Monthly Archives: Wrzesień 2015

Światowa Organizacja Zdrowia sklasyfikowała oficjalnie 131 przyczyn śmierci noworodków. Wśród tych oficjalnych przyczyn nie istnieje śmierć z powodu otrzymania zastrzyku szczepionki.

 

A przecież coraz częściej opisuje się takie przypadki. Są więc one w statystykach oficjalnych ukrywane?

 

W związku z faktem, że w Polsce statystyk się nie prowadzi, albo prowadzi się je tylko dla wybranych, czyli starszych i mądrzejszych, muszę oprzeć się na danych USA. Poza tym, jeżeli jesteśmy już oficjalnie nazywani 52. stanem USA [z prawami dla tubylców żyjących w rezerwatach], to przecież powinniśmy znać dane macierzy.

 

Przypomnę, że Główny Inspektor Sanitarny zastrzegł sobie ustawowo, żedostęp do danych statystycznych jest ściśle reglamentowany i byłe łapserdak, czyli obywatel polski, tym bardziej naukowiec, nie ma prawa znać danych. I co najważniejsze, żadnemu aktorowi sceny politycznej to nie przeszkadza.
Poza tym, pomimo ewidentnego faktu, że ten urząd jest opłacany z pieniędzy podatnika, to najpierw sobie każe płacić za informacje, a potem może odmówić ich wydania bez podania przyczyny. Ustawa jest tak skonstruowana, że systemu odwołań nie przewiduje.
A przecież skoro jest to urząd jeszcze państwowy, to wszelkie te dane powinny być jawne na stronie internetowej tej Instytucji. Tak więc Szanowny Czytelniku, od razu masz odpowiedź komu podlega ten urząd i kto go opłaca. Wiadomo, pan płaci, sługa musi…
Poza tym, brak jawności świadczy o konieczności ukrywania danych. Proste pytanie: dlaczego i jakie dane sa ukrywane?
Z moich kontaktów osobistych wiem, że przez około 20 lat pracy znajomego w takim urzędzie, żaden poseł, radny, czy inny urzędnik, nie był zainteresowany otrzymaniem jakichkolwiek danych. Taki mamy poziom aktorów sceny politycznej. A przecież podejmują decyzje w imieniu żyjących obywateli. Jak można podejmować decyzje, nie znając faktów? Można wypełniać tylko odgórne polecenia!

 

Niestety, najczęściej powtarzanym błędem jest nieznajomość pojęcia demokracja. Demokracja w starożytnej Grecji znaczyła głosowanie bezpośrednie całego tłumu zgromadzonego na rynku. Wybory poprzez przedstawicieli, czyli posłów, nazywają się OLIGARCHIĄ. Zdziwienie budzi fakt nieznajomości podstawowych pojęć przez na przykład dziennikarzy.

 

Przechodząc do tematu.
Już w 1933 roku American Medical Association – JAMA, opublikował udokumentowaną pracę o nagłej śmierci – SIDS – dwojga niemowląt zaraz po szczepieniu przeciwko krztuścowi [obencie to jest DPT].
Pierwsze dziecko dostało drgawek około 30 minut po otrzymaniu szczepionki i zmarło kilka minut potem. U drugiego dziecka drgawki wystąpiły po około 2 godzinach i śmierć nastąpiła zaraz potem.

 

W 1946 roku Werner i Garrow opublikowali artykuł o nagłej śmierci jednojajowych bliźniąt, w 24 godziny po otrzymaniu szczepionki przeciwko krztuścowi. Objawy porażenia trwały przez całą noc aż do zgonu.

 

W latach 60. i 70. takie masowe ludobójstwo stosowano w Australii, poprzez przymusowe szczepienia dzieci Aborygenów. Śmiertelność wynosiła 50 % szczepionych dzieci. Czyli co drugie dziecko umierało. Pracujący w tym rejonie dr Kalokerinos opisał bardzo dokładnie te przypadki. Jak można to sprawdzić, informacja ta została wymazana z podręczników, zarówno chorób zakaźnych, jak i epidemiologii w Polsce. Od razu wiesz, kto pisze podręczniki i dla kogo.

 

W Japonii, pomiędzy rokiem 1970, a 74, zanotowano aż 37 dokładnie udokumentowanych przypadków nagłej śmierci niemowląt. Wszystkie zgony występowały po szczepiące przeciwko krztuścowi.
Rząd JAPONII podjął radykalną decyzję zakazu szczepień dzieci przed drugim rokiem życia. W latach 1980 nagła śmiertelność noworodków spadła z 1,47 zgonów do 0.15, czyli zmniejszyła się o prawie 1000 %.
W całym dziesięcioleciu śmiertelność spadła z 12.5 do 5.
Charry i wsp. jednoznacznie stwierdzili, iż „jest oczywistym, że opóźnienie pierwszych dawek szczepienia do dziecka 24 miesięcznego, niezależnie od rodzaju szczepionki, zmniejsza większość czasowo powiązanych działań niepożądanych”.
jj-poster
 
Powyższy wykres pokazuje brak związku z wydatkami pieniędzy podatnika na służbę zdrowia, a spadkiem śmiertelności w ogóle i z powodu chorób zakaźnych.
Innymi słowy, wzrost wydatków jest wynikiem tylko i wyłącznie manipulacji, polegających na skoku na pieniądze podatnika i przerzucaniu ich do prywatnej kieszeni. Dlatego szczepienia są centralnie sterowane i „bezpłatne”.
 
Nagła epidemia SIDS wystąpiła koło roku 1960, w związku ze wzrostem liczby szczepionek podawanych dzieciom. Po raz pierwszy w historii podawano dzieciom kilka dawek szczepionki w pierwszym roku: DPT, polio, odrę.
W związku z licznymi zgonami po szczepieniach, w 1969 roku wymyślono pojęcie „nagłej śmierci łóżeczkowej noworodków”, czyli SIDS.
Nie jest to nic nowego, podobnie wymyślono związek pomiędzy próchnicą, a fluorem w 1940 roku. Po prostu nie wiedziano, co robić z olbrzymią ilością odpadów kwasu fluorowodorowego, jednej z najgorszych trucizn.
Identycznie postąpiono z powodu braku jaj na rynku. Stworzono bajki cholesterolowe i związek pomiędzy cholesterolem, a miażdżycą i chorobami serca.
Jak wiadomo, ogłupiono społeczeństwa poprzez dentystów, wmawiając, że fluor zapobiega próchnicy. W ten sposób, zamiast za ciężkie pieniądze składować te trucizny, wciska się je do pasty do zębów, a głupi ludek jeszcze za to płaci. Przypomnę, że fluor jest neurotoksyną i małe dziecko może w czasie mycia zębów połknąć nawet 5 mg. Dopuszczalna norma wynosi poniżej 0.5 mg. Nie wspominał będę o tych zakładach fluoryzacji zębów, w samej Warszawie jest ich kilkanaście, ani tych namawiaczach do częstego mycia zębów, co zwielokrotnia  ilość pochłoniętego fluoru.
 
Około 1964 roku wystąpiły zaburzenia na rynku jaj w USA. Doradca prezydenta ogłosił „rewelacyjną wiadomość”, że jedzenie jajek jest przyczyną zwałów serca z powodu miażdżycy. Ta wierutna bzdura trwa już przez 3 pokolenia i nadal cała masa otumanionych ludków, szczególnie tych po studiach, w to wierzy.
Wiadomo, po dogmatach religijnych najlepiej utrwalają się dogmaty medyczne. I z tego korzystają rozmaitego rodzaju szalbierze i oszuści.
 
Od 1972 roku SIDS stał się główną przyczyną zgonów od 28. do 365. dnia życia.
SIDS zdefiniowano jako nagłą i niespodziewaną śmierć dziecka, u którego nawet normalna sekcja nie może ustalić przyczyny zgonu. Oficjalne objawy SIDS nie zostały opisane, ale najczęściej stwierdza się obrzęk płuc i objawy zapalenia dróg oddechowych.
Sprawa stała się na tyle głośna, że w 1986 roku Kongres USA stworzył ustawę Public Law 99-660, która pozwoliła utworzyć słynny VICP. Wydawane są raporty VAERS, w których odnotowuje się zgłaszane przypadki stwierdzanych powikłań. Jak udowodniły liczne badania, VAERS odnotowuje od 1 do 5 % faktycznych powikłań, czyli dane prezentowane należy pomnożyć co najmniej przez 20.
 
Jaki był cel  powołania takiej instytucji? Chodziło po prostu o immunitet sądowy dla producentów. To znaczy producent może wytwarzać co chce, pod nazwą szczepionki, a jak wystąpią jakieś powikłania, to nie musi płacić odszkodowań, tylko pokrywane jest to z tego funduszu, który po prostu wliczony jest w cenę każdej szczepionki. Na początku było to 8 dolarów dodawane do ceny szczepionki. Jeżeli koszt produkcji szczepionki – ampułki wynosi kilka centów, a musisz ją kupić Szanowny Czytelniku za 100, lub więcej złotych, to sam widzisz na ile ciebie naciągają, przy cenie dolara 3,5 zł.
 
Oczywiście starsi i mądrzejsi wyprzedzają twoje rozumowanie co najmniej o okres jednego pokolenia. Zanim Ty zorientujesz się o co chodzi, to oni, przy pomocy tuziemskich lemingów, zwanych aktorami sceny politycznej, uchwalają ustawy blokujące Twoje jakiekolwiek działania. W POlsce, m.in. dzięki obecnemu senatorowi [G.B.Piecha] z PIS-u, stworzono ustawę zakazującą lekarzom składania raportów o powikłaniach poszczepiennych.
Wiesz więc od razu, przez kogo jest finansowany PIS.
Ale to  jest jedna strona medalu. Od ustaw daleko do zmniejszenia śmiertelności łóżeczkowej dzieci. Co robić?
A od czego mamy organizacje tzw. pozarządowe? Już w 6 lat po ustawie Kongresu, Amerykańskie Stowarzyszenie Pediatrów [to dopiero musza być ludzie mądrzy inaczej], wymyśliło i szeroko reklamowało, że SIDS występuje dlatego, że rodzice kładą dzieci na brzuszkach do spania.

Równie infantylny wniosek trudno było sobie wymyśleć, ale większość tego pożal się Boże Towarzystwa to kobiety, a  przecież one mają tyle innych ważnych rzeczy na głowach.

Amerykańska Akademia Pediatrii zainicjowała ruch „Back to Sleep”, jako panaceum na SIDS. Czegóż nie robi dobra reklama. Jak pisałem to już wielokrotnie, w Polsce od 1990 roku zlikwidowano rodzime czasopisma medyczne, mamy więc tylko i wyłącznie reklamówki przemysłu farmaceutycznego. W ten prosty sposób lekarzy pozbawiono możliwości wymiany spostrzeżeń, obserwacji, doświadczeń. Poza tym zlikwidowano wszelkie konferencje naukowe. Obecnie organizowane są zjazdy prania mózgów, na których występują tylko i wyłącznie zaproszeni wykładowcy. Oczywiście opłacani. O to przecież chodziło. Stadem baranów łatwiej jest kierować.

Od tego czasu statystyki SIDS zdecydowanie się poprawiły. Śmiertelność z powodu SIDS spadała średniorocznie o około 8%. Rewelacja!!! Jednak jakiś niepoprawny statystyk podał analizie oficjalne dane. I co stwierdził?

Chociaż śmiertelność z kodu ICD-130 naprawdę spadała średniorocznie o te 8%, to śmiertelność z powodu kodów ICD – 9 oraz [E 913 i E 913, 9] „uduszenia” oraz ICD 9 kod 799.9 „nieznane przyczyny”, a także EICD9 kod E 980 i E 989 „nieznane”, wzrastała średniorocznie o ponad 11%. Podobne obserwacje poczyniono w Australii.
Dane liczbowe były następujące. Stopa SIDS spadała z 61.6 na 100 000 w roku 1999, do 50,5 na 100 000 w roku 2001.
W tym badanym okresie dane dotyczące zgonów z kodu „uduszenie”, czy „nieznane”, były „stałe” i utrzymywały się na poziomie 77,4 na 100 000. Czyli spadek był pozorny i polegał na innej klasyfikacji.
A pamiętam z lat 90. jak to moje PT Koleżanki namawiały rodziców do konieczności spania dzieci na plecach.
 
Niestety, musimy sprawę jeszcze bardziej „sprowadzić do parteru”.
Jakość tak się dziwnie składa, że pediatrzy są nadal mentalnie w epoce Pasteura i zupełnie nie biorą pod uwagę zmian środowiskowych. Otóż już w 1856 roku, podręczniki dla budowlańców, obowiązujące na uczelni w Berlinie, w Cesarstwie Pruskim, zobowiązywały architektów i budowlańców do zapewnienia wymiany powietrza w pomieszczeniach, na poziomie minimum 25 metrów sześciennych na godzinę.
 
W Polsce jeszcze na początku lat 60. te normy były zachowywane. Każdy ze starszych może sobie przypomnieć, że pod parapetem okna była kratka, mniej więcej 15x 15 cm, zapewniająca wymianę powietrza. W podręcznikach cesarskich stało jak wół, że dodatkowo musi być szpara w drzwiach o szerokości 90 cm, co najmniej 5 cm pomiędzy podłogą, a drzwiami.
Ale od czasu tzw. marcowych docentów zlikwidowano rozdział o wentylacji, tworząc kominy wewnątrz pokojowe.  Zapomnieli ci mądrzy inaczej ludzie z awansu, [nie matura, a chęć szczera…], że aby powstał ciąg powietrza, to różnica wysokości musi wynosić co najmniej 9 metrów.
 
Jeżeli chcesz się przekonać Czytelniku, to sprawdź czy chociaż z jednego dachu, będącego w zasięgu wzroku, wystaje komin 9 metrowy? I masz odpowiedź określającą poziom architektów. A udowodniono konieczność wentylacji 150 lat temu, czyli 6 pokoleń wstecz. To są właśnie skutki ciągłego mordowania polskiej inteligencji, czyli na przykład tzw. Mordy Katyńskie [chodzi przecież nie tylko o Las Katyński, ale i o mordowanie inteligencji polskiej poprzez zatopienie w Morzu Białym, w 1940 roku]. Jesteś zdziwiony, że żadnego komina nie widzisz? A po co, niech się ludek dusi.
 
Każdy z nas wydziela podczas oddychania dwutlenek węgla. Znam osobiście przypadki nagłej śmierci pracowników stoczni, z powodu zatrucia się dwutlenkiem węgla w rzężach statku, po wcześniejszym spawaniu w tych pomieszczeniach.
Jeżeli kilka osób w pomieszczeniu wydycha dwutlenek węgla, cięższy 1.5 razy od powietrza, to kto go ma wyrzucić z pokoju, jak wentylacji nie ma?
Nawet ci wstrętni naziści wiedzieli, że wentylacja w szkołach musi wynosić 40 metrów sześciennych na godzinę, a dla dyrektorów i funkcjonariuszy partyjnych aż 75 metrów na godzinę. Przecież taki człowiek podejmuje decyzje dla narodu, nie może być w stanie niepoczytalności, związanej z podtruciem dwutlenkiem węgla.
Brak kominów sprowadza wentylację do zera. Temperatura 22 st. C i więcej, jeszcze bardziej utrudnia oddychanie w pomieszczeniu. Dwutlenek węgla podnosi się wyżej.
Można by to wyeliminować za pomocą rekuperatorów. A proszę sie przyznać z ręką na sercu, kto z Państwa o tym słyszał?
A w każdym województwie mamy wyższe uczelnie.

