipulujących cieniami w pieczarze; później, już w czasach rzymskich, wrogowie chrześcijan—jak na przykład zwalczany przez Orygenesa Celsus — twierdzili, że nie tylko Mojżesz, ale i inny „mesjasz” Izraela, nazwiskiem Jezus Chrystus, uczęszczał w swej młodości do „egipskiej szkoły cudów”.)

Jako dowód cudownej opieki boga Jahwe nad Izraelem, Biblia przytacza aż siedem plag egipskich. Według Józefa Kellera, te „cuda” były zwykłymi, naturalny­mi zjawiskami, których pojawienie się Mojżesz umiejętnie przypisał bogu Jahwe. Ostatnią zaś plagę egipską (śmierć pierworodnych) Keller tłumaczy w następujący sposób: Tej nocy przez Egipt przeszedł Jahwe, prawdopodobnie w postaci dzielnej drużyny Jozuego i Kaleba, zabijając wszystkich pierworodnych Egipcjan. Ale domy Izraelitów, pomazane krwią, omijał.

Jak dla późniejszych chrześcijan, wychowanych w duchu św. Pawła — o czym będziemy pisać w Aneksie — podstawowym aktem wiary była (jest) wiara w zmartwychwstanie Chrystusa (I Kor. 15, 14), tak dla ortodoksyjnych żydów podstawowym cudem (tzn. oszustwem) potwierdzającym opiekę Jahwe nad Narodem Wybranym, jest historia przejścia suchą stopą rozlewisk Morza Czerwonego. Pamiętam bowiem z lekcji katechezy, gdzieś w wieku lat dwu­nastu, że to otworzenie się morza przed uciekającymi Żydami bardzo mi zaimponowało.

To jednak, co wydaje się być zjawiskiem cudownym dla dwunastolatka, w wieku dorosłym wydaje się być banalną „sztuczką egipską” wykorzystującą naiw­ność czytelników Biblii. Dla dobrze wykształconego geofizyka — a jest nim niżej podpisany, chrześcijański „advocatus diaboli” — sprawa jest bowiem banalna. Otóż jak podaje Biblia Tysiąclecia, w Zatoce Suezkiej różnica między przypły­wem a odpływem dochodzi aż do 3,30 metra. Mojżesz ze swym ludem według Biblii uciekał w nocy, a więc w okresie odpływu, zaś goniące go, ciężkozbrojne rydwany wojsk egipskich musiały grzęznąć w mokrym piasku, pozostając w strefie zagrożonej aż do pełnego dnia (co potwierdza Biblia), kiedy to musiał nastąpić przypływ. W dodatku, nad morzem w nocy wieje wiatr od lądu odpy­chając fale od wybrzeża, zaś w dzień jego kierunek się odwraca, wzmagając efekt przypływu. Jeśli zatem Mojżesz wybrał dla tej przeprawy moment nowiu (a jest w Biblii wzmianka, że z przeprawą zwlekał), to był to moment w którym oba zjawiska się nawzajem spotęgowały, dając efekt „cudu”. (O miejscu nad Zatoką Suezką, w którym występował ten „cud”, Mojżesz wiedział prawdopo­dobnie od czasu gdy przebywał w tym rejonie w okresie swj poprzedniej uciecz­ki z Egiptu.)

Wykorzystywanie forteli oraz nieostrożności wroga nie jest w czasie wojny niczym grzesznym: wystarczy przypomnieć, jak zapadły się w wodę, zwabione przez Aleksandra Newskiego do bitwy na zlodowaciałym jeziorze, ciężkozbrojne wojska Kawalerów Mieczowych. Mojżesz jednak nie przyznał się swemu ludowi, że to wciągnięcie ciężkozbrojnych wojsk faraona w strefę przypływu morza, to był prosty, wojenny podstęp. Na odwrót, wymachując swą, „wypożyczoną” w Egi­pcie, kuglarską laską, Mojżesz pozorował przed własnym ludem, że to bóg Izraela otworzył przed Żydami — a potem zamknął przed Egipcjanami — Morze Czerwone.

Według nauk Jezusa Chrystusa, ten, kto oszukuje w sprawach małych, będzie i oszukiwał w sprawach wielkich. Zaś „Rzeczy Wielkie”, jakie Mojżesz wniósł do światowej kultury, to są, jak to niedawno z dumą podkreślił poeta Henryk Grynberg z Londynu, MONOTEIZM oraz DEKALOG. Gdy jednak przypatrzymy się bliżej temu wkładowi w światową cywilizację, to okazuje się, że jest to wkład nie tylko zrabowany innemu narodowi, ale też i dodatkowo zatruty jadem „plemienia żmijowego” (Mat. 23, 33). Na temat żydowskiego monoteizmu Józef Keller pisze w następujący sposób: Z Mojżeszem wiążą się początki monoteizmu. Zetknął się z nim w okresie swej młodości w Egipcie. Umiał jednak wysnuć właściwe wnioski z niepowodzeń reformy Echnatona. Nie wiązał kultu jednego Boga tylko z pewnymi kołami, .lecz z całym swym ludem. (Monoteizm obowiązujący przez pewien czas w Egipcie polegał na kulcie Światła, czyli Słońca-Atona, stąd faraon Ehn-aton.)

Według Światła (czyli Ewangelii) Jezusa Chrystusa, „to co dla (większości) ludzi wydaje się być pięknym, obrzydliwością jest dla Boga”. A zatem populistycz­ny monoteizm Mojżesza, jest w swej istocie Kultem Boga Obrzydliwego, przez wyznawców Platona traktowanego jako Przestępca: ten bowiem grecki filozof zauważył na długo przed Jezusem, że „to co jest popularne, jest w swej istocie przestępcze”.

—————————–

[*] Występująca w Ewangelii Św. Jana nauka Jezusa, że , jeżeli ziarno obumrze, to obfity plon wydaje” jest wyraźnie skopiowana przez Ewangelistę z popularnego w starożytności prze­sądu, przytoczonego w chronologicznie poprzedzającym Ewangelię Św. Jana, „I Liście do Koryntian”: „to co siejesz, nie ożywa jeśli nie umrze”. Jest to oczywiście trywialny błąd poznawczy, charakterystyczny dla starożytnych „mędrków”, którzy — jak św. Paweł — zwykli sądzić po pozorach. Takiego błędu nie popełnił ani Sokrates, ani Budda, ani inni prawdziwi mędrcy starożytności. (Patrz też ,Epilog”.)

[†] Należy tu dodać, że ludzie samodzielnie myślący traktują biblijne cuda li tylko jako symbole pewnych zjawisk społecznych i pewnych zachowań. Np. „cud” Jahwe, polegający na zabiciu wszystkich pierworodnych Egipcjan, winien być traktowany jako symbol zacho­wania się Żydów w Egipcie; „cuda” zaś Jezusa, polerujące na uzdrawianiu ślepych, czy też chodzeniu po wodzie, należy traktować jako symbole oświecającej działalności — a także pewności wiary — pierwszych chrześcijan.

[‡] Wewnętrzną pustkę oficjalnej religii Izraela dostrzegał doskonale Jezus Chrystus, który naśmiewał się z faryzeuszy udających, że służą Bogu (prawdziwemu) a w rzeczywistości służących Mamonie. Tę samą cechę dostrzegł też w wiek później cesarz Hadrian, który w czasie swej podróży do Aleksandrii w liście do szwagra zamieścił genialną wręcz uwagę: „W tym mieście wielu bogatych Żydów i chrześcijan czci Serapisa (o którym to bogu za chwilę), a właściwie czci jedynego boga jakim jest pieniądz”.

[§] Inaczej natomiast potoczyła się historia rodziny brata Jakuba, Ezawa zwanego Edomem. W ciągu tych kilkuset lat, gdy rodzina Izraela pracowicie znosiła kamienie na budowę znienawidzonych egipskich świątyń, piramid oraz spichlerzy, potomkowie wydziedziczone­go przez Izrael Ezawa zdążyli założyć w górach Edomu dynastię królewską. Z czasem, jak podaje Biblia Tysiąclecia, ten Edom-Ezaw (Jezus?) zasłynął na całym Bliskim Wschodzie ze swych mędrców. Gdy zaś Izrael, za czasów stawnego króla Dawida-grabieżcy, napadł na bratni Edom, to jego król Hadad bez trudu znalazł, na czas podporządkowania Edomu Izraelowi, schronienie w Egipcie, gdzie jego rodzina była traktowana na równi z rodziną faraona — I Kri. 11. 14-25.

NAJWIĘKSZA HAŃBA GATUNKU HOMO SAPIENS

Mojżesz znał dobrze praktykowaną w Egipcie, kapłańską zasadę, że rzeczy które mają być uznane za ważne, należy komunikować wiernym w odpo­wiedniej scenerii[1], najlepiej zaś w oprawie z sil pozornie nadprzyrodzonych. Wlazł on zatem na zakazaną dla innych, wysoką górę na pustyni Synaj, gdzie aż 40 dni czekał, aby z Dekalogiem pojawić się wśród ludu dopiero w momencie rzadkiej na pustyni burzy, wśród piorunów i grzmotów. Jakąż to jednak informację przekazał on potomnym, w tej rzeczywiście imponującej scenerii?

Pierwszy nakaz Dekalogu brzmi: „Nie będziesz miał innych bogów obok mnie […] Bo ja jestem bogiem zazdrosnym i karzę występek ojców na synach do trzecie­go i czwartego pokolenia”. Otóż zazdrość nie należy do uczuć pięknych ani szla­chetnych. Ten często powtarzany przez Biblię przymiotnik wskazuje, że dla Mojże­sza „obcym bogiem” był właśnie „bóg wewnętrzny”, o którym mówiliśmy na wstępie. Ten to bóg prawdziwy — przez Platona określany jako Eros — pobudzał ludzi iluminowanych nim do szukania w świecie piękna, logiki oraz harmonii. W zasadzie cały tekst Starego Testamentu (za wyjątkiem pism powstałych pod pod wpływem helleńskim) potwierdza tezę, że Jahwe oraz jego kapłani byli śmiertelny­mi wrogami właśnie naśladowców boga przyjaźni i prawdy. (Platon w „Uczcie” podaje taką między innymi charakterystykę Erosa: „On chłody serc ludzkich roz­prasza, on je ciepłem okrasza; on łagodność pomnaża, gwałtowność umarza; on wzbudza przyjaźń, ostudza nieprzyjaźń, dla dobrych łaskawy, dla mądrych ciekawy; on dla bogów cud, dla straconych dziw, dla wybranych skarb. W nim wykwintny wdzięk (…) on bogów radością, on ludzi pięknością, ozdobą”.)

Tezę o genetycznej wręcz wrogości kapłanów Izraela do Erosa najlepiej ilustrują wyjątki z podsumowywującej Stare Przymierze Księgi Malachiasza: Uprzykrzyli­ście się Panu swymi mowami […] tym, że mówicie: Każdy człowiek źle czyniący jest miły oczom Pana, w takich ludziach ma on upodobanie. Albo: Gdzież jest Bóg, sprawiedliwy sędzia? — 2, 17; Czyż Ezaw nie był bratem Jakuba? — a Ja jednak umiłowałem Jakuba, Ezawa zaś miałem w nienawiści — 1, 2-3.

Dla nie-żydów wskazówką dlaczego Ezaw został znienawidzony może być uwaga H. Graetza zamieszczona w jego książce „Historia Żydów”, niedawno wznowionej w Polsce. Według tego autora, Ezaw był po prostu „dziki” czyli „nie-cywilizowany”. Jahwe zatem przedstawia się jako BÓG MATERIALNEJ CYWILIZACJI, który kochał — i kocha — tylko ludzi przedsiębiorczych i pracowitych, choćby nawet byli oszustami jak biblijny Jakub-Izrael. Z kolei Ezaw, swymi cnotami szlachetnego przebaczania i odwagi myśliwego, nie mógł przecież przyczynić się do budowy najmniejszego nawet domku[2], będącego symbolem cywilizacji pod każdą szerokością geograficzną. A zatem za swój brak chciwości i pracowitości został Ezaw przez Jahwe-Labora (Hefajstosa) na zawsze przeklęty (patrz także Aneks IV).Jak Jahwe, bóg Izraela, nienawidził ludzi szlachetnych (co zresztą doskonale przedstawił William Szekspir w sztuce „Kupiec z Wenecji”), tak jednocześnie za wszelką cenę starał się promować zachowania najbardziej podłe, jak chociażby to sławne, bezmyślne rozmnażanie się „na obraz i podobieństwo królików”, względnie „panowanie nad ziemią” na obraz dewastujących wszystko, ślepych i uciekających od słonecznego światła termitów. (Najlepiej to podłe zachowanie się boga Jahwe ilustruje tak zwany „Dekalog Rytualny” umieszczony w Księdze Wyjścia 34, 14-26: w sposób trywialnie logiczny wynika z niego, że zazdrośni „na obraz i podobieństwo ich Pana” kapłani, po to tylko mają wymuszać kult ich prywatnego boga, aby ich świątynie — a zatem oczywiście i oni sami —- obfitowali w bogate dziesięciny…)

Przykazanie drugie („Nie będziesz wzywał Jahwe, boga twego nadaremno, bo Jahwe ukarze tego, kto wzywa jego imienia na próżno”) na pierwszy rzut oka wydaje się być redundancją (powtórzeniem, wzmocnieniem) przykazania pierwsze­go. Sugeruje ono bowiem, iż Pan jest tak Wszechmocny, że nie ma co mu zawracać głowy błahostkami. Jednak logiczna analiza tego przykazania — a zatem analiza dokonana według wskazań platońskiego Boga Najwyższego — demonstruje coś zupełnie odwrotnego, a mianowicie, że wszechmoc Jahwe jest li tylko pozorowana: jeśli się bowiem wezwało tego boga na pomoc i on nie pomógł, to jest to tylko dowód, że się go wzywało nadaremno, za co się będzie ukaranym. To przykazanie daje po prostu zakamuflowaną, niewątpliwie podpatrzoną w Egipcie, wskazówkę dla kapłanów że aby wezwać Jahwe w sposób skuteczny, to należy z góry wiedzieć, że skutek tej inwokacji będzie pozytywny (tak właśnie postąpił Moj­żesz, który fachowo wezwał Jahwe aby otworzył mu i zamknął Morze Czerwone). Jeśli jednak kapłan wie z góry, że pożądane przezeń zjawisko wystąpi niezależnie od wezwania Jahwe, to ma on świadomość, że ten bóg jest tylko atrapą. To właśnie drugie przykazanie zdradza judaizm jako religię zupełnie laicką, obliczoną li tylko na tumanienie wiernych bogiem. (Przytaczany powyżej prorok Malachiasz rozpa­cza, że wierni składają Panu oszukańcze dziesięciny. A przecież jeśli Jahwe był (jest?) bogiem-oszustem, to jest rzeczą ewidentną, że wierni rewanżowali się narzu­conemu im bogu poprzez równie oszukańcze dary. Jak pisze Malachiasz, te ofiary składały się z tego co zrabowane, ślepe, chore i chrome. Dla osoby spostrzegaw­czej to są właśnie atrybuty boga Izraela.)

Przykazanie trzecie podkreśla niewolniczy charakter Narodu Wybranego (…„przez sześć dni będziesz pracował, zaś siódmego dnia będziesz odppoczywał… Ponieważ przez sześć dni uczynił Jahwe niebo, ziemię etc.”). Kapłanom (Mojżeszo­wi?) w tym przykazaniu nie chodziło bynajmniej o świętowanie w szabat, ale dokładnie na odwrót — o uświęcanie niewolniczego zwyczaju, że aż sześć dni w tygodniu to są dni pracy. (W innych, mniej niewolniczych cywilizacjach świąt jest o wiele więcej. Na przykład w Nepalu do dzisiaj, mniej więcej co trzeci dzień to święto. W wielu zaś krajach islamu urzędy są zamknięte już od piątku w południe aż do poniedziałku.)

Z tego trzeciego przykazania wynika, że Jahwe jest bogiem pracy, przez nowo­czesnych psychoanalityków (Freud, Fromm) określanym jako LABOR. (Jak już pisaliśmy, w greckim aeropagu bogów, jedynym, podrzędnym bogiem, który praco­wał i tworzył najrozmaitsze przedmioty, był obrzydliwy i zazdrosny Hefajstos.) Do

czego jednak była potrzebna Mojżeszowi i jego kapłanom ta ustawiczna praca? Obrzydliwy dla prawowiernych żydów, chrześcijański „advocatus diaboli” zdaje się sugerować, że Mojżasz był, podobnie jak jego przodek Jakub-oszust, izraelitą umysłowo bardzo prostym, który pozostawał pod urokiem wysoko zurbanizowanej, silnie rozwiniętej pod względem ekonomicznym, cywilizacji Egiptu. Ten prorok- prostak chciał li tylko zamiany ról społecznych w cywilizacji będącej jak gdyby zwierciadlanym odbiciem cywilizacji Egiptu: to obrzezani Żydzi mieli przejąć rolę (obrzezanych) egipskich kapłanów, dyrygując podległymi sobie narodami[3] — „nie one będą panować nad Tobą, ale ty będziesz nad nimi panował” (V Moj. 15, 6). O tym kopiowaniu Egiptu będziemy jeszcze pisać.

Jest i czwarte przykazanie Dekalogu „czcij ojca i matkę twoją”. Na pozór jest to rzecz ewidentna: dzieci zazwyczaj czczą swych rodziców. Jeśli jednak wprowadza się rzecz tak ewidentną do oficjalnego Prawa (Tory) to oznacza to, że dzieci Izraela miały nienajlepszą opinię o swych rodzicach i przodkach: będąc bowiem nich blisko, dostrzegały nikczemność ich życia: albo byli ci rodzice niewolnikami pracy oraz bezmyślnego prawa, albo rabusiami jak sławny król Dawid, albo pospolitymi kombinatorami jak ich praojciec Jakub. Fakt odgórnego zadekretowania posłuszeństwa synowskiego przypomina konstytu­cyjne „zabezpieczenie” przywódczej roli partii komunistycznej w Polsce, co nastąpiło dopiero w 1976 roku, dokładnie w momencie gdy partię tę od we­wnątrz zaczęła cechować kompletna pustka.

 

ODWRACAJĄCE OBRAZ RZECZYWISTOŚCI „OKULARY POZNAWCZE”

yskusja z jednym ze znanych krakowskich judaistów wskazała autorowi na jeszcze jeden, tragiczny wręcz aspekt zbyt prostego zrozumienia prawa „czcij ojca swego”. Otóż w plemionach należących do gatunku Homo sapiens, gdy przywódca klanu zapada na starcze niedołęstwo, to albo sam o to prosi, wskazując następcę, albo rada starszych samodzielnie deklaruje go ubezwłas­nowolnionym. W warunkach zaś zagrożenia plemiennego bytu — co często się zdarzało u żyjących w Arktyce Eskimosów — osoby zniedołężniałe same przy­spieszały swą śmierć, dobrowolnie odłączając się od rodzin, byle tylko ułatwić przeżycie ich następców.

Biblia wskazuje, że tego mądrego, a nawet i szlachetnego zwyczaju nie było u Żydów. W tej sytuacji „niedoróbki” prawa zwyczajowego, izraelici uznali za ważne, błędnie udzielone, przez ślepego ze starości Izaaka, błogosławieństwo dla synów. Ponieważ Prawo (Tora) zabraniało korygowania jakichkolwiek błędów przywódców plemiennych, więc kapłani Izraela — jak cytowany powyżej Malachiasz — jak bezmyślne katarynki powtarzali, że bogu miłym jest Jakub-oszust, zaś znienawi­dzonym jest wielkoduszny Ezaw. To wychowanie przez Prawo powodowało, że każdy człowiek uczciwy i myślący —jak chociażby Jezus Chrystus — prawowiernym żydom automatycznie wydawał się być oszustem godnym znienawidzenia.

Wymuszone zaś przez ciągłą lekturę „Księgi”, odwrócenie się „do góry nogami” społecznych wyobrażeń o świecie i ludziach, w końcu zemściło się wręcz straszliwie na samym Izraelu. W sytuacji wielkiego zagrożenia kultury „odwracających okularów” ze strony Rzymu, w równe sto lat po śmierci Chry­stusa, pojawił się nareszcie prawdziwy, zapowiedziany przez Mojżesza, Me­sjasz. Zbawicielem tym był Bar Kochba „Syn gwiazdy” (Dawida). Jego czas nadejścia wyliczył na podstawie ksiąg, wyspecjalizowany w ewangelicznym „dostrzeganiu komara a połykaniu wielbłąda”, powszechnie uznany za mędrca rabin Ben Akiba. Oczywiście po kilku latach sukcesów, Mesjasz okazał się być zwykłym demagogiem i nieudolnym przywódcą, który doprowadził starożytny Izrael do totalnej samozagłady. Nieliczni Żydzi, którzy przeżyli ten holocaust nazwali go potem Bar Chosba — ,,Syn kłamstwa”. I tę rzecz trzeba jeszcze raz powtórzyć: to właśnie zawarte w Świętej Księdze, nieludzko sztywne, sadysty­czne wręcz PRAWO, które przez tysiąclecia zabraniało (zabrania?) sprosto­wania trywialnego poznawczego błędu, doprowadziło do starożytnego holo­caustu (około milion zabitych) narodu, któremu żerujący na ludzkiej głupocie kapłani-lewici wmówili, że jest Wybrany.

