Monthly Archives: Styczeń 2014

Sekretarz Jana Pawła II , Dziwisz powiada że ” nie miał odwagi” aby spalić notatki Papieża zgodnie z jego wolą. Ale nagle nabrał odwagi by wydać je drukiem. To tylko potwierdza co znamy z PRL-U. Nigdy, nie należy ufać żadnym towarzyszom sekretarzom. Książka, “Jestem bardzo w rękach Bożych.

notatki 1962-2003,”pojawi się 5 lutego w Polsce. Zawiera medytacje religijne że Karol Wojtyly spisywane od lipca 1962 r., kiedy jeszcze był biskupem w Polsce, a marcem 2003 r. Tytuł książki jest jakby mylący , bowiem okazuje się że nie wszystko jest w rękach Boga a kardynał może więcej i z tym co zostało w jego rękach robi co chce nie licząc się nawet z wolą zmarłego Papieża który mu zaufał. Kardynał Stanisław Dziwisz powiedział na konferencji prasowej że do zachowania niektórych notatek Jana Pawła , motywowała go  ”rozpacz historyków” po tym gdy listy papieża Piusa XII zostały spalone po jego śmierci, zgodnie z jego wolą.

To jakieś krętackie tłumaczenie bo co kogo obchodzi rozpacz historyków (histeryków) którzy i tak najczęściej przekręcają fakty tak jak im wygodnie. Jan Paweł II także znał ten fakt ale mimo wszystko jego zyczeniem było aby jego osobiste notatki także spalić.

W swojej ostatniej woli Jan Paweł II  zlecił  Dziwiszowi, swemu osobistemu sekretarz i najbliższemu doradcy od  prawie 40 lat, aby spalił jego osobiste notatki. Dziwisz to zaufanie Ojca Świętego zlekceważył mimo iż ostatnia wola zmarłego jest rzeczą świętą. Zamiast notatki spalić Dziwisz trzymał je zamierza  opublikować przed 27 kwietnia kiedy to Jan Paweł II ma być kanonizowany. Notatki zostały udostępnione dla Watykanu podczas procesu beatyfikacji i kanonizacji  choć i bez nich (gdyby zostały spalone) droga Karola Wojtyły do świętości nie zmieniłaby się ani na jotę. Decyzja zapadla jeszcze na godzine przed smiercia!!!.

W swoich notatkach spisanych w dwóch zeszytach , papież “ujawnia część swojej duszy w czasie Jego spotkań   z Bogiem, kontemplacji i pobożności – co stanowi ich największą wartość,”  powiedział Dziwisz, który w Krakowie zajmuje teraz miejsce kardynała Wojtyły.

“Papież wiedział komu zaufał i komu przekazał swoją spuściznę” – odpowiedział kardynał, po czym dodał: “Gdybym to spalił to byłaby zbrodnia”. Ja w tym miejscu mam odmienne zdanie- Papież niestety nie wiedział komu zaufał i kto te zaufanie zawiódł.

Dziwisz  twierdzi że spalił ” te listy i zapiski które wymagały spalenia” i powiedział, że byłoby przestępstwem spalić wszystkie notatki, które dają wgląd w duszę Jana Pawła II. Zapomniał jednak powiedzieć że nie miał do tego ani upoważnienia ani prawa dokonywania selekcji według własnego widzimisię.

Na ponury żart wygląda stwierdzenie Dziwisza iż “ zatrzymując je przestrzegał  Jego wolę”. Przecież ta wola została wyraźnie zapisana ” wszystkie notatki spalić“.

Oto fragment testamentu: ” Nie pozostawiam po sobie własności, którą należałoby zadysponować. Rzeczy codziennego użytku, którymi się posługiwałem, proszę rozdać wedle uznania. Notatki osobiste spalić. Proszę, ażeby nad tymi sprawami czuwał Ks. Stanisław, któremu dziękuję za tyloletnią wyrozumiałą współpracę i pomoc.

Papież wielokrotnie analizował swój testament ale tega polecenia-prosby NIGDY nie zmienił.

Tego co mówili robiący pieniądze na tym zaprzaństwie przedstawiciele wydawnictwa przytaczał nie będę . Powiedzieć należy jednak jedno. Zły to znak , gdy lekceważy się wolę zmarłych. Prawdę mówi Papież Franciszek. Uczyniono sobie nowego złotego bożka za miast cielca. Złotówkę.

PS. Kontrowersje budzą sprawy finansowe. Nie wiemy  jaki to metropolita krakowski miał “dług wdzięczności”  wobec wydawnictwa “Znak”? Niejasna pozostaje również sprawa zysków ze sprzedaży.  Kardynał twierdzi, że “nikt na książce nie chce się dorobić”, a wydawnictwo przekazało już pewną sumę na Centrum Jana Pawła II. Jak wynikało z kontekstu wypowiedzi, poza ową sumą, dochód z publikacji i przekładów notatek papieskich nie zostanie spożytkowany na cele społeczne. Już teraz szykowane są natomiast przekłady na języki obce.wobec wydawnictwa .(www.deon.pl)

KOMENTARZ@@##

volontariusz @$

DZIWISZ ROBI ROWNIEZ BIZNES na tak zwanych „relikwiach” , ktore sprzedaj np. w Phoenix w Polskiej parafii sprzedal za… ale to temat za tydzien

Cha, cha, hi, hi, hejże, hola! Ale się narobiło! „Kiedy Padyszachowi wiozą zboże, kapitan nie troszczy się, jakie wygody maja myszy na statku”.

Toteż kiedy w ramach jakichści przepychanek w waszyngtońskiej kamaryli „Washington Post” poinformował, iż soldateska okupująca nasz nieszczęśliwy kraj zażądała i dostała 15 milionów dolarów w gotówce – na razie jeszcze nie wiadomo, czy za usługi torturanckie w Kiejkutach, czy tylko za dostarczenie dziupli i stanie na tzw. „świecy” – zaraz wyszły na jaw zamysły serc wielu. Oto idący w zaparte Aleksander Kwaśniewski – to prawdziwe nieszczęście Rzeczypospolitej – teraz będzie musiał oskarżyć Amerykanów o kłamstwo – ale czy oni wzorem funkcjonariuszy poprzebieranych za dziennikarzy niezależnych mediów głównego nurtu podkulą pod siebie ogony, czy też ściągną Aleksandrowi Kwaśniewskiemu kalesony na oczach całej Europy – to się wkrótce okaże – chyba, że Aleksander Kwaśniewski zamilczy roztropnie i w mysiej dziurze będzie oczekiwał rozwoju wypadków, to znaczy – jakiegoś kompromisu między tajniakami, którzy wtedy przestana się wzajemnie podsrywać. W przeciwnym razie – „trup baronowo, grób baronowo, plajta, klapa, kryzys krach” – zwłaszcza gdyby się okazało, że część tej gotówki w zagadkowy sposób poprzylepiała się do rąk własnych.

Bo przede wszystkim warto byłoby wyjaśnić, czy te 15 milionów dolarów otrzymała Rzeczpospolita, czy też soldateska podzieliła się forsą po bratersku. Żądanie wypłaty w gotówce sprzyja podejrzeniom, że Rzeczpospolita tej forsy nawet nie powąchała, co z kolei rzuca światło na pewną tradycję opisaną jeszcze przez Tadeusza Boya-Żeleńskiego: „W Warszawie zbytek, szampańskie kolacje, płyną rubelki, skąd? – gdzie? – ani wiesz!” Leszek Miller z kolei kreuje się teraz na obrońcę naszego nieszczęśliwego kraju przed „terroryzmem”, ale ja jego udział w kiejkutowej aferze kładłbym raczej na karb przyzwyczajenia, które, jak wiadomo, jest drugą naturą. Kto raz był królem, ten zawsze zachowa majestat – a przecież za komuny nie było takiej rzeczy, której „partyjniacy” („Dla nas, partyjniaków, prawdziwą ojczyzną jest Związek Radziecki” – deklarował Mieczysław Moczar, vel Mikołaj Tichonowicz Diomko) nie zrobiliby dla Związku Radzieckiego. I nic się pod tym względem nie zmieniło, z wyjątkiem tego, że Związek Radziecki zmienił położenie, bo po ewakuacji sowieckiego imperium z Europy Środkowej nastąpiło odwrócenie sojuszy.