Nasze badania poziomu dwutlenku węgla w szkołach i szpitalach wykazały zastraszające poziomy tej trucizny. W klasach szkolnych już po 30 minutach poziom przekraczał 3000 ppm. Jest to wartość graniczna dla bydła w oborach. Powyżej tej koncentracji Unia Europejska nie daje dofinansowania hodowcy.

Jak widzimy, nasze ministerstwo, nie wiadomo dlaczego, zwane Ministerstwem Oświaty, w ogóle o tym nie wie. No, ale właśnie w tym celu wymyślono powszechną edukację, czyli system powszechnej indoktrynacji, zwany Komisją Edukacji Narodowej, już w 1774 roku.
Jeszcze gorzej, pod tym względem, jest w tzw. prywatnych uczelniach.

Najgorzej jest w szpitalach pediatrycznych. W małych niewentylowanych salkach średnio koncentracja dwutlenku węgla przekracza 5000 ppm,

Problem jest zdecydowanie gorszy z niemowlakami. Jak włożymy takiego malucha o masie 3-5 kg do łóżeczka, a jeszcze zasłonimy kocykiem szczelnie boki łóżeczka, to tworzymy komorę gazową. Nasze pomiary wykazały, że już po godzinie – dwóch, koncentracja CO2 przekracza 10 000 ppm. Więcej nie mogliśmy mierzyć, ponieważ skala miernika się kończyła.
 
Co to znaczy? Wiadomo, że u dziecka po szczepieniu występuje stan zapalny. Świadczą o tym , poza jakąkolwiek dyskusją,  parametry takie jak wzrost leukocytozy, wzrost poziomu białka CRP.
 
Wyniki sekcji dzieci wykazują uszkodzenie układu oddechowego.
Jeżeli dziecko ma uszkodzony układ oddechowy, to jego oddychanie jest płytkie. To znaczy, że ciężki dwutlenek węgla zalega w obrębie 15- 20 cm dookoła głowy. Czyli dziecko oddycha w dużej części dwutlenkiem węgla. A jak podałem, czujniki notują w pobliżu noska i ust dziecka koncentrację dwutlenku węgla powyżej 10 000 ppm.

Tak wiec Nagła Śmierć Łóżeczkowa, z angielskiego zwana SIDS, po szczepieniu jest wynikiem uduszenia się dziecka z powodu zatrucia dwutlenkiem węgla.

Wystarczyłoby zastosować wentylację, czyli stałą wymianę powietrza w pomieszczeniu, a nie zamykanie dziecka w łóżeczku w rodzaju komory.
Piszemy o tym od ponad 10 lat. W żadnym szpitalu nie zastosowano mierników dwutlenku węgla. Większość ordynatorów w ogóle boi się dokonywać pomiarów dwutlenku węgla na swoich oddziałach. Musieliśmy to robić po kryjomu, chociaż badania były pokrywane z naszych funduszy prywatnych.
 
A co robią tzw. konsultanci z neonatologii, czy pediatrii? Ano, jak sam widzisz Dobry Człowieku, sprzedają szczepionki.
 
Podobnie wygląda sytuacja w wózeczkach dla niemowlaków. Wykonane są one z materiałów sztucznych, nieprzepuszczających wody i powietrza. Bardzo często widzimy taką mamuśkę pchającą wózek za kilka tysięcy złotych, ze szczelnie zasłoniętym przodem. Ta mądra inaczej kobiecina, posiadająca jak widać duża kasę, nie zdaje sobie nawet sprawy, że dusi własne dziecko. No cóż, pieniądze najczęściej nie idą w parze z wiedzą. O wiele częściej z cwaniactwem.
 
 
jj-diagram-4

Ryc 2. na marginesie histerii odrowej fanatykow szczepień,
 
Osoby najczęściej chwalące szczepionki:
 
Dr hab. n. med. Teresa Jackowska:
  • Honoraria od firmy GSK i MSD za wykłady wygłaszane na konferencjach naukowych i szkoleniowych oraz finansowanie udziału w międzynarodowych kongresach i konferencjach naukowych.
Dr n. med. Jacek Mrukowicz*
 
  • W okresie minionych 3 lat otrzymałem:
    – honoraria od firmy GSK i MSD, producentów szczepionek przeciwko HPV, za wykłady wygłaszane na konferencjach naukowych i szkoleniowych finansowanie udziału w międzynarodowych kongresach i konferencjach naukowych od firmy GSK.
  • Jestem redaktorem naczelnym czasopisma „Medycyna Praktyczna Pediatria” i suplementów „Szczepienia” wydawanych przez wydawnictwo Medycyna Praktyczna, w których pojawiają się m.in. reklamy szczepionek i produktów wytwarzanych przez firmy GSK i MSD.
  • Jestem etatowym pracownikiem „Medycyny Praktycznej Szkolenia”, która organizuje konferencje i warsztaty szkoleniowe dla lekarzy i pielęgniarek, w tym m.in. sponsorowane przez firmę GSK.
 Dr hab. n. med. Leszek Szenborn, prof. nadzw. AM:
  • Honoraria za wykłady/konsultacje, finansowanie w uczestnictwach w konferencjach i kongresach naukowych (MSD i GSK)
  • Prowadzenie badań klinicznych (GSK)

Prof. dr hab. n. med. Jacek Wysocki:

  • Uczestniczył w badaniach klinicznych, wykładach sponsorowanych oraz korzystał z pomocy finansowej przy wyjazdach na kongresy naukowe od kilku firm produkujących szczepionki.


Zdjęcie główne, źródło:  fot. CreativeCommons Flickr/penguinfeedingtime za: sfora.pl / wybór wg.pco

 

 

 
Rozpowszechnianie wszelkimi możliwymi sposobami jest jak najbardziej wskazane.
 

Dr Jerzy Jaśkowski
jerzy.jaskowski@02.pl

 

Nie mogę wyjść ze zdumienia, że znajdują się ludzie – i dobrzy katolicy, jak wszystko poza tym na to wskazuje – którzy uważają za stosowne używać jako maczugi przeciwko Żołnierzom Niezłomnym tzw. porozumienia pomiędzy Episkopatem Polski a rządem komunistycznym z kwietnia 1950 roku.

Ponieważ nie mam zwyczaju zakładać z góry czyjejś złej woli, przyjmuję, że wynika to z zupełnego oderwania od rzeczywistości i historycznej ignorancji. Przypomnieć więc wypada „mądrym dla memoryału a idyotom dla nauki”, co następuje.

1) Owo nieszczęsne „porozumienie” było zawarte w sytuacji przymusowej, poprzedzone całą serią wrogich działań reżimu, mających na celu zastraszenie Kościoła, Jego rozbicie przez tworzenie ruchu tzw. księży patriotów, próbę doprowadzenia do schizmy przez wydanie dekretu o obsadzaniu stanowisk kościelnych oraz odebranie Mu stanu posiadania w zakresie instytucji charytatywnych (ustanowienie zarządu komisarycznego w Caritasie etc.) i wychowawczych. Wszystko to, jak również wydanie 28 lutego komunikatu, oskarżającego hierarchię o wrogość do „Polski Ludowej”, mogło wskazywać, że komuniści przechodzą do etapu mającego na celu zupełne rozbicie organizacji kościelnej w Polsce, tak samo jak stało się to już na Węgrzech i w Czechosłowacji, łącznie z aresztowaniem prymasa, tak jak w wypadku Mindszenty’ego i Berana. Niedwuznaczną zapowiedzią tego było demonstracyjnie zatrzymanie w lutym ordynariusza pelplińskiego, bpa Kazimierza Kowalskiego. Co do tego, że właśnie taki scenariusz jest alternatywą dla „porozumienia” ostrzegał biskupów nie kto inny, jak Bolesław Piasecki, pośredniczący w tych „negocjacjach”. Już z tego wiec powodu znaczenia tego aktu nie można traktować inaczej, jak jakiejkolwiek deklaracji wydanej przez zakładnika, któremu terrorysta przystawia do głowy pistolet.

2) Jeżeli mimo tej oczywistości ktokolwiek nadal chciałby utrzymywać, że tekst owego „porozumienia” wyraża autentyczną i stałą naukę Kościoła na temat państwa, władzy, stosunku do niej obywateli itd., tak jakby była ona formułowana w sposób niewymuszony, to muszę uznać, że taki ktoś nie tylko popadł w stan zamroczenia umysłu, ale jest ignorantem co do samego języka eklezjalnego. Gdyby bowiem nawet założyć, że polscy biskupi sami z siebie uznali za słuszne i potrzebne zdezawuować działalność zbrojnego podziemia (które zresztą w tym czasie już wygasało), to z pewnością nie używaliby sformułowań (faktycznie podyktowanych przez tow. Franciszka Mazura z Biura Politycznego PZPR) pochodzących wprost z zasobu reżimowej propagandy, tylko wyraziliby to pojęciami właściwymi nauce Kościoła. I dotyczy to nie tylko owych „zbrodniczych band podziemia”, ale również – w innych punktach – „walki o pokój”, będącej ówczesnym głównym szlagierem propagandowym Moskwy, czy zobowiązania duchowieństwa do niesprzeciwiania się zapędzaniu chłopów do spółdzielni produkcyjnych (no chyba, że ktoś taki podejmie się dowiedzenia, że kołchozy są wykładnikiem katolickiej nauki społecznej). Notabene, właśnie to ulegnięcie językowi propagandowemu miał za złe naszemu Episkopatowi papież Pius XII, co wyraził oficjalnie m.in. sekretarz stanu, kard. Tardini. Skądinąd ciekawe, że ci, którzy uważają, że można tekstem „porozumienia” walić jak sztachetą po oczach żołnierzy podziemia i pamięć po nich, zupełnie nie przejmują się tym negatywnym stanowiskiem Stolicy Apostolskiej, a więc najwyższej władzy w Kościele.

3) Również i w samym Episkopacie nie było wcale jednomyślności co do celowości tej ugody. Przede wszystkim za „niegodną i pozbawioną realizmu” uważał ją największy ówczesny moralny polskiego Kościoła, niezłomny książę-kardynał Adam Sapieha, ale również i inni biskupi, jak kielecki bp Kaczmarek.

4) Przyszłość pokazała, że „porozumienie” i tak natychmiast zaczęło być łamane przez reżim w tych punktach, które miały ocalić Kościół przed natychmiastową zagładą: już pięć dni później powołano Urząd ds. Wyznań, który zaczął decydować o obsadzie placówek kościelnych, a 2 maja „Sejm” uchwalił ustawę o konfiskacie dóbr kościelnych. A co było dalej, wszyscy wiedzą: w 1952 roku proces Kurii krakowskiej, w 1953 – biskupa Kaczmarka i wreszcie aresztowanie samego Prymasa.

5) Na koniec chcę powiedzieć, że mimo wszystko nie oskarżam Episkopatu, a przede wszystkim samego prymasa Wyszyńskiego, który wziął zresztą pełną odpowiedzialność za ten krok. Można bowiem z perspektywy czasu bronić tego „porozumienia” tym, że odsunięcie w czasie rozprawy z Kościołem okazało się zbawienne, gdyż po śmierci Stalina niszczycielski impet imperium zła uległ osłabieniu, więc per saldo Kościół polski wyszedł z tej epoki bardziej obronną ręką niż węgierski czy czeski. Ale co innego usprawiedliwić ten krok, a co innego czynić z dokumentu, który sam w sobie jest przygnębiający, akt oskarżycielski przeciwko bohaterom.

 

Jacek Bartyzel

ZA – http://www.polishclub.org/2015/03/11/prof-jacek-bartyzel-porozumienie-episkopatu-z-rzadem-prl-jako-argument-przeciw-zolnierzom-niezlomnym/

Zakończony fiaskiem szczyt Unii Europejskiej uzmysłowił wszystkim, jak krucha jest tzw. integracja europejska i jak ważne są interesy narodowe poszczególnych państw.

 

Nasi doktrynalni „Europejczycy” leją krokodyle łzy i biadają nad upadkiem „europejskiej solidarności”, ale rzeczywistość jest brutalna. Mimo uprawianej od lat integracyjnej propagandy, mimo napinania muskułów przez Komisję Europejską – zasadnicze decyzje podejmują szefowie rządów poszczególnych państw, a eurokraci muszą gonić za nimi po korytarzach brukselskiej siedziby UE. I tak było i tym razem. W rolach głównych – brytyjski premier David Cameron i kanclerz Angela Merkel. W roli  drugoplanowej – prezydent Francji Francois Hollande, w rolach trzecioplanowych – Donald Tusk i reszta szefów rządów.

Rząd Donalda Tuska ubrał się w stój wzorcowego „Europejczyka”. Sam premier oraz jego ministrowe (np. Radosław Sikorski) nawołują usilnie do „pogłębienia integracji”, „wzmocnienia instytucji europejskich”, „rezygnacji z narodowych egoizmów”.  Wszyscy niby przyklaskują, wznoszą za nas toasty, przyznają nagrody – ale kiedy przyjdzie godzina podejmowania decyzji, kierują się właśnie „narodowymi egoizmami”. To dowód na to, że Europa, mimo wszystko, jest nadal zbiorowiskiem suwerennych państw narodowych, w których zawsze bardziej znacząca jest sytuacja wewnętrzna niż mityczna „europejska solidarność”. I to jest wiadomość dobra – bo wolę taką sytuację, kiedy wiadomo kto i dlaczego podejmuje taką a nie inną decyzję, niż sytuacja, w której decydowały by „ponadnarodowe elity”.

Donald Tusk wybierając koalicję przeciwko Niemcom i Wielkiej Brytanii miał swoje racje. Te racje to owe mityczne 300 mld złotych obiecane narodowi. Ponoć jesteśmy największym beneficjentem tych „unijnych” pieniędzy. Być może, choć w tym rachunku jest pewien fałsz. Nie mówi się polskiej opinii publicznej, że nasza składka przez czas trwania agendy wynosi ponad 100 mld złotych (25,5 mld euro), a wliczywszy inne koszty związane z pozyskiwaniem tych funduszy, zostanie „na czysto” może 150-170 mld złotych. Dobre i to, ale chyba lepiej mówić prawdę. Jedno jest natomiast pewne – dotychczasowy model integracji, a co za tym idzie model finansowania UE – powoli się kończy.

Jan Engelgard

Fot. premier.gov.pl

Zrodlo: http://sol.myslpolska.pl/2012/11/komu-potrzebna-jest-unia%E2%80%A6/

W okresie wojen krzyżowych żydzi z powodu prześladowań napłynęli z Niemiec do Polski, gdzie królowie i książęta nasi nadawali im szerokie przywileje.

 

W 1264 r. Bolesław Pobożny, książę kaliski nadał żydom wielkopolskim przywilej, zapewniający im bezpieczeństwo, swobodę wyznania, nietykalność bóż­nic, cmentarzy, wyjęcie z pod sądów ławniczych spraw, w których obydwie strony były narodowości żydowskiej i t.p.

