Monthly Archives: Lipiec 2014

W artykule prof. Stanisława Krajskiego o Wisławie Szymborskiej  “Szymborska, Stalin i Giordano Bruno”, który ukazał się w “Naszym Dzienniku”  pojawiło się następujące zdanie:
“Szymborska z garstką podobnych jej krakowskich intelektualistów domagała się przyspieszenia wykonania wyroków śmierci na krakowskich księżach, których komuniści kłamliwie oskarżyli o pracę dla obcego wywiadu.”

ZABIĆ KSIĘŻY

 

 

 

Zdanie to wywołało zainteresowanie wielu czytelników. Prosili o szczegóły.

 

W 1951 r. komuniści rozpoczęli bezpośrednią bezpardonową walkę z Kościołem. Zapoczątkowało ją aresztowanie pod zarzutem szpiegostwa biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka. Pod koniec tego roku aresztowano kilkunastu księży w diecezji krakowskiej. W styczniu 1953 r. odbył się ich “proces”. Zarzucono im “szpiegostwo za amerykańskie pieniądze”. Trzech księży skazano na śmierć, a pozostałych na wieloletnie więzienie.

 

W lutym 1953 roku gdy księża oczekiwali w celach śmierci na wykonanie wyroku grupa 53 literatów krakowskich, wśród których byli m.in. Wisława Szymborska, Sławomir Mrożek, Adam Polewka, Witold Zechenter, Karol Szpalski, Marian Załucki, Bruno Miecugow, podpisała i przekazała władzom oraz ogłosiła “Rezolucję Związku Literatów Polskich w Krakowie w sprawie procesu krakowskiego”.

 

Czego domagali się krakowscy literaci?

 

Czas był taki, jak pokazała historia, że broniąc księży mogli uratować im życie. Władze komunistyczne wyraźnie się wahały. Potrzebowały „poparcia społecznego”. Chciały podzielić się odpowiedzialnością.

 

Czyn komunistów był zbrodniczy i haniebny. Trzeba było być idiotą, by uwierzyć, że w kurii krakowskiej działa amerykański wywiad wykorzystując ją jako swoje narzędzie przeciwko komunistom. Nawet jednak jeśli ktoś, by w to uwierzył to i tak musiałby uznać, że stracenie księży to za wysoka kara.

 

Literaci podpisani pod rezolucją nie byli idiotami. Byli to przecież ludzie wykształceni, światli, zorientowani, dobrze poinformowani, rozumiejący charakter przemian jakie się odbywały w Polsce i ich kierunek. Byli to też, tak by się wydawało, humaniści stanowiący elity, a więc ludzie, których zadaniem było bronić uniwersalnych zasad, nie zgadzać się na takie działania władz, które by w sposób szczególnie drastyczny były barbarzyńskie, antyludzkie, niesprawiedliwe.

 

Literaci krakowscy mieli trzy wyjścia. Mogli ostro zaprotestować wybierając drogę podyktowaną przez ich ludzką godność i kulturę, którą reprezentowali, drogę heroiczną, drogę, która byłaby jakoś drogą męczeństwa. Gdyby wybrali tą drogę Bóg i historia nagrodziliby ich sowicie.

 

Za miesiąc umarł Stalin. Represje by się skończyły, a oni w glorii i chwale zostaliby obwołani bohaterami narodowymi.

 

Literaci ci mogli też postąpić uczciwie i pragmatycznie, dyplomatycznie. Mogli potępić księży, a zarazem domagać się w imię humanizmu darowania im życia. Mogliby, tak przy okazji zastosować parę kruczków, które mogłyby ułatwić władzom komunistycznym postępowanie.

 

Mogliby np. zaproponować następującą formułę: “Komunizm zwyciężył. Komunizm ma rację. Komunizm jest dobry. Komunizm jest silny i wielkoduszny. Jako taki potrafi wybaczać winy, darować. Zamieńcie księżom wyroki śmierci na dożywocie.”

 

Literaci krakowscy mogli też milczeć choć z pewnością władze komunistyczne naciskały na nich, by potępili księży.

 

Gdyby literaci krakowscy nie zabrali głosu represje władz w stosunku do nich byłyby najmniejsze. Mogliby stracić swoje ciepłe posadki, otrzymać zakaz drukowania. Nie byłaby to jednak wcale za wysoka cena na honor i wierność podstawowym wymiarom człowieczeństwa, za to, że się nie upodlili, nie zostali wspólnikami zbrodni.

 

Ceny tej, to powinni już wtedy wiedzieć, nie płaciliby w nieskończoność. Zbrodniczy ustrój związany był z osobą Stalina. Ten zaś miał już swoje lata. Jego śmierć musiała pociągnąć za sobą przemiany – odwilż polityczną.

 

Literaci krakowscy wybrali czwartą drogę. Treść ich wystąpienia była taka, że między wierszami można było wyraźnie przeczytać:

 

“Wykonać wyrok, przyspieszyć go.” Jednocześnie i to przy takiej okazji, złożyli, wręcz na kolanach, czołobitny hołd i przysięgę wierności zbrodniarzom i faktycznym zdrajcom Polski.

 

Oto tekst rezolucji:

 

“W ostatnich dniach toczył się w Krakowie proces grupy szpiegów amerykańskich powiązanych z krakowską Kurią Metropolitarną.

 

My zebrani w dniu 8 lutego 1953 r. członkowie krakowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich wyrażamy bezwzględne potępienie dla ZDRAJCÓW OJCZYZNY  którzy wykorzystując swe duchowe stanowiska i wpływ na część młodzieży skupionej w KSM działali wrogo wobec narodu i państwa ludowego, uprawiali – za amerykańskie pieniądze – szpiegostwo i dywersję.

 

Potępiamy tych dostojników z wyższej hierarchii kościelnej, którzy sprzyjali knowaniom antypolskim i okazywali zdrajcom pomoc, oraz niszczyli cenne zabytki kulturalne.

 

Wobec tych faktów zobowiązujemy się w twórczości swojej jeszcze bardziej bojowo i wnikliwiej niż dotychczas podejmować aktualne problemy walki o socjalizm i ostrzej piętnować wrogów narodu – dla dobra Polski silnej i sprawiedliwej.”

 

Sławomir Mrożek ponadto był od pozostałych sygnatariuszy „precyzyjniejszy”.

 

Wyszedł oto „przed orkiestrę”, aby wyróżnić się w zapisie rezolucji:

„Nie ma zbrodni, której byśmy się po nich nie mogli spodziewać. Zaciekłość niedobitków będzie tym większa, tym bardziej będą się upodobniać do SS – manów, do „rycerzy płonącego krzyża” – Ku- Klux- Klanu, do brunatnych i czarnych koszul – występując w tym samym co SS-mani, krzyżowcy, koszule i inni falangiści interesie.

Rezolucję podpisało swoimi nazwiskami i pierwszymi literami swoich imion 53 osoby. Wśród nich znaleźli się tak znani pisarze i krytycy literaccy jak: K. Bunsch, Wł. Dobrowolski, K. Filipowicz (późniejszy przyjaciel Szymborskiej), A. Kijowski, J. Kurek, Wł. Machejek, Wł Maciąg, S. Mrożek, T. Nowak, J. Przyboś, T. Śliwiak, M. Słomczyński (znany tłumacz Szekspira podpisujący kryminały swojego autorstwa pseudonimem Joe Alex),O. Terlecki, H. Vogler, A. Włodek (pierwszy mąż Szymborskiej).
 

 

ZABIĆ KSIĘŻY

 

 

 

Wśród sygnatariuszy tej rezolucji znalazł się również Jan Błoński, który kilkadziesiąt lat później zarzucał Polakom, równie kłamliwie, w “Tygodniku Powszechnym”, “zbrodniczą obojętność wobec zagłady getta warszawskiego”.

 

Rezolucję podpisali również: K. Barnaś, Wł. Błachut, J. Bober, Wł. Bodnicki, A. Brosz, B. Brzeziński, , B. M. Długoszewski, L. Flaszen, J. A. Frasik, Z. Groń, L. Herdegen, B. Husarski, J. Janowski, J. Jaźwiec, R. Kłyś, W. Krzemiński, J. Kurczab, T, Kwiatkowski, J. Lowell, J. Łabuz, H. Markiewicz, B. Miecugow, H. Mortkowicz- Loczakowa, S.Otwinowski, A. Polewka, M. Promiński, E. Rączkowski, E. Sicińska, St. Skoneczny, A. Świrszczyńska, K. Szpalski, J. Wiktor, J. Zagórski, M. Załucki, W. Zechenter, A. Zuzmierowski.

 

Rezolucja ta była  zbrodnicza i haniebna. Ci, którzy ją podpisali, podpisali się nie tylko pod wyrokami śmierci dla 3 księży i pod wyrokami wieloletniego więzienia dla pozostałych kapłanów, ale podpisali się również w ten sposób pod pozostałymi zbrodniami stalinizmu.

 

Oni przecież użyli swych nazwisk, swoich autorytetów, by wesprzeć stalinizm, by go wzmocnić, by go usprawiedliwić.

 

Jej moralnej wymowy nie osłabia fakt, że podpisało się pod nią wielu znanych literatów, że w tym samym czasie wielu innych obywateli polskich, w tym znanych ludzi takich choćby jak Gałczyński czy Tuwim, postępowało tak samo czy podobnie.

 

Jej moralnej wymowy nie osłabia fakt, że Stalin umarł miesiąc później i wyroków śmierci nie zdążono wykonać. Szymborska mogła teraz po latach wyrazić żal i skruchę oraz potępienie dla stalinizmu w świetle jupiterów. Mogła przeprosić Kościół i Polaków. Mogła w obecności kamer telewizyjnych złożyć kwiaty na grobach księży, których życie skróciły cierpienia wywołane aktem, który wsparła osobiście. Mogła też, w ramach zadośćuczynienia przekazać niewielką choćby część swojego olbrzymiego majątku na rzecz Kościoła krakowskiego.

 

Ona zaś bez słowa, z uśmiechem przyjęła z rąk przedstawicieli krakowskich władz samorządowych tytuł honorowej obywatelki Krakowa, tytuł, który, w tym wypadku, był swego rodzaju kpiną i nową hańbą, już nie tylko dla niej, podobnie jak okrył się hańbą Komorowski dekorując Szymborską Orderem Orła Białego.

 

Patrz „Biały orzeł bez korony z Szymborską w tle” http://niepoprawni.pl/blog/2218/bialy-orzel-bez-korony-z-szymborska-w-tle

 

Szymborska została równie honorowym obywatelem Krakowa.

 

Wstyd mi, iż mieszkam w tym mieście !

 

Szymborska zapisała się w historii Polski i Krakowa nie tylko jako poetka, laureatka nagrody Nobla, ale również jako ktoś kto brał udział w zniewalaniu naszego kraju, eksterminacji polskiego narodu, w działaniach zmierzających do jego zastraszenia, upodlenia, demoralizacji, jako bezwzględny wróg Kościoła w Polsce.   Miejmy nadzieję, że tych jej czynów i słów nie powtórzy już nigdy żadna polska poetka.

 

Walka z Kościołem trwa, polecam wpisy „Solidarni 2010

 

http://solidarni2010.pl/n,2335,8,operacja-zniszczyc-kosciol.html

 

http://solidarni2010.pl/n,2141,13,antypolonizm4-bwolniewicz-walka-z-kosciolem.html

 

oraz Aleksander Szumański „Rozbić Kościół od środka”

 

http://niepoprawni.pl/blog/2218/rozbic-kosciol-od-srodka-cz-i

 

http://niepoprawni.pl/blog/2218/rozbic-kosciol-od-srodka-cz-ii

 

http://niepoprawni.pl/blog/2218/rozbic-kosciol-od-srodka-cz-iii

 

Wisławę Szymborską należy zaliczyć do bezwzględnych  wrogów Kościoła Katolickiego.

 

Waldemar Łysiak „Stulecie kłamców”:

 

„W całej tej (wciąż trwającej) kampanii trochę jest wprawy genetycznej (masoneria zawsze zwalczała katolicyzm) i dużo rutyny historycznej, albowiem ci sami lewaccy intelektualiści oraz “liberałowie”, którzy trzymają prym nad Wisłą po roku 1989  za Stalina również klęli Kościół.

 

Exemplum T. Mazowiecki, który klakierował UB-kom, co zadręczyli kieleckiego biskupa Kaczmarka, i w konflikcie między prymasem Wyszyńskim a reżimem sowieckim wziął stronę reżimu.

 

Podczas sfingowanego procesu księży krakowskich (1953, trzy wyroki śmierci)  więcej niż pół setki literatów (m.in. Mrożek i późniejsza noblistka Szymborska) wysmażyło “rezolucję” potępiającą sądzonych “zdrajców Ojczyzny, amerykańskich dywersantów i szpiegów, powiązanych z Krakowską Kurią Metropolitalną”. (…)

 

W. Szymborska, przezywała religię “wodą nieczystą”. Dzisiaj tamto dziedzictwo owocuje warknięciami Michników (“Zagraża nam fundamentalizm religijny”)(…)

 

Owocuje również profanacją medialną (…) czy pseudoartystyczną (ekskrementy wewnątrz tabernakulum, kopulacja z krzyżem jako “happening” itp.), bezczeszczeniem ołtarzy, cmentarzy i katolickich pomników(…)

 

Za co? Za wiele “klerykalnych” “grzechów”, choćby za utrudnianie aborcji czyli bestialskiego mordu (dr B. Nathanson: “Zabijany płód doznaje takich samych cierpień jak torturowany człowiek”), za uszkolnienie religii, za propagowanie Dekalogu (bez którego obumiera wszelka przyzwoitość, a życie staje się praktykowaniem zła), itd.