Więc, jak powiadam, w pierwszej kolejności należałoby wyjaśnić, czy te 15 milionów dolarów trafiło do Rzeczypospolitej, czy też soldateska porozdzielała je sobie po uważaniu. Ale kto to wyjaśni, kiedy się wyjaśniło, że parlamentarna komisja, co to niby „nadzoruje” bezpieczniackie watahy, tą sprawą zajmować się nie będzie? To zresztą było do przewidzenia; niechby któryś tylko spróbował, to zaraz wszystkie watahy, działając wspólnie i w porozumieniu ponad podziałami nie tylko przypomniałyby naszym Umiłowanym Przywódcom, skąd wyrastają im nogi, ale kto wie, czy by im tych nóg nie powyrywały. W takiej sytuacji rozsądek przeważa i pani Elżbieta Radziszewska, którą bezpieczniacy dla większego urągowiska wystrugali sobie z banana na przewodniczącą tej całej komisji, prędzej splamiłaby własne majtki, niż odważyła zająć się wyjaśnianiem takiej sprawy.

Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo dzięki temu nawet mało spostrzegawczy obserwator może się przekonać, że konstytucyjne struktury III Rzeczypospolitej, ci wszyscy prezydenci, Umiłowani przywódcy i całe stado dygnitarzy drobniejszego płazu, to tylko taka dekoracja, za którą soldateska od 1980 roku nieprzerwanie okupuje nasz nieszczęśliwy kraj. Jeszcze raz się okazało, że w sprawach naprawdę ważnych, jak na przykład suwerenność państwowa nie ma żadnych różnic stanowisk, chociaż oczywiście jeśli taka, dajmy na to, Platforma Obywatelska, czy SLD uchyla się od wyjaśnienia kiejkutowskiej afery, to wiadomo, że czynią to z właściwej sobie predylekcji do zdrady i zaprzaństwa, podczas gdy PiS odmawia „rozdrapywania” – jak to określił pan rzecznik Hoffman – tej afery w ramach płomiennej obrony interesu narodowego.

Ano, nie da się ukryć, że interes narodowy najlepiej wyraża soldateska; co dobre dla niej, to dobre i dla Polski. Od dawna twierdziłem, że w naszym nieszczęśliwym kraju nie można uchodzić za skutecznego polityka nie będąc niczyim agentem – a tu się okazuje, ze nie będąc niczyim agentem nie można uchodzić nawet za polityka „poważnego”. Pewnie dlatego żaden z „poważnych” polityków nie wypuszcza wody z ust w sprawie sesji izraelskiego Knesetu w Polsce. Być może zresztą jacyś – jak nazywa ich Kataw Zar – „tajkunowie” – też pozalepiali im paszcze złotymi plastrami? W końcu już starożytni Rzymianie zauważyli, że nie ma takiej bramy, której nie przeszedłby osioł obładowany złotem. Zresztą – o czym my tu mówimy, skoro właśnie Umiłowani pod dyktando soldateski uchwalili ustawę o „bratniej pomocy”, na podstawie której obce formacje zbrojne będą mogły nas pacyfikować – a torturować to już nie? A któż im zabroni? Może rzecznik praw obywatelskich, albo jeszcze lepiej – rzecznik praw dziecka?

 

Więc z jednej strony widzimy serdeczne porozumienie ponad podziałami, ale z drugiej strony, ponieważ zbliżają się wybory, to znaczy – konkurs o synekury w Parlamencie Europejskim, to trzeba się jakoś różnić i to nawet zdecydowanie. Toteż kiedy jakimś biednym dzieciom zmarło się we Włocławku na skutek nonszalancji lekarzy, Umiłowani Przywódcy skwapliwie rzucili się na ministra Bartosza Arłukowicza, żeby go „odwołać”. Pan minister Arłukowicz, jak pamiętamy, został wynagrodzony synekurą za zdradę Leszka Millera, podobnie jak pan Radosław Sikorski – za zdradę Jarosława Kaczyńskiego, chociaż każdy wie, że i jeden i drugi nadawał się na ministra tak samo, jak pani Anna Kalata – ale przecież zarówno wnioskodawcy, jak i poplecznicy ministra Arłukowicza doskonale wiedzieli, że panu ministrowi nic się od tego nie stanie, że to tylko markowanie politycznej walki na śmierć i życie dla dobra naszej umiłowanej Ojczyzny.

Żeby tedy wszystko wyglądało prawdopodobnie, pan prezes Kaczyński zwyzywał rząd od łajdaków i „złodziei”, podczas gdy premier Tusk wytknął mu „ignorancję”. I jedno i drugie to święta prawda, ale warto zwrócić uwagę, że chociaż od wiekopomnej reformy ochrony zdrowia przeprowadzonej przez charyzmatycznego premiera Buzka i jej korekty dokonanej przez przebiegłego premiera Millera minęło sporo lat, podczas których zmieniło się parę rządów, to przecież żerowisko w postaci „Kas Chorych”, podmienionych później przez Narodowy Fundusz Zdrowia pozostało nietknięte. Po staremu „pieniądze idą za pacjentem” w takiej odległości, że nie tylko wzrokowy, ale w ogóle wszelki kontakt między nimi a pacjentem został zerwany, dzięki czemu zaplecze polityczne zarówno obozu zdrady i zaprzaństwa, jak i płomiennych obrońców interesu narodowego, naprzemiennie może sobie pyski umoczyć w melasie. Bo miód zarezerwowany jest dla soldateski – co jak widać respektuje nie tylko Nasza Złota Pani z Berlina, nie tylko zimny ruski czekista Putin, co to w maju ubiegłego roku nakazał FSB nawiązanie „współpracy” ze Służbą Kontrwywiadu Wojskowego, której szef został wkrótce wyeliminowany tzw. „chwytem za nosek”, ale również i Amerykanie, przynajmniej ci, co dla soldateski zapakowali w kartony 15 milionów dolarów, jako – excusez le mot – honorarium za kuplerstwo i stanie na świecy.

Stanisław Michalkiewicz

Wiemy o niej prawie wszystko – choć tak dokładnie nie udało mi się ustalić, kiedy została zwodowana. Jedne źródła podają, że statek został zbudowany i zwodowany w Norwegii w kwietniu 1940 roku.

Początkowo miał to być chłodnicowiec, czyli szybki statek do przewozu łatwo psujących się artykułów spożywczych. Przejęła go jednak Kriegsmarine i od 1941 roku pływał jako okręt pomocniczy. Na przełomie lat 1944 i 1945 przystosowano GOYĘ do ewakuacji ludności.

Transportowiec GOYA i eskortujący go Schnellboot.

Inne źródła podają, że GOYA był frachtowcem zbudowanym w Oslo w 1942 roku, a zakupionym na potrzeby Kriegsmarine w 1943 roku. Pływał jako okręt-baza dla okrętów podwodnych Kriegsmarine. Później pełnił funkcję okrętu-celu. Do 1944 r. stacjonował w Kłajpedzie w strukturach 25. flotylli okrętów podwodnych. W 1945 przekwalifikowany został na statek transportowy dla wojska i przeznaczony do przewożenia uciekinierów niemieckich m.in. z Pomorza.