 

ZŁODZIEJ POD SZTANDAREM „NIE KRADNIJ”

Kolejne przykazania Dekalogu („Nie zabijaj”, „nie cudzołóż”, „nic kradnij” itd.) są realizowane w sposób najzupełniej naturalny przez prawic każdą społeczność: przecież nawet wśród bezrozumnych zwierząt „nie zabijaj” jest za­zwyczaj przestrzegane wewnątrz gatunków — znanym jest chociażby przysłowie, iż „kruk krukowi oka nie wykolę”. („Nie cudzołóż” obserwuje się tylko wśród gatunków monogamicznych, szczególnie wśród ptaków). Umieszczenie tak ewi­dentnych przykazań w sztucznym prawie ilustruje tylko jak zawzięcie okradali się nawzajem, cudzołożyli i zabijali członkowie Narodu Wybranego. (Boć to przecież sam założyciel tego Narodu, Jakub, w sposób skuteczny pożądał własności, które formalnie miały należeć do jego brata; syn Jakuba Ruben regularnie cudzołożył z nałożnicą swego ojca Bilhą; zaś Aron zabił swych dwóch braci z okazji wykorze­niania kultu cielca, którego zresztą sam odlał ze złota.) Co oznaczało prawo „nie zabijaj” dla Mojżesza, to najlepiej ocenić po jego czynach: nie dość, że prorok ten rozpoczął swą religijną karierę od zabójstwa Egipcjanina, to natychmiast po zejściu z góry Synaj z przykazaniami Dekalogu, potrzaskał te Kamienne Tablice, zebrał wierną mu drużynę Lewitów-morderców i wyrżnął aż trzy tysiące swych braci i bliźnich (II Moj. 32, 27-29). Pretekstem do tego pierwszego w historii Izraela holocaustu był fakt, że ci bezbronni, znienawidzeni przez „proroka” ludzie, odwa- żyli się tańczyć, śpiewać oraz głosić chwałę Pana przed ołtarzem nie tego boga, którego zamierzał narzucić Izraelowi ambitny egipski kuglarz.

Jeśli chodzi o prawo „nie kradnij” to Mojżesz — podobnie jak w przypadku prawa „nie zabijaj” — cierpiał na rozdwojenie jaźni. Przecież to on sam namówił swych „rodaków” by ukradli, czyli „pożyczyli na wieczne nie oddanie”, naczynia, kosztowności oraz szaty od swych najbliższych egipskich sąsiadów (co po hebrajsku oznacza „bliźni”) przed ucieczką izraelitów z Egiptu III Moj. 3, 21-22).

Według Biblii, sławne Kamienne Tablice z Prawem, otrzymane przez Mojżesza od boga na Synaju, były zapisane z dwóch stron (II Moj. 32, 15). Co było na nich napisane po stronie wewnętrznej — i co zwykłym ludziom zazwyczaj nie jest znane — ujawnił Mojżesz wiernym mu Lewitom w Księdze Powtórzonego Prawa. Zde­maskował się on w niej przy okazji jako herszt zwykłej „Bandy Boga” podniecanej nadzieją łupu, jaki znajdą w Ziemi Obiecanej: A gdy Pan, twój Bóg, wprowadzi cię do ziemi […] którą przysiągł dać tobie […] z domami pełnymi wszelkich dóbr, których nie gromadziłeś, […] winnice i sady oliwkowe, których nie sadziłeś, to jednak będziesz z nich jadł do syta — V Moj. 6, 10-11. Warto tu przypomnieć, że najsłynniejszy król Izraela, Dawid, w istocie wsławił się tym, że był znanym na całym Bliskim Wschodzie zbójcą. Złupił on między innymi bratni Edom-Ezaw, czego Mojżesz zabronił robić (I Sam. 27, 8-12; I Krl. 18,12-13).

Patrząc z szerokiej perspektywy poznawczej, ów Dekalog, będący podstawą Starego Prawa, był po prostu li tylko maską kamuflującą grabieżcze intencje, z początku tylko Izraela, a potem i innych, powtarzających Dziesięć Przykazań jak bezmyślne katarynki, Narodów Wybranych. Używając znanego biblijnego porów­nania, to Prawo było rodzajem wypolerowanej jak zwierciadło TARCZY[4] odbijają­cej zarzuty wrogów Narodu (względnie Narodów) Wybranego, że jego (ich) inten­cje są zgoła odwrotne do głoszonych haseł. Ten podstęp poznawczy kapłanów Izraela świetnie dostrzegał Chrystus: na frontonie jerozolimskiej świątyni były wykute w kamieniu Prawa Dekalogu, zaś w jej wnętrzu urzędowała przysłowiowa Jaskinia Zbójców.

Dekalog zatem, zamiast przyczyniać się do wewnętrznego rozwoju ludzkiej osobowości, od dosłownie pierwszych chwil jego sformułowania zaczął wydawać OWOC ŚMIERCI I HAŃBY: pierwszego masowego, rytualnego mordu w imię Dekalogu dokonali wierni swemu wodzowi Lewici, zabijając wśród Żydów ludzi zabawy; ostatniego zaś ludobójstwa na bezbronnych ludziach zabawy — głównie Żydach chasydzkich i Cyganach — dokonali w imię tego samego Prawa, wierni Hitlerowi SS-mani.

Na zakończenie tego smutnego rozdziału pozwolę sobie przypomnieć chrześci­janom, w jaki sposób zostało obalone Stare Prawo. Otóż po prostu, ten „zewnętrz­ny” Dekalog, nie uwzględniający w ogóle istnienia duszy rozumującej u człowieka, został przez Jezusa, w zmowie z niektórymi kapłanami, skrócony do dwóch, wyraźnie wymagających introspekcji nakazów: „Będziesz miłował Pana Boga swego (wewnętrznego) z całego serca swego i z całej duszy swojej […], a bliźniego swego jak siebie samego” (Łuk. 10, 27). Nietrudno tutaj dostrzec, że w tej ewangelicznej scenie, nawołującej członków marnotrawnego Izraela do powrotu do grona Narodów Rozumnych, zarówno Jezus jak i tajemniczy „uczony w zako­nie”, który formułę tego Nowego Prawa wypowiedział, byli Tajnymi Współpra­cownikami, nie boga Jahwe, Zazdrosnego o swą władzę Mikrocefala, ale obcego oficjalnemu Izraelowi, uniwersalnego, Rozumującego Boga. Ten właśnie Bóg kazał wyryć na frontonie świątyni w Delfach morderczą dla judaizmu zasadę γνοτϊ σέ αΰτον— „poznaj samego siebie”. Bowiem to z Hellady, a nie z zakleszczonej w ambitnej bezmyślności Palestyny, pochodził ten Bóg Uniwersalnego Światła, w dawnej Grecji zwany nie tylko Heliosem, ale i Erosem Stwórcą, zakochanym bezgranicznie w matce ziemi Gai. Tego właśnie, dionizyjskiego boga szlachetności, czczono za czasów Jezusa w nieodległej od Jerozolimy Aleksandrii pod imieniem Serapisa. I tego Boga Chrystus był niewątpliwie Tajnym Agentem[5], celnie zresztą rozpoznanym i unieszkodliwionym przez Wielki Sanhedryn Izraela.

(Odnośnie do przykazania „nie kradnij” warto przytoczyć najnowszą anegdotę. Otóż niżej podpisany „advocatus diaboli” dopiero latem *94 wpadł na iście diaboli- czny pomysł, że geneza Dekalogu tkwi w znanym chwycie sprytnego złodzieja, który pierwszy zaczyna krzyczeć „nie kradnij” by odwrócić od siebie uwagę. W kilka tygodni po tym odkryciu, rzeczony „advocatus diaboli” otrzymał z Kanady wydaną w 1993 r. książkę Noama Chomsky’ego „Year 501″. Jej autor propaguje dokładnie tę samą ideę, tylko w jego przypadku chodzi o genezę nie tyle starożytne­go Dekalogu, ile Nowoczesnych Praw Człowieka, tak obecnie egzaltowanych przez Stany Zjednoczone. Anegdota ta wskazuje, że nie lubiący cudów Bóg Uniwersalny potrafi jednak stwarzać identyczne neuronalne skojarzenie u wyznawców oddzielo­nych od siebie o cały ocean. Ani bowiem Chomsky ukradł to skojarzenie ze sprytnym złodziejem od Głogoczowskiego, ani na odwrót. Choć obaj myśliciele oczywiście, sądząc z ich tekstów, są bardzo pobożnymi, tak zwanymi „jezuickimi żydami”…)

 

ZŁOTE FETYSZE JUDAIZMU

Założyciel Izraela Jakub, pomimo swego grzechu chciwości był człowiekiem na tyle rozumnym, że w swym pożegnalnym proroctwie ostrzegł Izrael przed potomkami swych dwóch synów — gangsterów: Szymon i Lewi, bracia, narzędziami gwałtu były ich miecze. Do ich zmowy (obrzezańców) się nie przyłączę, z ich knowaniem nie złączę mej sławy; gdyż w gniewie swym mordowali ludzi i w swej swawoli kaleczyli bydło. Przeklęty ten ich gniew, gdyż był gwałtowny i ich zawzię­tość, gdyż była okrucieństwem (I Moj. 49. 5-7).

Pomimo przekleństwa rzuconego przez Jakuba, przywódcą Żydów w Egipcie został zapalczywy i mściwy Mojżesz, będący potomkiem Lewiego zarówno ze strony ojca jak i matki (II Moj. 2, 1). Ten specjalizujący się w ściąganiu na Egipt najrozmaitszych plag, uzurpujący sobie przywództwo (IV Moj. 16, 13) „prorok”, narzucił Żydom swą rodzinę Lewitów jako kastę kapłańską, przechowującą ewangeliczne „klucze poznania”. Mojżesz zrobił także z części swej, znanej z okrucieństwa rodziny, coś w rodzaju Służby Bezpieczeństwa Wewnę­trznego, pilnującego aby Izrael nie wyłamał się spod narzuconego mu prawa. I to właśnie ta Rodzina Lewitów zaczęła się zawodowo trudnić ściąganiem kolej­nych plag i nieszczęść na Izrael, dokładnie tak jak to wskazali im Mojżesz i Aron[6], organizując plagi najpierw wśród Egipcjan, a potem wśród swych współplemieńców, którzy dali się nabrać na wyprawę do Ziemi Obiecanej.

Pierwszymi ofiarami terroru „rodziny” Lewitów, stało się tysiące bezbron­nych Żydów wymordowanych przed ołtarzem Złotego Cielca. Z tych czcicieli Złotego Cielca zrobiono z czasem powszechnie znany symbol ludzkiej chciwo­ści, choć jest to ewidentne poznawcze oszustwo. Cóż bowiem oznaczał kult cielca — a dokładnie byka — którego posąg, pamiętający jeszcze Egipt żydzi wykonali ze złota, bezinteresownie oddając na jego odlanie swe własne ozdoby? Była to kopia jednego z centralnych bóstw Egipskich, byka Apisa, symbolizują­cego nie tylko biologiczną siłę, ale także odwagę oraz witalność. W Egipcie bóg Apis, często zresztą czczony w postaci żywego zwierzęcia, związany był z kultem Stwórcy, boga Ptaha, a także z kultem Słońca, którego tarczę umieszcza­no (także na rycinach ilustrujących sceny biblijne w czasach nowożytnych) między jego rogami. Według mitu, po swej śmierci byk Apis reinkarnował się w Ozyrysa, uniwersalnego boga przyrody, a także i boga „dionizyjskiej” kultury. (Stąd w czasach ptolemejskich kult Serapisa, czyli Ozyrysa-Apisa.)

Zrzucenie na wyznawców Złotego Cielca winy za grzech chciwości w sposób dość skuteczny oczyściło Izrael od narzucających się oskarżeń o chęć grabieży Ziemi Obiecanej. Ci wymordowani przez Lewitów ludzie zabawy stali się zatem biblijnym „kozłem ofiarnym” złożonym na ołtarzu BOGA CYWILIZACJI WIE­CZNEGO DOBROBYTU, której budowę rozpoczął wychowany w cywilizacji Egiptu kuglarz — Mojżesz.

Kim był, w istocie swej duszy, Mojżesz oraz jego kapłańska „rodzina” Lewitów, najlepiej da się ocenić po wprowadzonych przez tę kastę przedmiotach kultu Jahwe. Wszystkie te przedmioty miały być wykonane ze złota bądź okute złotą blachą, wyraźnie na wzór znienawidzonego przez Mojżesza „cielca”. Do tych sakralnych przedmiotów należy przede wszystkim Złoty Świecznik. (Świecznik ten niewątpliwie został wykuty w kuźniach Hefajstosa, a ogień doń został wykradziony olimpijskim bogom przez Prometeusza.) Ten Siedmioramienny Świecznik reprezentuje Sztuczne Światło, oświetlające zarówno historię, jak i przyszłe perspektywy Narodu Wybrane­go. Ten atrybut kultu radykalnie odróżnia Izrael od wszystkich kultów pogańskich, w których źródłem światła były przedmioty naturalne, przede wszystkim Słońce.

Ze złota — bądź okute złotem — miały być i inne przedmioty kultu: stół ofiarny, puchary oraz Skrzynia Przymierza. Podobnie jak i Świecznik, te sakralizowane przedmioty codziennego użytku wskazują, że Boga w judaizmie symbolizują ułatwiające życie, czysto użytkowe wytwory ludzkiej pracy. Niewidzialny zatem bóg nie jest symbolizowany, jak w innych religiach, ani przez istoty żywe, takie jak ludzie, zwierzęta czy drzewa, ani nawet martwe wytwory natury, w rodzaju słońca, gór, czy też rzek. Jest to po prostu czysty fetyszyzm technicznych ułatwień życiowych, w tym przede wszystkim pisma.

 

TRUMNA BOGA PRZYRODY

Oprócz Ksiąg zapełnionych martwym Pismem, w starożytnym judaizmie nie­zwykłą rolę odgrywała Złota Skrzynia, nad wiekiem której kapłani wchodzili w kontakt z ich bogiem. (Stąd ortodoksyjni żydzi winni być zwani „Skrzyniowiercami” gdyż bądź pozorowali, bądź rzeczywiście wierzyli, że Jahwe znajduje się w zbudowanej na jego cześć skrzyni. To wierzenie ukształtowało się pod wpływem religii Egiptu, według której bogowie wchodzili w zbudowane na ich cześć posągi.)

limy, egipski mit związany ze skrzynią, wskazuje czym była w swym ukrytym zamierzeniu ta Skrzynia Świadectwa[7]. Otóż Mojżesz nienawidził egipskiego boga Ozyrysa-Apisa i bezpośrednio po wymordowaniu wyznawców Złotego Cielca dokonał aktu rytualnego bogobójstwa, paląc posąg cielca i wysypując jego prochy do miejscowego potoku. Natomiast według mitu egipskiego, nienawi­dzący Ozyrysa, jego brat Set (Kain?) podstępnie zamknął swego brata w skrzyni-trumnie, którą wyrzucił do Nilu. W tym starożytnym kontekście „Arkę Przy­mierza” należy traktować jako trumnę BOGA ŻYWEJ PRZYRODY, zaś religię mojżeszową jako specyficzny „klej” łączący SPOŁECZNOŚĆ NEKROFILI, miłujących Kamienne Ciało zamkniętego w skrzyni boga[8]. (Istnieje także przy­pisywana Erosowi legenda, według której w Arce Przymierza były zamknięte Weksle Dłużnicze oraz Papier(us)y Wartościowe, dające Żydom nie­zwykłą władzę nad innymi narodami.) Ta, dostrzegalna tylko dla dobrych obserwatorów, cecha religii Starego Testa­mentu, tłumaczy w zasadzie całość historii zarówno starożytnego Izraela, jak i historii narodów nowożytnych, które oparły swą kulturę na Świadectwie Zabój­stwa Boga Przyrody. Nekrofilia oznacza bowiem miłość do rzeczy żywych za­mienionych w martwe i w zgodzie z tym rodzajem „miłości”, zarówno przykaza­nia Dekalogu, jak i inne prawa Tory, zmierzają w swej istocie do zamiany „ludu bożego” w rodzaj martwych „od wewnątrz” kukieł-automatów. Czynności życio­we tych automatów są do dzisiaj przerywane, w celu ich regeneracji, co siódmy dzień, zaś w okresie „życia” podążają one za jedynym, materialnym bodźcem zysku, w Biblii zamaskowanym eufemizmem „mleka i miodu”. (To właśnie biblij­ni żydzi są modelem „ludzi jednowymiarowych”,  o których całą książkę napisał w 1964 roku niemiecko-amerykański filozof Herbert Marcuse.)

Nekrofilia jest formą psychopatii i tę cechę widać wyraźnie wśród rodziny Lewitów, do których należał Mojżesz. Ten „wódz”, za najmniejsze nawet uchybie­nie wobec Narodu Wybranego zwykł karać nie według ustanowionej przez niego zasady „oko za oko”, ale według ulubionej przez Lewitów zasady „za podbite oko, należy roztrzaskać głowę”. (Nota bene: tę zasadę Lewitów stosowali nie tylko SS-mani w stosunku do narodów podbitych przez Niemcy, ale i nowoczesny Izrael w stosunku do Palestyńczyków podejrzanych o terroryzm.) Kim był naprawdę Mojżesz, twórca nie tylko judeochrześcijańskiej, ale i muzułmańskiej cywilizacji, wskazuje jego Pieśń Nekrofila, będąca jednym z najobrzydliwszych świadectw ludzkiej „kultury”:

Krwią upoję strzały moje,

a miecz mój naje się mięsa.

Krwią poległych i pojmanych,

z nieczesanych głów wrogów (VMoj. 2,42)

Później, tego typu „pieśni sadystów” występują w prawie wszystkich, zamiesz­czonych w Starym Testamencie, „Księgach Proroków”.

 

NIE SĄDŹCIE, ŻE NIE BĘDZIECIE SĄDZENI

Założyciel Izraela Jakub, w swym pożegnalnym błogosławieństwie przewidy­wał, że rodzina jego syna Dana będzie dla Izraela sędzią, zdolnym go karać (I Moj. 49, 16-18). Potomkowie Dana (ze strony matki!) w istocie próbowali „bluźnić” przeciw bogu jakiego narzucił Izraelowi Mojżesz. Szybko jednak byli oni „uspokajani” za pomocą ukamieniowania (II Moj. 24, 11 — ta starotestamentowa wzmianka jest jak gdyby prefiguracją nowotestamentowego ukrzyżowania Jezusa a także ukamieniowania Św. Szczepana). Kapłani „mojżeszowi” bowiem, prawdopo­dobnie na wzór kapłanów egipskich, zostali doskonale przez Mojżesza zabezpie­czeni przed jakąkolwiek krytyką ich kultu — i to zarówno z zewnątrz, jak i od wewnątrz ich „sitwy”.

Przed atakiem pochodzącym z zewnątrz najlepszym obrońcą dla nich było Prawo (Tora) nakazujące bezwzględnie mordować każdego „cudotwórcę” i „fałszy­wego proroka” (V Moj. 13, 2-17). Ponieważ zaś sam Mojżesz był cudotwórcą i fałszywym prorokiem, więc każdy prorok prawdziwy musiał „bluźnić” przeciw bogu Mojżesza, przez co automatycznie skazywał się bądź na wygnanie, bądź na ukamieniowanie (tak właśnie było ze Św. Szczepanem). Z kolei jakiś na szerszą skalę bunt wśród kapłanów był niemożliwy, gdyż wyznawszy publicznie swą niewiarę w Pana, automatycznie pozbawiliby się oni środków do życia: Prawo bowiem nakazywało, by kapłani utrzymywali się li tylko ze ściąganych w imieniu tego Pana dziesięcin. By zaś żyć godnie z tychże dziesięcin, ci niezdolni do innej pracy kapłani musieli się specjalizować w pozorowanym (lub nawet szczerym) głoszeniu Chwały Bożej oraz Chwały Narodu Wybranego. Te pracowite wysiłki starających się zarobić na swe życie kapłanów, doprowadziły do tego, że uduchowiające Biblię tekskty stały się tak sugestywne („Pan Zastępów”, „Wywyższać cię będę Boże, mój Królu” itd.), że ludzie mało spostrzegawczy czytając Pismo Święte nie są w stanie zauważyć, jak banda zwykłych rabusiów staje się „ludem bożym”. (W ten sposób dał się na przykład otumanić przez to Pismo św. Augustyn, który na podstawie zachowania się Żydów w Egipcie wysnuł wniosek, że i chrze­ścijanom wolno łupić i okradać inne, „pogańskie” kultury — „De doctrina chri­stiana” II, 60-61).