 

Kościół polski przetrwa te ataki, są to bowiem “tylko” zagrożenia zewnętrzne. Dużo groźniejsza jest wewnętrzna “piąta kolumna” w nadwiślańskim Gmachu Bożym, silna frakcja dywersantów (“liberałów” vel “reformatorów”) wśród książąt Kościoła, torpedująca hierarchię patriotyczną i mająca wielkie nagłośnienie medialne.

 

Ostatnio na facebooku  popularny stał się cytat: „Waldemar Łysiak o Wisławie Szymborskiej”

 

Szymborska jest antywzorem etycznym, a jej zachowanie było zawsze pełne nikczemnego serwilizmu wobec ludzi terroryzujących kraj. W erze stalinowskiej chwaliła swym piórem wszystko, co Stalin kazał apologetyzować, i piętnowała wszystko, co było antybolszewickie i patriotyczne.

 

Lenina wprost deifikowala, zwąc go “Adamem nowego człowieczeństwa”;

 

Stalina hagiografowała, twierdząc, że “nic nie pójdzie z jego życia w zapomnienie”;

 

partie mordującą akowców opiewała jako “to najpiękniejsze co może się zdarzyć”;

 

religie katolicką opluwała jako “cichą truciznę” i “nieczystą wodę”;

 

rewolucję bolszewicką sławiła jako “wodę źródlaną, z miłością podaną pragnącemu”, etc., etc., etc.

 

Nota bene te prostalinowskie wierszydła Szymborskiej są (gdy się patrzy na ich stronę formalną) ekspozycją dobrej poezji, ujawniającą duży talent, zupełnie tak samo jak bolszewickie rymy W. Broniewskiego.

 

Marni ludzie często tworzyli arcydzieła; sztuka nie musi brać ślubu z przyzwoitością, żeby wykuwać jakość klasy olimpijskiej….” (W.Łysiak – “Rzeczpospolita kłamców Salon”).

 

Cz. Miłosza stać było przynajmniej na słowa “Uprawiałem prostytucję”, którymi skomentował swą służalczość wobec komunistów.

 

W. Szymborska – z tego, co wiem – nie zdobyła się nawet na takie absolutne minimum.

 

Dlaczego więc mam zapomnieć, a tym bardziej: wybaczyć, wszystkie jej – wymienione powyżej – antypolskie, antykatolickie, czy wręcz antycywilizacyjne nikczemności?”

 

Nikt nie jest tylko dobry, i nikt nie jest tylko zły ? to wiadomo. Niewiele natomiast wiadomo o przyczynach zła u ludzi, u których zło dominuje silnie nad dobrem.

 

Trzeba by znać cały życiorys takiego człowieka, wszystkie szczegóły, i wyłowić ten jeden kluczowy szczegół. Wtedy nawet zbrodnie człowieka ocenia się  nolens volens  inaczej.

 

Tyle, że prawie wszystkie media III RP robią wszystko, abyśmy życiorysu W. Szymborskiej (oraz wielu innych “autorytetów”) nie poznali.

 

 

 

              Dla „Głosu Polskiego” Toronto opracował Aleksander Szumański lipiec 2014

 

Napisane przez: Aleszuma

 

Kontakt: aszumanski@gmail.com

Brytyjskie CBA (Serious Fraud Office) ujawnia na swojej stronie www.sfo.gov.uk, że z informacji jakie otrzymali od szwajcarskich organów ścigania, francuski koncern Alstom zamieszany był w działalność korupcyjną (doniesienia medialne mówią o praniu brudnych pieniędzy, korupcji i kreatywnej księgowości) przy dużych projektach transportowych w trzech krajach: Indiach, Polsce i Tunezji. Polskie media wskazują więc na Pendolino, z czym głównie kojarzony jest w naszym kraju Alstom, tym bardziej, że sprawa Pendolino od dawna nieładnie pachnie.

 

Dodatkowo od niedawna NIK prowadzi kompleksową kontrolę we wszystkich spółkach PKP, w tym także dotyczącą zakupu Pendolino.

Sądzę jednak, że korupcja dotycząca Alstomu w Polsce o jakiej mówią Anglicy, dotyczy czegoś innego. Jak czytamy na stronach gov.uk, posiadane przez nich informacje dotyczą okresu między 1 czerwca 2000 a 30 listopada 2006, a wtedy jeszcze Alstom w Polsce to nie Pendolino. W latach 2005-2006, kiedy został sformułowany projekt rozwoju kolei dużych prędkości, oficjalne czynniki nie przewidywały żadnycyh zakupów w Alstomie, lecz sfinansowanie rozwoju polskiej myśli technicznej w zakresie kolei dużych prędkości. Wkrótce potem utworzono Narodowe Centrum Badań i Rozwoju a także wystrzeliła PESA. Dopiero w późniejszycyh latach radykalnie zmieniono ten projekt i oparto go na Pendolino. Historię tę opisywaliśmy w materiale Pendolino story.

Czy już wtedy Alstom mógł „wykuwać” sobie drogę do zmiany koncepcji rozwoju polskiej myśli technicznej w zagraniczny zakup technologii? Czy może raczej chodzi tutaj o zupełnie inne duże projekty związane z komunikacją w Polsce?

 

 

W tych latach wprawdzie Alstom w Polsce związany był głównie z energetyką (modernizacje największych krajowych bloków energetycznych), jednak działała także spółka Alstom Konstal, która w latach 2000-2005 produkowała wagony do warszawskiego metra oraz tramwaje dla ponad 10 polskich miast. Sądzę, że raczej może chodzić o te tramwaje (przetarg na metro rozstrzygnięty został jeszcze w 1998).

W 1997 Alstom przejął najstarszego polskiego producenta urządzeń kolejowych: chorzowski Konstal (założony w 1864), skąd zwolniono 3/4 pracowników (8,5 tys. osób –> 2 tys.), po czym rozpoczął współpracę z polskimi władzami.

Biorąc pod uwagę wskazany przez Brytyjczyków okres czasowy i aktywność w nim Alstomu, sądzić można, że chodzi o sprawy związane z tzw. układem warszawskim. W 2011 prokuratura wrocławska postawiła zarzuty korupcji wiceprezydentowi stolicy Jackowi Z. za przyjęcie w latach 2002-2003 walutowej łapówki od Alstomu w wysokości 400 tys. funtów brytyjskich na ustawienie przetargu na tramwaje dla Warszawy. Tak jak i inne sprawy korupcyjne tej rangi politycznej, wygląda na to, że na postawieniu zarzutów sprawa się zakończyła lub uschła. Czy po obecnych doniesieniach brytyjskich służb antykorupcyjnych cudownie odżyje?

Warto przypomnieć, że również w tym roku dzięki FBI potwierdzono informację, żekoncerny HP i IBM przekupywały urzędników naszej policji, MSWiA, GUS czy MSZ przy zamówieniach informatycznych (infoafera). Nieco później także przez FBI dowiedzieliśmy się okorumpowaniu łódzkich lekarzy przez brytyjski koncern GlaxoSmithKline, który płacił za przepisywanie pacjentom leków GSK. Co dalej ze sprawami póki co nie wiadomo, gdyż u nas w zasadzie wszelkie afery wyglądają w ten sposób, że jest postawienie zarzutów, media robią raban, po czym cisza — brak finału o skazaniu bohaterów afery.

Nasze CBA tymczasem poszukuje sztabek złota u polityków za ustawienie nominacji sędziowskiej.

Autor tekstu:

racjonalista.pl

 

Boliwijski prezydent Evo Morales określił twór syjonistyczny  mianem „państwa terrorystycznego”. Poinformował o zerwaniu międzypaństwowej umowy która od 1972 r. umożliwiała obywatelom izraelskim podróżowanie do Boliwii bez konieczności posiadania wizy. Prezydent dodał, że „ostatnia ofensywa w Gazie pokazuje, że Izrael odrzuca zasadę poszanowania ludzkiego życia i wszystkie prawa zapewniające pokojową i harmonijną koegzystencję w ramach społeczności międzynarodowej.” Dwa tygodnie temu Boliwia złożyła na ręce wysokiego komisarza ONZ ds. praw człowieka wniosek o ściganie izraelskich zbrodni przeciwko ludzkości. Południowoamerykański kraj zerwał stosunki dyplomatyczne z tworem syjonistycznym w 2009 r., z powodu ówczesnego ataku na Gazę.

 

(na podst. BBC)

 

evo

 

W Łaziskach Górnych zniszczono groby Powstańców Śląskich. Ten niebywały akt barbarzyństwa nie spotkał się jednak z zainteresowaniem mediów, a wręcz przeciwnie – wydaje się być przez nie ignorowany.

Co innego gdyby chodziło o pomnik żołnierzy Wehrmachtu, czy „bojowników” Freikorpsu. Wówczas lokalna prasa, zwłaszcza Dziennik Zachodni i „Wyborcza”, kipiałyby pełnymi oburzenia tekstami potępiającymi „polskich nacjonalistów”.

Gdy parę miesięcy temu nieznany sprawca zamalował farbą na kilku drogowskazach przy drodze niemieckie nazwy miejscowości, wówczas jeszcze dobrze nie wyschła farba, gdy „Dziennik Zachodni” grzmiał z trwogi i oburzenia. Temat podchwycili aktywiści z RuchuAutonomii Śląska, którzy obłudnie ubolewali nad „polską nietolerancją” wobec wielokulturowości Śląska.

 

Trudno o większy przykład barbarzyństwa i zdziczenia pewnych środowisk, których agresja jak widać zaczyna się powoli materializować. Dziś są to groby powstańców. Szkoda tylko, że niewielu potrafi wyciągnąć wnioski z takich sytuacji, a polska administracja milczy pokornie bojąc się nazwać rzeczy po imieniu.

autor: Zespół wPolityce.pl

Sprawa wyroku Europejskiego Trybunału Praw człowieka dotyczącego złamania przez Polskę Europejskiej Konwencji Praw Człowieka poprzez istnienie na naszym terytorium katowni CIA ma różne wymiary, przy czym każdy z nich stawia państwo polskie – jak zresztą słusznie zauważono w Kancelarii Prezydenta Bronisława Komorowskiego – w łagodnie mówiąc niekorzystnym świetle.

Wyrażając się bez ogródek – oficjalne potwierdzenie krążących od lat przypuszczeń, że terytorium Rzeczypospolitej stanowi zaplecze dla dowolnych działań amerykańskich służb specjalnych, swoistą strefę okupacyjną przyznaną owym służbom na mocy zgody kompradorskich elit samego zainteresowanego kraju, podważa iluzję jakiekolwiek podmiotowości Polski na arenie międzynarodowej.

Poza ze wszech miar słusznym oburzeniem moralnym na stosowane przez CIA i inne struktury wywiadowcze oraz siłowe Stanów Zjednoczonych metody (świetnie pokazane w genialnym filmie „Essential Killing” (patrz kadr z filmu na zdjęciu)w reżyserii Jerzego Skolimowskiego), warto zwrócić jeszcze uwagę na wymiar polityczny i geopolityczny wydarzenia.

 

W sferze politycznej, jeśli ktoś miał jeszcze jakiekolwiek złudzenia co do rzekomej różnicy jakościowej pomiędzy polskimi postkomunistycznymi socjaldemokratami a postsolidarnościową prawicą, to właśnie miał okazję się ich całkowicie wyzbyć. Jeden z prominentnych polityków SLD mówił mi kiedyś, że jego formacja znajdując się u władzy musiała być jeszcze bardziej proamerykańska od swoich konkurentów z dawnej antykomunistycznej opozycji. Rozpaczliwe, z czasem żałosne próby odcinania się od przeszłości, dowodzenia, że dziś to SLD jest najbardziej atlantyckim ze wszystkich atlantyckich środowisk w Polsce, podyktowane były przekonaniem, że w Polsce po 1989 roku wyłącznie legitymizacja zewnętrzna, pochodząca zza oceanu może pozwolić na dojście i utrzymanie się u władzy.

 

To dlatego, gdy socjaldemokracja zachodnioeuropejska na czele z ówczesnym liderem niemieckiej SPD Gerhardem Schroederem stanowczo sprzeciwiała się agresywnej polityce interwencjonizmu lansowanej przez kontrolujących Biały Dom neokonserwatystów, Leszek Miller jeszcze w ubiegłym roku twierdził, że w sprawie posiadania przez Saddama Husajna broni chemicznej „dowodów nie znaleziono, ale po pierwsze – do dzisiaj nie znaleziono, a po drugie – broń ta została prawdopodobnie wywieziona”. Upór ten inaczej niż maniakalnym nazwać nie sposób, bo przecież nawet najbardziej zagorzale proamerykańscy wówczas Brytyjczycy przyznają się do błędu: w dziesiątą rocznicę agresji na Irak współodpowiedzialny za tą decyzję były minister spraw zagranicznych Zjednoczonego Królestwa Jack Straw mówił, że „bardzo tego żałuję, a najbardziej tego, że wszystkie argumenty, które przemawiały za naszym udziałem w tej wojnie, okazały się fałszywe”.

 

Przyznanie się do błędów i porażek zawsze brzmi lepiej niż pokrętne, absurdalne tłumaczenia. Podległość polskich socjaldemokratów (postkomunistycznych) waszyngtońskim jastrzębiom okazała się do tego stopnia daleko posunięta, że kazała swego czasu temu samemu Leszkowi Millerowi dokonywać działań na rzecz wybielenia zdrajcy państwa polskiego Ryszarda Kuklińskiego. Wszystkie te posunięcia dyktowane były zapewne politycznym pragmatyzmem, dążeniem do zagwarantowania obecności swego własnego obozu politycznego u władzy.

 

Trudno bowiem posądzać ówczesnego premiera i obecnego lidera socjaldemokratów o ideowe zaangażowanie po stronie atlantyzmu. Jest on raczej technologiem zdobywania, utrzymywania i zachowania władzy na szczeblu partyjnym, w pewnym stopniu też rządowym. Perspektywa geopolityczna wydaje się dlań zbyt odległa, choć – jako człowiek bez wątpienia ponadprzeciętnie inteligentny – z całą pewnością ją rozumie. Ostatnie lata dowiodły ponadto, że wśród postkomunistycznych socjaldemokratów jest on jedynym politykiem obdarzonym charyzmą i zdolnym do przewodzenia strukturom partyjnym.

