Monthly Archives: Sierpień 2013

Chińska armia wysyła sprzęt wojskowy na tereny w pobliżu granicy z Koreą Północną – donosi strona internetowa Washington Times, powołując się na niewymienionych z nazwiska przedstawicieli USA.

Według danych gazety, może to być związane z niedawnym oświadczeniem KRLD o gotowości do odpowiedzi na prowokacje „według praw wojny”.

Jednocześnie Chiny konsekwentnie wzywają wszystkie strony do zachowania zimnej krwi, powściągliwości i rozwiązywania na drodze negocjacji wszystkich problemów związanych z koreańskim programem jądrowym. Przemieszczanie się chińskich wojsk (300 tys.) w strefach przygranicznych trwa od połowy marca.

Niezwykle wysoki poziom promieniowania zarejestrowano na co najmniej czterech działkach w pobliżu cystern do magazynowania wody na terytorium japońskiej elektrowni atomowej Fukushima 1 – poinformowała firma operator elektrowni „Tokyo Electric Power Company” (TEPCO).

Obecnie eksperci sprawdzają szczelność cystern.

Według stanu z marca bieżącego roku, w piwnicznych pomieszczeniach bloków energetycznych, systemie drenażowym i w specjalnych zbiornikach na terenie stacji zgromadziło się ponad 360000 ton wody o różnym stopniu skażenia substancjami radioaktywnymi.

Gdyby planowaną obecnie reformę służb oceniać na podstawie niektórych komentarzy, mogłoby się okazać, że mamy do czynienia z pierwszym w historii III RP przypadkiem, gdy ośrodek rządowy dobrowolnie ogranicza swoje wpływy na formacje specjalne i pozbawia partię rządzącą jej „zbrojnego ramienia”. Większość obserwatorów jest bowiem zdania, że decydentami reformy są ludzie z ekipy Tuska.

 

Wówczas jednak trzeba zmierzyć się z pytaniami: dlaczego reżim PO-PSL miałby dążyć do ograniczenia uprawnień ABW i wzmacniania kompetencji służb wojskowych? Jaki cel miałaby reforma degradująca służbę podległą premierowi i tworząca nową, potężną formację (z połączenia Agencji Wywiadu ze Służbą Wywiadu Wojskowego) podporządkowaną słabemu szefowi MON? Dlaczego Tusk miałby rezygnować z nadzoru nad ABW i powierzyć Agencję ministrowi spraw wewnętrznych? Jaki interes miałaby grupa rządząca oddając swoje uprawnienia na rzecz „niezależnego zespołu” (powoływanego przez Sejm na sześcioletnią kadencję), który kontrolowałby operacje służb specjalnych?

 

Pytania można mnożyć, a jest ich tym więcej, że przez ostatnie pięć lat byliśmy świadkami procesu głębokiej „bondaryzacji” służb i ciągłego poszerzania uprawnienia Agencji. Decyzje legislacyjne podejmowane przez reżim w sprawach bezpieczeństwa zmierzały zawsze do skupienia władzy w rękach Krzysztofa Bondaryka i uczynienia z ABW „zbrojnego ramienia” partii rządzącej. To on i kierowana przezeń formacja mieli być gwarantem trwałości triumwiratu służb, biznesu i polityki i chronić interesy układu rządzącego.

 

Co zatem sprawiło, że Tusk przyjmuje nagłą dymisję Bondaryka, chce zdegradowania największej służby specjalnej i w najtrudniejszym okresie przedwyborczym pozbywa się narzędzi, dzięki którym mógłby odbudować swoją pozycję i kontrolować procesy społeczno-gospodarcze?

 

            Szukanie wyjaśnień w sferze emocji lub kojarzenie reformy ze sprawą Amber Gold, jest oczywistym nieporozumieniem. Na długo przed tym, nim afera ujrzała światło dzienne obserwowaliśmy masowe ucieczki funkcjonariuszy ABW (do sierpnia 2012 roku odeszło 345 osób) oraz wymuszone dymisje wszystkich zastępców Bondaryka. Najwyraźniej już wówczas wiedziano o planowanych zmianach i utracie przywilejów. Sama zaś afera, rozgrywana przez ośrodki propagandy i nakręcana kontrolowanymi „wrzutkami”, przypominała raczej kombinację operacyjną w wykonaniu służb konkurencyjnych wobec ABW i wyglądała niczym „propozycja nie do odrzucenia” złożona premierowi. Fakt, że wtedy właśnie rząd pospieszył ze zmianami w służbach i ogłosił założenia reformy pozwala dostrzec, co było przedmiotem owej propozycji.

 

Planowane obecnie zmiany można określić nie tylko mianem „antyrządowych”, ale uznać, że w najmniejszym stopniu nie zabezpieczają interesów Tuska i jego partyjnych kamratów. Jeśli zaś rząd niewiele potrafi powiedzieć o konkretach, to tylko dlatego, że sami ministrowie wydają się nie znać szczegółów swojej „rządowej reformy”.

 

Posądzanie o jej autorstwo ludzi tak niekompetentnych, jak Cichocki, Siemoniak czy Sienkiewicz – zakrawa na ponury żart.  Postawienie tych osób na czele kluczowych resortów – wojska i spraw wewnętrznych świadczy raczej, że poszukiwano biernych i lojalnych wykonawców, którzy bez szemrania zrealizują założenia reformy i równie chętnie usuną się w cień.

 

Jej sens staje się zrozumiały dopiero wówczas, gdy skutki zmian ocenimy z perspektywy ośrodka belwederskiego i zamysłu stworzenia reżimu prezydenckiego. To Bronisław Komorowski i skupione wokół niego środowisko „wojskówki” będzie głównym beneficjentem projektu przebudowy służb.

 

Gdy na początku stycznia 2011 roku „Gazeta Polska” twierdziła, iż jedną z pierwszych decyzji Komorowskiego było zlecenie przygotowania zmian systemowych w zakresie kontroli nad służbami – informacja ta spotkała się z dementi rzeczniczki prasowej BBN. Tymczasem treść dokumentów Biura oraz wypowiedzi członków rządu świadczą, że właśnie tam opracowano szczegółową koncepcję, której wykonaniem ma zająć się ekipa Donalda Tuska.

 

Łatwo się zapomina, że zaledwie kilka dni po zakończeniu prac Komisji Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN), sejmowe Kolegium ds. służb specjalnych zajęło się wytycznymi SPBN dotyczącymi „propozycji zmian organizacyjnych i legislacyjnych w służbach”. 7 września 2012 roku niejawny raport SPNB trafił do Bronisława Komorowskiego, a już 18 września podczas obrad Kolegium Donald Tusk zapowiedział powołanie „zespołu roboczego” i wykorzystanie rezultatów zawartych w pracach ekspertów SPBN. Dwa miesiące później, szefowie MON i MSW przyznali na konferencji prasowej – „Nie jest tajemnicą, że wykorzystywaliśmy dorobek Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego, który BBN prowadził”.

 

Natychmiastowa reakcja na „dorobek” SPBN dowodzi, że Pałac Prezydencki przejął inicjatywę w sprawach bezpieczeństwa i narzucił rządowi dyktat w zakresie reformy służb.

 

Belwederski plan składa się w istocie z dwóch założeń: reformy dowodzenia Siłami Zbrojnymi, mającej na celu wzmocnienie lobby wojskowego i ugruntowanie zwierzchnictwa prezydenta nad armią oraz z dogłębnej przebudowy służb specjalnych, dokonywanej pod hasłem „integracji i koordynacji”, której efektem będzie osłabienie władzy premiera i wyłonienie nowej formacji – jako „zbrojnego ramienia” reżimu prezydenckiego. Model proponowany przez ludzi Komorowskiego zmierza do wyłączenia służb z ich dotychczasowego podporządkowania i przekazania uprawnień poszczególnym ministrom. Postuluje się przy tym włączenie nowej formacji do Sił Zbrojnych, co z kolei sugeruje powrót do rozwiązań sprzed 2006 r., kiedy to Wojskowe Służby Informacyjne znajdowały w MON, a funkcje dowódcze mogli pełnić wyłącznie żołnierze zawodowi.

 

Odtworzenie struktury i układu personalnego służb wojskowych będzie zaś możliwe dzięki planowanej nowelizacji ustawy o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służbie Wywiadu. Projekt noweli z dnia 16 października 2012 roku jest obecnie przedmiotem zaawansowanych konsultacji, do których zaproszono również żołnierzy byłych WSI, zrzeszonych w stowarzyszeniu Sowa.

 

Reaktywacja wpływów wojskówki nie ograniczy się z pewnością do służb specjalnych. Nie można wykluczyć, że w tle proponowanych reform istnieje zamysł powierzenia ludziom byłych WSI nadzoru nad technologiami wojskowymi oraz zaangażowanie ich w procesy związane z modernizacją Sił Zbrojnych. Również prezydencki projekt „polskiej tarczy antyrakietowej”, zakładający „uwzględnienie polskiego przemysłowego potencjału obronnego” wpisuje się w ten scenariusz.

 

Dodatkowym atutem Belwederu będzie tzw. Narodowe Centrum Kryptologii (NCK) –jednostka wojskowa powołana w kwietniu br. zarządzeniem ministra obrony narodowej, o której prawdziwych zadaniach nadal niewiele wiadomo. Oficjalnie NCK ma zajmować się „konsolidacją kompetencji i zasobów resortu obrony narodowej w obszarze kryptologii”, istnieje jednak obawa, że prace Centrum mogą służyć również monitorowaniu internetu i udoskonaleniu kontroli elektronicznej.

