Monthly Archives: Lipiec 2013

Nie ma zatem prostego przełożenia pomiędzy działaniem łaski, a tym czego doświadczamy w doczesności. Bóg nie jest maszyną o licznych trybikach, których analiza doprowadzi nas do pełnego poznania prawdy.

Ostatnie dni przyniosły nam dwie katastrofy. Pierwsza – kolejowa – pochłonęła blisko 80 ofiar, druga – autokarowa – blisko 40 ofiar śmiertelnych. Pierwsza, w pobliżu najbardziej znanego miejsca pielgrzymek w świecie chrześcijańskim, czyli Santiago de Compostella. Tam do grobu św. Jakuba wędrują katolicy i wyznawcy innych religii. Czasem z przyczyn czysto turystycznych, ale przeważnie jednak z jakąś nadzieją zawartą w każdej praktyce religijnej – szczególnie chrześcijańskiej.

Druga katastrofa – oto autobus wypełniony pielgrzymami wraca z  miejsc związanych z św. Ojcem Pio. Pojazd spada z wiaduktu – żniwo śmierci jest ogromne.

Co więcej niemal każde lato, niemal każde wakacje przynoszą tego typu wiadomość. Odruchowo pojawia się pytanie, czy Bóg, jeśli istnieje, może pozwalać na takie tragedie. Dlaczego nie chroni tych, którzy oddają mu cześć?

Klasyczne sformułowanie tego dylematu znajdujemy u Woltera w jego „Poemacie o trzęsieniu ziemi w Lizbonie”, w który pytał dlaczego tak dramatyczne doświadczenie dotknęło tak katolickie miasto. Rousseau próbował odpowiadać, że za skutki tego trzęsienia ziemi odpowiada człowiek, który przez swoje zaniedbania nie potrafił zapobiec rozległości tragedii. Nie rozwiązuje to jednak problemu samego kataklizmu, który nawet przy najlepszym przygotowaniu zebrałby żniwo w postaci ofiar śmiertelnych.

Leibniz na problem zła odpowiadał swoją teodyceą – świat przypomina równanie matematyczne i Bóg w ramach tego równania minimalizuje obecność zła, jak tylko może. Takie rozwiązanie zaprzecza jednak istnieniu grzechu pierworodnego, wolnej woli – nie może być uznane za chrześcijańskie.

Dla katolików powinno być oczywiste, że zło weszło w świat przez grzech, a Bóg nie błogosławi śmierci człowieka i tego, że on cierpi. Ale cierpienie jest też karą za grzech, niejednokrotnie immanentnie zawartą w jego naturze. Czy ktoś z nas jest bez grzechu?  O sytuacji katastrofy mówi sam Jezus Chrystus na na kartach Ewangelii.

Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zawaliła się wieża w Siloe i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie.

O. Jacek Salij tak próbował podsumować formułę Chrystusa: „Poprzestańmy na uznaniu, że może istnieć jakiś realny związek między czynionym przez nas złem a doznawanymi przez nas nieszczęściami, ale nie do nas należy ustalanie tego związku. Do nas należy nawrócić się, jeśliśmy zgrzeszyli, a jeżeli spadnie na nas jakieś nieszczęście, starajmy się znieść je po Bożemu i bez uszczerbku na duszy. Właśnie tego ewangelicznego spojrzenia nie przyjęli ci, którzy dwa i pół wieku temu tak zgorszyli się trzęsieniem ziemi w Lizbonie. Oni z góry „wiedzieli”, że w Lizbonie wielu ludzi zginęło niewinnie i niesprawiedliwie, zaś ewangeliczne wytyczne o cierpliwym znoszeniu doznawanego zła, zwłaszcza jeśli nie da się go uniknąć, ich jedynie oburzały.”

Dodajmy do tego słowa nieśmiertelnego św. Augustyna: „Tam umieśćmy nasze serce, gdzie nie będą mogły go psuć troski tego świata. Niech przeminą te troski, które przejmują ludzi, niech wyparują, mgłą jest bowiem życie ludzkie na ziemi. Kruchość obecnego życia zwiększają jeszcze różne i wręcz codzienne niebezpieczeństwa. Dowiadujemy się o wielkim trzęsieniu ziemi, jakiego doświadczyli mieszkańcy Wschodu. Od nagłych wstrząsów runęło kilka wielkich miast.”

Nie ma zatem prostego przełożenia pomiędzy działaniem łaski, a tym czego doświadczamy w doczesności. Bóg nie jest maszyną o licznych trybikach, ktorych analiza doprowadzi nas do pełnego poznania prawdy.

Tomasz Rowiński

Fronda.pl

Ostatnio media informują, że coraz więcej rodziców w Polsce nie szczepi swoich dzieci. Choć tłumaczą, że winę za to ponosi internet, który daje dostęp do „podejrzanych informacji”, tak naprawdę sprawa jest bardziej złożona.

Rodzice nie mają zaufania do firm farmaceutycznych, przedstawicieli władzy i niektórych lekarzy. I można to zrozumieć. Sprawę z perspektywy amerykańskiej pokazuje dziennikarka Jennifer Margulis.

Jennifer Margulis jest dziennikarką śledczą, pracującą w Schuster Institute of Investigative Journalism na Brandeis Unviersity. Swoje artykuły publikowała na łamach „The New York Times” czy „Washington Post”. W wydanej w tym roku „The Business of Baby: What Doctors Don’t Tell You, What Corporations Try to Sell You, and How to Put Your Pregnancy, Childbirth, and Baby Before Their Bottom Line” (2013) cały rozdział poświęca właśnie biznesowi szczepionek.

Warto dodać, że sama należy do tych osób, które nie zaszczepiły własnych dzieci przeciwko wszystkim zalecanym w USA chorobom, jednak nie jest wcale przeciwniczką kłucia niemowląt w tym właśnie celu. Za najbardziej kontrowersyjne (czy raczej niepotrzebne) w USA uważa szczepienia przeciwko rotawirusom, zapaleniu wątroby typu B i ospie wietrznej.

Dziennikarka śledcza nie porusza jednak w ogóle kwestii używania linii komórek po aborcji do wytwarzania szczepionek, które za sprawą nagłośnienia sprawy przez środowisko pro-life z niektórych z nich zostały wycofane.

Z jej analizy wynika, że rodzice niemowląt, które są karmione piersią, nie są posyłane do żłobka lub przedszkola i nie mają zintensyfikowanego kontaktu z różnymi chorobami, mogą z niektórych szczepień zrezygnować. W jakimś stopniu masowy system ich stosowania związany jest więc z posyłaniem coraz mniejszych dzieci do żłobków, przedszkoli i szkół. Kolejnym powodem jest wykorzystanie dostępu do noworodków, które przynoszone są przez rodziców na badania kontrolne (dzieci starsze rzadziej trafiają do lekarza).

Własnych dzieci nie szczepią lekarze

Jak pisze Margulis, w USA wielu rodziców, którzy zrezygnowali z niektórych szczepionek to osoby z wyższym wykształceniem. Są wśród nich lekarze, pielęgniarki, pracownicy sektora medycznego, a nawet ci, którzy w ramach wykonywanego zawodu muszą oficjalnie do nich namawiać lub je reklamować. W USA istnieje od niedawna International Medical Council on Vaccination: http://www.vaccinationcouncil.org/, organizacja złożona właśnie z lekarzy i pielęgniarek, którzy uważają, że szczepionki nie są ani takie bezpieczne, ani efektywne, jak głoszą to firmy farmaceutyczne i władza. Jak pisze Margulis, wielu pediatrów również nie widzi większego problemu w sytuacji, gdy rodzice wybierają tzw. alternatywy kalendarz szczepień, selekcjonując lub opóźniając ich podawanie. Zdarzają się jednak tacy, którzy nie przyjmą dziecka, jeśli nie zostanie ono zaszczepione przeciwko wszelkim zalecanym chorobom.

Niemowlę z 26 szczepieniami

A jest ich cała masa. Jak podsumowuje Margulis, zanim dziecko ukończy w USA roczek, zostanie zaszczepione przy pomocy 21 szczepionek przeciwko 10 chorobom. Zanim osiągnie wiek 18 miesięcy,  będzie ich 26 (na 14 chorób), a osiemnastolatek będzie musiał ich przejść 50 (w sumie na 16 chorób). Amerykański kalendarz szczepień, który obowiązywał dla dzieci urodzonych w latach 70-tych, miał ich cztery razy mniej. A obecnie jest ich dwa razy tyle co w Europie. Możemy się cieszyć, że w Polsce nie jest pod tym względem aż tak źle (mamy 12 obowiązkowych szczepień, ale niektórzy sugerują, że to za mało: http://www.rynekzdrowia.pl/Serwis-Szczepienia/Mamy-12-bezplatnych-szczepien-obowiazkowych-Czy-to-za-malo,130127,1018.html

Warto więc poznać fakty, na które wskazuje dziennikarka śledcza, aby zrozumieć, dlaczego aż tak wiele szczepień jest ciągle dodawanych bez usuwania innych (np. przeciwko polio, które zostało praktycznie pokonane, a jedyną występującą zachorowalnością jest jej poszczepienny charakter).

Center for Disease Control i firmy farmaceutyczne

Margulis podaje przykład Julie Gerberding, która stała na czele amerykańskiej organizacji rządowej Center for Disease Control, odpowiedzialnej za publikowanie zaleceń dotyczących kalendarza szczepień. Po procesie w 2008 r., w którym rodzice dziewczynki (Hannah Poling) otrzymali 1,5 mln dol. odszkodowania, Gerberding ogłosiła, że „rząd absolutnie nie wydał żadnego oświadczenia wskazującego, że szczepionki mogą być powodem autyzmu”. W 2009 r. została zatrudniona przez firmę farmaceutyczną, producenta szczepionek Merck, stając na czele Merck Vaccines. Nie można się dziwić, że rodzice w USA nie mają zaufania do organizacji rządowych wypowiadających się w kwestii bezpieczeństwa nie tylko z powodu osób, które w swojej karierze zawodowej przechodzą z publicznego sektora zdrowotnego do firm farmaceutycznych, lub na odwrót.

Brak odpowiedzialności firm i tajność

Kolejne niepokojące informacje wiążą się z techniczną stroną procesów dotyczących urazów poszczepiennych. W 1986 r. w USA na mocy ustawy Kongresu powstał National Vaccine Injury Compensation Program, mający na celu zdjęcie  odpowiedzialności z firm farmaceutycznych i powołanie specjalnego funduszu pieniężnego, z którego byłyby wypłacane odszkodowania dla rodziców. Stało się tak, gdyż firmy zagroziły, iż zaprzestaną produkcji szczepionek, jeśli będą musiały same wypłacać odszkodowania w momencie, gdy w latach 80-tych liczba procesów wytaczanych przez rodziców gwałtownie rosła. Objęcie firm takim parasolem ochronnym oznacza, że to władza (i podatnicy) ponoszą koszty finansowe odszkodowań za skutki uboczne produktów wytwarzanych przez prywatne firmy. Od czasu powstania, National Vaccine Injury Compensation Program wypłacił poszkodowanym ponad 2 miliardy dol. Rodzicom Poling wypłacono 1,5 mln dol. zadośćuczynienia oraz 500 tys. dol. na opiekę nad dzieckiem. Hannah Poling w wieku 19 miesięcy, zanim otrzymała 9 szczepionek, była normalnie rozwijającym się dzieckiem. Potem nastąpiło u niej trwałe uszkodzenie mózgu, na skutek podania szczepień. Zapewne wielu badaczy i lekarzy chciałoby przeczytać akta tego procesu i dowiedzieć się, jak do takiego wniosku doszli eksperci departamentu zdrowia. Władza niestety utajniła akta procesu, co oczywiście ma wpływ na wzrost braku zaufania zarówno do niej, firm farmaceutycznych, jak i samych szczepionek.

Wygrane procesy rodziców

Proces Poling, który zakończył się w pewnym sensie pomyślnie dla rodziców nie jest zupełnym ewenementem, choć warto podkreślić, że rodzice dziewczynki mieli wyjątkowe zdolności, aby go wygrać. Ojciec dziecka był bowiem neurologiem i posiadał stopień doktora z biofizyki, zaś matka była prawnikiem i pielęgniarką. W 2010 r. panel brytyjskich ekspertów medycznych przeanalizował przypadek dziecka, które również cierpiało na trwałe uszkodzenie mózgu po szczepionce MMR, w wyniku czego rodzice otrzymali 146 tys. dol. odszkodowania. W czerwcu 2012 r., włoski minister zdrowia przyznał, że poważne uszkodzenie neurologiczne, którego doznał 15-miesięczny Valentino Bocca wywołała ta sama szczepionka.

Konflikt interesów: sponsorowani pediatrzy

Rodzice w USA tracą również zaufanie do pediatrów. Amerykańskie Stowarzyszenie Pediatrów, czołowa organizacja lekarzy tej specjalności, skupiająca 60 tys. medyków, w 2012 r. otrzymała od firm komercyjnych co najmniej 7,4 mln dolarów, a od firm produkujących szczepionki co najmniej 1,6 mln. Merck & Co. Pfizer, GlaxoSmithKline, Sonofi Pasteur należały do jej najbardziej hojnych sponsorów. Wyeth (wykupiony przez Pfizer) wytwarzający szczepionkę przeciwko pneumokokom (Prevnar) przekazał organizacji pediatrów co najmniej 750 tys. dolarów w 2008 r. Merck, produkujący szczepionki przeciwko zapaleniu wątroby typu A i B, Haemophilus influenzae (Hib), wirusowi brodawczaka (HPV), odrze, śwince i różyczce (MMR), zapaleniu płuc, ospie wietrznej, rotawirusom, (oprócz tego wytwarzający lekarstwa na alergie i astmę, które mogą być powiązane ze szczepieniami), w 2010 r. zasilił organizację co najmniej pół milionem dol. Kolejny istotny sponsor, GlaxoSmithKline, produkuje kombinację szczepień przeciwko zapaleniu wątroby typu B, błonicy, tężcowi i krztuścowi oraz polio. Każda z tych firm na samych tylko szczepionkach zarabia kilka miliardów dol. rocznie.