 

Perspektywa geopolityczna, ta niezauważana dziś przez SLD, prowadzi nas do wniosków zdecydowanie bardziej przygnębiających. Zakres podległości polskich instytucji państwowych, służb specjalnych i poszczególnych środowisk politycznych Stanom Zjednoczonym, sprawia, iż wypowiedziane przeze mnie przed niemal dziesięcioma laty słowa o „amerykańskiej okupacji” wydają się jak najbardziej uprawnione. Nie jest to na razie okupacja o charakterze militarnym, jest to jednak już od dawna okupacja polityczna, władająca sferą wyobrażeń medialnych i decyzji politycznych.

 

Okupacja postnowoczesna, sieciowa, trudniejsza do rozpoznania od okupacji klasycznych znanych nam z kart historii. Jej skutkiem są choćby społeczne fobie i stereotypizacje określonych społeczności – rusofobia, islamofobia i inne. To ona jest przyczyną tego, że minister spraw zagranicznych Polski Radosław Sikorski mówi, że „czujemy się zagrożeni i prosimy USA o wsparcie”. Po takiej, nie wspominając już o wielu innych, wypowiedzi w choć trochę podmiotowym państwie zostałby zdymisjonowany.

 

Klimat pozwalający na sprawowanie urzędów ministerialnych przez ludzi, którzy w myśl przepisów prawa karnego zarówno II Rzeczpospolitej, jak i Polski Ludowej, zasiadali by na ławie oskarżonych o zdradę stanu trwa od lat. Skandal, który znów wybuchł po wyroku trybunału ze Strasburga po raz kolejny uświadamia rzeczywistość geopolityczną obszarów nazwanych po roku 2004 tzw. nową Europą – pełnią one w Eurazji rolę koni trojańskich, choć czasem poziom ich infantylizmu każe raczej myśleć o osłach…

 

Mateusz Piskorski
blog.onet.pl
http://mysl-polska.pl

Bieda w Polsce najmocniej uderza w najmłodszych. Z danych opublikowanych przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej wynika, że niemal 36 proc. dzieci w Polsce rodzi się w rodzinach, gdzie miesięczny dochód netto na osobę nie przekracza kwoty 539 zł (kwota minimum egzystencji).

„Zielona Wyspa” coraz częściej przypomina „Zgniłą wyspę”. Okazuje się, że bardzo duża część dzieci przychodzi na świat w rodzinach cierpiących biedę i niedostatek.

Według wyliczeń MPiPS w ubiegłym roku aż 133,2 tys. dzieci urodziło się w rodzinach, których miesięczny dochód netto na osobę nie przekracza dramatycznie niskiej kwoty – 539 zł. Jakby tego było mało w przypadku 735 tys. rodzin w Polsce, miesięczny dochód netto na osobę nie przekracza kwoty 400 zł!

Warto te dane zestawić z informacją o tym, że spotykający się ze sobą politycy rządzącej ekipy podczas jednej tylko kolacji potrafią wydać z pieniędzy podatników 1300 zł na drogie wina i jedzenie. Za taką kwotę 735 tys. rodzin w naszym kraju jest zmuszona przeżyć ponad trzy miesiące! A oni wydają to w ciągu dwugodzinne narady, podczas której spiskują przeciwko Konstytucji…

Źródło informacji: Więcej dzieci urodziło się w skrajnej biedzie (Rp.pl)
http://niewygodne.info.pl

Grzegorz Braun został dziś rano aresztowany – poinformował portal niezalezna.pl. Reżyser został zatrzymany o godz. 8 we wrocławskim mieszkaniu. Dwie godziny wcześniej, w momencie kiedy Brauna nie było na miejscu w jego mieszkaniu przeprowadzono rewizję.

Jak informowaliśmy już na portalu Prawy.pl, Grzegorz Braun został skazany na tydzień aresztu za obrazę sądu. O wyroku reżyser dowiedział się przez telefon od swojego obrońcy. Braun dobrowolnie zgłosił się więc do aresztu we Wrocławiu. Na miejscu odmówiono jednak jego przyjęcia. Reżyser  niezwłocznie udał się więc do siedziby Sądu Odwoławczego, który go skazał. Tam Braun usłyszał od Przewodniczącego Wydziału Karnego, że ma czekać na wezwanie!

Z posiadanych do tej pory informacji nie wiadomo było kiedy i jakich okolicznościach miało dojść do aresztowania reżysera. Wiedzieliśmy tylko tyle, że Sąd we Wrocławiu wystosował pismo do Policji z prośbą o udzielenie informacji o sposobie realizacji doprowadzenia Grzegorza Brauna do jednostki penitencjarnej (sic!). Wczoraj próbowałam dowiedzieć się czegoś na temat zaplanowanych szczegółów aresztowania reżysera. Każda próba połączenia telefonicznego z Komisariatem Policji Wrocław Krzyki kończyła się przekierowywaniem mnie do innej osoby. Ostatecznie powiedziano mi, że takie informacje udzieli Kierownik Referatu Prewencji – problem w tym, że cały dzień jego telefon nie odpowiadał.

Sprawa dotyczy budzącego wiele kontrowersji procesu, który toczy się już siódmy rok. Grzegorz Braun występuje w nim jako oskarżony. Reżyserowi zarzuca się to, że sam jeden napadł na pięciu funkcjonariuszy policji i ich pobił. Tymczasem Braun twierdzi, że 12 kwietnia 2008 roku to on został poturbowany przez policjantów, którzy odmówili wylegitymowania się. Złożył w tej sprawie oficjalną skargę, którą jednak odrzucono. Niedługo po tym, to jego oskarżono. Dostępne w sieci informacje dotyczące sprawy wyraźnie wskazują na stronniczość sądu oraz rażące nieprawidłowości. Proces toczy się już siódmy rok.

Agnieszka Piwar

Zrodło:  http://www.prawy.pl/z-kraju/6499-grzegorz-braun-aresztowany , 29 lipca 2014.

„Polityka polska wobec Rosji to polityka odreagowywania antyrosyjskich kompleksów, budowana na głębokim, nieusuwalnym resentymencie wobec Rosji, który unieważnia wszystkie wysokie wartości jako fundament kształtowania harmonijnych relacji miedzy narodami i państwami” – mówi prof. Anna Raźny

Obecnie Rosja swoją gospodarkę i wpływy z handlu zagranicznego opiera w przeważającej mierze na eksporcie gazu, a także ropy, co stanowi jeden z jej elementów wpływów międzynarodowych. Jak jednak uczy ekonomia, bogactwo państwa buduje się nie na eksporcie surowców, ale wyrobów przetworzonych, końcowych. Dochodzimy tu do kwestii rozwoju nowoczesnej technologii. Ongiś Związek Sowiecki przez ponad dekadę bił Zachód w wyścigu technologicznym (pierwszy sputnik, pierwszy człowiek w kosmosie), dopiero lądowanie Amerykanów na księżycu w 1969 r. dowiodło wyższości USA w tym zakresie.

 

– Zanim odpowiem na to pytanie, chciałabym wtrącić kilka słów na temat mojej sytuacji na Uniwersytecie Jagiellońskim, aby zamknąć wątek osobisty, zasygnalizowany w cz. I wywiadu. Otóż rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego – profesor Wojciech Nowak – swoją decyzję o moim dalszym zatrudnieniu uzależnił od stanowiska Rady Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ, a ta jest negatywna. Tak więc sprawa moja jest zamknięta. Od pierwszego października nie będę pracować na Uniwersytecie Jagiellońskim – szukam dla siebie miejsca na innej uczelni. Mam cichą nadzieję, że je znajdę, choć wiem, że będzie to trudne z wielu powodów.

 

Odnośnie do postawionego pytania, potwierdzić muszę zawartą w nim diagnozę poziomu gospodarki rosyjskiej. Jednakże trwająca od lat 70. przewaga gospodarcza USA nad Rosją uległa w ostatnich latach pewnemu zachwianiu – nie tylko w wyniku nieubłaganie pogłębiającego się kryzysu USA czy też dzięki modernizacji rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego oraz związanych z nim wielu gałęzi produkcji, ale również dzięki lansowanemu przez władze FR programowi unowocześnienia gospodarki. Jest to program nastawnia jej na radioelektronikę, biotechnologię, medycynę prewencyjną i tzw. personalną, technologie generacyjne w lotnictwie, motoryzacji, medycynie, inżynierii obronnej. Unowocześnienie rosyjskiej gospodarki jest jednym z priorytetów obecnego rządu. Z nim wiąże się powołanie przy prezydencie Putinie specjalnych rad, złożonych z naukowców i biznesmenów. Jedną z ważniejszych jest Rada ds. Nauki i Wykształcenia, koncentrująca się na kształceniu inżynierów i specjalistów w zakresie nowoczesnych technologii.

 

Oczkiem w głowie prezydenta jest uformowanie rosyjskiej szkoły inżynieryjnej jako marki zawodowej. W związku z tym popularyzowane jest hasło: inżynier – chluba Rosji. Oczywiście, trzeba poczekać, aby ta nowa polityka stała się widoczna – być może już pod koniec obecnej dekady – i dała Rosji realne szanse na skuteczne konkurowanie ze światowymi liderami nowoczesności. Trudno mi je ocenić, bo nie jestem specjalistą w dziedzinie gospodarki, a także ekonomii. Nie sposób jednak nie zauważyć tego trendu w gospodarce Rosji. Rzuca się w oczy zwłaszcza eksponowanie tzw. technologii addytywnych (additive manufacturing) oraz cyfryzacji w przemyśle zbrojeniowym i hutniczym, czego świadectwem jest lansowanie takich koncepcji technologicznych jak: „cyfra jest jak stal”,„czołgi będziemy drukować”. Trzeba przyznać, że zamierzenia są rzeczywiście ambitne, a ponadto Rosja ma na ich realizację odpowiednie środki. Czas jednak pokaże czy ten program zostanie urzeczywistniony.
Istotny jest natomiast towarzyszący im plan edukacyjny i wymiar patriotyczny.

 

Aleksander Sołżenicyn. Fot. za mysl-polska.pl

Aleksander Sołżenicyn. Fot. za mysl-polska.pl

 

Główny nacisk w koncepcjach unowocześnienia gospodarki został położony na to, aby przemysł bazował na rodzimej technologii. Ma to przełożenie również na preferowanie w polityce edukacyjnej kierunków studiów stanowiących dla niej bazę. W przemyśle zbrojeniowym ta polityka ma dodatkową podbudowę: absolwenci związanych z nim studiów mają pierwszeństwo w zatrudnieniu i wyższe płace. To odwrotność tego, co dzieje się u nas. Tym działaniom władz Rosji towarzyszy kształtowanie patriotycznych postaw poprzez nauczanie historii, literatury i kultury prawosławia oraz politykę historyczną, a także budzenie dumy narodowej nie tylko z własnej przeszłości, ale również osiągnięć współczesnych. Warto w tym miejscu podkreślić, że jednocześnie tępione są postawy rasistowskie i akcenty szowinistyczne. Wbrew powszechnie panującej u nas opinii, Aleksander Dugin nie jest autorytetem w edukacji patriotycznej. Jest nim natomiast Aleksander Sołżenicyn – wielki rosyjski patriota i twórca, daleki od wszelkich nurtów szowinizmu i radykalnego nacjonalizmu.

 

Czym tłumaczy Pani niesłychanie agresywną politykę głównych polskich sił politycznych wobec Rosji? Odróżniamy się tu od UE, którego kraje zajmują wobec Federacji bardzo zniusansowaną postawę, podczas gdy polski establishment zachowuje się tak, jakby Polska dążyła do wojny z Rosją. A przecież takie nastawienie wzmacnia tylko oś Berlin-Moskwa, co w historii zawsze kończyło się tragicznie dla naszego kraju.

 

– I tak właśnie postrzega nas Rosja. Wzywamy do zaostrzenia sankcji, chociaż nie mamy żadnych możliwości ku temu, aby je wprowadzić. Krzyczymy głośniej niż USA i UE, a w niej Niemcy. Mam tu na myśli nie tyle samo nasze społeczeństwo, ile elity polityczne i intelektualne. Ich postawa jest pewnym historycznym ciągiem. Ideologowie agresywnej polityki Polski wobec Rosji sami chętnie określają się jako spadkobiercy dziedzictwa Piłsudskiego, odrzucający prorosyjski kierunek myśli Romana Dmowskiego. Jednocześnie powołują się na wschodni program polityczny (jeśli w ogóle można o takim mówić…) Lecha Kaczyńskiego, który z zaślepieniem realizował błędną koncepcję wschodniej polityki Jerzego Giedroycia, ukierunkowaną przeciwko Rosji i skoncentrowaną na budowie wielkiej Ukrainy. Ważny czynnik historyczny stanowią w tym wypadku powiązania antyrosyjskich ideologów z okrągłym stołem.