W rezultacie takiego prawnego zabezpieczenia, teokracja Izraela izolowała się prawie doskonale12 od jakiejkolwiek krytyki. Jeśli bowiem przydarzały się jakieś nieszczęścia Narodowi Wybranemu, to oczywiście nie z winy kapłanów i ich Prawa, tylko z winy ludzi, którzy czy to niezbyt dokładnie święcili szabat, czy to — jak król Salomon — wbrew Prawu śmieli się żenić z pogankami i czcić innych bogów. Oczywiście takie Prawo zaduszające u ludzi jakąkolwiek chęć poznawcze­go samodoskonalenia się, musiało doprowadzić do kompletnego, agresywnego skretynienia zarówno narkotyzujących się Pismem Świętym kapłanów, jak i hodo­wanych przez tych kapłanów „owieczek”. W momencie zaś zetknięcia się Izraela z twórczą kulturą helleńską, została w sposób oczywisty zagrożona najświętsza dla żydów wiara w Wyższość Narodu Wybranego oraz wiara w Wyższość jego Pana nad innymi bogami.

W tym właśnie okresie pojawiły się masowo w Izraelu pisma apokaliptyczne, stanowiące summum wykształconej przez kapłanów mojżeszowych, „świętej” psy­chopatii. Józef Keller streszcza te charakterystyczne, nekrofilne pisma w sposób następujący:

Wróg będzie upokorzony i pobity, a Izrael zdobędzie nad nim panowanie […] Za głównego wroga apokaliptyka żydowska uważa oczywiście Rzym, dlatego przeciw niemu kieruje ostrze nienawiści. Obraz jego klęski przedstawia w barwach tak strasznych i okrutnych, że aż wzdraga się przed udziałem ludu izraelskiego w tych okropnościach. Lud wybrany będzie raczej obserwatorem, przyglądającym się z lubością pohańbieniu swych wrogów.

Oczywiście historia potoczyła się dokładnie na odwrót do mesjanistycznych oczekiwań Narodu Wybranego. Zamiast przyglądać się kaźni i pohańbieniu Rzy­mian, świat antyczny przyglądał się — nie z nekrofilną „lubością”, ale z biofilnym obrzydzeniem — kaźni i pohańbieniu skretyniałych pod wpływem ich własnej „pracy poznawczej” Żydów. (Warto tutaj przypomnieć, że Żydów było wtedy około 5 milionów, czyli prawie tyle samo co Rzymian w liczącym 60 milionów mieszkańców Impe­rium Romanum.)

 12 Prawdziwy Prorok się w końcu jakoś przebił w lzraelu i był nim Jezus Chrystus, który publicznie wyklinał kapłanów-lewitów słowami „Węże, plemię żmijowe”. Oczywiście i on został przez tychże kapłanów skazany na śmierć. llość przepisów Tory, dotyczących likwi­dacji niewygodnych proroków, jest tak wielka, że należy sądzić, że w podobny jak Jezus sposób zginęło w Izraelu setki, a może i tysiące ludzi samodzielnie myślących. Kapłani nie mieli bowiem zwyczaju zostawiać po takich „pacyfikacjach” śladów na piśmie, czego przy­kładem jest chociażby historia Jezusa nie odnotowana w ogóle w oficjalnych kronikach Izraela.

POWRÓT BOGA ŻYWEGO ŚWIATŁA

Jak pisaliśmy wcześniej, rozkwitające dzięki samo-pohańbieniu się Izraela chrześcijaństwo odcięło się od wszystkich „Praw” Mojżesza, pozostawiając z judaizmu tylko wiarę w istnienie Jedynego Boga. (Trzeba tutaj jeszcze raz przypo­mnieć, że rozumna zasada „miłości do istot żywych jak do siebie samego”[9] znana była zarówno Egipcjanom jak i Hindusom na długo przed Mojżeszem. Nienawidzący „zwierząt” Mojżesz tę zasadę celowo ograniczył li tylko do człon­ków własnej „mafii Pana”.) Wraz z Jezusem historia religii jak gdyby cofnęła się o 1400 lat wstecz, do czasów faraona Echnatona, który próbował narzucić Egiptowi „rządy widzących mędrców” w oparciu o kult solarny. Ten powrót do pre-judaizmu widać zarówno w przedmiotach liturgicznych, jak i w podstawowych obrzędach chrześcijaństwa.

Z czasów egipskich (a później judajskich) niewątpliwie pozostała u chrześci­jan pamiątka po łodzi boga słońca Re, „złota skrzynka” zwana tabernaculum, w której przechowuje się CIAŁO I KREW ŻYWEGO BOGA. Złoty, siedmioramienny świecznik, symbolizujący Światło Sztuczne iluminujące Naród Wybra­ny, przez chrześcijan został zamieniony na Złotą Monstrancję, będącą przedmio­tem posiadającym wyraźnie kształt promieni otaczających słońce. I właśnie ta monstrancja jest symbolem powrotu do kultu solarnego, gdyż taki sam symbol można zobaczyć między rogami znienawidzonego przez Mojżesza byka Apisa. W monstrancji jednak miejsce słońca jest puste i w to miejsce wkłada się hostię, symbolizującą Ciało Chrystusa. Monstrancja zatem demonstruje, że „słońcem” jest tenże Chrystus, który powinien być „bogiem wewnętrznym” każdego chrześcijanina. W chrześcijaństwie odrodził się też inny mit „pogań­ski”, który był nie tylko niezrozumiały, ale nawet i znienawidzony przez ogarniętych nekrofilią wyznawców Jahwe — Boga Pracy Wytwarzającej Przedmioty Codziennego Użytku. Jest nim biofilny mit o cyklicznym zmartwychwstawaniu Ozyrysa, boga żywej przyrody. Ten egipski Ozyrys (Serapis) w religii chrześcijan reinkarnował się w zmartwychwstającego (co roku, na Wielkanoc) Chrystusa.

 

„ZMARTWYCHWSTANIE” HEFAJSTOSA — BOGA PRACY

Jak w perskiej historii niekończącej się walki boga Światłości i Dobra (Ahuramazdy — Erosa) z bogiem Ciemności i Zła (Arymanem — Szatanem — Laborem), biofilny kult dionizyjskiego „boga wewnętrznego” już po kilku stule­ciach został zagrożony, zwłaszcza w Europie Zachodniej, przez powrót wywodzą­cego się z judaizmu kultu „boga zewnętrznego sukcesu”. Do „zmartwychwstania” tego kultu przyczyniły się dwa, początkowo wydające się być niewielkimi, grzechy pierworodne dogmatyki chrześcijańskiej.

Po pierwsze, ze zwykłej chciwości władzy, pierwsi biskupi Rzymu dołączyli do Nowego Testamentu — pomimo ostrzeżeń syna biskupa z Synopy, Marcjona — Testament Stary. Pretekstem było, że to w tej Księdze zostało zapowiedziane przyjście Mesjasza. (Zapomniano jednak, że Jezus wyraźnie stwierdził, iż nie jest zapowiedzianym przez „proroków” Izraela Mesjaszem z rodu Dawidowego — Mat. 22,42-45).

Po drugie, z podobnej chciwości władzy religijnej, samozwańczy[10] apostoł św. Paweł zatruł początkujące chrześcijaństwo całym szeregiem „mojżeszo­wych”, kołtuńskich zasad moralnych, spychając jednocześnie na margines, istotny dla Jezusa, „platoński” kult precyzji poznawczej. (Wykorzystując ana­logię bardzo popularną w Polsce końca XX wieku, „advocatus diaboli” postu­luje, że Szaweł — św. Paweł zachował się jak legendarny Konrad Wallenrod judaizmu, który nie potrafiąc zniszczyć chrześcijaństwa od zewnątrz, prze­szedł jako „przyjaciel” do obozu wroga, zatruwając skutecznie chrześcijań­stwo jadem faryzeuszy.) Ponieważ, aby opłacało się zmartwychwstać w tej samej zewnętrznie postaci, należało umrzeć w kwiecie wieku, więc Św. Paweł nobilitował mimochodem „morderców Jezusa zgodnie z Prawem”, czyli ka­płanów Izraela. Z tego zaś faktu można wyciągnąć kolejny logiczny wniosek: nobilitując, zezwalający na godne zmartwychwstanie Jezusa, haniebny postę­pek mojżeszowych kapłanów, św. Paweł nobilitował automatycznie i samego siebie z okresu kiedy prześladował chrześcijan i skazał na śmierć, potencjal­nego przecież w przyszłości konkurenta do władzy duchowej w gminie chrze­ścijańskiej, hellenistycznego wolnomyśliciela Sw. Szczepana. W świetle Ewangelii, św. Paweł zachował się jak przebiegły wąż-kameleon, który ukąsiwszy śmiertelnie prawdziwego przywódcę, zmienił kolor skóry i przejął po nim przywództwo*.

Dzięki „ewangelizacyjnej” pracy św. Pawła, zupełnie nie zrozumiałe dla niego, platońskie nauki Jezusa zostały zepchnięte na margines. Idący zaś śladem tego „apostoła” Ojcowie Kościoła znaleźli z jednej strony pretekst by uznać wszystkich żydów (a nie tylko kapłanów-lewitów) za bogobójców, a z drugiej sami zaczęli egzaltować wśród ludu, pod nazwą kultu Drogi Krzyżowej, szczegóły końcowych, męczeńskich chwil Jezusa. Z czasem judajska nekrofilia zamanifestowała się i u chrześcijan, w postaci powszechnej miłości do „bożego trupa” pohańbionego na krzyżu. (Warto przypomnieć, że pierwsi chrześcijanie wręcz nienawidzili wizerunku krzyża.)

Krzyż jako symbol chrześcijaństwa spowodował dalsze spotęgowanie się pato­logii tej religii: kościół, najwyraźniej przejmując rolę życie męczyć tak jak Jezus, który z rozkazu kapłanów oraz Rzymian, był męczony przez krótką chwilę w czasie Drogi Krzyżowej. Z czasem tę umiłowaną „mękę pańską” kapłani chrześcijańscy — zwłasz­cza protestanccy — utożsamili z zabijającą w człowieku duszę rozumującą, codzienną, profaniczną pracą, wykonywaną ku chwale tego samego co u starożytnych żydów „martwego boga” Labora-Mamona. kapłanów antycznego Izraela, zaczął nauczać, że ludzie powinni się sami przez całe życie męczyć tak jak Jezus, który z rozkazu kapłanów oraz Rzymian, był męczony przez krótką chwilę w czasie Drogi Krzyżowej. Z czasem tę umiłowaną „mękę pańską” kapłani chrześcijańscy — zwłasz­cza protestanccy — utożsamili z zabijającą w człowieku duszę rozumującą, codzienną, profaniczną pracą, wykonywaną ku chwale tego samego co u starożytnych żydów „martwego boga” Labora-Mamona.

 

DWA OBLICZA NEOJUDAIZMU

Wskutek rozpowszechnienia się w XV wieku — dzięki wynalazczości oraz pracy — znajomości technik drukarskich, pojawił się w najbardziej zur­banizowanych krajach europejskich Neojudaizm, zapominający o wszystkich „dionizyjskich” naukach Platona. Ten popularny typ religii panuje do dzisiaj, zwłaszcza w dominujących świat kulturalnie Stanach Zjednoczonych, występu­jąc w dwóch, pozornie przeciwstawnych sobie formach ANTYSEMITYZMU oraz FILOJUDAIZMU.

Klasyczny antysemityzm jest normalną reakcją ludzi umysłowo prostych, na bezrozumną gloryfikację Nienawiści do innych kultur głoszoną przez Stary Testa­ment: Doszczętnie zniszczycie wszystkie miejsca na wysokich górach, na pagórkach i pod każdym zielonym drzewem gdzie służyły swoim bogom narody którymi za­władniecie. Zburzycie ich ołtarze, potłuczecie ich pomniki, popalicie święte drzewa, porąbiecie ich podobizny rzeźbione i zetrzecie ich imię z tego miejsca — V Moj. 12, 3-4, a także II Moj. 34, 13 i V Moj. 7, 5.

Nowoczesny antysemita, jakiego wzorem stał się już w XVI wieku reformator Martin Luter, odczytał z przetłumaczonej przezeń na niemiecki Biblii tę „naukę mojżeszową” z równie psychopatycznym zacięciem, tylko że z intencją zastosowa­nia jej do żydów: Pod ich bożnice należy podkładać ogień, a kto może, niech dorzuca do niego smoły i siarki. Kto dorzuciłby do tego piekielnego ognia, uczynił­by dobrze. A czego nie chwyci się ogień, potrzeba przysypać grubo ziemią, ażeby żaden człowiek nigdy nie zobaczył kamyka lub żużla z tego. Tak samo trzeba połamać i zniszczyć ich domy, a ich samych jak cyganów pozamykać pod dachem lub w chlewie, aby wiedzieli, że nie są panami świata.

Ten uduchowiony program reformatora chrześcijaństwa, zrealizował w cztery­sta lat później inny niemiecki mesjasz, Adolf Hitler15, który dodatkowo, zgodnie z zaleceniem Mojżesza (V Moj. 7, 2-3) wytracił prawie doszczętnie zarówno Żydów jak i Cyganów jacy nieopatrznie znaleźli się na ziemiach zajętych przez Tysiąclet­nią Rzeszę.

Inna forma neo-judaizmu rozpowszechniła się na Wyspach Brytyjskich. Otóż w tym, izolowanym od reszty Europy kraju, po samobójczej wojnie Dwóch Róż, zabrakło starej arystokracji by kontynuować w społeczeństwie bardziej szlachetne wzorce zachowania. W sytuacji pustki ideowej, wśród nowobogackiej angielskiej elity nastąpiło coś, co można by nazwać „spontanicznym odnowieniem Starego Przymierza”. Tak właśnie zachowywał się purytański dyktator 01iver Cromwell, który w Biblii szukał natchnienia, jak należy zorganizować państwo i w związku z tym zreformował je na wzór mojżeszowy. Podobnie jak i on zachowywali się i inni, wpływowi przedstawiciele ówczesnej elity: znany angielski oszust finansowy (a jednocześnie i twórca naukowego pozytywizmu) Roger Bacon, twierdził wręcz, że Anglicy wywodzą się od jednego z zaginionych plemion Izraela16, a zatem zgodnie z Biblią „cały świat dla Anglików”; jak gdyby powtórzeniem historii rozbójniczych wypraw króla Dawida (który u siebie w domu uchodził za „szlachetnego”) była awanturnicza historia morskiego pirata, Francisa Drakę, który w rodzinnym kraju uhonorowany został tytułem lorda.

Patrząc z perspektywy Starego Testamentu można zauważyć, że cała historia nowo­czesnej Anglii — a później i Stanów Zjednoczonych — stanowi rodzaj rekapitulacji (powtórzenia) dziejów starożytnego Izraela. Otóż istotą Starego Przemierza jest „Kon­kordat”, jaki z bogiem zawarł najpierw Abraham, a potem Jakub oraz Mojżesz: ten bóg miał zrobić z nich i z ich potomków Naród Wybrany, mający zagwarantowaną ciągłą dostawę „mleka i miodu”; oni zaś i ich potomkowie mieli w zamian za tę usługę wywyższać imię Pana (oraz Izraela) wśród innych bogów oraz innych narodów. Tak też w skrócie wyglądają dzieje nowoczesnej cywilizacji anglosaskiej, którą za wzór dla innych narodów, już u progu Oświecenia, postawił znany ze swej krótkowzroczności francuski intelektualista Monteskiusz w dziele „O duchu praw”. Z czasem ilość dzieł wywyższających „Państwo prawa” Zaczęła gwałtownie rosnąć, gdyż mechanizm produkcji tych uduchowionych pism był — i jest — taki sam jak u starożytnych żydów: niezdolni do innej pracy intelektualiści (dawniej zwani lewitami- kadzielnikami) pracowicie wywyższają „klasę średnią” jako nowy Naród Wybrany, ta zaś Klasa Posiadaczy, w zamian za to wywyższenie, wynagradza kadzących jej intele­ktualistów za pomocą stypendiów, angaży uniwersyteckich oraz innych honorów.

—————————-

15   Jest rzeczą dobrze znaną, że Hitler w swej ideologii wzorował się na ideologii syjonisty­cznej, której tajemna potęga wyraźnie go fascynowała — tak jak kiedyś fascynowała Mojżesza tajemna potęga egipskich kapłanów, których w skrytości imitował. Najlepszy zaś portret psychologiczny tego Wodza Narodu Wybranego (i jego pierwowzoru Mojżesza) można znaleźć w książce Hermana Reuschinga „Rozmowy z Hitlerem”. Portret ten został w następujący sposób streszczony przez „Gazetę Wyborczą” z września 1994: Mamy portret psychopaty, ogarniętego licznymi idee fixe, człowieka słabej woli, pełnego kompleksów, któremu w cudowny sposób udało się zwieść wielki, naród niemiecki (względnie: żydowski). Ale i obiecywał niemało: panowanie nad światem, tysiącletnią Rzeszę (wzgl. Izrael), Lebens- raum (Ziemię Obiecaną) i status Ubermenscha (Narodu Wybranego). Niemcom (Żydom) to odpowiadało, gdyż w skrytości ducha są oni przeświadczeni o własnej wyższości kulturalnej, cywilizacyjnej i wszelkiej innej.

16          W Anglii istnieje do dzisiaj Anglo-Israel Identity Society udowadniające identyczność Anglików z Żydami. Patrz artykuł na ten temat w ,Dziś” 8/93, s. 61-62.

[1]  Warto w tym miejscu przypomnieć, że i Jezus Chrystus, by uwiarygodnić swe posłannic­two wśród przygotowanych przez Biblię na cuda Żydów, też stosował podobne chwyty reklamowe: zgodnie z biblijną przepowiednią wjechał na ośle do Jerozolimy,, był uzdrowi­cielem itd Jednak przepowiedzianym potomkiem króla Dawida nie był, a pomimo to nim został (Mat. 1,1). Jest to przykład jeszcze jednego biblijnego „cudu”.

[2]   Domek (hebr. tabernacle — Św. Namiot) jest obiektem kultu w każdej cywilizacji burżuazyjnej. Wywodzący się z judaizmu kult domków („skrzyń boga”) osiągnął swe apogeum we współczesnej cywilizacji liberalnej. Anglojęzyczni „skrzyniowiercy” — albo inaczej Ludzie skrzyni — podobnie jak starożytni żydowscy kapłani, wchodzą w kontakt ze swym Bogiem jedynym tylko w otoczeniu fetyszyzowanych przez nich skrzyniopodobnych przedmiotów: nie tylko przed ekranem Komputera oraz przed okienkiem Banku, ale także w supermarketach, samochodach, a nawet i w klozetach.

[3] Trzeba zauważyć, że to typowo niewolnicze marzenie o odwróceniu się ról społecznych z okresu 400-letniej niewoli w Egipcie, według Biblii Żydom udało się zrealizować tylko raz, w ciągu 40-łetnich rządów Salomona: Całą ludność pozostałą z Amorytów, Chetcjczykach etc…. Salomon zaprzągł do robót niewolniczych … Z Izraelitów zaś nikogo nie skazał na niewolę, gdyż byli oni wojownikami i jego podwładnymi, jak również wodzami przybo­cznymi — I Krl. 10, 20.

[4] Innym przykładem magicznej TARCZY OCHRONNEJ jest Miedziany Wąż, jedyny amulet o postaci zwierzęcej, jaki nakazał sporządzić Mojżesz. Spojrzenie na tego Sztuczne­go Węża automatycznie ponoć osłabiało moc jadu węży naturalnych, które kąsały Naród Wybrany (IV Moj. 21,8). Za taki właśnie „amulet” należy traktować Kamienne Tablice, na które spojrzenie skutecznie osłabiało ,jad” oskarżeń wobec Izraela o chciwość i sadyzm. Zasady funkcjonowania takich „amuletów” Mojżesz poznał prawdopodobnie w czasie swej inicjacji kapłańskiej w Egipcie. Patrząc zaś z pozycji starożytnego, egipskiego kapłana, nowożytny krucyfiks jest niczym innym, jak takim właśnie „amuletem”, chroniącym chrze­ścijańskie owieczki przed jadem ukąszeń „węża” jakim jest Żywy Chrystus. Ilustracją skuteczności tegoż „amuletu” jest historia zachowania się Wypraw Krzyżowych oraz Zako­nu Krzyżackiego.

[5] „Spisek” Jezusa z niektórymi uczonymi żydami polegał na celowym opuszczaniu przez nich zdania z Księgi Powtórzonego Prawa, które bezpośrednio poprzedzało przytoczony powyżej nakaz miłości Boga (V Moj. 6, 5). To „zapomniane” przez chrześcijan zdanie niedwuznacznie wskazuje, że Izrael miał czcić jako Jedynego, prywatnego boga mojżeszo­wych kapłanów (V Moj. 6, 2-4).