Brak istotnych badań i przestrzegania zasad stosowania

Jak pisze Margulis, niestety są również bardzo poważne luki w badaniach nad szczepionkami. Nie ma analiz o dużej skali, sprawdzających bezpieczeństwo z grupą kontrolną dzieci nieszczepionych, aby porównać ich systemy odpornościowe. Ich brak tłumaczy się uznaniem nieszczepienia dzieci za nieetyczne. Badania dotyczą działań jednej szczepionki, nie biorą pod uwagę ich skumulowanego stosowania. A poza tym są często sponsorowane przez producentów. Na tym problemy się nie kończą. Raport amerykańskiego departamentu zdrowia z czerwca 2012 r. ujawnił, że 76% providerów szczepionek pozostawiało je w nieodpowiedniej temperaturze co najmniej przez 5 godzin, u jednej trzeciej przeterminowane ampułki składowane były razem z tymi, które były przeznaczone do użytku. Poza tym, nikt nie administrował nimi w całkowitej zgodzie z wytycznymi. Warto przy okazji dodać, że np. w USA można zaszczepić się przeciwko grypie przy okazji robienia zakupów w markecie, a czasem nawet w kościele (głownie osoby starsze). O szczepionkach po cichu wycofanych z obrotu, którymi szczepiono w Polsce dzieci pisała niedawno „Rzeczpospolita”: http://www.rp.pl/artykul/22,1032500-Szczepionki-budza-strach.html

Z analizy Margulis wynika jasno, że rodzice mają prawo martwić się, że uszkadzają one odporność bardzo małych dzieci (prawdopodobnie m.in. z powodu dodawanych substancji konserwujących i wspomagających działanie) i mają dużo słabszą skuteczność, niż się oficjalnie utrzymuje. Amerykańskich rodziców niepokoi również niezrozumiały fakt, że w tym tak wysoko rozwiniętym kraju śmiertelność noworodków jest wysoka. Do kogo mogą mieć teraz zaufanie: do przedstawicieli władzy, producentów czy pediatrów?

Jak podaje Margulis, w Islandii i Norwegii, dzieci nie otrzymują żadnych szczepionek przed ukończeniem pierwszych trzech miesięcy życia. Poza tym, są one całkowicie dobrowolne. I dobrze, że rodzice mają tu coś do powiedzenia. Dla nich stawka jest wysoka, bo chodzi o zdrowie ich własnych dzieci.

Dla firm stawka wypracowania miliardowych zysków również jest wysoka, ale dzięki rządowemu (podatniczemu) parasolowi ochronnemu, ryzyko znikome. Warto zaznaczyć, że lobby farmaceutyczne ma silną pozycję w UE i działa przy pomocy sponsorowanych organizacji medycznych i pacjenckich. W Polsce można zaobserwować pewien trend dotowania szczepionek przez lokalne samorządy, gdzie władza podlega mniejszej kontroli. Oto jeden z przykładów: http://www.rynekzdrowia.pl/Serwis-Szczepienia/Warminsko-Mazurskie-samorzadowe-programy-szczepien-przeciwko-pneumokokom,132094,1018.html

Kilka dni temu media informowały również o niewłaściwie przechowywanych ampułkach w krakowskiej i warszawskiej przychodni: http://wpolityce.pl/wydarzenia/58880-nawet-100-tys-dzieci-moglo-otrzymac-szczepionke-z-wycofanej-serii-niektore-preparaty-mogly-byc-zepsute

http://m.wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,117915,14329763,Balagan_w_przychodni__Chcieli_podac_wycofana_szczepionke.html

Trzeba być czujnym.

Natalia Dueholm

Krakowskie obchody 69. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego rozpoczną się w czwartek, 1 sierpnia 2013 r. o godzinie „W” – 17.00 sygnałem syren alarmowych, po czym w Bazylice Mariackiej zostanie odprawiona Uroczysta Msza Święta w intencji Ojczyzny i żołnierzy poległych za Jej wolność.

Calosc  tutaj

58-letni Willis powraca na ekrany w szpiegowskiej komedii RED 2. Choć gra w filmach akcji dla największego twardziela kina bywa już rutyną, tym razem aktor bawił się świetnie. Równie dobrze, jak na planie filmowym, Bruce Willis odnajduje się w roli ojca czternastomiesięcznej Mabel.

Jak opowiada w rozmowie dla MenStream.pl, zmienia pieluchy z pełną pokorą. Zresztą – jak zauważa – jako jedyny facet w domu pełnym kobiet nie ma za wiele do powiedzenia.

Tocząca się w USA dyskusja na temat ujawnienia tajemnicy państwowej przez Edwarda Snowdena pokazuje nam też prawdę o Willisie – człowieku honoru.  Gwiazdor otwarcie przyznaje, że dla niego kluczowe w całej sprawie jest niedotrzymanie przez agenta danego słowa. – Przecież ten człowiek położył swoją dłoń na Biblii i przysięgał – obrusza się w MenStream.pl Willis.

Dla niezniszczalnego aktora, grającego od lat głównie w dynamicznych filmach akcji, pewnym wyzwaniem jest uchronienie prywatności rodziny przed wścibskimi paparazzi, którzy w Los Angeles nie dają o sobie zapomnieć. Dużo łatwiej Bruce Willis poradził sobie z zadaniami aktorskimi w nowej odsłonie serii RED, gdzie całował się na planie z dwiema aktorkami. W wywiadzie dla MenStream.pl tłumaczy, że taki ma po prostu zawód. Zapewnia, że podczas pocałunków z Catheriną Zeta-Jones nie zapomniał o czterech córkach i młodej żonie.

Jako znawca natury kobiecej, Bruce Willis z rozbrajającą otwartością przyznaje, że kobiety są znacznie sprytniejsze od mężczyzn. Sugeruje nawet, że to właśnie one powinny rządzić światem. Zdaniem aktora kobieta powinna być także prezydentem Stanów Zjednoczonych. Mimo że Willis zbliża się do 60., rzadko myśli o swoim wieku. Nadal jest zdolny do szybkiego poruszania się, a jego zdaniem to jedna z kluczowych umiejętności aktora filmów akcji. Ten zawód ciągle daje mu dużo radości. Szczególnie, gdy bierze udział w takiej produkcji, jak RED 2. Podczas kręcenia filmu nie brakowało okazji, by wraz z całym zespołem zdrowo pośmiać się na planie. 

Pozdrawiam,
Anna Anagnostopulu
MenStream.pl, Grupa Money.pl

Dywersja PRL wsrod Polonii zaczela sie od Stalina i trwa nadal. Wszystko jest zajęte przez inne narodowości a każdy polski aktywista jest niszczony według instrukcji Kiszczaka..

 

“… Nasze służby dyplomatyczne na całym świecie mogą i MUSZĄ inicjować powstawanie rożnych NOWYCH stowarzyszeń, organizacji oraz klubów w środowiskach polonijnych na całym świecie, aby ZDEINTREGROWAĆ te organizacje i osoby które istnieją.
Tylko nowo utworzone z NASZĄ pomocą i przy NASZEJ współpracy organizacje, stowarzyszenia czy kluby będą NAS popierać. Te stare organizacje polonijne pod tymi zarządami jakie są teraz, nigdy z NAMI nie będą współpracować.
NASI ludzie za granica mają od dzisiaj zadanie głębiej niż poprzednio INFILRTROWAĆ istniejące gremia kierownicze tych starych organizacji polonijnych na wszystkich szczeblach, a zwłaszcza na szczeblach centralnych. Tworzyc nowa dokumentacje obciazajace dana osobe
Nasze służby dyplomatyczne razem z NASZYMI ludźmi muszą zapewnić OPERACYJNE możliwości oddziaływania na te stare organizacje, kreowania ich działalności i kierowania ich polityka, tak aby NAS wspierały.
Te stare organizacje muszą być przez NAS operacyjnie OPANOWANE, a jak się to nie uda to je ZBANKRUTUJEMY …”         –         gen. Czesław Kiszczak LUTY 1989
I tak sie robi, bo Radio Pomost ujawni kradzierz pieniedzy Parafialnych laczenie Polskiej Parafii z sektami , ponizanie Katolikow Parafian a karmienie faryzeuszy i judaszowy pomiot . Te sprawy zostana ujawnione po rozmowie z Proboszczem kiedy wroci z urlopu, Radio Pomost nie moze juz dluzej udawac ze nic sie nie dzieje, telefony ,emaile codziennie nadsylane mowia same za siebie
Dziekuje

Jerzy Krzyf-Karpinski

Opinia teologiczna uzasadniająca prawdę i kult Chrystusa Króla Polski I. Prawda
Relację Boga do całości stworzenia ujmuje się jako powołanie do istnienia i pełne władanie rzeczywistością stworzoną.

Stąd stworzenie nierozumne podlega Bogu w sposób konieczny na mocy praw w nie wdrożonych, stworzenie zaś rozumne i mające pewien wymiar wolności winno uznać Boże panowanie, przyjąć je z miłością i wdzięcznością i przez to uczcić Boga jako swego Ojca i Władcę, który prowadzi nas do siebie na sposób bezpośredni i dialogowy, ale też pośredni poprzez pozaosobowe i konieczne prawa stworzenia.

Pantokrator
Prawda o Chrystusie jako Królu wywodzi się głównie z pojęcia „Pantokrator” i z ziemskiego pojęcia najwyższego władcy, czyli „Króla”. Stary Testament ujmuje relację Boga Stwórcy i Zbawcy do stworzenia przez pojęcie „Wszechwładcy” lub „Wszechmogącego”, co Septuaginta (przekład Biblii na język grecki) oddała przez słowo „Pantokrator” (ok.180 razy). Bóg więc jest Wszechwładcą wszelkiego stworzenia na sposób bezwarunkowy i niczym nieograniczony, lecz w odniesieniu do istot rozumnych, którym dał pewien udział w swojej rozumności i wolności, Bóg w swej nieskończonej dobroci wykonuje swoją wszechwładzę w pewnym stopniu dialogicznie: chce, żeby człowiek przyjął tę władzę w sposób rozumny i wolny, z miłością należną Ojcu, a nawet dał mu udział w tej wszechwładzy w postaci wolnej władzy nad sobą i władzy społecznej ludzkiej, a także możność wpływania na władzę Bożą przez modlitwę i kult, czyli szczególną możność dialogu z Wszechwładnym. W rezultacie Bóg tak włada stworzeniem, że realizuje swoją władzę bezwarunkowo, ale paradoksalnie nie odbiera władzy człowiekowi zarówno w odniesieniu do świata materialnego, jak i władzy społecznej człowieka wobec człowieka.
Określenie „Wszechwładca” czy „Wszechmogący” – Pantokrator przejął ze Starego Testamentu Nowy Testament, odnosząc je głównie do Boga Ojca (2 Kor 6,18; Ap 1,8; 4,8; 15,3-4; 16,7.14; 21,22). Ale częściowo już w Nowym Testamencie określenie to odnoszono i do Chrystusa, który ma naturę Boską i stanowi jedno z Bogiem Ojcem (J 10,30; 17,22). Stąd liczni Ojcowie Kościoła i pisarze chrześcijańscy, zwłaszcza na Całym Wschodzie, rozwinęli kult Chrystusa jak Pantokratora i wyrazili tę prawdę w liturgii, ikonach, mozaikach i różnych emblematach. Także w Polsce Chrystus jest przedstawiony jako Pantokrator na sklepieniu kaplicy zamkowej Świętej Trójcy w Lublinie. W ogóle Wschód wolał nazywać Chrystusa Pantokratorem, bardziej niż Królem, bo ujmował Chrystusa bardziej metafizycznie.