 

Musimy bowiem pamiętać, że w światowym wymiarze jego reżyserami byli Reagan i Gorbaczow. To oni wyznaczyli zasady obowiązujące w tzw. transformacji ustrojowej w 1989 roku i zalegalizowane przy okrągłym stole (m.in. dopuszczenie kontrolowanej opozycji do władzy za cenę nierozliczenia komunizmu, marginalizacji lustracji, uwłaszczenia nomenklatury). Ludzie Czesława Kiszczaka (to on, nie zaś generał Jaruzelski, wyznaczał uczestników rozmów) reprezentowali przy okrągłym stole interesy komunistów, natomiast tzw. strona społeczna – niesłusznie utożsamiana z Solidarnością – interesy KOR, który ją przejął. W tym układzie, jaki został zawarty między stronami rozmów, komuniści więcej zawdzięczają Ameryce niż Moskwie. Jeszcze więcej Ameryce zawdzięczają ludzie KOR i ich akolici. Taka wdzięczność w polityce ma charakter zależności, która nigdy się nie kończy. Takich „wdzięcznych osób” najwięcej jest w PiS, gdyż obydwaj bracia Kaczyńscy brali aktywny udział w rozmowach okrągłostołowych. Jest ich cała masa w PO i właściwie we wszystkich partiach, gdyż nowe generacje „wdzięcznych osób” tworzą różni stypendyści i stażyści amerykańscy, nie wyłączając polskich profesorów zapraszanych z wykładami na amerykańskie uczelnie.

 

Dla przykładu warto sprawdzić, ile lat i w jakim charakterze byli w USA czołowi proamerykańscy i automatycznie antyrosyjscy politycy PiS: Anna Fotyga, Witold Waszczykowski czy Ryszard Legutko. Ilu proamerykańskich profesorów żyło spokojnie i dostatnio w USA, ucząc amerykańskich studentów wtedy, gdy większość z nas z trudem wiązała koniec z końcem, stała w kolejkach z kartkami żywnościowymi w ręku, a co ważniejsze, zaangażowała się w działalność podziemną. Od profitentów amerykańskiego sponsoringu – ówczesnych, późniejszych i obecnych – dzieli nas przepaść. Również czy nade wszystko widoczna w spojrzeniu na USA i Rosję.

 

Jednak nie tylko aspekt historyczny i amerykańskie powiązania determinują antyrosyjską ideologię polskich elit politycznych i opiniotwórczych ze środkami komunikacji masowej włącznie. Jest głębszy jej aspekt. Ma on charakter poznawczy a więc intelektualny, rzutujący na moralny wymiar tej ideologii. Jest to zamknięcie na prawdę nie tylko o współczesnej Rosji – nade wszystko o jej powrocie do chrześcijaństwa – ale również o współczesnej Ameryce, głównie m.in. o antychrześcijańskiej polityce Waszyngtonu na Bliskim Wschodzie i o narzucanej światu przez USA antychrześcijańskiej cywilizacji konsumeryzmu i genderyzmu. Ucieczka od prawdy jest w tym wypadku rezygnacją z obrony fundamentów naszej cywilizacji i powinności ich obrony. Taka postawa wobec prawdy sprawia, że antyrosyjska ideologia to – jak się mówi w filozofii – „słaba myśl”. Ideolodzy antyrosyjscy są słabi intelektualnie – głównie w sferze poznania. Zaniedbując, czy wręcz porzucając funkcję poznawczą rozumu, eksploatują go w funkcji krytycznej. Cały wysiłek intelektualny koncentrują na krytyce Rosji, stanowiącej punkt wyjścia ich działań politycznych. Świadectwem tego jest udział Polski w zamachu stanu na Ukrainie i będącej jego następstwem wojnie domowej. Są to działania nie tylko nierozumne, ale również niemoralne. Ucieczka od prawdy w sferze poznania zawsze bowiem skutkuje ucieczką od dobra i pogrążeniem w złu. Ta ucieczka jest jednocześnie ucieczką od prawdy o sobie. Grożąc Rosji sankcjami czy wręcz wojną, zwolennicy antyrosyjskiej polityki polskiej dają wyraz całkowitemu oderwaniu od rzeczywistości, ignorują fakt, że nie mamy żadnych możliwości gospodarczego i ekonomicznego ukarania Rosji.

 

Podczas gdy Rosja takie możliwości wobec nas posiada i już to odczuwają polscy rolnicy i przedsiębiorcy.

 

– Polityka taka wyraźnie szkodzi Polsce i nie da się jej wytłumaczyć na poziomie racjonalności. Jest wytłumaczalna na poziomie psychologii politycznej, której, niestety – w przeciwieństwie do Rosji – nie wykłada się w Polsce. Jest to polityka odreagowywania antyrosyjskich kompleksów, budowana na głębokim, nieusuwalnym resentymencie wobec Rosji, który unieważnia wszystkie wysokie wartości jako fundament kształtowania harmonijnych relacji miedzy narodami i państwami. W naszej cywilizacji, a także tej, w której zakorzeniona jest Rosja, są to wartości chrześcijańskie i osadzone na nich zasady etyczne. Zwolennicy antyrosyjskiej ideologii są ślepi na te wartości. Dlatego bezkrytycznie popierają globalną politykę USA, która jest zdecydowanie imperialna, ukierunkowana na podporządkowanie administracji Białego Domu (bez względu na to, czy jest ona w rękach republikanów, czy demokratów) wciąż nowych krajów i na zachowanie zdobytej po 1989 r. pozycji jedynego supermocarstwa światowego, ergo żandarma świata. W Polsce polityka proamerykańska wyrugowała z pola widzenia nasz interes narodowy, jest często nawet sprzeczna z polityką unijną. Nie bez racji mówi się o nas, że jesteśmy „czarnym koniem” Ameryki w Unii Europejskiej.

 

Nawet w Grupie Wyszehradzkiej ze swoją transatlantycką i zarazem antyrosyjską opcją znaleźliśmy się osamotnieni – inną politykę prowadzi Słowacja, inną Węgry, czego przykładem jest ich stosunek, do rewolty na Ukrainie. Gdy rzecznik rządu rosyjskiego wypowiada się na temat rewolucji ukraińskiej, wymienia Polskę jako jednego z czołowych sojuszników USA w tej sprawie. Warto w tym miejscu przypomnieć propozycję rosyjską przeprowadzenia rurociągu jamalskiego przez Polskę, która została przez Warszawę odrzucona, ponieważ rurociąg miał przebiegać przez Białoruś, a nie przez Ukrainę. Być może już wtedy Amerykanie planowali zaopatrzenie Polski we własny gaz łupkowy i w tym kierunku zadziałało lobby amerykańskie w Polsce. Także projekt tzw. wspólnej polityki energetycznej ma charakter antyrosyjski. Tu pytanie – dlaczego tylko energetycznej?

 

Antyrosyjskie zaślepienie w polskiej polityce rzutuje na nasze relacje z Niemcami. Są one odwrotnością relacji z Rosją i uderzają swoją asymetrią nie tylko na poziomie międzynarodowym, ale również w polityce wewnętrznej. W tej właśnie polityce widoczny jest nasz usłużny stosunek do mniejszości niemieckiej posiadającej wyjątkowe prawa (m.in. reprezentację w sejmie), których nawet części wciąż nie ma (i nic nie wskazuje na to, aby w niedalekiej przyszłości je miała) polonia niemiecka, nie uznawana w Niemczech za mniejszość narodową.

 

Niemcy w zakresie gospodarczym mogą w Polsce właściwie wszystko, a my do dziś nie zawalczyliśmy o status mniejszości dla Polaków zamieszkujących na stałe w Republice Federalnej. Sądy polskie coraz częściej wydają wyroki korzystne dla Niemców zgłaszających roszczenia majątkowe na naszych ziemiach. Nie polemizujemy z tezami niemieckiej polityki historycznej, nic jej nie przeciwstawiamy, umniejszamy winy niemieckie wobec nas, przypisujemy sami sobie wydumane winy wobec Niemców, operujemy ochoczo terminem „naziści”, zamiast „Niemcy”. A już skandalem na skalę dziejową jest przyznanie ofiarom holocaustu dodatków do emerytur, co oznacza przyznanie się do polskiego udziału w eksterminacji Żydów podczas II Wojny Światowej. Wspaniały prezent dla Niemców! Oznacza to, częściowe w każdym razie, odciążenie Niemców od odpowiedzialności za tę zbrodnię. Z realizowanej ostatnio polskiej polityki historycznej, o ile takowa istnieje, wynika, że II Wojna rozpoczęła się 17 września, a właściwie jedyną zbrodnią na Polakach w tym czasie była zbrodnia katyńska, gdyż badań nad ludobójstwem niemieckim właściwie zaniechano. Chociaż w sprawie katyńskiej powiedziano i napisano prawie wszystko, IPN dalej nad tym pracuje, podczas gdy nie słyszałam, aby ukazało się jakieś opracowanie Instytutu na temat ludobójstwa UPA na Kresach Wschodnich. W gruncie rzeczy stanowimy już kolonię niemiecką (w każdym razie gospodarczą), a z drugiej strony walczymy z Rosją, która nie zgłasza do nas żadnych pretensji, w tym terytorialnych. W sumie wygląda to na jakiś obłęd. Niemcom wszystko zapominamy, a Rosjanom przypisujemy zbrodnie sowieckie, jakby zapominając, że naród rosyjski był pierwszą straszliwą ofiarą bolszewizmu.

 

W Rosji istnieją lobbies, które chętnie zaprowadziłyby zachodni model ustrojowy i otworzyłyby gospodarkę ich kraju na penetrację obcego kapitału, jak to stało się w Polsce i innych krajach postkomunistycznych. W tym kontekście niektóre media nawet przeciwstawiały Miedwiediewa, jako polityka prozachodniego Putinowi. Jak Pani ocenią wpływ tych sił w Rosji?

 

– To nic nowego. Wpływy zachodnie obecne są w Rosji od wieków. Zawsze też napotykały na opór sił konserwatywnych, broniących wartości rodzimych. Obydwie te opcje decydowały o dwoistym kształcie Rosji – europejskim, obejmującym również dziedzictwo cywilizacji bizantyńskiej, i nieeuropejskim – turańskim, stanowiącym ślady niewoli mongolskiej. Wpływy zachodnie nasiliły się za czasów Piotra Wielkiego, który europeizował Rosję bardziej na modłę niemiecką czy quasi-niemiecką, niż francuską, choć język francuski królował na salonach i w kulturze. W administracji czy wojskowości dominował jednak wzorzec niemiecki. Natomiast groźna i bezwzględna wobec Polski caryca Katarzyna Wielka uchodziła i uchodzi nie tylko za oświeconą monarchinię na wzór europejski, ale również za mecenasa wpływów kultury francuskiej w Rosji ze względu na częste kontakty korespondencyjne z wybitnymi filozofami oświecenia, m.in. z Voltairem. O ile wpływy zachodnie w sferze kulturowej i społecznej raczej wzbogacały Rosję, o tyle stały się one groźne w sferze ideowej i politycznej, gdy w drugiej połowie XIX wieku zostały zdominowane przez dwie ideologie: rewolucji i socjalizmu – z jednej strony, z drugiej – przez filozofię materializmu ateistycznego Ludwika Feuerbacha, a następnie Karola Marksa.

 

Celem zeuropeizowanych na gruncie tych ideologii Rosjan było wówczas zmiecenie władzy carskiej i ustanowienie swoistej formy socjalizmu (narodnicki „socjalizm agrarny”). Powstają wówczas spiski rewolucyjne z inspiracji ideologii zachodnich i ruch narodników, próbujących przyciągnąć do rewolucji chłopstwo rosyjskie, które nie wykazywało skłonności do przeciwstawienia się monarsze. Przestrogą dla współczesnych zeuropeizowanych Rosjan powinny być losy narodników, którzy po niepowodzeniach na niwie chłopskiej sięgnęli do terroru indywidualnego oraz zamachów na urzędników carskich i na samego Aleksandra II. Niestety, w roli zamachowca w udanym zamachu (wcześniejsze nie powiodły się ) na cara w roku 1881 wziął udział student polski, członek Narodnej Woli – Ignacy Hryniewiecki. Stąd w konserwatywnej kulturze rosyjskiej obraz Polaka, siejącego rewolucję w Rosji. Ruch narodnicki nie zmienił rosyjskiego systemu politycznego. Uczy jednak, iż wszelki terror obraca się przeciwko tym, którzy go stosują. Analogicznie ukształtowały się antyputinowskie stowarzyszenia, partie i organizacje pozarządowe, które po powtórnym wyborze Władimira Putina na prezydenta Rosji usiłowały poprzez akcje protestacyjne zrzucić go z tego stanowiska pod hasłami zachodniej demokracji (amerykańskiej) i obrony praw człowieka.

 

Różnica między rewolucją narodnicką a ruchem antyputinowskim jest jednak zasadnicza. Ten drugi był opłacany przez Zachód, a ściślej przez USA. Ponadto pozbawiony był własnej koncepcji i odwołań do jakiejkolwiek idei jednoczącej. Jego jedynym celem było odsunięcie Putina od władzy i zdestabilizowanie Rosji – czy wręcz jej zrewolucjonizowanie, które mogłoby się zakończyć wojną domową. I wówczas i później premier Miedwiediew był po stronie Putina. Był i jest gorącym zwolennikiem jego polityki, co ostatnio potwierdza m.in. w faworyzowaniu Krymu po jego powrocie do Rosji. W sferze gospodarczej jest natomiast konieczna aktywność premiera Miedwiediewa w relacjach zarówno z Zachodem, jak i na obszarze wspólnoty eurazjatyckiej czy w odniesieniu do członków BRIC i RPA oraz Iranu. Natomiast przegrana antyputinowskiego ruchu nie oznacza bynajmniej likwidacji niebezpieczeństwa zagrażającego Rosji. Tak jak po przegranym ruchu narodnickim przyszła później rewolucja bolszewicka, tak i tym razem może być zorganizowany w Moskwie majdan – na wzór ukraińskiego. Zresztą wrogowie Moskwy wcale tego nie kryją, że Rosja jest następna po Ukrainie. Byłaby to swoista powtórka z historii. Zachód nie tylko tolerował, ale i wspierał tych, którzy z uporem dążyli do rewolucyjnej zmiany Rosji – ideologów bolszewizmu.