 

Dowodzenie NCK powierzono Krzysztofowi Bondarykowi, co w obecnej sytuacji wydaje się decyzją logiczną i dalekowzroczna. Dla Belwederu wiedza byłego szefa ABW stanowi cenny depozyt, z którego nie należy rezygnować. W NCK, pod okiem wojskowych kryptografów, Krzysztof Bondaryk będzie mógł nadal rozwijać swoje pasje inwigilacyjne.

 

Istota „rządowej reformy” sprowadza się zatem do wyłonienia nowego rozdania w służbach i przeniesienia ośrodka decyzyjnego do Belwederu. Po jej przeprowadzeniu, prezydent sprawujący zwierzchnictwo nad Siłami Zbrojnymi, stanie się – za pośrednictwem ministra obrony narodowej nie tylko faktycznym decydentem w kwestiach bezpieczeństwa, ale uzyska realny wpływ na działania służb specjalnych.

 

 

 Historia o mistycznych przeżyciach, pod wpływem których papież Benedykt XVI miał ustąpić Tronu Piotrowego, okazała się nieprawdziwa – bardzo to pocieszające.  Czy naprawdę Pan Bóg, po tym, gdy dał kardynałowi Ratzingerowi klucze Królestwa Niebieskiego, miałby szeptać mu do ucha o złożeniu urzędu?

Zresztą Najwyższy ma inny, dużo bardziej skuteczny sposób odwoływania papieży i nie musi posuwać się do sztuczek (tym zajmuje się ktoś zupełnie inny). Ale skoro nikt do nikogo nie szeptał…

Poza tym, gdyby wiadomość była prawdziwa, to trudno byłoby oddalić myśl, że oto Benedykt XVI, gdy zrozumiał (bo sądzę, że już zrozumiał), że jego renuncjacja nie przyniosła Kościołowi n i c z e g o dobrego, to w przypływie starczej sklerozy próbuje teraz przekonać siebie i cały świat, że po prostu musiał ustąpić, bo to nie była jego wola, lecz Niebios. Na szczęście Benedykt XVI wciąż cieszy się dobrym zdrowiem. Z drugiej strony dobra kondycja byłego papieża w wielu – również we mnie, co przyznaję – wzbudza żal i pretensje, że przecież mógł nadal rządzić.

Teraz, gdy na miniony pontyfikat można spojrzeć już z pewnego dystansu (Summorum Pontificum i Anglicanorum Coetibus trzeba docenić, choć podobne decyzje papieże dawnych wieków podejmowaliby w cztery dni, a nie cztery lata, i nie oglądaliby się przy tym na humory krnąbrnych biskupów), warto zadać sobie pytanie, czy ta abdykacja nie była w jakiś sposób nieuchronna i czy nie jest wynikiem pewnej skazy na charakterze Józefa Ratzingera? Jeśli oceniam go zbyt surowo, to oby mi Bóg wybaczył, ale przecież na urzędzie prefekta Kongregacji Nauki Wiary trwał tylko dzięki uporowi Jana Pawła II odrzucającego jego kolejne dymisje, a w młodości od opuszczenia posterunku i udania się w domowe pielesze nie odstraszyła go nawet groźba rozstrzelania (choć trzeba przyznać, że w tym drugim przypadku nie był to pawłowy „dobry bój”).

 

Jedną z publikacji przybliżających czytelnikom dramat Polaków na Wołyniu jest praca profesora Władysława Filara „Wołyń 1939-1944. Historia pamięć pojednanie” wydana przez wydawnictwo Rytm.

„Wołyń 1939-1944. Historia pamięć pojednanie” to 280 stronicowa książka napisana przez historyka który sam był ofiarą ukraińskiego terroru. Praca będąca połączeniem osobistej relacji z publikacją naukową opartą na dokumentach archiwalnych.

 

 

 

Czytelnicy książki profesora Władysława Filara poznają wydarzenia z II RP, okupacji sowieckiej i niemieckiej, czasu terroru ukraińskich nazistów, walk autora w szeregach 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. A także obecną sytuacje na terenach opisywanych przez autora.

 

 

 

W rozdziale poświęconym II RP opisany został etniczny podział demograficzny Wołynia wynikający z konsekwencji zaborów. Trudne warunki życia na Kresach w dwudziestoleciu międzywojennym. Ówczesna polityka władz wobec Ukraińców na tym terenie. Działalność polityczna Ukraińców. Relacje Polaków z Ukraińcami przed II wojną światową. Autor opisał też sytuacje Polaków na Wołyniu po klęsce wrześniowej. Wiadomości z historii Wołynia uzupełnione są wspomnieniami autora o jego rodzinie.

 

 

 

Kolejne rozdziały pracy opisują okupacje sowiecką i niemiecką. Terror komunistycznej władzy. Zbrodnie popełniane przez sowietów i ich kolaborantów. Nowych niemieckich okupantów. Terror ukraińskich nazistów. Walki Armii Krajowej z oddziałami nazistów Ukraińskich.

 

 

 

Prace kończą wspomnienia autora z wyjazdu na Ukrainę w III RP. Czytelnicy dowiadują się z niego o późniejszych losach ofiar terroru ukraińskich nazistów. „Wołyń 1939-1944. Historia pamięć pojednanie” ilustruje wiele fotografii, ukazujących życie publiczne i prywatne, Kresowiaków i Kresów.

 

 

 

Autor książki, profesor Władysław Filar urodził się w 1926 roku na Wołyniu. Podczas II wojny światowej walczył w szeregach 27 Dywizji Wołyńskiej Armii Krajowej. Po wojnie służył w ludowym Wojsku „Polskim”. W 1956 roku ukończył Akademię Sztabu Generalnego. W 1963 obronił doktorat z historii wojskowości. Habilitacje uzyskał w 1970 roku. Profesurę w 1973. Od 1956 do 1991 pracował w Akademii Sztabu Generalnego, a następnie w Akademii Obrony Narodowej. Od 1992 do 2004 roku wiceprzewodniczący Zarządu Okręgu Wołyńskiego Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Autor 120 publikacji naukowych. W swoich pracach wielokrotnie potępiał negowanie i relatywizowanie zbrodni ukraińskich nazistów na Polakach, gloryfikowanie zbrodniarzy z nazistowskiej frakcji UPA.

 

 

 

Władysław Filar jest autorem takich prac o eksterminacji Polaków na Wołyniu jak: „Przed Akcją Wisła był Wołyń”, „Wołyń 1939-1944. Eksterminacja, czy walki polsko-ukraińskie”, „Przebraże – bastion polskiej samoobrony na Wołyniu. Bitwy i akcje”, „Wydarzenia wołyńskie 1939-1944”, „”Burza” na Wołyniu. Z dziejów 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej. Studium historyczno-wojskowe”.

 

 

 

Jan Bodakowski

 

http://www.wydawnictworytm.pl/okladki/okladka448.jpg

Rzuty na odległość powyżej 83 metrów są możliwe – przekonuje w rozmowie z MenStream.pl Paweł Fajdek, młociarz, który z ostatnich mistrzostw świata w Moskwie wrócił ze złotym medalem.

Choć zwycięstwo go oczywiście cieszy, to uważa jednocześnie, że stać go na więcej niż 81,97 metra.

Dokładnie na taką odległość Paweł Fajdek rzucił młotem w rundzie, która przyniosła mu złoty medal. Tymczasem po ubiegłorocznych igrzyskach olimpijskich w Londynie wiele osób spisało go na straty, bo spalił trzy próby i odpadł z zawodów.

– W Londynie nie potrafiłem pogodzić swojej mocy i techniki. To znaczy mocy pewnie miałem nawet więcej, niż teraz w Moskwie, ale zabrakło mi umiejętności. Potem wziąłem się za siebie, ostro trenowałem i teraz wygrałem – opisuje złoty medalista w rozmowie z MenStream.pl.

Polski młociarz w ostatnich tygodniach wzbudza spore zainteresowanie mediów nie tylko ze względu na swoje wyniki, ale również przez charakterystyczny wygląd. W uszach i języku nosi kolczyki, a na rzutnię wkracza w okularach na kolorowej gumce. To prawdopodobnie jedyny na świecie przedstawiciel tej dyscypliny, który rzuca w okularach. – Czasami rzucam w soczewkach kontaktowych, ale one wysychają, wypadają, no różnie z tym bywa. A okulary na gumce jeszcze mnie nie zawiodły – opowiada Paweł Fajdek w MenStream.pl.

W rozmowie wspomina również początki swojej kariery w rzucie młotem. Opisuje, jak do zainteresowania się sportem przekonała go nauczycielka, dzięki czemu mógł zająć się tą dyscypliną na zajęciach z WF. – Całe szczęście, że znalazłem taką wspaniałą nauczycielkę, która zauważyła, że mam do tego talent. Jednocześnie naszą szkołę odwiedził Szymon Ziółkowski, i tak się to wszystko zaczęło. Pewnego dnia po prostu powiedziałem sobie, że będę w tym najlepszy – opowiada Paweł Fajdek.

W rozmowie z MenStream.pl zdradza też, że wbrew pozorom nie ma specjalnej diety. – Żadne tam banany czy surowe jajka. Kluczem do sukcesu jest śmiech. Teraz w Moskwie wyszedłem do rzutu w doskonałym nastroju, może nie z taką typową głupawką, ale bardzo wesoło zrobiło mi się po obejrzeniu filmiku, który brat mi przesłał. Nie myślałem o przykrościach i wyszło super. Jak to mówią, wszystko siedzi w głowie – przekonuje medalista.