Król
Jednak zarówno w Nowym Testamencie (np.2 Kor 5,10; J 18-40; Ap 19,6-7.15 i inne), jak u pisarzy i w sztuce został rozwinięty raczej termin „Król” (Basileus, Kyrios, Rex), ponieważ jest on Pantokratorem, ale już wcielonym w obecny świat i w człowieka, a więc „bliższym” stworzeniu, człowiekowi i dziejom. Jest On Królem już także przez swe człowieczeństwo, bo jest „Pierworodnym każdego stworzenia” (Kol 1,15), ”Głową stworzenia” (Ef 1,10) i Sędzią ludzkości (Mt 25,31-46; 2 Kor 5,10). O ile Pantokrator oznacza panowanie raczej „z zewnątrz stworzenia”, to Król oznacza bardziej władcę „wewnątrz stworzenia”, ponieważ Syn Boży jako wcielony realizuje Wszechwładzę Boską także w swej naturze ludzkiej, w swym człowieczeństwie, czyli „królowanie Chrystusa i Boga (Ef 5,5) stanowią jedność w Osobie Syna Bożego, choć w dwóch wymiarach: Boskim i ludzkim. I tak Jezus Chrystus uosabia zarazem Wszechwładzę w niebie i na ziemi, a więc nie jest to władza oderwana od ziemi i przeniesiona gdzieś w daleki Kosmos, lecz Chrystus jest konkretnym „Królem królów i Panem panów” – ziemskich (1 Tm 6,15; Ap 17,14; 19,16).
Przy tym według wiary chrześcijańskiej królowanie Chrystusa nie jest izolowane od człowieka, społeczności, państw czy narodów, lecz jest to panowanie realne, dziejowe i konkretne nad realnym narodem i nad całością narodów historycznych. Przede wszystkim Chrystus jako Mesjasz jest Królem Narodu żydowskiego, Izraela, „Królem Żydów” (Mk 15,2.9.12.18.26.32; Mt 27,11.29.42; J 1,49; 19,19-22 i inne). Tym samym jest Królem każdego innego narodu i „królem narodów” (Ap 15,3-4; Mt 25,32; 28,19) i „Królem królestw” ziemskich (Ap 17,8). Znaczy to, że, zgodnie z Pismem świętym, Chrystus jest Królem wszystkich narodów razem i każdego z osobna, a więc jest też Królem Narodu polskiego, czyli i „Królem Polski”.
Teksty Mszy świętej i oficjum brewiarzowego, wcześniejsze i późniejsze, o Chrystusie Królu i Królu wszechświata, nazywają Go „Królem stworzenia” (nie tylko „nieba”), „Panem wszystkich rzeczy”, „Królem czasu”, „Jednoczycielem ludzkości” (także na ziemi), „Królem całego świata przez miłość”, Królem, któremu „służyć będą wszystkie narody, ludy i języki”, będzie „Odnowicielem wszystkiego”, „niweczy On wojny i głosi pokój narodom na ziemi” itp. W rezultacie i w tym sensie modlimy się wszyscy: „Przyjdź królestwo Twoje, Panie!” Modlimy się, aby Chrystus Król „przekazał nieskończonemu Majestatowi Ojca wieczne i powszechne królestwo: królestwo prawdy i życia, królestwo świętości i łaski, królestwo sprawiedliwości, miłości i pokoju” (Prefacja). Królowanie Chrystusa nad całym stworzeniem, nad doczesnością nad wszystkimi narodami i nad każdym narodem podnoszą także specjalne litanie i inne modlitwy czy wezwania do Chrystusa Króla. Przy tym inicjatywa wiernych świeckich nie może być a priori odrzucana. Trzeba pamiętać choćby, że wszystkie podstawowe prawdy o Najświętszej Maryi Pannie rozżarzały się najpierw w zmyśle wiary ludu Bożego, a dopiero potem były ujmowane w formuły teologiczne przez teologów i hierarchię, dostrzegających w tym objawienie Pańskie.
Oczywiście królowanie Chrystusowe jest to władza o charakterze nadprzyrodzonym, misteryjna, duchowa, transcendująca wszelkie władze ziemskie, świeckie, i zarazem zachowująca autonomię władzy stworzenia. Niemniej oddziałując na osobę ludzką na ziemi, uzyskuje realny wpływ, refleks także w doczesnym życiu człowieka jako jednostki i społeczności, dzięki czemu człowiek nie może „wyrzucać” królowania Chrystusowego z doczesnej historii ludzkości, bo to byłoby unicestwieniem Wcielenia, Dzieła Odkupienia i Opatrzności kierującej światem i Kościołem.
Prawdziwa religia jest jak błogosławiony i twórczy nieboskłon nad ziemią i jej życiem. Jeśli się odrzuca tę prawdę, to neguje się w ogóle chrześcijaństwo. To samo ma miejsce, jeśli się przyjmuje – jak robi to pewna świecka Telewizja w Polsce – że zbawia każda religia sama z siebie, a więc bez związku z Chrystusem. W rezultacie znaczyłoby to, że nie zbawia żadna religia, a przynajmniej nie jest potrzebna do życia na ziemi. Mówi się tam, że zbawia tylko moralność, która rzekomo jest neutralna wobec życia społecznego i publicznego. Ale jaka moralność? Czy bezreligijna? Nazistowska? Bolszewicka? Polpotowska? A może „moralność” jakichś zbrodniczych sekt, których nie brakuje w historii? W każdym razie radykalne odrzucenie realnego związku Jezusa Chrystusa z całym życiem doczesnym człowieka, łącznie z życiem społecznym, politycznym, kulturalnym, czy w ogóle doczesnym, prowadzi konsekwentnie do negacji religii chrześcijańskiej, do negacji sensu jakiejkolwiek religii i prawdziwej moralności, a w końcu do negacji i samego Boga, a przynajmniej trzeba by przyjmować, że Bóg, Chrystus, Kościół i etyka mają dla nas sens jedynie po naszej śmierci. Niestety, brakuje nam ciągle głęboko opracowanej teologii politycznej, która umożliwia klasycznej myśli katolickiej przezwyciężyć aporię między sekularyzmem a teokratyzmem. Kulowska personalistyczna teologia rzeczywistości ziemskich, a w tym też personalistyczna teologia społeczno-polityczna nie może się jeszcze przebić na szersze forum (por. Cz. S. Bartnik, Formen der politischen Theologie in Polen, Regensburg 1986; tenże, Teologia społeczno-polityczna, Lublin 1998).
Nauka papieża Piusa XI w enc. „Quas primas” z 11.XII.1925 r. nie przedawniła się, chyba że dla nieprawowiernej teologii liberalnej, która usuwa władzę Chrystusa z narodu, ojczyzny, państwa i z całości rzeczywistości ziemskich, a odnosi ją tylko do życia nadprzyrodzonego i eschatologii. Tymczasem Chrystus jako Król jest także normą moralną dla człowieka we wszystkich dziedzinach życia i działania.
Pius XI uczy, że „Imię i władza króla we właściwym znaczeniu tego słowa należy się Chrystusowi-Człowiekowi; albowiem tylko o Chrystusie-Człowieku można powiedzieć, że otrzymał od Ojca władzę, cześć i królestwo, gdyż jako Słowo jedną i tę samą z Ojcem posiadający istotę, musi mieć wszystko z tymże Ojcem wspólne, a więc także najwyższe i nieograniczone panowanie nad całym stworzeniem” (DH 3675). „Królestwo to jest przede wszystkim duchowe i odnosi się w szczególny sposób do rzeczy duchowych… Królestwo Jego nie jest z tego świata (J l8,36)” (DH 3678). Jest ono duchowe, nie należy do porządku władzy politycznej i światowej, ale przez to nie jest nierealne, a raczej bardziej realne. „Błądziłby wszakże bardzo (po łac. „turpiter” – szpetnie, haniebnie) – pisze papież – ten, kto odmawiałby Chrystusowi jako Człowiekowi władzy nad jakimikolwiek sprawami doczesnymi (res civiles – rzeczy świeckie), gdyż Chrystus otrzymał od Ojca nieograniczone prawo nad rzeczami stworzonymi, iż wszystko poddane jest Jego woli. (…) Tak więc Królestwo naszego Odkupiciela obejmuje wszystkich ludzi. Nie rozciąga się tylko na same narody katolickie, lecz panowanie Jego obejmuje także wszystkich, którzy są pozbawieni wiary chrześcijańskiej, iż prawdziwie cały ród ludzki podlega władzy Jezusa Chrystusa. I wszystko jedno, czy są to jednostki, rodziny, czy państwa, gdyż ludzie zjednoczeni wspólnotowo nie mniej podlegają władzy Chrystusa jak jednostki” (DH 3679; por. Breviarium fidei. Red. I. Bokwa, Poznań 2007 nry 921-925).

Sakramentalny udział we władzy królewskiej Chrystusa
Chrystus jako Odkupiciel i Zbawca ma – obok władzy kapłańskiej i prorockiej – władzę królewską nad ludem odkupionym. I przez wiarę oraz chrzest i bierzmowanie daje chrześcijanom udział w swojej odkupieńczej władzy królewskiej (por. 1 P 2,5; Ap 1,6). Udział ten ma charakter podmiotowy i przedmiotowy. Chrześcijanin otrzymuje „królewskość” w wymiarze podmiotowym, żeby panował nad grzechem, rządził sobą i swoim życiem, żeby się doskonalił religijnie i moralnie. W wymiarze zaś przedmiotowym mamy urzeczywistniać Królestwo Boże, Królestwo Chrystusa w znaczeniu nie tylko eschatologicznym i pozaziemskim, lecz także wtórnie i w znaczeniu historycznym, ziemskim, bo Chrystusowi jest poddane wszystko (l Kor 15,28). Znaczenie historyczne wiąże się z posłannictwem panowania nad ziemią (Rdz 1,28), czyli z posłannictwem Bożym do świata, z humanizacją świata, kulturą, realizacją życia społecznego, politycznego i publicznego (por. K Wojtyła, U podstaw odnowy. Studium o realizacji Vaticanum II, Kraków 1972 s. 191-234).
„Tej władzy (królewskiej wolności i twórczości) udzielił Chrystus uczniom, aby i oni posiedli stan królewskiej wolności i przez zaparcie się siebie i przez święte życie pokonywali w sobie panowanie grzechu (por. Rz 6,12); co więcej, aby służąc Chrystusowi także w bliźnich, pokorą i cierpliwością i przyprowadzali swoich braci do Króla, któremu służyć – znaczy panować. Albowiem Pan również za pośrednictwem wiernych świeckich pragnie rozszerzać swoje królestwo, mianowicie królestwo „prawdy i życia, królestwo świętości i łaski, królestwo sprawiedliwości, miłości i pokoju”(…). Wierni więc powinni poznawać najgłębszą naturę całego stworzenia, jego wartość i przeznaczenie do chwały Bożej i również przez świeckie dzieła dopomagać sobie wzajemnie do coraz bardziej świętego życia, aby świat został przepojony Duchem Chrystusa i w sprawiedliwości, miłości i pokoju tym skuteczniej osiągał swój cel. W powszechnym zaś wypełnianiu tego zadania świeckim przypada szczególne miejsce. Dzięki kompetencji w dziedzinach świeckich i przez działalność uwzniośloną wewnętrznie łaską Chrystusa, niech dołożą usilnych starań, aby dobra stworzone według ustanowienia Stwórcy i według oświecenia Jego słowa były pielęgnowane przez ludzką pracę, sztukę, technikę, cywilizację i kulturę i aby … na swój sposób prowadziły do powszechnego postępu w ludzkiej i chrześcijańskiej wolności. Tak Chrystus przez członki Kościoła będzie oświecać coraz bardziej całą społeczność ludzką swoim zbawiennym światłem” (KK 36).
W tym nauczaniu Kościół nie głosi radykalnego indywidualizmu, choć nieskończenie wysoko stawia osobę ludzką, to jednak uczy jednocześnie, że nie ma osoby indywidualnej i jej działalności bez radykalnego związku ze społecznością osób. Znaczy to, że podmiotem królewskości Chrystusowej jest nie tylko jednostka, która miałaby być królem dla siebie samej, lecz także społeczność, a więc małżeństwo, rodzina, wspólnota społeczeństwo, naród. Stąd Sługa Boży Stefan Wyszyński mówił o życiu i zadaniach także „narodu ochrzczonych” (np. Kazanie w Gnieźnie, 27.II. 1966): „Rozpatrywanie dziejów Kościoła w Polsce w oderwaniu od historii narodu ochrzczonych jest niemożliwe”. Również bł. Jan Paweł II mówił 10.VI. 1979 na Błoniach Krakowskich o „bierzmowaniu narodu”, nie tylko jednostki (Kazanie podczas Mszy świętej ku czci św. Stanisława, p.3). Trzeba tu zwrócić uwagę, że pod wpływem silnego indywidualizmu, laicyzacji i całkowitego odrzucenia wszelkiej myśli tradycyjnej i klasycznej pod koniec XX w. i dziś doszło niemal do całkowitego wyparcia Chrystusa i Jego Orędzia ze sceny społecznej i publicznej, doczesnej, oraz do negacji sensu pojęcia narodu i to wpłynęło również bardzo istotnie i na teologię ostatniej doby (por. Cz. S. Bartnik, Teologia narodu, Częstochowa 1999). Postawa taka całkowicie niszczy życie religijne a jego myśl i teologię czyni mitologią bez żadnej wartości w doczesności. Religia bowiem i teologia miałyby być całkowicie bezużyteczne dla obecnego człowieka w doczesności. Nawet przy najlepszej woli teraz już nie wolno byłoby mówić „Chrzest Polski” czy „Chrzest Narodu”, lecz co najwyżej: „chrzest Mieszka I i niektórych Polaków”, czy też – „niektórych wierzących, uważających się za Polaków” .Klasyczne terminy i pojęcia są dziś zmieniane, a nawet całkowicie rozbijane przez anarchizm myślowy, chaos postmodernistyczny i pęd niszczenia logiki i wyższych wartości.

Charakter królewskiej władzy Chrystusa
Chrystus w wymiarze stwórczym ma władzę bezwarunkową, natomiast w wymiarze zbawczym wykonuje swą władzę w pewnym zakresie warunkowo, bo człowiek może jego władzę i łaskę przyjąć i może nie przyjąć, np. może Chrystusa usłuchać i może nie usłuchać, bowiem człowiek został obdarowany swoją rozumnością i wolnością. Władza zbawcza Chrystusa nie pozbawia człowieka jego władzy naturalnej, doczesnej, świeckiej i nie jest konkurentem tej władzy i w tym znaczeniu Jego „Królestwo nie jest z tego świata” (J 18,36), jest raczej „świadectwem prawdy Bożej, której trzeba słuchać” (J 18, 37-38). Nie jest jednak sprzeczna z tym światem, bo go wzywa do budowania Królestwa Bożego na ziemi: „Przyjdź Królestwo Twoje…Bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi” (Ojcze nasz). Człowiek mający swoją wolną władzę, powinien jej używać tak, żeby realizować wolę i władzę Chrystusa, poddając wszystko Bożej prawdzie.
Władcy ziemscy, nawet coraz częściej także wierzący, obawiają się, niesłusznie i małostkowo, że władza Chrystusa Króla odbiera im władzę ziemską, podczas gdy władza Chrystusa ukazuje, że ostatecznie każda władza, także świecka, ma swe źródło w Bogu, że uświęca tę władzę, nadaje jej wielką wartość, sens, najwyższą sankcję i także prowadzi do realizacji Królestwa Bożego, jeśli jest tylko należycie i moralnie sprawowana. Chrystus po prostu nadaje dobrej, moralnej władzy charakter zbawczej zasługi. Władcy jednak, niestety, zbyt często, zwłaszcza niewierzący lub niemoralni, zwykli sobie samym przypisywać atrybuty boskie, jak np. w tworzeniu „cywilizacji śmierci” lub mordowaniu przeciwników.
Władze ziemskie są jeszcze względnie tolerancyjne wobec kultów czysto emocjonalnych i zamykających się w świątyniach, jak np. kult Serca Jezusowego, czy Serca Maryi, ale nie znoszą szczególnie form kultu, odnoszących się do życia publicznego, społecznego, patriotycznego, politycznego i kulturalnego. Tymczasem katolicy muszą mieć także takie formy kultowe, które odnoszą się do całości życia publicznego, gdyż religia, choć głównie ma charakter nadprzyrodzony, to jednak, wtórnie i konkluzyjnie ma nierozerwalny związek z rzeczywistością doczesną, ziemską, która nas kształtuje i w dużym stopniu warunkuje także naszą drogę do pełnego człowieczeństwa i do Boga, choćby np. przez ziemską działalność moralną.
Odmawianie religii, a zwłaszcza Kościołowi katolickiemu, prawa wpływania na życie doczesne i ziemskie staje się coraz bardziej radykalne i powszechne. Z czasem przybrało to nazwę laicyzacji. Jej to właśnie chciał się choć częściowo przeciwstawić papież Pius XI, który 1.XII. 1925 r. wydał encyklikę o prawdzie Chrystusa Króla i ustanowił święto Chrystusa Króla dla całego Kościoła, dla wszystkich narodów, państw i królestw. Święto to wyznaczył na ostatnią niedzielę października pod tytułem liturgicznym: „Święto Chrystusa Króla” z myślą o uzdrowienie życia społecznego i politycznego. Jednak napór laicyzacji i jej mentalność wzrosły tak dalece, że po Soborze Watykańskim II w r. 1969 Paweł VI musiał się zgodzić na zmianę tytułu święta na „Chrystusa Króla Wszechświata” i przeniesienia go na niedzielę kończącą rok liturgiczny. Niektórym decydentom liturgicznym chodziło o to, żeby oderwać ideę Chrystusa Króla od wpływu na życie doczesne, przenosząc je w najdalszy kosmos i żeby nadać mu kościelnie tylko charakter eschatologiczny, tzn. że Chrystus będzie naszym realnym Królem dopiero na końcu świata lub po skończeniu świata. Może owi liturgiści nie mieli tego na celu wyraźnie, ale niewątpliwie ulegli silnemu trendowi odrywania historii zbawienia od historii stworzenia, historii czysto ziemskiej. Również według coraz liczniejszych teologów katolickich liberalnych, gdybyśmy przyjmowali realny, choćby tylko wzorczy, wpływ na nasze życie państwowe czy narodowe, to bylibyśmy skrajnymi nacjonalistami i teokratami – Chrystus Król to miałby być tylko wytwór osobistej dewocyjnej wyobraźni.
Tymczasem u podstaw koncepcji prawdy Chrystusa Króla – Króla Polski zdaje się leżeć schemat eliptyczny czy diadyczny, według którego Chrystus i naród (państwo) stanowią pewną jedność, ale o dwóch ogniskach różnych i niezmieszanych, wzajemnie się warunkujących, dopełniających i doskonalących dla dobra ludzkiego, choć centrum Chrystusowe posiada prymat formalny. Tak też można mówić o władzy Chrystusa i władzy ludzkiej. Taki sam chyba system przyjmowali w XVII w. twórcy koncepcji Matki Bożej jako „Królowej Korony Polskiej”, tak bogato i wspaniale ubogaconej wiążącymi się motywami i religijnymi i doczesnymi polskimi. Wówczas jednak przeszło to bez przeszkód, także ze strony władz Kościoła, bowiem nie wyrzucano religii z państwa i ze świata. Dziś podobne wiązanie motywów religijnych z narodowymi w kulcie Chrystusa Króla Polski wielu ludzi, także wielu teologów, niestety, razi. Klimat umysłowy jest już bardzo laicki. A religia oderwana od żywych i konkretnych społeczności ludzkich, od społeczeństwa, państwa, narodu najpierw sprowadza się tylko do religii indywidualnej, a następnie – jak wskazuje filozofia dziejów – zamiera i ginie, gdyż jest zawsze organicznie społeczna.