 

… a ten z kolei spowodował wojnę domową prowadzoną z nieludzkim okrucieństwem, która pochłonęła miliony ofiar. Mimo wielu okazji Zachód, rzekomo nienawidzący komunizmu, nie udzielił efektywnej pomocy wojskom białych. Co więcej stalinowskie pięciolatki zrealizowano przy pomocy technologii oraz inżynierów zachodnich i amerykańskich, bo inteligencja rosyjska została wymordowana w czasie rewolucji i wojny domowej. Płacono za te usługi sprzedając złoto wydobywane niewolniczą pracą w łagrach, i środkami uzyskanymi ze sprzedaży dóbr narodowej kultury rosyjskiej.

 

– To są fakty kompromitujące Zachód, który współcześnie zachowuje się tak samo – płaci (głównie USA) za antyrosyjskie działanie nie tylko różnej maści „oburzonym” w Rosji, ale również ukraińskim majdanowcom. Poważną przeszkodę w realizacji amerykańskiej polityki na gruncie rosyjskim stanowi silna świadomość narodowa Rosjan i ich powrót do chrześcijaństwa oraz do korzeni kulturowych. Tutaj nie udało się zachodnim inżynierom dusz zapełnić pustki po komunizmie. Mimo sporej obecności zmakdonalkdyzowanej kultury – w stylu amerykańskiem – w rosyjskiej przestrzeni publicznej, Rosjanie zachowują swoją tożsamość kulturową, religijną i narodową. Okres jelcynowskiej smuty, w którym szarlatani gospodarczy i cywilizacyjni przejęli – na krótko stery Rosji – został zamknięty,

 

Obecnie brakuje w Polsce poważnej siły politycznej zdolnej przeciwstawić się wszechobecnej rusofobii i zdolnej wykreować koncepcję ułożenia normalnych stosunków z Rosją. Tę rolę mógłby spełnić obóz narodowy. Niestety, ugrupowanie nazywające się hucpiarsko Ruchem Narodowym odchodzi zasadniczo od tradycji endeckiej. Z kolei środowiska wierne idei narodowej są jeszcze za słabe.

 

– Rzeczywiście, brak takiej realnej siły politycznej w Polsce, która mogłaby podjąć zwycięską walkę z antyrosyjską ideologią i polityką oraz ukierunkować nasze relacje z Rosją na poziom podmiotowy i partnerski. Brak nade wszystko odpowiedniego programu politycznego, uwzględniającego w stosunkach polsko-rosyjskich polskie, nie zaś amerykańskie czy niemieckie interesy.

 

Ostatnio ukazała się książka Tatiany Graczowej „Święta Ruś przeciwko Chazarii”. Autorka napisała ją w tonie wręcz mesjanistycznym, co może niektórych czytelników razić, niemniej zawiera wiele ciekawych informacji o rzeczywistych mechanizmach i siłach rządzących dzisiejszym światem. Jaka jest opinia Pani Profesor o tej pozycji?

 

– Książka wykłada obcy zachodniej myśli punkt widzenia polityki – jej powiązania ze sferą duchowości i wymiarem eschatologicznym. Takie łączenie przedmiotu badań (polityki) z jego istotnymi determinantami (religijnymi i metafizycznymi) jest charakterystyczne dla myśli rosyjskiej od czasów mnicha Filoteusza, twórcy słynnej formuły: Moskwa Trzecim Rzymem. Tego typu połączenia charakteryzują myśl najwybitniejszych Rosjan: Fiodora Dostojewskiego, przedstawiającego socjalizm jako walkę z samym Chrystusem, Władimira Sołowjowa, podejmującego na gruncie filozofii problem Antychrysta, Mikołaja Bierdiajewa, mówiącego o „duszy rosyjskiej”.

 

Graczowa ma więc znakomitych poprzedników. W swej książce daje analizę i jednocześnie syntezę tych powiązań polityki, religii i metafizyki, które prezentuje idea Chazarii jako królestwa księcia ciemności – Antychrysta. Realizuje on bezwzględnie swe plany unicestwienia świata poprzez walkę z chrześcijaństwem – na gruncie nieformułowanej wprost groźnej ideologii, składającej się z wątków satanistycznych, talmudycznych, ezoterycznych. Graczowa mówi, że Chazaria jest niewidoczna, ale jak najbardziej realna. Przeciwstawić się jej może i powinna Święta Ruś jako symboliczna wspólnota poświęcająca się służbie Chrystusowi. Ta książka jest mocnym świadectwem powrotu współczesnej Rosji do jej tradycji.

Dziękuję bardzo Pani Profesor.
Rozmawiał Zbigniew Lipiński

 

Została Pani Profesor usunięta z pracy na Uniwersytecie Jagiellońskim. Proszę przybliżyć przyczyny i okoliczności tej decyzji.

– Muszę sprostować. Nie zostałam usunięta z pracy, ale Rada Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych nie wyraziła zgody na przedłużenie mojej pracy w Uniwersytecie Jagiellońskim na kolejny rok akademickim Mianowicie profesorowie, którzy osiągnęli wiek emerytalny, występują o takie przedłużenie na jeden rok w ramach 1/2 etatu na podstawie Uchwały nr 25/2002 Senatu Uniwersytetu Jagiellońskiego. To przedłużenie ma charakter honorowy i zarazem symboliczny dla środowiska uniwersyteckiego Jest bowiem wyrazem uznania dla odchodzącego z uczelni profesora. Nie zdarzyło się, aby komuś odmówiono tego przywileju. Najpierw wniosek o zatrudnienie mnie na 1/2 etatu w nowym roku akademickim został odrzucony przez Radę Instytutu Rosji i Europy Wschodniej UJ ze względów pozamerytorycznych. Wielu osobom nie podoba się bowiem ta wizja Rosji, którą przedstawiam w swoich pracach na jej temat. Jest to wizja Rosji, której kształt kulturowy i cywilizacyjny określiło i na nowo określa chrześcijaństwo.

 

Tak postrzegali i postrzegają Rosję wybitni polscy jej badacze – od Mariana Zdziechowskiego, a następnie Wacława Lednickiego – po Ryszarda Łużnego, Andrzeja Walickiego, Lucjana Suchanka, Hannę Kowalską-Stus, Annę Woźniak. Nie wymienię wszystkich, bo jest spora ich lista. Istotne znaczenie w tej sprawie ma jednak nie Rada Instytutu, przedstawiająca swoją na mój temat opinię, lecz Rada Wydziału. Brak jej zgody na owo symboliczne zatrudnienie jest dla mnie forma wyrzucenia z mojej macierzystej uczelni, na której ukończyłam dwa fakultety (filologię polską i rosyjską) oraz studia doktoranckie, przepracowałam 41 lat, pełniłam po 1989 roku funkcje: prodziekana ds. studenckich na Wydziale Filologicznym, przez dwie kadencje dyrektora Instytutu Rosji i Europy Wschodniej, od 2006 roku Kierownika Katedry Rosyjskiej Kultury Nowożytnej. Byłam ponadto członkiem Tajnej Komisji Zakładowej Solidarności UJ od 13 grudnia 1981 roku do końca 1988 roku, tj. do ponownej rejestracji tego związku. Należałam ponadto do ścisłego grona sześciu profesorów belwederskich – kulturoznawców, którzy wraz z profesorami politologii tworzyli w 2000 roku Wydział Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ jako dwubiegunowy, obejmujący dwa ważne dla tych studiów obszary: polityki i kultury. Byłam także sygnatariuszem wniosku o uprawnienia do doktoryzowania na tym wydziale w zakresie kulturoznawstwa.

 

Głosowanie Rady miało miejsce po ataku „Gazety Wyborczej” (nr 113, 17-18 maja 2014) na moją osobę w związku z podpisaniem przeze mnie Listu otwartego do narodu rosyjskiego i władz Federacji Rosyjskiej. „Gazeta Wyborcza” połączyła ten podpis z moim udziałem w zablokowaniu przez Radę Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ wniosku o nadanie przez tę najstarszą polską uczelnię – z okazji 650. rocznicy jej założenia tytułu doktora h.c. przewodniczącemu Komisji Europejskiej José Manuelowi Barroso. Do ataku „GW.” dołączyły inne polskojęzyczne media, zdziwione, ze ktoś taki jak ja pracuje na Uniwersytecie Jagiellońskim. Tenor nagonki brzmiał następująco: nikt normalny w Polsce nie proponuje Rosji dialogu wobec tzw. kryzysu ukraińskiego, nikt normalny nie uznaje jakichkolwiek jej praw do strefy wpływu na obszarze Ukrainy, a tym bardziej do obrony zamieszkującej go ludności rosyjskiego pochodzenia przed zagrożeniem ze strony banderowców, nikt normalny nie mówi o wartościach chrześcijańskich w Europie i świecie, a tym bardziej o ich wspólnej obronie – przez chrześcijańskie narody słowiańskie, z narodem rosyjskim włącznie.

 

Wielu członków Rady, zwłaszcza tych, którzy ulegają politycznej poprawności, nie wytrzymało tej presji mediów. Są też tacy, którzy jej nie ulegli – politolodzy i kulturoznawcy, rzetelni uczeni, mądrzy i odważni, skromni i uczciwi – i poparli mnie w głosowaniu. Niestety, było ich mniej od tych pierwszych. Przy czym pragnę podkreślić, że nie idzie tutaj o moją osobę, lecz o pewne procesy kulturowe, społeczne i polityczne, które się nasiliły w Polsce, a mój przypadek jedynie jest ich świadectwem. Są to negatywne procesy, mające na celu przekształcenie w ramach globalizacji polskiego narodu i polskiego społeczeństwa w zbiorowisko przypadkowych ludzi – bez tożsamości nie tylko narodowej, kulturowej i religijnej, ale również osobowej. Przekształcona została również rola uniwersytetu we współczesnym społeczeństwie. Utracił bowiem swoją autonomię i opiniotwórcze znaczenie – został podporządkowany w sferze dydaktycznej, administracyjnej i ekonomicznej odgórnym dyrektywom – unijnym, ministerialnym i ustawowym.

 

Czy od tej decyzji odwoływała się Pani Profesor?
– Tak, bowiem ostateczna decyzja należy do Rektora Uniwersytetu i do niego właśnie się odwołałam. Nie mam jeszcze odpowiedzi. Mam nadzieję, ze będzie ona pozytywna i przywróci wiarę – nie tylko moją, ale również sporej części Polaków – w to, że Uniwersytet Jagielloński jest miejscem poszukiwania prawdy przez wszystkie pragnące jej osoby, niezależnie od ich przekonań i światopoglądów, że nikt nie jest i nie będzie z ich powodu wykluczany ze wspólnoty tej uczelni, która jest naszym wspólnym dobrem.

 

Jest jednak dla mnie jedna rzecz niejasna. Przecież nie kryła Pani swoich poglądów, w tym „niepoprawnych politycznie”, przeciwnie głosiła je Pani w publikacjach prasowych, internetowych, swoich pracach. Więc dlaczego dopiero teraz, przy tej okazji, spotkały Panią sankcje?
– Tym razem idzie jednak o Rosję, która przyspiesza przekształcenie świata z jednobiegunowego – kontrolowanego przez Stany Zjednoczone i przekształcanego dla ich interesów na drodze prewencyjnych wojen, kolorowych rewolucji i finansowania wojen domowych w jedno światowe imperium – w świat dwu- lub wielobiegunowy. Co więcej, Rosja ośmieliła się nie tylko podważyć, ale odrzucić ideowy fundament tego imperium – ideologię politycznej poprawności i związany z nią genderyzm. Wystąpiła przeciwko ich ateizmowi i triumfalnie powróciła do chrześcijaństwa. Jakakolwiek próba wskazania na Rosję w roli katechona – czyli tego, kto powstrzymuje szatańskie działania we współczesnym świecie – jest co najmniej herezją polityczną i cywilizacyjną, szaleństwem, które należy opanować.

 

Dla tych, którzy ulegli politycznej poprawności, normą – również w obszarze nauki i dydaktyki – jest myślenie w kategoriach jednobiegunowego świata i amerykańskiej – transatlantyckiej – opcji. Nikogo ze zwolenników tej opcji nie zdziwiła więc wypowiedź dyrektora Instytutu Rosji i Europy Wschodniej UJ, nazywającego Władimira Putina potworem i nawołującego do zwiększenia sankcji wobec Federacji Rosyjskiej („Dziennik Polski”, nr 55, 7 marca 2014.). Przeciwnie, takie wypowiedzi przynoszą w przekonaniu środowiska poprawnego politycznie chwałę nie tylko uniwersytetom, ale również polskiej nauce.

 

Gdyby polityczna poprawność dawała o sobie znać tylko w takich wypowiedziach, szkoda nie byłaby zbyt wielka. Tymczasem ideologia ta wniknęła w badania i dydaktykę uniwersytecką, nadając naukom – zwłaszcza społecznym i humanistycznym – polityczne oblicze. Wystarczy w tym miejscu zwrócić uwagę na prace poświęcone Unii Europejskiej, tzw. bezpieczeństwu energetycznemu w Europie, sojuszowi NATO czy te, które dotyczą kultury współczesnej i sposobów komunikowania, a nie mówią nic o manipulacji i propagandzie. Polityczna poprawność daje o sobie również znać w mechanizmie grantowym. Są bowiem tematy dobrze widziane przez grono decydujące o przyznaniu publicznych pieniędzy – niekiedy bajecznych kwot – na ich realizację i tematy skazane na odrzucenie. Do tych ostatnich należą z reguły te, które dotyczą chrześcijaństwa we współczesnej Rosji. Profesor Hanna Kowalska-Stus – wybitny badacz kultury prawosławnej, kierownik Katedry Kultury Bizantyńsko-Prawosławnej w Instytucie Rosji i Europy Wschodniej UJ bezskutecznie stara się od kilku lat o grant na badania z tej dziedziny. Jej doktoranci również. Ja dwukrotnie starałam się o grant na temat chrześcijańskich aspektów kultury rosyjskiej XX wieku.