[6] To właśnie brat Mojżesza Aron, działając jak nowoczesny prowokator, odlał ze złota posąg Cielca —n Moj. 32, 4.

[7]    Pomysł z „Arką Przymierza” pochodzi oczywiście z Egiptu, gdzie w trakcie procesji religijnych noszono specjalną łódź (arkę), w której podróżował po niebie bóg słońca Re. Prawdopodobnie w czasie swej inicjacji kapłańskiej w Egipcie Mojżesz zauważył, że Egipcjanie nadają tej zwykłej łodzi (arce) cechy metafizyczne. Wprowadził więc podobny kult — początkowo z doskonałym skutkiem i to nawet militarnym — do religii Izraela, przy czym Boża Skrzynia (Arka) została odpowiednio pomniejszona, by ułatwić jej transport w warunkach pustynnych.

[8]   Jest interesującym, że egipski bóg-stworzyciel Ptah, którego w pierwszym okresie kultury egipskiej można by utożsamić w greckim „Stworzycielem poprzez miłość” Erosem, pod koniec Nowego Państwa — być może pod wpływem obserwacji zachowania się „dzieci Stworzyciela” czyli Żydów — przybrał postać monstrualnego karła, utożsamianego przez Greków z Hefajstosem, „Stworzycielem (rzeczy) poprzez pracę”. Taki bóg-karzeł mieściłby się w „Skrzyni przymierza” zaprojektowanej przez Mojżesza — II, 10-22.

[9] Zasada „miłości do istot czujących” wynika samorzutnie z „pogańskich” wierzeń w reinkarnację duszy ludzkiej — także i w postaci zwierzęcej. Według na przykład wierzeń hinduskich, kopiąc psa można nieopatrznie kopnąć swego własnego przodka; bądź nawet — w życiu przyszłym — samego siebie.

[10] Na temat istotnej różnicy między Ewangeliami a Listami Św. Pawła istnieje bogata literatura (patrz Keller, Kosidowski etc.). Sama postać Św. Pawła, jako „faryzeusza obłud­nika” jest jak gdyby prefigurowana w Ewangeliach: gdy Paweł chwali się, że „pracowaliśmy we dnie i w nocy”, to Jezus szydzi z niego „kto przyłoży rękę do pługa, nie dla tego Królestwo Boże”; gdy Św. Paweł bezustannie podróżuje, zakładając i „umoralniając” gminy chrześcijańskie, to Jezus pomstuje „Biada wam, że obchodzicie ziemię i morze aby znaleźć współwyznawcę, a znalazłszy go, czynicie go stokroć gorszym niż uprzednio”. Takich przykładów można podać więcej (Patrz „Epilog”).

* Patrz przypis na wewnętrznej stronie okładki.

————————

CZTERY WIELKIE OSZUSTWA CYWILIZACJI

W „Nowym Jeruzalem” prawie prehistoryczny Dekalog jest równie gorąco czczony jak w Jeruzalem starym (patrz najnowsza seria filmów Romana Kieślowskiego na ten temat). Starający sie jak najbardziej przypodobać „bogu” intelektualiści dorzucili do tego „Starego Prawa” CZTERY WIEKIE ZASADY, przed których nadziemską wręcz potęgą zdaje się dzisiaj korzyć ludzkość na całej planecie. Te „cztery (sztuczne) światła cywilizacji” popularny we Francji intelektu­alista Krzysztof Pomian streścił w zaledwie siedmiu słowach:

1° Demokracja; 2° Wolny Rynek;

3° Nauka i Technika; 4° Społeczeństwo Laickie.

Tym Największym Przykazaniom Cywilizacji należy poświęcić kilka zdań, gdyż podobnie jak Dekalog służą one zamaskowaniu intencji oraz czynów zgoła odwrotnych od tych deklarowanych.

Jeśli chodzi o społeczeństwo laickie, to jest to tylko eufemizm, dla określania społeczeństw, w których „jedynym bogiem” jest Materialny Sukces. (Z takim przecież „bogiem” zawarł przymierze legendarny Jakub-Izraęl.) „Społeczeństwo laickie” jest w kontekście cywilizacji zachodniej jedynie pretekstem dla krucjaty państw najbogatszych, określanych w skrócie jako G-7, przeciw „dzikim” i „pogań­skim” krajom, w których rządzą bądź brudne ajatollachy, bądź obłudne katolickie klechy, bądź też jeszcze, gnębiący prywatną inicjatywę oraz system bankowy komuniści. Tak jak w starożytnej Teokracji Izraela, w której przedmiotami kultu były ułatwiające życie wytwory pracy, tak i we współczesnej Technokracji G-7, przedmiotem kultu jest nieustanny wzrost gospodarczy, mający na celu nasycenie Ziemi tymiż właśnie, umiłowanymi przez „boga” symbolicznego Izraela, martwy­mi protezami cywilizacji.

Nauka, nad której prawomyślnością czuwają dzisiaj uczeni-lewici, też jest całkowicie podporządkowana „jedynemu bogu” jakim jest komercyjny sukces. Z tego powodu na milczenie, nędzę i „społeczną śmierć” skazywani są dzisiaj „bluźniercy”, którzy odważają się -— by użyć słów proroka Malachiasza — naprzykrzać się Panu mówiąc, że sukces komercyjny odnoszą tylko teorie oparte na bzdurze, zaś te logicznie spójne i obserwacyjnie uczciwe są spychane w niebyt. Przykładem takiego zachowania uczonych „lewitów” jest sprawa sfor­mułowanych już dwieście lat temu przez Lamarcka[1] Praw Biologii. Nikt z „lewitów” o tych prawach nie chce słyszeć, gdyż usłyszałby wręcz straszne rzeczy o biologicznych skutkach bałwochwalonej przez tychże „kadzielników” cywilizacji.

Jak gdyby summum poznawczych osiągnięć „Nowego Jeruzalem” są prace amerykańskiego psychologa B. F. Skinnera. Według mądrości tego godnego nastę­pcy rabina Ben Akiby, w imię miłości bliźniego należy dążyć do całkowitego wykorzenienia u ludzi „człowieka wewnętrznego”, „homunculusa”, czyli dokładnie tej platońskiej duszy poznającej, którą tak usilnie starali się rozbudzić u uczniów zarówno Sokrates jak i Jezus. (Jezus mawiał nawet, że „nie tych należy się bać, co zabijają ciało, ale tych co zabijają duszę”. Jest to jednoznaczne oskarżenie, skiero­wane pod adresem zarówno starożytnego judaizmu, jak i nowoczesnego liberali­zmu, o zbrodnię większą nawet niż ludobójstwo. Obie te bowiem „religie” starają się zamienić ludzi w wymarzone przez Mojżesza kukły-roboty, zdolne li tylko do niszczenia wszystkich, nie dających się „zagospodarować” przez Cywilizację Tech­niki oraz Rynku, przejawów swobodnego życia.)

Taki kierunek rozwoju nowoczesnej nauki, mający wyraźnie na celu zniszczenie u ludzi „boga wewnętrznego” przewidział już dwieście lat temu Wolfgang Goethe w powieści „Doktor Faustus”. W książce tej opisana została historia swoistego „przymierza” jakie zawarł ambitny naukowy kuglarz ze swym prywatnym „bo­giem” o nazwisku Mefistofeles: w zamian za sprzedaż diabłu swej duszy, dr Faustus (symbolizujący nowoczesne, mafijne —- względnie masońskie — stowa­rzyszenie uczonych) miał uzyskać władzę nad światem. Dla ludzi posiadających duszę poznającą, to „Nowe Przymierze”[2] uczonych-kuglarzy jest po prostu odtwo­rzeniem Przymierza Starego: przecież to egipski uczony-kuglarz Mojżesz, w za­mian za sprzedanie duszy Izraela „bogu” o nazwisku Jahwe, miał otrzymać od tegoż „boga” Ziemię Obiecaną. W świetle rzuconym przez Wolfganga Goethe, Kamienne Tablice z Dekalogiem przygotował dla Mojżesza sam Mefistofeles, występujący podówczas pod pseudonimem Jahwe. Potwierdził to zresztą Chrystus, który utrzy­mywał, że „Ojcem” prawowiernych żydów jest diabeł — Jan 8, 44.

 

DEMOKRACJA I WOLNY RYNEK W KRAJU „LEWITÓW-KADZIELNIKÓW”

Rozbrzmiewające od kilku lat na całym świecie przykazanie „Będziesz się głośno modlił do Wolnego Rynku z całego serca swego i z całej duszy swojej”[3] jest równie podniosłe jak przykazanie Demokracji. Dobrzy jednak gracze giełdowi wiedzą, że dysponujące ogromnymi funduszami „rekiny” z łatwością są w stanie manipulować, oraz okradać z wkładów, tysiące małych giełdowych „płotek”. W sumie „wolny kapitał”, w sposób niejako automatyczny, ulega kumulacji w rękach wyspecjalizowanych w przechwytywaniu tegoż kapitału jednostek bądź organizacji. Inaczej mówiąc, prywatyzacja gospodarki jakiegokolwiek kraju ozna­cza pojawienie się społeczeństwa o wyraźnie „dwóch szybkościach”: biblijne „mle­ko i miód” dostaje się ponadnarodowym mafiozom-filantropom, otoczonym wianu­szkiem wdzięczących się do nich „intelektualistów”; przysłowiowy zaś „pot i łzy” zapewnie się zas’ szerszej populacji, którą „intelektualiści” — w Biblii zwani „kadzielnikami” — pracowicie łudzą elektronicznymi mirażami Ziemi Obiecanej. O tych banalnych, acz skrywanych przed opinią publiczną mechanizmach społecz­nych pisał w połowie XIX wieku Karol Marks i pod koniec wieku XX powtarza te banalne prawdy Noam Chomsky.

W połowie wieku XIX francuski publicysta Maurice Joly napisał niechętnie dzisiaj przypominany pamflet „Dialog w piekle Makiawela z Monteskiu­szem”[4]. Przewidywał w nim, że pod maską liberalizmu bardzo szybko dojdzie do władzy despocja: bądź to jedynowładcy (jak Napoleon HI w ówczesnej Francji), bądź w formie jeszcze bardziej zamaskowanej „godnością” grupy ma­fijnej (jak to sugeruje w przednmowie do wznowionego w 1968 roku „Dialogu” francuski publicysta Francois Revel). I właśnie działalności tych współczes­nych, ponadnarodowych „związków (względnie «Fundacji») ludzi Prawa” war­to się bliżej przyjrzeć.

Okazją do takiego „wejrzenia w głąb duszy” elity intelektualnej, która bądź już rządzi, bądź ma zamiar przejąć duchową kontrolę nad światem, było ponadnarodowe spotkanie, poświęcone „niepotrzebnej pamięci” („La memoire vaine”), zorganizowa­ne w czerwcu 1994 przez ekumeniczne stowarzyszenie „Znak” oraz Instytut Francuski w Krakowie. W trakcie tego spotkania, poświęconego metodom wykorzeniania u ludzi — a zwłaszcza u elit — pamięci o narodowych urazach z przeszłości, bardzo interesu­jącą deklarację złożył Adam Michnik, znany intelektualista, odznaczony w Paryżu, w 1990 i 1991 roku, tytułem Europejczyka, a nawet i Żyda Roku. Ten rzeczywiście ponadnarodowy Bojownik o Wolność i Demokrację, w Krakowie stwierdził z naci­skiem, iż jako demokrata serbski, domaga się usunięcia (demokratycznie przecież wybranego i potwierdzonego) prezydenta Serbii, Slobodana Miloszevica. Jeśli tego nie da się zrobić inaczej, to nawet siłą. Mówiąc językiem prostym, według „prawdzi­wych demokratów” demokracja jest ustrojem słusznym tylko wtedy, gdy w nim rządzą „swoi”[5].

Ta charakterystyczna wypowiedź Adama Michnika — który jako intelektualista cieszy się niezwykłym wzięciem w mass mediach, nie tylko we Francji, ale i w Stanach Zjednoczonych — wskazuje że pomimo szeroko rozpropagowanego mitu o „braku spisku”, istnieją jednak potężne pod względem ekonomicznym siły, które najwyraźniej pragną stać się legendarnym „Narodem Wybranym”, panującym nawet nad najmniej­szym na Ziemi robaczkiem. (Erich Fromm twierdzi, że tym wyraźnie umysłowo chorym siłom, śni się Nowe Stworzenie Świata, na obraz i podobieństwo Stworze­nia jakiego dokonał biblijny „bóg” w ciągu 6 dni pracy…)

W Europie Wschodniej, niekwestionowanym przywódcą tych ukrytych, ponad­narodowych sił finansowo-intelektualnych jest amerykański miliarder George So­ros, który w książce „Uratować demokrację na Wschodzie”, przyznaje się otwar­cie, iż nieobce są mu idee mesjańskie, dość bliskie zresztą ideom Banku Światowego. Nie interesuje nas tutaj dociekanie, kto na tej „Nowej Ziemi” —jak ją pięknie nazwał papież Jan Paweł II w encyklice o ludzkiej pracy — będzie spijał miód, a kto będzie łykał łzy. Ważnym jest tylko to, co już dzisiaj winni czynić Synowie Światła, zanim kolejny, Mesjasz, czyli „syn kłamstwa”, doprowadzi kolejny Naród Wybrany do kolejnej, światowej katastrofy.

Zrobić zaś trzeba rzecz wręcz banalną. Po prostu należy wykorzystać program, który przygotował jeden z uczestników „ekumenicznego” spotkania w Krakowie. Alain Filken- kraut w książce o „niepotrzebnej pamięci”: trzeba po prostu wykorzenić z ludzkiej pamięci właśnie Stary Testament. Jest to bowiem najbardziej zatruta księga świata. Przecież, patrząc w sposób światły, „mędrcy”, którzy od tysięcy lat utrzymują, że „Bóg umiłował Jakuba-oszusta, zaś znienawidził przebaczającego Ezawa”[6] powinni już od tysięcy lat znajdować swoje miejsce tam, gdzie w każdym cywilizowanym kraju trzyma się oszustów i psychopatów! (Biblijne „Zastępy Pana” wydają się zatem być w istocie przeogromne. Do tych, przybranych w szpitalne koszulki, kaftaniki bezpieczeń­stwa oraz więzienne szatki, „niebiańskich zastępów”, należy przecież nie tylko komplet proroków Starego Testamentu, ale i spora liczba Ojców Kościoła, nic mówiąc już o Reformatorach.)

Należy też „zapomnieć” całą haniebną dla Homo sapiens historię liberalizmu i darwinizmu i powrócić do chlubych dla gatunku ludzkiego, nauk „dionizyjskich”: platonizmu, marksizmu oraz lamarckizmu. Wątpić jednak należy, że nowocześni „lewici”, czyli Strażnicy Świątyni, oddadzą bez oporu Klucze Poznania, którymi podstępnie zawładnęli. W tej hipotetycznej sytuacji należy postąpić dokładnie tak, jak to niedawno zaproponował Adam Michnik: jeśli się nie da tego zrobić w inny sposób, to Kupców ze Świątyni Poznania należy wyrzucić siłą. Nie należy się przy tym przejmować rzymską maksymą Nec Hercules contra plures, gdyż to właśnie Herakles oczyścił Stajnie Augiasza.

 

Aneksy

I. „CUDA” BOGA CO ZNIKA I ZMARTWYCHWSTAJE

Badacze Pisma od lat dokładają wysiłków, aby udowodnić, że Stary Testament zapowiadał nadejście Chrystusa. Poza jednak marginesowymi wzmiankami (np. o tym, że Ezaw z czasem się wyrwie z poddaństwa wobec Jakuba-Izraela) to przecież w Biblii opracowanej przez Lewitów pod kątem bezustannej gloryfikacji sukcesów Czcicieli Skrzyni, nie może być takich przepowiedni. Uczciwi historycy wiedzą, że program dla działalności ewangelicznego Syna Bożego został przygoto­wany nie na górze Synaj, gdzie Mojżesz dogadał się z Jahwe dokładnie tak, jak w wieki później dr Faustus z Mefistofelesem. Ten program powstał na mitycznym Olimpie. Historia kochającego piękno i prawdę boga-człowieka została bowiem już na pięćset lat przed pojawieniem się Ewangelii spisana przez Platona w „Uczcie”. Sokrates przedstawia w tym dialogu taki oto wzór przyszłego bohatera religii chrrześcijan: Jest to wieczny biedak; (…) jak potyrcze wygląda i boso chodzi, bezdomny (…) dachu nigdzie nie ma nad głową, bo taka już jego natura po matce, że z biedą chodzi w parze. Ale po ojcu, goni za tym, co piękne i co dobre, odważny zuch, tęgi myśliwy, zawsze jakieś wymyśla sposoby, do rozumu dąży, dać sobie rady potrafi, a filozofuje całe życie, straszny czarodziej, truciciel czy sofista; ani to bóg, ani człowiek. I jednego dnia to żyje i rozkwita, to umiera i znowu z martwych powstaje, bo jest w nim natura ojcowska.

W tym micie, przypomnianym na początku chrześcijaństwa przez Orygenesa, bóg-człowiek Eros zrodził się z tęsknoty zwykłej, ludzkiej Biedy do Dostatku. W przypadku interesującej nas historii Jezusa z Nazaretu „matką-biedą” była bieda żydowska: zarówno bieda materialna (bo lud, w super-bogatym, starożytnym Izraelu był podobnie biedny jak robotnicy w super-bogatej Anglii XIX wieku); była to też bieda umysłowa (bo lewici-faryzeusze, przechwyciwszy klucze poznania, „sami nie weszli, a i inym wejść nie dawali”). Boskim „ojcem” dla Jezusa-Erosa był grecki Dostatek-Dionizos, który upojony nektarem w czasie „Uczty Bogów” zdrze­mnął się, co pozwoliło Żydowskiej Biedzie zbliżyć się doń i począć, dzięki temu zbliżeniu, bękarta — Erosa. (Nie ma zatem słuszności Orygenes, twierdzący że człowiek-bóg nie mógł się narodzić z „rozpusty”.) Historia Jezusa jest po prostu powtórzeniem historii boga-człowieka, zaplanowanej przez Platona na kilka wie­ków przed Chrystusem. Dzisiaj historię tego „cudu” należy opowiedzieć w ścisłych terminach nauki biologii, której podwaliny położył dwieście lat temu Lamarck, a w wieku XX rozwinął Jean Piaget w postaci nauki epistemologii genetycznej. Według tego, zmarłego niedawno uczonego z Genewy, genetyczna pamięć wszystkich zachowań kulturalnych kumuluje się w ludzkim genomie przekazywanym, zgodnie z regułami Mendla, z pokolenia na pokolenie. Uzewnętrznianie odziedzi­czonych odruchów służy ich wzmacnianiu, nie uzewnętrznianie powoduje atrofię, czego skutki dziedziczy się — jak to słusznie podkreślił Mojżesz w Dekalogu — przez nawet trzy do czterech pokoleń. (Te dane o dziedziczeniu „cech nabytych” Mojżesz uzyskał prawdopodobnie od kapłanów Egiptu, znanych z precyzyjnych obserwacji, nie tylko w dziedzinie astronomii.)

Zjawisko powtarzania przez kolejne pokolenia, zarówno cnót jak i grzechów popełnionych przez przodków, pod koniec wieku XIX znany niemiecki biolog Ernst Haeckel nazwał prawem rekapitulacji, albo prawem biogenetycznym. To prawo tłumaczy w sposób racjonalny nie tylko pitagorejski mit o przekazywaniu i dosko­naleniu się dusz szlachetnych (względnie podłych) z pokolenia na pokolenie. Tłu­maczy ono także „cuda” związane ze znaną nam wszystkim historią Chrystusa, będącego jednocześnie i bogiem i człowiekiem.

Otóż sądząc po jego czynach, Jezus był owocem szczerej, niezaakceptowanej oczywiście przez słynący z kołtuństwa Izrael, miłości Żydówki Marii do tego żołnierza (a ściślej oficera) rzymskiego pochodzenia greckiego, o którym mamy wzmianki zarówno w Talmudzie jak i u Orygenesa. Fizyczny ojciec Jezusa posiadał zatem za sobą wielowiekową kulturę helleńską i odziedziczone przez Jezusa geny „ojcowskie” spowodowały, iż samorzutnie przystał on w młodości do kultywującej tradycje pitagorejskie sekty esseńskiej, której nauki później sani propagował. Natomiast matka Jezusa, Maria pochodziła prawdopodobnie z odtrąconej przez lewitów — i dlatego biednej — rodziny Dana. Ta zaś rodzina, już od czasów legendarnego Jakuba, miała ciągle odradzający sic wśród jej członków — jak wskazuje Biblia, ze szkodą dla nich samych — zwyczaj krytykowania Izraela[7]. Ze skrzyżowania się zaś tych dwóch natur, „dionizyjskiej” po unii 1 .,biedno żydowskiej” po matce, |narodził się Jezus, ni to bóg, ni to człowiek (Jeśli zaś chodzi o „cud” dziewictwa Marii, to przecież i w starożytności rzeczą doprawdy banalną było unasiennienie bez utraty dziewictwa.)