II. Kult

Kult Chrystusa Króla Polski nie wywodzi się w swej istocie z objawień prywatnych, nawet świętych, jak św. Faustyna („skra Boża z Polski”) lub Służebnica Boża Rozalia Celakówna inni mistycy, beatyfikowani i niebeatyfikowani, choć różne te osoby ożywiły go i trochę zachęciły Polaków do działania w trudnych dziś dniach dla Polski i Kościoła polskiego. Kult Chrystusa Króla – Króla Polski wyrósł z biblijnych idei Chrystusa jako Pantokratora, Króla i Pana (Kyrios) oraz z sakramentalnego „królestwa kapłańskiego” świeckich (por. 1 P 2, 9), otrzymywanego w chrzcie i bierzmowaniu. Nie jest to więc jakaś nowa prawda religijna, lecz po prostu żywa aplikacja prawdy objawionej, jej zastosowanie i rozwinięcie według zaleceń Soboru Watykańskiego II dla świeckich, właśnie w czasie, gdy byt i Kościoła i Polski jest coraz bardziej zagrożony ze strony różnych zwolenników usunięcia Kościoła z życia społecznego i publicznego. I tak kult Chrystusa Króla ma wyjść poza samą liturgię i dewocję. Jest nie tylko kontemplacyjną recepcją Prawdy o Chrystusie Królu, ale także posłannictwem, głównie świeckich do budowania klimatu Królestwa Chrystusa na świecie i do urządzania „porządku rzeczy w Chrystusie” (KK 31,48; DA 7,29; DM 21; KDK 43).
Społeczność czcicieli Chrystusa jako Króla nie czyni Go Królem, choć słowo „intronizacja” może być trochę niedookreślone. Chrystus jest Królem przez swą Osobę Boską i swe Człowieczeństwo zbawcze. Ale podejmując pewną odpowiedzialność za Kościół w społeczeństwie polskim, chcą czcić Chrystusa jako Króla w sposób szczególny: uznać Jego Królowanie, uświadomić je, przyjąć i otworzyć się na nie swoim umysłem, sercem, sumieniem, postawą moralną i czynem w życiu osobistym i publicznym zarazem w możliwym zakresie, z wyartykułowaniem potrzeby bardziej intensywnej współpracy z Chrystusem, z jego Osobą, nauką, łaską i wzorem – i to wszystko w sposób duchowy, religijny, moralny, nie zaś polityczny w znaczeniu świeckim. Można by tu chyba mówić o pewnym podobieństwie do istniejących już kilkunastu zakonów i instytutów świeckich, mających charyzmat wcielania Królowania Chrystusowego nie tylko we własną duszę, ale i w życie publiczne, jak Societas Christi Regis, Missionari della Regalità di Nostro Signor Gesù Cristo, Hijas de Cristo Rey i inne. W rezultacie choć Kościół i świat nie utożsamiają się, to jednak świat doczesny nie może być ateistyczny i amoralny, jak chce współczesny liberalizm, Chrystus nie może być dla niego abstrakcją i fikcją, a Kościół z kolei tylko luźnym zbiorem indywiduów, lecz Chrystus jest Głową całego stworzenia (Ef 1,10), jest „światłością narodów” (Konstytucja o Kościele, nr 1), wchodzi głęboko w historię świata (Dekret o apostolstwie świeckich, nr 27) i „ludzie świeccy, mający uczestnictwo w funkcji kapłańskiej, prorockiej i królewskiej Chrystusa wypełniają swe zadania w posłannictwie Ludu Bożego w Kościele i w świecie” (tamże nr 2).

Chrystus Król jako program
Chrystus Król to nie tylko sama władza nad nami i zasada funkcjonowania tej władzy na świecie, ale to także treść posłania, program działania i wzór życia, czyli duchowa i moralna chrystianizacja życia z zachowaniem przecież autonomii rzeczywistości ziemskich (KDK 36, 41).Właśnie nie sama abstrakcyjna idea Chrystusa Króla, ale jego realne odniesienie do życia na ziemi tak bardzo irytuje nie tylko pełnych ateistów i ateistów publicznych (ateizm w życiu publicznym, a wiara tylko prywatna i ukryta), a nawet także liberalizujących teologów, którzy Kościół traktują tylko jako prywatną „ubezpieczalnię” na wypadek śmierci.
Tymczasem encyklika Piusa XI Quas primas z r. 1925 „O królewskiej godności Chrystusa Pana” zrodziła się z ziemskiej potrzeby odrodzenia życia społecznego, politycznego, religijnego i moralnego państw, społeczeństw i narodów. Potrzeby te wyartykułowała szczególnie mocno francuska „Société du Regne Social de Jésus-Christ”, która inspirowała tę encyklikę i która zmierzała do budowania przez wierzących „Socjalnego Królestwa Chrystusa” na ziemi. Była to niezwykle ważna idea obrony przed narastającą szybko laicyzacją, której bardziej skutecznie mogli się przeciwstawiać świeccy niż duchowieństwo.
W rezultacie święto „Chrystusa Króla” zostało ustanowione w r. 1925 w celu odrodzenia doczesnego życia społecznego, państwowego, kulturalnego, duchowego i moralnego; w celu wzmożenia czynnej miłości bliźniego w społeczeństwie, państwie i narodzie, rozwinięcia Akcji Katolickiej świeckich, rozwoju kultury w duchu Ewangelii i kształtowania indywidualnych osobowości na wzór Chrystusa. Przy tym „Stowarzyszenie Socjalnego (Społecznego) Królestwa Chrystusa” widziało na sposób francuskiej bystrości konieczność wiązania prawd teologicznych, prawd wiary z konkretnym życiem doczesnym, a w tym przypadku konieczność związania kultu Chrystusa jako Boga z kultem też Jego Człowieczeństwa. Jednakże kult Chrystusa Króla bardzo osłabł w okresie II wojny światowej.
Idea budowania Królestwa ziemskiego na wzór Królestwa Bożego była właściwa całej historii chrześcijaństwa, ale nie była dostatecznie ukonkretniona w praktyce. We wrażliwej religijnie Polsce w trudnych czasach Schizmy Zachodniej pod koniec XIV wieku widziano potrzebę powierzenia Polski Matce Bożej właśnie jako Królowej (np. św. Jadwiga Królowa). Idea ta jednak rozwijała się wolno. Dopiero rozkwitła w w. XVII, kiedy to król Jan Kazimierz w r. 1655 za aprobatą nuncjusza Pietro Vidoniego powierzył całą Polskę „Matce Bożej Królowej Korony Polskiej”. Powodowała to właśnie szczególnie ciężka sytuacja: Polska była rozbita przez obce wojska, zdradzona przez wielu oligarchów, rozkradziona, zdemoralizowana. U podstaw kultu Matki Boskiej Królowej Polski, oddawanego przez cały Kościół, leżała wiara, że Matka Boża będzie wpływała na doczesny los Polski, będzie broniła kraju w sensie dziejowym, wyjedna wolność polityczną, wesprze dążenia do jedności, zgody i pokoju i przez ożywienie wiary udoskonali duchowo i moralnie, także i Kościół. Trzeba wszakże pamiętać, że i wtedy wystąpiły pewne zastrzeżenia ze strony teologów zachodnich, przede wszystkim zarzut nacjonalizmu polskiego tak, że sam tytuł „Matki Boskiej Królowej Korony Polskiej” został zatwierdzony przez papieża Piusa X i dopuszczony do Litanii Loretańskiej dopiero w r. 1908, a święto Królowej Polski zostało ustanowione dla całej Polski na 3. Maja w latach 20. XX wieku przez papieża Benedykta XV. Z kolei prawdę o Matce Bożej „Królowej Polski” wziął za podstawę swego programu ratowania Polski i Kościoła polskiego za okupacji sowieckiej w Polsce, Sługa Boży Prymas kard. Stefan Wyszyński co zrozumiały przecież władze komunistyczne, gdy wyrzuciły w pierwszych latach tytuł „Królowej Polski” ze wszystkich druków, nawet z ksiąg i tekstów liturgicznych. Z kolei Prymas Wyszyński był – i jest do dziś – oskarżany o nacjonalizm przez wrogów Kościoła, jak i , niestety, przez licznych zwolenników teologii, rozrywającej chrześcijaństwo i życie doczesne.
Nic dziwnego, że w końcu XX wieku katolicka i patriotyczna grupa świeckich, idąc za starą tradycją polską i pod żywą inspiracją pewnych mistyków współczesnych (choć nie koniecznie), odczytała naszą współczesną sytuację Polski i Kościoła polskiego analogicznie, jak król Jan Kazimierz i jak wspomniane Stowarzyszenie francuskie oraz encyklika Quas primas i uznała, że mogliby, przede wszystkim jako świeccy, służyć wielką pomocą całemu Kościołowi w Polsce i społeczeństwu polskiemu przez kult Chrystusa Króla – Króla Polski i przez stworzenie całego ruchu Chrystusa Króla Polski. Okazuje się, że ruch ten dopełnia w pewien sposób bliźniaczy ruch Radia Maryja i jego instytucji, choć na sposób bardziej społeczny i etatystyczny.
Istotnie i teraz społeczeństwo polskie, głównie katolickie, jest znowu w bardzo ciężkiej sytuacji: państwo jest rozbite, laicyzacja i ateizacja, wolność słowa jest tłumiona, katolicki naród jest marginalizowany, powszechna demoralizacja, cywilizacja śmierci, niszczenie rodziny, tradycji, kultury, historii, zakłamanie, burzenie zdrowego rozumu, no i eliminacja Boga i Kościoła z całości życia publicznego. Zakłada się, że w tej sytuacji, przy zobojętnieniu i jakimś stumanieniu większości społeczeństwa ratunek może przyjść tylko ze strony ruchu, który Polskę znowu schrystianizuje w imię Chrystusa Króla. Doświadcza się jednak, że jest to przedsięwzięcie narażone na ogromne trudności, gdyż według narastającej dziś mentalności upadek religii jest dobrem, a nie złem, a nawet liczni teologowie i świeccy katolicy uważają, że religia, także katolicka, nie ma nic do doczesności, może tylko poza niektórymi zasadami moralnymi, a powinna się zajmować jedynie liturgią i rzeczywistością niebieską. Po tej linii idzie właśnie, przyjmowana dosyć szeroko, zasada całkowitego rozdziału państwa i Kościoła. Nie można zapominać, że o ile przez dwa niespełna tysiące lat życie państw chrześcijańskich było inspirowane przez religię, to dziś życie państwowe buduje się coraz częściej i szerzej na ateizmie publicznym, który wprawdzie niekiedy pozwala katolikom wierzyć w Boga, ale tylko w życiu prywatnym i osobistym, natomiast w obszarach życia społecznego i państwowego „musi” działać jako ateista, jeśli chce być obywatelem pełnoprawnym. I ta zasada jest już stosowana w Polsce, choć skrywana jeszcze pod zakłamaną hasłologią tak, że ludzie, nieznający politologii współczesnej, ateizmu publicznego nie dostrzegają i łudzą się, że religijność osobista ma jeszcze znaczenie dla życia państwowego. Natomiast Ruch Kultu Chrystusa Króla Polski znakomicie to rozumie i cieszy się dużym zmysłem katolickim.

