Monthly Archives: Wrzesień 2014

W tę tak ważną rocznicę proszę mi wybaczyć, ale będzie dużo prywaty, wątków rodzinnych! W Polskie Państwo Podziemne wpisane są losy mojej rodziny, osób mi bardzo bliskich.

Tak więc dzisiejszy tekst będzie na wskroś osobisty, wręcz przesiąknięty … nepotyzmem.

Polskie Państwo Podziemne!
Piszą, że był to fenomen!
Bo był to fenomen.
Żaden z liczących się polityków, ani wojskowych nie zostali współpracownikiem-kolaborantem.

Powołane 27 września 1939 r. Polskie Państwo Podziemne kierowane z terytorium krajów sojuszniczych to w pełni legalne władze naczelne RP z prezydentem, rządem i Naczelnym Wodzem z krajowym przedstawicielstwem.
Czyli podziemnym parlamentem, reprezentującym największe stronnictwa polityczne: Stronnictwo Ludowe, Polską Partię Socjalistyczną, Stronnictwo Narodowe oraz Stronnictwo Pracy.
Najwyższą władzę sprawował Delegat Rządu na Kraj (od maja 1944 w randze wicepremiera), kierując zakonspirowanym aparatem administracji cywilnej – Delegaturą Rządu na szczeblu centralnym, w województwach i powiatach. Delegatura to 18 departamentów m.in. szkolnictwo, kulturę i naukę, opiekę społeczną i sądownictwo oraz oczywiście własne siły zbrojne.
Cyt.
< Na czele utworzonej 27 września 1939 roku Służby Zwycięstwu Polski stanął gen. Michał Karaszewicz – Tokarzewski. SZP została przekształcona najpierw w 1940 roku w Związek Walki Zbrojnej, a następnie rozkazem Naczelnego Wodza z 14 lutego 1942 roku w Armię Krajową (AK), w skład której weszło ok. 200 organizacji wojskowych, zarówno spod okupacji niemieckiej, jak i sowieckiej.
AK od początku była organizacją masową. Liczba zaprzysiężonych żołnierzy AK wynosiła na początku 1942 roku ok. 100 tys., zaś w lecie 1944 roku już ok. 380 tys., w tym: ok. 10,8 tys. oficerów, 7,5 tys. podchorążych i 87,9 tys. podoficerów. Kadra AK rekrutowała się z oficerów i podoficerów armii przedwrześniowej oraz z absolwentów tajnych Zastępczych Kursów Szkoły Podchorążych Rezerwy i Zastępczych Kursów Podoficerów Piechoty, a także przerzucanych do kraju oficerów, tzw. cichociemnych. Od 1943 roku w jednostkach podporządkowanych Komendzie Głównej AK tworzono kompanie i bataliony, od 1944 roku – pułki, brygady, dywizje, zgrupowania pułkowe i dywizyjne.
Do walki bieżącej powołano w 1940 roku Związek Odwetu, a poza granicami Rzeczpospolitej na zapleczu frontu wschodniego, utworzono w 1941 roku organizację dywersyjną Wachlarz. W końcu 1942 roku z połączenia tych formacji powstało Kierownictwo Dywersji – Kedyw.
Państwo w konspiracji, Państwo Podziemne ze wszystkimi jej niezbędnymi strukturami.

A podbijana Europa stawała się nie tylko łupem najeżdzcy niemieckiego, ale i ofiarą zdrady, kolaboracji.
Prócz Polski w pozostałych podbitych krajach jej obywatele, politycy, i wojsko ochotnie stawały po stronie Hitlera wręcz w formie państwowo instytucjonalnej!
Nawet dzielna Wlk Brytania ma swój haniebny udział, wstydliwie ukrywany fakt kolaboracji jej administracji na wyspie Yersej!
Guernsey od czerwca 1940 r. jej władze, poddani jkm starały się nie tylko się żyć w zgodzie z hitlerowcami lecz także pomagały w zagładzie Żydów. A na Wyspach Normandzkich był też obóz koncentracyjny( wyspa Alderney) z jeńcami (m.in. polskimi) oraz robotnikami przymusowymi. Sowiecka Rosja, gdzie setki tysięcy sołdatów nie tylko rzucało broń. dezerterowało lecz wstąpiło do formacji podporządkowanych niemieckiemu dowództwu!

A Polska, Polacy już niemal od upadku Warszawy przystąpili w walki z Niemcami.

A teraz już tylko zapowiadana we wstępie prywata.
Nasi rodzice ( mieli już dwoje dzieci) jako bogaci gospodarze na grodzieńszczyżnie przez lata niemieckiej okupacji wspomagali miejscową AK. Młodszy brat ojca oraz młodsi bracia naszej Mamy byli w leśnym oddziale.

Po operacji Ostra Brama wuj Kazimierz ( rocznik 1920) został aresztowany i zesłany za koło podbiegunowe( Workuta, Wołogda, Wyszegda). Ciocia Gienia (r. 1928) łączniczka, sanitariuszka aresztowana latem 1944 na Wileńszczyżnie dostała wyrok 10 lat wyrębu tajgi na Syberii.
Jako niepełnoletnia( małoletka) powinna wedle owoczesnego sowieckiego kodeksu karnego otrzymać co najwyżej 1-2 lata poprawczaka.
Stryj Józef, młodszy brat ojca oraz wuj Janek- najmłodszy brat naszej mamy oraz wielu innych zdołali uciec za linię frontu i tzw wyzwolenie zastało ich na tzw ziemiach odzyskanych. Obaj pod zmienionymi nazwiskami. Oczywiście nie złożyli broni trwając przy złożonej przysiędze.

W obliczu Boga Wszechmogącego i Najświętszej Marii Panny Królowej Korony Polskiej, kładę swe ręce na ten święty Krzyż, znak męki i Zbawienia. Przysięgam być wiernym Ojczyźnie mej, Rzeczpospolitej Polskiej, stać nieugięcie na straży Jej honoru i o wyzwolenie Jej z niewoli walczyć ze wszystkich sił, aż do ofiary mego życia.
Prezydentowi Rzeczypospolitej i rozkazom Naczelnego Wodza oraz wyznaczonemu przezeń dowódcy Armii Krajowej będę bezwzględnie posłuszny, a tajemnicy dochowam niezłomnie cokolwiek by mnie spotkać miało.

Tekst wypowiadany przez odbierającego przysięgę
Przyjmuję cię w szeregi żołnierzy Armii Polskiej walczącej z wrogiem w konspiracji o wyzwolenie Ojczyzny. Twym obowiązkiem będzie walczyć z bronią w ręku. Zwycięstwo będzie twoją nagrodą. Zdrada karana jest śmiercią.

(Rota przysięgi żołnierzy „Kedywu” Armii Krajowej wprowadzona rozkazem z dnia 12.XII.1942 r. przez Komendanta Głównego A.K. generała „Grota”).

Wuj Janek wpadł w Jeleniej Górze w 46r., po ciężkim śledztwie we wrocławskiej katowni najpierw dostał ks, potem w ramach … łaski Bieruta otrzymał 15 lat ciężkiego więzienia w kamieniołomów w Strzelcach Op. Wyszedł po 10 latach jako wrak człowieka. Miał zakaz nauki i studiowania, mógł pracować tylko w spóldziełczości z dala od przemysłu. Inwigilowany bez przerwy do końca swego życia. Zamieszkał w jednym z miast Dolnego Ślaska. Ożenił się. Trójka dzieci. Schorowany zmarł w połowie lat 70.

Wuj Kazik przeżył łagry, wyszedł w 1956r. Po drodze jeszcze praca na Syberii, gdzie musiał … zarobić na bilet powrotny. Tam też spotkał swoją przyszłą żonę, czyli naszą Ciocię Gienię, której też udało się przeżyć katorgę przy wyrębie tajgi.
Wrócili do Polski. Pobrali się. Miał zakaz pracy w przemyśle, tylko spółdzielczość, aby nie zarażać klasy robotniczej reakcyjną przeszłością. Inwigilowany do 90r. Ich dwoje dzieci było przez całe okres studiów też było pod specjalnym nadzorem sb.
Po drodze z łagrów wuj przekonał naszych rodziców, aby nie czekali na III wojnę Ameryki z Sowietem, bo jej po prostu nie będzie.
I my także ma mocy porozumień Gomułki z Chruszczowem ostatnią okazją uciekliśmy wiosną 1958r. z tego raju.( razem z nami wracała też do Polski rodzina Wydrzyckich z Wasyliszek czyli Czesława Niemena!).

Oboje ciocia Gienia i wuj Kazik bardzo schorowani żyją do dziś także na Dolnym Śląsku.

Ojciec mojej żony, Stanisław jako żołnierz ZWZ wpadł w wyniku donosu. Aresztowany latem 1940 w Rypinie, poprzez toruńską Beczkę-Okrąglak, więzienie w Grudziądzu wysłany do Stuthoff aż do stycznia 1945r. Przeżył. Po powrocie w rodzinne strony musiał codziennie się meldować na ub jako członek reakcyjnego podziemia-ZWZ. Po kilku tygodniach oświadczył na ubecji, że zaprzestaje do nich się zgłaszać i że mogą go po prostu znów zamknąć albo zabić, bo on już nie ma siły dłużej tego znosić.
A ten co go zadenuncjował na gestapo, volksdojcz był w tym czasie już … prominentnym działaczem ppr w Bydgoszczy.

Pracując w toruńskiej Elanie ( było nas tam 6500-7000 ludzi) miałem szczęście poznać pana Leszka, szefa wywiadu AK na prawobrzeżny Toruń w l. 1944-45. Aresztowany latem 45r. po donosie volksdojcza ( w Toruniu w czasie okupacji bardzo masowo podpisywano te deklaracje, rodzina pana Leszka była w grupie tych nielicznych toruńskich porządnych rodzin, których nie tylko nie zastraszono, ale i nie zwabiono na …przydział mięsa i smalcu!!) dostał ks, potem złagodzenie 15 lat. Rawicz, Wronki, Potulice. Zwolniony po 56r. wrócił jako wrak człowieka. Po wyroku, ks-ie czekając w celi śmierci w ciągu kilku nocy osiwiał jak gołąbek! Na wolności miał oczywiście zakaz studiowania oraz nakaz pracy tylko w księgowości i w spółdzielczości. Dopiero w r. 1966 jakimś cudem przemycił się do księgowości w nowo powstającej Elanie.
Jedynie przez przypadek odkryłem jego rolę w AK i poznałem losy pana Leszka dopiero w r. 1991. ( zmarł w 2004r.) był niesamowicie dobrym, mądrym i skromnym człowiekiem.
I to ON m.in. poza rodzicami oczywiście ukształtował mnie w czasach trudnych. I to także m.in. dzięki niemu nie muszę dziś się wstydzić lat 80 i nie muszę się bać archiwów ipn!
I mogę chodzić nie tylko po Toruniu z podniesioną głową!

I na koniec kilka słów już totalnie prywatnych, rodzinnych.
Kilka lat temu przez zwykły przypadek wyszło, że nasza najstarsza siostra, Wanda (r. 1937) mając lat 10-11 po tamtej stronie, czyli sowieckiej razem z naszą Mamą regularnie przenosiły meldunki oraz dostarczały chłopcom z lasu jedzenie i lekarstwa. Wanda jako dziecko bardzo często przenosiła zaszyte w paseczku od sukienki lub kołnierzyku meldunki do Grodna i Indury oraz z powrotem do leśnych.
Dziecko mogło łatwo bez podejrzeń to zrobić.
Wanda nigdy się tym nie chwaliła.
I dopiero mocno przeze mnie naciskana wyjawiła, że to wtedy, tam za sowieta na polecenie naszej Mamy miała nikomu nigdy o tem nie mówić.
O jej roli wiedziało tylko kilka osób. I nawet nasz ojciec o tym nie wiedział.

I zupełnie na zakończenie!
Nigdy nie słyszałem o tych osób wyżej wymienionych skargi, narzekania, że to nie miało sensu!
a przecież tyle wycierpieli!
Z ich słów wynikało, że był taki mus!
Taki czas.
Taki obowiązek.
To było tak dla nich normalne i oczywiste!

I za to wszystko im dziękuję!
Im konkretnym.
Tym spośród tych niezliczonych, niepoliczalnych naszych bohaterów.
Tym znanym i bezimiennym już nieżyjącym.
Chwała Bohaterom!

A szczególnie dziś w rocznicę powołania Polskiego Państwa Podziemnego dziękuję tym wszystkim jeszcze żyjącym żołnierzom Polskiego Państwa Podziemnego! w tym oczywiście naszej Cioci Gieni oraz Wujkowi Kazikowi!

pzdr

“Matka Witolda Kieżuna nie uwierzyła słowom człowieka, który twierdził, że widział jej syna martwego. Czas pokazał, że miała rację……”Ja nie wierzę tym ludziom którzy znowu chcą go widzieć martwym za życia.

Czy płk Kukliński który pracował nie dla SB ale samego Jaruzelskiego a później tak jak Kieżun dla Amerykanów a którego ogłoszono Bohaterem Narodowym nie zostanie za chwilę obsypany tym samym śmierdzącym kurzem z akt IPN? Może ci co nawoływali do tego aby puszkę Pandory jaką  jest IPN przetopić w hucie jak resztę złomu. Wyrzucić na śmietnik cały ten Dyzmoland pseudo patriotów, ofiar, bohaterów których jest dziś więcej niż ZBOWiD miał weteranów z dwóch dużych wojen światowych. A z tego co widziałem w roku 1980 wykaz “wrogów PRL” mieścił się w całości na dwóch kartakach maszynopisu.

I to tacy śmią oceniać i dyskwalifikować takich ludzi jak wyżej wspomniani.

“Profesor Kieżun twierdzi, że oskarżenia “Do Rzeczy” to “potworne kłamstwo”. Opowiada, że pokazał dziennikarzom, którzy przyszli przeprowadzić z nim wywiad, swoje opracowanie z 2002 roku “Radzieckie i polskie władze bezpieczeństwa i ja”. Książkę wcześniej ofiarował m.in. Wiesławowi Chrzanowskiemu i prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu, opowiadając o jej zawartości .
Przyznaje też, że owszem, współpracował ze służbami specjalnymi, ale amerykańskimi. A na dowód ma 450 stron pisanych przez siebie informacji o sytuacji społeczno-politycznej w Polsce. Część z nich wysłał także do paryskiej “Kultury”.

Prof. Kieżun przyznaje, że po nawiązaniu z nim kontaktów przez agentów Służby Bezpieczeństwa, natychmiast przekazał tę informację Amerykanom. – Odpowiedzieli: be careful. Amerykanie wiedzieli o każdym spotkaniu i zainteresowaniu SB mną – opowiada profesor.

Według profesora Kieżuna, autorzy artykułu z “Do rzeczy” na jego temat pokazali mu jedynie wyciągi z dokumentów dotyczące profesora.  On natomiast przekazał im swoje materiały. – A mimo to red. nacz. Paweł Lisicki pisze, że ja niczego nie ujawniłem – mówi profesor Kieżun. Mówi, że chciał również pokazać oryginalne dokumenty przywiezione z USA, ale ani Cenckiewicz, ani Woyciechowski nie chcieli ich oglądać…” Autorem tych informacji jest bloger “Cyceron”.

Kiedy zamierzano ukamienować jawno grzesznicę Chrystus powiedział ” Kto jest bez grzechu niech pierwszy rzuci kamień” ale nikt się nie odważył sklamać przed Bogiem. Dziś fałszywi katolicy, ateusze i inne łajzy bez mrugnięcia okiem ukamienowali by każdego wskazanego.

Święty Paweł też zwalczał “tą wiarę”, nawrócił się i Kościół trwa do dziś. W gronie apostołów był tylko jeden Judasz. Za srebrniki sprzedał swego przyjaciela i Pana. Dzisiaj świat i nasza Polska jest zajudaszony jak bezdomny pies pchłami. Tamten Judasz zrozumiał że źle zrobił i ze wstydu, czując hańbę, powiesił się. Nasi wspólcześni wieszają tych co mogliby powiedzieć kto jest takim Judaszem – zdrajcą.

Słuchajcie więc Judasze:

“Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni” [Łk 6, 37] – mówi Zbawiciel dusz naszych, a św. Paweł powiada: “Nie sądźcie przedwcześnie dopóki nie przyjdzie Pan i nie rozjaśni tego, co w mrokach ukryte, i ujawni zamiary serc” [1 Kor 4, 5]

4 września 1943 roku Chaim Rumkowski wygłosił na placu budzące grozę przemówienie  wzywające mieszkańców do oddania dzieci.

Rozpoczął się jeden z najbardziej dramatycznych rozdziałów historii łódzkiego getta, który przeszedł do historii pod nazwą “Wielka Szpera”. http://historia.newsweek.pl/wielka-szpera-w-lodzkim-getcie–minelo-70-lat,95650,1,1.html

Rumkowski urodził się w 1877, w rodzinie kupieckiej na Wołyniu. Na początku XX wieku prowadził w Łodzi razem z Abem Neimanem zakład produkcji tkanin pluszowych, po I wojnie światowej pracował jako agent ubezpieczeniowy. Od 1921 był członkiem Gminy Żydowskiej, mieszkał przy ulicy Południowej 26 (dziś ul. Rewolucji 1905 r.). Pełnił m.in. funkcję kierownika domu dla sierot “Helenówek”.