Król Kazimierz Wielki potwierdził przywilej Bolesława Poboż­nego, terytorjalnie rozciągnął działanie jego na Małopolskę i powiększył nowemi swobodami. [1]

Przybysze żydowscy osiedlali się po miastach, trudniąc się handlem i lichwą; przez niektórych książąt byli używani do robót menniczych i przeprowadzania operacji finansowych. Poza stycznością w życiu gospodarczem masa żydowska izolowała się od obcego jej społeczeństwa.

Od chwili osiedlenia się w Polsce ludność żydowska dzięki nadanym jej szerokim przywilejom stanowiła w swej głównej masie odrębną zupełnie, zamkniętą w sobie i zorganizowaną wewnętrznie społeczność, z odrębną religją, językiem, etyką, kulturą, szkołami, rabinowskiemi sądami, instytucjami dobroczynnemi i t.d.

Masy żydowskie różniły się od miejscowego społeczeństwa nie tylko językiem, religją i obyczajami, ale i zewnętrznym wyglą­dem, zachowawszy swój odmienny ubiór. Przez okres istnienia Rzeczypospolitej Polskiej w niewielkich rozmiarach odbywała się asymilacja w drodze odpadania zamożniejszych jednostek żydowskich od mozaizmu i wsiąkania w katolickie społeczeństwo polskie.

W drugiej połowie XVIII w. prąd asymilacyjny przybrał szersze rozmiary. Wyznawcy reformatora żydowskiego Franka Jakóba Jó­zefa, rodem z Korolówki na Podolu (ur. 1726 r.), głoszącego naukę o Trójcy św., przyjęli w 1759 i 1760 r. w liczbie przeszło 600 osób chrzest. Neofici ci, t. zw. frankiści otrzymali przywileje od króla Augusta III, ogolili brody, zmienili ubiór, przybrali nazwiska o brzmieniu polskiem przeważnie od miast i zostali nobilitowani. Wśród frankistów tych było wielu ludzi bogatych. Od frankistów wywodzą się rodziny Wołowskich, Krysińskich, Młodowskich i innych.

Z chwilą utraty przez Polskę niezawisłości politycznej żydzi szybko emancypują się z zależności od społeczeństwa polskiego i w wido­kach korzyści materjalnych asymilują się z kulturą państw zaborczych.

W Królestwie Kongresowem, które do powstania styczniowego 1863 r. zachowało odrębne formy ustroju politycznego i odrębne życie gospodarcze, prąd żydowsko-asymilacyjny przetrwał dłużej, aniżeli w pozostałych dwuch dzielnicach polskich. Na tle prądów demokratycznych XIX w., nie uznających wyłączności religijnej, zrodziła się w Kongresówce koncepcja obywatela polskiego wyznania mojżeszowego, pod wpływem której wytworzyła się szeroka sfera rzekomo zasymilowanych żydów, którzy, zachowując swoją odrębną psychikę i swój odrębny światopogląd, ze społeczeństwem polskiem posiadali jedynie wspólny język. Żydzi-asymilatorzy zresztą wśród szerokich mas żydowskich nigdy nie posiadali wpływów.

Przy końcu ubiegłego stulecia prąd asymilacyjny ustaje z chwilą przybycia w granice Polski zwartą masą w liczbie około 200 tysięcy z Rosji żydów, t. zw. litwaków po wprowadzeniu w rdzennej Rosji w 1882 r. granicy osiadłości żydowskiej. Przybysze ci, niczem nie związani ze społeczeństwem polskiem, zajęli rolę przewodników wśród szerokich mas żydowskich, propagując wśród nich separatyzm.

Pomimo wyżej wskazanych nielicznych wypadków asymilacji szerokie masy żydowskie przez okres kilku wieków przebywania na ziemiach polskich zachowały zupełną swoią odrębność, nie tylko niczem nie zostały związane ze społeczeństwem polskiem, lecz przeciwnie, kierując się właściwą im odwieczną zasadą wyłączności, uznającej nakazy sprawiedliwości, solidarności i altruizmu tylko względem swoich współwyznawców, masy te zachowują wzglę­dem społeczeństwa polskiego nastrój wrogi.

Dowody wyłączności żydowskiej dają się spostrzegać we wszystkich dziedzinach, szczególniej w życiu gospodarczem: żyd kupuje przeważnie w żydowskich sklepach, leczy się u lekarza żyda, prowadzenie spraw powierza najchętniej adwokatom żydom, a odstępuje od tej zasady w wypadkach wyjątkowej konieczności.

Dotychczasowe doświadczenie kilkuwiekowe przekonywa, że żydzi nigdy nie zasymilują się i że zawsze będą stanowić odrębne społeczeństwo. Żydzi nie tylko u nas, lecz nigdzie nie mogli się zasymilować ze społeczeństwem, wśród którego żyli.

W celach korzyści asymilują się tylko pozornie i powierzchownie, ale w gruncie rzeczy pozostają członkami międzynarodowej, na podkładzie rasowo-religijnym opartej organizacji, której cele stoją ponad celami narodów, z któ­rymi współżyją. [2]

 

[1] Dzieje narodu Polskiego. Władysław Smoleński. Cz. I Warszaw a 1898 r.

[2] Zagadnienie polityki polskiej. Joachim Bartosiewicz, Warszawa, 1929 r. str. 97.

 

Rozdzieł II.

 

ILOŚĆ ŻYDÓW W POLSCE

Ludność żydowska w Polsce dzięki naturalnemu przyrostowi i imigracji szybko wzrastała i obecnie stanowi wysoki odsetek, nie notowany w żadnem innem państwie w Europie.

W 1816 r. w Królestwie Kongresowem liczono żydów 212 944, co stanowiło 7,8% ogółu ludności, a w 1909 r. liczba ludności żydowskiej wzrosła do 1 747 655, co stanowiło 14,64% ogółu ludności.[1]

Zwiększeniu ludności żydowskiej w Kró­lestwie Kongresowem w wyżej wskazanym okresie sprzyjał rozwój ekonomiczny tej dzielnicy polskiej, dla której z chwilą zniesienia granicy celnej z Rosją otworzył się szeroki rynek zbytu do Rosji i na wschodzie, co znowu warunkowało wzrost dobrobytu ludności żydowskiej, zatrudnionej przeważnie handlem.

W związku z wyżej opisanemi warunkami ekonomicznemi imigracja ludności żydowskiej do Królestwa Polskiego przybrała duże rozmiary i szczególnie silny wzrost tej imigracji z Rosji i Litwy, gdzie przy słabym rozwoju ekonomicznym nastąpiło zbytnie przesycenie żywiołem żydowskim, daje się obserwować przy końcu ubiegłego stulecia.

Po wprowadzeniu w Rosji w 1882 r. granicy żydowskiej osiadłości przybyło do Kró­lestwa Polskiego z rdzennej Rosji około 200 tysięcy żydów w okresie do 1909 r.

W Galicji liczba żydów do 1890 r. również wzrastała, a mianowicie w okresie od 1857 do 1890 r. odsetek żydów wzrósł z 7,32% do 11,7% ogółu ludności. W następnym jednak okresie po 1890 r. wskutek nadmiernego nasycenia żywiołem żydowskim tej dzielnicy przy słabym jej rozwoju ekonomicznym imigracja nie tylko ustaje, lecz przeciwnie następuje czę­ściowa emigracja, wskutek czego odsetek żydów według ostatniego opisu w 1905 r. zmniejszył się do 11%.[2]

W Księstwie Poznańskiem w pierwszej połowie ubiegłego stulecia liczba żydów również wzrastała w nieznacznym stopniu, a mianowicie: odsetek żydów w tej dzielnicy wynosił w 1816 r. — 6,3%, a w 1831 r. — 6,7%. W następnym jednak okresie po 1831 r. dzię­ki opanowaniu handlu i rzemiosła przez lud­ność polską odsetek ludności żydowskiej zmniejsza się, a mianowicie: w okresie od 1831 do 1905 r. absolutna cyfra ludności żydowskiej w Księstwie Poznańskiem zmniejszyła się z 77 100 do 30 433, co w odsetkach czyni spadek z 6,7 do 1 ,5%.[3]

Według danych pierwszego powszechnego spisu w dniu 30.IX 1921 r. w całej Polsce bez Górnego Śląska, oraz Wilna i powiatów Wilno, Troki, Oszmiana i Swięciany było 25 694 700 mieszkańców, a w tej liczbie 2 771 949 żydów, czyli żydzi stanowili 10,8% ogółu ludności.[4]

Według tychże danych wspomnianego spisu w województwie Poznańskiem ogółem mieszkańców było 1 967 865, a w tej liczbie ludno­ści żydowskiej 10 397, czyli 0,53% ogółu ludności.

W województwie Pomorskiem przy ogólnem zaludnieniu 935 643 żydów naliczono tylko 2 927, co stanowiło 0,31% ogółu ludności.

Na Śląsku Cieszyńskim było 144 671 mieszkańców, a w tej liczbie żydów 7 357, czyli 5,07% ogółu ludności tego województwa.[4]

Późniejszych dat brak, gdyż wyniki drugiego powszechnego spisu ludności dn. 9.XII.1931 r. dotychczas nie zostały opublikowane przez Główny Urząd Statystyczny, a ukazały się jedynie tymczasowe dane odnośnie m. Warszawy i niektórych województw w dodatkach do „Wiadomości Statystycznych”, publikowanych przez Gł. Urząd Stat. w zeszytach dekadowych. Według przybliżonych obliczeń procent żydów w całem państwie w ostatnich czasach zwiększył się do przeszło 14 % , jak niemniej w okresie od pierwszego spisu w 1921 r. zwiększył się poważnie odsetek żydów w dzielnicy z pod zaboru pruskiego.

Pod względem osiedlania się największą atrakcję posiadają dla żydów miasta i miasteczka nasze, a w szczególności duże centra przemysłowo-handlowe, jak Warszawa i Łódź, w których znajdują się największe skupienia ludności żydowskiej. Według danych pierwszego powszechnego spisu ludności w dniu 30.IX 1921 r. w miastach bez ludności, spisanej przez władze wojskowe, zarejestrowano mieszkańców 6 345 905, a w tej liczbie rzymsko-katolików 3 621 609 i wyznania mojżeszowego 2 057 615, czyli ludność wyznania mojżeszowego stanowiła 32,4 % ogółu ludności miast.[5]

W obrębie m. Warszawy do końca XVIII w. nie wolno było żydom osiedlać się, a osiedlali się w niezależnych od miasta „jurydykach“, np. na Lesznie, stanowiącem własność podskarbiego W. Kor. Józefa Potockiego. Przy końcu XVIII w. pozwolono żydom osiedlać się w dzielnicy zwanej „Pociejów“. W 1799 r. przy ogólneym zaludnieniu Warszawy 64 829 mieszkańców liczono żydów 7 688, co stanowiło 11,9% ogółu ludności. W 1910 r. było w Warszawie wszystkich mieszkańców 782 641, a ludność żydowska w tymże czasie wzrosła do 308 488, co stanowiło 39,4% ogółu ludno­ści.[6]  Według danych pierwszego powszechnego spisu dn. 30.IX 1921 r. ludność Warszawy ogółem wynosiła 936 713 osób, a w tej liczbie ludności wyznania mojżeszowego było 310 322 osób, czyli 33% ogółu ludności.[7]  W 10 lat później według danych powszechnego spisu ludności z dn. 9.XII 1931 r. ludność Warszawy ogółem wynosiła 1 171 898 osób, a w tej liczbie ludności wyznania moj­żeszowego było 352 659 osób, czyli 30%.[8]

Z zestawienia powyższych cyfr okazuje się, że w okresie 10-letnim pomiędzy dwoma powszechnemi spisami 1921 i 1931 r. ogół ludności Warszawy powiększył się o 25%, a ludność wyznania mojżeszowego wzrosła o 40%, czyli ta ostatnia wzrosła szybciej 1,6 razy od wzrostu ogółu ludności.  O ile w przyszłości przyrost ludności m. Warszawy odbywałby się w tym samym stosunku, po latach 50-ciu ludność żydowska wzrosłaby do 1 896 679 , a ogół ludności Warszawy wynosiłby 3 576 346, czyli ludność żydowska stanowiłaby wówczas wię­cej, niż połowę całej ludności, a mianowicie 53%.

Są to niepożądane horoskopy na przysz­łość, nad któremi należy zastanowić się.

 

[1] Bohdan Wasiutyński, Ludność żydowska w Królestwie Polskiem . Warszawa, 1911 r. str. 25.

[2] Franciszek Bujak. Galicja, t. I, Lwów 1908 r., str. 100.

[3] Prof. dr. Józef Buzek. Historja polityki narodowo­ściowej rządu pruskiego wobec Polaków, str. 541— 2, Lwów, 1909 r.

[4] Wyd. Gł. Urzędu Statyst. Pierwszy powszechny spis Rzeczypospolitej Polskiej dn. 30.1X 1921 r. str . 34 i 20.

[5] Pierwszy powszechny spis Rzecz. Pol. dn. 3 0 .IX 1921 r. Wydanie Głów. Urzędu S ta t. Tom XXXI, str. 18-20.

[6]  Bohdan Wasiutyński. Ludność żydowska w K rólestw ie P olskiem . W arszawa 1911 r., str. 66 i 67.

[7] Główny Urząd Statystyczny . Skorowidz opracowany na podstawie wyników pierwszego powszechnego spisu ludności dn. 30.IX 1921 r. Miasto st. Warszawa. Tom I; str. 2.

[8] Powszechny spis ludności z dn. 9,XII 1931 r. Miasto stołeczne Warszawa. Dodatek do Wiad. Stat. r. 1935, zesz. 36.

 

 

Zdjęcie: Targ. Pocztówka z galerii Muzeum im. Aleksandra Kłosińskiego w Kętach. Fot. za muzeum.kety.pl / wybór wg.pco

Czy niepodważalnie słuszne procesy: beatyfikacyjny i kanonizacyjny księdza Jerzego Popiełuszki mogą nam zastąpić obiektywną prawdę o okolicznościach Jego śmierci?

Czy ktoś poza Waldemarem Chorostowskim potrafiłby w tak niezwykłych okolicznościach, w tak niezwykły sposób, uwolnić się z kajdanek używanych przez milicję w PRL-u?

Co widzieli mężczyźni stawiający sieci pod tamą we Włocławku i w jakich okolicznościach pożegnali się z tym światem?

Szanowny Pan

Andrzej Duda

Prezydent RP

 

Do wiadomości:

Prezes Rady Ministrów RP

Minister Sprawiedliwości RP

Prokurator Generalny RP

 

Szanowny Panie Prezydencie!

Czy niepodważalnie słuszne procesy: beatyfikacyjny i kanonizacyjny księdza Jerzego Popiełuszki mogą nam zastąpić obiektywną prawdę o okolicznościach Jego śmierci?

Czy ktoś poza Waldemarem Chorostowskim potrafiłby w tak niezwykłych okolicznościach, w tak niezwykły sposób, uwolnić się z kajdanek używanych przez milicję w PRL-u?