Dopełnianie się kultów
Trzeba nadmienić, że kult Chrystusa Króla i Króla Polski, kult Serca Jezusowego i Matki Bożej Królowej Polski nie kolidują ze sobą, lecz dopełniają się w życiu społecznym. Kult Serca Jezusowego, postulowany w Polsce jeszcze przez o. Kaspera Drużbickiego (1590-1622), jezuity (por. Meta cordium Cor Jesu) kładzie nacisk na aspekt agapetologiczny, na ascezę i na rozwój wewnętrznego życia duchowego. Kult Matki Bożej Królowej Polski, ciągle żywy od czasu św. Jadwigi Królowej Polski, chociaż ciągle też krytykowany przez przeciwników wiązania religii z państwem, podkreśla bardziej aspekty emocjonalne, troskę matczyną nad narodem, pokorną służbę społeczną i nasze dziecięctwo wobec Boga. A kult Chrystusa Króla Polski akcentuje bardziej potrzebę mocy osobowości, czyn społeczny i państwowy, czynny patriotyzm i obronę Kościoła. W życiu katolickim nie kolidują również między sobą jeszcze dziesiątki innych kultów, ponieważ osoba ludzka może wszystkie syntetyzować w sobie i przekładać na najwyższe dobro duchowe już niepartykularne ani tylko aspektowe. Mimo wszystko kult Chrystusa Króla wydaje się szczególnie dziś w Polsce aktualny.
W licznych dyskusjach i sprzeciwach wobec tego kultu narzuca się spontanicznie pytanie: z taką miłością i godnością czcimy Matkę jako Królową Polski, a dlaczego nie wolno by czcić Jej Syna też jako Króla Polski, czy to już byłby nacjonalizm? Otóż przyczyną tego błędu jest dziś teologia ulegająca laicyzacji. Poza tym kulty te nie kłócą się ze sobą, lecz dokonują się według religijnej zasady: Matka Syn, jak to było w starożytnych monarchiach Bliskiego Wschodu: Król syn i Królowa Matka. Chrystus jako Król Polski nie jest tu spolszczony, lecz raczej Polska uchrystusawia się, gdy z dobrej i miłosnej woli oddaje się i powierza Królowi wszystkich narodów i państw. Jest to potwierdzenie powszechnego charakteru Królestwa Chrystusa. Polska po prostu chce wypełniać co do siebie królewską wolę Chrystusa. I jak cały naród polski mógł poświęcić się już parokrotnie Sercu Jezusowemu w dziedzinie mistycznej miłości religijnej, tak nie widać zasadniczej trudności, by nie mógł się oddać analogicznie pod duchową władzę Chrystusa jako misteryjnego Króla i nauczyciela w dziedzinie życia publicznego, społecznego i państwowego.

Królewska Nowa Ewangelizacja Polski
Chrystusowi jako swemu Królowi może się poświęcać indywidualna osoba, rodzina, grupa społeczna, naród lub całe społeczeństwo państwa. U nas omawiany Ruch dąży do tego, żeby Chrystusowi Królowi oddało się możliwie całe społeczeństwo czy naród. Przy czym naród nie jest tu rozumiany czysto etnicznie, lecz raczej duchowo, kulturowo i religijnie tak, żeby objąć wszystkich obywateli kraju dobrej woli, także innowierców i bezwyznaniowców z zaproszeniem, żeby się przyłączyli do wielkiego dzieła odrodzenia wspólnego życia. Tym samym charyzmat królewskiego odrodzenia nie jest zwrócony przeciwko komukolwiek z ludzi, lecz jest charyzmatem za wszystkich, natchnionym miłością Chrystusa Społecznego i chce usuwać ciężkie zło społeczne, zagrożenia Polski i jej społeczeństwa i tchnąć Chrystusowego ducha pokoju, prawdy, nadziei, zgody i rzeczywistej miłości społecznej. Kościół zaś ma się stać rzeczywistą wielką i wzniosłą realnością, nie tylko samą ideą, zbiorem abstrakcyjnych prawd czy starą, obcą instytucją samą dla siebie.
Jeszcze raz trzeba podkreślić, że „Król Polski” według omawianego Ruchu nie oznacza, jakoby Chrystus był „Polakiem” lub Królem tylko dla Polaków, czy też żeby Polska miała być oficjalnym wybranym narodem biblijnym, choć dzięki łasce Odkupiciela dziś każdy naród może się czuć wybranym. Nie oglądając się na inne narody Polska chce wyrazić swoją wielką miłość do Chrystusa Króla, swoje spontaniczne oddanie i swoją prośbę o pomoc dla niej, jak w wielodzietnej rodzinie wolno i pięknie jest wyrazić miłość Ojcu przez jedno dziecko, nie oglądając się na inne i nie oceniając ich. I przez tę miłość do Chrystusa Polacy chcą być wiernymi Ewangelii, uświęcić się i odrodzić swoje życie społeczne, rozwijając najwyższą nadzieję na dobro zbawcze i doczesne, zwłaszcza moralne i duchowe. Chodzi też, oczywiście, o rozwinięcie chrześcijańskiej miłości wzajemnej Polaków, co nie jest ani egoizmem polskim, ani nacjonalizmem. Taka miłość rodzinna, miłość swego domu i domowników jest nakazana przez Króla Boskiego: „A jeśli kto – mówi Pismo Święte – nie dba o swoich, zwłaszcza o domowników, ten wyparł się wiary i gorszy jest od niewierzącego” (1 Tm 4, 10). A nadeszła jakaś plaga, że wielu obywateli Polski jest gorszych dla niej niż dla wszystkich innych państw i narodów. Tacy Polacy i katolicy, którzy powiadają, że kochają wszystkie nacje i religie, a nie kochają swoich, ani własnej Ojczyzny, ani własnego Kościoła, są po prostu albo urazowcami, albo ludźmi zakompleksionymi, albo niewiernymi sobie samym.
Ruch kultu Chrystusa Króla Polski nawiązuje jednak w swym wymiarze społecznym i dziejowym do pewnej akomodacji czy inkulturacji chrześcijaństwa w kulturę Polski, poczynając gdzieś od XV wieku. Polacy od tamtych czasów wiązali chętnie i na żywo chrześcijaństwo z polskością, w tym indywidualną historię Jezusa Chrystusa i całą historię zbawczą próbowali traktować jako normę dla naszego życia i naszych dziejów. Np. jasełka czy misteria przedstawiały historię Pańską tak, jakby się działa u nas, na polskiej ziemi. Było to znakiem żywej wiary. Chrześcijaństwo inkulturowało się w kulturę żydowską, hellenistyczną, rzymską, potem w kultury Bliskiego Wschodu, Indii i Chin, dlaczego zatem miałoby być coś złego w tym, że inkulturowało się też w jakiejś mierze i w kulturę polską: w nasz język, w nasze dzieje, w nasze symbole – oczywiście bez straty swej tożsamości, a z zyskiem dla żywotności oraz poczucia realności i bliskości wiary.
Ostatnio to wspaniałe wcielenie się Kościoła powszechnego w Kościół lokalny polski i w całą wysoką duchowo kulturę polską podnosili Sługa Boży Prymas Stefan Wyszyński i bł. Jan Paweł II, co niesłusznie liczni zwolennicy chrześcijaństwa tylko abstrakcyjnego i czysto myślowego uznali za polski „nacjonalizm” i „mesjanizm”. Prymas Wyszyński uratował Kościół polski i Polskę przez przyjęcie realności królewskości nad nami Matki Bożej, a Jan Paweł II osadził wspaniale Kościół polski w sercu Kościoła powszechnego.
„Otwarł się po stuleciach na nowo – mówił bł. Jan Paweł II w czasie Mszy świętej w Katedrze Gnieźnieńskiej 3.VI. 1979 r. – jerozolimski wieczernik i zdumiały się już nie ludy z Mezopotamii i Judei, z Egiptu czy Azji, czy wreszcie przybysze z Rzymu, ale zdumiały się ludy słowiańskie i inne zamieszkujące w tej części Europy, iż Apostołowie Jezusa Chrystusa mówią ich językami, w rodzimej mowie opowiadają „wielkie dzieła Boże”(…) Nie może nie słyszeć tych języków pierwszy w dziejach Kościoła Papież-Słowianin. Chyba na to wybrał go Chrystus, chyba na to prowadził go Duch Święty, ażeby do wielkiej wspólnoty Kościoła wniósł szczególne zrozumienie tych wszystkich słów i języków, które wciąż jeszcze brzmią obco, daleko, dla ucha nawykłego do dźwięków romańskich, germańskich, anglosaskich, celtyckich (…). Czyż Chrystus tego nie chce, czy Duch Święty tego nie rozrządza, ażeby ten Papież, który nosi w swej duszy szczególnie wyrazisty zapis dziejów własnego Narodu od samego jego początku, ale także i dziejów pobratymczych, sąsiednich ludów i narodów, na sposób szczególny nie ujawnił i nie potwierdził w naszej epoce ich obecności w Kościele? Ich szczególnego wkładu w dzieje chrześcijaństwa. Ażeby odsłonił te profile, które właśnie tutaj, w tej części Europy, zostały wbudowane w bogatą architekturę świątyni Ducha Świętego. (…) Papież Jan Paweł II – Słowianin, syn Narodu polskiego, czuje, jak głęboko wrastają w glebę historii korzenie, z których on sam razem z wami wyrasta. Ile wieków liczy ta mowa Ducha Świętego, którą on dzisiaj sam przemawia i z watykańskiego wzgórza św. Piotra, i tutaj w Gnieźnie ze wzgórza Lecha, w Krakowie z wyżyn Wawelu. Ten Papież – świadek Chrystusa, miłośnik Jego Krzyża i Zmartwychwstania, przychodzi dziś na to miejsce, aby dać świadectwo Chrystusowi żyjącemu w duszy jego własnego Narodu. (…) Przychodzi więc wasz rodak, Papież, aby wobec całego Kościoła, Europy i świata mówić o tych często zapomnianych narodach i ludach. Przychodzi wołać wołaniem wielkim” (tamże,pp.4,5). I często gdzie indziej bł. Jan Paweł II, Papież-Polak, stwierdzał z całą mocą, że Chrystus przygotował jego polskie doświadczenie Kościoła Bożego i jego polskość jako kategorię posłannictwa do całego Kościoła powszechnego i całego świata. (por. Cz. S. Bartnik, Naród i jego dzieje jako dzieło personarum in communione /według Karola Wojtyły – Jana Pawła II/, W: Gdzie jesteś Adamie? Red. T. Styczeń, KUL, Lublin 1987 s.186-200). Niestety, wielkie myśli bł. Jana Pawła II o Ojczyźnie i teologii historii szybko się dezaktualizują pod naporem postmodernizmu i skrajnego liberalizmu.

x
W rezultacie w Ruchu Chrystusa Króla Polski nie znajduję jakichś błędów doktrynalnych z dziedziny wiary i moralności, zarzuty zaś, jakie znam, przeciwko temu Ruchowi wynikają, moim zdaniem, z niepoprawnych założeń: albo z radykalnego rozrywania sfery nadprzyrodzonej i doczesnej, albo z liberalnej negacji realności Kościoła lokalnego wbrew Soborowi Watykańskiemu II, albo z niedoceniania roli świeckich w Kościele i zawężania misji ewangelizacyjnej w całości wyłącznie do hierarchii, to ostatnie występuje jeszcze trochę w stosunku do Radia Maryja i TVTrwam. Mogą być natomiast jakieś błędy praktyczne, prawne, taktyczne, liturgiczne czy psychologiczne przy tworzeniu tego Ruchu i staraniach o jego zatwierdzenie.
Aktualność Ruchu uwyraźnia się teraz szczególnie w czasie prób ze strony państwa podporządkowania sobie Kościoła i w sytuacji degeneracji społecznej, umysłowej i moralnej społeczeństwa polskiego, przy czym najwyższe władze państwowe i inne świeckie otwarcie przypisują sobie atrybuty Boskie, np. w cywilizacji śmierci. Ruch Chrystusa Króla Polski jest niewątpliwie nawiązaniem do idei Sługi Bożego Prymasa Augusta Hlonda z czasów Międzynarodowego Kongresu Chrystusa Króla w Poznaniu w r. 1937, kiedy czuło się groźbę wojny w Europie, a także nawiązaniem do idei i działalności Sługi Bożego Prymasa Stefana Wyszyńskiego po wojnie II światowej, kiedy to Prymas Wyszyński ratował Naród polski i Kościół w oparciu o kult Matki Bożej Królowej Polski. I wydaje się, że Ruch świeckich może dokonać w tej dziedzinie więcej, niż administracja kościelna. Trzeba jeszcze raz powtórzyć, że czasy zmieniają się tak szybko, iż dziś już nawet dla większości katolików encyklika Piusa XI, idee Prymasa Augusta Hlonda, Prymasa Stefana Wyszyńskiego, a nawet nauki bł. Jana Pawła II o realności błogosławionego wpływu Ewangelii i Kościoła na społeczne życie doczesne – są już przestarzałe i nie odpowiadają współczesnej mentalności. Sytuacja staje się dla nas dramatyczna.
Można mieć jednak pewne wątpliwości co do przedwczesnego ekscytowania się pewnymi wypowiedziami niektórych mistyczek, jak i co do przesadnego akcentowania motywów polskich i patriotycznych, może bardziej niż religijnych. Ale są to problemy do przemyślenia. Wiele może skorygować lub i obnażyć doświadczenie. Trzeba więc wielkiej mądrości, pokoju ducha i cierpliwości. Trzeba opracować ścisły program, może prosić o moderatora kościelnego. Ruch tego rodzaju nie powinien być czysto prywatny, powinien uzyskać zatwierdzenie władz kościelnych. Toteż nie wolno Broń Boże z niecierpliwości atakować Episkopatu, gdyż oficjalne zatwierdzenie takiego kultu to – jak wiemy z historii – sprawa dziesięcioleci. Emocje łatwo mogą pobłądzić. Zresztą tego Ruchu religijno-patriotycznego mogą nie akceptować także wielkie części społeczeństwa, zbałamuconego przez nowe ideologie. Należy dużo rozważać, słuchać innych i modlić się. „Jeśli ta myśl pochodzi od Boga, to nie rozpadnie się” (Dz 5, 39). Niech Chrystus Król błogosławi!

ks. prof. Czesław Bartnik

ZA : http://fides-et-ratio.pl/index.php/2013/07/ks-prof-czeslaw-bartnik-opinia-teologiczna-uzasadniajaca-prawde-i-kult-chrystusa-krola-polski/

JESTEŚMY POD WPŁYWEM OKULTYSTYCZNEGO ATAKU . Jakkolwiek dziwacznie i niewiarygodnie to brzmi, ludzkość została skolonizowana przez sektę satanistyczną zwaną Illuminati. Sekta ta reprezentuje masońskich i żydowskich bankierów, którzy załatwili sobie monopol na kredyt rządowy, pozwalający im tworzyć walutę w formie długu wobec nich samych i obciążanie nas odsetkami.