GOYA w budowie

  • długość: 131 m
  • szerokość: 17 m
  • wyporność: 5230 BRT
  • pojemność: 5330 BRT
  • napęd: dwa silniki wysokoprężne Burmeister & Wain, 7-cylindrowe, dwusuwowe o mocy 8400 KM
  • prędkość: 18 w

Cóż – to sprawa dla znawców tematu – dla mnie nie jest to aż takie ważne. Ważna jest inna data i “inne” dane:

16 kwietnia 1945 u wybrzeży południowego cypla Mierzei Helskiej – po czterech godzinach od wyjścia z portu (ataki były i w samym porcie) – został zaatakowany i uszkodzony przez radzieckie bombowce. Następnie, około godziny 23:52 w odległości około 12 mil morskich od Łeby został dwukrotnie storpedowany przez radziecki okręt podwodny L-3 dowodzony przez Władimira Konowałowa (prawdopodobnie największy zatopiony tonaż). W zimnej wodzie zginęło co najmniej 6000 osób (niektóre źródła mówią o 7000), dokładna liczba ofiar nie jest znana – choć źródła niemieckie podają dokładną liczbę „zaokrętowanych”. Byli to w przeważającej większości żołnierze – oddziały wycofujące się z Gdańska. Byli też i cywile, w tym kobiety i dzieci.

Kotwice rzuciły: transportowiec GOYA (5230 BRT), statek MERCATOR (4661 BRT), stary parowiec KRONENFELS (2834 BRT) oraz mały tankowiec wody ÄGIER (676 BRT). Z portu wojennego i rybackiego kursowały w ich kierunku kutry, promy, łodzie, barki oraz statki żeglugi przybrzeżnej przewożące na pokłady transportowców tysiące uchodźców. Kilkugodzinny załadunek ludzi na transportowce został zakończony po godzinie 18.00.

GOYA – około 6 – 7 tysięcy „dusz”
MERCATOR – około 5000 „dusz”
KRIONENFELS – 2500 „dusz”
ÄGIER i dwa trałowce eskorty – również zaokrętowano uchodźców i wojsko.

Wreszcie statki – okręty (tak, OKRĘTY, gdyż statki w owym czasie nie mogły pływać po Bałtyku) – wyszły w morze.

Eskortę konwoju miały zapewnić dwa trałowce M 256 (typ 1939 Mob) z 8. flotylli oraz M 328 (typ 1940) z 25. flotylli. Organizacyjnie wchodziły w skład 9. Dywizji Zabezpieczenia. Okręty te należały do nowoczesnych jednostek wcielonych do służby kolejno w 1942 i 1944 roku.
Na ich wyposażeniu znajdował się dość duży zestaw środków wykrywania okrętów podwodnych.

A do zwalczania?
Jako broń przeciwko okrętom podwodnym trałowce posiadały po około 10 bomb głębinowych gotowych do natychmiastowego odpalenia z miotaczy burtowych. System biernej ochrony otrzymał także transportowiec GOYA, na którym umieszczono instalację hydrolokacyjną. Jednakże została ona uszkodzona podczas nalotu kilka godzin przed wypłynięciem w morze.

Około 19:00 konwój uformował szyk i skierował się na pełne morze. Prędkość zespołu wynosiła 11-12 węzłów tzn. osiągała maksymalną prędkość najwolniejszej jednostki konwoju parowca KRONENFELS. Sam transportowiec GOYA mógł rozwijać aż 18 węzłów, co przewyższało prędkości nawodne radzieckich okrętów podwodnych. Dowództwo Kriegsmarine rozważało użycie samego szybkiego transportowca w eskorcie trałowców, lecz chęć ewakuacji jak największej liczby ludzi przesądziła o włączeniu w skład konwoju powolniejszych statków.

Docelowym portem miało być Świnoujście. Pogoda był dość dobra, bardzo dogodna do ataku okrętu podwodnego. Po opuszczeniu Zatoki Gdańskiej konwój skierował się szlakiem żeglugowym na północny zachód. Na wysokości Rozewia miała nastąpić zmiana kursu na zachodni.

Nie pomogły dobrze wyposażone przeciwko okrętom podwodnym jednostki…

Późny wieczór 16 kwietnia 1945 r.

Radziecki okręt podwodny L-3, dowodzony był przez kmdr ppor. Konowałowa, asa floty podwodnej. Był to jego 8 rejs bojowy na L-3. Zajął pozycję na północ od Rozewia. Tutaj miał przeprowadzić patrol atakując napotkane statki handlowe – prawo wojny, prawo Bałtyku ustanowione na ten czas przez Niemcy…

Noc była spokojna, wiał lekki wiatr, widoczność wynosiła od 1 do 2 Mm. Ciszę na mostku przerwał hydroakustyk meldując wykrycie, na skraju zasięgu urządzenia, szumu pracujących śrub okrętowych. Siedem lub osiem jednostek w tym jedna duża – zameldował. Dowódca kmdr ppor. Wladimir Konowałow wydał rozkaz do zajęcia pozycji.

Okręt skierował się z prędkością 8 węzłów na południowy wschód. Po przepłynięciu kilku mil morskich, okręt ustawił się na pozycji umożliwiającej ucieczkę po ataku na otwarte morze. L-3 rozpoczął oczekiwanie na zbliżający się konwój. Na cel wzięto największą jednostkę konwoju transportowiec GOYA. Około 23:52 oficer torpedowy odpalił 4 torpedy – dwie celne. Statek zaczął płonąć. Pierwsza torpeda trafiła w dziób, druga w śródokręcie i zniszczyła maszynownię. Statek tonął a wraz z nim kilka tysięcy uwięzionych pod pokładem ludzi nie mających szans na wydostanie się ze śmiertelnej pułapki. Kilka minut później o 24:00 GOYA pogrążyła się w wodzie. Według niektórych źródeł zginęło wówczas 6666 ludzi.

Statek – okręt tonął zaledwie 7 minut. Uratowano – 165 osób!!! Tylko…

Po ataku L-3 rozpoczął oddalanie się na pełne morze. Pomimo ataków trałowców bombami głębinowymi osiągnął bezpieczny akwen. Wkrótce także zaczął kontynuować patrol bojowy m.in. bezskutecznie atakował konwój na Zatoce Gdańskiej 21 kwietnia 1945 roku.

Wrak transportowca GOYA spoczął na głębokości 73 metrów na północ od Rozewia. Jego żywot trwał zaledwie 3 lub jak chcą inni – 5 lat… Po rozpoczęciu ewakuacji z Kłajpedy do jego zatopienia był używany jako transportowiec wojska. Ile wojska zdołano na nim przetransportować? Tego nie wiem. Nie wiem też, ile złego zrobiły oddziały niemieckie, na nowo formowane z ewakuowanych żołnierzy.

Sonogram statku GOYA z maja 2006 roku. Wykonał Oddział Pomiarów Morskich Urzędu Morskiego w Gdyni.

Pozycja wraku – grobowca.

  • pozycja: 55° 12′ N 18° 18′ E
  • głębokość zalegania na dnie 71,5-78 m
  • minimalna głębokość nad wrakiem 53,5 m

Żaden opis nie jest w stanie oddać przerażenia ludzi, krzyku dzieci, wycia syren tonącego statku… Żaden pomnik nie jest w stanie wrócić ludziom życia – choć stawiamy takie pomniki. Żadne nagrobne epitafium.

Pomnik tragedii w Zatoce Lubeckiej.

Tragedię w zatoce lubeckiej, gdzie wyzwoliciele zgotowali śmierć wyzwolonym upamiętniono pomnikiem. Miejsce tragedii zostało otoczone opieką.