 

Ten system finansowania jest chory nie tylko z powodu ideologicznego obciążenia polskiej nauki, ale również systemowego. Mechanizm przyznawanie pieniędzy jest zamknięty – nie podlega ocenie publicznej, której podlega procedura awansowania pracownika naukowego.. Nazwiska recenzentów opiniujących wnioski grantowe są bowiem utajnione.

 

Równie poważny jest problem wnikania politycznej poprawności do prac naukowych o Rosji. W sferze historii czy idei i ideologii coraz częściej pojawiają się takie, które pisane są w ramach opcji amerykańskiej (transatlantyckiej) z ewentualny dodatkiem koncepcji Jerzego Giedroycia. Ich autorzy, cierpiący na brak obiektywizmu, zdobywają jednak uznanie i mieszają skutecznie w głowach nie tylko studentów, ale również polityków. Podam jeden przykład – książkę Joachima Dieca „Konserwatywny nacjonalizm. Studium doktryny w świetle myśli politycznej Igora Szafarewicza”. Książka w 3/4 poświęcona teorii konserwatywnego nacjonalizmu i jego historii w Rosji nic nie mówi o mesjanistyczno-narodowej idei Moskwy –Trzeciego Rzymu. Nie daje pełnej informacji o stosunku konserwatywnych nacjonalistów rosyjskich do Polski (rozbiory, powstania, problem polonizmu, koncepcja Polski jako „Judasza Słowiańszczyzny”). Przykładem ich nacjonalistycznego odniesienia do innych narodów i mniejszości narodowych w Rosji jest okres Czarnej Sotni i problem Żydów w Imperium Rosyjskim. Takie prace, przedstawiające quasi-syntezę istotnego przecież problemu mogą nawet zyskać zwolenników – krótkodystansowców naukowych ewentualnie tych, którzy uprawiają w nauce politykę historyczną.
Nie zastąpią jednak monumentalnej pracy o konserwatywnym nacjonalizmie rosyjskim Andrzeja Walickiego: „W kręgu konserwatywnej utopii. Struktura i przemiany konserwatywnego słowianofilstwa”. Praca została napisana w połowie lat 60. XX wieku i jest świadectwem tego, że nawet w PRL można było pisać o Rosji bez obciążenia ideologią (komunistyczną), z perspektywy ponadczasowej. W tym miejscu chciałabym wymienić inną wielką pracę napisaną w tym samym okresie, wolną od wpływu ideologii – monografię Ryszarda Łużnego o kulturowych i religijnych powiązaniach polsko-wschodniosłowiańskich (również rosyjskich) w XVII-XVIII wieku: „Pisarze kręgu Akademii Kijowsko-Mohylańskiej a literatura polska”. Książka prezentuje tych wychowanków założonej na obszarze Rzeczpospolitej Akademii, którzy po jej wejściu – na mocy Ugody Perejasławskiej – wraz z Ukrainą Naddnieprzańską w obręb Rosji dokonali pierwszej fazy jej europeizacji.

 

Przyswoili Moskwie osiągnięcia kultury polskiej (za czasów Zofii regentki dwór carski mówił po polsku). Podobnie jak rosyjska myśl konserwatywna, również wpływy polskie na kulturę rosyjską nie należały do tematów mile widzianych w okresie komunizmu. A jednak znaleźli się niepokorni badacze, którzy je podjęli, co powinno być zachętą dla młodych naukowców, poddanych obecnie dużej presji ideologicznej i politycznej. Obserwując dzisiejsze badania na temat Rosji stwierdzam bowiem pewne zahamowania badaczy przed wielu problemami – nade wszystko związanymi z jej powrotem do chrześcijaństwa.

 

Niewątpliwie krwawa rewolta na Ukrainie sprowokowana przez USA i Zachód ma na celu dalsze okrążenie Rosji. Proszę przypomnieć naszym Czytelnikom, w jakich krajach sąsiadujących z Federacją Amerykanie i NATO mają swoje bazy wojskowe i posłuszne im reżimy.
– Przede wszystkim wymienię Polskę, która ma bazę amerykańską na swoim terenie i ubiega się o zainstalowanie wymierzonej w Rosję tarczy antyrakietowej. Ostatnio polskie władze i polscy politycy – nade wszystko z PiS – głośno proszą USA o zwiększenie kontyngentu amerykańskiego w Polsce ze względu na rzekome zagrożenie naszego państwa ze strony Rosji. Jednym słowem – na własne życzenie, bez jakiegokolwiek realnego zagrożenia stajemy się państwem frontowym na linii USA – Rosja. Tym samym bierzemy udział w okrążaniu Rosji. Te politykę okrążania Ameryka stosuje od momentu rozpadu Związku Sowieckiego, poszerzając NATO na Wschód wówczas, gdy rozpadł się również Układ Warszawski jako uzasadnienie zaistnienia i rozwoju Sojuszu Północno-Atlantyckiego.

 

Okrążanie Rosji nasiliło się po 11 września 2001 roku, gdy w ramach tzw. światowej akcji USA napadły na Afganistan, instalując tam swoje i natowskie wojska dla walki z talibami. Wykorzystując pozytywne nastawienie Rosji do tej walki, USA – za jej zgodą – utworzyły wówczas swoje bazy (o charakterze czasowych instalacji) w trzech państwach środkowej Azji, będących członkami Układu o Bezpieczeństwie Zbrojnym – tzw. rosyjskiego NATO – Uzbekistanie, Tadżykistanie i Kirgistanie. Bazy te miały charakter czasowy i ostatnia z nich – w kirgiskim Manas – jest zamykana. W związku z planowanym na 2014 rok wycofaniem wojsk amerykańskich z Afganistanu widocznie jest zaangażowanie USA w sprawę utworzenia bazy w Uzbekistanie, który w ramach „rosyjskiego NATO” prowadzi dosyć samodzielną politykę. Z tej perspektywy obecność USA na Ukrainie i jej zaangażowanie w zamach stanu oraz zorganizowanie rewolucji nabierają dodatkowego znaczenia. Plany były bowiem takie, aby bazę utworzyć na Krymie. Rosja wykazała się jednak lepszą strategią i ubiegła Biały Dom. Powrót Krymu do państwa rosyjskiego ma więc dodatkowe znaczenie

 

Rosja bez wahania i ku zaskoczeniu Zachodu odebrała Krym. Jak się wydaje fakt ten ośmielił Rosjan i ludność rosyjskojęzyczną na wschodniej Ukrainie do powstania przeciw banderowskiej władzy w Kijowie, domagając się od prezydenta Putina pomocy. Tymczasem Putin wykonał krok wstecz wzywając władze nowo powstałych republik do odłożenia referendum w sprawie niepodległości. Jaka może być przyczyna takiej właśnie postawy prezydenta Rosji. Nacisk Zachodu? Obawa przed wybuchem wojny światowej? 
– Odebranie Krymu stanowiło posunięcie stricte strategiczne. Inaczej prędzej czy później założono by tam bazę amerykańską, dzięki której USA kontrolowałoby Morze Czarne i miało dogodny przyczółek do ataku na Iran. To jednak nie udało się. Stąd ta wściekłość, bo przecież nie troska o Tatarów krymskich. Jeśli chodzi o Ukrainę wschodnią i południową możemy snuć tylko przypuszczenia na temat niejasnej polityki Kremla. Putin już jest oskarżany o spokojne przyglądanie się, jak żołnierze ukraińscy wierni Kijowowi oraz najemnicy różnych narodowości przelewają krew Rosjan. Prawdopodobnie o wiele więcej ofiar byłoby w wyniku wejścia wojsk rosyjskich na Ukrainę. Z drugiej strony Putin ma w ręku inny instrument nacisku – kurek gazowy, którego jest pewien. Nikt bowiem nie zapłaci za Ukrainę rachunku za gaz.

 

Trzeba się także zastanowić, jakie Rosja ma priorytety w polityce zagranicznej. Odbudowując swoją pozycję mocarstwową, stoi przed następującą alternatywą: czy najpierw przyłączyć wschodnią Ukrainę do Federacji bądź zabezpieczyć tam swoje wpływy, czy też prowadzić rozgrywkę ze Stanami Zjednoczonymi na poziomie ogólnoświatowym. Wysoce prawdopodobne jest, że ważniejszą sprawą dla Kremla było podpisanie umowy o dostawie gazu z Chinami, a przy okazji poszerzenie współpracy z tym krajem o inne dziedziny, w tym wojskową. Było to tym ważniejsze, że Rosja nie miała pewności jak zareagują Chiny, gdyby wojska rosyjskie wkroczyły na wschodnią Ukrainę. Równie ważny staje się inny krok rosyjski w tej grze – mianowicie dedolaryzacja transakcji handlowych i przechodzenie w rozliczeniach na juana w Azji, a na euro w transakcjach z Unią Europejską. Tak przedstawia się reakcja Rosji na odcięcie jej firm od kredytów amerykańskich. Operacja antydolarowa ma bowiem znaczenie światowe, a ewentualne zyski terytorialne na Ukrainie znaczenie tylko w Europie. Chodzi tu również o przejście na inną walutę przy transakcjach ropą naftową, co Rosja przypuszczalnie zaproponuje na lipcowej konferencji państw BRICS. (Być może do BRICS dołączy również Iran.) Jednocześnie Rosja przyspieszyła proces wzmocnienia rubla, zamierzając oprzeć swoją walutę na złocie.

 

Rosja została poniekąd przyparta do muru. Proszę zwrócić uwagę, że Zbigniew Brzeziński przywołany przez polskie media oświadczył jednoznacznie, że Ameryka nie cofnie się przed żadną, nawet najbardziej drastyczną akcją, by zwyciężyć w tym starciu z Rosją. W sumie: Ukraina stanowi tylko przedmiot, a nie przedmiot gry prowadzonej na osi USA – Rosja – Unia Europejska. Rosja bardzo wzmocniła swoją pozycję poprzez układ z Chinami, osiągając w ten sposób już dość silną przeciwwagę dla Stanów. Trzeba pamiętać też o czynniku unijnym. Czy UE nadal będzie starała się zachować otwarcie gospodarcze na Rosję, czy sprzymierzy się z bankrutującymi Stanami Zjednoczonymi – pozostaje kwestią jeszcze nierozstrzygniętą. W Unii najbardziej USA wspierają Polska i Wielka Brytania, inne kraje, szczególnie Niemcy zachowują się powściągliwie. Gdyby UE jako całość wybrała drugie rozwiązanie, stanowiłoby to klęskę wspólnoty brukselskiej.

 

Czy w takim razie dość popularna opinia, że odpadnięcie Ukrainy z rosyjskiej strefy wpływów uniemożliwi Rosji powrót do pozycji supermocarstwa ma rację bytu? Wówczas planowana i już budowana Unia Euroazjatycka stałaby się papierowym tygrysem.
– Jakakolwiek jednoznaczność przy formułowaniu opinii w tej sprawie stanowiłaby duże ryzyko. Tak naprawdę chodzi o to, aby jednobiegunowość w układzie sił światowych powstałą po upadku Związku Sowieckiego zamienić na układ wielobiegunowy, co już się dzieje. W tej sytuacji dla Rosji ważniejsze staje się umacnianie BRICS i swojej tam obecności niż funkcjonowanie w G7 czy G8. Ewentualne osiągnięcia Rosji na Ukrainie nie przekonałyby światowej opinii publicznej (bez względu na to jak to pojęcie zdefiniujemy), że kończy się dominacja amerykańska na świecie.

 

Toteż, na ogół minimalizowany w wielkich mediach BRICS posiada znaczenie nie tylko regionalne, ale daje też Rosji atuty w Ameryce Południowej, gdyż do tego ugrupowania należy także Brazylia. I to jest najważniejszy kierunek wzmacniania pozycji Rosji – BRICS plus Chiny. Ponadto Rosja poważnie modernizuje swój arsenał wojskowy. Natomiast Ukraina z punktu widzenia ekonomicznego i militarnego nic Rosji nie daje. Na tym odcinku ważny jest tylko Krym, a ta kwestia została już rozstrzygnięta.

 

Rozmawiał: Zbigniew Lipiński

 

Zródło:  http://www.mysl-polska.pl/node/115 , czerwiec 2014

Papież Urban II powierzył Ademarowi, biskupowi Le Puy w Owernii we Francji, duchowe przewodnictwo nad wyprawą krzyżową i wyznaczył termin jej wyruszenia na 15 sierpnia 1096 r. Piotr uchodzący w oczach tłumu za „świętego” wypowiedział posłuszeństwo papieżowi, gdyż termin wyznaczony przez papieża został przez niego całkowicie zlekceważony, co przyniosło katastrofalne skutki.

W kwietniu 1096 r. przybył do Kolonii, gdzie oczekiwały już na niego tłumy przybyłe z całych Niemiec. Ocenia się, że w jej szeregach było około trzydziestu tysięcy ludzi, a może więcej, gdyż po drodze dołączali do niej następni zwolennicy. Zaraz po Świętach Wielkanocnych ta ludowa krucjata na czele z Walterem bez Mienia ruszyła w kierunku Węgier. Wkrótce wielu z tych ludowych krzyżowców uwikłało się w jeden z najczarniejszych i najkrwawszych epizodów historii średniowiecza. Ludowa krucjata zwróciła się zaraz po wyruszeniu przeciwko europejskim Żydom. Pogromy rozpoczęły się już w grudniu 1095 r. od antyżydowskich rozruchów w Rouen. Z początkiem 1096 r. zaniepokojeni Żydzi francuscy napominali Żydów niemieckich, by strzegli się krzyżowców. Już kilka miesięcy później, między majem a lipcem 1096 roku, Żydzi w Nadrenii padli ofiarą okrutnych prześladowań, a fala antysemickich nastrojów przetoczyła się przez Niemcy. Zamieszki zapoczątkowane w Spirze, wybuchały następnie między innymi w Trewirze, Metzu, Ratyzbonie i Kolonii, a do najbardziej haniebnych ataków doszło w Wormacji i Moguncji. Jeden z przywódców właściwej wyprawy krzyżowej Gotfryd de Bouillon podobno wyłudził od Żydów z Moguncji i Kolonii 500 sztuk srebra w zamian za obietnicę, że ich obroni. Obietnicy nie dotrzymał (Thomas Asbridge, „Pierwsza krucjata. Nowe spojrzenie”, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2006). Krzyżowcy, gdy dotarli do granicy Węgier na Dunaju, zostali zatrzymani przez wojska węgierskie, gdyż ich reputacja jako brutalnych grabieżców, dotarła tu już przed nimi. Król Koloman rozgromił ich, i poszli w rozsypkę. Krzyżowcy dotarli do Konstantynopola 1 sierpnia 1096 r.