Pozdrawiam,
Anna Anagnostopulu
MenStream.pl, Grupa Money.pl

Symbol bohaterskiego narodu. Dnia 1 września 1939 roku, grupa pracowników poczty, którzy nie opuścili swojego miejsca pracy dzielnie stawiała opór hitlerowskiemu najeźdźcy. Niemieckie oddziały mimo wielkiej przewagi liczebnej oraz przy wsparciu haubic i wozów pancernych nie dały rady opanować tej polskiej placówki pocztowej.

Obrona Polaków trwała 14 godzin, zapewne trwałaby dłużej, gdyby Niemcy nie oblali budynku benzyną i nie zagroziliby jego podpaleniem. 

Atak i obrona

Niemcy zgodnie z rozkazem Hitlera o napaści na Polskę dnia 1 września 1939 roku o godzinie 4.45, rozpoczęli równoczesny atak w kilku ważnych punktach Polski.  Jeden z takich ataków, był kierowany na Westerplatte, a był to ostrzał z pancernika Schlezwig – Holstain, kolejny zaś kierowany był na pocztę gdańską. Atak na pocztę główną w Gdańsku przygotowano nieco wcześniej, pozbawiając budynek prądu i odcięciem linii telefonicznej. W tym czasie załoga pocztowców, już wiedziała, że nadchodzi wojna. Rozpoczęto wydobywać zgromadzoną broń, lokując stanowiska w piwnicy i pomieszczeniach gospodarczych. W ataku wojsk niemieckich brał udział specjalny oddział gdańskiej Policji Porządkowej oraz pododdziały SS Wachsturmbann „E” i SS Heimwehr Danzig. Wszystko odbywało się przy wsparciu niemieckich wozów pancernych, haubic oraz przy użyciu ręcznych wyrzutni rakietowych. Atakiem dowodził pułkownik policji Willi Bethke.
Polacy początkowo odpierali wszystkie ataki mając do dyspozycji 43 pocztowców poczty głównej, 10 pocztowców delegowanych z Gdyni i jednego polskiego kolejarza z Gdańska Głównego. Poza tym w budynku przebywali jeszcze: dozorca domu, jego żona i ich 10-letnia wychowanica. Mieli oni do dyspozycji trzy ręczne pistolety, jeden karabin maszynowy oraz niewielką ilość granatów ręcznych.

Przygotowanie hitlerowców i Sztabu Głównego Wojska Polskiego

Plan, który zakładał zdobycie poczty poprzez przebicie się do sąsiadującego przez ścianę budynku Krajowego Urzędu Pracy, opracowany był już w lipcu 1939 roku. Jednocześnie trzy grupy szturmowe miały udaremnić siły obrony i wedrzeć się do gmachu poczty od frontu. Zgodnie z założeniami opracowanymi przez Sztab Główny Wojska Polskiego na wypadek wojny, pocztowcy mieli się utrzymać przez około 6 godzin, do czasu przybycia z odsieczą części Armii Pomorze.

Atak faszystów i bohaterska obrona Polaków

Pierwszy atak niemiecki, mimo że Niemcom udało się wedrzeć do głównego budynku, zakończył się niepowodzeniem i został odparty przez pocztowców. W tym samym czasie został odparty również atak od strony Urzędu Pracy, w którym działa niemieckie uszkodziły ściany i częściowo strop. Podczas drugiego szturmu, który również został odparty śmierć poniósł dowódca obrony poczty ppor. Konrad Guderski. Siły niemieckie wzmocnione były już działkami kalibru 75 mm, a także  ostrzałem artyleryjskim i lotniczym.

Wymuszona kapitulacja

Oddziały hitlerowskie dały polskim obrońcom poczty, dwie godziny ultimatum na kapitulację. Czas ten Niemcy wykorzystali na sprowadzenie haubic oraz na to by saperzy niemieccy zrobili podkop pod ścianą poczty, w którym złożyli 600 kilogramowy ładunek wybuchowy. Polscy obrońcy przenieśli się do piwnic. Równo o godzinie 17.00, podłożony ładunek zdetonowano wysadzając część ściany budynku poczty. Około godziny 18.00, przed pocztę sprowadzono motopompy, pompując do piwnic benzynę, którą następnie podpalono przy pomocy miotaczy ognia. W ogniu żywcem spłonęło prawdopodobnie pięciu pocztowców Brunon Marszałkowski, Stanisław Rekowski, Bronislaw Szulc oraz dwaj inni pocztowcy, których personaliów nie udało się zidentyfikować. O godzinie 19.00, podjęto decyzję o kapitulacji. Pierwszy z płonącego budynku wyszedł dyrektor dr Jan Michowski. Mimo, że niósł białą flagę w bestialski sposób został przez Niemców zastrzelony. Podobny los spotkał wychodzącego za nim naczelnika poczty, Józefa Wąsika, który żywcem został spalony miotaczem ognia. Pozostali pocztowcy zostali aresztowani i umieszczeni w Prezydium Policji, a było ich około 28 osób. Pozostałe 16 osób rannych i poparzonych znalazło się w szpitalu miejskim. Spośród tych osób 6 zmarło w wyniku obrażeń. Grupę wiezioną w Prezydium Policji przeniesiono po kilku dniach do więzienia „Victoriaschule”, w którym od pierwszych dni wojny przetrzymywano i torturowano Polaków z całego Pomorza Gdańskiego.

Nikczemny proces faszystów

Przebywających w więzieniu, szybko osądzono, że nie wahali się walczyć z nową władzą niemiecką. Miało to miejsce dnia 8 września 1939 roku. Wszystkich sądzonych Polaków, skazano i rozstrzelano. Z budynku więziennego udało się uciec sześciu pocztowcom: Alfonsowi Flisykowskiemu, Janowi Mionskowskiemu, Andrzejowi Góralskiemu, Franciszekowi Mielewczykowi, Władysławowi Mielewczykowi i Augustynowi Młyńskiemu, osoby te przeżyły wojnę.

Pamięć o bohaterach poczty gdańskiej

Pomorzanie po wojnie ufundowali pomnik w hołdzie obrońcom poczty gdańskiej. Pomnik ten usytuowany jest przed głównym wejściem do budynku poczty głównej w Gdańsku. Działająca do dziś ta poczta zachowała charakter tamtych dni, jest tam również muzeum. Pomnik przedstawia boginię zwycięstwa Nike, która podaje broń poczciarzowi. Jest to symboliczny akt, oddania czci pocztowcom, wznoszący polskie uczucia patriotyczne na piedestał zwycięstwa.

Ewa Michałowska – Walkiewicz

W dniu święta Wojska Polskiego przed ambasadą Republiki Federalnej Niemiec w Warszawie odbył się protest przeciwko serialowi „Nasze Matki, Nasi Ojcowie”. Organizatorzy protestu wybrali datę święta z racji, że szkalowana w serialu Armia Krajowa była formacją Wojska Polskiego.

W samo południe pod ambasadą niemiecką zebrało się około dwudziestu osób. Była obecna też ekipa telewizji Republika. Zebrani wyrazili swój protest przeciw antypolskiej propagandzie, i finansowaniu takiej propagandy z budżetu państwa niemieckiego. Jak zaznaczali organizatorzy nie była to jednak demonstracja anty niemiecka.

 

 

W liście otwartym przekazanym ambasadorowi RFN panu Rüdigerowi Freiherr von Fritsch Stowarzyszenie Zachowania Pamięci o Armii Krajowej wyraziło swoje oburzenie z powodu finansowania przez rząd niemiecki filmu „Unsere Mütter, unsere Väter”.

 

 

 

Zdaniem stowarzyszenia film ten jest szkodliwy dla „ niemiecko-polskich relacji”, i jest „ jest istotnym krokiem wstecz dla powojennego dialogu i procesu pojednania między naszymi narodami”. Kłamliwie przedstawia „ zwalczającą niemieckich nazistów polską Armię Krajową – najsilniejszy ruch oporu w okupowanej Europie – jako radykalnych antysemitów, w zachowaniach w stosunku do Żydów przypominających niemieckich i ukraińskich faszystów”.

 

 

 

Według organizatorów protestu film kreuje negatywny wizerunek Polaków i przerzuca „ na naród polski części odpowiedzialności za zbrodnie na Żydach, o czym świadczy instrumentalne posługiwanie się serialem przez niektóre europejskie media” w szkalowaniu Polaków.

 

 

 

Protestujący w swoim liście domagali się od ambasadora Niemiec zajęcia „oficjalnego stanowiska w sprawie serialu „Unsere Mütter, Unsere Väter”, a także podjęcia konkretnych działań w celu powstrzymania fali przekłamań w niemieckich mediach związanych z II Wojną Światową”. A także „dymisji Przewodniczącego Rady Telewizji ZDF Ruprechta Polenza, który powinien ponieść odpowiedzialność polityczną za pogorszenie relacji polsko-niemieckich”.