Nie ma jak dotąd pomnika ludzi, którzy postradali życie w największych w historii morskich katastrofach – ofiar zatopień niemieckich transportowców wojennych, wiozących (oprócz normalnego wojennego ładunku i żołnierzy) tysiące ludzi, szukających ucieczki gdziekolwiek, byle dalej od miejsc pustoszonych przez zwycięską tym razem armię spod znaku czerwonej gwiazdy. Ludzie ci, w większości Niemcy, ale nie tylko, byli wystraszoną, zziębniętą i skuloną masą, widzącą zbawienie w dostaniu się na pokład jednego z okrętów uwożących ze wschodu resztki armii szalonego malarza. [No cóż, przedtem niekoniecznie byli wystraszoną i skuloną masą, zwłaszcza gdy szalony malarz odnosił sukcesy wojenne – admin]

Tragedię ludzi płynących na statkach – okrętach u wybrzeży Polski – jednak upamiętniono. Postawiono ”wirtualny pomnik” – w 2003 roku.
Jak uzasadniono jego powstanie?

„Uzasadnienie wirtualnego istnienia pomnika ofiar tych trzech morskich tragedii: dla tych, którzy litują się nad ich cierpieniem i straszną śmiercią, niech ten pomnik będzie wspomnieniem; dla tych, którzy uważają, że jako „najeźdźcy” i „pokonani”, nie zasługują na pomnik, niech będzie to pomnik przypominający wszystkim i każdemu narodowi, jak może się skończyć coś, co się pięknie zaczyna, a oparte jest na zagładzie niesionej innym.”

Wirtualny pomnik morskiej tragedii

Jest to prosty cokół, na wierzchu którego leży koło ratunkowe, częściowo weń zanurzone. Na kole widnieją nazwy trzech okrętów wiozących uchodźców, które zostały zatopione na Bałtyku w 1945 r. Na trzech stronach cokołu umieszczono napis w języku niemieckim, polskim i angielskim.

Napis mówi:

Pamięci mieszkańców
Wolnego Miasta
Gdańska,
Prus Wschodnich
i Zachodnich,
którzy zginęli
w lodowatych
wodach Bałtyku w zimie
1945 roku

Tak zakończyła się akcja „Hannibal” – akcja, podczas której przewieziono (trudno tu mi mówić uratowano) ze wschodnich terenów ówczesnej  ”tysiącletniej” Trzeciej Rzeszy około dwa miliony ludzi. Akcja została okrzyknięta przez ową Trzecią Rzeszę
sukcesem.

Te 20 tysięcy istnień ludzkich, spoczywających na dnie Bałtyku – to tylko maleńki procent… Cóż znaczy ta „skromna” liczba ofiar zatopień niemieckich transportowców wojennych, wiozących (oprócz normalnego wojennego ładunku i żołnierzy) tysiące ludzi… Wystarczyło kilka torped i dwa okręty podwodne.

Niemcy wyprawili na samych tylko okrętach podwodnych na morza około 30 tysięcy ludzi, których zadaniem było niszczyć i zabijać. Nie wiem ilu statkom i okrętom niemieckie torpedy wystrzelone z okrętów podwodnych zadały śmiertelne ciosy, ilu zginęło ludzi…

Wojna jest wojną – każda jest straszna.

Niestety do dalekiej przeszłości należą (o ile w ogóle istniały) wojny, w których ginęli tylko żołnierze. Wojny strasznego XX wieku to konflikty, które pociągały za sobą niezliczone ilości cywilnych ofiar. Zabłąkana kula, bomba zrzucona na otwarte miasto, torpeda wystrzelona z łodzi podwodnej w okręt, który akurat przewoził cywilnych uciekinierów…

Za dusze tych nieszczęśników w Polsce, WOLNEJ POLSCE są odprawiane msze święte. Ostatnio – 30 stycznia 2008 o godz. 14.30 w kościele Matki Bożej Nieustającej Pomocy i Świętego Piotra Rybaka przy ul. Portowej 2. Uczestniczyli w niej konsul generalny Niemiec, przedstawiciele władz państwowych, mniejszości niemieckich z województw północnych, członkowie Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Niemieckiej, a także pani Łucja Bagińska – ocalała z GUSTLOFFA mieszkanka Gdyni. Po uroczystym nabożeństwie około godz. 16 nastąpiło złożenie kwiatów oraz zapalenie zniczy na skwerze Kościuszki (za Akwarium Gdyńskim).

Taki mały, już nie wirtualny pomnik…

Władysław Całka
http://facta-nautica.graptolite.net

Grandziarze , odbytowcy, psychiczni . Ostatnimi czasy jesteśmy straszeni przez nich koszernych kolejną plagą. Mianowicie niedoborem słodkiej wody. Pojawia się coraz więcej artykułów o tej klęsce związanej z globalnym ociepleniem i nierozsądnym użytkowaniem wody. To samo sie dzieje tu u nas w czoraj w TV. Phoenix pokazano jak wysychaj jeziora. To tak dalej byc nie moze!!!.

Rozumiem,  Afryka w niektórych miejscach, ale straszy się nas globalnym niedoborem słodkiej wody, chociaż 3/4 powierzchni planety pokryte jest wodą, którą w razie czego, można odsolić gdyż istnieją już skuteczne metody odsalania, a w razie potrzeby można opracować nowe. Ostatnimi czasy ponownie wpadł mi w ręce „Świat Nauki” nr 9 z roku 2008. W numerze tym prof. Peter Rogers w artykule „Globalna hydrozagadka” maluje przed nami katastroficzne wizje niedoboru wody. Gdy czytam artykuły typu „Globalna hydrozagadka” odnoszę nieodparte wrażenie, że jakaś grupa cwaniaków usiłuje wyłudzić nienależne im pieniądze od naiwnych podatników przekupując naukowców, którzy plotą androny typu: ”To właśnie dlatego urzędowe wprowadzenie wyższych cen wody – tam, gdzie to możliwe – uważam za jedno z bardziej pożądanych posunięć. Szczególnie wskazane byłoby w krajach zamożnych … , ale coraz częściej przydałoby się również w państwach rozwijających się” . Jasne, bo z biedaków i tak się nie ściągnie więcej pieniędzy. Rzut oka na mapę na stronie 44 tego numeru „Świata Nauki” uzmysławia nam, że w krajach zamożnych i średniozamożnych, jak Polska, wody wcale nie brakuje. Więc po co mamy ją oszczędzać i więcej za nią płacić? Przecież, jeśli my będziemy zużywać mniej wody, to nie wytrysną nagle nowe źródła na Saharze, tylko więcej nieużywanej wody spłynie do Bałtyku. Ta mapka tyczyła się wód powierzchniowych. W książce „Hydrogeologia ogólna” Z. Pazdro i B. Kozerskiego jest przedstawiona mapa wód podziemnych w Polsce. Okazuje się, że praktycznie pod całym obszarem naszego kraju jest słodka woda na głębokości od 50 do 600 m, które to rezerwy można wykorzystać w czasie jakiegoś kataklizmu związanego ze skażeniem wszystkich wód powierzchniowych w Polsce. Jak widać, oszczędzając wodę w Polsce nikomu nie pomożemy, z wyjątkiem spryciarzy, którzy będą ściągać z nas większe opłaty. Wyższe opłaty sprawią, że nasz przemysł stanie się mniej konkurencyjny na rynkach światowych (może komuś właśnie o to chodzi), a i przedsiębiorstwa wodociągowe będą miały problemy, gdy wszyscy zaczną oszczędzać wodę. Woda będzie stać w rurach, co spowoduje wtórne jej skażenie. Akcja z oszczędzaniem wody wygląda na podobną do globalnego ocieplenia w wyniku emisji dwutlenku węgla i wynikających z tego limitów emisji. Wpływ dwutlenku węgla na ocieplenie jest chyba niewielki, bo w dziewiętnastym wieku miały miejsce dwa gigantyczne wybuchy wulkanów w Indonezji: na Sumbale – wulkan Tambora w 1815 uchodzący za największy wybuch w czasach historycznych i Krakatau – niedaleko Jawy w 1883 roku. Jakoś po tych wybuchach, mimo emisji olbrzymich ilości dwutlenku węgla, nie zanotowano wzrostu temperatury atmosfery, a wręcz przeciwnie – rok 1816 uchodził za rok bez lata. Ale to nie przeszkadza giełdowym spryciarzom w handlu limitami CO2 i cała horda naukowców – klimatologów wspiera ich w tym procederze. Nawet jeśli dwutlenek węgla ma tak dramatyczny wpływ na klimat to i tak dla Polski ocieplenie klimatu jest czymś zbawiennym. Przecież łatwiej się żyje w klimacie tropikalnym jaki panuje np. w Indonezji niż arktycznym, na lodowcu grubości 2 kilometrów. A zaniechanie emisji dwutlenku węgla może doprowadzić do globalnego ochłodzenia i po ulicach Krakowa i Warszawy będą spacerowały białe niedźwiedzie. Nawet jeśli ocieplenie spowoduje podniesienie się poziomu mórz i oceanów to uprawy pszenicy będzie można przenieść na Grenlandię, czy Syberię, gdzie akurat ustąpią lodowce, a na tych terenach Polski, które zostaną w przyszłości zalane, można już teraz zacząć budować instalacje, które posłużą w przyszłości do np. produkcji żywności z morza. Łatwiej, przecież, buduje się na suchym lądzie niż pod wodą.