Co widzieli mężczyźni stawiający sieci pod tamą we Włocławku i w jakich okolicznościach pożegnali się z tym światem?

Od trzydziestu lat w sprawę zbrodni popełnionej na księdzu Jerzym Popiełuszko wpisywane są kłamstwa i fałsz. Prokurator Andrzej Witkowski, który dwukrotnie prowadził śledztwo w tej sprawie i dwukrotnie w kluczowym momencie był od niego odsuwany zdobył dowody, że w zbrodnię, której ofiarą padł ksiądz Popiełuszko, uwikłani są bardzo wpływowi ludzie. Inni bardzo wpływowi ludzie od lat nie chcą dopuścić do jej wyjaśnienia, gdyż obawiają się, że złamią zmowę milczenia, a tym samym spowodują lawinę. To dlatego chronieni przez wpływowych protektorów inspiratorzy zbrodni ze wszystkich dotychczasowych opresji wychodzą obronną ręką. To dlatego też prokuratorowi Andrzejowi Witkowskiemu, który oskarżał w trzystu sprawach o zbrodnię i nigdy nie poniósł sądowej porażki, aż dotąd uniemożliwiano ukończenie śledztwa, w kwestii którego złożył publiczną deklarację, iż w pół roku wykaże prawdę o tej najgłośniejszej i zarazem najbardziej tajemniczej zbrodni ostatnich kilkudziesięciu lat.

Z końcem 2015 roku prokurator Witkowski odchodzi w stan spoczynku. Zważywszy, że Andrzej Witkowski dysponuje wyjątkowym doświadczeniem i unikalną wiedzą dotyczącą tej sprawy obecny czas jest zatem prawdopodobnie ostatnim, w którym istnieje szansa na wyjaśnienie wszystkich okoliczności śmierci księdza Jerzego, a których wyjaśnienie jest kluczem do zrozumienia i wyjaśnienia wielu tajemnic III RP opatrzonych aż dotąd klauzulą najwyższej tajności. Andrzej Witkowski z grupą współpracowników zebrał dowody na kluczową rolę wojskowych służb specjalnych, polskich i rosyjskich, w zamordowaniu księdza Jerzego Popiełuszki i zamierzał udowodnić, że cała ta sprawa nie jest historyczną, lecz czymś, co wciąż trwa.

Zwracamy się Do Pana Prezydenta z gorącą prośbą o przywrócenie prokuratorowi Andrzejowi Witkowskiemu śledztwa w sprawie wyjaśnienia wszystkich okoliczności zbrodni popełnionej na księdzu Jerzym Popiełuszko.

„Do końca swojej służby będę czynił, co w mojej mocy, by wyjaśnić tę sprawę. Będę to robił, bo wierzę, że niebezpieczny staje się kraj, w którym nie można wierzyć prawie nikomu, w którym nie można powiedzieć prawdy. Jaką wartość ma kraj okłamujący własne społeczeństwo? To jedyna sprawa w moim życiu, której nie dokończyłem. Nie pozwolono mi. Nie zamknięto mi ust dlatego, że błądziłem. Przeciwnie. To dowód, jak ciężko prowadzić śledztwo przeciwko operacjom służb specjalnych.

I obawiam się, że tobie też nie pozwolą. Ale któregoś dnia ktoś odkryje prawdę. Może to będziesz ty, może twoi lub moi następcy. Miejmy nadzieję, że tak się stanie. Ja taką nadzieję mam. Dlaczego? Bo ludzie chcą znać prawdę. A prawda jest po naszej stronie.”

Z wyrazami szacunku i nadzieją na zmiany,

Wojciech Sumliński,

Jadwiga Chmielowska,

Krzysztof Skowroński,

Stefan Truszczyński

11 września – w rocznicę zamachów terrorystycznych w Nowym Jorku z 2001 roku – wszedł na ekrany polskich kin film „Karbala”. Zrealizowany przy współudziale Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, opowiada o wydarzeniach, które rozegrały się od 3 do 6 kwietnia 2004 roku w siódmym co do wielkości (675 tys. mieszkańców) mieście Iraku.

Dla przypomnienia – państwa okupowanego wówczas przez wojska amerykańskie i ich sojuszników, w tym liczący 2,5 tys. żołnierzy kontyngent polski.

Wydarzenia zobrazowane w filmie to obrona ratusza w Karbali przed partyzantami z tzw. Armii Mahdiego – radykalnej formacji szyickiej, stworzonej przez przywódcę religijnego Muktadę as-Sadra. Ratusza (w nomenklaturze okupantów City Hall) broniło kilkudziesięciu polskich i bułgarskich żołnierzy z Wielonarodowej Dywizji Centrum-Południe – związku taktycznego utworzonego w 2003 roku do administrowania centralno-południowym Irakiem, a dowodzonego przez dowództwo Polskiego Kontyngentu Wojskowego. W skład dywizji oprócz polskiego wchodziły też kontyngenty z Armenii, Bośni i Hercegowiny, Bułgarii, Danii, Dominikany, Filipin, Hiszpanii, Holandii, Hondurasu, Kazachstanu, Litwy, Łotwy, Mongolii, Nikaragui, Norwegii, Rumunii, Salwadoru, Słowacji, Tajlandii, Węgier i Ukrainy oraz amerykańsko-brytyjska jednostka tzw. wsparcia ogólnego (czytać: nadzoru).

Film „Karbala” był reklamowany w demokratycznych mediach polskich jako obraz przedstawiający „największą bitwę stoczoną przez Wojsko Polskie od zakończenia drugiej wojny światowej”. Dlatego z ciekawości wybrałem się go obejrzeć mając świadomość, że stawianie na jednej płaszczyźnie polskiego udziału w drugiej wojnie światowej i amerykańskiej wojnie kolonialnej jest wysoce niestosowne.

Walki o ratusz w Karbali zostały pokazane w filmie jako niezwykle zacięte, prawie tak jak walki o Stalingrad. Mam prawo do sceptycyzmu czy tak było naprawdę, bo zawsze trzeba mieć na uwadze, że – jak mawiają na Podhalu – są trzy rodzaje prawdy. Film epatuje dramatyzmem i patosem. Obrońcy są w regularnych odstępach czasu atakowani przez setki fanatycznych napastników, których autorzy filmu pokazali już nawet nie jako „terrorystów”, ale dzikich barbarzyńców.

Z powodu przedłużającego się braku wsparcia oblężeni Polacy i Bułgarzy myślą nawet o kapitulacji. Ostatecznie jednak podrywają się do zwycięskiego kontrataku ratując cywilów, których „terroryści” chcieli użyć w charakterze żywych tarcz. Obraz zgodny z tym, co przez lata serwowała oficjalna propaganda polska, przedstawiająca polską „misję” w Iraku jako pomoc dla kobiet i dzieci, ale broń Boże nie udział w okupacji kraju.

Niezwykle patetyczna jest też scena pokazująca potarganą kulami biało-czerwoną flagę powiewającą nad ruinami City Hall. Nawiązanie do polskiej flagi powiewającej nad ruinami klasztoru Monte Cassino nasuwa się tu aż nazbyt jednoznacznie. Jest to jednak nawiązanie fałszywe i bluźniercze zarazem.

O co walczyli

Tutaj dochodzimy do punktu, w którym trzeba postawić pytanie z kim i o co walczyli żołnierze polscy w Karbali. Straty poniesione przez obrońców to jeden ranny bułgarski żołnierz. Natomiast straty poniesione przez atakujących – wśród których oprócz członków Armii Mahdiego mieli być także członkowie Al-Kaidy i ukochani przez polską prawicę Czeczeni – to co najmniej 80 zabitych, jak podaje Wikipedia. Tak duża dysproporcja strat świadczy o niedostatecznym uzbrojeniu i wyszkoleniu strony atakującej. To po prostu byli partyzanci rekrutujący się głównie z wyrostków bez przeszkolenia wojskowego.

W filmie pokazano to dosłownie, gdy jeden z takich wyrostków nie umie odpalić pocisku z granatnika i ginie od serii z automatu polskiego, skądinąd sympatycznego sierżanta. Czy walka z takim przeciwnikiem jest powodem do chwały i porównań z Monte Cassino?

Ku mojemu zaskoczeniu kwestia o co walczyli polscy obrońcy Karbali została w filmie poruszona w dwóch scenach. W pierwszej z nich jeden z żołnierzy polskich mówi, że „chłopaki są tutaj, bo mają niespłacone kredyty”. Natomiast w prywatnej rozmowie dowódcy polski i bułgarski dystansują się od polityki amerykańskiej. Z rozmowy obu kapitanów dowiadujemy się, że mają na utrzymaniu żony oraz po dwójkę dzieci i to jest przyczyna ich pobytu na intratnej finansowo „misji zagranicznej”. Żona polskiego kapitana nawet dzwoni do niego informując jakie ponosi wydatki na remont domu. Widz domyśla się, że prosi zirytowanego męża o podesłanie dolarów.

Trzeba też wspomnieć o głębokim poważaniu, w jakim mieli Polaków amerykańscy sojusznicy. Polski udział w obronie ratusza w Karbali został zatajony przez amerykańskie dowództwo, które ze względów propagandowych podało, że ratusz obronili żołnierze i policjanci iraccy (faktycznie prawie wszyscy przeszli na stronę Armii Mahdiego lub uciekli). Bohaterscy żołnierze polscy zostali objęci przez Amerykanów tzw. klauzulą milczenia. Dopiero po latach, po powrocie do kraju zaczęli domagać się orderów i ujawnienia prawdy o swoim udziale w walkach w Karbali. Dlatego właśnie powstał film „Karbala” i towarzysząca mu publikacja książkowa ppłk. Grzegorza Kaliciaka, który w 2004 roku jako kapitan dowodził „największą polską bitwą od czasów drugiej wojny światowej”.

Film i książka wpisują się w typowo polskie kompleksy, a konkretnie w jeden z nich – kompleks niedocenienia. Świat się nie dowiedział, nie wpadł w zachwyt i nie podziękował dzielnym Polakom. Kompleks niedocenienia przewija się przez dużą część polskiej historii, zwłaszcza nowożytnej i najnowszej. Niewdzięczni Austriacy nie docenili polskiego wkładu w wiktorię wiedeńską, a sto lat później wzięli udział w rozbiorach Polski. Niewdzięczny Napoleon nie docenił Legionów Polskich, wysyłając je ostatecznie na śmierć w walce z Murzynami na Haiti (wówczas San Domingo), a za dalszy polski trud wojenny ofiarował Polakom księstwo, które nawet nie miało w nazwie przymiotnika „polskie”. Niewdzięczna Europa nie chciała i nie chce pamiętać o tym, że Polacy najpierw jako „przedmurze chrześcijaństwa” zasłaniali ją przed Tatarami, Turkami i Moskalami, a w 1920 roku uratowali kontynent przed tzw. nawałą bolszewicką. Niewdzięczni i cyniczni Brytyjczycy nie chcieli pamiętać, że Polacy złamali kody Enigmy, zestrzelili najwięcej samolotów Luftwaffe w bitwie o Anglię oraz rozszyfrowali tajemnicę broni V-1 i V-2. Pomimo tych i innych zasług Churchill sprzedał Polskę Stalinowi w Jałcie.

Teraz znowu niewdzięczni Amerykanie nie docenili polskich obrońców ratusza w Karbali. Zamiast kontraktów dla „polskiego biznesu” na udział w „modernizacji Iraku”, którymi rządowa propaganda epatowała w 2003 i 2004 roku polską opinię publiczną, dziesiątek tysięcy miejsc pracy – jakie z tego tytułu miały powstać w Polsce – była nakazana przez jakiegoś amerykańskiego pułkownika „klauzula milczenia”. A kontrakty na „modernizację Iraku” dostały tylko firmy amerykańskie.

Znany prawicowy publicysta Stanisław Michalkiewicz pytał w jednym ze swoich felietonów o owoce polskiego „zwycięstwa” w Iraku. Gdzie są łupy, jeńcy i branki – dopytywał w swoim stylu Michalkiewicz. Jego zdaniem polskie „zwycięstwo” w Iraku i Afganistanie zostało – jak to określił – „sprywatyzowane” (S. Michalkiewicz, Zwycięstwo sprywatyzowane?, „Nasz Dziennik”, 1.11.2008). Zarobiły na nim różne tajemnicze i przeważnie małe firmy działające na styku z Ministerstwem Obrony Narodowej oraz podobno także organizatorzy ośrodka tortur w Starych Kiejkutach.

Natomiast żadnych korzyści politycznych i ekonomicznych nie odniosły Polska jako państwo oraz polska gospodarka w szerokim znaczeniu. Wręcz przeciwnie – trzeba było, oprócz strat ludzkich, ponieść koszty utrzymania przez 12 lat kontyngentów wojskowych w Afganistanie i Iraku. Opinia publiczna w Polsce nigdy nie otrzymała rzetelnych informacji na temat tych kosztów, podobnie jak dzisiaj nie jest informowana o kosztach wspierania „demokracji” na Ukrainie.

Według Michalkiewicza polski udział w „misji pokojowej” w Iraku został spowodowany przez ówczesnego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, któremu ktoś w zamian za to miał obiecać stanowisko sekretarza generalnego ONZ. Obiecanego stanowiska Kwaśniewski jednak nie dostał po zakończeniu kadencji prezydenckiej, ośmieszając się w oczach przywódców państw poważnych. Dlatego nikt nie powinien się dziwić, że w gronie państw poważnych Polska jest traktowana – z tytułu swoich zasług w walce o „demokrację” w Afganistanie, Iraku, a ostatnio na Ukrainie – jako państwo niepoważne, a nawet bardzo niepoważne.

Nikt z polskich publicystów – nawet Michalkiewicz – nigdy nie poruszył otwarcie kwestii tego, o co walczyła Polska w Afganistanie, Iraku, a teraz na Ukrainie. W realizację jakiej idei, przez kogo sformułowanej i interesom kogo służącej zaangażowały się polskie elity polityczne po 1989 roku. Słowem, nie poruszono otwarcie zagadnienia polskiego zaangażowania w realizację doktryny Wolfowitza.

Doktryny Wolfowitza i Ledeena

W 1989 roku amerykański politolog Francis Fukuyama – wówczas jeden z czołowych ideologów neokonserwatyzmu – opublikował esej Koniec historii?, który stał się następnie podstawą książki The End of History and the Last Man (1992). Opierając się na poglądach Hegla, Fukuyama postawił tezę, że proces historyczny zakończył się wraz z upadkiem ZSRR i obozu państw socjalistycznych. Według Fukuyamy liberalna demokracja i neoliberalny kapitalizm miały być najdoskonalszym z możliwych do urzeczywistnienia ustrojów.

Wychodząc z tego założenia amerykańscy neokonserwatyści stanęli na stanowisku, że takie standardy ustrojowe jak demokracja, prawa człowieka i neoliberalizm gospodarczy powinien przyjąć cały świat, a Stany Zjednoczone powinny być strażnikiem tego doskonałego globalnego porządku. Po agresji USA na Irak w 2003 roku Fukuyama zrewidował swoje stanowisko i stał się krytykiem neokonserwatyzmu, porównując go do leninizmu.