 

 

 

Informacja o manifestacji była opublikowana na stronie internetowej warszawskiego PiS. Dla kilku przybyłych osób data manifestacji była wybrana nie fortunnie. Dzień 15 sierpnia w naturalny sposób wiąże się z sowiecką agresją na Polskę w 1920 roku, a nie z wydarzeniami z II wojny światowej. Niewątpliwie data 1 września była by o wiele bardziej adekwatna dla protestu. Nie dziwił więc brak dziennikarzy podczas protestu, tym bardziej że właśnie o tej samej porze odbywała się defilada wojskowa z okazji święta Wojska Polskiego. Można było też zauważyć, że organizatorzy nie wysilili się by ułatwić prace reporterom. Transparenty przygotowane na demonstracje były bardzo długie i nie mieściły się w kadrze. Manifestanci ustawili się nie na tle budynku ambasady ale twarzą do niej, i dodatkowo stanęli pod słońce w zenicie, co uniemożliwiało robienie ładnych fotografii.

 

 

 

Jan Bodakowski

 

tekst na ten temat ukazał się pierwotnie na portalu Prawy.pl http://www.prawy.pl/

 

http://sphotos-f.ak.fbcdn.net/hphotos-ak-frc3/q71/s720x720/1175280_508555702553609_497203350_n.jpg

 

http://sphotos-e.ak.fbcdn.net/hphotos-ak-frc3/q74/s720x720/1011658_508555759220270_184995801_n.jpg

 

http://sphotos-c.ak.fbcdn.net/hphotos-ak-ash3/q75/s720x720/10876_508555902553589_610339622_n.jpg

 

http://sphotos-b.ak.fbcdn.net/hphotos-ak-prn2/q73/s720x720/972332_508556072553572_1280078036_n.jpg

 

http://sphotos-h.ak.fbcdn.net/hphotos-ak-frc1/q73/s720x720/1001557_508556115886901_862216892_n.jpg

 

http://sphotos-f.ak.fbcdn.net/hphotos-ak-prn2/q71/s720x720/1185558_508556175886895_753434119_n.jpg

 

http://sphotos-d.ak.fbcdn.net/hphotos-ak-prn1/q71/s720x720/548983_508555529220293_634855369_n.jpg

 

http://sphotos-e.ak.fbcdn.net/hphotos-ak-frc3/q71/s720x720/971935_508555265886986_723564532_n.jpg

 

http://sphotos-h.ak.fbcdn.net/hphotos-ak-prn1/q74/s720x720/15372_508555335886979_1080858379_n.jpg

 

http://sphotos-b.ak.fbcdn.net/hphotos-ak-frc3/q73/s720x720/1175129_508555369220309_2092159557_n.jpg

Włoskie miasteczka już rywalizują o to, które jest bardziej związane z Janem Pawłem II. Liczą, że po kanonizacji zarobią na pielgrzymach miliony euro. W Polsce przygotowaniami do uroczystości przejęte są wyłącznie Wadowice .

Na kanonizacji Jana Pawła II można zarobić, ale nie wszystkie miasta z tego chcą skorzystać,

Wadowice spieszą się z remontem domu rodzinnego Jana Pawła II. Chcą zdążyć do kwietnia, jak informuje „Metro”, albowiem najprawdopodobniej wtedy odbędzie się kanonizacja. Miasto kończy też remont generalny rynku. Podczas uroczystości wystawiony zostanie na nim telebim, na którym będzie można zobaczyć przemawiającego papieża Franciszka.
Zupełnie inaczej jest w Kalwarii Zebrzydowskiej. „Wiadomo, że w czasie kanonizacji przyjedzie mnóstwo pielgrzymów, ale to wewnętrzna sprawa klasztoru. Dlatego nie przygotowujemy się do kanonizacji” – mówi Zofia Warmuz z Urzędu Miasta.

Z kolei Częstochowa podchodzi do sprawy delikatnie, bo nie chce, by Kościół odebrał to jako sabotaż. „Pielgrzymi przyjeżdżają w sprawach duchowych, więc trochę niezręcznie zawracać im głowę” – tłumaczy rzecznik ratusza Włodzimierz Tutaj.

Dominikanin o. Tomasz Dostatni ocenia jako niezrozumiałe to, iż włoskie miasta widzą biznesową szansę, a nasze są bezradne. „Nie ma nic złego, by czerpać z tego korzyści. Wiele nauczyliśmy się od narodów z południa Europy, uczmy się też tego” – mówi.
Jesteśmy małą żydowską społecznością w nowej, odrodzonej i wolnej Polsce. Mamy rok 2013, 70 lat minęło od piekła II wojny światowej, ale my nauczyliśmy się tak mało… o ile cokolwiek. Nasi współcześni przywódcy, niezmiennie obojętni na nasz los, wydają się zdecydowani na likwidację kruchych pozostałości po największej i kwitnącej społeczności żydowskiej na świecie
inShare1 . Seweryn Aszkenazy, prezes stowarzyszenia Beit Warszawa,

Od zarania dziejów sukcesy i porażki rodzin, plemion i narodów były bezpośrednio związane z ich przywództwem. My, Żydzi, możemy szczycić się tym, że przetrwaliśmy liczne przeciwności, prześladowania i plagi; jednak z jednego z najliczniejszych narodów na początku ery chrześcijaństwa staliśmy się jednym z najmniejszych. W tamtym czasie Żydzi stanowili 2 proc. znanej wówczas światowej populacji, dziś jest nas ledwie 0,2 procent. Statystycznie przestaliśmy istnieć.

Opis porażek przywódców żydowskich na przestrzeni wieków zająłby całe tomy. Spójrzmy zatem tylko na najbardziej tragiczny okres w naszej historii: Holokaust. Jak to możliwe, że mała austriacko-niemiecka grupa, w większości osób niedouczonych i niezrównoważonych psychicznie indywiduów, zdołała zorganizować i wdrożyć w życie machinę zniszczenia inteligentnego, czujnego i świadomego narodu? Jak miliony mądrych, dobrze poinformowanych, wykształconych ludzi mogło pozwolić na trwającą pięć lat eksterminację, zapędzanie do gett i obozów, na mordowanie w najbardziej haniebny sposób? Przez długi czas próbowałem znaleźć odpowiedź na pytania moich dzieci. Z biegiem czasu mój bezkresny smutek zamienił się w gniew. A to dlatego, że odpowiedź jest jedna: zawinił brak przywództwa liderów społeczności żydowskiej. Byliśmy oczywiście niewinnymi ofiarami największej zbrodni w dziejach ludzkości; ale co zrobiliśmy, żeby zrozumieć, zapobiec, przeciwdziałać i walczyć? Niewiele. Nasi rabini, których obdarzaliśmy największym szacunkiem, byli zupełnie nieprzygotowani i gdy stanęli twarzą w twarz z tak bezprecedensowym atakiem, wysyłali sprzeczne komunikaty swojemu zdezorientowanemu i przerażonemu stadu. Ostatecznie większość „pasterzy” uciekła, pozostawiając swoje owieczki ich straszliwemu losowi. Wymawianie się zaskoczeniem, psychologiczną dominacją, wielkim spiskiem itd. jest absurdalne. To prawda, że naziści mieli ogromną przewagę militarną, lecz mieli ją także Rosjanie, gdy w 1939 roku zaatakowali Finlandię. Finów było 3,5 mln, Rosjan 50 razy więcej. Co zrobili zaatakowani Finowie? Powierzyli obronę swojemu najlepszemu strategowi, marszałkowi Mannerheimowi. A ten poprowadził wojnę tak, że po trzech miesiącach Rosjanie musieli usiąść z Finami do stołu negocjacyjnego. Finowie mieli stanowczo za mało ludzi, wojska i sprzętu, ale jednego mieli pod dostatkiem: rozumu, by powołać sprawne i silne dowództwo.

Nam, Żydom, tego rozumu niestety zabrakło. W latach 30. żyliśmy w chrześcijańskim świecie, w którym wciąż aktualne było ultimatum: chrzest albo śmierć, wyartykułowane już w IV wieku naszej ery… W 1926 roku przeczytaliśmy „Mein Kampf” Hitlera (dziś z dużą dozą pewności można stwierdzić, że została napisana dla Hitlera przez jezuickiego księdza, ojca Bernarda Stempfla). W 1935 r. niemieccy naziści uchwalili ustawy norymberskie, a w 1938 r. wyreżyserowali i zrealizowali krwawą „noc kryształową”. W tym samym roku antyżydowskie prawodawstwo wprowadził Mussolini, a za nim Węgry i większość krajów Europy Środkowej. W 1939 roku poznaliśmy tragiczne losy statku St. Louis z 900 niemieckimi Żydami na pokładzie. A potem nastąpił przerażający, bezlitosny Blitzkrieg na Polskę.

Uparty faraon, najwidoczniej niezbyt bystry, potrzebował dziesięciu plag, aby w pełni zrozumieć swoje położenie. Czyż nas, błyskotliwych Żydów, powyższe wydarzenia nie powinny były zaalarmować, stawiając w stan gotowości, wręcz paniki? Zmotywować do ucieczki, ukrycia lub walki o życie?

Republika Dominikany, raj na ziemi położony bardzo blisko USA, zgodziła się w 1938 r. na przyjęcie 100 000 europejskich Żydów. Nasze wspaniałe amerykańskie organizacje, choć dysponowały dużymi funduszami, nie przesiedliły tam ani jednej osoby! Ograniczyły się do wysyłania do okupowanej Europy ton czekolad i ciastek, w większości zresztą rozkradanych przez celników. Były to organizacje marnotrawne, niekompetentne i słabo zorganizowane – podobnie jak dziś (udało im się ulepszyć jedynie budowanie wizerunku i metody pozyskiwania funduszy).