13 października 1939 r. został mianowany przez okupacyjne władze niemieckie na przewodniczącego Judenratu w getcie łódzkim. Nominacja ta była związana z tym, iż Chaim Rumkowski był jedynym członkiem przedwojennej Gminy Żydowskiej w Łodzi, który pozostał w mieście. Jego działalność na tym stanowisku budziła i wywołuje do dzisiaj wielkie kontrowersje. Krytycy zarzucają mu wręcz współpracę z Niemcami, która miała się wyrażać w zmuszaniu Żydów do wyniszczającej pracy na rzecz Trzeciej Rzeszy i – w odróżnieniu np. od Adama Czerniakowa z warszawskiego getta – milczącej zgodzie na eksterminację osób „nieprzydatnych dla gospodarki” (głównie starców i dzieci).

Nazwa szpera pochodzi od niemieckiego określenia „Allgemeine Gehsperre”, które oznaczało wprowadzony wówczas zakaz opuszczania domów. Mieszkańcy getta nie mogli wychodzić z mieszkań, a żydowscy policjanci pod nadzorem niemieckich żandarmów przeszukiwali dom po domu. Zabierali ludzi starych, chorych, zniedołężniałych, a także dzieci poniżej 10 lat, po drodze pałowanych niemiłosiernie.

 

 

Żydowski autor Baruch Milch tak pisał w przejmującej relacji o losach Żydów na byłych wschodnich kresach Rzeczypospolitej (woj. lwowskie i tarnopolskie):

 

“W każdym razie Judenrat stał się narzędziem w rękach Gestapo do niszczenia Żydów, a jak sami członkowie później się wyrażali, są „Gestapo na żydowskiej ulicy”.

 

Powołano Ordnungsdienst (służbę porządkową) jako organ wykonawczy składający się z najgorszych elementów (…). W gruncie rzeczy Judenrat zaczął prowadzić politykę rabunkową w celu napełnienia własnych kieszeni, by tymi pieniędzmi przekupić władze i Gestapo, ale tylko w celu zabezpieczenia losu swoich i najbliższej rodziny.
Nie znam ani jednego wypadku, żeby Judenrat bezinteresownie pomógł któremuś Żydowi (…). Do wykonania swoich niecnych czynów, jak ściąganie ogromnych podatków i nałożonych kontrybucji, łapania do łagrów i napadów na domy żydowskie, Judenraty używały swojej Ordnungsdienst, której dawali procent z łupu, a ci ludzie w liczbie dziesięciu-piętnastu napadali na ludzi, bijąc w okrutny sposób, niszcząc i rabując, cokolwiek się dało, i to ze straszną bezwzględnością”. (Por. B. Milch: “Testament”, Warszawa 2001, s. 106-107).

Pytanie, dlaczego Jan Tomasz Gross nawet jednym zdaniem nie wspomniał w swej przeznaczonej dla Amerykanów ponad 300-stronicowej książce o rabunkach na Żydach dokonywanych przez żydowską policję na zlecenie Judenratu?

 

Czyż to kolejne przemilczenie nie jest jaskrawym dowodem braku u Grossa nawet cienia elementarnej uczciwości intelektualnej? Nie pisze o żydowskiej policji, która nawet jednym zdaniem nie została wspomniana w grafomańskich “naukowych dziełach” Grossa.

W tejże książce Milcha czytamy na s. 126-127:

“(…) Judenrat załatwił z tymi mordercami, że do trzech godzin dostarczy im żądane trzysta osób. Sami Żydzi musieli łapać i wydawać braci i siostry w ręce katów, którzy stali na placu folwarku, obok naszego mieszkania, i przyprowadzonych przyjęli pałkami albo nahajkami, a później wywieźli na rzeź do Bełżca (…).

Judenratowcy i Ordnungsdienst, przy pomocy ukraińskiej policji i kilku Niemców, którym jeszcze zapłacono, by prędko pracowali, gonili po ulicach, jak wściekłe psy czy opętańcy, a pot się z nich lał strumieniami (…).

 

Straszny to był widok, jak Żyd Żyda prowadził na śmierć (…)”.

Szczególnie haniebną rolę w wysyłaniu własnych żydowskich rodaków na śmierć odegrał Chaim Rumkowski, prezes Rady Żydowskiej w Łodzi, “król” getta łódzkiego na usługach Niemców.

 

Był on absolutnym władcą getta, w którym kursowały specjalne pieniądze “chaimki” i “rumki” oraz znaczki pocztowe z jego podobizną.

 

Rumkowski urządził sobie harem w jednej willi i wciąż sprowadzał nowe piękne kobiety. W zamian za przyzwolenie Niemców na jego tyranię nad mieszkańcami getta gorliwie wykonywał wszystkie niemieckie rozkazy i wyekspediował olbrzymią większość swych żydowskich umęczonych  poddanych do obozów zagłady.

W końcu jednak i jego Niemcy wysłali do Oświęcimia. Podobno natychmiast padł ofiarą swych żydowskich współwięźniów, którzy nie zwlekając ani chwili, natychmiast po przywiezieniu go do obozu spalili go żywcem w obozowym piecu (Por. E. Reicher: “W ostrym świetle dnia. Dziennik żydowskiego lekarza 1939-1945″, oprac. R. Jabłońska, Londyn 1989, s. 29).

ŻYDOWSCY POLICJANCI BYLI OKRUTNIEJSI OD NIEMCÓW

Najsłynniejszy kronikarz warszawskiego getta Emanuel Ringelblum patron Żydowskiego Instytutu Historycznego tak pisał:

„Dzieci wydawały na śmierć rodziców, rodzice dziecI”.

Nader bezwzględne świadectwo na temat poczynań żydowskiej policji w Warszawie dostarczył Baruch Goldstein, przed wojną współorganizator bojówek Bundu.

 

Wspominając lata wojny, Goldstein pisał bez ogródek: “Z poczuciem bólu i wstrętu wspominam żydowską policję, tę hańbę dla pół miliona nieszczęśliwych Żydów w warszawskim getcie (…).

Żydowska policja, kierowana przez ludzi z SS i żandarmów, spadała na getto jak banda dzikich zwierząt. Każdego dnia, by uratować własną skórę, każdy policjant żydowski przyprowadzał siedem osób, by je poświęcić na ołtarzu eksterminacji.

Przyprowadzał ze sobą kogokolwiek mógł schwytać – przyjaciół, krewnych, nawet członków najbliższej rodziny. Byli policjanci, którzy ofiarowywali swych własnych wiekowych rodziców z usprawiedliwieniem, że ci i tak szybko umrą”  (Por. B. Goldstein: “The Star Bear Witness”, New York 1949, s. 66, 106, 129).

Klara Mirska, Żydówka, która opuściła Polskę w 1968 roku, nie miała w swych wspomnieniach dość złych słów dla odmalowania niegodziwości niektórych przedstawicieli środowisk żydowskich w czasie wojny. Opisała następującą historię:

“Syn przewodniczącego Judenratu jednego z gett został skazany przez Niemców na śmierć. Przyprowadził go na egzekucję jego ojciec. On miał go powiesić w ciągu kilku minut. Gdyby tego nie uczynił, miał sam zostać powieszony. Taki niesamowity żart wymyślili Niemcy. Ojciec, któremu chęć pozostania przy życiu przysłoniła wszelkie uczucia miłości rodzicielskiej, zaczął poganiać syna.

 

Czynił to na oczach rozbawionych Niemców i stojących w milczeniu przy tej scenie Żydów:

„No, prędko rozbieraj buty! No, pośpiesz się, i tak ci nic nie pomoże” (Wg K. Mirska: “W cieniu wielkiego strachu”, Paryż 1980, s. 447).

W sierpniu 1942 r. żydowski policjant Calel Perechodnik w getcie w Otwocku wyciągnął z bezpiecznej kryjówki swoją żonę i córeczkę i odprowadził je do transportu śmierci.

Calek Perechodnik „Spowiedź” wyd. Karta Warszawa 2004.

I wydanie książki „Calek Perechodnik” zostało sfałszowane przez Żydowski Instytut Historyczny. Fałszerstwo odkrył prof. David Engel mieszkający w USA badacz stosunków polsko-żydowskich- (czasopismo „Polin” nr 12, 1999 r. ).

Czemu o takich przypadkach zezwierzęcenia niektórych Żydów i fałszerstwach publicystycznych nie informuje Amerykanów Jan Tomasz Gross , tak gorliwie rozpisujący się na temat sadyzmu Polaków?

Warto przytoczyć, co ten sam Calek Perechodnik, skądinąd nienawidzący bez reszty Polaków, wypisywał na temat swych własnych kolegów z żydowskiej policji:

“Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla policjantów żydowskich w Warszawie (…). Skamieniały im serca, obce stały się wszelkie ludzkie uczucia. Łapali ludzi, na rękach znosili z mieszkań niemowlęta, przy okazji rabowali.

 

Nic też dziwnego, że Żydzi nienawidzili swojej policji bardziej niż Niemców, bardziej niż Ukraińców” (Calek Perechodnik: “Czy ja jestem mordercą?”, Warszawa 1993, s. 112-113).

Nader bezwzględny jest osąd Judenratu i żydowskiej policji, zawarty w dzienniku byłego dyrektora szkoły hebrajskiej w Warszawie Chaima A. Kaplana. W swym dzienniku Kaplan nazwał wprost Judenraty “hańbą społeczności warszawskiej” wielokrotnie piętnując zbrodniczą działalność policji żydowskiej, pisząc:

“Żydowska policja, której okrucieństwo jest nie mniejsze od nazistów, dostarczała do punktu przenosin na ulicy Stawki więcej niż było w normie, do której zobowiązała się Rada Żydowska (…).

 

Naziści są zadowoleni, że eksterminacja Żydów jest realizowana z całą niezbędną efektywnością. Czyn ten jest dokonywany przez żydowskich siepaczy (Jewish slaughterers) (…).

To żydowska policja jest najokrutniejszą wobec skazanych (…). Naziści są usatysfakcjonowani robotą żydowskiej policji, tej plagi żydowskiego organizmu (…).
Wczoraj, trzeciego sierpnia, oni wyrżnęli ulice Zamenhofa i Pawią (…). SS-owscy mordercy stali na straży, podczas gdy żydowska policja pracowała na dziedzińcach.

To była rzeź w odpowiednim stylu – oni nie mieli litości nawet dla dzieci i niemowląt.
Wszystkich z nich, bez wyjątku, zabrano do wrót śmierci” (Por. “Scroll of Agony. The Warsaw Diary of Chaim A. Kaplan”, New York 1973, s. 384, 386, 389, 399).

Na s. 231 swej książki Kaplan cytuje jakże gorzki ówczesny dowcip żydowski. Miał on formę krótkiej modlitwy: “Pozwól nam wpaść w ręce agentów gojów, tylko nie pozwól nam wpaść w ręce żydowskiego agenta”.

 

Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie obrał za patrona Emanuela Ringelbluma polskiego historyka, pedagoga i działacza społecznego pochodzenia żydowskiego, twórcy podziemnego Archiwum Getta Warszawskiego. Tako oto ich patron pisze:

“Policja żydowska miała bardzo złą opinię jeszcze przed wysiedleniem. W przeciwieństwie do policji polskiej, która nie brała udziału w łapankach do obozu pracy, policja żydowska parała się tą ohydną robotą.

 

Wyróżniała się również straszliwą korupcją i demoralizacją. Dno podłości osiągnęła ona jednak dopiero w czasie wysiedlenia.

 

Nie padło ani jedno słowo protestu przeciwko odrażającej funkcji, polegającej na prowadzeniu swych braci żydowskich na rzeź.

 

Żydowska policja była duchowo przygotowana do tej brudnej roboty i dlatego gorliwie ją wykonała. Jak to się wydarzyło, iż przeważnie inteligenci, żydowscy adwokaci, lekarze, inżynierowie (większość oficerów była przed wojną adwokatami) – sami przykładali rękę do zagłady swych braci.

 

Jak doszło do tego, że Żydzi wlekli na wozach dzieci i kobiety, starców i chorych, wiedząc, że wszyscy idą na rzeź (…).

 

Okrucieństwo policji żydowskiej było bardzo często większe niż Niemców, Ukraińców, czy Łotyszy.

Ile jeszcze podobnych kretów KGB zostawiło w CIA lub FBI oraz innych specsłużbach całego świata, wyjdzie na jaw z czasem. Do 1996 SWR korzystała z danych gromadzonych przez Połączony System Przetwarzania Danych o Przeciwniku (SOUD). W tym też roku przejęła część jego kompetencji, dzieląc je z FAPSI.

 

Jednym z najbardziej wartościowych agentów przejętych przez SWR od KGB niewątpliwie był Aldrich Ames. Swoje usługi zaoferował 16 kwietnia 1985 roku rezydentowi KGB) w Waszyngtonie.

 

Aby udowodnić Rosjanom, że nie jest to kolejna prowokacja amerykańskiego kontrwywiadu (FBI), wydał im dwóch oficerów KGB zwerbowanych przez CIA w Moskwie.

 

Następnie 13 czerwca 1985 roku Ames przekazał KGB nazwiska wszystkich oficerów KGB, GRU oraz innych wschodnich agencji wywiadowczych, współpracujących z CIA jakie były mu znane. W ten sposób siatka agentów budowana przez CIA od trzydziestu lat zamieniła się w kupę gruzu. Przez dziewięć lat szpiegowania dla radzieckiego KGB i jego następczyni, SWR, Aldrich Ames zrobił prawdopodobnie wszystko, co agent może zrobić, poza podstawieniem ciężarówki pod siedzibę CIA w Langley i wywiezieniem z niej dokumentów.

 

Ames ujawnił ponad sto tajnych operacji, wydał Rosjanom ponad 30 osób współpracujących z CIA (z których dziesięć zostało skazanych na karę śmierci i rozstrzelanych) i innymi zachodnimi agencjami.

Aldrich Ames wydał w ręce KGB m.in. Siergieja Fiedorenko, dyplomatę radzieckiego przy Organizacji Narodów Zjednoczonych (ONZ).

 

Siergiej Fiedorenko pracował dla CIA pod pseudonimem “Pyrrhic” do chwili wydania przez Amesa w 1985 roku. Wyczuwając niebezpieczeństwo zbiegł do USA, żyje do dziś prawdopodobnie gdzieś w Stanach Zjednoczonych.

 

Adolf Tołkaczew pod pseudonimem “Vanquish” dostarczał CIA informacje na temat najnowszych samolotów Mig, głównie systemów naprowadzania oraz tzw. technologii stealth. Wydany przez Amesa został aresztowany i stracony.

 

Sergiej Motorin, major KGB pod pseudonimem “Gauze”, współpracował z CIA informując o operacjach KGB przeprowadzanych w stolicy Stanów Zjednoczonych. Wskazany przez Amesa został aresztowany przez KGB w sierpniu 1985 roku, i stracony.

 

Gen. mjr Dmitrij Polakow wysoki oficer wywiadu wojskowego GRU, współpracował z CIA pod pseudonimem “Tophat” lub “Roam”, przez ponad 20 lat dostarczając nieocenionych informacji. Wydany przez Amesa w 1985 roku, został aresztowany w czerwcu 1986 roku i stracony.

 

Aldrich Ames został aresztowany przez FBI 21 lutego 1994 roku i skazany na dożywotnie więzienie.

 

Bardzo głośną sprawą było aresztowanie 20 lutego 2001 roku przez sekcję kontrwywiadu FBI Roberta Hanssena, wieloletniego pracownika Federalnego Biura Śledczego FBI. Hanssen zgłosił się do radzieckiej firmy handlowej w Nowym Jorku już pod koniec 1979 roku. Przekazał on wówczas radzieckiemu wywiadowi wojskowemu GRU tajne materiały.

Został przyłapany przez żonę, chowając tajne dokumenty w domu (myślała ona, że to listy miłosne). Poleciła mężowi, aby natychmiast udał się do spowiedzi.

 

Hanssen uzyskując rozgrzeszenie (pieniądze otrzymane od Rosjan miał oddać na cele charytatywne) od znajomego pastora, zerwał kontakty z GRU, radzieckim wywiadem wojskowym.

 

Ponownie nawiązał kontakt z wywiadem radzieckim, tym razem z KGB, 1 października 1985 roku, wysyłając list do ambasady w Waszyngtonie, a następnie tam dzwoniąc, oferując własne usługi. Za 15-letnią współpracę z KGB otrzymał 1,4 miliona dolarów w gotówce i brylantach.

 

Za informacje, które pozwoliły aresztować Roberta Hanssena, FBI zapłaciło 6 milionów USD. W materiałach kompromitujących Hanssena były m.in. kaseta z nagraniem telefonu, który Hanssen wykonał do ambasady Związku Radzieckiego w 1985 oferując swoje usługi, zdjęcia z ukrytego aparatu przedstawiające Hanssena podczas odbioru pieniędzy zostawionych przez oficera prowadzącego w tzw. martwej skrzynce kontaktowej, oraz kawałek plastikowej torebki, w której Hanssen dostarczył tajne materiały dla KGB, z odciskami jego palców.

 

Robert Hanssen został skazany na dożywotnie więzienie, a cała sprawa doprowadziła do dymisji ówczesnego dyrektora Federalnego Biura Śledczego FBI, Louisa Freeha.