Porównanie to nie jest bezzasadne, aczkolwiek bardziej precyzyjne wydaje się porównanie neokonserwatyzmu z trockizmem niż z leninizmem. Twórcami amerykańskiego neokonserwatyzmu są bowiem byli trockiści nawróceni w latach 60. i 70. XX wieku na neoliberalizm (Daniel Bell, Nathan Glazer, Irwing Howe, Irwing Kristol). Ekstremizm ich ideologii polega na tym, że walka o globalne urzeczywistnienie porządku demoliberalnego i jednobiegunową dominację USA w świecie jest pojmowana wedle szablonu trockistowskiej „permanentnej rewolucji”.

Najpełniej ideologiczny ekstremizm neokonserwatystów ujawnił się w tzw. doktrynie Wolfowitza. Jest to nieoficjalna nazwa nadana tajnemu dokumentowi Defence Planning Guidance, którego autorami byli Paul Wolfowitz i Lewis Libby – reprezentujący najbardziej skrajne skrzydło neokonserwatyzmu, a zarazem wpływowi przedstawiciele lobby żydowskiego w USA i zwolennicy skrajnie proizraelskiego nastawienia polityki amerykańskiej.

Założenia dokumentu Defence Planning Guidance zostały ujawnione 8 marca 1992 roku przez „The New York Times”. Wolfowitz i Libby zalecali prowadzenie przez USA agresywnej, jednostronnej polityki zagranicznej, z wojnami prewencyjnymi włącznie, celem zachowania pozycji USA jako jedynego globalnego supermocarstwa. Za kraje wrogie uznali te państwa, które nie podporządkują się globalnej hegemonii USA. Chociaż nie wymienili ich z nazwy, wiadomo było, że chodzi m.in. o takie państwa jak Rosja i Chiny.

wolfowitz-worldbank.jpg

Doktryna Wolfowitza została rozwinięta przez innego ideologa neokonserwtyzmu, także powiązanego z lobby izraelskim w USA, Michaela A. Ledeena. Swoje poglądy na politykę zagraniczną USA Ledeen, podobnie jak Wolfowitz, sformułował na początku lat 90. XX wieku. Zostały one jednak ujawnione dopiero w 2002 roku przez publicystę Jonaha Goldberga na łamach „National Review” w artykule Bagdad powinien być zniszczony, część druga (Baghdad Delenda Est, Part Two). Wedle Goldberga Ledeen ujął swoją doktrynę w jednym znaczącym zdaniu:


Mniej więcej co 10 lat Stany Zjednoczone potrzebują wziąć (dosłownie: podnieść) jakieś małe zasrane państewko i rzucić nim o ścianę tylko po to, żeby pokazać światu jak poważnie traktujemy sprawę (globalnej dominacji USA – uzup. BP).

 

W języku angielskim zdanie to brzmi następująco: Every ten years or so, the United States needs to pick up some small crappy country and throw it against the wall, just to show the world we mean business.

Ledeen był gorącym zwolennikiem amerykańskiego ataku na Irak. Już w 2002 roku wzywał on administrację Busha do obalenia władzy Saddama Husajna, o czym m.in. wspomina Goldberg w artykule Baghdad Delenda Est, Part Two. W 2003 roku wzywał USA do obalenia wszystkich „tyranów” na świecie. Należał też do głównych inspiratorów negatywnej polityki amerykańskiej wobec Iranu.

Doktryny Wolfowitza i Ledeena stały się podstawą doktryny Busha, którą prezydent George W. Bush uzasadnił inwazję na Irak w 2003 roku. Głównym założeniem doktryny Busha jest koncepcja „wyprzedzającego uderzenia”, zgodnie z którą USA mają prawo do prewencyjnego ataku militarnego na każde państwo stanowiące lub mogące stanowić zagrożenie dla interesów USA. Doktryna Busha nałożyła na USA również obowiązek wspierania rozprzestrzeniania się w świecie „klasycznego liberalizmu” – jego instytucji i wartości – by „osłabiać dyktatury” i zastępować je „rządami wyłonionymi przez narody”. W praktyce oznacza to, że każdy kto nie podporządkuje się hegemonii USA naraża się na „pokojową interwencję” armii USA, albo „kolorową rewolucję” organizowaną przez tajne służby USA.

Doktryna Busha idzie nawet dalej niż sławna niegdyś doktryna Breżniewa. Zwrócił na to uwagę przeszło dekadę temu prof. Iwo Cyprian Pogonowski.

Neokonserwatyści z Wolfowitzem na czele – pisał Pogonowski – mają wizję Iraku jako bazy strategicznej do atakowania autorytarnych rządów; żeby to było możliwe Amerykanie muszą przekonać Irakijczyków do amerykańskiej wizji demokracji. Oznacza to, że Irakijczycy mogą sobie wybrać rząd, ale tylko taki, który będzie zaaprobowany przez Waszyngton 
(Iwo Cyprian Pogonowski, Świat po amerykańsku. Komentarze do polityki zagranicznej USA, Szczecinek 2004, s. 138).

Pogonowski odważnie zwrócił też uwagę na związek pomiędzy agresywną polityką USA a interesami politycznymi Izraela:

(…) rząd prezydenta Busha będzie musiał kontrolować Irak jako „protektorat” imperium amerykańskiego. Publicznie znanymi inicjatorami tego konceptu byli, na długo przed katastrofą World Trade Center w Nowym Jorku z 2001 r., amerykańscy syjoniści, tak Żydzi, jak i „na nowo urodzeni protestanci”, oddani ekstremistycznemu skrzydłu partii Likud w Izraelu (…). Zwolennicy ekstremistów izraelskich opublikowali też plany „wojny permanentnej o demokrację” zbliżone do planów trockistów „wojny permanentnej o komunizm”. Masowe media w USA mało mówią na ten temat. Od czasu zbrodni hitlerowskich wszelka krytyka polemiczna dotycząca Żydów, tak syjonistów, jak neokonserwatystów, jest na Zachodzie potępiana przez prasę jako antysemityzm, który Hitler skompromitował swoim barbarzyństwem
(tamże, s. 144).

Wywodząca się z doktryn Wolfowitza i Ledeena doktryna Busha uwzględnia nie tylko interesy polityczne Izraela, ale także interesy wielkich międzynarodowych korporacji. Fukuyama, który w 1989 roku pisał, że neoliberalny kapitalizm jest najdoskonalszym z możliwych ustrojów, nie przewidział w jakim kierunku się on rozwinie w następstwie tzw. globalizacji. Nie przewidział, że kreowanie polityki przejdzie z poziomu państw na poziom międzynarodowych korporacji, dysponujących budżetami większymi niż np. budżet Polski. To właśnie strażnikiem głównie ich interesów jest „globalny hegemon”, a także twory typu Unia Europejska.

Hegemonia USA w praktyce

Pierwszym „zasranym państewkiem”, jakim USA po 1989 roku rzuciły o ścianę – jeszcze przed pierwszą wojną z Irakiem w 1991 roku – była Jugosławia. Rozbicie tego kraju planowano w USA i RFN już w latach 70. XX wieku. Do realizacji tych planów przystąpiono w 1990 roku. Nie cofnięto się przed niczym – nawet przed wspieraniem dokonanej przez Chorwację w sierpniu 1995 roku czystki etnicznej na Serbach, ani inwazją powietrzną NATO w 1999 roku na ograniczone do Serbii i Czarnogóry pozostałości Jugosławii.

Polityka USA i państw zachodnich doprowadziła nie tylko do zniknięcia Jugosławii z mapy Europy w 2003 roku, ale także do dezintegracji terytorialnej Serbii, na terytorium której wykreowano twór państwowy w postaci Kosowa. Podczas pierwszej inwazji na Irak (1991), wojen w Jugosławii (1991-1995), inwazji NATO na Jugosławię w 1999 roku i kryzysu w Kosowie Zachód wykreował model propagandowy, wytwarzający fałszywy obraz przyczyn i przebiegu konfliktu, stygmatyzujący Serbów (w wypadku Jugosławii) jako jedynych winowajców oraz odczłowieczający obraz rządów i postać Saddama Husajna (w wypadku Iraku). Ten model propagandowy stosowano potem wobec każdego państwa, które USA brały na celownik swojej agresywnej polityki: Iraku, Iranu, Afganistanu, Libii, Białorusi, a obecnie Rosji.

Prof. Marek Waldenberg stwierdził, że szczególnie wojna w Bośni i Hercegowinie (1992-1995) była pierwszą w historii „wojną medialną, wirtualną”. Na jej przykładzie wyróżnił on cztery elementy wspomnianego modelu propagandowego:

  • wykreowanie przez media fałszywego obrazu przyczyn konfliktu (rzekome dążenie Serbów do stworzenia Wielkiej Serbii,
  • przedstawianie Chorwatów i muzułmanów jako niewinnych ofiar Serbów),
  • nagłaśnianie fałszywego, jednostronnego i tendencyjnego obrazu przebiegu konfliktu (demonizowanie Serbów jako agresorów i sprawców straszliwych zbrodni), wywieranie przez media presji na USA, UE i NATO, by czynnie angażowały się, także militarnie, w walkę z Serbami oraz
  • torpedowanie przez media planów pokojowego rozwiązania konfliktu uwzględniających w zbyt dużym stopniu serbski punkt widzenia

(Marek Waldenberg, Rozbicie Jugosławii. Jugosłowiańskie lustro międzynarodowej polityki, t. I, Warszawa 2005, s. 186-193).

Lata 90. XX wieku były jednak dopiero przedsmakiem „wojny permanentnej o demokrację” wedle modelu trockistowskiego. Na dobre rozpoczęła się ona dopiero w 2001 roku, tzn. po objęciu prezydentury USA przez George’a W. Busha i zamachach terrorystycznych w Nowym Jorku, które uznano za casus belli tzw. „wojny z terroryzmem”. W rezultacie „wojny permanentnej o demokrację” USA wraz ze swoimi sojusznikami przyczyniły się od 2001 roku do obalenia na świecie około trzydziestu rządów. Na „wojnę permanentną o demokrację” składają się trzy elementy: „wojna z terroryzmem”, „kolorowe rewolucje” oraz przewroty wojskowe. Tylko pierwszy z tych elementów oznacza najczęściej bezpośrednie militarne zaangażowanie się USA i ewentualnie NATO.

„Wojnę z terroryzmem” USA toczyły dotychczas na terenie: Afganistanu (od 2001 roku), Somalii (od 2002 roku), Iraku (2003-2011 i od 2014 roku), Pakistanu (od 2004 roku), Jemenu (od 2010 roku), Syrii (od 2014 roku), Libii (od 2015 roku) i Nigerii (od 2015 roku). Jedynym rezultatem „wojny z terroryzmem” jest trwałe pogrążenie tych krajów w chaosie i krwawej anarchii, czego najdrastyczniejszymi przykładami są Afganistan, Irak, Jemen, Libia, Somalia i Syria. Według oficjalnych danych w samym Iraku w latach 2003-2011 zginęło 128 tys. cywilów, 4,4 tys. żołnierzy USA i 29 tys. członków irackich sił bezpieczeństwa oraz islamskich grup zbrojnych. Portal Vice News – powołując się na ONZ – podał, że naloty amerykańskich dronów w Jemenie zabiły więcej cywilów niż Al-Kaida.

„Kolorowe rewolucje” to zupełnie inny model narzucania globalnej dominacji USA i „najdoskonalszego wzorca ustrojowego”, przypominający poniekąd sowiecki eksport rewolucji socjalistycznej do krajów Trzeciego Świata. Oficjalnie są to spontaniczne bunty zniewolonych społeczeństw przeciwko autorytarnym lub skorumpowanym rządom. Faktycznie zawsze są sterowane, jeśli nie bezpośrednio to pośrednio (za pomocą różnych fundacji i organizacji), przez służby specjalne USA i ich sojuszników. Zupełnie szczerze przyznał to w jednym z wywiadów prasowych prezydent Barack Obama ujawniając, że to jego administracja stała za przewrotem na Ukrainie w 2014 roku.

„Kolorowe rewolucje” można podzielić na udane i nieudane. Do udanych należą: „rewolucja róż” (Gruzja, 2003), „purpurowa rewolucja” (Irak, 2004), „pomarańczowa rewolucja” (Ukraina, 2004), „cedrowa rewolucja” (Liban, 2005), „tulipanowa rewolucja” (Kirgistan, 2005), „niebieska rewolucja” (Kuwejt, 2005), „jaśminowa rewolucja” (Tunezja, 2011) oraz „rewolucja godności” (Ukraina, 2014). Do nieudanych natomiast należą: „dżinsowa” lub „chabrowa rewolucja” (Białoruś, 2006), „szafranowa rewolucja” (Birma/Mjanma, 2007), „zielona rewolucja” (Iran, 2009), „błotna rewolucja” (Rosja, 2011), „śnieżna rewolucja” (Osetia Południowa, 2011) oraz próby „kolorowych rewolucji” w Armenii (2008), Mołdawii (2009), na Białorusi (2011) i w Wenezueli (2014).

„Kolorowe rewolucje” na Ukrainie w 2004 i 2014 roku oraz próby ich wywołania na Białorusi w 2006 i 2011 roku były intensywnie wspierane przez Polskę, której polityka amerykańska powierzyła kluczową rolę w eksporcie demoliberalizmu do Europy Wschodniej. O ofiarności zaangażowania władz Polski w te działania świadczy chociażby poświęcenie Związku Polaków na Białorusi na ołtarzu idei uszczęśliwienia Białorusinów „wolnością”.

Nie zawsze „kolorowe rewolucje” wiodły do trwałego wprowadzenia „demokracji” i wpływów USA. Rządy zainstalowane w wyniku takich przewrotów w Gruzji, Kirgistanie i na Ukrainie w 2004 roku po pewnym czasie upadły. Niemal zawsze jednak udane „kolorowe rewolucje” doprowadziły do długotrwałego chaosu politycznego w danym kraju, a na Ukrainie w 2014 roku do wojny domowej.

Odrębnym rozdziałem „kolorowych rewolucji” jest tzw. „arabska wiosna” z 2011 roku. Rewolty te objęły aż 19 krajów. Były to: Algieria, Arabia Saudyjska, Autonomia Palestyńska, Bahrajn, Dżibuti, Egipt, Irak, Kuwejt, Jemen, Jordania, Liban, Libia, Mauretania, Maroko, Oman, Somalia, Sudan, Syria i Tunezja. Do trwałego obalenia dotychczasowych władz lub zmian w ich składzie doszło w Egipcie, Libii, Maroku, Jemenie, Jordanii, Omanie i Tunezji.

W wypadku Libii, Syrii i Jemenu „arabska wiosna” doprowadziła do krwawych wojen domowych i faktycznego rozpadu tych państw. Cały region Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej pogrążył się albo w stanie długotrwałej destabilizacji albo w krwawym chaosie (Irak, Jemen, Libia, Syria), którego rezultatem są m.in. tzw. Państwo Islamskie i obecna fala ogromnej migracji muzułmańskiej do Europy.