Najważniejsza jednak dla chrześcijan jest sprawa „cudu” zmartwychwstania. który Jezus-Eros sam zapowiada w słowach prawie identycznych ze słowami Sokratesa: „krótki czas, a nie ujrzycie mnie i znów krótki a ujrzycie” (Jan 16, 16). Zatem to na gruncie poprzedzającego chrystianizm platonizmu należy tłumaczyć ten „cud”. Jak twierdził sam Jezus, był on Synem Bożym nie w swej zewnętrznej POSTACI (personie, masce), ale w swej ukrytej ISTOCIE (substancji, hipostazji). Jego zaś istotą była specyficzna struktura połączeń neuronalnych w korze mózgo­wej, będąca źródłem „światła”, które przekazywał swym uczniom. Po wielokrot­nym „naświetleniu” przez niego, ciż uczniowie zaczynali „świecić” dokładnie (łub prawie dokładnie) takim samym „światłem” co ich mistrz. Dowodem zaś na zmar­twychwstanie (ożywienie się) u tych uczniów, prawie identycznej co u mistrza, struktury neuronalnej, są napisane ponad pół wieku po jego śmierci Ewangelie. Po prostu bóg Eros zaczął się manifestować w innych, iluminowanych przez niego osobach, tak jak Jezus był iluminowany — zarówno przez geny jak i przez kulturę — przez jego poprzednie wcielenie Erosa-Sokratesa, którego uczniem był Platon.

Interesującym jest fakt, że w przeciwieństwie do Ewangelistów, w „Listach” św. Pawła, napisanych przecież dużo wcześniej niż Ewangelie, nie daje się odnaleźć podobnego „światła” pochodzącego od Erosa: pomimo bowiem, iż św. Paweł się zarzekał, że całością jego działania kierowała miłość, to z innych fragmentów „Listów” jest ewidentnym, iż chodziło mu o

miłość do pracy, a więc do Labora, a nie do Erosa. Św. Paweł-Szaweł był czystym produktem wielowiekowej, faryzejskiej (lewickiej?) tradycji bogatych Żydów; z tego powodu podział na zew­nętrzną „postać” oraz ukryta „istotę” był dla niego niezrozumiały. Św. Paweł po prostu nie odziedziczył po przodkach odpowiednich do zrozumienia tego predyspo­zycji neuronalnych. Dlatego zrobił on, zgodnie z mojżeszowa tradycją „budowy imponujących pozorów”, z Jezusa Chrystusa „boga”, który w dokładnie tej samej postaci jak umarł — z dziurami w rękach i w boku, ale bez połamanych goleni, co się przydarzyło innym powieszonym wraz z nim łotrom — to i zmartwychwstał[8]. I w tę bzdurę Św. Paweł nakazywał wierzyć w swych sugestywnych „Listach”, bo (jak twierdził Platon) bzdura zawsze się dobrze sprzedawała, a zatem dobrze służyła umacnianiu autorytetu nowej religii. Patrząc w sposób platoński, Św. Paweł odrzu­cił z judaizmu jego zewnętrzną „szatę” czyli Prawa Mojżesza, zatruwając jednocześnie rodzące się chrześcijaństwo kołtuńską istotą (substancją) tej moj­żeszowej „religii”. Ta zaś, ukryta przed mało spostrzegawczymi ludźmi istota religii Homo economicus zmartwychwstała w ostatnich wiekach — właśnie dzięki pracy Św. Pawła — w nowoczesnej, zewnętrznej „szacie” Liberalnego Państwa Prawa.

II. LISTY I DYSKUSJE NA TEMAT „WOJNY BOGÓW”

M. W. (Mark Wegierski)

Kanada

Szanowny Panie,

Otrzymałem od Pana „teologiczny” list i możliwie krótko odpowiadam na krytykę mej postawy.

1)   Napisałem mą „Wojnę Bogów” jako rodzaj poznawczej „Igraszki z diabłem”. (Była taka książeczka pióra Leszka Kołakowskiego; Kołakowski skądinąd, po przeglądnięciu mej „Wojny” stwierdził to co i Pan, że za ostro piszę. Trudno, taka już moja genetyczna natura.)

2)   Jak Pan pisze, „profesjonaliści” mogliby mnie z łatwością zredukować do „neonazisty” (np. na podstawie zdania, że Hitler kopiował Mojżesza tworząc mit Lebensraumu dla Narodu Wybranego). „Profesjonaliści” wpisują się zatem w opi­sywany przez Chomsky’ego „etos” mafii złodziei, którzy dla odwrócenia od siebie uwagi, pierwsi zaczynają krzyczeć „łapać złodzieja!”.

3)   A tak w ogóle, to ja się przecież nie zajmuję Żydami, tylko wytworem ich „pracy poznawczej” w postaci Biblii. Istnieje oczywiście hipoteza, że podobnie jak „Protokoły Mędrców Syjonu” w wieku XX, tak i Stary Testament w V wieku p.n.e. napisali zamaskowani w Babilonie wrogowie Żydów, w celu ich pohańbienia oraz wyrzucenia w przyszłości z Palestyny, Faktem jest, że ten ..plan” udało się zrealizować w II wieku n.e. i nie ulega wątpliwości, że to biblijne nauki Mojżesza spowodowały ówczesny holocaust Żydów.

4)  Pisze Pan, że ma odwaga jest głupia. Zgadzam się. Przypominam przy okazji, iż według tez judaizmu, odwaga z definicji jest nie tylko głupia ale i przstępcza: odwaga bowiem może narazić wyznawcę judaizmu na przedwczesna śmierć, w wyniku której zamiast obowiązkowego „panowania nad ziemią”, będzie on w te| ziemi gnić.

(Historia biblijnego Mojżesza poucza, że jakakolwiek odwaga, np. przeciwstawiania się jemu, bądź jego bogu —- jest przejawem przestępczej głupoty. Moj­żesz sam zawsze zabijał swych „nie-bliźnich”, bądź podstępem, bądź gdy byli oni bezbronni. To on właśnie nauczył Anglików i Amerykanów likwidować „nie- bliźnich” — na przykład Indian, czy ostatnio Irakijczyków — za pomocą subtel­nych, ludobójczych metod nie wymagających w ogóle odwagi.)

5)    Przy okazji pisanego na zamówienie artykułu o POLSKIM FRYMARKU określiłem się jako „starotestamentowy Żyd z pokolenia Ezawa” itd. Jeśli ktoś na tej podstawie zacznie mi wmawiać, że jestem antysemitą to zrobi z siebie durnia, albo jeszcze gorzej.

6)  W przypadku „znienawidzonego przez Boga” Ezawa odwaga popłaca. Sam widziałem jak Adam Michnik uciekł z kawiarni li tylko na dźwięk mego nazwiska.

7)  Rozmawiałem z I. K. na temat przyczyn, dla których judaizm jest (a raczej był) religią tak trwałą. Zgodził się on ze mną, że kretynizm jest nieśmiertelny. W Nowym Testamencie poznawczą podstawę tego nieśmiertelnego kretynizmu przypo­mniał św. Paweł w „Liście do Rzymian” 4,8: „Błogosławiony zbrodniarz, którego grzechy nie zostały zdemaskowane“…

To właśnie z tymi, doskonale zamaskowanymi „obiektywną nauką” oraz „pra­wami człowieka” przestępcami czeka nas w niedalekiej przyszłości rozprawa — i to nie tylko w Jugosławii, ale i w Polsce. Wg Chomsky’ego także i w Kanadzie.

Pozostaję z biblijno-rewolucyjnymi pozdrowieniami,                                                    M.G.

DYSKUSJA

Kolejny „dialog sokratyczny” M.G. z A.W. (Andrzejem Wiercińskim) doprowadził do interesujących wniosków:

1)              Argument A.W., że Bóg Wszechmocny jest w stanie przekraczać prawa fizyki (tzn. czynić cuda) jest logicznie zasadny jeśli założymy; że te prawa zostały stworzone, a nie że są wieczne (patrz pkt. 4).

2)             Argument M.G. że Bóg Doskonały nie jest w mocy przekraczać praw logiki też jest zasadny: te prawa są bowiem nagminnie przekraczane czy to przez niedouków, czy przez demagogów bądź oszustów. Jeśli Bóg upodobni się do tych kreatur, to przestanie być Istotą Doskonałą. Nie może zatem istnieć Stwórca Logiki, stojący ponad tą Logiką.

3)             Prawa logiki (matematyki) muszą być zatem Doskonałym, Najwyższym Bogiem. Jest to postulat znany Grekom już od czasów Pitagorasa. Prawa te mają nie tylko naturę platońskich „nieśmiertelnych idei”, ale także posiadają moc stwórczą.

4)            To logika bowiem stworzyła w umyśle ludzkim koncept Boga Wszechmogą­cego. (Patrz pkt. 1; z tzw. teorematu Goedla — że żaden system nie potrafi się w całości sam zdefiniować — wynika na przykład, że jeśli prawa fizyki zostały stworzone, to ich Stwórca posiadał Informację większą niż jego dzieło.)

5)             Z punktu widzenia logiki — czyli „Boga Najwyższego” — Pismo Święte, zarówno Starego jak i Nowego Testamentu, jest gniotem. (Za wyjątkiem oczy­wiście „hellenistycznych” Ksiąg Koheleta i Syracha oraz Ewangelii.) „Nieśmiertel­na popularność” Biblii tkwi w fakcie, że schlebia ona zarówno próżności jak i brakowi spostrzegawczości jej czytelników.

6)             A oto dowód krętactwa Twórców Pisma Świętego. Najpierw Biblia stwierdza (Ks. Rodz.), iż „wszystko co stworzył, podobało się Bogu”. Potem (Ks. Wyjścia, Pwt., Malachiasz, Św. Paweł w „Liście do Rzymian”) powtarzają esencjonałną dla Pisma ideę, że „Bóg umiłował plemię Jakuba-Izraela, zaś bliźniaczym Ezawem (i resztą ludzkości) wzgardził a nawet i znienawidził”. Z tego argumentu wynika logicznie, że:

a/ „Bóg” Mojżesza, Malachiasza, Św. Pawła i im podobnych „proroków” był istotą nie w pełni rozwiniętą umysłowo, znienawidził bowiem to, co wcześniej uznał za dobre;

b/ Społeczność, w której karierę zrobili tak logicznie niespójni „prorocy” musia­ła już wcześniej być pozbawiona odruchów racjonalnego myślenia;

c/ W starożytności takim Narodem Wybranym Do Uwierzenia W Bzdurę okazało się być plemię Izraela, którego Ojcowie Założyciele — Zarówno Izaak jak i Jakub — byli ślepcami w momentach najważniejszych decyzji dotyczących przy­szłości ich rodu.

7)            Podobne jak u starożytnego Ludu Bożego, objawy krótkowzroczności (a nawet i ślepoty), pojawiły się w czasach nowożytnych u rozczytujących się w Biblii, neotenicznie „udziecinnionych” protestantów. W czasach najnowszych, biblijna Choroba Oczu, rozpowszechniona w Nowym Testamencie przez „Listy” Św. Pawła pozującego na namiestnika Chrystusa, dotknęła także katolików, zwłaszcza w Polsce.

8)            W konkluzji należy stwierdzić, iż nie jest prawdą, że człowiek pod względem ewolucyjnym jest gatunkiem udanym. Na odwrót, wywołana Materialną Cywili­zacją (m. In. Pismem Świętym) ewolucyjna atrofia (neotenia) ludzkich organów poznania doprowadziła do znikczemnienia ludzkich odczuć (i odruchów) mo­ralnych.

Mr.”ATMANANDA”

Poland

(fragmenty)

Szanowny Kolego,

Ucieszył mnie bardzo list od Pana, bo w obecnej epoce Ambitnego Bezmózgowia coraz trudniej napotkać istoty rozumujące. Mając chwilę czasu, odpowiadam szerzej na Pańskie zastrzeżenia oraz komentarze.

1)    Bardzo celna jest Pańska opinia, że Żydzi zabili Jezusa, a Paweł z Tarsu go uśmiercił Pozwolę sobie rozpowszechnić ją wśród znajomych. Od siebie dodam, iż żydzi (a ściślej izraelici) rozpoczęli „wojnę religijną” z gatunkiem Homo sapiens już w momencie wygnania z ojcowizny legendarnego Ezawa.

2)    Z Pana Listu wynika, że sprawa „Praw Logiki (matematyki), które muszą być „Doskonałym, Najwyższym Bogiem” wymaga dodatkowych wyjaśnień. Ja LOGIKĘ defi­niuję jako zbiór zasad poprawnego myślenia (nauczanych zresztą w szkole). Te zasady nigdy się nie zmieniły. Identycznie wygląda sprawa zasad MATEMATYKI: z podstawo­wych tautologii l + l= 2il+0=l wyprowadza się całość operacji matematycznych do jakich zdolny jest komputer.

3)   Logika ma moc stwórczą, to dzięki niej doszliśmy na przykład do wniosku, że na poziomie submikroskopowym stany fizyczne można opisać tylko za pomocą terminów probabilistycznych.

4)    Wskazane przez Pana, popularne dzisiaj ekstrapolowania wyjaśnień prob­abilistycznych na zjawiska makroskopowe jest ewidentnym błędem logicznym. Napisałem na ten przemilczany temat parę prac, z których jedną, „Atrapy i paradoksy nowoczesnej biologii” jako podarunek świąteczny Panu przesyłam.

5)   Czesław Miłosz, recenzując niedawno (Tyg. Powsz. 50/94) książkę Lwa Szastowa „Ateny i Jerozolima” podkreślił, że etos starożytnych izraelitów podobny był do zachowa­nia się „człowieka podziemnego” (czyli kogoś w rodzaju ślepego „kreta”) zbuntowanego przeciw prawu, że 2 + 2 = 4. (A zatem, w słonecznym świetle „Logosu Aten”, chory na misologos, bezrozumny wyznawca judaizmu jest nawet nie ryjącym w ciemnościach „kre­tem”, ale zwykłym KRETYNEM.)

. 6) Obecnie, w ramach re-judyzacji naszej kultury, jesteśmy prawie bezsilnymi świadka­mi „szturmu kretów” — a ściślej Kretynów — we wszystkich dziedzinach naszego zbioro­wego życia. Socjotechniczną podstawę obecnych „sukcesów” tego biblijnego Ludu bożego celnie opisał niejaki Robert Collier (pseudonim?) w książce „Bogactwo w zasięgu ręki” wydanej przez Polska Direct, w 1994 roku.

7)  Collier słusznie podkreśla, że ustawiczne chwalenie POWIĘKSZA wychwalaną ideę Boga. Idea ta z czasem zaczyna dominować nad społecznością bezmyślnie ją wychwalającą. Głośne, bezustanne chwalenie Boga Wszechmogącego stwarza bowiem społeczną iluzję — czyli pozoruje — że i na jego chwalcę („sługę bożego”) też spada część boskiej Mocy. Umiejętnie wyolbrzymiając obraz tego BOGA — SŁOWNEJ ATRAPY, można skute­cznie zamaskować zarówno umysłowe kalectwo jak i grabieżcze intencje „ludu boże­go”

8)  Według Ewangelii (czyli też Pisma, które stanowi jednak antidotum na inne biblijne teksty) pragnienie bogactwa oraz panowania nad ziemią rozbudzał w ludziach Szatan, np. kusząc Jezusa tym mirażem aż przez 40 dni na pustyni. Logicznie zatem — to znaczy z punktu widzenia Boga (Logosa) Najwyższego — znaczna część (większość!) pism Starego i Nowego Testamentu jest dziełem misologos, czyli Dzieci Szatana. To właśnie, w niniejszym ,Liście do Atmanandy” chciałem wykazać.

c.b.d.o.

M.G.

III. POŻYTKI Z „BARANKA BOŻEGO”

(Wyjątek z artykułu „Sie sterben, so Israel kann Leben” — Umarli, aby mógł żyć Izrael — napisanego na 50-lecie wyzwolenia obozu w Auschwitz)

(Pisaliśmy już wcześniej), że według Biblii — a jest to Pismo, za którego rozpo­wszechnianie groził w czasach stalinowskich Gułag — dla obdarzonego łaską Boga izraelity nawet najbardziej ohydne podstępy, kradzieże oraz gwałty były „przez Boga nie poczytane”, a nawet i wskazane, jako metoda zdobycia Ziemi Obiecanej, a z czasem i panowania nad całym światem.

Takie nastawienie żydów do świata musiało oczywiście wzbudzać niechęć i podej­rzliwość do Izraela, co było przeszkodą w realizacji planów zleconych mu przez „Boga”. Kapłani tej religii opracowali jednak doskonałą, iście diaboliczną metodę, za pomocą której potrafili nie tylko zneutralizować, ale i obrócić na swą własną korzyść, pobudzaną przez nich samych nienawiść narodów, które zamierzali opanować i znisz­czyć.

Metoda ta była rozwinięciem starożytnego kultu kozła ofiarnego: Bóg Izraela bo­wiem już na samym początku Księgi Rodzaju wskazał, że wyżej niż ofiarę z płodów rolnych, ceni sobie krwawą ofiarę z pierworodnych zwierząt złożoną mu przez Abla. Co więcej, wywyższył on Abrahama nad innych ludzi, każąc mu złożyć ofiarę ze swego pierworodnego syna. Tę metodę zmazywania własnych grzechów i znajdywania łaski w oczach Boga rozwinął do perwersji jeden z najznamienitszych profesjonalistów z mojżeszowej Jaskini Zbójców, zwany Izajaszem. Według niego najlepszym sposobem dla zdobycia dla Narodu Wybranego bożego błogosławieństwa była dobrowolna ofiara ze „sługi bożego”, którego umiejętnie się podstawiało wrogom Izraela w celu sprowo­kowania jego kaźni i egzekucji. (Oczywiście „dobrowolność” tej ofiary była taka sama jak „dobrowolność” kroków skazańca idącego na krzyż lub szafot, względnie owcy prowadzonej do rzeźni.) Dosłownie, według Biblii: (sługę bożego) udręczono, lecz sam dał się gnębić… jak baranek na rzeź prowadzony… Jeśli on wyda życie na ofiarę za grzechy, ujrzy potomstwo, dni swe przedłuży … (jego) potomstwo posiądzie narody oraz zaludni opuszczone miasta. (Księga Izajasza, 53,7-10.)

I właśnie według tego diabolicznego schematu, przygotowanego około 550 lat przed Chrystusem, rozegrała się w wieku XX najpierw tragedia Zagłady, a potem farsa Zmartwychwstania Izraela. „Plan boży” wyglądał bowiem następująco: w Europie Wschodniej w XIX wieku rozmnożyli się „jak gwiazdy na niebie” biedni żydzi zwani chasydami, czyli pobożnymi. Byli oni czyści i niewinni jak wymagało Pismo, a w dodatku ustawicznie narkotyzowali się wychwalaniem „dobrego Pana Izraela”. Dzięki temu opiumowaniu się religią stali się oni głupimi jak przysłowiowe barany, czyli zwierzęta idealnie nadające się na ofiarę za grzechy Izraela. Z drugiej zaś, zachodniej strony Europy bogaci Żydzi stworzyli ambitny, nowoczesny ruch syjonistyczny, który do tego stopnia rozbudził nienawiść do Żydów w ogólności, że wyraźnie niedowarto­ściowany w Europie i równie ambitny jak syjoniści, naród Niemców dał posłuch propagandzie Hitlera, że to on a nie Izrael jest Narodem Wybranym i że w związku z tym ma on PRAWO DO EKSTERMINACJI (V Moj. 7,2) ludów stojących na jego drodze do triumfu. W trakcie oczyszczania Ziemi Niemcom Obiecanej, wytępiono bardzo wielu Żydów (Polacy byli przewidziani w dalszej kolejności). Dzięki zaś tej, odpowiednio nagłośnionej, ofierze ze „sług bożych”, zaledwie w dwa lata po likwidacji obozu w Auschwitz doszło do cudownego zmartwychwstania państwa Izrael, gdzie zgodnie z proroctwem Izajasza Żydzi zajmowali opuszczone w pośpiechu przez Pale­styńczyków miasta! (…)

IV. OTIUM I NEGOTIUM W OPOWIEŚCIACH BIBLIJNYCH

Starotestamentowa opowieść o braterskiej zawiści Jakuba względem Ezawa warta jest bliższej analizy. Tkwi w niej bowiem klucz do zrozumienia istoty naszej przedsiębiorczej, nowoczesnej cywilizacji. Otóż według Biblii Ezaw był zręcznym myśliwym, żyjącym w polu. Jakub zaś był człowiekiem spokojnym, mieszkającym w namiocie. Izaak miłował Ezawa, bo ten przyrządzał mu ulubione potrawy z upolowanej zwierzyny. Rebeka natomiast kochała Jakuba. W sumie, Ezaw był odważnym i pełnym życia „Synem Ojca”, zaś Jakub niemra­wym, dekującym się w namiocie „maminsynkiem” (dosłownie! później podobna różnica postaw pojawi się między Jezusem — człowiekiem łąk i pól — a św. Pawłem, człowiekiem miasta).