 

Siedziba SWR mieści się w Moskwie w dzielnicy Jasienowo oraz posiada 27 stacji radiowywiadu usytuowanych przeważnie w stolicy danego państwa, np. Paryżu, Londynie, Waszyngtonie, Berlinie, działających jako część ambasad lub konsulatów Rosji. Służba Wywiadu Zagranicznego SWR dysponuje własną tzw. szkołą szpiegów. Liczbę zatrudnionych funkcjonariuszy wywiadu w pierwszych latach działalności ocenia się na 15 tys.

 

Prezydent Rosji Władimir Putin wprowadza reformę rosyjskich służb wywiadu, kontrwywiadu i bezpieczeństwa. Federalna Służba Bezpieczeństwa (FSB) ma zostać przemianowana na Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego oraz odzyskać kontrolę nad Służbą Wywiadu Zagranicznego (SWR) i Federalną Służbą Ochrony (FSO) – odpowiednika polskiego BOR.

 

W kręgach wywiadowczych i prasie mówiło się, że Putin dążył do połączenia wszystkich instytucji bezpieczeństwa. Celem tego miała być odbudowa wpływów służb specjalnych na wzór KGB.

 

ROSYJSKIE SŁUŻBY W POLSKIM KONTRWYWIADZIE

Rosyjskie służby w polskim kontrwywiadzie. Kilka miesięcy temu w siedzibie Służby Kontrwywiadu Wojskowego odbyła się wizyta przedstawicieli rosyjskich służb specjalnych. Na teren SKW wjechali służbowym samochodem, który wcześniej nie był sprawdzony przez Polaków.

 

Ministerstwo Spraw Zagranicznych kryje agentów, byłych współpracowników służb specjalnych PRL z konsulatu w Łucku w związku z opisana wyżej aferą wizową – podaje Jacek Dytkowski „Nasz Dziennik” 4 października 2012 roku.

 

                                                   Aleksander Szumański „Głos Polski” Toronto
Aleszuma   

Napisane przez: Aleszuma

Kontakt: aszumanski@gmail.com

Dzisiaj tajna agencja spraw zagranicznych zwana Ministerstwem Spraw Zagranicznych zatrudnia na stanowiskach dyplomacji polskiej 60% osób podlegających lustracji. We Lwowie i w Łucku konsulowie polscy uprawiają sutenerstwo handlując wizami dla ukraińskich prostytutek.

Twierdząc, iż Polacy to naród antysemitów, szmalcowników, rabusiów i morderców, polskie placówki konsularne wydają antypolskie książki. Polacy to naród morderców skazanych na zagładę Żydów, szmalcowników i szantażystów, tak przedstawiają konsulowie Polaków za granicą w promowanych przez MSZ książkach – monografii – „Inferno of Choices – Poles and the Holocaust” polskojęzycznych tekstów antypolskich historyków.

 

Padają oskarżenia Polaków o współpracę z Niemcami w dokonywaniu eksterminacji ludności żydowskiej. We wszystkich tych publikacjach pomieszczana jest mantra o polskim antysemityzmie, bezwzględności i chciwości przy rabunkach Żydów przeznaczonych przez Niemców na śmierć.

 

Polacy przedstawiani są jako złodzieje, bandyci, kolaboranci, donosiciele i napadający na Żydów, którym udało się uciec z niemieckich gett i rabujących ich, przedstawiając się jako działacze Polski Podziemnej.

W publikacjach istnieje zarzut, iż Polacy wykorzystując sytuację stworzoną przez Niemców dokonywali rabunków mienia ludności żydowskiej.

Autorzy, w tym Grzegorz Berendt przedstawiają w złym świetle księży katolickich rzekomo okradających Żydów, którzy powierzali im na przechowanie swoje mienie, a nawet całe majątki, nie zwracając im depozytów.

Autorzy oskarżają nawet tych Polaków, którzy z narażeniem życia własnego i swych rodzin przechowywali Żydów po strychach, piwnicach czy kurnikach, pomawiając bohaterów o złe  warunki bytowe przechowywanych i rzekome głodzenie ich, czerpiąc przy tym niebotyczne zyski.

Autorzy pomawiają polskich chłopów o organizowanie się w celu „polowania” na Żydów, którym udało się zbiec z getta.

„W niektórych wioskowych społecznościach, chłopi organizowali polowania na kryjących się po lasach Żydów. Czynili to z chciwości, gnani do zbrodni przez oczekiwanie łatwego zysku” – pisze autor.

 

W innej publikacji autor stwierdza, iż mordercy Żydów na ziemi kieleckiej to członkowie AK, mordujący na zlecenie swoich dowódców. Autorzy imputują Polakom, chciwość, bezduszność i brak empatii w stosunku do mordowanych Żydów.

Jedna z autorek Barbara Engelking przeprowadziła całe studium („Jest taki piękny, słoneczny dzień”), poświęcone przyczynom dla których Polacy denuncjowali Żydów.

 

Nie zapomniała przy tym o głównym, jej zdaniem czynniku, antysemityzmie. Studium owo jest kontynuacją pierwszego napadu na Polskę, Polaków i polskość Jerzego Kosińskiego w oszczerczym tytule „Malowany ptak”. Barbara Engelking jest żoną esbeka Michała Boniego, który donosił również na swojego przełożonego Tadeusza Mazowieckiego.

 

Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie ma od 3.10.2011 nowego dyrektora – z nominacji ministra kultury i dziedzictwa narodowego został nim prof. Paweł Śpiewak.

Z tej okazji dziennik „Rzeczpospolita” (26-27.11.2011) zrobił z nim wywiad, którego głównym akcentem jest pewna liczba.

 

Nowy dyrektor, powołując się na książkę o stosunku polskich chłopów do Żydów wydaną przez Barbarę Engelking, oznajmił tam:

 

„z tych badań wynika, że z rąk Polaków zginęło w czasie wojny 120 tys. Żydów”. Dalej zaś powołuje się już na tę liczbę jak na ustaloną („skoro historycy wyliczyli, że było 120 tys. ofiar żydowskich …”) i wzywa Polaków do „prawdziwej refleksji” nad nią.

„Dane statystyczne”  prof. Pawła Śpiewaka „uzupełniła” dr Alina Cała pracownik naukowy Żydowskiego Instytutu Historycznego stwierdzając, iż Polacy są winni Holocaustu mordując 3 miliony Żydów i oskarżając Polaków o antysemityzm.  (Alina Cała w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” 25 maja 2009 r. „Polacy jako naród nie zdali egzaminu”).  http://www.rp.pl/artykul/310528.html

 

(Wezwanie prof. Pawla Śpiewaka jest w konsonansie z wypowiedzią prezydenta Komorowskiego, który 1 listopada na spotkaniu z naczelnymi rabinami Europy zapewniał ich solennie swą nieporadną polszczyzną, że budowane przez Polskę w Warszawie Muzeum Historii Żydów Polskich „ma stać się pełnym krytycznej refleksji miejscem o polsko-żydowskich relacjach”, jak podaje www.onet.pl za PAP-em).

„Niektórzy Polacy popierają antysemickie zarządzenia wydawane przez okupacyjne siły i pomagają Niemcom w tropieniu Żydów” – stwierdziła Engelking.

Następny „historyk” Andrzej Żbikowski szmalcownictwu poświęca tekst wchodzący w skład „Inferno of choices” podkreślając, iż proceder ten był  szeroko rozpowszechniony.

 

W rzeczywistości szmalcownictwem zajmował się społeczny margines złodziei i kryminalistów. Andrzej Żbikowski szeroko opisuje działania antyżydowskie tzw. granatowej policji polskiej, nie podejmując tematu policji żydowskiej (Jüdischer Ordnungsdienst – dosł. Żydowska Służba Porządkowa), potocznie policja żydowska albo tzw. „odmani”.

Na tym oskarżenia Polaków przez Andrzeja Żbikowskiego się nie kończą.

 

Pisze on: „Podczas Powstania Warszawskiego ok. 5300 ukrywających się Żydów zniknęło, dziesiątki z nich zginęły z rąk Polaków, żydowska tragedia była postrzegana przez część opinii publicznej w okupowanej Polsce, jako słuszna kara, równocześnie zarzucając  dowództwu AK oraz delegaturze rządu na kraj bierność wobec gehenny żydowskiej”.

Tymczasem w rzeczywistości polski wywiad  donosił zachodnim aliantom, o istniejącej Zagładzie polskich Żydów w okupowanej Polsce. Wysiłki te spotkały się z całkowitą obojętnością zachodnich aliantów i  brakiem jakiejkolwiek reakcji.

Z kolei Jan Grabowski usiłuje przekonywać, iż Polacy z przechowywania Żydów uczynili sobie źródło utrzymania, zresztą zazdroszcząc posiadanych przez Żydów majątków, ciesząc się z „ukarania” Żydów Zagładą.

W okresie II wojny światowej działały żydowskie jednostki policyjne wewnątrz gett, obozów pracy oraz obozów koncentracyjnych podległe częściowo Judenratom, kolaborujące z nazistowskimi Niemcami.

Wykorzystywano je do rekwizycji, łapanek, eskortowania przesiedleńców oraz akcji deportacyjnych.

Od grudnia 1940 pierwszym nadkomisarzem Żydowskiej Służby Porządkowej (SP) getta warszawskiego był Żyd Józef Andrzej Szeryński, który przeszedł na chrześcijaństwo i zmienił nazwisko z Szenkman, Szynkman bądź Szeinkman.

 

Żyd Szeryński był znany ze swojego antysemityzmu i jest podawany jako przykład „nienawidzącego siebie Żyda”.

Według historyka Raula Hilberga w getcie warszawskim służbę pełniło ok. 2500 żydowskich policjantów (komisarzem był Józef Andrzej Szeryński, a przejściowo Jakub Lejkin), w getcie łódzkim było ich ok. 1200 osób, a w getcie lwowskim – 500 policjantów z Ordnungsdienstu. Jednostki te, pozbawione prawa posiadania i używania broni palnej, uzbrojone jedynie w pałki, były umundurowane oraz oznaczone odpowiednimi opaskami.

Funkcjonariuszami byli zwykle młodzi ochotnicy, zajmujący się utrzymaniem porządku w getcie, choć uczestniczący także w patrolach po getcie prowadzonych przez niemieckich żołnierzy oraz wartach przy wejściach do dzielnicy żydowskiej.

 

Szczególnie negatywnie wśród mieszkańców gett odbierano udział żydowskich funkcjonariuszy w pacyfikacji dzielnicy oraz ich pomoc w organizacji wywozu ludzi do obozów zagłady.

Ilu Żydów „odmani” zapałowali w getcie lwowskim?

Było kilkuset policjantów żydowskich, którzy ściśle współpracowali z niemiecką i ukraińską policją.

 

Ich szef, Goliger, szczególny drań i pijak, został zamordowany we własnym łóżku przez Żydów wracających z władzą sowiecką.

 

Był kahał ( gmina żydowska), który dokładnie ściągał z Żydów kontrybucję, konfiskował im futra, biżuterię, dzieła sztuki, meble i wszystko to dostarczał Niemcom, co wcale nie uchroniło urzędników kahału od Zagłady, a nawet od wieszania jego prezesów Parnasa i Rothfelda na balkonach budynku kahału przy ulicy Bernsteina we Lwowie.

W getcie łódzkim przewodniczącym Judenratu był  Chaim Rumkowski, kolaborant niemiecki. Chaim Mordechaj Rumkowski (ur. 27 lutego 1877 w Ilinie, powiat ostrogski, zm. 1944 w Auschwitz-Birkenau) – przemysłowiec, działacz syjonistyczny, przewodniczący Judenratu w łódzkim getcie, kolaborant pod okupacją hitlerowską, dla większości ocalonych z Zagłady Żydów przestępca wojenny.
 
Aleszuma   

Napisane przez: Aleszuma

Kontakt: aszumanski@gmail.com

TAJNA AGENCJA SPRAW ZAGRANICZNYCH Z MINISTERSTWEM HAŃBY NARODOWEJ W TLE CZ. I MINISTERSTWO HAŃBY NARODOWEJ Nie ja wymyśliłem tytuł tego tekstu. Tytuł wymyślił się sam. W ślad za istniejącym wstydem Ministerstwa Spraw Zagranicznych red. Włodzimierz Knap „Dziennik Polski” podjął temat.

To oznacza, że co jedenasty aktywny dzisiaj dyplomata III RP, który pracuje poza granicami Polski współpracował z cywilnymi bądź wojskowymi (WSI) służbami PRL. W owej grupie jest siedmiu ambasadorów lub konsulów, a więc osób stojących na czele polskich placówek dyplomatycznych.

 

Który z nich handlował polskim wizami w Łucku, czy we Lwowie? Który z nich zajmował się sutenerstwem, skoro tak łatwo ukraińskie prostytutki pracują w Polsce, Danii, Hiszpanii, czy w Niemczech?

 

Oto jest pytanie. Z rozbrajająca szczerością dane o dyplomatach umoczonych w służby peerelowskie podała Grażyna Bernatowicz wiceminister spraw zagranicznych, zapewne zmuszona wstydem zmieszanym z farbą, która już nie chce puścić z emblematu – „dorżnąć watahę” b. ministra spraw zagranicznych. Ten zaj…minister zmienił lukratywną posadkę i zastąpił zakłamaną doktor śmierć w fotelu marszałka skompromitowanego polskiego parlamentu.

 

Resort spraw zagranicznych objął Grzegorz Szetyna (pisze się Schetyna), który jako marszałek sejmu spowodował, iż 11 lipca Dzień Pamięci Męczeństwa Kresowian padł ofiarą politycznej manipulacji.

 

Marszałek Sejmu Grzegorz Szetyna nie dopuścił do poddania pod głosowanie projektu uchwały w sprawie ustanowienia 11 lipca Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian.

 

Ostatnio ujawnione taśmy prawdy przekazują:

 

Ujawniono nowe taśmy “Wprost” z udziałem Radosława Sikorskiego (Wprost, Radio Zet, IAR, TVN24).

 

Szef MSZ powiedział do Rostowskiego:

“Ty, ja uważam, że można zaj… PiS komisją specjalną w sprawie Macierewicza”.

To jest ewidentny deal Seremeta z Tuskiem. No tak, bo to jest skandal, k..rwa.

„Wprost” ujawnił kolejną część treści nagrań rozmów polityków. Tym razem pojawia się dialog między Radosławem Sikorskim z Jackiem Rostowskim. – Wiesz, że polsko-amerykański sojusz to jest nic niewarty. Jest wręcz szkodliwy, bo stwarza Polsce fałszywe poczucie bezpieczeństwa – powiedział szef MSZ. Sikorski tym samym przekonywał Rostowskiego, że polityka prowadzona przez premiera i szefa MON jest błędem. Tak, według nagrań, opublikowanych przez “Wprost” miał mówić Radosław Sikorski. Minister wypowiadał się o sojuszu również w innych, niewybrednych słowach. Następnie w rozmowie polityków przejawia się wątek mentalności Polaków. – Problem w Polsce jest, że mamy bardzo płytką dumę i niską samoocenę – ocenia Sikorski. – Taki sentymentalizm – odpowiada mu Rostowski. Na co szef MSZ mówi: “Taką murzyńskość”. – Jak, jak? – dopytuje Rostowski. – Murzyńskość – powtarza Sikorski.

Dalej Sikorski mówi o polityce zagranicznej: “Bullshit, skonfliktujemy się z Niemcami, Francuzami… Bo zrobiliśmy łaskę Amerykanom. Frajerzy, kompletni frajerzy”.

 

Sikorski: to jest ewidentny deal Seremeta z Tuskiem.

 

ESBECKA SZAJKA POD OKIEM SIKORSKIEGO

 

„…wizy Schengen do Francji, Danii, czy Niemiec dostawały osoby trudniące się nierządem, objęte zakazem wjazdu do tych krajów. Obywatele ukraińscy byli zmuszani do płacenia haraczu za załatwienie wiz. Przez granicę przewożono nielegalnie dzieci…w konsulacie RP w Łucku na Ukrainie działała szajka kierowana przez byłych esbeków, a osłaniana przez polskie służby specjalne… Ukrainka, starała się o wizę legalnie, ale zmuszono ją do zapłacenia haraczu…funkcjonariusz BOR poinformował mnie…że moje zaproszenie nic nie znaczy i że na tej podstawie wizy nie dostanę… ze wskazaniem do „pani Ludy”. Poszłam tam….rozmowę ze mną zaczęto od kwoty 400 – 500 euro…”

 

„… w nocy przygotowują dokumenty, znoszą do zaufanych ludzi w konkretnych okienkach. Nie tylko wizami handlują. „Karty Polaka” też sprzedają za 700 euro. Można spotkać ogłoszenia na mieście i na Fecebooku. Za łapówki załatwiają też wizy (na podstawie fikcyjnych zaproszeń). Konsulaty polskie na Ukrainie to raj dla prostytutek…”.

 

Proceder trwał pod okiem konsula Sylwestra Szostaka nadzorującego wydawanie wiz w konsulacie.

 

Bernatowicz poinformowała, że obecnie z osób pracujących w polskiej dyplomacji ok. 60% podlega lustracji.

 

Dlaczego 60% polskich dyplomatów nie zostało zlustrowanych przed objęciem służby- Bernatowicz nie poinformowała polskiej i światowej opinii publicznej.