Obecnie jesteśmy już tylko cieniem swojej przeszłości. Jesteśmy małą żydowską społecznością w nowej, odrodzonej i wolnej Polsce. Mamy rok 2013, 70 lat minęło od piekła II wojny światowej, ale my nauczyliśmy się tak mało… o ile cokolwiek. Nasi współcześni przywódcy, niezmiennie obojętni na nasz los, wydają się zdecydowani na likwidację kruchych pozostałości po największej i kwitnącej społeczności żydowskiej na świecie. Miejmy świadomość, że jakieś 200 lat temu ośmiu z dziesięciu żyjących wówczas Żydów mieszkało na terenach należących do Polski. Kim są ludzie, którzy obecnie uzurpują sobie prawa do tego dziedzictwa?

Michael Schudrich – naczelny rabin Polski, rabin zatrudniony na pół etatu i to w kraju tak dużym i ważnym jak Polska. Rabin, który nie studiuje i nie naucza, nie upomina i nie nawołuje do przestrzegania zasad przyzwoitości, nie pociesza strapionych i nie doradza zagubionym. Zamiast tego zajął się marketingiem i piarem społeczności żydowskiej. Można się do niego zgłosić po informację lub załatwić z nim sprawę polityczną, ekonomiczną czy biznesową. I tylko z rzadka – religijną. Ten rabin widzi wszystko, słyszy wszystko, wie wszystko i pozwala na wszystko. Idealny rabin do wspierania korupcji.

Piotr Kadlčik – przewodniczący Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie. Człowiek, który kilka lat temu nie był w stanie zarobić na życie, przeszedł na judaizm i dzięki hojności swojego nowego Boga oraz talentowi do przemieniania większego w mniejsze, znacząco się dorobił. Nie stroni od kieliszka i można go często spotkać na ulicy, gdzie stara się ustalić swoje położenie.

Andrzej Zozula – wiceprzewodniczący Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie. Nie tak dawno wiceburmistrz Jabłonny pod Warszawą, wtedy też widywany często w niedzielę na sumie. Dziś zaś w synagodze znajduje atmosferę i natchnienie do planowania likwidacji materialnych pozostałości po Żydach w Polsce. Uważany za szarą eminencję „Twardej” (nazwa ulicy, przy której znajdują się biura warszawskiej gminy żydowskiej).

Piotr Rytka-Zandberg – osoba odpowiedzialna za restytucję mienia i zarządzanie majątkiem gminy. Stosunkowo młody człowiek, który zapracował na swoją pozycję w tym panteonie, dzięki posłuszeństwu, dyskrecji i oddaniu swoim pracodawcom. Jego firma zdobyła bez przetargu kontrakt na zarządzanie cennymi nieruchomościami gminy oraz udział w ich sprzedaży. Jego odległy żydowski przodek byłby dumny z wyjątkowych sukcesów biznesowych swojego dalekiego potomka.

Alicja Kobus – przewodnicząca filii ZGWŻ w Poznaniu, gorliwa katoliczka i posłuszny twór Piotra Kadlčika. Persona zamożna i wpływowa, liczą się z nią w najwyższych kręgach towarzyskich miasta. Niemal zakończyła likwidację mienia pożydowskiego w Wielkopolsce. Pytana, gdzie podziały się dziesiątki milionów ze sprzedaży żydowskiego majątku, odpowiada, że nie zajmuje się księgowością i wszystko wysyła do Warszawy. Naprawdę wszystko? Czy nie zdarzyło jej się przy pewnych okazjach pomylić konta wspólnoty z własnym?

Monika Krawczyk – szefowa Fundacji Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego i przewodnicząca Komisji Rewizyjnej Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie. Prawniczka z wykształcenia, a Żydówka z wyboru; skrywa pewną tajemnicę. Publicznie obiecuje być zbawczynią, obrończynią i orędowniczką naszej religii, tradycji i kultury. Deklaruje, że robi, co w jej mocy, aby zapewnić przetrwanie pozostałościom po naszej przeszłości. Prywatnie, o czym wie niewielu, została zatrudniona przez największe żydowskie organizacje świata do sprzedawania i likwidowania najszybciej, jak to możliwe, połowy odzyskanego od państwa polskiego majątku, którym zarządza w ich imieniu, oraz przekazania pieniędzy na konta tychże organizacji dla dalszego ich marnowania… Cóż nas w końcu obchodzą polscy Żydzi? Do licha z nimi!

Tadeusz Jakubowicz – przewodniczący Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Krakowie. Jego ojciec i wuj wiedli mizerny żywot w komunistycznych czasach, doglądając gminy żydowskiej w Krakowie. Jeden z nich (nie pamiętam który) podczas moich wizyt w synagodze w Krakowie w 1972 roku i powtórnie w 1980 r. powiedział mi, że w Krakowie żyje może z sześćdziesięciu Żydów – a i ci albo wymierają, albo wyjeżdżają. Zaoferował także, że wymieni moje dolary po czarnorynkowej cenie, na co oczywiście przystałem. Wyglądał biednie, jak „mysz synagogalna”, toteż dwukrotnie zostawiłem mu znaczącą cedakę (darowiznę). Ich spadkobierca, Tadeusz Jakubowicz, został jednym z najbogatszych ludzi w Krakowie, podczas gdy gmina, którą zarządza, nie wygląda na dobrze prosperującą. Nie pozwala, aby ktokolwiek mu się wtrącał. Odsunął z Krakowa rabina Michaela Schudricha i trzyma z daleka warszawską bandę. Swoją około stuosobową gminą zarządza twardą ręką, autorytarnie i stosując metody zastraszania. Stawiam przed nim wyzwanie: niech zgodzi się na przeprowadzenie niezależnego sądowego audytu finansów gminy za ostatnie lata. Jeżeli audyt wykaże, że jest uczciwym pośrednikiem – pokryję koszty audytu, będę głosić jego uczciwość, a także przekażę milion złotych na wznowienie funkcjonowania liberalnego judaizmu w krakowskiej Synagodze Tempel. Jeżeli audyt udowodni inaczej, pan Jakubowicz zgodzi się, przed pójściem do więzienia, na zwrot wszystkich nieuczciwie zdobytych środków.

Czytaj: Kto zarobi na Janie Pawle II?

Tym, co łączy wszystkich tych ludzi, są pieniądze, ogromne pieniądze, niedostępne dla przeciętnego polskiego Żyda borykającego się z codziennością, potrzebującego być może funduszy na dentystę lub ciepłe ubranie na zimę.

Czytelnik łatwo zrozumie, że ta lista indywiduów odpowiedzialnych za losy społeczności żydowskiej i przyszłość życia żydowskiego w Polsce przeraża autora i często nie pozwala mu spać w nocy.

Jak miliona dolarów w pierwszym roku nie zarobię, to jestem pierdoła – zażartowała kiedyś Monika Krawczyk, dyrektor generalna Fundacji Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego (FODŻ), która odzyskuje mienie dawnych gmin żydowskich. Krawczyk działa w systemie naczyń połączonych, bo z jednej strony jest decydentem, 
a z drugiej beneficjentem. Równocześnie pracuje w Komisji Regulacyjnej do spraw Gmin Wyznaniowych Żydowskich, która jako niezależny organ ostatecznie decyduje o tym, jaki majątek komunalny zostanie Żydom zwrócony.

Zasiadają w niej delegaci zarządu Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich RP (ZGWŻ) i przedstawiciele Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji (MAC). Wnioski o zwrot mienia może tam kierować tylko zamknięty krąg wzajemnie przenikających się podmiotów: FODŻ – pełnomocnik ZGWŻ i podlegających temu związkowi sześć gmin żydowskich, których szefowie zasiadają z kolei w zarządzie fundacji. Monika Krawczyk nie chce rozmawiać z „Forbesem”. Odsyła do Piotra Kadlčika, spiritus movens przedsięwzięcia, który zarządza związkiem, fundacją i jest szefem najbogatszej w Polsce Gminy Żydowskiej w Warszawie. W ten sposób kontroluje proces odzyskiwania żydowskiego majątku komunalnego, wartego – według naszych szacunków – ponad 1 mld złotych.

Z ustaleń „Forbesa” wynika, że polskie gminy żydowskie odebrały już około 500 nieruchomości. Pokaźna część unikalnego majątku (synagogi, ubojnie rytualne, mykwy i kirkuty) poszła już pod młotek, czasem wyraźnie poniżej ceny rynkowej, a pieniądze zamiast na utrzymanie żydowskiego dziedzictwa, trafiały w tryby wysublimowanego mechanizmu dystrybucji. Rozeszły się w hermetycznym środowisku Związku Wyznaniowych Gmin Żydowskich i Fundacji Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego. Obie organizacje działają na gruncie cichej umowy, sankcjonującej „rozbiór” znacjonalizowanego po wojnie majątku polskich gmin żydowskich. Realizacja tego planu jest już na półmetku.

– Kiedy państwo polskie zaczęło oddawać żydowskim organizacjom nasze synagogi i cmentarze, żywiłem nadzieję, że będą się nimi opiekowały, a nie sprzedawały. Myliłem się – mówi Jakub Szadaj, założyciel i przewodniczący Niezależnej Gminy Wyznania Mojżeszowego, która nie podlega ZGWŻ.