Naturalnie, chcą oni chronić ten łup poprzez przełożenie go na monopol polityczny i kulturalny. Przybiera to formę totalitarnego rządu światowego, poświęconego Lucyferowi, który reprezentuje nieposłuszeństwo wobec Boga. W ten sposób, ludzie, którzy trzymają rękę na kasie, jednocześnie przeciwko nam spiskują. Aby odwrócić naszą uwagę i nas kontrolować, wykorzystują olbrzymią sieć okultystyczną (Masonerię), w celu infiltrowania większości organizacji, szczególnie rządu, agencji wywiadowczych, szkolnictwa i środków masowego przekazu. Jesteśmy przeprojektowywani, aby służyć Iluminatom. Podważają oni wartość instytucji takich jak małżeństwo i religia, oraz propagują deprawację, dysfunkcję, korupcję i podział. Zorganizowali dwie wojny światowe i planują trzecią.Henry Makow opisuje ten spisek i przedstawia czytelnikowi, w jaki sposób historia ludzkości rozgrywa się zgodnie z planem Iluminatów.
UKRYTA HISTORIA, SYJONIZM I ANTY-SEMITYZM

„Syjonizm polityczny jest agenturą Wielkiego Biznesu. Jest wykorzystywany w tym kraju i w Wielkiej Brytanii przez żydowskich i chrześcijańskich finansistów, aby Żydzi uwierzyli, że Palestyna będzie zarządzana przez potomka Króla Davida, który ostatecznie będzie rządził światem. Co za iluzja! To doprowadzi do wojny pomiędzy Arabami a Żydami, i ostatecznie do wojny pomiędzy Muzułmanami a nie-Muzułmanami. To będzie punkt zwrotny w historii.” (Henry H. Klein, A Jew Warns Jews, 1947) „Od zawsze istniały dwa rodzaje Żydów, tak od siebie odmiennych jak dwie rożne rasy. Są to Żydzi, którym objawił się Bóg i proklamowali Jego prawo, oraz Żydzi, którzy wielbili złotego cielca i pragnęli bogactwa Egiptu; Żydzi, którzy poszli za Jezusem, oraz Żydzi, którzy Go ukrzyżowali…” – Mme Z.A. Rogozin. (Russian Jews and Gentiles, 1881) „Wydarzenia światowe nie dzieją się przypadkiem. Są one planowane, czy dotyczą problemów krajowych czy też handlu; większość z nich jest zorganizowana i kontrolowana przez tych, którzy trzymają rękę na kasie.” (Denis Healey, były brytyjski Sekretarz Obrony.) „Henry Makow jest niezwykle niebezpieczny. Ponieważ jest on tak odważny i oryginalny, ośmielam się powiedzieć, że jego poglądy prowokują do myślenia. Henry Makow dokładnie wyjaśnia spisek zmierzający do ustanowienia rządu światowego. Dlatego próbują zamknąć jego stronę. Przeczytajcie tę książkę!” – Alan Stang „To jest najważniejsza książka roku, jeśli nie dekady” – Texe Marrs „Proszę wysyłać jeden egzemplarz mojemu syjonistycznemu bratu w Izraelu. Ta książka to prawdziwa lektura obalająca mit i powinien przeczytać ją każdy, bez względu na to, czy jest Żydem czy nie.”  – J. Queensland „Każdy, komu podarowałem pańską książkę, jest nią zachwycony. Z przyjemnością przeczytali coś, co zrozumiale wyjaśnia ten bezsensowny świat, więc zamierzam rozdać więcej egzemplarzy.” – Gail „Kupiłem pańską książkę kilka tygodni temu… Dziękuję za pański wysiłek. To jest arcydzieło! Niech pana Bóg błogosławi.” – Pastor Bob Kanadyjski Kongres Żydowski zwrócił się do Kanadyjskiej Komisji „Praw Człowieka” by zataić wiele artykułów Makowa. Książka zawiera ponad 60 Kluczowych Artykułów, Wstęp, Przedmowę oraz Wprowadzenie. Książka Makowa to najbardziej szczera wypowiedz odnośnie roli żydowskiej w historii świata. Została wydana w języku angielskim, czeskim, japońskim oraz indonezyjskim. Henry Makow urodził się 12 listopada 1949 roku. Makow jest kanadyjskim autorem i badaczem teorii spiskowych. W roku 1982 uzyskał doktorat z literatury anglojęzycznej na Uniwersytecie Toronto.

Szanowni Państwo! Było kiedyś takie prześmiewcze powiedzonko: Wszystkiemu winni są Żydzi, masoni i cykliści. Zestawienie tych grup ze sobą miało ośmieszyć teorię spiskową. Nikt oczywiście nie jest winien „wszystkiemu”, ale może w powiedzonku tkwi jednak jakieś ziarno prawdy?

Pierwszą grupą nie zajmę się ze strachu przed pomówieniem o antysemityzm, na temat masonów wiem niewiele, ale za to cykliści dają mi się we znaki bardziej niż komary, bo nie ma na nich żadnych środków zapobiegawczych. Jako kierowca uzbroiłam się w cierpliwość, jeżdżę wolniutko i jeszcze żadnego rowerzysty na tamten świat nie wyprawiłam. Gorzej jest na chodniku, gdzie muszę przemykać chyłkiem, żeby nie zostać potrąconą.

Gdyby ludzie wybierali rower ze względów ekonomicznych, byłabym bardziej wyrozumiała. Ale tu, na moje oko, chodzi głównie o szantaż „prawami mniejszości” uprawiany przez irytującą podgrupę „szpanerów”. Taka „mniejszość” najpierw domaga się równości, chociaż wcale nie o nią jej chodzi. Apetyt rośnie w miarę jedzenia i żadne ścieżki rowerowe niczego nie załatwią. To tak, jakby chwastom wydzielić specjalne grządki z nadzieją, że nie rozplenią się w rabatce pelargonii. „Mniejszość” nie chce równości, chce podziwu! Czyż „parady równości” nie są tego najlepszym dowodem?

Do następnej soboty. Pozdrawiam
Małgorzata Todd
www.mtodd.pl
Lub http://sklep.mtodd.pl

30/2013 (109)

Teatrzyk Zielony Śledź
ma zaszczyt przedstawić sztukę p.t.

Szczera rozmowa

Występują: pracownicy pionu propagandy Wańka i Fritz

Fritz – Słuchaj Wania, a może byśmy tak szczerze porozmawiali?

Wańka – Zależy o czym.
Fritz – Obaj wiemy, że Grasow tak naprawdę nie jest naszym szefem.

Wańka – Fakt, pomagamy mu tylko.

Fritz – Właśnie. Nie opowiedziałbyś mi jak to faktycznie z tym Tupolewem było?

Wańka – A co? W Berlinie tego nie wiedzą?

Fritz – Może i wiedzą, ale ze mną nikt tą wiedzą się nie podzieli.

Wańka – A co byś chciał wiedzieć?

Fritz – Jak wyglądały przygotowania do tego tak zwanego wypadku? Wronuś najwyraźniej wiedział o wszystkim znacznie wcześniej.

Wańka – Nie o wszystkim. Kogoś takiego jak Wronisław Komuchowski nie informuje się szczegółowo, bo zawsze jest obawa, że coś chlapnie.

Fritz – No i chlapnął, a później nie krył radości z tego co się stało, ale on tu najmniej ważny. Do układanki nie pasuje mi coś innego.

Wańka – A mianowicie?

Fritz – Wiadomo było, że samolot musi rozbić się w Smoleńsku, tak?

Wańka – Załóżmy.

Fritz – I dlatego nie czekały żadne limuzyny na delegację?

Wańka – Powiedzmy.

Fritz – Nie uważasz, że to przesada?

Wańka – A kto by się tym przejmował!

Fritz – No chyba, że to prowokacja szyta grubymi nićmi, bo nie chodziło chyba o ewentualne uszkodzenie sprzętu.

Wańka – Za kogo ty nas masz? Nie musimy oszczędzać, zwłaszcza na nie swoim.

Fritz – No, właśnie. Jak to interpretować? Jako prowokację typu: „i co nam zrobicie”?

Wańka – Jeśli już koniecznie chcesz wiedzieć, to odesłanie samolotu z limuzynami z lotniska Siewiernyj nie było prowokacją, a miało uwiarygodnić błąd pilotów samolotu z delegacją prezydencką.

Fritz – Że niby wieża nie zezwalała na lądowanie?

Wańka – Dokładnie. Później okazało się, że wszystko idzie jak po maśle. Każdą bzdurę łącznie z pancerną brzozą dało się wcisnąć.

KURTYNA

P.S. Drodzy Aktorzy nie dajcie się prosić, przyłączcie się do Teatrzyku. Jakoś trudno mi uwierzyć, że wszyscy bez wyjątku otrzymujecie tak fantastyczne propozycje, że moja przy nich „wymiękka”.

P.S. 2) Dziękuję wszystkim obecnym na spotkaniu z okazji promocji „Domniemania bezkarności”. Tych z Państwa, którzy chcieli być, ale z jakichś powodów nie mogli, zapewniam że będzie jeszcze okazja, może nawet w innym mieście, gdyby mnie zaproszono.

MARGARET TODD

LEKCJA
POKERA

Odcinek 9

– Pani Stalino!
Kobieta zamarła w pół kroku. Bała się odwrócić, żeby zobaczyć, kto przyzywa ją tym
imieniem. Niewiarygodne, a jednak wydarzyło się to, czego obawiała się przez całe życie.
Imię zostało przecież zmienione pół wieku temu i nikt nie miał prawa się o nim dowiedzieć.
Ba, nawet nazwisko i adres zmieniała dla zatarcia śladów. Wszystko po to, żeby uniknąć
śmieszności, na jaką naraził ją jej własny ojciec, kiedy po śmierci wodza, którego podziwiał
bezgranicznie, nadał jej to imię na jego cześć. Później nawet na Pałacu Kultury i Nauki wstydliwie
zasłonięto jego imię, ale było to znacznie później.
Teraz nie było ucieczki. Odwróciła się powoli. Patrzył na nią młody człowiek, najwyżej
trzydziestoletni. Gdyby nie okoliczności spotkania, doceniłaby jego staranny, na wskroś nowoczesny
ubiór. Jednak teraz szerokie spodnie sięgające kolan do złudzenia przypominały jej
tak zwane „dynamówki”. Czy ktoś jeszcze pamięta, co ten termin oznaczał? Wziął się od radzieckiej
drużyny piłkarskiej „Dynamo”, który przyjeżdżał do PRL-u na mecze. Ich przydługie
i zbyt obszerne spodenki sportowe różniły się znacznie od tych obowiązujących w modzie
światowej, budząc powszechną wesołość. Teraz brzydota nikogo nie śmieszy i bardzo dobrze.
W innej sytuacji taki modny strój zapisałaby młodemu człowiekowi na plus. W chwili obecnej
to tylko refleksja bez znaczenia, raczej ucieczka myśli od tego, co za chwilę może nastąpić.
Patrzył na nią przenikliwie głęboko osadzonymi oczyma, wyzierającymi znad pucułowatych
policzków. Tuszy zapewne zawdzięczał, że nie było mu zimno w takim przykusym
odzieniu. Temperatura tego styczniowego dnia była wyjątkowo wysoka, bo około zera, ale
jednak przecież to nie lato.
– Czego chcesz? – warknęła. Z takim nie ma się co cackać. Udawanie, że nie wie o co
chodzi, też nie wchodziło w rachubę.
– To jednak pani! Prawie nie wierzę, że mi się udało ją odnaleźć – uśmiechnął się i lekko
przymrużył oczy. – Był rok tysiąc dziewięćset pięćdziesiąty trzeci, kiedy pani ojciec nadał jej
w urzędzie stanu cywilnego imię na cześć wodza Republik Rad. A pani bratu dał imię Traktor.
– Czego chcesz? – powtórzyła beznamiętnym, jak jej się zdawało, głosem.
– Czego mogę chcieć? Pieniędzy, oczywiście. Proszę zacząć odkładać, będą pani potrzebne.
– Nie dam się zaszantażować.
– To się jeszcze okaże.
Zawrócił na pięcie i odszedł.
Wanda, bo takie nosiła teraz imię, nie od razu ruszyła w swoją stronę. Najpierw usiadła na
ławce parkowej alejki, nie bacząc nawet, czy jest sucha, wystarczyło, że ktoś przed nią odgarnął
śnieg. Oddała się niewesołym myślom. Nie lubiła wspomnień z dzieciństwa. Ojca, chociaż
umarł dość dawno, pamiętała dobrze. Stale się kłócili. Odziedziczyła po nim tę cechę
charakteru, za którą winiła go najbardziej: skłonność do pryncypialności, żeby nie powiedzieć
mocniej: do fanatyzmu.
Sama miała się, jak to lubiła określać, za „babę z jajami”, co przejawiało się brakiem poszanowania
dla każdego, kto odważył się mieć odmienne zdanie. Jej poglądy ewoluowały od
skrajnie religijnych do równie skrajnie „postępowych”. Ostatnio była właśnie miłośniczką
postępu we wszelkich tego przejawach. Jej poglądy nigdy nie były skutkiem przemyśleń lecz
emocji, którym chętnie i zazwyczaj głośno dawała wyraz.
Zbliżała się do sześćdziesiątki i był to czas na kolejną zmianę poglądów. Tym razem wyznawała
odrzucenie wszelkich autorytetów, przynajmniej tych powszechnie uznawanych.
Miłość w globalnym wymiarze miała uzdrowić wszystko i wszystkich. Trzeba kochać każdego,
prócz tych oczywiście, którzy nie podzielają jej punktu widzenia, jak się nietrudno domyśleć.
Czyż nie piękna idea? Należy ją tylko wcielić w życie. W tym celu trzeba usuwać
wszelkie przeszkody. Ta myśl trochę ją pokrzepiła, nie na tyle jednak, żeby zacząć obmyślać
jakiś plan ratunkowy z opresji, w której się znalazła.
Wstała z ławki i wolnym krokiem ruszyła w kierunku domu. Jej myśli krążyły wokół bezpiecznych
tematów, takich jak rodzina. Przecież wnuki podziwiają ją za tolerancję. Wszyscy
o tym wiedzą. Dla niej żadna muzyka nigdy nie jest za głośna. I fakt, że ma pewne kłopoty ze
słuchem nie ma tu oczywiście nic do rzeczy. Nigdy nie pyta o narkotyki, alkohol czy papierosy.
Młodość musi się wyszumieć.
Jej młodość przypadła na czasy, w których można było się wyszumieć w ściśle określonych
ramach, takich jak czyny partyjne. Naukę w szkole podstawowej zaczęła w tysiąc dziewięćset
pięćdziesiątym ósmym roku w dwa lata po październiku ’56 i wówczas okazało się, że
jej imię jest już nie na czasie. Matka, po kryjomu przed ojcem, zmieniła je ze Staliny na
Wandę. Ale gdzieś najwyraźniej jakiś ślad został. Stanowczo nie dopuści do tego, żeby jej
wnuki się o tym dowiedziały.
Co się robi w takim wypadku? Wiedziała oczywiście o prywatnych agencjach detektywistycznych,
ale nie zaufa przecież obcym ludziom. Ojciec w trudnych chwilach o pomoc prosił
Towarzysza W. Ale to były inne czasy, sam towarzysz jest już pewnie bardzo stary, jeśli w
ogóle jeszcze żyje. Nigdy nie poznała go osobiście. Nie wiedziała nawet, co oznacza litera
„W”. Czy to pierwsza litera od nazwiska, imienia, czy może pseudonimu z czasów wojny?
Kojarzył jej się z towarzyszem Wojciechem, ale to pewnie późniejsze konotacje związane ze
stanem wojennym. Nieważne. Był dla jej rodziny kimś w rodzaju Anioła Stróża. Może by
jednak spróbować?
Po powrocie do domu wydobyła najstarsze notesy z telefonami i… Jest! Trzeba oczywiście
pododawać te wszystkie numerki na początku. Może to wystarczy? Drżącą ręką wybrała
numer.
Wystarczyło. Już po pierwszym sygnale odezwał się stary, ale znajomy męski głos.
CDN

Już teraz można zamówić całość wpłacając jedynie 20 zł na konto Nr: 50 1020 5558 1111 1115 9930 0019. Adres posiadacza konta to: Wydawnictwo TWINS; ul. Dymińska 6a/146; 01-519 Warszawa i podając adres internetowy, na który e-booka należy przesłać.