 

Fakt zatrudnienia w polskiej dyplomacji współpracowników peerelowskiej Służby Bezpieczeństwa został ujawniony w czasie posiedzenia sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych. O przedstawienie informacji dotyczących obecnego stanu zatrudnienia w MSZ funkcjonariuszy i tajnych współpracowników komunistycznych służb specjalnych wystąpili w czasie posiedzenia komisji posłowie Prawa i Sprawiedliwości.

 

Minister Grażyna Bernatowicz usiłowała przekonywać członków komisji, że o zatrudnieniu w polskiej dyplomacji przede wszystkim decydujące znaczenie mają kwalifikacje. W czasie swojego wystąpienia Bernatowicz nie sprecyzowała o jakie kwalifikacje chodzi. Czy wyłącznie moralne?

 

Członkowie komisji dowiedzieli się od Bernatowicz, iż polityka personalna w MSZ jest realizowana zgodnie z prawem oraz zasadami zarządzania zasobami ludzkimi, gdzie najważniejszym kryterium jest posiadanie właściwych kompetencji merytorycznych.

 

Zachodzi pytanie, czy współpraca z komunistycznym wywiadem, lub sutenerstwo, to wystarczające kwalifikacje dyplomatyczne w Ministerstwie Spraw Zagranicznych?

 

Dyplomaci umocowani w handlu wizami przeznaczonymi dla ukraińskich prostytutek uprawiali sutenerstwo – czerpanie korzyści majątkowych z uprawiania prostytucji przez inną osobę.

 

Zwykle jest to powiązane ze stręczycielstwem (nakłanianiem do uprawiania prostytucji) i kuplerstwem (ułatwianiem uprawiania prostytucji), a czasami z innymi przestępstwami, jak handel ludźmi oraz stosowanie gróźb i przemocy wobec prostytutek. Oprócz indywidualnych sutenerów, jest to jedno z pól działalności, którą zajmują się zorganizowane grupy przestępcze.

 

W Polsce sutenerstwo (podobnie jak stręczycielstwo i kuplerstwo) jest przestępstwem, opisanym w art. 204 § 2 Kodeksu karnego, zagrożonym karą do 3 lat pozbawienia wolności (lub karą do 10 lat, jeśli osoba prostytuująca się jest małoletnia). Jest to również przestępstwo w wielu krajach świata.

 

KONSULOWIE ALFONSI

 

Przestępcy trudniący się sutenerstwem nazywani są sutenerami, lub potocznie alfonsami. To ostatnie określenie pochodzi od głównego bohatera wydanej w 1873 r. powieści Aleksandra Dumasa (syna) pt. „Monsieur Alphonse”, który trudnił się tym procederem. Wcześniej sutenerów w slangu przestępczym określano słowem “luj”, co z kolei pochodziło od francuskiej wersji imienia Ludwik (Louis).

 

Bernatowicz zwróciła uwagę, że żaden z przepisów prawa nie nakazuje pracodawcy zwolnienia, lub niezatrudnienia pracowników, którzy złożyli zgodne z prawdą oświadczenie lustracyjne. Przekonywała, że usuwanie ze służby zagranicznej osób, które przyznały się w swoich oświadczeniach do współpracy jest trudne z prawnego punktu widzenia.

 

MAFIA WIZOWA WE LWOWIE

 

Polski konsulat we Lwowie zapchał się tysiącami wniosków wizowych Ukraińców. Na wizę czeka się po kilka miesięcy, chyba, że „pośrednikowi” da się 150 dolarów, wówczas wizę otrzymuje się od ręki. „Pośrednik” tych 150 dolarów amerykańskich „odpala” tow. konsulowi i jak się zbierze odpowiednia pula, następuje „dyplomatyczny” esbecki podział łapówkarskich „dolców”. Ile dostaje Sikorski?

 

Dyplomaci na Ukrainie są bezkarni. W Łucku pracownik konsulatu po pijanemu spowodował śmiertelny wypadek samochodowy i nie poniósł żadnych konsekwencji prawnych – informuje mnie Teresa Pakosz prezes Radia Lwów.

 

Dr hab. Krzysztof Szczerski, były wiceminister spraw zagranicznych, wicedyrektor Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego nie jest zaskoczony liczbą podanych przez Bernatowicz tajnych współpracowników, która potwierdziła jego opinię o polityce personalnej ministra Radosława Sikorskiego, kierującego się zasadą utrzymania status quo na kierowniczych stanowiskach w swoim resorcie. Minister Sikorski preferuje ludzi o rodowodzie PRL-owskim, choć sam mieni się najgorętszym przeciwnikiem komunizmu.

 

Krzysztof Szczerski uważa, że osoby które były zaangażowane po stronie państwa komunistycznego nie powinny dzisiaj pracować w dyplomacji III RP. Tacy ludzie służyli temu, aby Polska była państwem zniewolonym przez Związek Sowiecki, krajem zacofanym pod każdym względem. Jego zdaniem ludzi związanych z PRL-owskimi służbami specjalnymi, a zatrudnionych obecnie w MSZ, z uwagi na ich oddanie władzom komunistycznym nie należy traktować dzisiaj jak normalnych urzędników. Tymczasem w MSZ, na czele którego stal Radosław Sikorski, takie osoby są nie tylko tolerowane, ale wręcz preferowane – a od upadku komunizmu minęło prawie ćwierć wieku – mówi Krzysztof Szczerski.

 

Natomiast Bernatowicz przekonuje, że osoby które były współpracownikami peerelowskich służb bezpieczeństwa, a teraz zajmują wysokie stanowiska państwowe w polskiej dyplomacji to profesjonaliści, których nie można dyskryminować i przez długi okres życia poświadczyli oddanie temu krajowi, który dzisiaj mamy!

TAJNA AGENCJA SPRAW ZAGRANICZNYCH

Z MINISTERSTWEM HAŃBY NARODOWEJ W TLE CZ. II

MINISTERSTWO HAŃBY NARODOWEJ

SŁUŻBY PRL- U W AFERZE AMBER GOLD

 

 

Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego sprawdza powiązania biznesowe i towarzyskie Marcina. P. prezesa „Amber Gold”. Wśród nich pojawia się nazwisko Mariusza Olecha, który w czasach PRL-u przemycał złoto z Polski do RFN-u. Z dokumentów wynika, że Olech był chroniony przez gdańską prokuraturę, a jego interesy w RFN-ie były nadzorowane przez Departament I MSW (wywiad cywilny PRL-u) i II zarząd Sztabu Generalnego (wywiad wojskowy PRL-u).

 

Mariusz Olech współfinansował niektóre przedsięwzięcia Kongresu Liberalno-Demokratycznego; do dziś jest zaprzyjaźniony z wywodzącymi się z Gdańska czołowymi politykami Platformy Obywatelskiej. Jednym ze znajomych Olecha był m.in. senator KLD Andrzej Rzeźniczak, który w 1989 roku założył prywatną Agencję Lokacyjną – w rzeczywistości była ona piramidą finansową ochranianą przez służby specjalne PRL-u. Skazany w 2004 roku na karę więzienia, ukrywał się przez sześć lat – został zatrzymany w 2010 roku. Przewieziony do aresztu śledczego w Chojnicach zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach. Kierownictwo aresztu jako oficjalną przyczynę zgonu podało zatrzymanie akcji serca.

 

Mariusz Olech zaprzecza by znał się z Marcinem P. ale wynika, że zarówno w jego przedsięwzięciach, jak i w „Amber Gold” pojawiają się ci sami ludzie, którzy wywodzą się ze służb specjalnych PRL-u”.

 

W przedsięwzięciach Mariusza Olecha oraz „Amber Gold” pojawiają się ci sami ludzie, którzy wywodzą się ze służb specjalnych PRL-u. Czy byli funkcjonariusze cywilnych i wojskowych służb specjalnych chronili Marcina P. i partycypowali w jego interesie? To właśnie m.in. sprawdzała gdańska prokuratura i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

 

Wiadomo, że Marcin P. trzykrotnie przebywał w areszcie: w 2004 r . spędził w nim 4 miesiące, w 2007 r. – miesiąc. W roku 2009 od 7 kwietnia do 4 czerwca przebywał w zakładzie karnym.

 

Potwierdził to nam oficer prasowy Aresztu Śledczego w Słupsku Sławomir Maler. Marcin P. przez cały czas karę odbywał w zakładzie typu półotwartego w Ustce. Trafił tam w ramach kary zastępczej – otrzymał 75 dni za niezapłacenie grzywny.

 

O możliwości odbywania kary więzienia w zakładzie półotwartym decyduje komisja penitencjarna. Pozwoliła ona Marcinowi P. skorzystać z tego przywileju. Marcin P. trafił w 2009 r. do aresztu śledczego w Słupsku, ale skierowano go nad samo morze do Oddziału zewnętrznego w Ustce.

 

Niektórzy osadzeni za dobre sprawowanie mogą pracować na zewnątrz aresztu w ramach resocjalizacji. Marcin P. pracował w ośrodku Doskonalenia Kadr Służby Więziennej, który pełnił też funkcję domu wczasowego.

 

Mieszkańcy Ustki nazywali ten ośrodek zwyczajnym „Posejdonem”. W trzykondygnacyjnym budynku było ponad 200 miejsc noclegowych i sala konferencyjna. W skład kompleksu wchodziły też domki kempingowe. Poza działalnością szkoleniową ośrodek prowadził również działania komercyjne, przyjmując latem wczasowiczów i kolonistów.

 

W tym Ośrodku, Marcin P. pracował tam jako asystent animatora kulturalno – oświatowego, zajmując się pracami fizycznymi i porządkowymi, sprzątał pomieszczenia, zmywał ubikacje, pomagał przygotowywać imprezy, przenosił stoły, przygotowywał ogniska etc. – Normalnie sprzątał, zasuwał jak każdy inny osadzony.

 

Niczym szczególnym się nie wyróżniał.

 

Marcin P. podczas pracy w ośrodku w Ustce nie sprawiał ponoć żadnych kłopotów i miał dobrą opinię. Za swoją prace otrzymywał nawet wynagrodzenie w wysokości 572 zł i 89 gr. I były to jedyne pieniądze jakie wykazał w deklaracji podatkowej za 2009 rok.

 

Marcin P. nie odsiedział całego zasądzonego wyroku. Wyszedł z zakładu karnego na mocy decyzji sądu okręgowego, który zgodził się na przerwę w odbywaniu kary.

 

Potem dzięki Amber Gold stał się milionerem”.

 

                                                 

1 września 1939 roku Polska została napadnięta przez hitlerowskie
Niemcy, 17 września przez sowiecką Rosję. W wyniku paktu Ribbentrop–
Mołotow kraje te dokonały IV rozbioru Polski, podjęły też działania mające na
celu zniszczenie naszego państwa i eksterminację jego obywateli.

Trzeba podkreślić, że Polska nie związała się z Hitlerem przeciwko Rosji,
gdyż oznaczałoby to w najlepszym razie wasalizację naszego kraju. Nie
związała się również z Rosją przeciwko Niemcom, gdyż oznaczałoby to w
najlepszym razie sytuację, którą poznaliśmy po 1945 roku.

Nasz kraj wybrał samotną walkę, która militarnie od początku była
skazana na przegraną. Poniósł z tego powodu straszliwe konsekwencje: między
innymi – jak wynika z najnowszych ustaleń IPN – w latach 1939-1945 zginęło
od 5,6 do 5,8 mln polskich obywateli, Polska straciła część swego terytorium a
Polacy utracili na pół wieku wolność. Stając jednak przed tragicznym wyborem,
nie mieli wątpliwości – wybrali walkę z wrogiem, w imię słynnych słów Józefa
Becka:

„My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest jedna tylko
rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna. Tą rzeczą jest honor”.

Polska nie tylko jako pierwsza podjęła walkę, lecz jako jedyny kraj na
świecie zbudowała Polskie Państwo Podziemne, które miało swoją armię, wymiar
sprawiedliwości, podziemną edukację. Polacy walczyli na wszystkich frontach;
wewnętrznym, zachodnim i wschodnim, pod Monte Cassino, Lenino,
Tobrukiem, Arnhem i Narwikiem. Historycy określają nasz udział w wojnie
jako czwartej potęgi, obok Rosji, USA i Wielkiej Brytanii, w koalicji
antyhitlerowskiej.

W Polsce nigdy nie było Quislinga. Byli natomiast wielcy bohaterowie,
jak Hubal, Pilecki czy Fieldorf, których los symbolizuje tragizm polskich losów.

 

Nie znaczy to, że Polska nie miała zdrajców; miała komunistów, których wielu
chciało przyłączenia do Rosji oraz volksdeutschów, którzy marzyli o włączeniu
do Niemiec, ale jedni i drudzy zostali odrzuceni jako zdrajcy.

Miała szmalcowników, ale i ci zostali potępieni i skazywani zarówno w trakcie wojny, jak i po niej. To nie konfidenci i donosiciele reprezentowali polskość – byli jej zaprzeczeniem, marginesem i wewnętrznym wrogiem, z którym Polska również prowadziła walkę.

Polska nie przegrała II wojny światowej, stworzyła Polskie Państwo Podziemne i rząd Polski działający na wychodźstwie, ocaliła godność i honor, w imię
których podjęła tę walkę.

 

 

Po latach okazało się, że odniosła zwycięstwo, a Powstanie Warszawskie i Katyń stały się mitem założycielskim nowej Polski.

Nie ma w tym nic dziwnego, że klęski stają się po latach źródłem siły,
moralnym zwycięstwem, na którym można budować narodową jedność.

Dzisiaj wszyscy winni jesteśmy cześć i pamięć bohaterom tamtych
wojennych czasów, z pod Mokrej, Krojant, Bzury, Kocka i Westerplatte.

 

Chylimy głowy w wielkiej wdzięczności i szacunku dla Ich patriotyzmu i
poświęcenia; przed żołnierzami spod Wizny, które stało się polskimi
Termopilami. Czujemy się wobec Nich odpowiedzialni za stan III
Rzeczpospolitej.

Niestety, ocaloną godność i honor często próbuje nam się odebrać,
przedstawiając nas jako naród antyemitow. szmalcowników, morderców z Jedwabnego i pomocników Hitlera.

 

Służy temu świadomie prowadzona polityka historyczna, która ma usprawiedliwić zbrodniarzy i pomniejszyć skalę ich zbrodni, czyniąc nas za nie współodpowiedzialnymi.

 

Polityka ta prowadzona jest zarówno przez naszych sąsiadów, wrogie narodowi polskiemu siły zewnętrzne i wewnętrzne, nie wyłączając polskiej dyplomacji skażonej służbami peerelowskimi, jak i wewnątrz kraju – tę ostatnią można uznać za swoistą kontynuację tej zdrady, z którą walczyliśmy zarówno przed, jak i po wojnie.

Musimy sobie zdawać sprawę, że jest to ta sama walka tylko prowadzona na
płaszczyźnie świadomości. Powinniśmy sobie też zadać pytanie: czemu to w
dalszej perspektywie ma służyć. Nie możemy bowiem przegrać pokoju i dać
sobie odebrać godność i honor, dla których nasi Ojcowie i Dziadkowie
podejmowali skazaną na porażkę walkę. Bez godności i honoru nie można
budować kraju, nie można walczyć o jego dobre imię i rozwój.

Zdając sobie z tego wszystkiego sprawę, nie powinniśmy ignorować
faktu, że wschodni sąsiad wcale nie zerwał do końca z imperialną przeszłością,
natomiast zachodni zbyt chętnie widzi nas w pozycji swojego klienta.

 

Powinniśmy też pamiętać, że historia się nie zakończyła i że jak zawsze stoi
przed nami zadanie budowania silnego, demokratycznego państwa polskiego.
Państwa prawnego, broniącego praw i wolności obywatelskich.

 

Tego rodzaju państwo jest warunkiem rozwoju jednostki, jest niezbędnym komponentem siły narodu. Jest warunkiem jego trwania i niepodległości, która nigdy nie jest dana raz na zawsze. To państwo powinno być budowane na pamięci i tradycji, którą ocalili nasi Ojcowie. Warto w tym miejscu przypomnieć słowa św.Jana Pawła II
skierowane w 1979 roku do polskiej młodzieży:

„I proszę was; pozostańcie wierni temu dziedzictwu! Uczyńcie je przedmiotem swojej szlachetnej dumy! Przechowajcie to dziedzictwo! Pomnóżcie to dziedzictwo. Przekażcie je następnym pokoleniom”.

„W obronie honoru i godności” to przesłanie Janusza Kochanowskiego rzecznika praw obywatelskich we wrześniu 2009 roku, kilka miesięcy przed jego tragiczną śmiercią w Smoleńsku.

 
Aleszuma   

Napisane przez: Aleszuma

Kontakt: aszumanski@gmail.com

 

O tajemnicy śmierci błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki mówi w rozmowie z PCh24.pl red. Wojciech Sumliński, dziennikarz śledczy, autor m.in. książek „Kto naprawdę Go zabił?”, „Z mocy bezprawia”, „Z mocy nadziei” i „Lobotomia 3.0”.
 