Prawdopodobnie nie jest przypadkiem, że do „arabskiej wiosny” oraz wojen domowych w Libii i Syrii doszło po tym jak zaczął przybierać realne kształty projekt Unii Śródziemnomorskiej, utworzonej w lipcu 2008 przez Unię Europejską, ale faktycznie przez Francję. Przywódca Libii Muammar Kadafi oskarżył wówczas Francję i UE o chęć rozbicia Unii Afrykańskiej i neokolonializm.

Wkrótce miał „kolorową rewolucję”, wspartą przez uderzenia lotnictwa NATO (głównie amerykańskiego, brytyjskiego i francuskiego), a sam zginął zabity przez „powstańców”. Także sceptyczny wobec projektu Unii Śródziemnomorskiej prezydent Syrii Baszszar al-Asad został uznany przez „świat demokratyczny” za „dyktatora”, z którym walkę zbrojną natychmiast podjęła „demokratyczna opozycja”.

Wśród zamachów stanu inspirowanych najprawdopodobniej przez USA i ich sojuszników z Europy Zachodniej należy wymienić przewroty w Burkina Faso (2014), Egipcie (2013), Fidżi (2006), Gwinei Bissau (2012), Gwinei (2008), Jemenie (2015), Madagaskarze (2009), Mali (2012), Mauretanii (2008), Nigrze (2010), Republice Środkowoafrykańskiej (2013) i Tajlandii (2006, 2014).

USA były stroną wojny domowej w Mali (2012-2014), zwalczając wraz z Belgią, Danią, Francją, Hiszpanią, Kanadą, Niemcami i Wielką Brytanią islamistyczny Narodowy Ruch Wyzwolenia Azawadu (operacja „Serwal”). Razem z Francją i Wielką Brytanią są też stroną wojen domowych w Somalii (od 2009 roku), gdzie wspierają Tymczasowy Rząd Federalny przeciwko islamistom oraz w Syrii (od 2011 roku), gdzie dla odmiany wspierają islamistów z Wolnej Armii Syrii i Frontu al-Nusra przeciwko legalnej władzy prezydenta Baszszara al-Asada.

Czas na Rosję

Koniec zimnej wojny (1989) oraz rozpad obozu socjalistycznego i samego ZSRR (1989-1991) amerykańscy neokonserwatyści odczytali jako wielki triumf polityczny USA, dający im prawo do stworzenia świata jednobiegunowego. Rosja putinowska (od 1999 roku), która nie podporządkowała się hegemonii USA i nie przyjęła zachodnich standardów ideologiczno-politycznych, a z czasem razem z Chinami, Brazylią, Indiami i RPA zaczęła podważać układ jednobiegunowy – stała się największym wrogiem neokonserwatystów.

Za szczerego demokratę w ich oczach uchodził Borys Jelcyn mimo, że kazał strzelać z czołgów do parlamentu i jawnie fałszował wybory, o korupcji i rozkradaniu majątku państwowego już nie mówiąc. Jednakże po objęciu władzy przez Władimira Putina rosyjska demokracja nagle się załamała. Stało się to zwłaszcza po tym jak z Rosji wygnano Borysa Bieriezowskiego i fundację George’a Sorosa na rzecz „społeczeństwa otwartego”. Przywrócenie „demokracji” w Rosji stanowi – o czym się oficjalnie nie mówi – największe wyzwanie polityki amerykańskiej w globalnej „wojnie permanentnej o demokrację”. Jest to wyzwanie bardzo poważne, bo Rosja to jednak nie Irak, ale mocarstwo atomowe.

Próby podważenia integralności terytorialnej Rosji podejmowano już w latach 90. XX wieku (Czeczenia, Tatarstan). Kolorowe rewolucje w Gruzji, Kirgistanie i na Ukrainie były częścią strategii okrążania Rosji i przybliżania do jej granic „demokracji” wraz z infrastrukturą wojskową NATO. Strategia ta zakończyła się niepowodzeniem z powodu dekompozycji sił politycznych zainstalowanych w tych krajach w wyniku „kolorowych rewolucji” oraz porażki i kompromitacji Gruzji w sprowokowanej przez nią wojnie z Rosją w 2008 roku.

Działania według schematu „kolorowej rewolucji” podjęto jednak ponownie na Ukrainie w 2014 roku. Tym razem zdecydowana interwencja Rosji na Krymie i jej wsparcie dla separatystów w Donbasie postawiły sprawę na ostrzu noża. Doszła do tego jeszcze skomplikowana sytuacja w Syrii, gdzie Rosja i USA wspierają politycznie i wojskowo przeciwne strony konfliktu (legalne władze i „opozycję”) i jednocześnie niezależnie od siebie zwalczają tzw. Państwo Islamskie.

Nikt nie jest w stanie przewidzieć jak rozwinie się dalszy bieg wydarzeń, ale nie można nie zauważyć, że w polityce amerykańskiej są siły gotowe przekraczać kolejne „czerwone linie” w konfrontacji z Moskwą, a szerzej z blokiem BRICS. W antyrosyjską politykę Waszyngtonu od dawna wprzęgnięte są główne siły polityczne Polski.

Polityka ta – pomijając problem takiego czy innego stopnia zależności Warszawy – bardzo podbudowuje największy polski kompleks – kompleks rosyjski. Ze wszystkimi jego mitami od kultu antyrosyjskich powstań narodowych, przez prometeizm i koncepcję Międzymorza, po tzw. doktrynę Giedroycia. Z amerykańskiego punktu widzenia jest rzeczą naturalną, że cierpiący na kompleks rosyjski politycy polscy zostali wciągnięci do realizacji doktryny Wolfowitza w Europie Wschodniej. Trudno o lepszych podwykonawców.

Stąd łatwiej zrozumieć dlaczego kompleks rosyjski jest w Polsce tak pieczołowicie pielęgnowany od 1989 roku, szczególnie na polu tzw. polityki historycznej. Razem z tym, co Jędrzej Giertych nazwał „wiarą ukrainną” tworzy on fundament polskiej polityki wschodniej. Oczywiście nie polskiej, tylko amerykańskiej. Animatorzy doktryny Wolfowitza po prostu wyznaczyli Polsce rolę głównego amerykańskiego dywersanta na europejskim obszarze poradzieckim.

Naturalnie występują różne stopnie zaangażowania w tej roli. Nie brak takich, którzy traktują ją niezwykle serio. Tak na przykład podczas manifestacji klubów „Gazety Polskiej” pod ambasadą Rosji 17 września br. Adam Borowski – honorowy konsul Czeczeńskiej Republiki Iczkerii – oświadczył, że „my Polacy nie możemy bać się wojny z Rosją, musimy być na nią gotowi”. Zatem sprawy poszły już tak daleko.

Na razie mamy rozpoczętą tegoż 17 września tzw. wojnę pomnikową, ale przecież nie o taką chodzi „Gazecie Polskiej Codziennie”, na łamach której w numerze 1224 z 22 września opublikowano artykuł pt. Tak będzie wyglądała wojna USA z Rosją. Jak będzie wyglądała? Wbrew obiecującemu tytułowi nie dowiadujemy się tego poza ogólnikami o „tradycyjnej, militarnej formie” i „wojnie hybrydowej”.

Jeśli posłuchać polityków polskich różnych opcji, to tym co ich łączy jest ogromna chęć zainstalowania nad Wisłą baz NATO, a najlepiej sprowadzenie jak największej ilości wojsk amerykańskich. Widać, że bez baz NATO demokracja w Polsce się nie utrzyma, tak jak bez sowieckich czołgów nie mógł się utrzymać socjalizm w Czechosłowacji. Nie tylko się nie utrzyma, ale nie będzie promieniować na Wschód.

Na początku września pojawiła się w mediach informacja, że amerykański sprzęt pancerny stacjonujący w Europie, a uczestniczący dotąd w działaniach w strefach pustynnych i półpustynnych, jest przemalowywany z kamuflażu piaskowego na zielono-brązowy (kresy.pl, 3.09.2015). Może są to działania rutynowe, a może przygotowania do otwarcia w Europie frontu „globalnej wojny o demokrację”.

Ta wojna, do której także niektórzy w Polsce już ochoczo zgłaszają akces, nie będzie walką z irackimi wyrostkami o ratusz w Karbali. Tym razem jednak bez strat się nie obędzie.

– – –
Oświęcim, 28 września 2015 r.

Podczas gdy europejskie media budzą emocje, pokazując fotografie utopionego dziecka i raportują tłumy uchodźców przekraczających Bałkany na piechotę, Thierry Meyssan pokazuje, dlaczego te zdjęcia zostały wykonane. To pewne, że służą one celom przedewszystkim Federacji Przemysłu Niemieckiego, Ulrich Grillo, a także NATO. Ale oni nie wykazują zjawiska w całości, co prowadzi,by  Europejczykom zaoferować inadapted odpowiedzi.

 

JPEG - 54.1 kb
Część lewa to zdjęcie zostało szeroko opublikowane przez Atlantist Press. Ofiara, syryjski Kurd dziecko, Aylan Kurdî,  zostało wyrzucone przez morze. Jednak, jego ciało jest prostopadle do fal, a nie jest równoległe. W prawej części, obecność oficjalnego tureckiego fotografa wzmacnia sugestię etapowej imprezy. W tle widzimy ludzi kąpiących sie.
 
Fala brutalnych emocji nagle zanurza populacje krajów NATO. Ludzie nagle uświadomili sobie dramat uchodźców na Morzu Śródziemnym – tragedia, która trwa już od lat przyjmowana z  całkowitą obojętnością.
Ta zmiana nastawienia jest ze względu na publikację fotografii przedstawiającą topielca dziecko wyrzucone na tureckiej plaży. Nie ma znaczenia, że to zdjęcie jest wystawione – morze obmywa się ciał równolegle do fal, nie prostopadle. Nie ma znaczenia, że w mniej niż dwa dni, zostao natychmiast odtworzone na pierwszych stronach niemal wszystkich gazet w strefie NATO. Jesteście już poinformowani, że zachodnia prasa jest wolna i pluralistyczna.
Kontynuując w tym samym duchu, kanały telewizyjne mnożą raporty o exodusie tysięcy Syryjczyków, którzy przekraczają Bałkany na piechotę. Szczególną uwagę zwrócono na skrzyżowaniu na Węgrzech, które przede wszystkim zbudowały zupełnie bezsensowne ogrodzenie z drutu kolczastego, a następnie wykonano szereg sprzecznych decyzji, które pozwoliły  na filmowanie tłumów spacerujących wzdłuż linii kolejowych i mobbing ich drogi na pociągi.
«Reakcja» emocjonalna, wywołana u ich obywateli, «zaskoczony i zdenerwowany» europejscy przywódcy starali się znaleźć sposób, aby przynieść pomoc  tym uchodźcom. Antonio Guterres, były przewodniczący Międzynarodówki Socjalistycznej i Wysoki Komisarz ONZ do spraw Uchodźców obecne zaprosił się do debaty, opowiadając «obowiązkowy udział wszystkich państw członkowskich Unii Europejskiej.Według wstępnych szacunków, kraje europejskie będą prawdopodobnie musiały poszerzyć swoje możliwości relokacji do 200.000 miejsc », oświadczył.
Jaki jest prawdziwy problem, który zarządza, i jaki jest ich cel?

Uchodźcy śródziemnomorscy

Od «arabskiej wiosny», w 2011 roku liczba osób próbujących przekroczyć Morze Śródziemne i wejść do Unii Europejskiej znacznie się zwiększyła. To więcej niż podwoiła się, a wzrosła do 626,000 w 2014 roku.
JPEG - 14.4 kb
Przepływ uchodźców do Unii Europejskiej (w setkach tysięcy)
Źródło: Eurostat
Jednak w przeciwieństwie do wspólnych nieporozumień, to  jest nowa i nie do opanowania fala. W 1992 roku, kiedy Unia ponumerowała tylko 15 z 28 państw obecnych, otrzymała nawet więcej – 672,000 uchodźców dla 380 milionów mieszkańców. Więc nie pozostaje znaczny margines, zanim uchodźcy zaczynają destabilizować gospodarki europejskie i jej 508 milionów obecnych inabitants.
Ponad dwie trzecie migrantów to są mężczyźni. Zgodnie z deklaracjami, ponad połowa z nich to między 18 a 34 lat. Tak więc, ogólnie rzecz biorąc, nie jest to sprawa rodziny.
JPEG - 17.3 kb
Odsetek mężczyzn imigrantów, którzy weszli do Unii w 2014 r.
Źródło: Eurostat
W przeciwieństwie do informacji obecnie przekazywanych przez media, mniej niż jedna trzecia z nich to uchodźcy z stref wojennych: 20% to Syryjczycy, 7% to Afgańczycy, a 3% to Irakijczycy.
Pozostałe dwie trzecie nie pochodzą z krajów, w stanie wojny – są w przeważającej części migrantami zarobkowymi.
Innymi słowy, zjawisko migracji jest tylko nieznacznie związane z «Arabską Wiosną» i wojną. Są to biedni ludzie, którzy opuszczają swoje kraje, aby spróbować swoich sił w krajach bogatych, na mocy nakazu postkolonialnego i globalizacji.  Zjawisko to, po spowolnieniu od 1992 do 2006 roku, rozpoczęło się ponownie i progesywnie rośnie. To tylko stanowi obecnie 0,12% rocznie w populacji europejskiej, a więc – jeśli popatrzymy na to ostrożnie – nie powinny przedstawiać krótkoterminowego zagrożenia dla Unii Europejskiej.
JPEG - 46.4 kb
Prezes Niemieckiej Federacji Przemysłowej, Ulrich Grillo, liczy na 800.000 dodatkowych pracowników zagranicznych w Niemczech. Od czasu gdy umowy europejskie zabraniają tego, a ponieważ opinia publiczna jest wrogo nastawiona do idei, że gra swoją rolę w inscenizacji „uchodźcy kryzysowego» w celu wymuszenia zmian w prawie.

Czy migranci stanowią problem?

Ten przepływ uchodźców jest zmartwieniem dla europejskich społeczeństw, ale jest gorąco zachęcany przez niemieckich liderów biznesu. W grudniu 2014 roku, niemiecki «szef szefów» Ulrich Grillo, obłudnie maskuje jego interesy za strużkę drobnych nastrojów, zadeklarował DPA: «Ten counry został otwarty do imigracji przez długi czas, i to musi pozostać tak».«W zamożnym kraju, a także z chrześcijańskiej miłości do naszych sąsiadów, nasz kraj powinien być w stanie przyjąć więcej uchodźców». I znowu: «Chcę, aby było jasne – nie jestem w żaden sposób blisko neonazistów i rasistów, którzy spotkali się w Dreźnie i gdzie indziej”. A mówiąc poważnie: «Z powodu naszego rozwoju demograficznego, potrzebujemy konsolidacji naszego wzrostu i dobrobytu przez imigrację» [1].
Mowa ta używa tych samych argumentów, jak te stosowane przez francuskich liderów biznesu w 1970 roku. Tym bardziej dziś, europejskie populacje są stosunkowo dobrze wykształcone i wykwalifikowane, podczas gdy zdecydowana większość emigrantów nie są  i można łatwo założyć, niektóre rodzaje pracy. Stopniowe, pojawienie się niekwalifikowanej siły roboczej, która może zaakceptować warunki gorsze od Europejczyków było przyczyną napięć na rynku pracy. Francuskich szefów zaczeto naciskać na przegrupowanie rodziny. Ustawa z 1976 roku, jego interpretacja przez Conseil d’État w 1977 roku, a orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, głęboko destabilizacji społeczeństwa. Od czasu przyjęcia tych samych rozporządzeń, to samo zjawisko można teraz zaobserwować w Niemczech, z włączeniem, w 2007 roku, od rodziny przegrupowania w przepisach imigracyjnych.
W przeciwieństwie do powszechnego przekonania, że migranci ekonomiczni nie powodują problemu tożsamości w Europie, ale brakowało w ich kraju. Z drugiej strony, nie są oni przyczyną problemów społecznych w Niemczech, gdzie klasa robotnicza jest już ofiarą okrutnej eksploatacji, ze względu na politykę wprowadzoną w szczególności przez Ulrich Grillo. Wszędzie indziej, to nie są migranci ekonomiczni, przyczyną problemu, ale rodzin przegrupowania.