 

Po wkroczeniu do Jerozolimy krzyżowcy urządzili krwawą masakrę jej mieszkańców. Dopuścili się oni w tym mieście takich potworności, że przyćmiły one wszelkie okrucieństwa popełnione wcześniej. Kronikarz Rajmund z Aguilers w uniesieniu pisał: „Po upadku Jerozolimy i jej baszt można było ujrzeć wspaniałe dzieła. Niektórzy poganie byli litościwie ścinani, inni, przeszyci strzałami, spadali z wież, a jeszcze inni, przez czas długi poddawani torturom, ginęli w płomieniach. Po domach i na ulicach leżały stosy głów, rąk i stóp, a ludzie i rycerze biegali tam i z powrotem, stąpając po trupach”. Wkrótce myśli krzyżowców zwróciły się ku łupom. Ten sam kronikarz pisał: „Po wielkiej masakrze wchodzili do domów mieszkańców miasta i brali wszystko, co w nich znaleźli. Zachowywali przy tym porządek, tak więc tego, kto wszedł do domu pierwszy, czy był bogaty, czy biedny, od nikogo nie spotykała krzywda. Mógł posiąść i zachować dom albo i pałac i wszystko, co w nim znalazł, na własność. Ponieważ wszyscy zgodzili się przestrzegać tej zasady, wzbogaciło się wielu biedaków” (Thomas Asbridge, „Pierwsza krucjata”, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2006). Większość historyków szacuje liczbę jerozolimskich ofiar na 70 tys. Arabski historyk Ibn al-Asir twierdzi, że wymordowana została wówczas również duża część tamtejszych Żydów.

 

 

 

Gotfryd de Bouillon

 

 

 

Gotfryd de Bouillon (1058-1100), ks. Dolnej Lotaryngii, był drugim synem Eustachego II, hrabiego Boulogne oraz Idy Lotaryńskiej, córki Gotfryda II Brodatego, księcia Dolnej Lotaryngii i Matyldy z Toskanii. Po śmierci ojca w 1070 i wuja Gotfryda Brodatego, Gotfryd stał się właścicielem dóbr Bouillon, Stenay, hrabstwa Verdun, księstwa Dolnej Lotaryngii i markizatu Anvers. O posiadłości lotaryńskie stoczył walkę z hrabią Namur, Albertem III, rzecznikiem praw Matyldy z Toskanii, wdowy po Gotfrydzie Brodatym. Godfryd przez małżeństwo swej prababki z Hugonem de Plantardem, wywodził się w prostej linii z rodu Plantardów i posiadał w swoich żyłach merowińską krew, ale też karolińską. Gotfryd de Bouillon po śmierci Gotfryda Brodatego, ze względu na toczące się sprawy spadkowe o posiadłości lotaryńskie z ciotką księżną Matyldą z Toskanii, wdowy po Gotfrydzie Brodatym, był wrogo do niej usposobiony. Jako oddany sojusznik cesarza Henryka IV, brał nawet udział w 1084 r. w oblężeniu Rzymu. Był znany jako grabieżca ziem Kościoła, i nie cieszył się szczególną sławą człowieka pobożnego, a mimo to zgodził się być jednym z wodzów pierwszej krucjaty. Czy namówiła go do krucjaty ciotka Matylda? Czy jego nawrócenie było szczere? Wielu rycerzy przed wyprawą krzyżową doznało cudownego nawrócenia, a przecież wcześniej byli grabieżcami dóbr kościelnych.

 

Książę Dolnej Lotaryngii, Gotfryd de Bouillon wraz ze swoim bratem Baldwinem zgromadził znaczącą armię. Aby sfinansować wyprawę sprzedał lub zastawił wszystkie swoje posiadłości u biskupów Verdun i Liege. Dodatkowe fundusze zdobył rezygnując z pewnych ziem, o które od wielu lat spierał się z Kościołem. Podobnie postąpił w stosunku do opactwa św. Piotra w Chartres inny feudał, Nivelo. Nie był on jedynym, który w celu zdobycia pieniędzy musiał upokorzyć się przed przedstawicielami Kościoła. Oto jego wyznanie: „Strasznie zniszczyłem ziemię św. Piotra, to jest Emprainville, i miejsce wokół niego… Ilekroć dostawałem napadu rycerskiego szału, przybywałem do wspomnianej wyżej wsi wraz z oddziałem moich wojowników i licznym pocztem sług, i wbrew wszelkim prawom zabierałem ludziom św. Piotra dobra na pożywienie dla swoich” (Malcolm Billings, „Wyprawy krzyżowe”, Grupa Wydawnicza Bertelsmann Media, Fakty, Warszawa 2002).

 

Gotfryd z Bouillon wyruszył 15 sierpnia 1096 r. na czele armii złożonej z Lotaryńczyków, Flamandów, Saksończyków i Nadreńczyków. Po drodze dołączył do Gotfryda drugi jego brat, Eustachy III, hrabia Boulogne. W 1096 r. podążając śladami Piotra Pustelnika zaprowadził swoich krzyżowców do Konstantynopola. Na wybranie właśnie tej drogi przez Gotfryda mogło mieć wpływ rozpowszechnione przekonanie, że właśnie tym szlakiem pielgrzymował do Jerozolimy jego przodek Karol Wielki. W Konstantynopolu Gotfryd w 1097 r. złożył przysięgę lenniczą cesarzowi Aleksemu, przyrzeczenie zwrotu Bizancjum wszystkich zdobytych ziem, które niegdyś należały do Cesarstwa. Większość książąt bez protestów szła za przykładem Gotfryda i składała przysięgę. Jedynie Rajmund z Tuluzy wytrwale odmawiał złożenia przysięgi. Wreszcie po jakimś czasie przystał na zmienioną wersję i ślubował nie zagrozić władzy cesarza i jego posiadłością.

 

1 sierpnia 1098 r. w Antiochii zmarł biskup Ademar z La Puy, duchowy przywódca wyprawy krzyżowej. Po jego śmierci Piotr Pustelnik pierwszy podsunął myśl, aby Godfryda de Bouillon uczynić naczelnym wodzem. Zdobywanie sprzymierzeńców dla Gotfryda przez Piotra dało skutek.

 

Po zdobyciu Jerozolimy odbyło się tajemnicze zebranie. Jego uczestnicy nigdy nie zostali rozpoznani, ale biskup z Kalabrii (Ursus) był najbardziej znany spośród z nich. Na tym zebraniu wybrano Gotfryda królem Jerozolimy.

 

Historycy przypisują królowi Gotfrydowi tytuł „Obrońcy Grobu Świętego”, ale jest mało prawdopodobne, aby istotnie Gotfryd posługiwał się tym tytułem, ponieważ nie był szczerym katolikiem.

 

W końcu więc Merowingowie odzyskali swoje miasto i tytuł należny królom z linii Dawida (Steven Sora, „Zaginiony skarb Templariuszy”). Ostatecznie Jerozolima i otaczające ją ziemie zostały zdobyte dla żydowskiej linii Merowingów przy pomocy rycerzy chrześcijańskiej Europy, o czym w ogóle nie mieli oni pojęcia, że walczyli i ginęli dla żydowskiej sprawy.

 

Przodkowie Godfryda de Bouillon, przywódcy pierwszej wyprawy krzyżowej, utrzymywali swe pochodzenie w tajemnicy. Przodek Godfryda de Bouillon występuje w opowieści o Lohengrinie (Gerin Lotaryńczyk), legendarnym rycerzu Graala.

 

Śmierć zdolnego, mądrego i uduchowionego Ademara spowodowała, że zabrakło jedynego człowieka, który kierując wyprawą mógł zachować ideę krucjaty i ustanowić religijny ustrój łacińskiego królestwa Jerozolimy. Stało się ono jednak państwem czysto feudalnym. Urzędujący tam patriarcha Jerozolimy został złożony ze swego urzędu na rzecz patriarchy łacińskiego.

 

Po przegranej przez krzyżowców bitwie pod Hittin, Jerozolima 2 października 1187 roku została zdobyta przez muzułmanów. Wielkiego mistrza templariuszy i Ordre de Sion (Prieure de Sion), Gerarda Rideforta, oskarżono o niekompetencje, lub nawet o zdradę.

 

 

 

Królestwo Franków

 

 

 

Królestwo Jerozolimy było często nazywane królestwem Franków. W 1611 r. Gondarsius wydał zbiór kronik łacińskich i dokumentów historycznych o wojnach krzyżowych, które przeważnie były pisane przez zakonników, a zwłaszcza dzieje królestwa Franków w Jerozolimie. Tytuł tego dzieła „Dzieła Boga przez Franków (dokonane)” oddaje poglądy historiozoficzne Gondarsiusa. Uczynił on z Franków narzędzie Opatrzności Bożej. Frankowie to Sygambrowie, którzy się nazwali Newmage (nowy ród albo „lud nowego zgromadzenia”). Przybyli ze Sparty.

 

Pogrzeb Godfryda de BouillonFredegar, który żył w VII wieku (zm. w 660 r.), był burgundzkim skrybą. Jego Kronika obejmuje okres od najwcześniejszych dni hebrajskich patriarchów do królów z dynastii Merowingów. Cytuje rozliczne źródła i zawiera wiele odsyłaczy, w tym pisma św. Hieronima (tłumacza Starego Testamentu na łacinę), arcybiskupa Izydora z Sewilli (autora Encyklopedii wiedzy) i biskupa Grzegorza z Tours (autora Historii Franków). Fredegar, mający wysoką pozycję u burgundzkich królów, uzyskał dostęp do archiwów kościelnych i kronik państwowych. Opowiada nam, jak sygambryjska linia Franków – od których Francja zyskała swoje miano – sama została tak nazwana od imienia ich wodza Francjona (potomka Noego), który zmarł w 11 roku przed ur. Chrystusa.

 

 

 

Zagadkowe zgony w lipcu

 

 

 

Krzyżowcy zdobyli Jerozolimę 15 lipca 1099. Papież Urban II zmarł 29 lipca 1099 roku, wiadomość więc o powodzeniu krucjaty nie zdążyła do niego dotrzeć. Gotfryd de Bouillon zmarł rok później, 18 lipca 1100 roku. Piotr Pustelnik zmarł 8 lipca 1115 r. Matylda z Toskanii, ciotka Gotfryda de Bouillon, zmarła 24 lipca 1115 r.

 

 

 

Pierwszy Wielki Mistrz Zakonu Templariuszy

 

 

 

Hugo de Payens był synem szlachcica z Szampanii we Francji. Jego żoną była Katarzyna St Clair. Przez małżeństwo był więc spokrewniony z normańską rodziną St. Clair, która wywodziła się od skandynawskiego najeźdźcy Rolla. Była to gałąź francuska. St. Clairowie przez małżeństwo spowinowacili się z Wilhelmem Zdobywcą i wzięli udział w bitwie pod Hastings, po której stronnicy Wilhelma stali się panami Anglii. Wilhelm pochodził również z rodziny skandynawskiej osiadłej we Francji. Skandynawowie, którzy osiedli we Francji, nazwani zostali Normanami. Dziewięciu z rodu St. Clair po bitwie pod Hastings za odwagę zostało wynagrodzonych nadaniem ziem. Od czasu osiedlenia w Anglii ich nazwisko zaczęto pisać Sinclair. Ich rodowe nazwisko pochodzi od imienia szkockiego męczennika, świętego Klarusa, który został ścięty (Lynn Picknett i Clive Prince, „Templariusze tajemni strażnicy tożsamości Chrystusa”, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2005).

 

W 1104 i 1114 roku Hugo de Payens towarzyszył hrabiemu Hugonowi z Szampanii w wyprawach do Ziemi Świętej. Z drugiej już nie powrócił, pozostając w Palestynie. W roku 1118 wspólnie z 8 innymi braćmi zakłada zakon templariuszy i prowadzi misję dyplomatyczną na rzecz nowego zgromadzenia, pozyskując dla niego nowych członków i sympatyków. Za pośrednictwem Hugona z Szampanii, który również przystąpił w 1126 roku do templariuszy, poznał św. Bernarda, z którym połączyła go przyjaźń i wzajemny szacunek. Hugo de Payens pierwszym Wielkim Mistrzem Zakonu Templariuszy w latach 1118-1136.

 

 

 

Templariusze

 

 

 

W 1118 r. lub kilka lat wcześniej został założony duchowny zakon rycerski Braci Świątyni Salomona, łac. Fratres Templi Salomonis, skąd wzięła się nazwa Templariusze, albo też zwanymi Biednymi Rycerzami Chrystusa. Do 1118 roku istniała w Jerozolimie nieformalna grupa rycerzy, którym przewodził hrabia Szampanii. Głównym zadaniem templariuszy miała być ochrona chrześcijan pielgrzymujących do Ziemi Świętej. Zakon założyło dwóch francuskich rycerzy: Hugo de Payens i Geoffrey z Saint-Omer wraz ze swoimi siedmioma towarzyszami. Niektórzy pochodzili z Szampanii, i byli wasalami hrabiego Szampanii, Hugona z Szampanii. Obok pierwszych dziewięciu templariuszy został on rycerzem zakonnym w 1124 roku. Oprócz hrabiego Hugona rycerzem zakonu był od 1120 roku hrabia Andegawenii, Fulko, ojciec Geoffroya Plantageneta i dziad króla Anglii Henryka II.