Ezaw według prof. Andrzeja Wiercińskiego znaczy “gotowy” względnie “kompletny”, gdyż był on w pełni ukształtowanym człowiekiem (i zwierzęciem); potrafił się on obywać nawet bez chroniącego go namiotu. Ten wyraźnie gardzący gospodarką “nierób” był typem starożytnego arystokraty, określanego po łacinie jako otium (“najlepsi”, po grecku aristos). Zupełnie inaczej zachowywał się jego bliźniaczy brat Jakub, który był przykładem platońskiego “naturalnego niewolnika”, czyli człowieka idącego w ślad (tak wg Wiercińskiego tłumaczy się słowo Jakub) za “naturalnym panem” jakim był Ezaw. W starożytności ludzi pokroju Jakuba określano jako negotium (przedrostek neg oznacza zaprzeczenie), czyli ludzi interesu – stąd pochodzi uwielbiane dzisiaj słowo negocjować, czyli kupczyć, handlować.

Wysiadujący w namiocie jak staropolska, wojskowa ciura Jakub był w istocie niezwykle przedsiębiorczy: by zdobyć pożądaną przezeń gospodarkę wyłudził prawa pierworództwa od swego brata i oszukał ojca; by zarobić na upragnioną przezeń żonę prze kilkanaście lat tyrał u oszukańczo kupczącego swymi córkami, swego wuja, pasterza Labana. (Ezaw-nierób oczywiście na swe żony nie musiał zarabiać, gdyż na niego, jako na mężczyznę “kompletnego”, kobiety same leciały.)

Biologiczna „niekompletność” (względnie „udziecinnienie”) nosi nazwę neotenii. Róż nice w kulturze „kompletnego” człowieka jakim był Ezaw, w porównaniu z neotenicznie niedorobionym” Jakubem są bardzo istotne.

— Po pierwsze, Ezaw jako zręczny myśliwy był człowiekiem PRZYGODY, pogodzo­nym z tym, że w życiu będzie często niedojadał. Wysiadujący zaś w namiocie Jakub był człowiekiem STRACHU, modlącym się aby go w życiu nie spotkała żadna przygoda (co uwidocznione zostało w jego „Przymierzu z Bogiem”).

— Po drugie myślistwo, choć „na zewnątrz” oznacza zabijanie zwierząt, to jednak „w ukryciu” oznacza samodoskonalenie się (zwłaszcza doskonalenie wzroku) zarówno łowcy jak i unikającej myśliwych zwierzyny. (Obserwuje się to nawet i dzisiaj, już po wynalezie­niu obrzydliwej dla prawdziwych myśliwych broni palnej.) Pasterstwo ma zaś cechy dokład­nie odwrotne: „na zewnątrz” pasterz zdaje się opiekować swym stadem, zaś „w ukryciu” hoduje on zwierzęta po to by je w sposób łatwy zabijać, co żydzi robili — i robią — w szczególnie okrutny, rytualny sposób. Pasterstwo jest zawodem niezwykle nudnym i po­zbawionym elementów przygody, oznaczającym biologiczne upodlenie się zarówno paste­rza jak i zniewolonych przez niego zwierząt.

— Po trzecie, ginące dzisiaj kultury zbieracko-łowieckie od razu odczuwają nadeksplo- atację swych terenów i w związku z tym mają „dalekowzroczne” zwyczaje ograniczające przerosty ich własnych populacji. Te zwyczaje są obce „krótkowzrocznym” kulturom pa­sterskim, które w celu rekompensacji swej „niekompletności” — podobnie jak rodzina biblijnego Jakuba —dla podniesienia swego prestiżu zwykły wypasać maksymalnie wielkie stada. To bezmyślne zachowania się społeczeństw pasterskich już w czasach prehistorycz­nych zamieniło pokrytą podówczas sawanną Saharę w pustynię i ten proces wyjaławiania ziemi przez „hodowlę dla prestiżu” trwa w Afryce do dzisiaj.

— Jest też i czwarta, bardzo istotna różnica między pasterstwem a łowiectwem. Otóż myśliwy w pełni żyje w przyrodzie i ma zwyczaj czczenia tej PRZYRODY jako swego boga. Pasterz dokładnie na odwrót, wszystko co robi jest wymierzone PRZECIW NATU­RZE: społeczeństwa żyjące z hodowli dążą do całkowitego wytrzebienia zwierząt dzikich, nie tylko drapieżnych ale i trawożernych, podbierających pokarm dla ich stad; Huculi w Karpatach jeszcze w XX wieku wypalali niepotrzebne im lasy, by zwiększyć rozmiary swych pastwisk na połoninach. Jest zatem zrozumiałym, że tylko wśród nawykłych do „ujarzmiania” w ten sposób przyrody, krótkowzrocznych plemion starożytnych paste­rzy mogła się zrodzić podstawowa dla Biblii iluzja, że człowiek może w pełni zapano­wać nad ziemią i nad wszystkimi na niej zwierzętami. (Oczywiście eksterminując po drodze wszystkie inne, nie dające się udomowić, rodzaje istot żywych.)

Pasterstwo w sposób naturalny „idzie w ślad” za myślistwem, gdyż polega ono na udomowieniu nadających się do eksploatacji zwierząt — podobnie zresztą jak zmuszające człowieka do niewolniczej pracy rolnictwo, które „idzie w ślad” za mało wydajnym zbierac­twem użytecznych dla człowieka roślin. Kultura judaizmu, właśnie przez to, że za wzór dla społeczeństwa stawia zachowanie się nie naturalnych panów („synów pierworodnych”), ale „idących za nimi w ślad” imitatorów, od samego początku jest od wewnątrz martwą KULTURĄ IMITACJI. Praktycznie zaś cała „wychowawcza” rola kapłanów tego kultu sprowadza się do niedopuszczenia do odkrycia, że chodzi tutaj o wlokącą się od tysiącleci historię gigantycznej bzdury, mającej zapewnić kapłanom pożądane przez nich bogactwo oraz prestiż.

Kolejnym po Jakubie, „idącym w ślad” bohaterem Biblii był Mojżesz, który tak dobrze się nauczył imitować egipskich kapłanów, że aż wyzuł ich z prawa do historycznego pierworództwa religii monoteistycznej. I tak jak jego praojciec Jakub, który z otium zrobił negotium, tak i Mojżesz egipską ideę arystokratycznych rządów WIDZĄCYCH MĘDR- . COW przekształcił w totalitarny reżim interesownych, NIE-WIDZĄCYCH (ŚLEPYCH) GŁUPCÓW. Ci zaś mojżeszowi „głupcy” i „wodzowie ślepi” — a jest to autorytatywna opinia Jezusa Chrystusa — w zaledwie sto lat po śmierci tego WIDZĄCEGO proroka doprowadzili do doszczętnego starcia domu Izraela z powierzchni globu.

Po tym historycznym wydarzeniu, ziemia aż przez półtora tysiąca lat odpoczywała od prób sterroryzowania jej („udomowienia”) za pomocą pracy i lichwy uprawianej przez przedsiębiorczy „lud boży”, uwielbiający — jak jego praojciec Jakub — przesiadywać w zamkniętych i bezpiecznych pomieszczeniach. Wraz jednak z urbanizacją nowoczesnej Europy, w znarkotyzowanych Pismem Świętym, protestanckich krajach Zachodu, odrodziła się burżuazyjna „elita ciurów”, która skutecznie poszła w ślad za europejską arystokracją, wyrzucając tę warstwę próżniaczą z jej dziedzictwa.

Dzisiaj, po wypędzeniu z Europy komunistów — wśród których ukryli się uwielbiający przygodę potomkowie Erosa (Ezawa) nieroba — świat wydaje się być bliższym niż kiedy­kolwiek spełnieniu się proroctw Abidiasza i Zachariasza z przed dwudziestu sześciu wie­ków: Nie pozostanie nawet szczątku z domu (żyjącego z miecza) Ezawa…, A Pan (Jakuba — kupca — Izraela) będzie królem nad całą ziemią.

Dzięki rozszyfrowaniu ukrytych znaczeń niektórych słów kabały, można się domyśleć jakie jest prawdziwe imię zżeranego przez ambicję „Pana Izraela”. Otóż słowo „kupiec” (negotium, czyli Jakub) ma symbol „666″ czyli jest równoważne słowu „bestia”. I właśnie te totalnie skomercjalizowane LUDZKIE BESTIE, w Ewangeliach zwane „wilkami w skórach owiec”, przejęły obecnie — oczywiście w imię Dekalogu oraz Praw Człowieka — praktycznie totalną władzę nad Ziemią.

 

EPILOG

czyli o „Ewangelii” (Wszech)Mocy Bzdury

O  roli św. Pawła w deformacji idei chrześcijańskich pisaliśmy już dość dużo. Tutaj, w zakończeniu „Spisku Bogów”, chcielibyśmy zwrócić uwagę na znany specjalistom fakt, że nauki zawarte w jego „Listach” są prawie dokładną odwrotno­ścią wskazań Ewangelii. Najwyraźniej to widać w zaleceniach dotyczących metod poznania (gnozy) oraz kultywowania nauk, a więc w sprawach dla religii najważ­niejszych. Gdy Jezus nauczał „oko będzie świecą ciała twego”, to św. Paweł ustanawiał, że „postępujemy według wiary, a nie według widzenia”; gdy Jezus zalecał swym uczniom, by z jego nauką chodzili „nie do pogan, ale do owiec, które poginęły z domu Izraela“, to przedsiębiorczy Paweł na odwrót, „obchodził morze i ziemię, aby wśród pogan pozyskać współwyznawcę, a pozyskawszy go, uczynić go po stokroć gorszym niż uprzednio“.

Z punktu widzenia Logiki (czyli dla pitagorejczyków — i nie tylko dla nich — Boga Najwyższego), najistotniejsze przekazy Św. Pawła, łącznie z jego „hymnem o miłości”, są antytezą nauczania Jezusa, nic mówiąc już o naukach Platona czy Arystotelesa. Ten zresztą „apostoł” zadeklarował sic otwarcie jako wróg racjonal­nego myślenia: A mowa moja i zwiastowanie moje nie były głoszone w przekony­wujących słowach mądrości, lecz objawiały się w nich Duch (judeokretynizmu?) i Moc (Antychrysta?). … Albowiem (moje?) Królestwo Boże zasadza się nie na słowie (Logosie), lecz na (Wszech)Mocy (ludzkiej głupoty) — I Kor. 2,4 i 4,20. Z Wszechmocą Bzdury czciciele Chrystusa Nauczającego (a więc nie Ukrzyżowane­go) zwykli walczyć za pomocą argumentów logicznych, znienawidzonych przez „proroków”, o których Jezus mawiał, iż wszyscy którzy przyszli przede mną — a zatem i Mojżesz i Izajasz — są złodziejami i rozbójnikami (Jan 10,8). Jeśli zatem, na podstawie zawartości jego „Listów”, zdefiniujemy św. Pawia jako Anty-Chrysta, to już bardzo łatwo przyjdzie nam rozpoznać metodę jaką on zastosował by omamić pierwszych chrześcijan.

Otóż po „zamordowaniu zgodnie z prawem” Św. Szczepana, „idący w ślad” tego apostola Św. Paweł (jak niegdyś jego praojciec Jakub) przywdział eklezjastyczną szatę wyeliminowanego przezeń konkurenta. Wykorzystując autorytet tej sza­ty „namiestnika Chrystusa”, zwiastował naiwnym i nie znającym tajników Biblii mieszkańcom Koryntu, przygotowaną dużo wcześniej przez proroka Izajasza (53, 8-10) ewangelię (dosłownie!), że Chrystus umarł za grzechy nasze, że został po­grzebany, i że trzeciego dnia zmartwychwstał (I Kor. 15, 1-4).

Dla osoby literacko wykształconej, nawykłej do teatralnych sztuczek z nie­śmiertelnością, taka „dobra nowina” brzmi jak znane opowiadanie o tym, że „zabili go (na krzyżu) i (z grobu) uciekł”. Co więcej, dla uzasadnienia swej tezy o zmartwy­chwstaniu Chrystusa Św. Paweł posługuje się argumentem, że „to co się sieje, nie ożywa jeśli nie umrze” (I Kor. 15, 36). I właśnie ten „biologiczny” argument wskazuje, że nasz pozorowany apostoł przekonywa! i siebie i innych do uwierzenia w najzwyklejszą bzdurę: przecież przed kiełkowaniem ziarno jest tylko pozornie martwe, co implikuje, że i Jezus, albo pozornie umarł na krzyżu, albo jego zmartwychwstanie było pozorowane przez uwielbiających go wyznawców.

Z tej „ewangelii pozorów” Św. Paweł wywiódł całą, wzorowaną na Izajaszu, teologię:

-— po pierwsze postulował on, że poprzez śmierć Chrystusa na krzyżu nastąpiło samoczynne odkupienie grzechów wszystkich tych, którzy w ofiarę z „baranka bożego” uwierzyli. W istocie natomiast nastąpiło „wkupienie się”, wierzących w tę bzdurę chrześcijan, w zwalczany przez Jezusa grzech zakłamywania rzeczywisto­ści. Tym grzechem zinstytucjonalizowanej obłudy obciążone są bowiem z definicji wszystkie obrzędy wykorzystujące tak zwanego „kozła ofiarnego”. (Patrz „Pro­log”.)

-— Po drugie, będąc „uczniem” proroka Izajasza, Św. Paweł głosił pogląd, że wzorowane na kaźni Chrystusa, męczeństwo i śmierć chrześcijan będzie owocować rozkwitem myśli chrześcijańskiej. W praktyce jest jednak dokładnie na odwrót: myśl oraz postępowanie chrześcijańskie rozwija tylko obecność dobrze wykształ­conych nauczycieli; przedwczesna zaś eliminacja Nauczyciela stwarza okazję do wykorzystania jego (nie chcianego zresztą — Mt. 26, 39) męczeństwa jako „nawo­zu” pod rozkwit idei oraz zachowań zupełnie sprzecznych z jego intencjami. Przy­kładem tutaj jest rozkwit „ewangelii pozorów” Św. Pawła na „nawozie” z męczeń­stwa Jezusa oraz Św. Szczepana. (Jak pisaliśmy to w Aneksie III „Umarli, aby mógł żyć Izrael”, rekonstrukcja nowoczesnego, wyraźnie faszyzującego państwa Izrael stała się możliwa dzięki „nawozowi” z męczeństwa milionów Żydów chasydzkich, wręcz wrogich imperialnym ambicjom Izraela.)

-— Po trzecie, dzięki rozreklamowaniu już w starożytności „misji apostolskiej” Św. Pawła, wielu prostolinijnych chrześcijan, zamiast nosić w swym wnętrzu nauki Chrystusa, zaczęło nosić nieustannie w swym ciele konanie Jezusa, aby objawiło się w tym ciele życie Jezusa (II Kor. 4,10). Oczywiście z naśladownictwa konania i banalnej w starożytności śmierci na krzyżu nic dobrego nie mogło wyniknąć. Ta bowiem ideologia „wyzbywania się samego siebie” (wyniszczania, gr. kenozy), oprócz bezmyślnego zadręczania się oraz utraty zdolności fizycznych i umysło­wych, nie prowadzi do żadnych wyższych stanów świadomości. (Zauważył to już Budda na kilka wieków przed Chrystusem.) Do rozwoju osobowości prowadzi natomiast metoda ciągłych wysiłków oraz ćwiczeń (gr ascezy) i tę metodę, znaną nie tylko pitagorejczykom, ale wszystkim przedstawicielom Homo sapiens, starał się upowszechniać w Izraelu Jezus. Tego ewidentnego pogaństwa, opartego — by użyć sformułowania „Listu do Koryntian” — na przekonywujących słowach Logo­su czyli Mądrości, szczerze nienawidził ambitny kretyn jakim był Św. Paweł. Za pomocą swej podstępnej ewangelii „umierania dla świata by zmartwychwstać w Chrystusie”, starał się on nie dopuścić do wyzwalania („samowykupywania”) się chrześcijan. I to zarówno ze stwarzanych przez Pismo szlachetnych iluzji, maskują­cych postępki dawidowych „bezgrzesznych bandytów”, jak i z grzeszącego próżno­ścią postępowania chrześcijańskich samoudręczycieli. Zaszczepiona przez Św. Pawła, obsesja umartwiania się (co oznacza dosłownie: upodabnianie się do trupa), doprowadziła już w pierwszych wiekach po Chrystusie do zbiorowych obłąkań, manii samobójczych, samookaleczeń oraz do społecznej plagi kretynizmu. W tym właśnie czasie pojawiło się samo słowo kretyn, wywo­dzące się od chrétien, chrześcijanin. Jeden z uważniejszych obserwatorów tej staro­żytnej, masochistycznej subkultury, platonik Celsus (cytowany przez Orygenesa VII, 68) starał się uświadomić chrześcijan, iż czczą oni nie boga, nie demona, lecz trupa. (Ta celna obserwacja dotycząca natury naszej religii została sformułowana na kilka wieków przed wprowadzeniem krzyża a MARTWYM Jezusem jako oficjalnego symbolu chrześcijaństwa.)

Nawrót fali masowych obłąkań, inspirowanych „Listami” św. Pawia, nastąpił w epoce Renesansu, dzięki wynalazkowi Gutenberga oraz „oilkryciu” przez Martina Lutra MOCY zawartej w tych właśnie martwych zabytkach judeochrześcijańskiego rękopiśmiennictwa. Tym razem zasadę umartwiania się, oraz „wyzbywania się samego siebie” by upodobnić swe życie do trwającego kilkanaście godzin konania Chrystusa, protestanci zaczęli realizować za pomocą PRACY, którą w starożytności uważano za zajęcie godne niewolników. Ta zaś, coraz bardziej zrutynizowana i zmechanizowana praca, me tylko zaczęta zamieniać jej wykonawców w bezduszne, od wewnątrz martwe automaty, ale i spowodowała narastające z każdym wiekiem spustoszenie (kenozę) żywego organizmu ziemskiej biosfery.

Na końcowy wynik tej „nowej automatyzacji człowieka” — którą wielu dzisiejszych apostołów industralizmu pojmuje jako nową ewangelizację — nie trzeba będzie długo czekać. Ludzie zdolni jeszcze do formułowania swych idei w znienawidzonych przez św. Pawła, „przekonywujących słowach logiki”, potrafią przewidzieć totalną katastrofę z taką samą łatwością z jaką Jezus przewidywał zagładę, skretyniałej dzięki samozakłamaniu się judaizmu, Jerozolimy.

———————–

[1] Warto w tym miejscu przypomnieć, że spychaną dziś w niebyt, lamarckowską teorię ewolucji imitował Karol Darwin, robiąc z niej NAUKOWĄ ATRAPĘ, wyraźnie przyczy­niającą do przedsiębiorczego skretynienia „walczących o byt” nowoczesnych społeczeństw. Karol Darwin, który pomysł na książkę „O powstaniu gatunków” znalazł w lekturze „Księgi (powstania) Rodzaju”, w swej działalności poznawczej przypomina trochę staro­żytnego Mojżesza, który z idei monoteizmu okradł współczesnych mu egipskich kapłanów, czyniąc z kultu boga jedynego RELIGIJNĄ ATRAPĘ, pobudzającą przedsiębiorcze skrety­nienie „walczących o byt” Żydów.

[2] „La nouvelle alliance” —jest to tytuł wydanej w 1979 roku książki laureata Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki Illi Prigogina, napisanej wspólnie z filozofem Urszulą Seghers. W Polsce produktem tego „Nowego Przymierza Uczonych” jest wydana w 1994 roku książkaStefana Amsterdamskiego „Tertium non datur” — Trzeciej drogi nie ma.

[3] Wolny Rynek jest dzisiaj symbolem „Boga zewnętrznego” dyktującego ludziom modę, sposób życia oraz wewnętrzne wyobrażenia o świecie. „Bóg” ten rządzi (zwłaszcza na Zachodzie) w sposób równie despotyczny, jak kapłani Jahwe rządzili starożytaym Izraelem. Pierwowzorem zaś Wolnego Rynku w życiu duchowym Narodu Wybranego było to przyta­czane na wstępie Przymierze Jakuba-Izraela z bogiem, któren to kontrakt wydawał się być obopólnie korzystny: „Ty wywyższysz imię moje (Izraela) a ja ciebie (boga) wywyższę”.