Kto  fabrykuje aktualny obraz «kryzysowego uchodźcy”?

Od początku roku, przejście z Turcji do Węgier, które wykorzystywane kosztowało 10.000 dolarów, spadło do 2000 dolarów na osobę. To prawda, że niektórzy przemytnicy ludzi są handlarzami, ale wielu z nich  po prostu stara sie, aby być przydatnym dla osób w trudnej sytuacji. W każdym razie, kto płaci różnicę?
Ponadto, na początku wojny z Syrią, Katar drukował i rozprowadzał fałszywe paszporty syryjskie dla dżihadystów z Al-Kaidy, aby mogli przekonać Atlantist dziennikarzy, że byli «rebeliantami», a nie zagranicznymi najemnikami. Fałszywe paszporty syryjskie są już rozprowadzane przez niektórych przemytników nie-syryjskich imigrantów. Migranci, którzy je akceptują słusznie uważają, że te fałszywe papiery ułatwią ich przyjęcie w Unii. W rzeczywistości, ponieważ kraje członkowskie Unii Europejskiej zamknęły swoje ambasady w Syrii – z wyjątkiem Czech i Rumunii – nie mają możliwości sprawdzenia ważności tych paszportów.
Sześć miesięcy temu, byłem zdumiony ślepotą przywódców UE, którzy nie rozumieją, że zamiarem Stanów Zjednoczonych było osłabić swoje kraje, w tym w drodze do „kryzysu uchodźców» [2]. W zeszłym miesiącu, magazyn Informacje Direkt potwierdził, że zgodnie z usługami austriackiego wywiadu, upływ syryjskich uchodźców do Europy został zorganizowany przez Stany Zjednoczone [3]. Informacja ta musi jeszcze zostać zweryfikowana, ale już stanowi solidną hipotezę.
Co więcej, wszystkie te wydarzenia i manipulacje byłyby bez grawitacji, jeśli państwa członkowskie UE postanowią położyć kres łączenia rodzin. W takim przypadku, jedynym prawdziwym problemem nie będzie przybycie imigrantów, ale los tych, którzy umierają podczas podróży przez Morze Śródziemne. I to jest jedyną rzeczywistością, której nie chcą,  Europejscy liderzy rozważyć.

Co  NATO przygotowuje?

Jak dotąd, NATO, czyli międzynarodowy uzbrojony oddział w Stanach Zjednoczonych, nie zareagował. Ale zgodnie z jego ostatnimi misjami, Sojusz zastrzega sobie możliwość interwencji wojskowej ,czy migracje powinny stać się ważne.
Ponieważ wiemy, że tylko NATO jest zdolne do publikowania fałszywych informacji na pierwszej stronie wszystkich gazet z jej państw członkowskich, to jest bardzo prawdopodobne, że zorganizował to w obecnej kampanii. Poza tym fakt, że wszyscy migranci są reprezentowani jako uchodźcy uciekający ze strefy wojny i insistance o rzekomym syryjskim pochodzeniu tych migrantów, pozwala nam przypuszczać, że NATO przygotowuje się do działań publicznych związanych z wojną, którą  potajemnie prowadzili przeciwko Syrii.

Tłumaczenie Pete Kimberley  /  na angielski /
 
[1] «Allemagne: le patronat veut oraz de réfugiés», AFP, 23 décembre 2014.
[2] „Unia Europejska jest ślepy na strategii wojskowej StanówZjednoczonych”, Thierry Meyssan, tłumaczenie Pete Kimberley, VoltaireNetwork, 14 maja 2015 r.
[3] „Insider: Die USA bezahlen umrzeć SCHLEPPER nach Europa!”, InfoDirekt, 5. sierpnia 2015. «Les USA oskarża de financer l’envoi de réfugiés en Europe», Réseau Voltaire, 13 aout 2015 r.
 