 

Templariusze

Templariusze

 

Templariusze złożyli szczególną przysięgę posłuszeństwa, ale nie królowi, ani też swojemu przywódcy, ale opatowi cystersów, św. Bernardowi z Clairvaux (zm. 1153 r.). Św. Bernard był spokrewniony z hrabią Szampanii i przez niego z Hugonem z Payens. To właśnie na ziemi będącej legatem hrabiego, w Clairvaux, Bernard w 1115 r. wzniósł cysterski klasztor. Matką Bernarda była Aleth, siostra Andre Montbard, templariusza, a inni rycerze zakonu, Flamandzi, zostali przez niego osobiście wybrani. Byli wśród nich: Archambaude z Saint Armand, Geoffrey Bisol, Rosal, Gondemare, Gotfryd i Payen z Montdidier.

 

Na dworze hrabiego Szampanii w Troyes już od 1070 roku rozwijał się wpływowy ośrodek studiów kabalistycznych i wiedzy tajemnej. To właśnie na synodzie w Troyes w 1128 roku oficjalnie proklamowano istnienie templariuszy i przez następne dwa stulecia miasto to pozostawało strategicznym ośrodkiem templariuszy. Tam też, na dworze hrabiego Szampanii, Chretien de Troyes napisał jeden z pierwszych romansów rycerskich o Graalu.

 

Choć powszechnie przyjmuje się, że przez pierwsze lata 1118-1127 zakon templariuszy stanowiło tylko dziewięciu rycerzy, to w rzeczywistości

 

już w 1126 roku zakon powiększył się o co najmniej czterech rycerzy i liczył trzynastu rycerzy. Gwardia Szkocka, która została założona do obrony króla Francji, była wspólnotą w znacznie większym stopniu opartą na wzorcach templariuszy. Stan liczebny gwardii szkockiej wzrastał zawsze o wielokrotność liczby 13, i była to liczba templariuszy.

 

Król Jerozolimy Baldwin de Bouillon przekazał templariuszom za rezydencję meczet al-Aksa, który został zbudowany na miejscu świątyni Salomona (Malcolm Billings, „Wyprawy krzyżowe”, przeł. Zbigniew Dalewski, Grupa Wydawnicza Bertelsmann Media, Warszawa 2002). Wcześniej krzyżowcy urządzili w nim pałac królewski. Steven Sora, w książce „Zaginiony skarb Templariuszy” cytuje słowa z książki „The Dream and the Tomb” Roberta Payne, że „Od samego początku Hugo de Paynes miał, jak się zdaje, na celu coś więcej”. Ich jedynym zanotowanym osiągnięciem w ciągu tych dziewięciu lat były tylko prace wykopaliskowe pod świątynią Salomona, choć też dla pozoru chronili drogi i pielgrzymów. Ponoć przebili się przez mur, który kiedyś otaczał stajnie Salomona, i po odkryciu bajecznych skarbów w 1127 r. przenieśli się do Europy okryci sławą i bogactwem.

 

W połowie XII wieku Johann von Wurzburg, pielgrzym niemiecki do Ziemi Świętej, pisał o swoim pobycie w stajniach Salomona. Owe stajnie, wybudowane bezpośrednio pod Świątynią, można oglądać do dziś. Według niemieckiego pielgrzyma były one wówczas tak duże, że mogły pomieścić dwa tysiące koni, i to właśnie tam templariusze trzymali swe wierzchowce.

 

Główny skarbiec templariuszy znajdował się w potężnym zamku w Akce. Kiedy Akka upadła w 1291 r., wielki mistrz przeniósł się do Francji, również skarb wywieziono pospiesznie na Cypr, a następnie do Marsylii, by w końcu umieścić go w Paryżu. Tutaj został złożony w nowej kwaterze głównej zakonu w Villeneuve du Temple, która została zbudowana naprzeciwko królewskiego pałacu w Luwrze. W wersji napisanej po 1204 r. przez Wolframa von Eschenbacha o Arturze i Graalu, templariusze występowali jako aktualni strażnicy „Świętego Graala”.

 

W piątek o świcie 13 września 1307 r. działając na podstawie rozkazów króla Filipa IV, strażnicy królewscy w całej Francji pojmali i uwięzili bez ostrzeżenia część członków zakonu, jakich zdołali dosięgnąć. Został również aresztowany wielki mistrz zakonu Jakub de Molay wraz z jego strażą przyboczną, która liczyła sześćdziesięciu rycerzy. Źródła inkwizycji podawały liczbę 620 aresztowanych templariuszy, w tym aresztowano tylko 250 rycerzy, reszta to byli ludzie ze świty. Na wolności pozostało ponad tysiąc władających bronią templariuszy. Nigdy ich nie złapano. Choć król Filip IV działał przez zaskoczenie, to jednak templariusze zostali wcześniej ostrzeżeni, i wywieźli statkami z Francji dokumenty i skarby.

 

Znaczący jest fakt, że templariusze składali ślubowanie przed „Bogiem i Madonną” lub przed „Bogiem i Błogosławioną Maryją”. Zdaniem niektórych Madonna z owej przysięgi to nie Matka Boska, o czym świadczyłaby także stosowana przez templariuszy formuła rozgrzeszenia: „Niech Bóg odpuści ci grzechy, jak odpuścił je świętej Marii Magdalenie i łotrowi, który wisiał na krzyżu”. Słowa te świadczą co najmniej o wielkim znaczeniu postaci Marii Magdaleny dla templariuszy (Lynn Picknet i Clive Prince, „Templariusze tajemni strażnicy tożsamości Chrystusa”, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2005).

 

 

 

Fulko V Młody

 

 

 

Na początku XI wieku Fulko III (972-1040), hrabia Andegawenii, powrócił z Ziemi Świętej z kobietą, którą poznał podczas pielgrzymki. Była księżniczką z królewskiego rodu. Prawdopodobnie miała ze sobą jeden z miedzianych zwojów, na którym była informacja o ukrytym skarbie ze świątyni w Jerozolimie. Fulko III był znany ze swej gwałtownej natury. Wykazywał się niespotykanym okrucieństwem. Jednym z najsłynniejszych dowodów jego okrucieństwa było spalenie na stosie żony, Elżbiety z Vendome, którą w grudniu 999 roku przyłapał na zdradzie. Elżbieta spłonęła w swojej ślubnej sukni. Był w Jerozolimie w 1002, 1008, 1034 i w 1040 roku, i bynajmniej nie pielgrzymował do Ziemi Świętej, aby odbyć pokutę, on czegoś tam szukał. Był bogaty, gdyż zbudował ponad 100 zamków w tym klasztory i opactwo w Beaulieu-les-Loches. Jest związany z legendą o Meluzynie.

 

W 1104 roku odbyło się w Troyes tajne spotkanie, w którym uczestniczyli: hrabia Szampanii, Andre de Montbard (1103-1156), hrabia Andegawenii oraz przedstawiciele kilku znaczących francuskich rodów, takich jak Brienne, Joinville i Chaumont. Andre de Montbard był wujem św. Bernarda i współzałożycielem templariuszy. Był piątym Wielkim Mistrzem Templariuszy.Jak można przypuszczać, to tematem tego zebrania była debata nad ukrytym skarbem świątyni w Jerozolimie oraz sposobem jego zagarnięcia. Wkrótce po tej naradzie hrabia Szampanii wyruszył do Ziemi Świętej, gdzie spędził cztery lata. Istnieje przypuszczenie, że kierował pracami w poszukiwaniu ukrytych skarbów w lochach pod świątynią Salomona. W 1114 roku ponownie udał się do Jerozolimy. Po powrocie do Francji podarował ziemię cystersom. Na tej właśnie ziemi św. Bernard wybudował opactwo Clairvaux. Do 1112 roku cystersom niezbyt się powodziło. Kiedy jednak pojawił się św. Bernard ich los się nagle odmienił. W ciągu zaledwie kilku lat wybudowano sześć nowych opactw. W 1153 roku było ich już ponad trzysta, z których 69 założył św. Bernard osobiście. Ten szybki i zdumiewający rozkwit zakonu cystersów zbiegł się z błyskawiczną karierą templariuszy.

 

W 1120 roku udał się do Jerozolimy hrabia Fulko V Młody z Andegawenii. Po powrocie do Europy nadał templariuszom ziemie w swoim hrabstwie. W Królestwie Jerozolimskim utrzymywał również dwóch rycerzy. W 1127 roku ponownie wybrał się na Wschód. Prawdopodobnie templariusze przebili się przez mur, który kiedyś otaczał stajnie Salomona, i dotarli do lochu, gdzie ukryty był bajeczny skarb, oraz świątynne dokumenty. Hrabia Fulko przyjechał wszystko zobaczyć, ale templariusze nie wyrazili zgody na podział skarbu. Prawdopodobnie doszło do kłótni. Hrabia Fulko postanowił wyjechać i poinformować wspólników.

 

Podczas przygotowań do drogi powrotnej wysłannicy króla Baldwina II, William Beres i wielki mistrz templariuszy, Hugo de Payens, zaproponowali mu rękę następczyni tronu Melisandy (pierwsza żona Fulka zmarła w 1126 roku.). Baldwin chciał zabezpieczyć swoje dziedzictwo wydając córkę za bogatego pana, który posiadał militarne doświadczenie. Te warunki spełniał Fulko. Hrabia miał jednak większe ambicje niż bycie tylko małżonkiem królowej. Zażądał pozycji równej Melisandzie. Baldwin, mając na uwadze bogactwo i doświadczenie potencjalnego zięcia, wyraził na to zgodę. Fulko wrócił jeszcze do Europy, gdzie przekazał władzę na Andegawenią swojemu synowi Godfrydowi. Następnie powrócił na Wschód i 2 czerwca 1129 roku poślubił Melisandę. Baldwin II zmarł w 1131 roku pozostawiając Fulkowi i Melisandzie koronę Jerozolimy. Hrabia Fulko Andegaweński zawdzięczał koronę wielkiemu mistrzowi templariuszy, Hugonowi de Payens.

 

Jesień 1143 roku król, królowa i dwór spędzali w Akce. Pewnego dnia królowa zapragnęła udać się na przejażdżkę po okolicy. Podczas niej jeden z dworzan przez przypadek spłoszył zająca. Król od razu ruszył za nim w pogoń. Koń jednak się przewrócił, popręgi puściły i siodło uderzyło upadającego Fulka w głowę. Król został przewieziony do Akki, gdzie zmarł niedługo potem. Został pochowany w kościele Grobu Świętego. Był opłakiwany nawet przez Melisandę, która przejęła władzę w imieniu ich małoletniego syna Baldwina. Nie wiadomo czy był to nieszczęśliwy wypadek, czy też subtelnie zaplanowane morderstwo. Według Wilhelma z Tyru, Fulko był „rudy, podobnie jak Dawid (…), sumienny i uważny, uprzejmy i miły (…), doświadczony wojownik pełen cierpliwości i wiedzy w sprawach militarnych”. Fulko i Melisanda mieli dwóch synów, którzy byli królami Jerozolimy: Baldwin III (1130-1162) i Amalryk I (1136-1174).

 

 

 

John Allegro

 

 

 

John Marco Allegro (1923-1988) był brytyjskim historykiem religii, badaczem zwojów znad Morza Martwego, w tym Miedzianego Zwoju. W 1953 brał udział w badaniach nowo odkrytych zwojów nad Morzem Martwych. Autor książek m.in. „The Dead Sea Scrolls” (1956), „The Treasure of the Copper Scroll” (1960), „The Sacred Mushroom and the Cros’s (1970) oraz „The Dead Sea Scrolls and the Christian Myth” (1979).

 

John Allegro pisał: „Miedziany zwój i jego kopia (albo kopie) miały za zadanie poinformować tych, którzy przetrwali toczącą się wówczas wojnę, gdzie znajdują się ukryte środki. Jeśli jednak miały zostać znalezione, to nie wolno było ich bezcześcić. Stanowił on także rodzaj przewodnika wskazującego miejsce ukrycia skarbów, które wykorzystać można było na cele wojenne” (http://wolnemedia.net/nauka/wielka-zagadka-miedzianego-zwoju-z-qumran/).

 

John Allegro kierując się wskazówkami zawartymi w Miedzianym Zwoju odnalazł kilka skrytek, lecz były puste. Ktoś wcześniej je opróżnił. Czy byli to templariusze? W poszukiwaniach skrytek Johnowi Allegro pomagał król Jordanii Husajn I (1935-1999).

 

 

 

Skarby świątynne w posiadaniu Prieure de Sion

 

 

 

Autorzy książki „Święta Krew i Święty Graal” („The Holy Blood and the Grail”) M. Baigent, R.Leigh, H. Lincoln dotarli do Wielkiego Mistrza Prieure de Sion Pierre Plantarda de Saint Claira, spokrewnionego z domem lotaryńskim, wpływowym człowiekiem za kulisami polityki francuskiej, związany z de Gaulle’em. Udzielił jedynie informacji dotyczących historii organizacji, ale nie na temat współczesności. Oświadczył jedynie, że organizacja jest w posiadaniu skarbów skradzionych przez Tytusa ze Świątyni Salomona w 70 r., i że „zostaną zwrócone do Izraela, gdy będzie właściwy czas”. Nie to jednak jest ważne. Istotą organizacji jest posiadany sekret, który umożliwi dokonanie wielkich zmian w nie długim czasie. Jak wynika z różnych źródeł, głównym celem Prieure de Sion jest danie światu króla z dynastii Merowingów.

Stanisław Bulza
stanislawbulza@wp.pl