wody i rafa

A tak na marginesie, będąc w Indonezji sfotografowałem szczątki rafy koralowej w dużej odległości od morza, z czego można wyciągnąć wniosek, że poziom morza raczej się obniża niż podwyższa. Oczywiście ktoś zaraz powie, że to wyspa Jawa się wypiętrza.
Jak widać nikt w Europie nie buduje jeszcze żadnych elektrowni pływowych, czy farm rybnych, czy innych tego typu budowli na terenach w głębi lądu, które mają się znaleźć pod wodą w ciągu niedługiego czasu w wyniku globalnego ocieplenia. Wygląda na to, że podobnie ma się sprawa z brakiem wody w Europie, a szczególnie w Polsce. Oczywiście Polska w bardzo łatwy sposób może stracić swoje zasoby wodne i trzeba będzie importować wodę z Rosji czy z Niemiec. Jak pisze portal gazlupkowy.pl: „Zanieczyszczenie wód gruntowych, powierzchniowych oraz powietrza to największe ryzyka dla ludzi i środowiska związane z wydobyciem gazu łupkowego – wynika z piątkowego raportu przygotowanego na zlecenie KE. Raport wskazuje też na luki w istniejącym prawie UE. Jak przekonują autorzy raportu, do wydobycia gazu łupkowego, w porównaniu z wydobyciem konwencjonalnego gazu ziemnego, zużywa się o wiele więcej wody oraz chemikaliów. Ponadto wydobycie to powoduje większy wyciek gazu do powietrza, stwarza ryzyko przedostania się chemikaliów do wód gruntowych i powierzchniowych oraz ich oparów do powietrza, wymaga też większej przestrzeni i więcej sprzętu, który trzeba transportować – argumentują. Dlatego wśród ryzyk dla człowieka i środowiska wymieniają też wzmożony ruch transportowy, hałas i emisje z paliw.”

Czyli grandziarze, którzy chcą zarabiać na sprzedaży wody pitnej mogą celowo zanieczyścić wody podziemne w Polsce przy okazji eksploatacji gazu łupkowego i nie będziemy mieli ani gazu, bo okaże się, że go za wiele nie ma, ani wody. Ci ludzie dysponują tak wielkimi pieniędzmi, że zrobienie takiego myku to dla nich pestka. I okaże się, że prof. Peter Rogers miał rację.

Media w ostatnim czasie trąbią o ,,rewolucji” na euro- Majdanie, trąbią jak czerwoni z różowymi z Polski ,,pomagają” w walce z ,,reżimem” na Ukrainie, jak Biedroń z Kaczyńskim są po stronie ero-banderowców i zapomnieli o rocznicy knucia w Magdalence.

25 rocznica zmowy w Magdalence

W dniu 27–01–2014 roku minęła 25 rocznica zakulisowych rozmów w Magdalence, między komunistami a koncesjonowaną opozycją ,,solidarnościową” w sprawie podziału władzy w Polsce. O dziwo ,,salon komuno – liberalny” milczy o tej rocznicy, przecież 25 rocznica popijawy komuny z agentami komuny, to powinno być wielkie wydarzenie medialne. Może ,,salon koszernych” nie chce przypominać swoich ,,zasług” robotnikom polskim w momencie awantury na ero-majdanie. Jeszcze ,,robole” przypomną sobie też swoje czasy i wezmą się do kupy i popędzą ,,okrągłostołowców” na bliski wschód a wtedy to może i nie udać się z tym Majdanem, dlatego siedzą cicho i ,,pompują” na żółtych i czerwonych paskach Majdan zamiast trąbić o ,,wielkim kompromisie” w Magdalence, gdzie czerwony z różowym ponad głowami Polaków postanowili rozszarpać Polskę, a tych co naiwnie walczyli o dobrobyt i Niepodległą Polskę puścić  na bezrobocie a młodych wywalić z kraju.

 

 Architekci porozumienia się tzw. ,,opozycji demokratycznej” z komunistami w Polsce pod koniec lat 80-tych, skutecznie pomijają rolę spotkań w Magdalence, w tym role byłego Prezydenta R.P. Lecha Kaczyńskiego. Piszę skutecznie, ponieważ ,,układ” musiał mieć dla równowagi swojego rezydenta na tzw. ,,prawicy” w naszym kraju, ponieważ ktoś musi skutecznie kanalizować Polaków – Katolików. Wcześniej robił to Wałęsa później robił to L. Kaczyński, który okazał się jeszcze gorliwszym sługusem interesów kosmopolitycznych rządów od tego pierwszego.

 

 ,,Okrągły stół” o którym liberalne media trąbią, wspominają to wydarzenie, jako wielkie zwycięstwo demokracji prowadzącej do ,,zgody narodowej”. Każdy trochę myślący Polak wie, że ,,okrągły stół” był na rękę siepaczom komunistycznym. Komuchom od Jaruzelskiego zależało, aby  zamienić książeczki czerwone na czekowe. Pseudo-opozycja w Polsce na czele z Michnikiem, Kuroniem, Geremkiem i Wałęsą, Kaczyńskim przygotowali miękkie lądowanie dla komunistów zamiast ich rozliczenia. Oczywiście, że bez porozumienia się, światowych mocarstw  nie byłoby oddania władzy przez komunistów na rzecz ich agentów z różnych lóż masońskich zainstalowanych w Nowym Yorku,  Paryżu, Moskwie czy Berlinie z koordynacją w Tel Avivie. Mieli tylko jeden problem, jak ten plan mocodawców z wschodu i z zachodu wdrożyć w Polsce i  właśnie do tego potrzebny był teatr pod nazwą ,,okrągły stół” gdzie komuch dobrał sobie do rozmów swojego agenta. Jak coś nie wychodziło przy ,,okrągłym stole”  rozmowy zakulisowe przenoszono do Magdalenki. Gdy miałem zaszczyt być posłem na Sejm, zwróciłem się z zapytaniem poselskim do ówczesnego Ministra Sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro o ujawnienie protokołów z ,,obrad” z Magdalenki, przedstawicieli ówczesnej władzy i ,,opozycji”. Minister Ziobro odpowiedział mi, że spotkania w Magdalence nie były protokołowane. Nie wiem, czy rzeczywiście mógł nie wiedzieć o tym, że były protokoły albo mnie okłamał, ponieważ nie chciał rozgrzebywać nie chlubnej roli roli w ,,Magdalence” Lecha Kaczyńskiego. Wyjaśniam, że protokoły z obrad w ,,Magdalence” są.