[4]    W pamflecie tym, ironizując na temat Monteskiusza, Makiawel stwierdza, że Prawem dzisiaj jest grabież pod przykryciem zasad. Zauważa on też, że powstałe w wyniku rewolucji, zimne społeczeństwa handlowe, upodobniły się do społeczeńsh\>a żydowskiego, które stało się dla nich modelem. Tak więc i dla Joly’ego pamięć po Nowym Testamencie już w XIX wieku została przyduszona przez ambitnie imitowaną naukę Testamentu Starego.

[5]    Miloszevic zasłużył sobie na nienawiść „rodziny” Michnika-Sorosa-Finkelkrauta w kwietniu 1990 roku, gdy osobiście sabotował dobrze poznany przez Polaków program reform ekonomicznych. To wyłamanie się z „obozu reform” bóg — to znaczy Pieniądz — ukarał wybuchem wojny domowej w byłej Jugosławii. Jeden z czołowych misjonarzy tegoż „boga”, prof. Jeffrey Sachs, podróżował nawet specjalnie do Słowenii by nakłonić miejsco­wy rząd do secesji.

[6] Oczywiście i Św. Paweł, powołując się na Malachiasza oraz Mojżesza, gorliwie wierzył, że niecny postępek Jakuba nie był aktem motywowanej chciwością woli tegoż Jakuba, ale aktem woli Boga. (Listdo Rzzymian, 9,13-16; z takiej „uduchowionej” interpretacji wynika m. in., że i ukamienowanie Św. Szczepana nie było wyrazem wolnej woli sprawców tego morderstwa — wśród nich i św. Pawła — ale rezultatem woli Boga.) W czasach nowożyt­nych ten judajski kretynizm reformator Kalwin podniósł do rangi Teorii Predestynacjł, zaś w czasach najnowszych, wychowany w tradycji kalwińskiej B. F. Skinner, w sposób naukowy odkrył brak wolnej woli u człowieka. Ten naukowy bęcwalizm jest summum czterech tysięcy lat rozwoju judeochrześcijariskiej „religii”.

[7] Należy sądzić, że i wymienieni w niniejszym eseju Karol Marks, Maurice Joly, Erich Fromm, Herbert Marcuse i Noam Chomsky też pochodzą z tej gałęzi plemienia Izraela, bądź nawet z rodziny mędrca Ezawa.

[8] W Ewangeliach wyraźnie widać stopniowy rozwój mitu o zmartwychwstaniu w „ciele”. Jak wzmiankuje Biblia Tysiąclecia, w chronologicznie pierwszej Ewangelii Św. Marka, albo w ogóle nie ma opisów spotkań zmartwychwstałego Mistrza z uczniami, albo jest to krótka, sztucznie brzmiąca wzmianka. Podobnie też jest u Św. Mateusza. Dłuższy opis spotkań ze Zmartwychwstałym znajduje się u Św. Łukasza, gdzie uczniowie nie potrafią jednak rozpoznawać Mistrza z twarzy. Ten zalążek mitu powstał prawdopodobnie pod wpływem wieloletniego obcowania Łukasza ze św. Pawłem w trakcie jego podróży misyj­nych. Pracowicie głoszony przez św. Pawła mit o zmartwychwstaniu zaczął z czasem żyć własnym życiem i u Św. Jana, w 80 lat po śmierci Jezusa, apostołowie, wciąż nie potrafiący rozpoznać z twarzy swego Mistrza, wkładają już w palce w dziury po jego ranach. Przed Chrystusem w  zmartwychwstanie z (zewnętrznego) ciała wierzyła kasta faryzeuszy do której należał Św. Paweł i to dzięki jego „pracy ewangelizacyjnej” ten istotny faryzeizm pojawił się u chrześcijan. Należy też przypuszczać, że „cud” spotkania przez Szawła-Pawła zmartwychwstałego Jezusa na drodze do Damaszku, był chronologicznie pier­wszym przypadkiem spotkania ze Zmartwychwstałym. Dopiero później, zafascynowani manifestowaną w „Listach” żarliwą wiarą Św. Pawła Ewangeliści — a zwłaszcza autorzy Ewangelii później kompilowanych — dołączyli opisy podobnie cudownych spotkań zmartwychwstałego Mistrza ze swymi, nieżyjącymi już w momencie powstawa­nia tych opowieści, uczniami.

HELIOS-ŚWIATOWID
kontra
JAHWE-HEFAJSTOS
Nowy Celsus
Kraków 1995

(Rewers okładki „Wojny Bogów”)
* W opinii niżej podpisanego „advocatus diaboli” w Starym Testamencie zawarta jest prefiguracja zachowania się św.Pawła, który sprytnie przybrawszy pozę („skórę”) imitującą apostolskie zachowanie się św. Szczepana, wyłudził od ŚLEPYCH OJCÓW KOŚCIOŁA (patrz ()rygenes) błogosławieństwo przeznaczone dla namiestnika Chrystusa. W przeszłości tak właśnie zachował się Św. Jakub-oszust, który przybrawszy się w skórę imitująca zewnętrzny aspekt swego brata Ezawa,wyłudził od ŚLEPEGO OJCA IZRAELA błogosławieństwo dla przywódcy plemienia.

©Copyright Marek Głogoczowski, Kraków 1995

Gdy Benjamin Franklin wychodził z obrad nad kształtem konstytucji jedna kobieta zapytała go co im dają – ten odpowiedział: „Republikę, jeśli potraficie ją utrzymać, proszę pani”. Największą formą tyranii jest monarchia, dykatura i im podobne. W tych systemach prawem jest wola władcy.

Wolność jednostki jest znikoma lub nie istnieje. Jeśli król skaże kogoś na śmierć, więzienie lub na odebranie majątku to ten wyrok zostanie wykonany. Jest to fakt oczywisty na dzień dzisiejszy.

Natomiast niewielu ludzi uważa, że mniejszą formą tyranii jest demokracja czyli rządy grupy ludzi. Tutaj to ich wola jest prawem. Na przełomie stuleci wielkość tej grupy rosła. Najpierw była arystorkacja. Potem stworzono demokrację szlachecką. A później włączono w nią mieszczan czy biedną szlachtę. W końcu demokracja objęła chłopów.

I to jest system, który mamy obecnie. Ale dlaczego jest on jednym z wariantów tyranii? Ponieważ nie respektuje wolności choćby jednego człowieka. Większość, która zastapiła dykatora czy króla ma prawo okradać jednostkę a nawet ją zabić, bo ich wola jest prawem. Nikt nie może wybrać nauczania dzieci w domu zamiast w szkole ponieważ musi płacić na państwową edukację większości. Nie może też chronić się przed inflacją używając złota, bo nawet pieniądz, którym się posługuje jest kontrolowany przez rząd. Jego nie roszczeniowa a samozachowacza wola nie jest respektowana. Nie ma on prawa decydować o własnych dzieciach. Rząd przekroczył progi domu i zabrał dzieci do szkoły. Jego pieniądze nie są jego własnością a własnością rządu. Gdy się sprzeciwi, idzie do więzienia za “niepłacenie podatków”. Czasami umiera, gdy nękanie władzy łamie człowieka psychicznie ( http://szymowski.nowyekran.net/post/94709,popelnil-samobojstwo-doprowadzony-do-depresji-przez-urzednikow-skarbowych)

Ale państwowa własność też jest utrzymana, ponieważ jest niezbędna do samoobrony rządu – rząd nie może pozwolić na chocby jeden wyjątek od reguły, bo system by się zawalił. Dlatego np. hamuje kreatywność, która zagraża rządzącym oraz indoktrynuje. Przykładem pierwszego jest np. zakaz uprawiania konopi indyjskiej, która w XVIII w. była powszechnie używana do produkcji ubrań czy później benzyny – pierwsze samochody jeżdziły na olej z  konopii. Gdyby nie państwowe zakazy nastapił by kolosalny postęp technologiczny i wzbogacenie się społeczeństwa. Przykładem drugiego jest tuszowanie historii Polski. W podręcznikach nie ma o tym, że przed chrztem Polska lub raczej państwo słowiańskie było silnym mocarstwem a Niemcy za pomoca chrześcijaństwa doprowadzili do rozpadu tej państwowości na mniejsze organizmy. Lub narracja pokazująca rok 1989 i “okrągły stół” jako sukces a nie porażkę. W systemie republikańskim prywatne szkoły miały by prawo do swobodnego tworzenia programów nauczania, które by zawierały te informacje.

Wolność jednostki w demokracji jest ograniczona i zhierarchizowana a nawet znika.  W demokracji pewne elity mogą łatwo sterować masami czyli tą wiekszością i co prawda nie tak otwarcie jak w starożytnym Egipcie, ale jednak kontrolować systuację w znaczący sposób. Mogą utworzyć bank centralny, opodatkować przedsiębiorstwa czy stworzyć biurokrację. Lub robić to co omówiono w poprzednich akapicie.

Republika jest natomiast systemem, w którym wolność jednostki jest największą wartością. Rząd nie tworzy systemów socjalnych poprzez okradanie innych, ale stoi na straży prawa. Aby nikt nie naruszał wolności tej jednostki. Jest sługą a nie władcą.

Podsumowując błędem jest stawianie faszyzmu naprzeciw komunizmowi.

Systemy władzy należy rozpatrywać pod względem wolności jednostki jak na poniższym obrazku:

Faszyzm i komunizm stoją blisko siebie a republika jest na przeciwnym końcu. Demokracja jest pośrodku. (proszę zignorować nazewnictwo – tam powinna być “republika”).

Jednym przykładem republiki były Stany Zjednoczone. Konstytucja USA chroniła obywateli przed bankiem centralnym nakazując posługiwanie się złotem i srebrem oraz nie zapewniała szczęścia nikomu a “jedynie” prawo do jego poszukiwania. W demokracji jaką są obecnie Stany Zjednoczone funkcjonuje centralny system bankowy powodujący inflację oraz dyktat co jest szczęściem a co nie przez rząd.

Jeżeli przełożyć to na realia polskie to wszystkie partie mainstreamowe służą jednej grupie ludzi – PO, PiS, SLD, PSL czy RP różnią się detalami eksponowanymi przez media. Jedna w fundamentach nie różnią się. Tak jak faszyzm nie różnił się od komunizmu. Wszystkie partie są za obecnością Polski w UE oraz za państwową edukacją, czyli są demokratyczne. Jedynym ruchem jeśli chodzi o program, który jest antysystemowy i republikański jest Kongres Nowej Prawicy.

Sprawa Andrzeja Hadacza jednego z obrońców „krzyża” sprzed Pałacu Prezydenckiego, który podczas parady pederastów poparł żądania sodomitów, wcale mnie nie dziwiła. Jest dla mnie klasycznym przejawem patologii obecnej w naszych środowiskach.

Patologii postaw i działań opartych na frazesach, a nie konkretach, działań sprzecznych z katolicyzmem ale wykonywanych po klerykalną banderą.

 

Patologia ta przejawia się między innymi tym, że katolicy glosują na polityków, którzy jak faryzeusze promują się z ambon, by po przejęciu władzy działać niezgodnie z nauczaniem kościoła. Patologi mediów kościelnych promujących takich polityków bez względu na to, że popierają oni aborcje eugeniczną, że są za integracją z antykatolicką Unią Europejską, czy potępianym przez kościół socjalizmem.

 

Patologi, która od ponad 25 lat łamie kręgosłupy moralne katolików. Która zaowocowała tym, że w imię chorej lojalności względem rzekomo naszych reprezentantów: wieloletni przeciwnicy aborcji stali się zwolennikami kompromisy aborcyjnego – bo takie było stanowisko rzekomo naszej partii, antykomunistów akceptujących rzekomo naszego prezesa, który gloryfikuje Gierka, patriotów, którzy chwalą integracje z Unią Europejską bo rzekomo nasz prezydent podpisał akt likwidacji suwerenności i niepodległości Polaki.

 

Ta patologiczna polityczna schizofrenia, powoduje, że prości ludzie, którzy zaufali rzekomo naszym elitom, nie widzą nic sprzecznego w równoczesnym popieraniu pederastów i obronie krzyża na Krakowskim Przedmieściu. I w tej perspektywie postrzegam Andrzeja Hadacza, zagubione, oszołomione, dziecko patologii obecnej w naszych środowiska. Produkt braku konsekwencji, logiki, przywiązania do pryncypiów. Choć nie wykluczam że miał mocodawców którzy wykorzystali jego nieodpowiedzialność lub nie odpowiedzialność innych obrońców „krzyża”.

 

Wszystko to widziałem, i opisałem, już trzy lata temu. Piątego sierpnia 2010 relacjonowałem to na swoich blogach w artykule „Pseudo katoliccy obrońcy „krzyża””. Nie ufając doniesieniom medialnym postanowiłem wówczas porozmawiać szczerze z ludźmi broniącymi „krzyża” na Krakowskim Przedmieściu, ludźmi których media przedstawiały jako przedstawicieli katolicyzmu i nacjonalizmu.

 

Okazało się wówczas, że środowisko obrońców „krzyża” ma swoja hierarchie. Było grono uczestników, kilku liderów, i ktoś sterujący obrońcami z zaplecza. Niewątpliwym liderem obrońców był pan siedzący w centrum zgromadzenia. Rola lidera sprawiała, że by zirytowany gdy stojące wokół emerytki wchodziły mu w słowo. Pan nie będący stereotypem nobliwego emeryty, delikatnie mówiąc wyglądający jak osoba przez dziesięciolecia radośnie korzystająca z życia, odpowiadając na moje pytania wykazywał elokwencje i sprecyzowane poglądy. Bez problemu rozumiał moje pytania.

 

Po pierwsze chciałem się dowiedzieć od niego czego symbolem jest wzięty w obronę „krzyż”. „Krzyż” dla obrońców był przede wszystkim jest symbolem 96 ofiar (w tym działaczki pro aborcyjnej i antykatolickiej). Po drugie symbolem katastrofy. Po trzecie symbolem takich wartości jak wolność i równość. Po czwarte (przy czym hierarchia nie była przypadkowa) chrześcijaństwa rozumianego jako miłość i pojednanie. Sam „krzyż” nie jest był dla obrońców ważny, ważne było upamiętnienie ofiar, dla tego bez wahania „krzyż” mógłby być dla jego obrońców zastąpiony pomnikiem lub tablicą.

 

Obrońcy szczególnie domagali się się upamiętnienia prezydenta Kaczyńskiego. Gdy pytałem czy nie przeszkadza im poparcie prezydenta Kaczyńskiego dla Traktatu Lizbońskiego deklarowali, że Kaczyński był zmuszony do podpisu okolicznościami, a sam Traktat przyniósł Polsce ogromne dotacje z Unii Europejskiej – w rzeczywistości realnie więcej wpłacamy do UE niż z niej dostajemy.

 

Z racji tego, że intrygował mnie symbol „krzyż” wykorzystywany przez obrońców. Zadałem im klika pytań dotyczących zagadnień niezwykle ważnych dla katolików. Okazało się, że obrońcy są przeciw zakazowi zapłodnień in vitro, przeciw zakazowi aborcji. Takie deklaracje nie budziły protesty obrońców „krzyża” obwieszonych różańcami i krzyżami. Dopiero kiedy zapytałem się o stosunek obrońców do pani poseł Kluzik Rostkowskiej, która poparła ustawę zakazującą karania dzieci, jeden z młodszych obrońców się zdenerwował i kategorycznie zabronił mi zadawania pytań. Moi rozmówcy karnie zamilkli. Młodszy od emerytów obrońca zaczął krzyczeć, że jestem prowokatorem a sprawy krzyża nie wolno mieszać z in vitro. Obrońcy zadeklarowali, że pytania o aborcje i in vitro są sprzeczne z ich protestem. Udało mi się jeszcze dowiedzieć od emerytek uczestniczących w rozmowie, że nie są związane z żadnymi ruchami w kościele, ale za to były na pielgrzymkach do Medjugorie.

 

Wbrew propagandzie środowiska gazety wyborczej obrońcy okazywali się być zwolennikami integracji z Unią Europejską, zwolennikami aborcji i in vitro, osobami wykorzenionymi z katolicyzmu. Krzyże, modlitwy i różańce w ich rękach są tylko scenografią podkreślająca nastrój protestu. Obrońcy bez skrępowania deklarowali poglądy sprzeczne z katolicyzmem. Dekoracje religijna wykorzystywali instrumentalnie. I nie była to złośliwość, był to tylko wpływ kultury politycznej III RP, która katolicyzm sprowadziła tylko do dekoracji.

 

Przedstawiciele jednego z klubów tygodnika związanego z PIS deklarowali, że bronią miejsca, które jest symbolem pamięci o wydarzeniach. Wspominali też listę polskich prezydentów zabitych w zamachach (Narutowicza, Bieruta i Kaczyńskiego). Deklarowali chęć upamiętnienia wszystkich ofiar. Na pytania o aborcje i in vitro reagowali z niechęcią. Kłócili się między sobą kto i co może mówić. Jeden z młodszych obrońców zirytowany moimi pytaniami usiłował mnie pobić (niektórzy obrońcy wykazywali niezdrową agresje i pobudzenie, mieli przy tym problemy z werbalizacja swojej niechęci).

 

W czasie gdy przed pałacem prezydenckim trwała obrona „krzyża” wyruszała z Warszawy piesza pielgrzymka do Częstochowy. Szokująco kontrastująca z obrońcami. Od pielgrzymów biła jakaś jasność i żywotność, zdrowie i prawda. Od obrońców jakiś mrok, szaleństwo, zepsucie. Po latach, kolejny raz, okazało się, że moje odczucia były trafne.

 

Jan Bodakowski

tekst z 2010 roku http://jan.bodakowski.salon24.pl/215385,pseudo-katoliccy-obroncy-krzyza

W sobotę, 8 czerwca, odbył się kongres Ruchu Narodowego. Ci z moich znajomych, którzy wybrali się na tę imprezę lub odsłuchali całość w internecie, wydają się rozczarowani. Jeden ze znanych krytyków tej inicjatywy, ku zaskoczeniu wszystkich, nie napisał z tej okazji żadnego felietonu, gdyż nie dostrzegł niczego, co warte byłoby skomentowania.

Panuje raczej zgoda, że zamiast konkretów panowała atmosfera politycznej „galopady”, której co chwila towarzyszyły okrzyki: „Wielka Polska! Wielka Polska! Wielka Polska!”.

To ciekawe hasło, które samo w sobie zasługuje na szerszą analizę. Nawiązuje ono do przedwojennych organizacji młodoendeckich. Tak, świadomie piszę „marginalnych”: gdy Stronnictwo Narodowe miało w 1939 roku ok. 220 tys. członków, to taka ONR „Falanga” zaledwie 4 tysiące. Te radykalne organizacje młodoendeckie głosiły specyficzny program „imperialny”. Polska miała przestać być średnim krajem, otoczonym przez wrogie jej potęgi Niemiec i Związku Sowieckiego, aby stać się imperium – „Wielką Polską”. Mieliśmy zbudować imperium obejmujące Ukrainę i Białoruś zabrane ZSRS i ziemie piastowskie zabrane III Rzeszy. W jaki sposób mielibyśmy tego dokonać? Nikt nie wie. Rojenia te utrzymywały się w czasie II wojny światowej, gdy cały czas zapisywano tony papieru na temat polskiego panowania w Europie Środkowej.

II wojna światowa brutalnie wykazała iluzoryczność tych marzeń. Mimo bohaterskiej obrony, uzbrojona w broń z początku stulecia armia nie była w stanie sprostać dywizjom pancernym Wehrmachtu, wspieranym przez setki nowoczesnych samolotów. Mówiąc wprost: Wojsko Polskie we wrześniu 1939 roku przypominało milionową armię współczesnej Korei Północnej – na papierze wyglądało imponująco, ale było wielkim technicznych muzeum. Mimo to II Rzeczpospolita prowadziła politykę zagraniczną jak gdyby była samodzielnym podmiotem pomiędzy Niemcami a ZSRS.

Prawda zaś była brutalna: byliśmy średnim i zacofanym krajem rolniczym, leżącym pomiędzy Niemcami a Sowietami. Byliśmy skazani albo na wasalizację wobec Berlina lub Moskwy, albo na zagładę (co stało się we wrześniu 1939 roku). Błąd oceny był niestety bardzo powszechny. Zarówno sanacja, jak i młodzi z ONR wierzyli, że jesteśmy potęgą lądową. Dlaczego wierzyli w coś tak absurdalnego?

Dlatego, że siłę państw oceniali wedle dwóch kategorii: 1) wielkości państwa na mapie; 2) liczby jego ludności. Oczywiście państwo naprawdę wielkie i ludne, takie jak ZSRS, mogło mieć siłę pomimo zacofania ekonomicznego, ale Polska nie była ani aż tak wielka, ani tak ludna. Niemiec nie baliśmy się, ponieważ aż tak bardzo nie ustępowaliśmy im liczebnie. Co z tego, skoro prawie nie mieliśmy przemysłu! Nie mieliśmy czym walczyć! Mało czołgów, mało samolotów.