Okładkę zaprojektował Zdzisław Żmudziński Copyright © by
Margaret Todd, 2013 All rights reserved. Wydawnictwo „Twins”
ul. Dymińska 6a/146 01-519 Warszawa

Tragiczny życiorys wolnej Warszawy . Na niespełna 24 godziny przed wybuchem powstania, dowódca AK generał Tadeusz Komorowski pseudonim „Bór”, wraz ze sztabem KG AK ustalił początek tego patriotycznego zrywu.

Zdecydowano, że będzie to godzina 17.00, dnia 1 sierpnia 1944 roku. Nazwana „godziną W”.

Początkowo w dniu 1 sierpnia 1944 roku tylko kilku łączników i gońców zaczęło roznosić rozkaz mobilizacyjny o początku powstania warszawskiego, a już w południe liczba ta wzrosła do około 6 tysięcy konspiratorów. Chciano, by zaskoczyć hitlerowców i uderzyć na nich z zaskoczenia. Niestety do końca to się nie udało, Niemcy zaczęli przegrupowywać swoje oddziały, by stłumić powstanie w zarodku.

Przed „godziną W”

Tego samego dnia już o godzinie 13.50, patrol niemieckich lotników, wspierany policją i kilkoma czołgami zaatakował konspiracyjny transport broni. Wówczas oddziały AK zostały rozbite jeszcze przed historyczną godziną 17.00, zwaną „godziną W”. O godzinie 16.00 na ulicy Traugutta, niemiecki patrol chciał wylegitymować asystę porucznika Lewara. W czasie tego incydentu, Akowcy zabili jednego Niemca, a ciężko ranili drugiego. Niespełna dwadzieścia minut później policja niemiecka wjechała samochodami na plac Napoleona i zaczęła ostrzeliwać koncentrujących się tam powstańców. Porucznik Kosa, dowódca elitarnego oddziału AK, w tej sytuacji nie czekał na godzinę „W” i uderzył na hotel Victoria zdobywając go w ciężkiej walce. W murach tego hotelu zorganizował dowództwo Okręgu AK.

Główne ruszenia i atak Podziemnej Armii

O godzinie 17.00, do walki ruszyła cała podziemna Warszawa. Poprzez nieprzewidziane sytuacje i nieudane zaskoczenie hitlerowców wielu powstańców nie zdołało zrealizować wcześniej przemyślanych i zaplanowanych akcji zbrojnych, nie wszyscy dotarli na czas do swoich punktów i oddziałów powstańczych. Mimo to, że braki były nie tylko w ludziach, ale i w uzbrojeniu, podziemna Warszawa rozpoczęła powstanie o równej godzinie 17.00. Nie brak było naszemu narodowi entuzjazmu i heroicznej woli walki. Do północy udało się wyzwolić jedynie duże, zwarte obszary Starego Miasta. Plan natomiast zakładał opanowanie całego miasta w pierwszym dniu powstania, przez totalne zaskoczenie wroga. Najeźdźca niemiecki mimo przeważającej i miażdżącej siły, został zepchnięty do defensywy. Geibel, główny dowódca niemieckich wojsk w Warszawie przenosił swoje bojowe stanowisko dowodzenia do piwnic swojej kwatery. Natomiast dowódcy powstańczych zgrupowań, umieścili na dachach zajętych domów swoje punkty dowodzenia.

Sprzymierzeńcy powstania

Powstańcy dzięki zabiegom polskiego rządu w Londynie, otrzymywali pomoc drogą powietrzną. Samoloty pilotowane przez załogi polskie, amerykańskie, brytyjskie, kanadyjskie i południowoafrykańskie startowały z włoskich lotnisk. Wykonano 192 zrzuty, dostarczono polskim powstańcom około 230 ton uzbrojenia i amunicję. Ale ponad 63% alianckich zrzutów, trafiło w ręce okupantów. Były to wielkie straty, wszyscy wiedzieli, że bez pomocy z zewnątrz powstanie nie miałoby sensu. Od strony sowietów przewijała się niechęć Stalina do powstania warszawskiego, poprzez nie pozwolenie na lądowanie Aliantom na radzieckich lotniskach. Mimo wszelkich braków, dnia 15 września I Armia Wojska Polskiego zajęła Pragę. Utworzone na lewym brzegu Wisły przyczółki, między 16 a 22 września, próbowały udzielić pomocy powstaniu. Jednak zostały one zlikwidowane przez Niemców.

Koniec powstania

W dniu 23 września, Niemcy zajęli jedną z ostatnich dzielnic Czerniaków, był to już krytyczny okres. Wszyscy bohaterowie walki o wolność zrozumieli, że bitwa o Warszawę dobiegła końca. Rankiem 30 września po kapitulacji dzielnicy Mokotów dowództwo Armii Krajowej podjęło pertraktacje z Niemcami, w sprawie ewakuacji ludności cywilnej i zakończenia działań zbrojnych.

Poniesione straty

Historiografia z 1947 roku informuje, że straty Niemców wyniosły 10 tysięcy zabitych 7 tysięcy zaginionych i 9 tysięcy rannych. Jednak ogromne straty były po stronie polskiej. Wyniosły one około 10 tys. zabitych i 7 tys. zaginionych, 5 tys. rannych żołnierzy oraz od 120 do 200 tysięcy ofiar w ludności cywilnej. Pośród zabitych przeważała młodzież, a także większość warszawskiej inteligencji. Na początku powstania warszawskiego według dyspozycji Hitlera dowódca SS
Himmler, wydał rozkaz zniszczenia miasta oraz wyniszczenia ludności cywilnej Warszawy. Powstanie warszawskie nie miało znaczenia militarnego, natomiast miało ogromne znaczenie strategiczne i moralne. Pomogło to naszemu narodowi do odtworzenia przedwojennego kształtu granicy wschodniej, jak również odtworzenie w stolicy Polski legalnych władz państwowych, jako kontynuacja władz przedwojennych.

Cześć pamięci bohaterom powstania warszawskiego.

Ewa Michałowska Walkiewicz

Poranny pociąg z Bognor Regis jest niemal pusty. Siadam na wygodnym siedzeniu z ciężką walizką i nie ustępującym jej plecakiem, który ląduje pod moimi nogami. Spodziewałem się, że ze zmywaka odejdę z ulgą a w pociągu do Londynu będę się czuł w końcu wolny.