 Mijają trzy dekady od porwania i zamordowania błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki. W powszechnej świadomości społecznej to unikalny przykład sprawnego działania aparatu sprawiedliwości w odniesieniu do zbrodni politycznych okresu PRL. Sprawcy zostali błyskawicznie schwytani i osądzeni, odsiedzieli po kilka lat w więzieniu. Czy na pewno wszystko już wiemy w tej sprawie?

 

– Podążając tropami prokuratora Andrzeja Witkowskiego i jego zespołu śledczego składającego się z kilkunastu prokuratorów, a także w oparciu o własne wieloletnie śledztwo dziennikarskie twierdzę i jestem tego absolutnie pewien, że wszystko, co w domenie publicznej powiedziano o tej sprawie, poza miejscem i czasem uprowadzenia księdza Jerzego Popiełuszki, jest kłamstwem. W swojej zdecydowanej większości opinia publiczna wie o tej sprawie bardzo niewiele albo wręcz nic.

 

Ksiądz Jerzy zginął w innych okolicznościach niż to się powszechnie przyjmuje. Wiele przemawia za tym, że także w innym czasie. Od tego czasu aż po dziś dzień okoliczności tej najgłośniejszej, a zarazem najbardziej tajemniczej zbrodni PRL są zakłamywane.

 

Dlaczego tak się dzieje?

 

– Tu nie chodzi tylko o śmierć jednego kapłana, nawet tak niezwykłego, tak wspaniałego, tak świętego, jakim był ksiądz Jerzy, ale także o cały szereg innych spraw. Wyjaśnienie tej zbrodni jest jak wyjście z portu na szerokie morze. Ta zbrodnia wiązała się z działalnością szeregu osób w okresie PRL, wiązała się z porozumieniem, które w imieniu części opozycji panowie Geremek i Mazowiecki zawarli z panami Rakowskim, Kiszczakiem i Jaruzelskim w roku 1985. Owa zbrodnia założycielska III RP wiąże się również z olbrzymią ilością działań, które powodowały zakłamywanie wszystkich jej okoliczności. Do dzisiaj trwają prowadzone na ogromną skalę zabiegi mające na celu wyciszenie prawdy.

 

Pierwsze działania dyskredytujące zaczęły się bezpośrednio po procesie toruńskim. Wówczas zostały wszczęte pod kryptonimami „Teresa”, „Trawa” i „Robot” największe operacje inwigilacyjne w historii państw bloku komunistycznego. Na sześć lat, od początku 1985 aż do kwietnia 1990 roku, oddelegowano do nich kilkuset funkcjonariuszy i kilkuset tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa.

 

Tak wielkie siły i środki zaangażowano do podsłuchiwania i obserwacji wszystkich bliskich sprawców porwania: Grzegorza Piotrowskiego, Adama Pietruszki, Waldemara Chmielewskiego, Leszka Pękali, a także ich najbliższych kolegów z resortu MSW. Mówiąc krótko, generał Czesław Kiszczak nakazał wszczęcie tych trzech operacji do totalnej inwigilacji swoich.

 

W jakim celu?

 

– Zapytałem o to gen. Czesława Kiszczaka, z którym przeprowadzałem wywiad dla Telewizji Polskiej i wie pan, co odpowiedział? „Bo ja byłem tak zdeterminowany, by wyjaśnić tę zbrodnię do końca”.

 

Kto lubi bajki, może przyjąć taką argumentację, ale kto chce poznać prawdę, winien zapoznać się z dokumentami fragmentami zapisu podsłuchów sporządzonych w ramach tych operacji. Z kilkudziesięciu tysięcy godzin nagranych rozmów ocalało zaledwie kilkaset, reszta została zniszczona. Dotarłem do zachowanych nagrań i do stenogramów, głównie odnoszących się do rozmów Róży Pietruszki z synem Jarosławem, z matką, innymi krewnymi, najbliższymi przyjaciółmi. Już tylko w oparciu o ten drobny fragment nagrań wyłania się obraz całkowitego spreparowania tej zbrodni przez najwyższe władze PRL z gen. Czesławem Kiszczakiem i gen. Wojciechem Jaruzelskim na czele.

 

Co wynika z rozmów nagranych przez SB?

 

– Róża Pietruszka była najbardziej zdeterminowana by pokazać, że ta historia faktycznie wyglądała inaczej niż podano i do dzisiaj podaje się oficjalnie. Jej mąż, płk Adam Pietruszka przeszedł do historii jako człowiek, który wymyślił zbrodnię na ks. Jerzym, najwyższy rangą spośród skazanych w procesie toruńskim. Kobieta prowadziła więc rozmowy, i z generałem Kiszczakiem, i z jego przedstawicielami. Treść tych konwersacji sprowadzała się do jednego: nagroda za milczenie, kara za mówienie. Metoda znana każdej policji politycznej świata – kij i marchewka. „Jeżeli nie będziecie drążyć tej sprawy, nagłaśniać jej, będą amnestie. Potem resort zadba o was i wasza rodzina o nic nie będzie musiała się martwić do końca życia. Trzeba wziąć na siebie i odegrać tę trudną rolę. Natomiast gdy tajemnica państwowa zostanie ujawniona, konsekwencje mogą być straszne”. Takie i podobne rozmowy trwały przez długi czas.

 

Piotrowski, Pękala, Chmielewski, Pietruszka byli bezwzględnymi oprawcami i zbrodniarzami, nie ulega to żadnej wątpliwości. Mają na rękach krew niejednego człowieka, trzech spośród nich co najmniej pastwiło się nad księdzem Jerzym przez wiele godzin. Nie ma mowy, by tych bandytów bronić, nikt tego nie robi. Natomiast nie ulega wątpliwości, że to nie płk Pietruszka zaplanował tę zbrodnię. Był tylko narzędziem, jednym z bardzo ważnych trybów zbrodni, ale nie najwyższym rangą oficerem, który ją wymyślił. Zrobił to generał Czesław Kiszczak. On nadał sprawie bieg, wymyślił całą kombinację operacyjną.

 

Skąd taka pewność?

 

– Między innymi, chociaż nie tylko, wiemy to z rozmaitych nagrań i rozmów, które pozostały po operacjach „Teresa”, „Trawa”, „Robot”. Z wielu relacji, jakie się zachowały wynika obraz pełnej kontroli sprawowanej nad tą sprawą od samego początku, a także obraz przebiegu wydarzeń, odkąd operacja została zapoczątkowana, wymyślona i realizowana według z góry przyjętego planu. Wszystko zaczęło się co najmniej na ponad półtora miesiąca przed uprowadzeniem księdza Jerzego Popiełuszki. W tej zbrodni Pękala, Piotrowski, Chmielewski i Pietruszka znali jednak tylko część zadania, jakie im przydzielono. O drugiej części nie wiedzieli, była ona dla nich zaskoczeniem, wręcz szokiem. O tym, że zostali wytypowani jako wyłącznie zasiadający na ławie oskarżonych i że przyjdzie im jakiś czas za tę zbrodnię spędzić w więzieniu, dowiedzieli się później.

 

Co jeszcze, poza archiwaliami z operacji „Teresa”, „Trawa” i „Robot” świadczy o fałszywości oficjalnej wersji zdarzeń?

 

– Nie o wszystkich dowodach mogę jeszcze w tym momencie mówić. Skazani w procesie toruńskim oficjalnie żyją skromnie, pozmieniali nazwiska, imali się różnych zawodów, ale u każdego z nich (a także u ich bliskich) na pewnym etapie pojawiły się jakieś bardzo pokaźne pieniądze, czy też możliwości życia na dużo wyższym poziomie niż wskazywałyby na to ich formalne stany majątkowe. Była to bardzo ważna poszlaka wskazująca na to, że gen. Kiszczak najprawdopodobniej dotrzymał słowa danego Róży Pietruszce.

 

W procesie zakłamywania i zaciemniania prawdy o tej zbrodni wiele jest punktów, które nazwałbym kluczowymi. Pierwszym z nich było wydarzenie z roku 1991. Na przełomie wiosny i lata Andrzej Witkowski dotarł do niezwykłych materiałów wskazujących na to, że już od połowy września 1984 r., a więc na ponad miesiąc przed zbrodnią, Piotrowski, Pękala, Chmielewski i Pietruszka byli objęci obserwacją funkcjonariuszy Wojskowych Służb Wewnętrznych. Czy był jakiś jasnowidz, który przewidział, że niebawem ta czwórka dokona uprowadzenia księdza? Logika mówi tylko jedno: ktoś wydał tym ludziom rozkaz, żeby śledzili przyszłych wykonawców zbrodni. Taki rozkaz mógł wydać tylko i wyłącznie Czesław Kiszczak, na co zresztą wskazywały inne dowody, m.in. wspomniane podsłuchy, ale nie tylko. Pamiętajmy, że generał przyszedł do resortu MSW właśnie z kontrwywiadu i był tam ciałem obcym. Jego środowiskiem było właśnie peerelowskie wojsko, on ufał właśnie WSW. I oficerowie tegoż WSW, prowadzący obserwację od września, kontynuowali ją także tragicznego dnia, 19 października, od Warszawy do Bydgoszczy i od Bydgoszczy do miejsca uprowadzenia księdza.

 

Andrzej Witkowski poznał nazwiska tych sześciu oficerów, którzy wówczas jechali za Piotrowskim, Pękalą i Chmielewskim w dwóch samochodach, byli więc na miejscu zbrodni. Szef zespołu śledczego wkroczył z grupą prokuratorów do bydgoskiej siedziby Wojskowych Służb Informacyjnych (rok wcześniej, bez przeprowadzenia żadnej weryfikacji kadr, przemianowano w ten sposób dotychczasowe WSW) i poddał tę szóstkę gruntownemu, całodziennemu przesłuchaniu. Był to bardzo dobry moment na wyjaśnienie tej zbrodni. Zaledwie siedem lat po jej dokonaniu, dwa lata po transformacji owi funkcjonariusze nie wiedzieli jeszcze, którą stronę pójdzie ta tzw. wolna Polska. Trzy spośród tych osób zadeklarowały Witkowskiemu i jego współpracownikom, że jeżeli otrzymają gwarancje bezpieczeństwa dla siebie i swoich rodzin, gotowi są wyjawić całą prawdę o tej zbrodni. Prokurator pojechał w tej sprawie do Wiesława Chrzanowskiego, ówczesnego ministra sprawiedliwości oraz do jego zastępcy Stanisława Iwanickiego. Pierwsze zaskoczenie – przyjęto go bardzo chłodno. Niecałe dwa tygodnie później dowiedział się, że już tej sprawy nie prowadzi. Ministrowie Chrzanowski i Iwanicki użyli w stosunku do Andrzeja Witkowskiego absurdalnego argumentu mówiąc o tym, że prowadzi śledztwo „od góry do dołu”, a powinien „od dołu do góry”. Prokurator był zszokowany, ale próbował wejść z nimi w polemikę mówiąc, że stoimy właśnie o krok od wyjaśnienia tej sprawy. Śledztwo zostało jednak mu odebrane. Wszczęte zostały wyrywkowe procesy generałów Ciastonia i Płatka, przed czym Witkowski bardzo przestrzegał mówiąc, że przypomina to wyjęcie z całej układanki dwóch puzzli i próbę ułożenia z nich całego obrazu. Procesy te, zgodnie z przewidywaniami, zakończyły się niczym.

 

Po kilku latach pojawiła się jednak druga szansa…

 

– W roku 1999 powstał Instytut Pamięci Narodowej, niedługo później prok. Witkowski ponownie otrzymał śledztwo w sprawie mordu na ks. Jerzym. Zmontował od zera swój zespół śledczy, czyli znowu grupę prokuratorów, policjantów. Przez kolejne prawie trzy lata bardzo wnikliwie prowadził śledztwo. Nadeszła jesień 2004 roku. Prof. Witold Kulesza, szef pionu śledczego IPN wezwał prok. Witkowskiego, by w związku ze zbliżającą się 20. rocznicą mordu na księdzu Jerzym przygotował dwie wersje informacji o tym, na jakim etapie znajduje się postępowanie w tej sprawie. Jedną na użytek opinii publicznej, zaś drugą, nieformalną, dla niego, szefa pionu IPN. Notatki powstały, z tej drugiej, tajnej, wynikało, że w ciągu kilku miesięcy powinno zakończyć się śledztwo, prokurator ma już niemal skompletowaną ławę oskarżonych i chce na niej widzieć Czesława Kiszczaka, Waldemara Chrostowskiego i innych, łącznie ponad dwadzieścia osób. Dysponował bardzo wieloma poszlakami wskazującymi na datę śmierci księdza późniejszą o kilka dni od tej podawanej oficjalnie, a także na możliwość, iż to nie Polacy mogli sfinalizować zbrodnię na księdzu.

Pierwsza z koncepcji zakładała, że kapłan miał być zmuszony do współpracy z bezpieką, a następnie wysłany do Rzymu. Zresztą, od kilku miesięcy trwały już zabiegi w tym celu, prowadzone za pośrednictwem osób, którym ufał ksiądz prymas.

 

Była jednak też druga hipoteza, zgodnie z którą kapelan „Solidarności” miał być doprowadzony do granicy śmierci i przekazany innej grupie oprawców. Według prok. Witkowskiego, wszystkie tropy biegły do funkcjonariuszy sowieckiego GRU. To, że ksiądz Jerzy zginął, dowodzi, że złamać się nie dał.

 

Prokuratorowi znowu zabrakło czasu…

 

– Natychmiast (był październik 2004 r.) został wezwany do Warszawy i znów z dnia na dzień dowiedział się, że już tej sprawy nie prowadzi. Prof. Kulesza powiedział, że odbiera mu to śledztwo. Andrzej Witkowski nie mógł tego zrozumieć. Zapytał, dlaczego zapadła taka decyzja. Prof. Kulesza miał odpowiedzieć: „Dowiedziałem się, że zeznawał pan jako świadek w procesach Ciastonia i Płatka. Zachodzi konflikt interesów, nie może pan być prokuratorem prowadzącym śledztwo.”.

 

To było kłamstwo. Andrzej Witkowski wiedział o tym, że może znaleźć się w sytuacji takiego konfliktu. W trakcie wspomnianych procesów stawiał się w sądzie (bo musiał), ale nie wypowiedział ani słowa. Nawet proszony o przedstawienie się pokazywał tylko dowód osobisty.

 

Akta śledztwa odesłane zostały do Katowic, gdzie przez rok nie działo się w tej sprawie kompletnie nic, nie przesłuchano nawet jednego świadka. Jesienią 2005 dokumenty przekazano do Torunia, stamtąd do Warszawy. Leżały tam, nikt się nimi nie zajmował.

 

Ksiądz Jerzy jest już błogosławionym, natomiast mało kto się orientuje, że śledztwo w sprawie wszystkich okoliczności popełnionej na nim zbrodni nie zostało formalnie do dziś zakończone. To swoiste kuriozum, sprawa stoi w miejscu, jest martwa, ale formalnie nie zamknięta.

 

Minęło wiele lat, czy widzi Pan wciąż szansę na postawienie przed sądem rzeczywistych inspiratorów i pozostałych wykonawców zbrodni na księdzu Jerzym?

 

– Dopóki żyją główni świadkowie, wielu ludzi, którzy zadeklarowali, że pomogą wyjść prawdzie o tej zbrodni na światło dzienne, szansa istnieje. Pojawiłaby się na nowo, gdyby w Polsce zmienił się układ polityczny na taki, który sprzyjał będzie wyjaśnieniu do samego końca różnych spraw z najnowszej historii, bez względu na to, jak byłoby to bolesne.

 

W tym momencie nie mogę ujawnić jeszcze wszystkich znanych mi faktów o tej sprawie. Część wiedzy dotychczas nigdzie nie prezentowanej chcę opublikować w książce pt. „Lobotomia 3.0”, która ukaże się 29 września. To najważniejsza moja książka o opatrzonej klauzulą tajemnicy i tajności zagadce śmierci Błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki.

 

Cóż to takiego lobotomia? Zabieg polegający na wbiciu poprzez oczodoły szpikulców i przecięciu zwojów nerwowych. Metoda opisana w książce „Lot nad kukułczym gniazdem” miała zmniejszać nadpobudliwość, a jej twórca otrzymał za to nagrodę Nobla. Poddał tej metodzie „leczenia” 2,9 tys. osób, m.in. siostrę prezydenta Kennedy’ego, bardzo pobudliwą nastolatkę. Rzeczywiście, po zastosowaniu lobotomii ludzie stawali się spokojni, ale w większości przypadków ich spokój był spokojem „roślin” – ludzi wpatrzonych w jeden punkt. Uważam, że taki właśnie zabieg stosuje się na nas, Polakach w bardzo wielu sprawach. Nasze społeczeństwo zostało obezwładnione, jesteśmy jak po drastycznym zabiegu, w którym całkowicie odwrócono prawdę i fałsz, a ludzi, którzy próbowali dociekać wyjaśnienia sprawy, o której mówimy niszczono na wielu poziomach. Dokonywano tego metodami nie raz szokującymi, od zastraszania świadków, dyskredytowania prokuratora Witkowskiego w rozmaitych środowiskach, aż po niszczenie fizyczne. Zginęła, na przykład z przedawkowania alkoholu stuprocentowa abstynentka, żona brata księdza Popiełuszki, który nie zgadzał się nigdy z oficjalną wersją wydarzeń i odbierał wcześniej groźby dotyczące swojej rodziny. Zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach dwaj główni świadkowie, którzy widzieli, że zwłoki księdza Jerzego zostały wrzucone do Wisły w nocy z 25 na 26 października 1984 (przypominam, że porywaczy zatrzymano 23 października).