 

  Protokulantami byli; Jacek Ambroziak, Krzysztof Dubiński, Kazimierz Kłoda. Część kopii tych protokołów posiadam. Czytając wypowiedzi poszczególnych przedstawicieli władzy i pseudo-opozycji, mam wrażenie jakby ci ludzie znali się od wielu lat, jakby to byli koledzy, prawie wszyscy byli na ty!!!  Stronę rządową reprezentowali; Kiszczak, Ciosek, Reykowski (on wszystkie ustalenia przekazywał do Tel Avivu i od nich brał wskazówki), Sekuła, Gdula, Kwaśniewski i inni z strony tzw. opozycji udział brali L. Kaczyński, Wałęsa, Geremek, Mazowiecki, Kuroń i inni oraz Ks. Bp. Tadeusz Gocłowski i Ks. Alojzy Orszulik. Największe kariery polityczne z tych osób które knuły w Magdalence zrobili L. Wałęsa, A. Kwaśniewski oraz L. Kaczyński, to byli rezydenci Polski. Wyjątkowo z zainteresowaniem czytałem wypowiedzi L. Kaczyńskiego i to jemu  poświęciłem szczególnie dużo uwagi czytając protokoły, ponieważ on był prezydentem odnoszący się do elektoratu solidarnościowo –  prawicowego. Pozostali to sami przyznają, że to komuna lub agentura komuny.

 

  L. Kaczyński podczas spotkań z komunistami w Magdalence był bardzo ugodowy w stosunku do Kiszczaka i Sekuły, grzeczny. Forsował zapisy które były niekorzystne dla ,,Solidarności” np.; aby ,,Solidarność” nie była rejestrowana branżowo tylko odgórnie przez zarejestrowanie KK ,, S”. Motywował to tym, że struktura związków branżowych jest strajkogenna, umacnia tendencje rewindykacyjne. L. Kaczyński  upewniał władzę, że rozumie ich zastrzeżenia i nie chcemy powtórzyć sytuacji z lat 80-81. Forsował również zapis, że ,,S” w zakładzie pracy będzie tworzyć komisję między związkową do rozmów z dyrekcją. Nie chciał rejestracji ,,S” oddolnie, tylko od górnie, ponieważ  struktura oddolna jest konfliktogenna. Następnie podkreślał, że jak władza zarejestruje tylko jedną odgórną organizacje związkową, to władza wtedy będzie miała partnera!!! Chodziło jemu i Mazowieckiemu, żeby ludzie nie byli samodzielni, żeby robotnicy byli zależni od władz krajowych ,,S” a tam pełna kontrola wszelkiej maści agentury, tak by rozbiory Polski udały się a Solidarność pacyfikowała robotników w czasie zamykania zakładów pracy lub ich prywatyzacji.  Ta dyskusja odbyła się w dniu 27-01-1989 roku, obrady trwały od godz. 11,30 do 22,15 i kilka podobnych spotkań odbyło się w następnych dniach.  Dalej zgadzał się na pakiet kontrolny mandatów do sejmu dla PZPR,  ,,a resztę dajcie nam”. Zaproponował, aby wyrzuceni w stanie wojennym z pracy działacze ,,S” zachowali ciągłość pracy i dostali 3 miesięczną odprawę, (sic) i nie musieli wracać na swoje stanowisko pracy. Ani słowem nikt nie upomniał się o tych działaczy ,,S” którzy zostali wyrzuceni z Polski w stanie wojennym, żadnych rozmów o naprawieniu krzywdy ludziom i ich rodzinom którzy zostali zamordowani w stanie wojennym lub zostali ranni, żadnego zadośćuczynienia dla dzieci poległych robotników z Śląska, Pomorza czy KGHM, tylko kupczenie interesem milionów Polaków, tchórzostwo, podlizywanie się Kiszczakowi, Sekule, Kwaśniewskiemu.

 

 W tym czasie zostają zamordowani księża Niedzielan, Suchowolec, Zych, nikt nie interweniuje u Kiszczaka, nie ma próby zerwania rozmów, jakby to ich nie interesowało. Debatowali przy suto zastawionych stołach, z wódą na nich, tak tworzyło się pseudo-prawo pod niepolskie interesy, kosztem milionów naiwnych Polaków, ten teatr trwa do dziś. Proszę zauważyć, że w ,,demokratycznych” wyborach na urząd prezydenta zostali jak na razie wybrani tylko ci co knuli w Magdalence; Wałęsa, Kwaśniewski, Kaczyński, (Komorowski z okrągłego stołu) ci architekci porozumień z Magdalenki do dziś pacyfikują Naród.

 

 

 Ani ,,okrągły stół” ani żadna zdrada ,,magdalenkowa” nie była Polakom potrzebna, komuna na świecie zbankrutowała już wiele lat temu, trzeba było tylko spokojnie wyczekać i przejąć w pełni władzę, tak by nie dopuścić do tego co mamy dziś. Nic dziwnego, że Prezydent L. Kaczyński,  spotykał się z swoim kolegą z Magdalenki A. Kwaśniewskim, by mu doradzał w roli prezydenta, Nie słuchał tych co go wybrali. Jak silne są zobowiązania ,,magdalenkowe” tylko ta grupa zdrajców Polski raczy wiedzieć. Tak jak dziś PiS, propagandowo ,,zwalcza” ,,okrągły stół” i ustalenia z Magdalenki, zapominając, że to ich wodzowie też tworzyli tą niechlubną historię,  odgrywając w niej kluczowe role.

 

 Zygmunt Wrzodak

 

Minęły święta Bożego Narodzenia, które dominujący na Ukrainie Kościół grekokatolicki obchodzi według kalendarza juliańskiego, podobnie jak Cerkiew Prawosławna, a więc dwa tygodnie później, niż katolicy a także Jordanu – największego święta, które w kościołach wschodnich tego roku przypadło na 19 stycznia – i jak to po świętach, nastąpił bolesny powrót do rzeczywistości.

A rzeczywistość wygląda tak, że po porozumieniu, jakie ukraiński prezydent Janukowycz zawarł z rosyjskim prezydentem Putinem, który nie tylko obniżył Ukrainie cenę rosyjskiego gazu o 30 procent, ale w dodatku pożyczył temu państwu 15 miliardów dolarów, opozycyjni liderzy dyrygujący kijowskim Majdanem wytracili rozpęd.

Unia Europejska nie tylko nie otworzyła portfela, ale w dodatku próbowała ukraińskiego prezydenta przeczołgać, stawiając mu kłopotliwy prestiżowo warunek uwolnienia Julii Tymoszenko, podczas gdy zimny rosyjski czekista jednak sypnął złotem. W tej sytuacji kontynuowanie protestu w sposób oczywisty mijało się z celem i gdyby nie determinacja demonstrantów, którzy na całe miesiące mogli porzucić zarobkowe zajęcia dla manifestowania, cały protest umarłby śmiercią naturalną. Nawiasem mówiąc, ludzie protestujący na Majdanie muszą być chyba materialnie niezależni, skoro stać ich na porzucenie na tak długo wszelkich zarobkowych zajęć. W Polsce byłoby to niemożliwe, bo wprawdzie i u nas odbywają się masowe demonstracje, ale nie trwają one dłużej, jak do wieczora, bo następnego dnia każdy musi iść do pracy, by zarobić na bułeczkę i masełko.

Protestujący na kijowskim Majdanie najwyraźniej takim koniecznościom nie podlegają, co wygląda o tyle zagadkowo, że wielu Ukraińców przyjeżdżających na zarobek do Polski twierdzi, że sytuacja materialna tamtejszych obywateli jest gorsza, niż obywateli polskich. Niezależne media głównego nurtu w naszym nieszczęśliwym kraju wprawdzie w najdrobniejszych szczegółach relacjonują wydarzenia w stolicy Ukrainy, ale tego fenomenu nie tylko nie wyjaśniają, ale nawet nie zauważają. Skłania mnie to do podejrzeń, czy przypadkiem demonstranci na kijowskim Majdanie nie są aby finansowani przez nasz nieszczęśliwy kraj z jakiegoś tajnego funduszu. To bowiem wyjaśniałoby zarówno możliwość porzucania przez nich zajęć zarobkowych, jak i zagadkowy brak spostrzegawczości funkcjonariuszy niezależnych mediów głównego nurtu w Polsce.