Nic z tego – może to cecha mojego charakteru, a może kwestia coraz szybciej mijających lat – zaczynam tęsknić za ludźmi, których los dzieliłem przez ciężkie dwa miesiące. Zmywak, budowa, czy farma to zwykle pierwsza praca, na którą trafia Polak na Wyspach. Jeżeli nie wpadnie w marazm, szuka lepszej pracy i lepszego miejsca do życia i jedzie do Londynu. Ale za ludźmi, z którymi się spędziło dwa ciężkie miesiące, ludźmi, z których większość to prawdziwe perły, nie sposób nie tęsknić. Poza tym – całkiem poważnie łapie mnie syndrom byłego więźnia. To pierwszy krok do depresji albo alkoholizmu. Albo obu naraz.
Pływanie w zlewie
Syndrom byłego więźnia polega mniej więcej na tym, że po czasie spędzonym w więzieniu, gdzie każda godzina jest zaplanowana, a plan dnia egzekwowany stanowczo, po wyjściu na wolność czuje się zagubienie i coś na kształt delikatnego lęku. Mieszkanie w miejscu pracy i niemal pełna kontrola nad pracownikami, chciał, nie chciał, tworzy taką właśnie zależność. I od niej właśnie sie uwalniam. Jak każdy Polak, średnio po dwóch miesiącach, szukający nowej pracy.
– Mamy taką tradycję, że każdego, kto odchodzi stąd, wrzucamy do zlewu – słyszę na wieczornej zmianie od Michała, byłego żołnierza, dzisiaj brygadzisty. Niektórzy z moich kolegów dyskretnie potakują. Mała panna S., która na chwilę przyszła z podczepionej pod moje miejsce pracy restauracji (zachwycając męską część pracowników swoją nieprzeciętną urodą) też z uśmiechem przyznaje, że jest taki obyczaj. – Rzeczywiście słyszałam coś takiego – zapewnia.
– To jakaś ściema – myślę sobie. – To niemożliwe. Kto by się na to zgodził? – jednak na wszelki wypadek szukam miejsca, na które odłożę telefon komórkowy i portfel z pieniędzmi na bilet do Londynu. Z Michałem nigdy nic nie wiadomo – w końcu to żołdak. Zorganizował pracę na zmywaku po żołniersku, co nie ułatwia życia, ale sprawdza się w tej pracy wyjątkowo.
W zlewie oczywiście nie ląduję, więc jednak to był żart. Jeden z wielu na zmywaku. Jeden z wielu żartów, pasujących raczej do prostych robotników, niż sztabu wykształconych ludzi, jakim przecież jesteśmy.
Kilkudziesięciu Polaków, Węgrów, Słowaków, Chorwatów i cholera wie kogo jeszcze, klnie niczym szewcy między zmywakiem a restauracjami. Przy czym bez względu na narodowość wszyscy klną głównie po polsku. Oczywiście ‘kurwa’ powtarzana na każdym rogu kuchni i zmywaka nie robi na nikim wrażenia. Ale kiedy idę z wypełnionym po brzegi resztkami jedzenia, ciężkim jak cholera okrągłym koszem, a z naprzeciwka idzie uśmiechnięty od ucha do ucha południowiec i piękną polszczyzną (!) mówi do kolegi lub koleżanki za mną ‘ssij pałę’ wmurowuje mnie w ziemię. Wiem oczywiście, że w ramach kawału, tej odzywki nauczyli ich polscy magistrowie rzuceni na zmywak i front kawiarni i restauracji – mimo wszystko te słowa w ustach obcokrajowca są szokujące. Podobnie jak „pokaż dupę”, czy “zrobić ci loda?”.
– Oni nie takie rzeczy mówią – to Ola, studenka o przepięknym głosie, która po wielu rozmowach dała się namówić na pewien eksperyment socjologiczny (o czym niedługo). – Tu w ogóle są takie raczej proste zabawy i żarty cokolwiek sztubackie. W dobrym tonie jest rzucić w kogoś frytką, kawałkiem jedzenia, albo ziemniakiem. Można dostać w twarz kawałkiem ciasta, albo zostać opryskanym płynem antywirusowym.
Pierwszy rzut frytką próbuję więc na Oli. Krótki ostrzegawczy okrzyk i frytka trafia w nogawkę przyszłej tłumaczki a dzisiejszej kelnerki. Uśmiech Oli wymyka się opisowi – bo jeśli o niego chodzi, Ola jest niemal Rayem Charles’em w spódnicy. Porównanie z muzykiem jazzowym nie jest przypadkowe, bo Oli zdarza się swingować (a właściwie zdarza się nie swingować), przy czym robi to takim głosem, jakby urodziła się w murzyńskiej rodzinie, w sercu Alabamy.
Później rzucam połówką zużytej cytryny w kelnera jednej z restauracji. Powracający owoc mija moje czoło o milimetry.
W innej części wielkiej sali jeden z moich kolegów lepi kulki ryżowe z resztek w garnkach, tak, jak się lepi śnieżki i rzuca innym po wcześniejszym ostrzeżeniu. Odruch łapania jest u człowieka tak silny, że nie ma twardziela, który nie spróbowałby ich łapać. A próbowaliście złapać kulkę z ryżu? Nie ma szans – w zetknięciu z ręką bryła rozpada się na setki ziarenek. Każde nieudane złapanie kwitowane jest soczystym przekleństwem. I śmiechem rzucającego.
Seks i papierosy
Znakomita część żartów leniwie krąży wokół tematu wzbudzającego w ludziach najwięcej emocji, czyli seksu. Przy czym nie chodzi tu o wysublimowane formy czerpania radości ze współżycia z kimś innym, ale wulgarne określanie czynności zmierzającej do zaspokojenia potrzeb na najniższym z możliwych poziomów (w rozmowach i żartach, oczywiście). I tak – menedżerka jednej z restauracji, opowiadała swojej koleżance o wieczorze spędzonym w towarzystwie jednego z pracowników. Choć może stwierdzenie ‘opowiadała’ jest tu pewnym nadużyciem. Przechodząc obok nich z wózkiem pełnym brudnych naczyń usłyszałem imię. Kiedy wracałem oddalone już od siebie koleżanki porozumiewały się bardziej gestami. Menedżerka porusza ręką przy ustach w dół i w górę, wypychając  językiem policzek. No dobra – już wiem, co robiła poprzedniego wieczoru.
Seks oralny w ogóle wydaje się modnym tematem rozmów w moim (byłym już) miejscu pracy. Rozmów i happeningów.
– Choć coś ci pokażę – słyszę od kolegi kucharza. To znany zgrywus i twardy (ponoć – nie wiem, nie piję) zawodnik w piciu. – Tak się tu bawimy. Gestem woła innego kucharza, Anglika. Kiedy stoją już obok siebie Anglik dostaje w twarz. I drugi raz.
– Kto jest twoim panem? (to po angielsku) – pada pytanie do Anglika. I znów uderzenie w twarz. – Kto jest twoim panem?!
– Ty jesteś moim panem – to Anglik
– Przywitaj się z Pawłem.
– Cześć Paweł – mówi Anglik.
– Bardzo dobrze. Na kolana! – ton Polaka nie znosi sprzeciwu. Anglik klęka i naśladuje stosunek oralny.
Całość ogląda kilku innych kucharzy – ubawionych sytuacją, choć wcale nią nie zaskoczonych.
– Co to, kurwa, było? – pytam po happeningu. Niewiele rzeczy w życiu wybiło mnie z rytmu w podobny sposób.
– Nic. Tak się tu bawimy – śmieje się Polak. – Poza tym on i tak jest pedałem.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że na zmywaku obowiązuje coś na kształt kultury więziennej. Jeden z moich kolegów, mieszkaniec Manchesteru, pracuje tu już od sześciu lat. Jest kelnerem. Mijamy się kilkanaście razy w ciągu dnia i nieodmiennie wita mnie co rano słowami „yo, bro” i „żółwikiem” czyli uderzeniem pięścią w pięść. – Nienawidzę tej pracy – dodaje czasem. Wiem o czym mówi.
Bywa, że umawiamy się na papierosa w sekretnym miejscu. Warunkiem spokojnego spalenia jest ktoś wystawiony na czatach i zabezpieczający palącego przed wpadką, karaną postępowaniem dyscyplinarnym. Dogadujemy się świetnie, palimy po pół papierosa – szybko. W sumie zajmuje nam to ze trzy minuty, nie więcej. Za to możecie sobie wyobrazić, jak smakuje taki papieros! To dla mnie prawdziwa podróż sentymentalna do czasów licealnych, kiedy wyobrażałem sobie, że złapany na papierosie przez nauczyciela, wylecę ze szkoły.
Tu mógłbym wylecieć na pewno – wiem bowiem, że nie mogę palić w pracy, bo przeszedłem szkolenie przeciwpożarowe.
Dyplom ze szmaty
Szkolenia to konik Brytyjczyków. Każdy imigrant przechodzi ich w nowym miejscu pracy całą masę. Część z nich kończy się egzaminem. Inne – wyłącznie podpisem pracownika pod dokumentem pracodawcy. To taki rodzaj zabezpieczenia przed głupotą – wybaczcie – pracowników.
Brytyjskie stowarzyszenie drabiniarzy szkoli mnie przez cztery godziny z korzystania z drabiny. Rzecz pozornie prosta na Wyspach urasta do rangi sztuki. Szkolenie rozpoczyna się filmem propagandowym o młodzym człowieku, który spadł z drabiny a dzisiaj jest sparaliżowany. Dalej jest część teoretyczna – pod jakim kątem drabina powinna być oparta o ścianę, jakie są rodzaje drabin, gdzie z których korzystać i ile osób może, a ile powinno jednocześnie pracować z drabiną. Prowadzi je – uwaga! – były żołnierz jednostek specjalnych. Część praktyczna idzie nieco szybciej, choć bardziej polega na oglądaniu drabin, niż na faktycznym z nich korzystaniu.
Całość jest zwieńczona egzaminem – teoria: 20 pytań. I praktyka – jak wymienić żarówkę w lampie znajdującej się pół metra nad wejściem do lokalu. Wymieniam razem z kolegą, bo długość drabiny wymaga, żeby pracowały z nią dwie osoby.
Egzamin zdaję na piątkę. Cóż… trochę wstyd, ale bałem się wyniku końcowego. Stowarzyszenie Drabiniarzy wystawi mi specjalny certyfikat – ze zdjęciem.
Potrafię również (po szkoleniach) wyrzucić śmieci, zebrać wymiociny, umyć zmywarkę przemysłową, umyć podłogę, wymienić płyn do mycia rąk, umyć ręce i prawidłowo zakręcić kran oraz wyczyścić stół kuchenny. W sumie podpisuję po szkoleniach kilkanaście dokumentów.
I nawet nie razi mnie to, że oprócz powyższych potrafię również zrobić analizę finansową przedsiębiorstwa, analizę dowolnego rynku, badania socjologiczne, przeprowadzić negocjacje dotyczące przejęcia dowolnej spółki, czy adminstrować serwerami pracującymi na linuksie. W tym konkretnym momencie ważniejsza wydaje się umiejętność sprzątnięcia podłogi po pawiu Brytyjczyka.
Razi mnie natomiast to, że moi koledzy i koleżanki, którzy pracują tu od wielu lat, mikrobiolodzy, inżynierowie, geolodzy, historycy czy magistrowie administracji podchodzą do tych szkoleń podobnie do mnie.
– Ludzie! Co się z wami dzieje?! – chce mi się wrzasnąć. Ale hamuję się, bo jakikolwiek objaw frustracji nie jest u angielskiego pracodawcy mile widziany.
Frustracje
Wstyd się przyznać, ale raz nerwy mi puściły. Widząc rozrzucone kartony na drodze, którą kilkadziesiąt razy dziennie pokonuję w ciężkimi śmietnikami, oraz poustawiane byle jak naczynia, nie wytrzymuję i mocnym kopniakiem wysyłam kartony w powietrze. Później przez kilkadziesiąt sekund krzyczę pełnią płuc do pracowników zmywaka i restauracji: – Używajcie do jasnej cholery mózgów! To nie boli!!!
To, co zrobiłem nie przynosi mi chluby, bo mojemu wybuchowi przygląda się – z politowaniem – mała panna S. Od niej dowiaduję się, że zdarzały się już chwile kryzysów niejednemu z nas. Później zbieram informacje o tym, jak puszczały nerwy innym.
Oto jeden z Węgrów, nie wytrzymując napięcia i pracując grubo poniżej swoich kwalifikacji rzuca w powietrze tace wypełnione brudnymi naczyniami i patrzy – razem z kolegami z pracy – jak lądują na ziemi.
Inny pracownik – Polak – którego zadaniem na ten dzień było nakładanie angielskim dzieciom lodów, obserwując jak kolejnemu z wielu dzieci w kolejce, lód wypada na podłogę (którą musiał od razu czyścić), krzyczy do nich po polsku: – Wypierdalać, kurwa!
Dzieci, oczywiście, niczego nie rozumieją. I do żądania ani myślą się zastosować.
Doskonale rozumiem te wszystkie frustracje prowadzące do wybuchów furii. Mnie kilka razy przy sprzątaniu apartamentów po gościach zdarzało się mówić do pustych ścian słowa, których dzisiaj raczej bym nie powtórzył. Bywało, że ciskałem po pokoju cieżkimi przedmiotami pozostawionymi przez gości. Gości, z którymi przez dwa miesiące starałem się dyskretnie i po cywilnemu (czyli nie w mundurku pracodawcy) rozmawiać.
– Właściwie, to jako kto pan tu pracuje? – dopytuje się dwóch starszych gentlemanów, których zaczepiłem niechcący przed jedną z restauracji.
– Na najniższym możliwym stanowisku – odpowiadam oschle. – Na zmywaku. I sprzątam po was pokoje.
– A skąd pan jest?
– Z Polski. I jestem dziennikarzem oraz ekonomistą.
– Naprawdę? To dlaczego pan pracuje na takim stanowisku w Anglii? – dopytują się.
– Głównie dlatego, że zdradziliście nas w 1939 roku – wiem, że moje burknięcie może być odebrane, jako niegrzeczne. Ale najwyraźniej trafiam na panów, którzy znaja historię najnowszą Europy. Przez 20 minut rozmawiamy o początkach II Wojny Światowej i brytyjskiej racji stanu. Argumenty mają silne, choć i tak uważam, że bliżej mi do honorowego podejścia w polityce. Japończycy swoją doktrynę w latach 30 i 40 XX wieku oparli na Kodeksie Bushido. Nie zdradzali sojuszników.
Listy
Emigracja już mi nie przeszkadza. Jednak wątpliwości czasem powracają – wówczas rozmawiam z moimi przyjaciółmi z Polski.
– Mojego maila możesz zamieścić w swoim tekście jako KOMENTARZ DO TEGO CO W KRAJU – to z listu Kasi, mojej przyjaciółki od lat licealnych, menedżera w instytucji finansowej. Korespondujemy o emigracji i o tym, co w Polsce. – Jeśli przyjdzie na mnie kolej bez wątpienia będę chciała skorzystać z twojego doświadczenia – pisze do mnie. – Na razie zmagam się z rzeczywistością w tym zaplutym kraju! A że rzeczywistość jest bankowa to wydaje się być wyjątkowo zapluta. No generalnie strach, bieda i nadwaga… normalnie starość, brzydota, obwisłe cycki. A tak poza tym, to walczę!!!
O emigracji pisze mi również Iza, którą już wspominałem. – Emigracja, niby nie brzmi groznie, ale jakże tajemnicze to slowo – czytam w nocy. – Przyjeżdzasz tutaj czy gdziekolwiek indziej zostawiasz za sobą szmat swojego życia, w moim przypadku, 40 letniego i co? Nie masz zupełnie nic. Jedynie hart ducha, zacięcie i wielkie plany. Co dalej? – zadajesz sobie pytanie… Wiadomo: agencja pracy, mieszkanie, codzienność. Dostajesz pracę, niekiedy na telefon. Dzis pracujesz, jutro już nie – ale cieszysz się, bo będziesz miał z czego życ, a tam, w Polsce, twoja rodzina,  twoje dzieci, czekają na pieniądze, które im wyślesz….. Dostajesz pierwszą wypłatę: 202 funty – cieszysz się, jak dziecko, bo tam, w ‘ojczyźnie’ na taką wypłatę musiałbyś pracować cały miesiąc. A tu proszę: tydzień i jest. Dzieci się cieszą, ty też. Tak mija kilka miesiecy, jest dobrze . I nagle rozmawiasz, jak co dzień, z dziećmi, z rodziną i słyszysz w słuchawce głos małego synka – “mamusiu dlaczego mnie zostawiłaś? Dlaczego wyjechałaś? Wróć, tęsknię za tobą!!!!!”. I co? Zalewasz się łzami, masz wyrzuty sumienia! I zadajesz sobie pytanie – czy było warto? Dla tych marnych pieniędzy niszczyć psychikę własnego dziecka? Żeby płakało po nocach? Otóż ja już wiem: nie warto! Żadne pieniądze nie są w stanie przywrócić równowagi psychicznej moich dzieci! Dlatego to niby niegroźnie brzmiące słowo – emigracja – jest moim demonem i pozostawi ślad do końca życia mojego i moich dzieci!’
Ale na powrót do Polski nie stać jej – mimo największych chęci. Jedynie na Wyspie jest w stanie zagwarantować sobie i dzieciom dochód wystarczający na życie.
Dzieci imigrantów to wyjątkowo drażliwy temat. Ci, którym się uda, zabierają rodziny ze sobą. Choć często jest tak, że rodziny zostają, zaś do pracy przyjeżdża jedna osoba. Rzucona na obcą ziemię, pogrążona w samotności, szuka bratniej duszy, coraz bardziej rozluźniając kontakt z rodziną. Z czasem znajduje podobną duszę, dla zabicia smutku i samotności zaczynają mieszkać razem, budują nowy dom i nową rodzinę. Tamta – w Polsce – już nie liczy się tak bardzo, jeżeli jeszcze liczy się w ogóle. Emigracja ma sens wyłącznie wówczas, kiedy emigruje cała rodzina. Zaplanowana diaspora niemal z pewnością się nie sprawdzi. Dlatego dzisiaj Polskę opuszczają całe rodziny właśnie. Zaś urzędnicy brytyjscy witają te rodziny z otwartymi ramionami.
– Dzieci? Proszę bardzo – jeszcze dopłacimy. A jeżeli jeszcze jesteś coś wart, pomożemy ci się kształcić, zapewnimy godną emeryturę – słychać niemal w każdym urzędzie pracy Korony.
Dzieci Polaków na uchodźstwie są ich dumą. Każdy, nawet najmniejszy sukces, urasta do rangi zdobycia Mt. Everestu.
Michał (były żołnierz, dziś brygadzista ze zmywaka) chwali się w internecie świadectwem z czerwonym paskiem swojej nastoletniej córki. I słusznie – bo to duże osiągnięcie. W wieczornych rozmowach często ją wspomina. – Może ode mnie dostać, co chce – kwituje każdą z nich.
Kiedy pierwszy raz odwiedziłem Michała byłem zdumiony jego wyjątkową troską nie tylko o córkę, ale także o Polskę – kraj, który jego właśnie, byłego żołnierza, któremu zdarzało się widzieć okropności wojny, deliatnie mówiąc kopnął w zadek. Pod lampą wisi biało czerwona flaga. Polska bije z każdego kąta.
Michał nie pozwala źle mówić o Polsce – ale nie tej dzisiejszej, lecz o Polsce walczącej z Niemcami, o Polsce powstającej z kolan po latach zaborów. O polskim wojsku, które dzisiaj praktycznie przestaje istnieć.
Patriotyzm Michała, nie ukrywam, imponuje mi. Ja wolałbym zapomnieć – on nie! Jest gotów walczyć o każde słowo i każdą formę polskości. Polska bez Michała – nie mam wątpliwości – jest zauważalnie uboższa.
Mario, córko Michała – możesz być dumna ze swojego ojca. Jest wspaniałym człowiekiem i wielkim Polakiem. Jest dzielny, mimo wad, których wspominać nie wypada.
Moje miasto
Niebo nad Londynem jest rozgwieżdżone, podobnie jak to, w West Sussex. Sen u przyjaciół należy mi się jak psu zupa. Szczególnie, że ostatnie dni pełne były emocji. Musiałem rozstać się z pracodawcą z powodów, których nie był w stanie zrozumieć. I pożegnać ludzi, którzy w Polsce mogliby być największym skarbem narodowym, a w Koronie Brytyjskiej są co najwyżej nitami, jeżeli w ogóle są zauważani. W dużej części na własne życzenie, ale to opowieść na kolejny wieczór. Przed snem jeszcze tylko ukłonię się mojej nowej ojczyźnie. I miastu, które urzekło mnie od pierwszego wejrzenia. Dobranoc Brytanio.
   

Napisane przez: Pawel Pietkun