„Forbes” dotarł do nigdy niepublikowanych restytucyjnych zestawień Związku Gmin, prowadzonych przez tę organizację w latach 1997–2009. Wtedy polskie gminy żydowskie odzyskały w naturze najwięcej mienia komunalnego należącego do nich przed wybuchem II wojny światowej. Według wyceny z zestawień ZGWŻ wartość tych nieruchomości przekracza 205 mln złotych. Artur Koziołek, rzecznik prasowy Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji, informuje, 
że do końca lipca 2013 roku Komisja Regulacyjna przyznała również żydowskim organizacjom wyznaniowym 82 mln zł w ramach rekompensat i odszkodowań za mienie, którego nie udało się oddać 
w naturze (zabudowane osiedlami cmentarze, zburzone synagogi etc.). Po dodaniu kwot odkrytych przez „Forbesa” i danych MAC można dojść do wniosku, że korzyści polskich gmin żydowskich z restytucji wynoszą 287 mln złotych. Nic bardziej mylnego. Nie można bowiem 
w żaden sposób ustalić, ile nieruchomości gminy żydowskie odzyskały w latach 2010–2013.

Jak miliona dolarów w pierwszym roku nie zarobię, to jestem pierdoła – zażartowała kiedyś Monika Krawczyk, dyrektor generalna Fundacji Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego (FODŻ), która odzyskuje mienie dawnych gmin żydowskich. Krawczyk działa w systemie naczyń połączonych, bo z jednej strony jest decydentem, 
a z drugiej beneficjentem. Równocześnie pracuje w Komisji Regulacyjnej do spraw Gmin Wyznaniowych Żydowskich, która jako niezależny organ ostatecznie decyduje o tym, jaki majątek komunalny zostanie Żydom zwrócony.
Zasiadają w niej delegaci zarządu Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich RP (ZGWŻ) i przedstawiciele Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji (MAC). Wnioski o zwrot mienia może tam kierować tylko zamknięty krąg wzajemnie przenikających się podmiotów: FODŻ – pełnomocnik ZGWŻ i podlegających temu związkowi sześć gmin żydowskich, których szefowie zasiadają z kolei w zarządzie fundacji. Monika Krawczyk nie chce rozmawiać z „Forbesem”. Odsyła do Piotra Kadlčika, spiritus movens przedsięwzięcia, który zarządza związkiem, fundacją i jest szefem najbogatszej w Polsce Gminy Żydowskiej w Warszawie. W ten sposób kontroluje proces odzyskiwania żydowskiego majątku komunalnego, wartego – według naszych szacunków – ponad 1 mld złotych.

Z ustaleń „Forbesa” wynika, że polskie gminy żydowskie odebrały już około 500 nieruchomości. Pokaźna część unikalnego majątku (synagogi, ubojnie rytualne, mykwy i kirkuty) poszła już pod młotek, czasem wyraźnie poniżej ceny rynkowej, a pieniądze zamiast na utrzymanie żydowskiego dziedzictwa, trafiały w tryby wysublimowanego mechanizmu dystrybucji. Rozeszły się w hermetycznym środowisku Związku Wyznaniowych Gmin Żydowskich i Fundacji Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego. Obie organizacje działają na gruncie cichej umowy, sankcjonującej „rozbiór” znacjonalizowanego po wojnie majątku polskich gmin żydowskich. Realizacja tego planu jest już na półmetku.

– Kiedy państwo polskie zaczęło oddawać żydowskim organizacjom nasze synagogi i cmentarze, żywiłem nadzieję, że będą się nimi opiekowały, a nie sprzedawały. Myliłem się – mówi Jakub Szadaj, założyciel i przewodniczący Niezależnej Gminy Wyznania Mojżeszowego, która nie podlega ZGWŻ.

„Forbes” dotarł do nigdy niepublikowanych restytucyjnych zestawień Związku Gmin, prowadzonych przez tę organizację w latach 1997–2009. Wtedy polskie gminy żydowskie odzyskały w naturze najwięcej mienia komunalnego należącego do nich przed wybuchem II wojny światowej. Według wyceny z zestawień ZGWŻ wartość tych nieruchomości przekracza 205 mln złotych. Artur Koziołek, rzecznik prasowy Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji, informuje, 
że do końca lipca 2013 roku Komisja Regulacyjna przyznała również żydowskim organizacjom wyznaniowym 82 mln zł w ramach rekompensat i odszkodowań za mienie, którego nie udało się oddać 
w naturze (zabudowane osiedlami cmentarze, zburzone synagogi etc.). Po dodaniu kwot odkrytych przez „Forbesa” i danych MAC można dojść do wniosku, że korzyści polskich gmin żydowskich z restytucji wynoszą 287 mln złotych. Nic bardziej mylnego. Nie można bowiem 
w żaden sposób ustalić, ile nieruchomości gminy żydowskie odzyskały w latach 2010–2013.

– Komisja Regulacyjna do spraw Gmin Wyznaniowych Żydowskich nie prowadzi takich zastawień – tłumaczy rzecznik MAC.

Przechodzi do porządku dziennego nad faktem, że inne komisje (katolicka, prawosławna czy ewangelicka) takie informacje agregują i upubliczniają. Zaś Związek Gmin Wyznaniowych Żydowskich wykręca się sianem.

– Do Komisji Regulacyjnej gminy oraz Fundacja Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego w Polsce złożyły około 5,5 tys. wniosków. Z tego ponad tysiąc dotyczyło cmentarzy żydowskich – oświadcza Piotr Kadlcik, nie odpowiadając na pytanie.

Chociaż religia mojżeszowa zakłada nienaruszalność cmentarzy po wieczne czasy, pod młotek trafiały wydzielone z kirkutów działki, jak na przykład w Toruniu, Gliwicach czy Lublinie. Ceny transakcji są poukrywane w zbiorowych zestawieniach rocznych ZGWŻ. Gminy spieniężały także elementy żydowskiego dziedzictwa. Chociażby świetnie zachowaną synagogę w Lubrańcu (za 500 tys. zł), neoklasycystyczny szpital w Siedlcach (za 610 tys. zł) czy remontowany przed sprzedażą Bejt Midrasz w Sokołowie Podlaskim (za 100 tys. zł). Nie wstydzą się tego liderzy stojący na czele polskich społeczności żydowskich i Michael Schudrich, naczelny rabin Polski, który z racji pełnionej funkcji wyraża zgodę na sprzedaż obiektów sakralnych.

– To jest bardzo złe, ale czasem się zdarza! Owszem, niektóre żydowskie nieruchomości zostały sprzedane. Jeśli gdzieś był jakiś opuszczony cmentarz, po którym został tylko kawałek ziemi, co możemy z tym zrobić? Sprzedajemy 
– tłumaczył rabin Schudrich dwa lata temu Nissanowi Tsurowi, reporterowi z Izraela, który wciąż prowadzi w tej sprawie dziennikarskie śledztwo.

– W wielu przypadkach odzyskujemy nieruchomości zaniedbywane przez dziesięciolecia lub nieruchomości zamienne, niemające nic wspólnego z mieniem przedwojennych gmin żydowskich. Jeśli nie są one częścią żydowskiego dziedzictwa lub nie mogą być odbudowane, w niektórych przypadkach mogą być sprzedane – twierdzi Kadlčik.

Z raportu ZGWŻ wynika, że żydowskie gminy wyprzedały do 2009 roku nieruchomości za ponad 40 mln złotych. Bobby Brown, dyrektor Projektu HEART, rządowej agendy Izraela, która zajmuje się restytucją mienia ofiar Holokaustu, wyraża nadzieję, że polskie organizacje wiedzą, co robią, i działają w dobrej wierze. Piotr Kadlčik zapewnia, że restytucyjne pieniądze przeznaczane są na renowację innych obiektów, takich jak na przykład Jesziwa w Lublinie, oraz na utrzymanie cmentarzy i potrzeby gmin.

– Założenie jest takie, że wszystkie pieniądze przeznaczane są na potrzeby społeczności. Nie jestem księgowym, nie mogę więc z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że na pewno nie pojawiają się nieprawidłowości – wyjaśniał rabin Schudrich w 2011 roku na łamach izraelskiego dziennika „Maariv”.

Wątpliwości rabina Schudricha znajdują odzwierciedlenie w faktach. Pieniądze z odzysku (300 tys. zł) trafiły na przykład do Lubelskiej Fundacji Chrońmy Cmentarze Żydowskie w Lublinie, której prezesem również jest Piotr Kadlčik. Miały być przeznaczone na utrzymanie lubelskich kirkutów. Ślad po dotacji zaginął, zaś cmentarze pozostały zaniedbane.

Czy osoby zatrudnione w wyznaniowych organizacjach żydowskich mogły czerpać prywatne korzyści z restytucji mienia komunalnego?

– Nic mi nie wiadomo o takich przypadkach, ale osoba posiadająca takie informacje ma możliwość powiadomienia odpowiednich organów – ucina temat poirytowany Piotr Kadlčik.

Wiele wskazuje na to, że „Forbes” na „takie informacje” trafił. Do zaawansowanych metod drenażu majątku oddanego gminom żydowskim można zaliczyć system wynagrodzeń za odzyskanie nieruchomości. Pierwsza faza polegała na składaniu wniosków do Komisji Regulacyjnej. Przygotowywały je kancelarie prawne, które brały po ok. 500 zł za jeden dokument. Zawodowi prawnicy byli jednak odsuwani, gdy proces wkraczał w drugą fazę, czyli mediacje przed Komisją Regulacyjną. Do tych działań zarząd ZGWŻ wyznaczał swoich ludzi, którym płacił znacznie więcej. Za sukces dostawali 1 proc. wartości odzyskanego mienia (nieruchomości w naturze, działki zamienne, odszkodowania).