 

Każdy, kto się w tę sprawę zagłębiał, miał większe lub mniejsze problemy. Kiedy prowadziłem swoje śledztwo, dochodziło do tylu tak absurdalnych sytuacji, że gdybym ich nie przeżył, nigdy nie uwierzyłbym, iż się wydarzyły. Tak jest po dziś dzień.

 

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Roman Motoła

Ks. Stanisław Małkowski pochodzi z rodziny ziemiańskiej. Jest wnukiem po mieczu polskiego geologa, profesora Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie i założyciela Muzeum Ziemi w Warszawie, Stanisława Małkowskiego oraz wnukiem po kądzieli przedwojennego polityka, senatora Władysława Malskiego.

Pierwsze miesiące swojego życia spędził w majątku ziemskim w Woli Korytnickiej. W grudniu 1945 przeprowadził się wraz z rodziną do Warszawy. W 1961 ukończył VI Liceum Ogólnokształcące im. Tadeusza Reytana w Warszawie. Po szkole średniej rozpoczął studia na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 1964–1966 przerwał je i przebywał w nowicjacie w klasztorze benedyktynów w Tyńcu. Przed przyjęciem habitu zakonnego opuścił zakon i powrócił na studia. Ukończył je w 1969 w Instytucie Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego z tytułem magistra socjologii. Promotorem jego pracy magisterskiej był profesor Adam Podgórecki. W 1970 wstąpił do Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Warszawie.

W czasie formacji kleryckiej zajmował się pracą naukową. Publikował opracowania z zakresu socjologii na temat subkultur młodzieżowych oraz nieletnich i młodocianych zamkniętych w zakładach wychowawczych, poprawczych i karnych.

Przez wiele lat współpracował z czołowymi przywódcami polskiej opozycji spośród intelektualistów warszawskich. Podczas studiów w seminarium duchownym poznał Jerzego Popiełuszkę, w kilka lat później został jego przyjacielem, a następnie również współpracownikiem. Za swą działalność, kazania oraz kontakty z opozycją był wielokrotnie nękany, zatrzymywany, przesłuchiwany i poddawany rewizjom przez Służbę Bezpieczeństwa. Na początku lat osiemdziesiątych XX wieku znalazł się na liście niewygodnych księży sporządzonej dla zastępcy dyrektora Departamentu IV Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, pułkownika Adama Pietruszki, których zamierzano skrytobójczo zgładzić. Figurował na niej pod numerem pierwszym, przed księdzem Jerzym Popiełuszką. W lecie 2010 roku brał udział w zgromadzeniach i przewodniczył wieczornym modlitwom przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie. 3 sierpnia 2010 poświęcił tzw. krzyż smoleński, który w kwietniu 2010 roku postawili przed pomnikiem księcia Józefa Poniatowskiego polscy harcerze. 13 września 2010 roku postępowaniem tym ściągnął na siebie ostrzeżenie kurii archidiecezji warszawskiej i groźbę obłożenia karą suspensy. Mimo upomnień pozostał nadal sympatykiem Społecznej Inicjatywy Obrońców Krzyża, dla której poświecił nowy krzyż. W 2011 roku wszedł w skład Rady Stowarzyszenia Solidarni 2010. Był także członkiem honorowego komitetu poparcia Marszu Niepodległości. Publikuje m.in. w „Naszej Polsce” i „Warszawskiej Gazecie”.

Skorzystajmy z pomocy z wysoka

 

– Jak Ksiądz ocenia obecną sytuację w Polsce?

– Widzę swoją rolę w Polsce jako miejsce w Kościele i zadania, które stąd wynikają – jestem księdzem rzymskokatolickim.

Widzę też swoją rolę, gdy chodzi o pewne działania umacniające Polskę i Polaków, a także manifestacje patriotyczne, bo to też jest ważne, na które jestem zapraszany i w których chętnie uczestniczę. Widzę też pewną możliwość kontynuowania posługi kapłańskiej przede wszystkim, ale też patriotycznej błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki. I to, że nie jestem sam. Raz w tym sensie, jak powiedział Jego Świątobliwość Benedykt XVI, Józef Ratzinger, ktoś kto wierzy i modli się, nigdy nie jest sam. No ale ponadto mam przyjaciół i różnych ludzi, którzy tak czy inaczej uczestniczą w dobrych przedsięwzięciach, do których się w miarę możliwości dołączam.

A gdy chodzi o ocenę sytuacji Polski, to widzę niebezpieczeństwo zguby Polski, zagłady Polski. I w sensie duchowym, i w sensie kulturowym, i w sensie materialnym, ekonomicznym, i w sensie demograficznym również. I widzę czynniki i wewnętrzne, i zagraniczne, które bądź traktują Polskę jako pionka, bądź jako przeszkodę w realizacji swoich globalistycznych celów. Widzę siłę Kościoła w Polsce i pewne zdolności mądrych Polaków, którzy poprzez działalność społeczną, publicystyczną, a nawet ekonomiczną sporadycznie – o ile w tym układzie to jest w ogóle możliwe – próbują Polski bronić w skali lokalnej, czy nawet szerszej, w skali państwa. I wszelkie takie działania, choćby wydawały się niewystarczające dla uratowania Polski, trzeba wspierać na miarę swoich skromnych możliwości. Czy to słowem, czy obecnością staram się takie poparcie wyrażać.

Natomiast w sensie politycznym, te trzy czynniki rozgrywki przeciwko Polsce – jeden wschodni, drugi zachodni, niemiecki, a szerzej w postaci Unii Europejskiej, w tej postaci, jaką ona przybrała zwłaszcza po traktacie lizbońskim; czynnik amerykańsko-żydowski trzeci, no i obecność zdrady wewnętrznej w Polsce – stawiają Polskę w sytuacji podobnej, a może nawet gorszej niż w drugiej połowie XVII stulecia, gdy ze strony czynników zagranicznych i ze strony wewnętrznej zdrady Polska była zagrożona jako państwo czy jako naród również.

Rozglądam się za jakimś czynnikiem, nazwijmy to czwartym czy tam kolejnym, przewyższającym te dotychczasowe, działające na szkodę, albo wręcz na zgubę polskiej siły. Widzę to w Kościele szeroko rozumianym i w tych ingerencjach z góry, które są możliwe, gdy my o nie prosimy i gdy my wierzymy w skuteczność tych ingerencji. Ja wierzę w skuteczność ingerencji z wysoka, zresztą historia, fakty historyczne to potwierdzają. Znaczy możliwy jest cud dotyczący nie tylko poszczególnych ludzi czy jakichś lokalnych wspólnot, ale wręcz odnoszący się do narodu, do państwa. Pytanie, czy Syn Boży, który stał się człowiekiem, Jezus Chrystus, chce, by Polska żyła, czy nie chce. Te sygnały czy słowa Jezusa spisane w „Dzienniczku” świętej Faustyny Kowalskiej, „Polskę szczególnie umiłowałem”, czy słowa, które przekazał słudze Bożej Rozalii Celakównie Pan Jezus, czy inne słowa z tamtej strony Jezusa i Matki Najświętszej, zwłaszcza Matki Najświętszej, która wyraźnie czuje się za Polskę odpowiedzialna jako Królowa Polskiej Korony wybrana w roku 1656, 1 kwietnia, w katedrze lwowskiej przez przedstawicieli obu władz, i kościelnej, i państwowej z królem Janem Kazimierzem na czele.

Ja bym nadzieję pokładał oczywiście w działaniach społecznych, także politycznych, ekonomicznych, kulturowych, edukacyjnych – tak, ale w sumie oceniam je jako niewystarczające. Dlatego bez tego czynnika nadprzyrodzonego – wydaje mi się – że ocalenie Polski, jeżeli jeszcze brać pod uwagę czynnik pewnego uśpienia, pewnego oszukania Polaków, pewnego zobojętnienia wielu Polaków na to, co będzie, co może być – wkroczenie tego czynnika jest koniecznie potrzebne nie tylko ze względu na cel zasadniczy i sens ludzkiego życia, które polega na przyjęciu daru odkupienia i zbawienia poprzez nawrócenie i dążenie do świętości teraz i udział we wspólnocie Kościoła w całej pełni, Kościoła Eucharystycznego Ciała Jezusa Chrystusa jako ludu Nowego Przymierza.

Te czynniki nadprzyrodzone grupuję w takich trzech działaniach. Pierwsze – i mówię o tym przy każdej okazji, tak że ja się trochę powtarzam w tej chwili – działanie to udział w krucjacie różańcowej za Ojczyznę, drugie działanie to intronizacja Chrystusa Króla na Króla Polski, i trzecie działanie, najtrudniejsze zresztą, ofiarowanie Rosji Niepokalanemu Sercu Najświętszej Marii Panny. Pierwsze działanie wynika z tradycji sprawdzonej historycznie, zwycięskich krucjat różańcowych.

– Choćby węgierskiej.

– Aż po węgierską, dziewiątą. Liczy się, że to jest dziewiąta w dziejach krucjata, od pierwszej dominikańskiej z XIII stulecia. W tym polskie takie znane, jak poprzedzająca wiktorię wiedeńską, jak poprzedzająca zwycięstwo nad bolszewikami w roku 1920. I wszystkie te krucjaty mają pewien jeden wspólny mianownik, taki mianowicie, że słabsi po stronie dobra odnoszą zwycięstwo nad silniejszymi po stronie zła. Silniejsi po stronie zła w sposób oczywisty dla kogoś, kto wierzy, korzystają z pomocy demonicznej. Czy są tego świadomi, czy nieświadomi. Pomoc demoniczna przewyższa zdolności ludzkie, w związku z tym nie tylko politycznie i społecznie silniejsi, są silniejsi też o ten czynnik demoniczny, który przesądza o ich zwycięstwie, gdy po stronie dobra są ludzie słabsi, a nie korzystają z pomocy z wysoka.

Skorzystanie z pomocy z wysoka sprawia, że nasze siły przeważają. Jeżeli po naszej stronie jest Pan Jezus, a On jest wtedy, kiedy Go o to prosimy, On przemocą nie ingeruje w nasze sprawy, tak jak byśmy chcieli, bo warunkiem tej ingerencji jest nasza modlitwa, nasza wierność, nasze nawrócenie.

Podobnie Matka Najświętsza, szanuje naszą wolność. I jeżeli za pomocą sprawdzonego narzędzia zwycięstwa, jakim jest różaniec, i krucjaty różańcowej, w dziejach szereg razy zwycięskiej, w sytuacji gdy właśnie dobrzy przegrywają, a źli zwyciężają, taka krucjata, gdyby się należycie rozwinęła w Polsce – na razie jej rozwój jej słaby, trwa od przeszło trzech lat, a objęła sto kilkanaście tysięcy, może więcej, bo nie wszyscy się deklarują jako uczestnicy krucjaty, chociaż do niej należą tysiące Polaków w kraju i za granicą. Dlatego widzę swoje zadanie w propagowaniu krucjaty i uzasadnianiu słuszności tej drogi jako czynnika zwycięstwa Polski. Nie tylko Polaków, bo Polacy mogą zwyciężyć w każdych warunkach, jeżeli chcą. I w warunkach piekła – no, piekła na ziemi – zsyłki, łagrów, obozów koncentracyjnych, obozów zagłady, można osiągnąć świętość i można osiągnąć zbawienie. Natomiast w tej drodze ku wiecznej ojczyźnie Polska, która byłaby i wolna, i sprawiedliwa, i suwerenna…

– …i katolicka…

– …i katolicka jeszcze do tego, i byłaby rzeczywistym królestwem Chrystusa i Matki Najświętszej, ma szanse istnieć, i być może nawet do końca świata. Wydaje się, że Pan Bóg chce, żeby Polska żyła, i to długo. Znaczy Polacy żyją dłużej lub krócej i poprzez to swoje życie osiągają wieczność szczęśliwą w niebie, albo i nie, zależy od tego, jak się postępuje. W najgorszych warunkach można osiągnąć zbawienie wieczne. Ale nie jest obojętne, czy warunki doczesne sprzyjają, czy nie sprzyjają osiągnięciu wiecznego zbawienia.

Otóż, przeciwnik w tej chwili chce Polskę przerobić, a nawet zniszczyć. Usiłuje stworzyć, choćby przez system edukacyjny, przez kulturę, przez sztukę, przez publikacje, przez media, przez edukację w wyższych uczelniach, nie tylko w przedszkolach i szkołach podstawowych czy średnich, przeciwnik chce tak ukształtować człowieka i stworzyć takie warunki, żeby pytanie o prawdę, pytanie o wiarę, pytanie o Boga, pytanie o świętość i o życie wieczne było uznawane za nonsens. O to się w ogóle nie pyta, o tym się w ogóle nie rozmawia, to nie jest w stylu ludzi poprawnych politycznie przecież. Ludzi, którzy rozeznają sytuację, w jakiej żyją, i ich główną troską jest uchronić się przed niebezpieczeństwem doraźnym i osiągnąć doraźne korzyści. Czyli poddanie się tej metodzie, która jest nazywana zwyczajową metodą kija i marchewki. Znaczy władza trochę straszy, trochę daje, trochę obiecuje, i może i nie daje, ale obiecuje. Jak to było u Mickiewicza? Śmieszy, tumani, przestrasza.

– Za PRL mówiło się: władza kontra społeczeństwo, ale już są inne czasy. Dlaczego ta władza się zachowuje w podobny sposób, co to jest za władza?

– Ta władza w jawny sposób ludźmi gardzi i ludziom szkodzi. Nie wszystkim, bo ma swoją kadrę, która jest zainteresowana w tym, żeby tę władzę wspierać i ją trzymać. Jest to kadra znacząca w skali kraju, ale to nie jest większość.

Natomiast większość jest na tyle oszukana, ogłupiona i uśpiona, że poddaje się temu oddziaływaniu, nie widząc możliwości innej alternatywy – no, polityka taka już jest, jest z gruntu zła, polityką nie trzeba się zajmować, do polityki nie należy się mieszać, zostawić politykę innym. Ale pytanie komu?

– Powtarzane są te same mechanizmy, że religia jest czymś prywatnym.

– Tak samo, no tak, ale ta ingerencja destrukcyjna idzie nie tylko w stronę życia społecznego, publicznego i politycznego, ale idzie również w stronę prywatności. Przerabianie człowieka to znaczy przerabianie indywidualnych istot ludzkich, a nie tylko spraw społecznych. W głębszym, duchowym sensie chodzi o to, żeby zatrzeć, zniszczyć jakikolwiek wymiar obrazu Bożego w człowieku. Znaczy Bóg Stwórca stworzył człowieka na swój obraz. Jest to podstawowa prawda wiary zawarta w „Piśmie Świętym”, księdze Rodzaju.

Następnie, do czego Bóg Stwórca człowieka powołał, i w ogóle co to znaczy, że Bóg stworzył człowieka na swój obraz? To znaczy, że podzielił się z człowiekiem swoją mądrością i uzdolnił człowieka, żeby tę mądrość jakoś przyjął i swoje myśli w pewnej mierze do myśli Bożej, no, nieskończenie przewyższającej nasze myślenie, jednak dostosował. Czyli dał Bóg człowiekowi rozum, dał Bóg człowiekowi wolność – człowiek może Bogu powiedzieć tak, może powiedzieć nie, to jest ten pierwszy stopień wolności. A dalszy stopień wolności to jest wytrwanie do końca, potwierdzanie tego „tak” na wiele sposobów. Człowiek jest coraz bardziej wolny, im bardziej jest wierny dobru, wierny prawdzie.

Następnym bardzo istotnym wymiarem Bożym w człowieku, podobieństwa Bożego w człowieku, jest wspólnota, poczynając od małżeństwa. Zanim nasi prarodzice zgrzeszyli, Bóg, który stworzył człowieka jako mężczyznę i jako kobietę, dwoje ludzi, Adama i Ewę, powołał ich od razu do małżeństwa i oboje byli szczęśliwi z tego powodu. I oboje powołał do rodzicielstwa: napełniajcie ziemię. I obojgu powierzył ogród rajski, ufając, że jako gospodarze tego ogrodu, będą szanowali wolę Boga, pożywali owoce, które dają nieśmiertelność, a nie pożywali owoców, które oznaczają samowolę, decydowanie o tym, co dobre, a co złe, wbrew Bogu, i będą gospodarzami.

To znaczy będą współuczestnikami dzieła twórczego Boga. Czyli praca jako współudział w dziele stwórczym Boga w Trójcy Świętej Jedynego. Gdy prarodzice się temu sprzeniewierzyli, okazało się, że raj utracili, ale nie utracili życia doczesnego, chociaż utracili wieczne, i nie utracili powołania do miłości małżeńskiej, rodzicielskiej, chociaż to powołanie zostało jakoś zranione, w pewnej mierze pomniejszone jakoś przez ten czynnik grzechu i dziedzictwa grzechu, który z pokolenia na pokolenie trwa, i skłonności do grzechu, która trwa. Ale tutaj przychodzi obietnica Boża zwana Protoewangelią, wprowadzę nieprzyjaźń między ciebie wężu i niewiastę, między potomstwo twoje a potomstwo jej, ono lub ona zmiażdży tobie głowę, ty zmiażdżysz jemu, jej piętę. Jemu – Chrystusowi, jej – Matce Najświętszej. Czyli Bóg zapowiada zwycięstwo nad grzechem, piekłem, śmiercią i szatanem. I to się spełnia w osobie Jezusa Chrystusa i Najświętszej Marii Panny, matki Syna Bożego, i w Kościele Chrystusowym.