Bo gdyby, dajmy na to, taki brak spostrzegawczości wystąpił u pojedynczego funkcjonariusza mediów, to można by to złożyć na karb przypadku, ale jeśli ta epidemia dotyka wszystkich, to nieomylny to znak, iż zauważanie takich rzeczy funkcjonariusze ci muszą mieć surowo zakazane od oficerów prowadzących, którzy w rozmaite sekretne operacje muszą być wtajemniczeni i to w stopniu znacznie większym, niż, dajmy na to, pan minister Radosław Sikorski, który sprawia wrażenie, jakby myślał, że na tym kijowskim Majdanie to wszystko naprawdę.

Hipoteza według której obecny prounijny zryw na Ukrainie jest finansowany przez nasz nieszczęśliwy kraj, podobnie jak wcześniejsza Pomarańczowa Rewolucja sfinansowana była przez finansowego grandziarza zwanego niekiedy „filantropem” w kwocie 20 mln dolarów, dość dobrze wyjaśnia również przyczynę obecnej eskalacji protestu. Jak wiadomo, nasz nieszczęśliwy kraj groszem nie śmierdzi, więc najwyraźniej ktoś musiał podjąć decyzję o ucieczce do przodu poprzez stworzenie faktów dokonanych. Pretekstem ułatwiającym podjęcie takiej decyzji mogły stać się uchwalone niedawno na Ukrainie przepisy zaostrzające warunki dopuszczalności publicznych zgromadzeń. Wprawdzie i u nas takie przepisy zatwierdził prezydent Komorowski jeszcze przed dwoma laty, a 10 stycznia Sejm uchwalił ustawę o „bratniej pomocy”, dopuszczającą możliwość udziału formacji zbrojnych obcych państw przy pacyfikowaniu protestów polskich obywateli, ale to, co niezależne media głównego nurtu uznają w Polsce za „oczywistą oczywistość” – na Ukrainie powinno wzbudzić święte oburzenie.

Skoro powinno wzbudzić – no to wzbudziło, bo wiadomo, że ten co płaci, to i wymaga. Tedy miłujący pokój demonstranci z Majdanu przypuścili gwałtowny szturm na milicjantów blokujących dostęp do budynków rządowych, paląc przy okazji kilka należących do milicji autobusów. Niezależne media głównego nurtu w Polsce przedstawiły to wydarzenie jako wyraz słusznego ludowego gniewu, zapominając zupełnie nie tylko o świętym oburzeniu z powodu spalenia samochodu należącego do TVN, jak i drewnianej budki przy wejściu na teren rosyjskiej ambasady w Warszawie – co stanowi dodatkową poszlakę, iż również ta zbiorowa amnezja mogła nastąpić na żądanie oficerów prowadzących.

No dobrze – ale co właściwie grupa trzymająca władzę w naszym nieszczęśliwym kraju chciałaby w ten sposób osiągnąć? Jest wysoce prawdopodobne, że chciałaby w ten sposób postawić Europejsów wobec faktów, na które nie będą oni mogli nie zareagować, bez sprzeniewierzenia się własnej, patetycznej retoryce. Krótko mówiąc, intencją grupy trzymającej władzę w naszym nieszczęśliwym kraju jest zniewolenie Naszej Złotej Pani z Berlina, by przeszła do porządku nad strategicznym partnerstwem z zimnym rosyjskim czekistą Putinem, którego to partnerstwa węgielnym kamieniem jest respektowanie podziału Europy na strefy wpływów mniej więcej wzdłuż linii Ribbentrop-Mołotow – żeby tubylcza grupa trzymająca władzę mogła przed wyborami do Parlamentu Europejskiego pochwalić się sukcesem w ramach Partnerstwa Wschodniego. Czy jednak Nasza Złota Pani pozwoli wciągnąć się w tę operacyjną kombinację, czy też spróbuje jej pomysłodawcom przypomnieć, skąd wyrastają im nogi – o tym przekonamy się niebawem.

Stanisław Michalkiewicz

Najpierw pojawił się problem. Skąd? Jak mówią w wojsku, stąd, skąd wyjeżdża czołg. Znienacka. Czyli wszyscy o tym wiedzieli od 15 lat ale jakoś tak, nikomu nie chciało się tym zająć. Więc teraz, znienacka, jak czołg, mamy problem.

Z powodu starzenia się społeczeństwa, dziura w ZUS sięgnęła 70 mld złotych, a według prognoz ma rosnąć aż za kilka lat przekroczy 100 mld, potem 120 mld. Ryba mów po ludzku, kiedyś zwrócił mi uwagę kolega z Pragi. Zatem mówię po ludzku, ponieważ obecne 30-40-latki zamiast po bożemu założyć podstawową komórkę społeczną i zadbać wieczorami, żeby zona miała inne zajęcie niż Zumba-lates-eching albo oglądanie jak oni -ańczą albo -ają, oni wolą wymieniać Internetywy, żłopać szardony lub Jad teściowej (de gustibus non disputandum albo jakoś takoś)  albo garować, aż światła się zmienią  na żółte migające. A od Zumba-lates-eching i od oglądania TV dzieci nie będzie. A skoro mamy mało dzieci, jak dorosną będzie mało dorosłych. A emerytów będzie wielu, bo po drugiej wojnie światowej Polacy jak prawdziwi patrioci robili i rodzili dużo dzieci. Zresztą wtedy nie było Zumby-lates-eching i Internetu. Że co, że teraz nie stać młodych na dzieci. A po drugiej wojnie to było stać? Wygodnictwo i tyle! Dwójkę to każdy powinien mieć, z mocy ustawy.

A skutki będą takie, że ZUSodziura nas pochłonie, jak czarna dziura w kosmosie zasysa światło (albo materię, ale to podobno to samo). Wiec spanikowani politycy, pod światłym intelektualnym przywództwem byłego ministra Sami Wiecie Którego, najpierw rąbnęli z OFE 200 mld złotych, żeby tę dziurę chociaż na dwa lata zasypać. Ale to mało, więc planują ozusować wszystko co się rusza. Wykonywałeś pewne zadania na zasadzie umowy o dzieło, to od 2015 roku zapłacisz od tego ZUS. To znaczy ZUS zapłaci ten dla którego wykonujesz to dzieło, wiec na rękę dostaniesz mniej. Malujesz obraz, ZUS. Piszesz artykuł, ZUS. Prowadzisz badania, ZUS. Oddychasz inaczej niż pod katem prostym, ZUS. W ogóle pojęcie dzieła chyba zniknie, zamiast tego będzie zusło (copyright rybinski.eu). Dziura w ZUS od tego się nie zmniejszy, zamiast 100 mld będzie 98 mld. Więc to wszystko są działania pozorowane. Oczywiście będzie krzyk tych wszystkich którzy stracą, i w tym krzyku zniknie cichy głosik, który ostrzega, że to nie rozwiązuje problemu. Żeby zlikwidować dziurę trzeba albo obecne emerytury obniżyć o połowę, albo składki na ZUS podnieść dwukrotnie. To by się działo, albo padłoby milion firm, albo siedem milionów emerytów wyszłoby na ulice. Rewolucja staruchów – powiedziałby znany celebryta w swoim znanym programie, znany z tego że publicznie drapie się po jajach. To i tak nas czeka, ale dopiero za kilka lat. Jak liczba emerytów radykalnie wzrośnie.

Uważam, że rząd posuwa się zbyt nieśmiało. należy ozusować także:

– kieszonkowe dla dzieci

– prezenty pod choinkę

– i wszystkie inne aktywności, które jeszcze nie są owatowane, czyli obłożone podatkiem VAT.