Łatwo policzyć wysokość takich wynagrodzeń przy okazji odbioru starego szpitala przy ul. Leszno w Warszawie (szacunkowa wartość 19,8 mln zł) czy Domu Akademickiego przy ul. Przemyskiej 3 w Krakowie (szacunkowa wartość 10 mln zł). W zamkniętym kręgu mediatorów znaleźli się m.in. Piotr Rytka-Zandberg, ekspert ds. restytucji mienia w ZGWŻ, Michał Samet, przewodniczący Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Gdańsku, i Alicja Kobus, przewodnicząca poznańskiej filii ZGWŻ. Wszyscy przy okazji zasiadają we władzach Fundacji Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego.

Zarządzający gminami nie zaniedbywali innych okazji do zapewnienia sobie prywatnych korzyści z odzyskiwanego majątku dawnych żydowskich wspólnot. Ślady można znaleźć w aktach jednej ze spraw, wytoczonych przez gminę warszawską byłemu pracownikowi. Pozwany zeznał, że dom Piotra Kadlčika został wyposażony za 20 tys. zł pochodzących z restytucyjnej kasy w nowoczesny system centralnego ogrzewania. Kolejna informacja pochodzi z piaseczyńskiego „Kuriera Południowego”, który opisał, jak to Rafał Kadlčik z przyjacielem otwierają klubokawiarnię „Bar Mykwa” w zabytkowej myjni rytualnej w Piasecznie. W artykule zabrakło informacji, że Rafał Kadlčik to syn szefa jednej z najważniejszych organizacji żydowskich w Polsce.
Gminy żydowskie sprzedawały też odzyskane nieruchomości poniżej ceny rynkowej. Na przykład gmina warszawska sprzedała synagogę w Otwocku. Bardzo podobną nieruchomość z bezpośredniego sąsiedztwa ta sama firma PHU Stok kupiła za niemal dwukrotnie wyższą cenę, lecz nie od gminy żydowskiej. Podobnym tematem zajął się w 2011 roku amerykański tygodnik „The Jewish Week”, pisząc, że w Polsce „mienie pożydowskie zwrócono i sprzedano w niejasnych okolicznościach, a zysk szedł do osób prywatnych bez żadnego nadzoru czy odpowiedzialności finansowej”. Tygodnik opisał skandal związany z zabytkową synagogą w Działoszycach na Śląsku. Filmowiec Menachem Daum, który przyjechał tam na dokumentację, otrzymał od członka zarządu katowickiej gminy żydowskiej propozycję kupna zabytku po atrakcyjnej cenie. Pod warunkiem, że zapłaci rzeczonemu działaczowi żydowskiemu 10 tys. dolarów prowizji.

David Peleg, prezes Światowej Organizacji Restytucji Mienia Żydowskiego (WJRO – World Jewish Restitution Organization), który założył Fundację Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego, zapewniał, że do restytucji w Polsce nie ma zastrzeżeń.

– Przejrzystość finansowa jest dla nas niezwykle ważna – deklarował Peleg na łamach „The Jewish Week”.

Ten cały restytucyjny interes nie miałby zapewne szans na powodzenie, gdyby od lat nie kręcił się w bardzo hermetycznym środowisku. W skład Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich wchodzi sześć gmin zrzeszających zaledwie około 1200 wyznawców judaizmu. Tymczasem według Centrum Mojżesza Schorra (instytucja edukacyjna założona przez Fundację Ronalda S. Laudera) Polskę zamieszkuje ok. 100 tys. Żydów. Nie każdy z nich może jednak zostać członkiem żydowskiej gminy. Sprawdził to współpracujący przy powstawaniu tego artykułu Nissan Tzur, Żyd urodzony w Izraelu, syn polskiego Żyda. W 2011 roku wysłał wniosek do biura gminy w Warszawie z prośbą o włączenie go do grona członków. Nie otrzymał odpowiedzi. Po kilku latach rozkładania tematu na czynniki pierwsze zrozumiał dlaczego. Otóż co kilka lat odbywają się wybory władz gminy. Obecni przywódcy boją się, że jeśli przyjmą nowych energicznych, demokratycznie nastawionych członków, to stracą potężne i lukratywne stanowiska. Dlatego nie pozwalają wejść do swojego kręgu nikomu, kto nie jest z Polski i nie można nim z łatwością manipulować.

Chcąc zrozumieć, jak żydowskie organizacje wyznaniowe wypracowały sobie w Polsce takie możliwości, trzeba się cofnąć do roku 1996. Wtedy trwały w polskim parlamencie obrady nad rządowym projektem ustawy o stosunku państwa do gmin wyznaniowych żydowskich w Rzeczypospolitej Polskiej. Posłowie SLD podkreślali, że ZGWŻ nie jest sukcesorem prawnym istniejących wcześniej żydowskich związków wyznaniowych, dlatego w ustawie będzie mowa nie o restytucji, lecz o przeniesieniu własności.

Ostatecznego kształtu ustawa nabrała dopiero po wizytach w Izraelu ówczesnego prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego oraz Włodzimierza Cimoszewicza, wtedy polskiego premiera. Obaj byli tam mocno naciskani na wpisanie do ustawy Światowej Organizacji Restytucji Mienia Żydowskiego, jako jednego z beneficjentów reprywatyzacji majątku gmin żydowskich w Polsce. ZGWŻ lobbował z kolei u Leszka Millera, wówczas ministra spraw wewnętrznych, żeby nowe przepisy dopuszczały do majątku komunalnego Żydów tylko polskie gminy. 20 lutego 1997 roku Sejm przyjął ustawę, która uwzględniła WJRO w restytucji, ale tylko przez fundację powołaną wspólnie z polskimi gminami.

Dwa lata później w Warszawie spotkali się przywódcy polskich gmin żydowskich z liderami Światowego Kongresu Żydów (WJC – World Jewish Congress) i Światowej Organizacji Restytucji Mienia Żydowskiego. Trzy dni dzielili wpływy w poszczególnych częściach kraju i ustalali, co zrobić z pozostałym po polskich Żydach majątkiem komunalnym. Zagraniczne organizacje zgodziły się, że pożyczą miejscowym gminom żydowskim 800 tys. dolarów na sfinansowanie wniosków o zwrot żydowskiego mienia komunalnego. W zamian za pomoc w sfinansowaniu restytucji, WJRO i WJC brały połowę odzyskanych dóbr. O ich interesy miała zadbać specjalnie powołana Fundacja Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego.
Michael Schudrich i Piotr Kadlčik, Grzegorz Jakubowski/PAP

96-stronicowy stenogram podpisany przez trzech działaczy międzynarodowych organizacji żydowskich (Kalman Sultanik, Arye Edelist i Naphali Lavie) i trzech działaczy z Polski (Andrzej Zozula, Piotr Kadlčik, Felix Lipman) stanowi zapis twardej rozmowy o biznesie, nawet wtedy, gdy poruszali temat cmentarzy. „Moglibyśmy na tych terenach ewentualnie – to jest pytanie do tego komitetu doradczego do spraw halachicznych – wziąć odszkodowania za różne rzeczy, które się mieszczą na cmentarzach. Zapłaciliby, ale my nie wiemy, czy nam za to wolno wziąć pieniądze – o ile wiemy z tego, co pytaliśmy różnych rabinów, to nam nie wolno” – zastanawia się Andrzej Zozula, ówczesny dyrektor biura Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w Polsce. I zwraca się z nadzieją do amerykańskich Żydów: – Ale myślę, że wy bez wątpienia będziecie potrafili znaleźć rabinów, którzy dadzą na to zgodę.

W tych rozmowach uczestniczył Jakub Szadaj, wówczas szef żydowskiej gminy w Gdańsku, opozycjonista – w 1968 roku aresztowany przez „moczarowców” i skazany na 10 lat więzienia (odznaczony przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski). Szadaj był jedynym w towarzystwie polskim Żydem z krwi i kości.

Czytaj też: Liczby pełne treści

– Gdy się zorientowałem, o co chodzi, poczekałem, aż się wszyscy pod tym stenogramem podpiszą, zatwierdzając tym samym ustalone w trakcie rozmów zasady współpracy. Potem wstałem i oświadczyłem, że jeśli nie zrezygnują z tego haniebnego planu, to wszystko ujawnię – relacjonuje kulisy przecieku Jakub Szadaj, dziś nadal targany tamtymi emocjami.

Za przekazanie stenogramu mediom Szadaj został bezpowrotnie wyrzucony z gminy żydowskiej. Nękała go prokuratura, bo ZGWŻ złożył przeciwko niemu zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Śledztwo zostało jednak umorzone, a na podstawie ujawnionych fragmentów stenogramu powstał alarmujący artykuł, opublikowany w 2002 roku przez tygodnik „Polityka”.

Nic to nie dało, umowa została wprowadzona w życie. Na początku Fundacja Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego zajęła się odzyskiwaniem, zarządzaniem i sprzedażą pożydowskich dóbr znajdujących się na terenach Polski niezamieszkanych przez Żydów. Związek Gmin wraz z podlegającymi mu gminami prowadził taką samą działalność w 16 regionach Polski, gdzie obecnie mieszkają Żydzi. Potem wszystko się personalnie wymieszało i zaczęli działać razem, składając do Komisji Regulacyjnej 5544 wnioski o zwrot majątku.