Siostra święta Faustyna Kowalska zapytała kiedyś Pana Jezusa, dlaczego aniołowie zbuntowani przeciwko Bogu od razu utracili szczęście i możliwość pobytu w niebie, i to na zawsze, w sposób radykalny, nie mogą tam wrócić, natomiast ludzie nie. Ludziom Pan Bóg dał pewną szansę. I na to odpowiedź, o ile pamiętam, zapisana w „Dzienniczku” jest taka: bo natura anielska jest inna od natury ludzkiej.

Anioł, jako duch, podejmuje decyzje w sposób radykalny i ostateczny. Bierze pod uwagę pewne przesłanki, które go skłaniają do tego, żeby Boga kochać i mu służyć, albo może powiedzieć nie, nie będę tobie służył. I z tej decyzji, można powiedzieć, jest do tego stopnia zadowolony, że w tej decyzji trwa i nie ma żadnych szans, żeby tę decyzję zmienił. Natomiast co innego człowiek. Natura ludzka jest duchowo cielesna i siła ludzkiej decyzji nie jest taka silna jak siła decyzji anioła. Jest słabsza. Człowiek, póki żyje w doczesności, może Bogu powiedzieć tak, może Bogu powiedzieć nie. Może Bogu powiedzieć najpierw tak, a potem nie, może Bogu powiedzieć nie, a potem tak, może powiedzieć tak jak Wałęsa, jestem za, a nawet przeciw.

Można łączyć tak i nie w taki dziwny konglomerat sprzeczności wewnętrznych.

– Pan Bóg daje szansę.

– A Pan Bóg daje każdemu szansę, i temu co odszedł, i temu co wraca, i temu co jest tak wewnętrznie powikłany, że w ogóle nie wiadomo, kto to jest, no ale w jakimś momencie życia człowiek może się określić i wybrać drogę z ziemi do nieba, którą otworzył Chrystus przez swoją śmierć i swoje zmartwychwstanie.

Czyli los człowieka nie jest ostatecznie przesądzony, póki ktoś żyje. Natomiast co do losów narodów to nie oznacza on przejścia narodu w pewnym momencie do wiecznej ojczyzny, bo tutaj chodzi o ludzi, a nie o całe narody, tylko oznacza właśnie możliwość tworzenia pewnych warunków, które św. Jan Paweł II określał cywilizacją miłości.

Chyba już Paweł VI użył tego określenia, cywilizacja miłości i życia. I w tej cywilizacji miłości i życia, obejmując oczywiście narody i państwa, i te struktury społeczne, polityczne, jakie istnieją na świecie, w tej cywilizacji, która jakby promieniuje z Kościoła, tej istoty w Kościele zawartej, wierności Bogu, przykazaniom Bożym i obecności Chrystusa i Matki Najświętszej z nami po wszystkie dni aż do skończenia świata, chociaż niewidzialnej, ale jakoś uobecnionej choćby w sakramentach świętych, w Słowie Bożym, we wspólnocie Kościoła niezniszczalnego – moce piekielne, czyli siły zła go nie przemogą – i narody, które odpowiadają na Boże wezwanie, Boże powołanie „tak”, mają szanse, nie wiem, czy aż do końca świata, ale długiego istnienia, jeżeli taka jest wola Boża. Różne znaki historyczne o obecne, dawane z wysoka, powinny przekonać Polaków, że różne czynniki zagraniczne i wewnętrzne nie chcą, żeby Polska żyła, a Pan Bóg chce, żeby Polska żyła jako Polska. Wierna swojej tradycji, swojej kulturze, swojej wierze, wierna Kościołowi, budująca właśnie tę cywilizację miłości i życia, niepodległa, suwerenna, wolna, sprawiedliwa, solidarna. No ale żeby to osiągnąć, właśnie trzeba sięgnąć po różaniec, włączyć się do krucjaty różańcowej.

W różnych swoich wystąpieniach, jeżeli mam szansę coś powiedzieć, to staram się to uzasadnić, także odwołując się do faktów historycznych, no i zachęcając wszystkich, żeby krucjatę różańcową za ojczyznę podjęli i w niej trwali, żeby Polska była wierna Bogu, Ewangelii, żeby spełnione były w Polsce Śluby Jasnogórskie nawiązujące do Ślubów Lwowskich. A jedne i drugie łączą się z osobą patrona Polski św. Andrzeja Boboli, bo rotę Ślubów Lwowskich on opracował, natomiast rota Ślubów Jasnogórskich była ułożona przez sługę Bożego księdza prymasa Stefana Wyszyńskiego w uwięzieniu, w Komańczy, w czasie internowania, 16 maja 1956 roku właśnie w dniu wspomnienia św. Andrzeja Boboli, tak się złożyło. Czyli obecność naszych świętych patronów, Andrzeja Boboli, Stanisława Kostki, króla Kazimierza i wielu, wielu, wielu innych, św. Faustyny Kowalskiej. Obecność i wstawiennictwo patronów to jest też warunek ocalenia Polski, tak jak Polacy w niebie tego pragną i wielu Polaków na ziemi też tego pragnie. I chodzi o współpracę jednych z drugimi. Są jeszcze dwa czynniki, o których mogę powiedzieć za chwilę.

– Czy nie jest czasem tak, że niedotrzymanie ślubów np. kazimierzowskich, było przyczyną rozbiorów Polski?

– Chodzi o Śluby Lwowskie?

– Tak.

– Owszem, niespełnienie tych ślubów jakimś cieniem potem legło na historię naszej ojczyzny aż po rozbiory i niewolę i różne klęski, które Polskę dotknęły, ale to nie unicestwiło królewskiej władzy Najświętszej Marii Panny nad naszą ojczyzną. Matka Boża na wiele sposobów potwierdza to, że mimo naszej słabości, a nawet niewierności nie przestała uważać siebie i być uważana przez wielu Polaków za Królową Polskiej Korony.

Natomiast pytanie, czy Matka Najświętsza dalej będzie siebie uważała siebie za Królową Polskiej Korony z całymi konsekwencjami tego, czy też nie, może to zależeć od tego, czy Chrystus będzie uznany za Króla Polski. Argument przeciwko królowaniu Matki Najświętszej w wymiarze narodowym, jeżeli taki się pojawił w XVII w., mógł być ten: czego Ty Matko Najświętsza właściwie jeszcze chcesz? Jesteś Królową Nieba i Ziemi, Panią Wszechświata, to po co ci królowanie nad tym czy innym narodem, choćby nad Polską, przecież Polska jest jakąś cząstką wszechświata, cząstką ziemi.

I na to Matka Najświętsza odpowiada: ja na innej zasadzie jestem Królową Wszechświata, Panią Nieba i Ziemi, a na innej zasadzie chcę być Królową Polski. Królową Wszechświata jest z woli Boga Ojca i tu Polacy nie mają nic do powiedzenia, stało się, jest. Natomiast Królową Polski mogę być tylko w wyniku wiary, pragnienia i dobrej woli Polaków, którzy tego chcą. I wydaje mi się, powiedziała na początku XVII stulecia, nawet jestem pewna, że Polacy mnie bardzo kochają, więc przypuszczam, że tego chcą, ale niech potwierdzą to jakimś uroczystym aktem. I po kilkudziesięciu latach Polacy się wreszcie zdecydowali, w sytuacji, jaka wtedy była, na taki akt, który można nazwać intronizacją Matki Najświętszej na królową Polski i Korony.

I znowu, gdy teraz powstał problem intronizacji Jezusa Chrystusa na Króla Polski, określony bardzo precyzyjnie przez Pana Jezusa w przesłaniu, które skierował do sługi Bożej Rozalii Celakówny w latach 30. ubiegłego stulecia. Wyraźnie powiedział, o co Jemu chodzi i co Polska może na tej drodze osiągnąć, a co bez tego może stracić, łącznie ze swoim bytem państwowym i narodowym.

I znowu może się pojawić taki argument , którego nadużywają ci biskupi, którzy są intronizacji przeciwni. Znowu, Panie Jezu, jesteś Królem Wszechświata, Panem Nieba i ziemi, to po co Ci jeszcze królowanie w Polsce? Może to jakaś magia, może to jakiś szowinizm, że niektórzy Polacy się uparli, że może uważają się za lepszych albo może magicznie sądzą, że się wszystko w Polsce odmieni z dnia na dzień, kiedy Ty będziesz Królem.

Czyli niektórzy biskupi stwierdzają też nie po myśli Episkopatu i już. Nie, bo nie. Nie chcemy, żeby Chrystus w Polsce królował, bo wystarczy, że jest Królem Wszechświata.

A już jeżeli koniecznie chcecie jakąś intronizację przeprowadzić, no to przeprowadźcie intronizację Serca Bożego. A jest to w innych słowach powtórzenie tego, co jest już przyjęte w Polsce i w Kościele powszechnym na całym świecie, czyli kultu oddania się Najświętszemu Bożemu Sercu w takich formach, jakie Pan Jezus przekazał św. Małgorzacie Marii Alacoque pod koniec XVII stulecia. I ten kult też powstał z pewnymi oporami, bo nie od razu był zatwierdzony, zatwierdzony był zresztą na prośbę biskupów polskich przez Ojca Świętego. Najpierw w Polsce był wprowadzony, potem w Kościele powszechnym na świecie i się przyjął. No to skoro ten kult jest, to nazwijcie to jeszcze intronizacją. Tak mówią niektórzy biskupi popierający kult Serca Bożego, i się sprzeciwiają intronizacji Jezusa Chrystusa jako osoby. Słowo intronizacja po prostu w tych dwóch przypadkach co innego znaczy. To samo słowo, a ma różne znaczenia, z tym się często przecież w naszym języku spotykamy.

Istotą tej intronizacji określanej „na króla narodów”, poczynając od Polski, jest poddanie się społecznemu panowaniu Jezusa Chrystusa w sprawie polityki, kwestii narodowych, państwowych, publicznych. A przeciwnik, który prowadzi działania służące detronizacji Jezusa Chrystusa, działa od dawien dawna. Takim szczególnie drastycznym przejawem detronizacji Chrystusa jako Króla narodowi jest protestantyzm, jest filozofia Oświecenia, jest masoneria, która powstała jako organizacja światowa w 1717 roku, jest rewolucja francuska, jest liberalizm XIX-wieczny, jest socjalizm jako owoc liberalizmu, komunizm. Następnie są totalitaryzmy z I połowy XX wieku, których konsekwencje przecież trwają. Jest jakieś takie przepoczwarzenie się totalitaryzmu w demokrację w taki sposób, żeby ta demokracja mogła bardzo prędko wrócić do totalitaryzmu. To jest fasada, to jest nazwa. Św. Jan Paweł II przecież przestrzegał wielokrotnie, że demokracja bez prawdy, bez oparcia się czymś stałym, obiektywnym, przekształca się w zakamuflowany bądź jawny totalitaryzm. Tak się dzieje.

Ja tutaj nawiązywałem szereg razy w kazaniach i w czasie stanu wojennego w latach 80., później i teraz, do obrazu apokaliptycznego. Najpierw ogniście czerwonego smoka, a następnie dwóch bestii, którym przekazuje on władzę, pierwszej i drugiej. I chociaż te symbole mają swoją głębię i swoją aktualność poprzez całe dzieje Kościoła, od początku do końca świata, to jednak można w tych symbolach odnaleźć pewne znaczenie aktualne.

No więc ja byłem skłonny aktualizować znaczenie ogniście czerwonego smoka jako symbolu działania komunizmu, systemu bolszewickiego komunistycznego, czy też socjalizmu w szerszym sensie.

Natomiast działanie obu bestii skłonny byłem jakby aktualizować poprzez odniesienie pierwszej bestii do masonerii, a drugiej bestii, która udaje Baranka Bożego, do fałszywych katolików.

Potem jest jeszcze kolejność 11. rozdziału Apokalipsy, bo te są z 12. i 13., zwłaszcza 13.

– Fałszywi katolicy, fałszywa część Kościoła?

– Współpracują z bestią, udając, że należą do Kościoła, a nie należą, bo się z Kościoła wyłączyli przez apostazję. Apostazja polega na takim postępowaniu i takiej manifestacji swoich postaw, które są jawnie sprzeczne z wiarą i moralnością, z przykazaniami, z prawdami wiary. I to widzimy u niektórych duchownych i u niektórych hierarchów Kościoła, biskupów, kardynałów.

Na przykład, konkretyzując już sprawę, jeżeli taki fałszywy katolik jak prezydent, który jest w stanie ekskomuniki latae sententiae, czyli obowiązującej ipso facto, która nie musi być ogłoszona, świętokradzko przyjmuje Komunię św. i znajduje duchownych, nie wyłączając kardynała, którzy chętnie mu Komunii św. udzielają, wiedząc, jaka jest jego postawa w różnych sprawach. Nie wnikając w te sprawy, które zna i opisuje pan redaktor Wojciech Sumliński, wystarczy się zatrzymać na sprawie aborcji i in vitro. Jeżeli ten człowiek popiera aborcję w pewnych przypadkach i mówi to jasno i popiera in vitro, też to mówi, nie ukrywa swego poparcia…

– In Vitro samo w sobie zakłada aborcję

– Zakłada niszczenie co najmniej dziewięciu dziesiątych istot ludzkich poczętych na szkle, tylko po to żeby je potem selekcjonować i w znacznej większości zniszczyć, czyli zabić – no, utylizować, to się tak dzisiaj ładnie mówi – traktując te zarodki jako przedmiot, albo użyteczny, albo nieużyteczny. No więc, jeżeli on udziela takiego poparcia, a udziela i nie odwołuje swojej manifestacji, postawy, to będąc w stanie ekskomuniki, przyjmuje Komunię św. świętokradzko, a grzeszy, i to obawiam się ciężko. Ten, który wiedząc o tym, duchowny, takiej Komunii św. mu udziela.

Prezydentowi, premierowi Tuskowi, w swoim czasie bardzo lubił Komunię św. przyjmować, a jest apostatą, jest fałszywym katolikiem. Są to Komunie św. świętokradcze. Podobnie można powiedzieć o pani marszałek Sejmu, już chyba premier, wszystko jedno, skok wzwyż, kopniak wzwyż, nagroda za jej służbę złu, czy pani prezydent Warszawy, fałszywy katolik oczywiście przez swoje różne decyzje. Choćby ostatnia – jej upór gdy chodzi o instalację genderową, sodomską na placu Zbawiciela w Warszawie, gdy po kilku próbach podpalenia tęczy, zniszczenia tej genderowej tęczy na placu, w środku placu przed kościołem św. Zbawiciela. Powiedziała bezczelnie, że będzie finansowała kolejne naprawy, do skutku, aż ta tęcza będzie w ogóle nienaruszalna. Będzie takim jakby wiecznym symbolem zwycięstwa diabła nad Chrystusem, detronizacji Chrystusa, Zbawiciela, który ma tuż obok kościół, ale my tutaj panujemy nad sytuacją. Kościół może jeszcze sobie być, w swoim czasie postaramy się, żeby ten kościół i inne opustoszały, pozostały jako zabytek.

Buta, tupet niesłychany, bezczelność, arogancja, cynizm tych ludzi, którzy udają katolików i korzystają, bo bałamucą wielu prostych ludzi w Polsce swoją pseudokatolicką postawą, przyjmowaniem Komunii św. I znajdują wielu duchownych, którzy Komunii św. udzielają, nie widzą w tym nic złego.

– Na koniec chciałbym zapytać, jak się miewa ksiądz Małkowski dzisiaj, bo słyszeliśmy różne niepokojące rzeczy, o napadzie?

– Miewa się świetnie. Ma wielu przyjaciół widzialnych i niewidzialnych, ma co jeść, ma gdzie mieszkać, ma z czego żyć, tak że czego można więcej pragnąć. A poza tym ma pewne środki, sposoby oddziaływania na te sprawy, które uważam za ważne, cenne, więc i z punktu widzenia dobra wiecznego, i dobra doczesnego, ocalenia naszej Ojczyzny; więc staram się mieć jakiś wpływ na sprawy polskie, zawsze zgodnie z wolą Pana Boga, że Pan Bóg chce się mną posłużyć w taki sposób, a może chce się posłużyć w inny sposób. Komuś da zdrowie, a komuś da chorobę. Komuś da możliwości działania społecznego, a komuś te możliwości odbierze, ale da możliwość modlitwy wewnętrznej, rozwoju duchowego.