Staroendecki publicysta Adolf Nowaczyński, jeszcze w czasie wyprawy Piłsudskiego na Kijów, słusznie zauważał, że „wsie pod Kijowem” nie mają kompletnie żadnego znaczenia dla państwa polskiego. Liczy się Gdańsk i Śląsk, czyli te ziemie, gdzie są kopalnie, huty, przemysł, szlaki komunikacyjne. Niestety, młódź młodoendecka z lat trzydziestych nie myślała w tych kategoriach. Wolała wydzierać się na ulicach polskich miast: „Wielka Polska! Wielka Polska! Wielka Polska!”. Tak też myślał (i wrzeszczał) Bolesław Piasecki – założyciel Falangi – który dopiero wpadłszy w ręce UB i NKWD, a szczególnie w łapy gen. Sierowa, zrozumiał, że Polska nie jest żadnym imperium, iż to romantyczna chimera! Piasecki zrozumiał w celi więziennej, że Polska jest małym krajem pomiędzy Niemcami a Rosją, której przeznaczone nie jest imperium, ale wasalizacja wobec dominującego
sąsiada.

Gdzie jest błąd myślenia młodoendeckiego, powielanego teraz przez Ruch Narodowy? Wydaje się, że jest nim nietrafne lokowanie źródeł wielkości państwa.

Wyobrażenie przeciętnego zwolennika tego nurtu jest następujące: Polska może być wielka. Ma imperialną misję. Wystarczy tylko chcieć, odrzucić sanacyjne (liberalne A.D. 2013) elity władzy, przejąć państwo i będzie można stworzyć imperium. Wielka Polska nie powstanie dzięki pracy, gospodarności, przemysłowi, organizacji, ale dzięki młodzieńczej „woli mocy”. Zamiast wysiłku organizacyjnego i mieszczańskiej przedsiębiorczości, Wielka Polska powstanie dzięki zadarciu sarmackiego i tajfunowego wąsiska, wypiciu kilku piw, wyjściu na ulicę i masowym zwołaniu: „Wielka Polska! Wielka Polska! Wielka Polska!”.

Wiele osób zwróciło uwagę, że na kongresie Ruchu Narodowego zachwytu nie wywołał Krzysztof Bosak, który miał wystąpienie nie emocjonalne, lecz merytoryczne na temat wolnej przedsiębiorczości. Oczywiście, bo gdy trzeba wychodzić na ulicę i rzucić hasło „Wielka Polska!”, to nie należy mówić o ekonomii, gdyż to nie praca, a wola jest kluczem do wymarzonej Wielkiej Polski. To nie ekonomia, nie banki, nie czołgi i nie samoloty ją zbudują, to nie te środki przywrócą Polsce Wilno i Lwów, ale romantyczna ekstaza i tłum młodzieńców na ulicach pod sztandarami Falangi.

Czasy, gdy o wielkości i sile kraju decydował entuzjazm i liczebne możliwości mobilizacyjne, już dawno minęły. Dziś o sile państwa – i jego wielkości – decyduje siła przemysłu, handlu, rozwój technologiczny. Możemy kręcić nosami na „przyziemność” i „nieromantyczność” tego świata techniki, ale rzeczywistości nie zmienimy, a ta jest brutalna: siła jest pochodną ekonomii.

Ruch Narodowy – jeśli naprawdę chce zbudować Wielką Polskę – winien wystąpić z hasłami zmniejszenia i uproszczenia podatków, deregulacji gospodarki, konstytucyjnego zakazu tworzenia deficytu budżetowego. Prawdziwy nacjonalizm wiąże się z mieszczańskim etosem pracy, a nie z buntem przeciwko niemu. Wiąże się z chęcią zachowania chrześcijańskich, tradycyjnych i narodowych wartości w nowoczesnym społeczeństwie przemysłowym, a nie z jego odrzuceniem w imię romantycznego ideału.

Słowem: Wielka Polska zaproponowana nam przez Ruch Narodowy – rozpostarta pomiędzy Szczecinem, Wrocławiem, Wilnem i Lwowem – ma być wielka terytorialnie, a zarazem straszliwie biedna. To projekt Wielkiej Nędzy!

Adam Wielomski

Ncz.pl

Antysemityzm nie jest ani prawicowy, ani lewicowy. To wielowiekowe zjawisko dopiero stosunkowo niedawno zostało wprzęgnięte w rozmaite ideologie; i te z lewa, i te z prawa – pisze Filip Memches.

Przez Polskę przetoczyła się niedawno dyskusja wokół sprawy Zygmunta Baumana. Wypowiedź znanego myśliciela na łamach „Polityki”, w której przyrównał on mur w Izraelu oddzielający Żydów od Palestyńczyków do muru getta w okupowanej przez III Rzeszę Warszawie, zbulwersowała część opinii publicznej. I to nie tylko w naszym kraju. Zwłaszcza, że brutalne porównania padły z ust osoby pochodzenia żydowskiego, która wyjechała z Polski w trakcie antysemickiej kampanii 1968 roku.

Tymczasem Bauman – w czasach stalinowskich oficer Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, formacji zajmującej się brutalnym „umacnianiem władzy ludowej”, i agent Informacji Wojskowej – nie powiedział niczego oryginalnego. Jego głos wkomponowuje się w chór lewicowych intelektualistów żydowskich, takich jak chociażby Noam Chomsky czy Norman Finkielstein. Bez ogródek oskarżają oni Izrael o zbrodnie ludobójstwa na Palestyńczykach, których bronią niczym nowego proletariatu przed nowymi eksploatatorami.

Nieznośna asymetria

Na odpowiedź Baumanowi nie trzeba było długo czekać. Konstanty Gebert przedstawił w „Polityce” wyważone i rozsądne argumenty, z którymi trudno polemizować. Wystąpił przeciw manichejskim interpretacjom dziejów stosunków izraelsko-palestyńskich. Stwierdził między innymi: „w wojnie są dwie strony i bardzo rzadko jest tak, że tylko jedna ma całą rację”. Nic dodać, nic ująć. Tyle że w następnym zdaniu czytamy: „Właściwie to w historii zdarzyło się tak tylko raz: III Rzesza była tak bardzo wcieleniem absolutnego zła, że pozbawiła się prawa do rozumienia jej racji, a nawet do współczucia jej cierpieniom”.

Skoro mówi się A, trzeba powiedzieć B. Gebert jednak tego nie robi i przez to osłabia własne argumenty. Niegdysiejszy opozycjonista antykomunistyczny idzie bowiem w ślady Szimona Peresa, który dwa lata temu niejako podżyrował postsowiecką politykę historyczną Rosji. Przypomnijmy, tuż przed rocznicą Paktu Ribbentrop-Mołotow, prezydent Izraela, podczas spotkania z Dmitrijem Miedwiediewem w Soczi, poparł stanowisko Moskwy przeciwko „fałszowaniu historii”. A więc przeciwko podnoszeniu kwestii negatywnej roli ZSRR w drugiej wojnie światowej. Tak otwiera się furtka do relatywizowania zbrodni sowieckich.

A zatem jeśli – jak twierdzi Gebert – III Rzesza jest wyjątkiem („wcieleniem absolutnego zła”), to ZSRR wyjątkiem nie jest. Tym samym Związek Sowiecki zachowuje „prawo do rozumienia jego racji”. Dla narodów będących ofiarami Paktu Ribbentrop-Mołotow taka asymetria jest nie do przyjęcia. Gebert daje przy okazji broń do ręki rozmaitej maści antysemitom, którzy mogą mu zarzucić, że absolutyzuje Holokaust i pomniejsza cierpienia innych narodów. Bo z jego uwagi płynie wniosek, iż z powodu doznanych w przeszłości krzywd, Żydom – w tym również ich państwu – wolno więcej niż całej reszcie.

Nowy antysemityzm?

Bauman wywołał też dyskusję dotyczącą tak zwanego nowego antysemityzmu. Uściślijmy, kiedyś antysemityzm uchodził za domenę skrajnej prawicy (pod którą podciąga się, słusznie bądź nie, także faszyzm i nazizm) jako zaprzeczenie wartości humanistycznych oraz uniwersalistycznych. Obecnie zdarza mu się przybierać formę krytyki pod adresem Izraela jako zmilitaryzowanego państwa nacjonalistycznego – krytyki uzasadnianej pacyfizmem, wielokulturowością, współczuciem dla Palestyńczyków jako narodu Trzeciego Świata, troską o imigrantów z krajów arabskich i islamskich na Zachodzie.

W te tony uderza Rafał Ziemkiewicz, stwierdzając na łamach „Rzeczpospolitej”: „nie jest od dawna dla nikogo, kto chce to widzieć, zaskoczeniem, że jednym z zasadniczych składników tożsamości […] nowej lewicy stał się zajadły antysemityzm kryjący się, tak samo jak w wypadku towarzysza Moczara, za zapewnieniem: ‚ależ nie jesteśmy wcale antysemitami, my tylko krytykujemy izraelski imperializm’”. Tyle że to jest zwykłe odbijanie piłki, mające niewiele wspólnego z prawdą. Bo gdzie ta zajadłość? Czy konserwatywni publicyści – Ziemkiewicz nie jest tu jedyny – postanowili pójść w ślady „Gazety Wyborczej” i delegalizować przeciwnika politycznego oskarżaniem go o antysemityzm?

To droga donikąd. Tak, zjawisko nowego antysemityzmu występuje na przykład we Francji, gdzie zdarzały się podpalenia synagog przez nieasymilujących się z tym krajem imigrantów z krajów Maghrebu. Z moczarowcami było jednak już inaczej. Nawet jeśli krążył wśród nich polski ludowy antysemityzm, to musieli się – jak przyznaje sam Ziemkiewicz – kamuflować z nim pod maską „antysyjonizmu”.

Jeszcze inaczej ma się sprawa z europejską (w tym i polską) nową lewicą. W jej przypadku krytyka Izraela czy nawet kwestionowanie racji bytu tego państwa to coś zupełnie odmiennego od nastawienia wobec samego narodu żydowskiego. A w Polsce nowa lewica wręcz tropi przejawy antysemityzmu i w dodatku robi to często tam, gdzie go nie ma. Różni się więc od zachodnioeuropejskich islamistów. Jednym z głównych jej celów, podobnie zresztą jak liberalnego mainstreamu, jest promocja wszelkich mniejszości etnicznych, religijnych, obyczajowych będąca orężem przeciwko większościowemu dziedzictwu chrześcijaństwa i kultury łacińskiej.

Neokonserwatywna demagogia

Skądinąd na razie obecność islamistów-antysemitów w polskiej debacie publicznej to kompletna abstrakcja. Żywe natomiast pozostają stare antysemickie stereotypy. Nie przekładają się one jednak na polską rzeczywistość polityczną. A jeśli nawet się przekładają, to wyłącznie dlatego, że stanowią pretekst do oszczerczego atakowania prawicy lub Kościoła katolickiego.

Polski antysemityzm zachowuje przednowoczesny, anachroniczny charakter. Główne tematy jego narracji to „żydowskie lichwiarstwo” czy „żydokomuna”, zaś „antysyjonistyczne” wątki są raczej wtórne i uboczne. Pod względem politycznym mamy do czynienia z nic nie znaczącym marginesem. Nie posiada on – tak jak to bywało w dziejach Europy – nowoczesnych środków niszczenia obiektu swojej wrogości. Jego ostrze jest tępe. Polscy antysemici się głównie ośmieszają. Bardziej wyrządzają krzywdę sobie i Polsce – psując jej wizerunek – niż stanowią jakiekolwiek niebezpieczeństwo dla odradzającej się żydowskiej społeczności w naszym kraju.

Z kolei nowy antysemityzm ma służyć prawicowej opinii publicznej w Polsce jako swoiste dla niej alibi w oczach liberalnego mainstreamu. Dała się ona zaszantażować poprawnością polityczną i chce za wszelką cenę udowodnić, że haniebne postawy jej nie dotyczą i że je stanowczo piętnuje. Ponadto naśladuje amerykańskich neokonserwatystów. Używa bowiem, jak oni, następującego schematu: po stronie dobra mamy niosące światu demokrację i wolny rynek USA, które wspierają ostatni bastion państwa narodowego, czyli Izrael, a po stronie zła – zgniłą, postmodernistyczną Europę, która sprzyja – cóż za zbitka propagandowa! – „islamofaszystom”.

Polska to jednak nie Ameryka – w uprawianych przez neokonserwatystów grach nie jest ona podmiotem. Dlatego stylizowanie się na prawicowych twardzieli rozprawiających na temat wykańczania terrorystów palestyńskich jawi się nad Wisłą jako groteska.

Jeśli zaś chodzi o sam antysemityzm należy zauważyć, że nie jest on ani prawicowy ani lewicowy. To wielowiekowe zjawisko istniało przecież już w czasach, gdy jeszcze nie było nowożytnych podziałów politycznych. Dopiero potem zostało ono wprzęgnięte w rozmaite ideologie: i te z prawa, i te z lewa. Każda tradycja polityczna ma tu coś na sumieniu, więc lepiej się nie licytować, bo wychodzi z tego demagogia.

Zburzyć mur

Wróćmy jeszcze do Baumana. Na łamach „Wprost” próbował on tłumaczyć o co mu chodziło, gdy w „Polityce” porównywał dwa mury: „mur getta stał się bardzo ważnym wyobrażeniem w świadomości lub wręcz podświadomości żydowskiej. Dlatego teraz wrócił jako pomysł na rozwiązanie skomplikowanej sytuacji. Żydzi, szukając sposobu rozwikłania problemu palestyńskiego, odwołali się do czegoś, co znali już bardzo dobrze ze swojej historii”.

W gruncie rzeczy Bauman dotyka bardzo drażliwej, lecz zarazem bardzo ważnej, dla Żydów kwestii – kwestii bycia ludem Bożego wybrania. Oznacza to pewien dylemat: czy dla zachowania własnej tożsamości zamykać się wobec innych narodów czy też odwrotnie, dystansując się od niej otwierać się na nie.

Późna nowoczesność sugeruje raczej to drugie wyjście, w imię uniwersalizmu traktowanego jako świecki, antropocentryczny dogmat. Tym samym nie uwzględnia ona odniesień do Boga, zwłaszcza w przypadku ekskluzywizmu religijnego, który dwa tysiąclecia po Chrystusie i św. Pawle z Tarsu może się wydawać czymś niepojętym.

Ale podstawą partykularnej tożsamości żydowskiej jest właśnie relacja człowieka z Bogiem. I nawet świeckie państwo żydowskie bierze to chcąc nie chcąc pod uwagę. Dylemat więc pozostaje nierozwikłany. Nawet gdyby się chciało z ewangelicznych pobudek zburzyć wielowiekowy, symboliczny mur oddzielający lud Bożego wybrania od reszty ludzkości.

Filip Memches

Słynny profesor, gwiazda filozofii płynnej nowoczesności, jak przystało na reprezentanta tego nurtu, płynnie rozmywa swoją podłą przeszłość. Najchętniej pewnie wyprałby rdzawe i czerwone plamy na swoim życiorysie.

Dlatego pozwolę sobie nazwać go „słynną praczką”, albo inaczej: „sprytną płaczką”.

Krokodyle łzy wylewają nad tą postacią przefarbowani na socjaldemokratów najwierniejsi PZPR-owcy w stylu prezydenckiego profesora Tomasza Nałęcza. Rwą włosy z głów „palikotowcy” tacy jak Andrzej Rozenek, który fotografował się na tle Lenina, „żartując”, że sowiecki zbrodniarz wskazuje mu dobry azymut. Oburza się Sławomir Sierakowski z lewackiej Krytyki Politycznej, wydawca dzieła Włodzimierza Ilicza. Wszyscy ci piewcy czerwonej i różowej ideologii mają usta pełne frazesów o zagrożonej demokracji. Wszystko dlatego, że grupa młodych ludzi w dosadnych słowach nazwała rzecz po imieniu i wykrzyczała swój protest przeciwko wykładowi profesora Baumana we Wrocławiu, na zaproszenie jakże gościnnego i kulturalnego prezydenta miasta Rafała Dutkiewicza.

Mogą się nie podobać wulgaryzmy, którymi potraktowano Baumana. Natomiast sama jego postać jest przykładem tak rażącego braku sprawiedliwości, że nie dziwię się emocjom w jego sprawie. Nie chcę przypominać znanych przecież kwestii. Życiorys tego człowieka został przed laty prześwietlony przez profesorów Bogdana Musiała i Piotra Gontarczyka. Kto chciał, ten przeczytał, że w latach 1945-53 Bauman był oficerem Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego – zbrojnego ramienia partii komunistycznej utworzonego na wzór wojsk NKWD i służącego ujarzmieniu polskiego społeczeństwa; że był on w latach 1945-48 agentem zbrodniczej Informacji Wojskowej pseudonim „Semjon”. Kto chciał, ten mógł przed laty przeczytać arogancką odpowiedź Baumana dla brytyjskiego „Guardiana” na ujawnione informacje. Żadnej skruchy, przeciwnie – atak i użalanie się nad sobą. Bauman opisał ujawnienie swej przeszłości jako element polowania na czarownice za rządów Lecha i Jarosława Kaczyńskich. Twierdził, że poprzez niszczenie jego reputacji bracia Kaczyńscy pośrednio niszczą lewicę w Polsce. Według mnie to niesamowity tupet, że facet z taką przeszłością, który ukrywał ją przed światem, pozuje na pokrzywdzonego i uciśnionego przedstawiciela polskiej lewicy. Co za żenujące brednie! Sprowadzając rzecz do poziomu argumentacji tchórzliwego uczonego, mógłbym przypomnieć, że nie słyszałem, aby „reżim Kaczyńskich” prześladował autentycznych lewicowców w rodzaju Joanny i Andrzeja Gwiazdów czy Ryszarda Bugaja. Zawsze miło wrzeszczeć na Zachodzie: „Biją nas w Polsce! Biją Żydów, biją gejów, biją socjaldemokratów! Ci wredni polscy neofaszyści!”

Stawiam pytanie: jak to jest, że kolaboracja z hitlerowskim reżimem niemieckim budzi jednoznaczne reakcje, a funkcjonariusze zbrodniczego komunistycznego totalitaryzmu, którzy nigdy nie przyznali się, nie rozliczyli się, nie przeprosili za swoje wredne wybory, są fetowani na polskich uczelniach? Nie wolno nikomu zaprotestować przeciwko kalaniu przez nich akademickich wartości? Dlaczego przeszłość Zygmunta Baumana nie wywołuje debat na polskich uniwersytetach, dlaczego nie „dekonstruuje się” jego koncepcji socjologicznych z powodu jego życiorysu? Przypomnę dla równowagi casus innej gwiazdy postmodernistycznej nauki. Pamiętam ze starego numeru pisma „Literatura na Świecie” dyskusje wokół Paula de Mana. Zmarły w 1983 roku akademik był belgijskim literaturoznawcą, krytykiem literackim i filozofem. W 1947 roku wyemigrował do USA, gdzie zrobił doktorat na Uniwersytecie Harwardzkim. Od 1970 roku do śmierci wykładał na Uniwersytecie Yale.

Sensacja wybuchła po śmierci Paula de Mana, kiedy student Ortwin de Graef odkrył około dwustu artykułów napisanych przez słynnego uczonego w czasie II wojny światowej. De Graef badał młodzieńcze zaangażowanie de Mana i natrafił na okres współpracy z belgijską gazetą „Le Soir” kolaborującą wówczas z hitlerowskimi Niemcami. W jednym z artykułów zatytułowanym „Żydzi w literaturze współczesnej” de Man analizował sposób w jaki „wulgarny antysemityzm chętnie czerpie przyjemność z uznania kulturalnych zjawisk po pierwszej wojnie światowej za zdegenerowane i dekadenckie z powodu ich zażydzenia. „Tak późniejsza gwiazda filozoficznego dekonstruktywizmu pisała w artykule z 4 marca  1941 roku. De Man dzielił się swoimi refleksjami w gadzinowej gazecie, kiedy Żydzi umierali w gettach i obozach. Odkrycie takiej jego publicystycznej przeszłości wywołało ożywione dyskusje zwłaszcza w amerykańskim światku akademickim. Dlaczego nie o Baumanie u nas?

Dlaczego nie o nim? Czyżby istniał jakiś nowy Herrenvolk – Naród Panów? Czy specjalną osłoną ciągle będą otaczani funkcjonariusze zbrodniczych formacji komunistycznych, tylko dlatego, że „płynnie” przemienili się w „rewizjonistów”? Mogli „błądzić”, bo zwalczali „podludzi” z „reakcyjnych band”? Są bez winy, bo każda próba ich rozliczenia jest zawsze przejawem faszyzmu i antysemityzmu?

Bogdan Zalewski
RMF FM