Że co? Że to bez sensu. No i co z tego. Jeżeli teraz, gdy nie nadeszła jeszcze pierwsza fala demograficznego tsunami już się ozusowuje wszystko co się rusza, wyzerowuje rezerwę demograficzną, kreatywnie kilkukrotnie zmienia definicję długu publicznego żeby go sztucznie obniżyć i robi skok na OFE, żeby rąbnąć 200 jardów (jak banskterzy mówią na miliardy), to ja się zapytuję, co będzie jak uderzy pierwsza fala demograficznego tsunami, przy której obecne problemy to pikuś, pikusiątko, pikusiąteczko. Jaką niegodziwość popełni wtedy władza, która z nadania oglądających jak oni -ają lub -ańczą i spijających każde słowo z ust drapiącego się po jajach celebryty, będzie wtedy rządzić. No jaką?


 


Pozdrawiam,

Małgorzata Janiec
tel. +48 605 357 489
malgorzata.janiec@gmail.com

Dziś w Centrum Prasowym Foksal, Dom Dziennikarza w Warszawie odbyła się konferencja prasowa poświęcona sprawie Andreja Żukowca – białoruskiego uciekiniera politycznego, który schronił się w Polsce przed represjami ze strony łukaszenkowskiego reżimu.

I któremu nawet w – wydawałoby się – wolnym i demokratycznym kraju odbiera się godność i prawo do sprawiedliwości…

W konferencji prowadzonej przez Anatola Michnawieca z organizacji Białoruska Pamięć Narodowa udział wzięli: Ryszard Kowalski ze Związku na rzecz Demokracji w Białorusi, posłanka na Sejm RP Małgorzata Gosiewska, Marek Bućko z Fundacji „Wolność i Demokracja” oraz dyrektor Fundacji LEX NOSTRA Maciej Lisowski. Nie zabrakło także samego Andreja Żukowca.

Poniżej publikujemy nasze oficjalne stanowisko w jego sprawie.

„Szanowni Państwo,

Fundacji LEX NOSTRA nie interesuje to, co się dzieje na Białorusi – nie angażujemy się w politykę ani polską, ani tym bardziej białoruską. Interesuje nas natomiast żywo p. Andrzej Żukowiec: uciekinier polityczny, który za miejsce schronienia wybrał Polskę, ponieważ miał do niej zaufanie. Schronił się u nas, żyje wśród nas, założył rodzinę, pracował, płacił podatki i nigdy nie naruszył prawa.

W jaki sposób odpłaciliśmy p. Andrzejowi za to zaufanie, którym nas obdarzył? Mówię „my” – bo przecież wszyscy jesteśmy częścią społeczeństwa, w imieniu którego polski sąd wydał na niego wyrok.

Wymiar sprawiedliwości powinien służyć społeczeństwu – nie odwrotnie. nieprawdaż? Tymczasem sędziowie – jako grupa społeczna – największym zaufaniem społecznym cieszyli się w 1989 roku. Dziś ufa im zaledwie 19% Polaków. Jeszcze gorzej jest z prokuratorami!

Proszę wyobrazić sobie taką oto sytuację: Premier Stanisław Mikołajczyk ucieka do Stanów Zjednoczonych w obawie przed polskimi komunistami. Minister Sprawiedliwości mówi – „OK, w Polsce groziła ci kula w łeb, ale się nie martw – my cię komunistom nie wydamy”. Za chwilę jednak prokurator stwierdza – „komuniści przysłali nam dowody, że jesteś przestępcą. U nas nic złego co prawda nie zrobiłeś, ale musimy cię skazać za twoje przestępstwa popełnione na terenie Polski, których dowody przysłali nam komuniści”.

Abstrakcja? Sprawa Żukowca to idealny przykład takiej „abstrakcji” – z życia wziętej, dziejącej się tu i teraz, bezpośrednio na naszych oczach !

Nie zapominajcie Państwo, że Polscy ministrowie sprawiedliwości (wszystkich opcji politycznych) uznali, że p. Andrzej jest uchodźcą politycznym i nie można go wydać władzom białoruskim. Uznali, że na Białorusi nie miałby uczciwego procesu, a „dowody” mogłyby być sfabrykowane.

I w tym miejscu włączyła się polska „niezawisła” prokuratura i polski „niezawisły” sąd. Tyle tylko, że „niezawisłość” w rozumieniu polskiego wymiaru sprawiedliwości oznacza praktycznie brak jakiejkolwiek odpowiedzialności za podejmowane decyzje, oznacza brak jakiejkolwiek kontroli, oznacza po prostu bezkarność sędziów i prokuratorów!

Gdy poseł zapyta prokuratora czy sędziego o cokolwiek, otrzymuje odpowiedź, że nie ma uprawnień do uzyskania jakichkolwiek informacji. Poseł – kimkolwiek by nie był – reprezentuje jednak społeczeństwo… Został przecież wybrany w demokratycznych wyborach!

A czy spotkali Państwo sędziego lub prokuratora wybranego w demokratycznych wyborach? Dlaczegóż to Prezes Sądu Apelacyjnego czy szef Prokuratury Apelacyjnej nie miałby być wybierany przez nas w wyborach powszechnych? Dlaczego o winie lub jej braku nie miałaby decydować ława przysięgłych – zamiast 30-paroletniego młodzieńca, który co kilka zdań mówi o „doświadczeniu życiowym sądu” ? Wreszcie – co może wiedzieć polski sędzia, który skazał p. Andrzeja o doświadczeniu życiowym na Białorusi? Może tego doświadczenia nabierał przez szybę taksówki, którą pojechał na Białoruś, by tam przesłuchiwać świadków w prawie p. Andrzeja?

Szanowni Państwo!

Czy jako ława przysięgłych – widząc przed sobą uciekiniera, który za miejsce swojego schronienia wybrał Polskę, bo zaufał jej władzom, widząc naszego współobywatela, który żyje przykładnie wśród nas wysłalibyście go do więzienia – na podstawie nieweryfikowalnych zarzutów obcego państwa, z którego uciekł w obawie o własne życie?
Czy po chrześcijańsku jest karać uciekiniera, który znalazł schronienie w naszym domu, bo jego oprawcy – z którymi nie mamy nic wspólnego – twierdzą, że popełnił jakieś nadużycia finansowe?

Drodzy Państwo!

Musimy sobie jasno powiedzieć, że pochodzący z obcego nam kraju przeciwnicy polityczni p. Andrzeja dopadli go wśród nas. I uczynili to rękoma tylko jednej osoby – naszego rodaka, polskiego sędziego…

Maciej Lisowski

Dyrektor Fundacji LEX NOSTRA”

www.fundacja.lexnostra.pl
Powyższe oświadczenie zostało opublikowane na stronie Fundacji LEX NOSTRA
http://fundacja.lexnostra.pl/index.php/wiadomosci/aktualnosci/235-oswiadczenie-fundacji-lex-nostra-w-sprawie-andreja-zukowca

Fundacja LEX NOSTRA jest zarejestrowana w Rejestrze Dzienników i Czasopism pod nr Rej PR 666.

Szanowni Państwo,w imieniu Senatora Jana Rulewskiego przesyłam „Informacje dla środowisk solidarnościowych i niepodległościowych”.

Z poważaniem,

Anna Krupa
asystentka Senatora Jana Rulewskiego

Biuro Senatorskie Senatora Jana Rulewskiego
ulica Gdańska 32/5-5a
85-006 Bydgoszcz

tel. (52) 345 58 06
www.janrulewski.pl
rulewski@janrulewski.pl

Informacje dla środowisk solidarnościowych i niepodległościowych.pdf.

Score big mark-downs on Madaras art at our Chart Sale & Pre-Game Party! Plus snacks, drinks & tons of giveaways! Before the commercials and cheering for your favorite team, please join us for a Pre-Game Super Bowl Party on Sunday Fe. 2nd at Madaras Off Broadway and check out our Chart Sale.

 Calosc  tutaj