No więc trzeba nawet teraz, w warunkach pewnej swobody działania, zachować jakąś równowagę między życiem wewnętrznym a działalnością zewnętrzną, żeby nie ograniczyć się do tego, że ja się będę modlił, a resztę zostawiam innym. Póki jeszcze mogę zrobić coś ora et labora, w duchu tych słów. Natomiast tego ora będzie coraz więcej, a labora coraz mniej, no to też, Panie Boże, dobrze, że póki żyję, mogę się przynajmniej modlić za ojczyznę, za moich bliskich, za zmarłych. Teraz mam takie możliwości działania, które mnie w pewnej mierze satysfakcjonują i nawet kiedy się sprzeciwiałem dosyć konsekwentnie nawet aż do 70. roku życia wszelkim wyjazdom zagranicznym, to sobie mówiłem, gdzieś wyjadę, nie wiadomo dokąd, po co, co tam będę miał do zrobienia, może będą od razu odstawiony gdzieś na bok, niby mnie zaproszą, a potem powiedzą: księże, dobre że jesteś, ale poodpoczywaj sobie, a tu mamy pieska, może wyprowadź go tak chociaż ze dwa razy dziennie na spacer… Z jakimś księdzem było w Kanadzie podobno tak, że skierowano go do jakiejś bardzo miłej pani, która mówi tak: ksiądz mi z nieba spadł, ja właśnie chcę gdzieś wyjechać, a tu mam pieski i nie wiem, co z nimi zrobić. Niech ksiądz je karmi, wyprowadzi, a poza tym robi, co chce. Mszę św. ksiądz sobie odprawi i będzie dobrze, ja będę zadowolona i ksiądz będzie zadowolony.

– Ale chyba ten wyjazd nie jest taki?

– No nie jest, wiem, że nie jest taki, chociaż może niezupełnie taki, jaka była obietnica, jakie były spodziewania. Ale trzeba się poddać pewnym niespodziankom i takim działaniom, których nie da się zaplanować i przewidzieć, a które się potem okazują korzystne. Tak było w przypadku Belgii, do której się udałem, do Brukseli, Antwerpii i Leuven, tak było w przypadku Paryża, potem Londynu. To były bardzo ciekawe wyjazdy, chociaż ten pobyt był nie taki, jaki miał być. Ale nie żałowałem w żadnym przypadku, i tak, jak sądzę, nie będę żałował tego, że znalazłem się na kilka dni w Kanadzie.

Chociaż początkowe moje opory, przez szereg lat, kiedy co i raz mi proponowano wyjazdy zagraniczne – ja mówiłem nie, między innymi dlatego, że wiedziałem, co mam robić w Polsce, a nie wiedziałem, czy cokolwiek sensownego będę mógł zrobić tam, dokąd mnie ktoś tam zawiezie.

– Proszę Księdza, dziękuję za piękny wykład polskiej wiary.

– Bóg zapłać, to ja dziękuję, i wszystkim gospodarzom tutaj również.

 Andrzej Kumor

Prócz wymiaru religijnego pielgrzymki piesze są manifestacją witalności żywiołu katolickiego w Polsce. Siły wspólnoty, zdolnej zapewnić logistykę i setki tysięcy uczestników, skłonnych do kilkunastodniowego wyczerpującego kilkuset kilometrowego marszu w upale i deszczu.

Jednoznacznym dowodem na to, że wieści rozgłaszane przez lewice o śmierci katolickiej Polski są na szczęście przedwczesne.

 

Do Czarnej Madonny pielgrzymowały bardzo małe dzieci, młodzież, dorośli, i sędziwi starcy. Nie zważając na kilkunastodniowy, codzienny marsz do 35 km, trasą licząca kilkaset kilometrów (500 km z Białegostoku). Marsz był dla pielgrzymów nie tylko wysiłkiem fizycznym, walką ze swoją słabością, ale przede wszystkim czasem modlitwy, rekolekcji, spowiedzi i bezpośrednich rozmów z duchownymi.

 

Pielgrzymów w czasie drogi obowiązuje regulaminy zakazujące „spożywania lodów, bowiem są one najczęstszą przyczyną groźnych zatruć”, „zakaz kąpieli w rzekach, jeziorach, stawach itp”, zakaz palenia ognisk i deptania „pól uprawnych lub pastwisk”.

 

Uczestnicy pielgrzymki objęci byli ubezpieczeniem. Koszt jednej z pielgrzymek wynosił do 100 zł i pokrywa „transport bagaży i pojazdy służbowe Pielgrzymki, prom przez Wisłę, kupno lekarstw i materiałów opatrunkowych, baterii do nagłośnienia, tzw. gadżety pielgrzymkowe, informatory, koszt dokumentacji Pielgrzymki oraz ubezpieczenie”. Ubodzy pielgrzymi posiadający zaświadczenie od księdza proboszcza płacili mniej bo 50 zł. „Pielgrzymka posiadała specjalną promocję dla rodzin: 2 osoby z rodziny wpisowe 120 złotych, 3 osoby i więcej wpisowe 160 złotych”.

 

Do jasnogórskiego klasztoru maszerowały też pielgrzymki specjalistyczne takie jak 23 Pielgrzymka Wojskowa na Jasną Górę. W pielgrzymce szli wojskowi z Polski i z armii sojuszniczych. Wraz z wojskowymi pielgrzymowały też i ich rodziny.

 

Wśród pielgrzymujących w Pielgrzymce Wojskowej było 500 żołnierzy, 450 z Polski, i 50 z USA, Chorwacji, Słowacji, Litwy, Niemiec i Łotwy. Z żołnierzami pielgrzymowali cywilni pracownicy wojska, Służby Celnej i Straży Granicznej. 12 sierpnia do pielgrzymki dołączył biskup polowy Sił Zbrojnych Słowacji František Rábek.

 

Służba Zabezpieczenia Odpoczynku Pielgrzymów Warszawskiej Akademickiej Pielgrzymki Metropolitalnej na Jasną Górę czuwała nad trasą marszu i postojami. Kwatermistrzowie zapewniali pielgrzymom noclegi. Kolejne osoby dbały o przygotowanie liturgii, służyły pielgrzymom pomocą medyczną, odpowiadały za przygotowanie posiłków. Pielgrzymi mieli własny mobilny sklepik.

 

Po drodze pielgrzymów gościli mieszkańcy mijanych miejscowości, zapewniając im nocleg, a na trasie poczęstunek. Każdego dnia pielgrzymi szli około 25 kilometrów w 5 lub 6 etapach, najczęściej drogami polnymi lub leśnymi. Po każdym etapie był pół godzinny odpoczynek i godzinny odpoczynek na obiad.

 

Pielgrzymka podzielona była na grupy związane z poszczególnymi parafiami, zgromadzeniami, duszpasterstwami.

 

Każdego dnia pielgrzymi wstawali o 5 rano i szli spać o 22. Dzień mijał pielgrzymom w rytmie modlitw, od porannej mszy po wieczorny apel. Pielgrzymi, spali w stodołach i namiotach. Osobno kobiety i osobno mężczyźni. Zabronione było rozpalanie ognia, śmiecenie, zbyt skąpe odzienie, spożywanie lodów i alkoholu, zakupy na straganach.

 

Do Częstochowy pielgrzymowali też lefebryści podczas swojej Pieszej Międzynarodowej Pielgrzymka Tradycji Katolickiej Warszawa—Jasna Góra. Organizatorem pielgrzymki było Bractwo Kapłańskie świętego Piusa X. Pielgrzymką kierował ksiądz Karol Stehlin. Prócz niego w pielgrzymce szli księża – Łukasz Szydłowski, Sergiusz Orzeszko, Raivo Kokis.

 

Koszt tradycjonalistycznej pielgrzymki wynosi 400 zł dla dorosłego bez namiotu, 300 dla dorosłego z namiotem, 300 i 200 zł dla studentów, 200 i 139 dla uczniów. Koszt powrotu autokarem do Warszawy wynosiły 60 zł.

 

Pielgrzymka tradycjonalistów miała swoją służbę transportu, medyczną i porządkową. Organizatorzy pielgrzymki zapewnili całodzienne wyżywienie pielgrzymom i noclegi.

 

Kobiety uczestniczące w tradycjonalistycznej pielgrzymce nie mogły nosić spodni, krótkich spódnic, koszulek bez rękawów czy bluzek z zbyt dużym dekoltem. Zakazane było śmiecenie, jedzenie lodów, publiczne palenie tytoniu. Pielgrzym mogli spożyć alkohol „w gościnie u gospodarzy na noclegu, ale zawsze z umiarkowaniem”. Regulamin tradycjonalistycznej pielgrzymki przewidywał, że „Pielgrzym sprawiający wrażenie, że nadużył alkoholu, może zostać usunięty z pielgrzymki bez względu na jakiekolwiek okoliczności”. Z pielgrzymki usuwane mogły być też osoby zażywające narkotyki. W czasie burzy pielgrzymi mieli obowiązek wyłączyć telefony.

 

Tradycjonalistyczni pielgrzymi tylko za wyraźną zgodą Kierownika Pielgrzymki mogli nosić znaki i symbole stowarzyszeń i organizacji, oraz kolportować publikacje.

 

Jan Bodakowski

 

Pielgrzymka wojsko 2014

https://fbcdn-sphotos-b-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xfp1/t1.0-9/p600x600/10345978_679057205503457_7776103158713994761_n.jpg

https://fbcdn-sphotos-d-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xfp1/t1.0-9/p600x600/10309198_679057718836739_4118255018975036448_n.jpg

https://scontent-a-lhr.xx.fbcdn.net/hphotos-xpa1/t1.0-9/p600x600/10561775_679057765503401_6637679019742728279_n.jpg

https://scontent-b-lhr.xx.fbcdn.net/hphotos-xpf1/t1.0-9/p600x600/10563075_679058215503356_3789529798092877832_n.jpg

https://scontent-a-lhr.xx.fbcdn.net/hphotos-xfp1/t1.0-9/p180x540/10559845_679058342170010_1988751943715818685_n.jpg

https://scontent-a-lhr.xx.fbcdn.net/hphotos-xaf1/v/t1.0-9/p600x600/10577070_679058748836636_4634972691974469380_n.jpg?oh =0af015ed878ea132bd60d9c4662c6783&oe=545468A4

 

Warszawska Akademicka Pielgrzymka Metropolitalna 2014

https://scontent-b-lhr.xx.fbcdn.net/hphotos-xpf1/v/t1.0-9/p180x540/10565015_679053648837146_4673964187294528365_n.jpg?oh =21a3a0bd1d078c2044f148bb302fb279&oe=544F7F79

https://scontent-a-lhr.xx.fbcdn.net/hphotos-xfp1/v/t1.0-9/p600x600/10534613_679054405503737_8531954012210847571_n.jpg?oh =9dedea699e7e2d71fb77bbf7eda652d4&oe=544CF8B6

https://scontent-a-lhr.xx.fbcdn.net/hphotos-xaf1/t1.0-9/p600x600/10563026_679055302170314_529143039048145568_n.jpg

https://scontent-b-lhr.xx.fbcdn.net/hphotos-xfp1/t1.0-9/p600x600/10547556_679055822170262_3590142287793273405_n.jpg

https://scontent-b-lhr.xx.fbcdn.net/hphotos-xap1/t1.0-9/p600x600/10479604_679055612170283_2312008651746016726_n.jpg

https://fbcdn-sphotos-e-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xpa1/t1.0-9/p600x600/10590641_679056852170159_8695132050552793799_n.jpg

https://fbcdn-sphotos-g-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xpa1/t1.0-9/p600x600/10559698_679056512170193_4998674344339940914_n.jpg

https://scontent-a-lhr.xx.fbcdn.net/hphotos-xap1/v/t1.0-9/p600x600/10537129_679057035503474_5361830014979972950_n.jpg?oh =6e8739ca6c72e62911de1b592ecf37bf&oe=544F98BC

https://scontent-b-lhr.xx.fbcdn.net/hphotos-xfp1/v/t1.0-9/p526x296/10406533_679057982170046_1588020689139293870_n.jpg?oh =bee2f1fa23116f54338cac7bd7cc14fd&oe=544BB58F

https://fbcdn-sphotos-h-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xpf1/t1.0-9/p600x600/10433234_679058092170035_6731349716097889537_n.jpg

https://fbcdn-sphotos-e-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xpf1/t1.0-9/p600x600/10313717_679058712169973_1662147128777458970_n.jpg

https://scontent-b-lhr.xx.fbcdn.net/hphotos-xpf1/t1.0-9/p600x600/10577045_679058878836623_4545608654537302156_n.jpg

Pamiętam jak w czasach rządu PiS dziennikarska salonowa wataha zawyła z oburzenia, kiedy premier Jarosław Kaczyński udał się na kilkudniowy wypoczynek. W kraju tyle problemów, a ten sobie wypoczywa – grzmiano z ekranów telewizyjnych.

Oczywiście zapał do pracy i godziny jej poświęcone wypadają tragicznie na niekorzyść Tuska, jeżeli porównać je z premierowaniem Kaczyńskiego, ale jak wiemy, co wolno wojewodzie… 

W przypadku Tuska mieliśmy do czynienia z metodą strusia. Każda afera czy kłopotliwe wydarzenie powodowały jego tajemnicze zniknięcia, czego najdobitniejszym przykładem była ucieczka w Dolomity w momencie ogłaszania w Moskwie kłamliwego raportu MAK. Brak jego natychmiastowej reakcji wpisał się w strategię Kremla, a smoleńskie kłamstwo ruszyło w świat i wojażuje po nim do dziś zaś kontynuatorem konserwującej to kłamstwo ucieczki w Dolomity jest żałosny Maciej Lasek najęty przez Tuska za nasze pieniądze do obwoźnej sprzedaży putinowskiej wersji z wykorzystaniem kramarzy z Czerskiej i Wiertniczej.

Kaczyński był potrzebny dziennikarskim cynglom zaraz, już, natychmiast zaś Tusk miał święty spokój, nawet kiedy pod jego kancelarią człowiek w proteście podpalił się i żywcem płonął.

 

Dzisiaj mamy tuż za naszą wschodnią granicą wojnę. Eksperci przestrzegają przed rosyjskim punktowym atomowym uderzeniem w Warszawę. Rosja zaczyna przykręcać gazowe kurki, dług publiczny przekroczył bilion złotych, a premier Tusk ewakuuje się do Brukseli.

Najjaśniejszy panie, czemu uciekasz? – krzyczał dokładnie 440 lat temu starosta oświęcimski, bez powodzenia próbujący zatrzymać uciekającego w przebraniu do Francji Henryka Walezego. Czwarty syn króla Francji Henryka II i pierwszy elekcyjny król Polski czmychnął, gdyż nie rozumiał niechęci polskich poddanych spowodowanej jego brakiem charakteru, zniewieścieniem i zamiłowaniem do noszenia biżuterii. Uważał Francję za kraj bardziej cywilizowany, choć dopiero w Krakowie na Wawelu po raz pierwszy w swoim życiu zobaczył nowoczesne wychodki, z których nieczystości odprowadzane były poza mury zamku. Można powiedzieć, że Walezy został wygwizdany niczym Tusk na meczu polskich siatkarzy w Łodzi.

 

Dzisiaj, żaden ociekający wazeliną Kraśko, Kuźniar, Lis, Żakowski, Tadla, Paradowska czy Olejnik nawet nie próbują wykrztusić z siebie tego „najjaśniejszy panie, czemu uciekasz?”. Cała ich energia oraz hektolitry pokrywającej ich wazeliny służą wślizgiwaniu się „najjaśniejszemu panu” w jego cztery litery i niczym medialni funkcjonariusze z Korei Północnej prezentują nam dzieciństwo, młodość i dorastanie wodza, geniusza i ojca narodu. Oni doskonale rozumieją potrzeby Donalda i święty spokój, jakim musi dysponować by oddawać się swojej pasji haratania w gałę oraz palenia cygar, za którymi jak wyznał Radzio Sikorski, ugania się cała ambasada Polski w Hawanie.

 

Na przykładzie europejskiej kariery Nikodema Tuska widzimy całą marność, a wręcz nicość tak zwanych najwyżej cenionych dziennikarzy i otaczającego ich salonowego światka. Mają oni wszyscy jakąś genetyczną umiejętność przystosowywania się do reguł politycznej poprawności i instynktownie wyczuwają, jak i w których układach należy się zagnieździć by być jak najbliżej koryta. Są jak płynna bezkształtna cuchnąca galareta wlewana w foremki i zastygająca w nich przybierając odpowiedni do potrzeby chwili kształt. Dla człowieka mającego dystans, odporność na pranie mózgu i zdolność zdroworozsądkowego postrzegania rzeczywistości to, co dzieje się w naszym kraju z władzą i jej dworem wygląda jak jakiś komediodramat, który nie miałby prawa zaistnieć w poważnym państwie prawa.

 

Od dawna próbuje nam się wmawiać, że nie ważne jest pochodzenie, dom rodzinny, tradycja oraz to, kto był czyim ojcem lub dziadkiem. Otóż moim zdaniem ma i to wielkie.

Istnieje zasadnicza różnica i przepaść między tymi, których ojcowie i dziadowie służyli w KPP, Wehrmachcie, PZPR, UB i SB, a tymi, których przodkowie należeli do Legionów, AK, NSZ czy WiN.

Slogan reklamowy mówi, że jeżeli nie widać różnicy to po co przepłacać. Niestety, jeżeli chodzi o III RP to przez niedostrzeganie różnicy słono przepłacamy wszyscy i to już od 25 lat, od kiedy mamy do dyspozycji kartkę wyborczą. Tylko czy ona dzisiaj w czasach ruskich serwerów jeszcze cokolwiek znaczy?

 

Tekst ukazał się w Warszawskiej Gazecie. Nowy numer ogólnopolskiego tygodnika już w kioskach