Patrząc przez pryzmat liczby ciągnących się postępowań, można powiedzieć, że restytucja żydowskiego mienia komunalnego utknęła w połowie drogi. Na razie 1064 postępowania zakończyły się dla fundacji i żydowskich gmin pozytywnie. Ponad połowa postępowań nie została zakończona. Głównie z powodu niechlujnie przygotowanych dokumentów i kierowania roszczeń dotyczących mienia zabużańskiego, których restytucyjne zapisy ustawy nie dotyczą.

Najbardziej zaskakujący jest jednak fakt, że w tej zamkniętej enklawie szefów żydowskich organizacji prawdziwych Żydów jest jak na lekarstwo. Większość to konwertyci, czyli osoby, które przeszły na judaizm. Najbardziej zaangażowani emocjonalnie zmieniali nawet personalia na starozakonne. Na przykład ortodoksyjny Symcha Keller, zasiadający w zarządzie ZGWŻ i przewodniczący żydowskiej gminy wyznaniowej w Łodzi, to tak naprawdę Jerzy Skowroński. Albo zarządzający warszawskim cmentarzem żydowskim Isroel Szpilman, czyli Przemysław Szyszka.

Najdosadniej to zjawisko opisali dziennikarze z „Jewish Times”: „Kiedy uruchomiono proces restytucji mienia żydowskiego w 1997 roku, przypadkowi ludzie tworzyli grupy, nazywając siebie gminami żydowskimi po to tylko, aby móc rościć sobie prawo do żydowskiego mienia”.

Polskie urzędy, którym podlegają związki wyznaniowe, są w pełni świadome patologii zakorzenionej wśród skostniałych, mocno „okopanych” organizacji żydowskich. Nie mają jednak odwagi zabrać się za ten drażliwy problem w obawie posądzenia o antysemityzm. Natomiast polscy Żydzi, bojący się swoich liderów w USA i Izraelu, czują się bezsilni, bo wmówiono im, że skandal wywoła antysemickie rozruchy. Dlatego milczeli.

FORBS.PL

W Nowym Jorku dziewiątego czerwca odbyła się gigantyczna demonstracja przeciwko syjonistycznemu tworowi znanemu jako Izrael. Oczy Was nie mylą, w jednym miejscu protestowało ponad 10 tysięcy Żydów i było to na początku czerwca. Teraz mamy już połowę lipca jednak do tej pory ani jeden bloger (jestem pierwszy w Polsce) a co dopiero dziennikarz (zaraz by z roboty wyleciał) o tym nie napisał.

Co ciekawe, filmy pokazujące to wydarzenie zostały w przeważającej mierze na portalach filmowych zablokowane. Nastąpiła totalna blokada medialna.

 

Przypomina to trochę historię z aktualnym wiceprezydentem USA Joe Bidenem, który niedawno przyznał publicznie, że  to (ateistyczne)  środowiska żydowskie rządzące mediami przyczyniły się do skłonienia USA i świata do akceptacji pederastów i pochodnych sodomii poprzez m.in. produkcje z Hollywood. Zmowa milczenia  została jednak  przełamana, informację (jako jedyny) zacytował portal PCH24.pl

http://www.pch24.pl/wiceprezydent-usa–wartosci-zydowskie-i-homoseksualne-na-sztandarach,15179,i.html

 

 

W przypadku jednak tego protestu blokada okazała się znacznie bardziej szczelna. Poniżej prezentuje przetłumaczony przeze mnie film, zrobiony i udostępniony przez samych Żydów. Tłumaczyłem jak mogłem najlepiej, więc wybaczcie ewentualne niedostatki.

 

 

Skąd zatem pomimo blokady mam ten film? Swego czasu zaoferowałem listownie swoją darmową i pełną pomoc ortodoksom z Nowego Jorku. Zrobiłem to, ponieważ jako katolik wierzę, że należy ofiarowywać pomoc prześladowanym szczególnie gdy powodem prześladowań jest wiara w Boga, nawet jeśli są to innowiercy. Rabinat odpisał dosyć szybko. Poproszono mnie, abym przetłumaczył na język polski odezwę ortodoksyjnych Żydów do wszystkich narodów świata, w której tłumaczą dlaczego w trakcie corocznego święta Purim na całym świecie (Nowy Jork, Londyn, Melbourne),  diaspory Żydów ortodoksyjnych palą flagi Izraela (o czym media również solidarnie milczą).

diaspory Żydów ortodoksyjnych palą flagi Izraela

W dużym skrócie robią to dlatego, że wedle wiary żydowskiej bezczelny i krwawy sposób w jaki odebrano palestyńskim Arabom ziemię pod Izrael (i to co się dalej tam wyprawia), świadczy iż za tworem tym stoi nie Bóg lecz szatan i za karę naród żydowski zostanie ukarany. Poza tym elementem niezbędnym jest również przybycie mesjasza, na

którego ciągle czekają gdyż nie uznają Jezusa. Patrząc na nienawiść świata do Żydów wzbudzaną właśnie bestialstwem syjonistów m.in  względem Arabów z Palestyny nabieram pewności i przekonania co do obaw ortodoksów.

 

„Authentic rabbies”

Od czasu przetłumaczenia pisma ortodoksów, mam kontakt z tą żydowską diasporą i stąd również wiem o istnieniu tych materiałów, inaczej nie miałbym szans by się o tym dowiedzieć. Tylu Żydów w centrum Nowego Jorku protestuje a Wyborcza z TVNem czy media niby niezależne jak Nie?zależna.pl ani słowa nie powiedziały, co innego gdyby matka Madzi puściła bąka – NEWS dnia by był, że hej; tutaj jednak nic ciekawego się nie dzieje. Syjonistyczny żołnierz bijący w Izraelu Żyda, który protestuje przeciw okupacji Palestyny to przecież dla syjonistycznych mediów coś normalnego i zdrowego i nie trzeba tym polskim gojom zaprzątać uwagi, mogło by przecież potem nie starczyć czasu, na wmawianie nam antysemityzmu.

… a więc kto tu jest prawdziwym antysemitą?

 

Czy nie oglądaliśmy podobnych scen na Krakowskim Przedmieściu, gdzie pijany ateizm atakował Krzyż?

 

Zagadnienie Żydów ortodoksyjnych jest dla Izraela tematem dosyć wstydliwym, nie ma się zatem co dziwić że kontrolowane przez nich media wyciszają temat. Swego czasu żydowski dziennikarz Gazety Polskiej i wielki orędownik syjonizmu Dawid Wildstein określił tych ortodoksów mianem wariatów (lub użył podobnego słowa, trudno mi przywołać precyzyjnie jego wypowiedź, gdyż po burzliwej i pełnej wulgaryzmów „debacie”  ostatecznie ją z FB wykasował).

Natomiast ja, jako katolik mam o nich inne zdanie, znacznie lepsze choć rozumiem Wildsteina juniora. Jak się mógł o nich wypowiedzieć inaczej niż w sposób nieprzychylny? On – żydowski ateista, wielokrotnie mówiący iż nie wierzy? Zachował się zresztą podobnie do innego żydowskiego ateisty, prof. Hartmana, który również wyraził ostatnio negatywną opinię o osobach wierzących, choć w tym przypadku o katolikach. Najwyraźniej ludzie niewierzący mają wspólny mianownik – niechęć do ludzi wierzących. Niechęć Wildsteina juniora do ortodoksów ma oczywiście konkretny powód, wynikające z ich wiary w wartości a więc krytyka istnienia Izraela stoją w sprzeczności z krwiożerczym żydowskim nacjonalizmem, któremu on kibicuje choć jawiących się przy wyczynach syjonistów jako piknikowych, polskich narodowców krytykuje na każdym kroku – on Polak! Ojciec Rydzyk o takiej „żelaznej logice” zwykł mawiać „talmudyczna mentalność”.

 

Izrael oraz siły, które stały za jego utworzeniem mają z ortodoksyjnymi Żydami nie tylko ten problem. Żydzi owi w swej krytyce Izraela wypominają syjonistom wiele paskudnych wątków. Wytykają im, bratanie się z Hitlerem i współprace z nim mającą na celu stworzenie możliwie najgorszych warunków dla Żydów w Europie i „zachęcenia” ich w ten sposób do emigracji na kolonizowane ziemie palestyńskich Arabów. Mało jednak kto w czasach polowania na antysemickie czarownice ma odwagę pisać o tej czy innych sprawach pokazujących zbrodnie syjonizmu.

Co by się bowiem stało, gdyby podczas II wojny światowej nie doszło do Holokaustu? Najprawdopodobniej nie udało by się uruchomić Izraela. Skoro dzisiaj jest tak wielka krytyka tego tworu to jaki byłby opór, gdyby nazistowskie Niemcy nie wymordowały znacznej części religijnych Żydów? Czy „bez poczucia winy” zrzuconej później na świat przez syjonistów udało by się przekonać zachód do rabunkowej polityki względem palestyńskich Arabów?

Zresztą po co szukać daleko. Wystarczy spojrzeć co polskojęzyczni syjoniści zrobili z profesorem Jasiewiczem z PAN. Ukatrupili go w przestrodze dla innych „niepokornych” naukowców, by „nie szli tą drogą”. Tak samo niszczą poprzez stygmatyzację każdego, kto im wejdzie w drogę.

Ewentualnie, jeśli jesteś prostym człowiekiem z ulicy, zwyczajnie zdejmą Cię z anteny wyciągając wtyczkę.

Dakowski.pl

http://ewidentnyoszust.blogspot.ca/2013/07/gigantyczny-protest-
amerykanskich-zydow.html