http://www.voltairenet.org/article188623.html

Intronizacja Chrystusa Króla jako katolicka odpowiedź na liberalizm, masonerię i modernizm
( Wykład wygłoszony podczas VI Kongresu dla społecznego panowania Chrystusa Króla Wrocław. 19. IX 2015 )
Pewna część ludzi słyszała o jakiejś masonerii, nic właściwie o niej nie wiedząc. I tych, którzy nic nie wiedzą jest z całą pewnością więcej niż połowa, niewielki procent wie więcej o masonerii, ale jeszcze nie tyle, ile trzeba wiedzieć. Jakiś promil wie o niej wystarczająco dużo, aby liczyć się z jej działaniem. Jednym kojarzy się ona z trochę tajnym klubem towarzyskim, wyróżniającym się barwnymi obyczajami i szczególnymi obrzędami, inni widzą w niej złowrogi związek, który wyróżnia się krwawymi przysięgami, tajną siatką wpływowych osób na wysokich stanowiskach. Przy tworzeniu się państwowości amerykańskiej, narodu amerykańskiego wolnomularze pełnili pierwszorzędną rolę. Co najmniej 14 prezydentów Stanów Zjednoczonych było wolnomularzami. Wśród nich był Jerzy Waszyngton, Roosevelt, Ford, Truman, Franklin. W początkach Stanów należeli do masonerii ludzie nauki i polityki, arystokraci, a także prawie połowa oficerów, bo bractwo zastępowało im przecież rodzinę, której byli pozbawieni. Masoni byli strażnikami demokracji. Obecnie w Stanach Zjednoczonych wszędzie pełno jest znaków masońskich: pomnik Waszyngtona obłożony jest masońskimi napisami i znakami, na Kapitolu istnieje masoński napis, zresztą przy jego budowie sam Jerzy Waszyngton w fartuszku „poświęcał” tę budowlę, a na jednodolarówce jest też mnóstwo napisów i znaków masońskich. To tajne bractwo wolnomularzy, zwane z francuska masonerią, (po francusku maçon znaczy murarz) w dzisiejszej postaci powstało jako wielka loża w Londynie w 1717 roku. Podstawy organizacyjne przejęto ze średniowiecznych cechów murarskich, a ściślej bractw wolnych mularzy, budowniczych katedr, a także od organizacji o charakterze okultystycznym. Nazwę wzięli od dawnych gildii kamieniarzy, którzy jednocześnie byli murarzami. (Gildia to średniowieczne stowarzyszenie kupieckie lub rzemieślnicze o charakterze obronnym, religijnym lub towarzyskim. Gildia a także giełda pochodzi od dolnoniemieckiego słowa die Gilde, a ta ze staroskandynawskiego gildi, oznaczająca zebranie, stowarzyszenie, następnie cech rzemieślniczy.) Otóż ta tajna organiza cja powstała dla określonych celów, co wyraża dobitnie ich hasło „Liberté, égalité, fraternité – Wolność, równość, braterstwo”. Ich znakiem jest cyrkiel i węgielnica. Na pozór może wydawać się, że to hasło jest słuszne, ale to tylko tak się wydaje. Wiemy przecież, że wszelka, niczym nie skrępowana wolność dla jednych, staje się niewolą dla innych. Równość? Przecież nie wszyscy ludzie są równi, zawsze istniały nierówności, choćby np. rodzice – dzieci. Braterstwo, podobnie jak równość jest kłamliwym mąceniem, wprowadzającym zamęt wśród ludzi, gdyż braterstwo najlepiej wygląda tylko pomiędzy rzeczywistymi braćmi, choć nie zawsze. Ich hasło ma pozory dobra, a w rzeczywistości chodzi o zmienianie sposobu myślenia, patrzenia na rzeczywistość, także tę nadprzyrodzoną. Chodzi o zmianę religii, przykazań. I to zmianę zachodzącą głęboko w sercu. Do wolnomularstwa nie można tak sobie wstępować, ale jest się zapraszanym. Członkiem tej tajemniczej organizacji staje się przez złożenie następującej przysięgi: „Uroczyście przysięgam, iż będę przestrzegał tych zasad pod niemniejszą karą, niż poderżnięcie mi gardła, wyrwanie języka i wrzucenie mego trupa do wody tam, gdzie przypływ pojawia się i znika.”
Bractwo wolnomularzy uważa się za spadkobierców budowniczych gotyckich katedr, a także spadkobierców zakonu templariuszy. Dla zrobienia dobrego wrażenia utworzyli sobie fantastyczną i tajemniczą przeszłość. Swego przodka widzą w Hiramie, budowniczym świątyni Salomona. Obrzędy, zapożyczone zresztą od innych, liczą sobie 700 lat, a w masonerii zaczęły się w okresie Oświecenia; nie są one ujawniane nikomu, za wyjątkiem wstępujących do ich grona. Jerzy Waszyngton powiedział: „Ameryka stanie się tym, czym już jest masoneria – świątynią cnót.” Loże wolnomularskie stały się szkołą rządzenia. Wolnomularz ma pracować nad sobą, nabywać cnoty, (niestety inne niż chrześcijańskie), być prawym, godnym szacunku, ma pracować dla dobra kraju, a przede wszystkim ma strzec tajemnic, jak oka w głowie. Tak było u początków. A co do tajemnic, pozostało tak do dziś. Spisek, którego celem była ochrona masońskich tajemnic doprowadził w 1826 roku do morderstwa dokonanego na kapitanie Wilhelmie Morganie. Rzuciło to cień na masonerię. Stała się ona znakiem nie równości, ale nierówności. Nadmiar władzy doprowadził do zbytniej pewności siebie. Odtąd spiski, porwania, morderstwa nie są rzadkim wyjątkiem w tej organizacji. Zaraz po tym zniknięciu Morgana powstała w USA partia „The Antimasonic Party (działała ona w latach 1826-1843), która za swój cel postawiła całkowite zniszczenie masonerii. Jednak ta organizacja okazała się na tyle silna, że żadne ludzkie siły nie dadzą jej rady.
Może teraz parę zdań na temat naszych wolnomularzy. Otóż kiedy wolnomularstwo zaczęło się krzewić w świecie, przyszło oczywiście i do nas. Przeważająca liczba wysoko postawionych należała do tego związku. Przynależność wśród wyższych sfer uważano prawie za obowiązek. Do masonerii wstąpił zaraz król Stanisław August Poniatowski i znaczna część szlachty, zwłaszcza arystokracji, duchowieństwo z prymasem Gabrielem Podoskim na czele, ostatni przedrozbiorowy prymas Michał Jerzy Poniatowski też był masonem. Do ich grona zaliczali się między innymi: Aleksander Fredro, gen. Jan Henryk Dąbrowski, Wojciech Bogusławski, kilku Czartoryskich, Józef Chłopicki, Franciszek Kniaźnin, Janusz Korczak, Tadeusz Kościuszko, Aleksander Małachowski, Jerzy Robert Nowak, Ignacy Jan Paderewski, Jan Piłsudski (brat marszałka), kilku Poniatowskich, kilku Potockich, Zbigniew Religa, Edward Rydz Śmigły, Antoni Słonimski, Hanna Suchocka, Klemens Szaniawski, Bronisław Wildstein, Józef Wybicki, gen. Józef Zajączek, Andrzej Zoll, Ludwik Hass, Tadeusz Cegielski, Maria Dąbrowska, Gabriel Narutowicz i Jan Olszewski. Oczywiście wymieniłem tylko niektóre, bardziej znane i pewne nazwiska i zresztą bez żadnego porządku. W 1938 r. Senat zakazał przynależności do wolnomularstwa. Po II wojnie światowej aż do 1989 roku wolnomularstwo niby nie istniało. Jednak to Stronnictwo Demokratyczne stało się „przechowalnią” wolnomularzy, a w1989 roku nastąpiło odrodzenie masonerii. Niedługo powstała też loża B’nai B’rith w Polsce przy serdecznym poparciu prezydenta Kaczyńskiego. Obecnie w Polsce jest około ośmiuset członków tej tajnej i tak naprawdę do końca nieznanej organizacji.
Prof. dr hab. Andrzej Rusław Nowicki znany jest większości osób jako historyk filozofii i religioznawca. Był on założycielem i wieloletnim prezesem Zarządu Głównego Stowarzyszenia Ateistów i Wolnomyślicieli w Polsce. Obecnie jest członkiem wolnomularstwa liberalnego, wiceprezydentem Polskiej Grupy Narodowej Uniwersalnej Ligi Masońskiej oraz członkiem Rady Programowo-Naukowej pisma „Wolnomularz Polski”. W chwili powołania latem ubiegłego roku do istnienia Wielkiego Wschodu Polski profesor Nowicki został pierwszym Wielkim Mistrzem nowo powstałej obediencji. Zapytany, czy uważa on za możliwe pogodzenie katolicyzmu ze światopoglądem masońskim, jednakże bez odrzucenia przez katolicyzm tego, co jak mówił Bronisław Trentowski, zostało uświęcone przez ślepą wiarę, powiedział on, że porzuciwszy to, co stanowi jego istotę, katolicyzm przestałby być katolicyzmem. Działałoby to zresztą w obie strony. Katolik odrzucający dogmatykę nie jest katolikiem, zaś wolnomularz przyjmujący dogmaty, nie może już uważać się za wolnomularza. Jak więc można mówić o pogodzeniu tych dwóch światopoglądów. Po cóż więc jakiś dialog?
Opinia Kościoła w ocenie masonerii jest jednoznaczna i nie uległa zmianie od 28 kwietnia 1738 r., kiedy to papież Klemens XII ogłosił bullę In eminenti apostolatus speculo. Była ona tym pierwszym dokumentem Kościoła, w którym w ostrych słowach potępiona została masoneria (działająca w swych nowożytnych strukturach od 1717 r.). Papież zabronił katolikom pod karą klątwy kościelnej, należenia do masonerii i współpracy z nią pod jakąkolwiek postacią. Ten sąd Kościoła został później powtórzony ponad 400 razy przez Urząd Nauczycielski Kościoła (w tym w 14 encyklikach). Papież Grzegorz XVI nazwał masonerię „ściekiem wszystkich sekt”. Każdy kolejny papież aż do Piusa XII włącznie wypowiadał się przeciwko tej tajemniczej organizacji. Codex Iuris Canonici Kodeks Prawa Kanonicznego, który został zatwierdzony w 1917 roku w kanonie 2335 mówi: Katolicy wstępujący do sekty masońskiej względnie do jej podobnych stowarzyszeń, walczących z Kościołem i z legalnymi władzami cywilnymi, popadają tym samym w ekskomunikę zarezerwowaną Stolicy Apostolskiej simpliciter. I tak było aż do wprowadzenia nowego kodeksu w 1983 roku. To zostało zmienione i w nowym Kodeksie Prawa Kanonicznego, kanon 1374 brzmi następująco: Kto zapisuje się do stowarzyszenia działającego w jakikolwiek sposób przeciw Kościołowi, powinien być ukarany sprawiedliwą karą; kto zaś popiera tego rodzaju stowarzyszenie lub nim kieruje, powinien być ukarany interdyktem.
Jak widzimy, w nowym kodeksie nie ma już wymienionej masonerii, nie ma ekskomuniki, a przynależność do wrogiej Kościołowi organizacji jest po prostu grzechem. I to wszystko.
Instrukcja kierownictwa masonerii włoskiej z roku 1819 stwierdza: „Naszym celem jest zatknięcie sztandaru na wszystkich kościołach i na Watykanie. Przyjdzie czas, gdy Chrystus, Pan Niebios, kłaniać się będzie Panu naszemu, Panu ziemi”. A oto wypowiedź jednej z włoskich loży masońskich z 1820 r.: „Nasza praca jest zadaniem na sto lat. Zostawmy ludzi starych i wyjdźmy do młodych. Seminarzyści staną się kapłanami reprezentującymi nasze liberalne idee, a później zostaną biskupami reprezentującymi liberalne idee. Nie łudźmy się. Nie uda nam się zrobić masona z papieża. Ale liberalni biskupi, którzy będą pracować w otoczeniu papieża, będą mu podsuwali pomysły i idee, które przynoszą nam korzyść, a papież wcieli je w życie“.
Co się stało po śmierci papieża Piusa XII? Po jego śmierci papieżem wybrany został kardynał Giuseppe Roncalli, który przybrał imię Jana XXIII. To on zwołał Sobór Watykański II. Był to całkiem inny papież, inny niż wszyscy jego poprzednicy. Po jego śmierci w gazecie meksykańskiej znalazła się taka klepsydra:
MEKSYKAŃSKA ZACHODNIA WIELKA LOŻA Wolnych i Uznanych Wolnomularzy w związku ze śmiercią PAPIEŻA JANA XXIII otwarcie wyraża swój żal i smutek z powodu straty tego wielkiego człowieka, który przeprowadził rewolucję w sferze idei, myśli i formach liturgii rzymskokatolickiej. Encykliki „Mater et magistra” i „Pacem in terris” dokonały rewolucji w pojęciach przyjmując PRAWA CZŁOWIEKA I JEGO WOLNOŚĆ. Ludzkość straciła wielkiego człowieka, a my wolnomularze uznajemy jego wzniosłe zasady, jego humanitaryzm i jego ducha WIELKIEGO LIBERAŁA.
Guadalajara, Jalisco, Mexico, 3 czerwca 1963
MEKSYKAŃSKA ZACHODNIA WIELKA LOŻA
Jose Guadalupe Zuno Hernandez
Tak wolnomularze ocenili pontyfikat, a właściwie całe życie Jana XXIII.
A co można powiedzieć o jego następcy? Paweł VI zniósł Przysięgę antymodernistyczną, która wyrażała sprzeciw Kościoła wobec wolnomularstwa i była zaporą w rozprzestrzenianiu się tej sekty. Posłuchajmy, co powiedział Yves Marsaudon, minister rządu, członek Najwyższej Rady Francji (szkockiego rytu): Zrodzona w naszych masońskich lożach wolność wypowiedzi wspaniale rozprzestrzenia się obecnie ponad bazyliką świętego Piotra… To Rewolucja Pawła VI. Oczywiste jest, że Paweł VI, nie zadowalając się jedynie kontynuacją polityki swojego poprzednika, zamierza w rzeczywistości pójść znacznie dalej.
O stosunku Jana Pawła I do masonerii nie da się nic powiedzieć. Jako ciekawostkę mogę tyko rzec, że on w liście do swego kolegi napisał, iż jest głęboko poruszony spotkaniem z siostrą Łucją i obiecał dokonać poświęcenia Rosji. Niestety, po 33 dniach od wyboru odszedł z tego świata. Rosja nadal nie została poświęcona Niepokalanemu Sercu Marii.
Jakeśmy już zauważyli, nowy kanon 1374 nie wymienia już masonerii. Już nie jest zakazana współpraca z lożami masońskimi, ani nie grozi za to ekskomunika, gdyż obecnie masoni postrzegani są tylko jako publiczni grzesznicy. Ponadto Jan Paweł II dał pozwolenie na udzielanie sakramentów masonom, bez wymogu wcześniejszego uroczystego wystąpienia z masonerii. Na przykład były wielki mistrz wielkiej loży Francji, Richard Dupuy, został pochowany po katolicku, zaś były wielki mistrz Wielkiego Wschodu Francji miał katolicki pogrzeb w parafii św. Franciszka Salezego w Paryżu. W Soweto, na Konferencji Biskupów RPA w 1996, Jan Paweł II nawet pozwolił, by Bill Clinton przyjął Komunię! I sam mu ją podał.
Watykan, 18 kwietnia 1983. Jan Paweł II przyjmuje na audiencji głównych przedstawicieli wysokiej żydowskiej masonerii B’nai B’rith, a 22 marca 1984 roku przyjął tę samą masońską sektę żydowskiego Talmudu, która przedstawia Chrystusa jako czarta i działa oczywiście w celu zniszczenia Kościoła katolickiego i chrześcijańskiej religii!
Ks. Luigi Villa (był on pomocnikiem o. Piusa, kapucyna z Pietrelciny, zmarł niedawno) powiedział: Na pewno zauważając widoczne zasady, które bardzo cechowały jego posługę od czasu kiedy był biskupem i arcybiskupem w Krakowie, można powiedzieć, że Jan Paweł II był masonem. Te zasady to wolność religijna, ekumenizm i kolegialność, które również powtarzają te z masońskiej propagandy rewolucji francuskiej: “wolność, równość i braterstwo”. Podczas beatyfikacji Kwietniowych Męczenników Jan Paweł, jak zawsze, wspierał i bronił zasad rewolucji francuskiej, twierdząc, że “ten historyczny ruch (rewolucja francuska) był zainspirowany uczuciami religijnymi (wolność, równość, braterstwo) i dążeniem do niezbędnych reform… Ponadto widząc go stale głoszącego “prawa człowieka”, niektórzy zauważyli jego poważną niechęć do nieuchronnych “praw Boga”, które powinno się głosić, jednocześnie i z większą siłą!
A teraz posłuchajmy „Oświadczenia” 23 Letniego Rzymskiego Forum, które odbyło się w dniach 30.06-10.07 2015 r. nad jeziorem Garda: „Błagamy rzymskiego papieża, by zawrócił Kościół z kursu ostatnich 50 lat, porzucając katastrofalne ‚otwarcie na świat’ i niekończący się ‚dialog’ i bezowocną współpracę z zajadłymi wrogami Kościoła…”
Wolnomularze są zwarci w walce z Kościołem, nie przebierają w środkach, byleby tylko osiągnąć swój cel, a mając w ręku banki, prasę i władzę polityczną, mogą osiągnąć wiele. Mówi się przecież nawet o kilku lożach watykańskich. Wymienia się nazwiska biskupów i kardynałów jako członków wolnomularstwa. I nasze możliwości ludzkiego oddziaływania są niczym wobec wrogiej potęgi złego. Dziś, kiedy przed działaniem piekła już nas nie chroni ani święta liturgia (oczywiście w innym położeniu są ci, którzy uczestniczą we Mszy Wszechczasów), nie ma już nawet modlitw po Mszy za Kościół, zmieniono nawet zawołanie Rycerstwa Niepokalanej, gdzie zamiast „za masonami” mówi się „za nieprzyjaciółmi Kościoła”. To tak chyba żeby nie urazić masonów. Dziś, kiedy już nie tylko politycy, ale nawet ogół duchowieństwa z biskupami i papieżem na czele są przeciwnikami społecznego panowania Chrystusa Króla, mamy jednak najlepsze wyjście – właśnie Intronizację Chrystusa Króla. Od XVIII wieku wrogowie Kościoła postanowili zniszczyć Christianitas, czyli cywilizację państw katolickich, w których obie władze: świecka i duchowna uznawały nad sobą władzę Jezusa Króla (przymierze tronu i ołtarza). Trzeba więc było rozdzielić te władze, aby osłabić Kościół. Na początku XX wieku uczyniono to we Francji, a potem w dalszych krajach. Wreszcie ku radości tychże wrogów Sobór Watykański II przez swoje dokumenty ułatwił zadanie rozbijaczy Kościoła. Chciałem dodać, że dokumenty te są wyjściem naprzeciw dokumentom innym – masońskim. Może to co mówię kogoś gorszyć, ale posłuchajmy, jakie są najważniejsze dokumenty Soboru, a przynajmniej za takie są uważane: Dignitatis humanae (liberté) – mówi o wolności religijnej, misje niepotrzebne, niech każdy wierzy w co chce, byleby tylko kierował się sumieniem; Lumen gentium (égalité) – kolegialność, osłabienie władzy papieża, prowadzi do braku odpowiedzialności; Unitatis redintegratio (fraternité) – ekumenizm, zbratanie się z heretykami, wspólne modlitwy, nabożeństwa.
Dziś często się słyszy z ust biskupów: nie chcemy państwa wyznaniowego! Teraz już wszelkie akty prawne państwa powstają w duchu Antychrysta – albo można także powiedzieć: w duchu Soboru. Aby nie ulec zbytniemu przygnębieniu, pozwólcie, że przytoczę słowa Rozalii Celakówny zapisane 4 lipca 1938 roku: „Moje dziecko, za grzechy i zbrodnie (wymieniając zabójstwa i rozpustę) popełniane przez ludzkość na całym świecie ześle Pan Bóg straszne kary. Ostoją się tylko te państwa, w których będzie Chrystus królował… Które państwa i narody jej nie przyjmą i nie poddadzą się pod panowanie słodkiej miłości Jezusowej, zginą bezpowrotnie i już nigdy nie powstaną… Intronizacja w Polsce musi być zaprowadzona… Państwa oddane pod panowanie Chrystusa i Jego Boskiego Serca dojdą do szczytu potęgi i będzie już jedna owczarnia i jeden pasterz.” Szczególnie od tamtej chwili sprawa Intronizacji stała się sprawą życia Rozalii. Towarzyszyły jej przy tym liczne widzenia, podejmowała wiele starań o Intronizację w Polsce, niestety na próżno. Polska musiała wiele wycierpieć podczas strasznej wojny. Teraz przed nami jeszcze straszniejsza wojna – III światowa. Więc jeszcze pilniejszą jest sprawa Intronizacji. Przez intronizację to nie my obieramy Chrystusa królem, bo On jest nim, ale na zewnątrz uznajemy Jego władzę i wyrażamy wolę całkowitego podporządkowania Jemu wszystkiego, co nas dotyczy. Czy chcemy, czy nie chcemy tego, to On jest królem, ale wtedy kiedy my uznamy Jego władzę, która nigdy nie minie, On przytuli nas do swego Serca, będziemy szczęśliwi. On jest naszym Królem, On lekarstwem na nasze bolączki, On jest rozwiązaniem naszych kłopotów, On jest naszym wszystkim. Amen.
19.IX.2015
http://fides-et-ratio.pl/index.php/2015/09/ks-edward-wesolek-fsspx-intronizacja-chrystusa-krola-jako-katolicka-odpowiedz-na-liberalizm-masonerie-i-modernizm/

27 września to Dzień Polskiego Państwa Podziemnego. Jest to także 76. rocznica powstania Polskiego Państwa Podziemnego.

W wielu miastach w Polsce, odbywają się uroczystości poświęcone tym, którzy oddali swoje życie w walce o wolną Polskę.

Polskie Państwo Podziemne działało w latach 1939-1945 na terenach okupowanych przez Niemców i Sowietów. Jego początkiem było utworzenie Służby Zwycięstwu Polski – mówi historyk dr Marian Paluch.

 – 27 września 1939 roku w Warszawie oblężonej jeszcze przez Niemców powstaje zalążek Polskiego Państwa Podziemnego. Pierwszym przywódcą Służby Zwycięstwu Polsce – tak nazywa się pierwsza organizacja konspiracyjna – zostaje gen. Michał Tokarzewski-Karaszewicz. Organizacja skupia oficerów, którzy tworzą obronę Warszawy jak i całą grupę oficerów, którzy nie idą do niewoli niemieckiej, tylko zajmują się już pracą konspiracyjną – powiedział dr Marian Paluch.

To Służba Zwycięstwu Polski była zalążkiem Armii Krajowej, która przez kolejne lata rozrastała się, by osiągnąć liczbę ok. 380 tysięcy zaprzysiężonych żołnierzy. Jednak Polskie Państwo Podziemne to nie tylko działalność militarna. Mimo okupacji, nauczyciele kształcili kolejne pokolenia w duchu patriotyzmu. Tajne nauczanie w samych latach 1943 – 1944 objęło swoim zasięgiem blisko 84 tysiące uczniów na poziomie szkoły średniej.

 – Polacy umieli zorganizować się na nowo, żeby wykonywać te funkcje, których nie pozwalały spełniać Polakom władze zaborcze, a więc polska oświata, polska samoobrona – jeżeli można tak powiedzieć – przed codziennym gwałtem, prześladowaniem, przed codziennym upodleniem – przypomniał prof. Andrzej Nowak, historyk.

W podziemiu drukowano prasę informacyjno-polityczną, publicystykę, dzieła literackie i podręczniki. Życie kulturalne ubogacały koncerty i przedstawienia teatralne. O rocznicy powstania Polskiego Państwa Podziemnego przypominają uroczystości z udziałem kombatantów, organizowane przez Instytut Pamięci Narodowej i Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej. Na warszawskich Powązkach odbył się dziś uroczysty pogrzeb bohaterów walki o wolną Polskę – ofiar terroru komunistycznego, których szczątki odnaleziono na powązkowskiej „Łączce”.

Aleksander Szymański ze Światowego Związku Żołnierzy AK dobrze pamięta walkę z okupantem. Polacy wierzyli w sukces.

– Nikt nie kwestionował tego, że Państwo Polskie się odrodzi – stwierdził Aleksander Szymański, prezes Zarządu Okręgu Światowego Związku Żołnierzy AK.

W Toruniu odsłonięto tablicę upamiętniającą płk. dr Leona Strehla oraz gen. dr. Zygmunta Gilewicza. Bohaterów upamiętnił uroczysty apel patriotyczny z udziałem Oddziałów Organizacji Poborowych oraz Wojska Polskiego.

Obecny na uroczystościach prof. Wojciech Polak podkreśla, że pamięć o polskich bohaterach powinna być pielęgnowała.

– Musimy czcić, pamiętać, upamiętniać to Państwo Podziemne, te wszystkie struktury, które pozwalały Polakom zachować swoją tożsamość, prowadzić walkę o niepodległość czy też nawet w miarę normalnie żyć w warunkach okupacyjnych – powiedział prof. Wojciech Polak.