Monthly Archives: Luty 2016

His Eminence Raymond Cardinal Burke 

will be celebrating the Holy Mass and, afterwards, praying the Holy Rosary to Storm Heaven with Prayer tomorrow morning, 1st of March, at 11:00am in Rome, for your intentions and the intentions of Operation Storm Heaven.

 

I am writing to remind you, my fellow Rosary Warrior, that tomorrow we band together from the four corners of the earth to raise our united voice to Heaven. Tens of thousands of Rosary Warriors will be reciting the Holy Rosary and storming Heaven with Prayer in union with the Holy Mass being celebrated in Rome by Cardinal Burke.

You do not need to pray at exactly the same time, but please pray your Rosary at some time on the 1st of March (your local time). We are providing the Mass time for those who wish to pray at exactly the same time as Cardinal Burke celebrates Mass and prays the Rosary in Rome.

 

When you pray your rosary tomorrow, March 1st, please remember to pray for the intentions of all the Rosary Warriors, just as they are also praying for your intentions.

 

„The Rosary is THE weapon!”, stated St. Padre Pio. Let us continue to employ this powerful weapon to storm Heaven and ask God and the Blessed Virgin Mary for the following intentions:

 

  • For Holy Mother Church: that Our Lord guide the Pope, the bishops and all members of the clergy to be holy in all things, faithful shepherds, beacons of Truth, and defenders of Good;
  • May all confusion be dispelled from the hearts and minds of all people and may the Light of Truth shine in them;
  • For our families and the family institution that is being so attacked in our world;
  • For the conversion of all sinners to the True Faith;
  • For the salvation of my soul, the souls of my loved ones, and the souls of all;
  • For the sanctification of each and every Catholic, especially for my personal sanctification. May I live holy every moment of every day of my life. May I be a true follower of Jesus Christ in all things;
  • To make each and every one of us a faithful soldier of Christ in the struggle against the world, the flesh and the devil;
  • To obtain the graces necessary to stop abortion, stop the onslaught of the homosexual revolution, to overturn legalized same-sex marriage, to stop the spread of physician-assisted suicide and euthanasia, and to stop the culture of death in all its forms and establish the Culture of Life in all souls, in all minds and in all hearts;
  • For our beloved Nation and for every nation on earth;
  • For all the personal intentions that have been submitted to ‚Operation Storm Heaven’

 

 

 

Let us continue to ask God to have mercy on all those who have fallen away from the True Faith. May He open the floodgates of Mercy, through the intercession of Mary Most Holy, the Mother of Mercy, and bring these lost sheep back to the Catholic Faith.

As we endeavor to spread this initiative and enlist more Rosary Warriors to join Operation Storm Heaven, please share this with your family and friends and anyone who you think would like to participate in this History-changing campaign to storm Heaven with prayer to obtain a tidal wave of mercy from God for our families, our society, our country and the world…in short, for all souls!

 

May Our Lady of the Rosary bless you and your loved ones!

 

Your fellow Rosary Warrior in Christ,

 

Thomas J. McKenna
Founder and President

http://www.catholicaction.org/

Nie dość przypominania, że jesteśmy w stanie wojny kulturowej. To wojna na śmierć i życie, i nie ma w tym stwierdzeniu cienia przesady. Chodzi bowiem o zaprojektowaną w planach włoskiego komunisty Gramsciego śmierć naszej chrześcijańskiej cywilizacji, a który to plan jest konsekwentnie realizowany od pokoleń.

Niegdyś przez jakobinów, później przez bolszewików a dzisiaj przez formacje tzw. marksistów kulturowych. Ci, którzy w Polsce, po ubiegłorocznej politycznej klęsce patronów tego ruchu oczekiwali zdecydowanej zmiany, mogą się srodze zawieść, bowiem wróg trzyma się mocno, a nawet swe działania wzmaga. Szczególnie w teatrze.

 

Zacznijmy od mini-przeglądu repertuaru scen, które – podobnie jak niektóre media – można by określać mianem polskojęzycznych, bo chyba inaczej już się nie da. Przykładowo, Teatr Dramatyczny w Białymstoku postanowił „uczcić” Narodowy Dzień Żołnierzy Wyklętych tzw. czytaniem performatywnym, poświęconym 70. rocznicy pacyfikacji białoruskich wsi przez oddział… kpt. Romualda Rajsa, ps. „Bury”. Ot, klasyczna dekonstrukcja za publiczne pieniądze.

 

Po drugiej stronie Polski legnicki Teatr im. Modrzejewskiej wznowił właśnie „III Furie”, czyli artystyczną deklarację odrzucenia wszystkiego, co buduje narodową tożsamość – jak to nazywają autorzy tego widowiska – „etosu cierpienia, ofiary i grobów, w którym świat umarłych decyduje o losie żywych”. Ot, tak rozumieją w Legnicy polskość.

 

W środku, czyli w stolicy również „dorzyna się” swojską obyczajowość z cywilizacją dworków w tle, a przy okazji morduje Juliusza Słowackiego. „Fantazy” wieszcza z Krzemieńca użyty tutaj został bezlitośnie przez zwiedzającego krajowe sceny Michała Zadarę do listy jego kolejnych „nowoczesnych” inscenizacji. Ot, tak właśnie w Teatrze Powszechnym lewica indoktrynuje widza żerując na polskiej klasyce. Swoją drogą, to to samo miejsce, w którym na tzw. walentynki wprowadzono bilet dedykowany parom homoseksualnym. Na stronie tej instytucji kultury wyjaśniono, że w ten sposób teatr „pragnie wyrazić szacunek dla praw mniejszości seksualnych w Polsce”.

 

„A w Krakowie na Brackiej pada deszcz…” – śpiewał Grzegorz Turnau. Gdyby to tylko o ten deszcz chodziło… A w Krakowie przy Placu Szczepańskim wciąż rządzi Jan Klata… A w Krakowie u Wierzynka organizują „czwartkowe obiady”. Niejacy Piotr Sieklucki i Tomasz Kireńczuk realizują tam projekt polegający na gadaniu i jadaniu z wybranymi przez siebie ludźmi teatru, i jeszcze to filmują. Najpierw nakarmili dyrektora Teatru Starego. Przy okazji opowiedział on, jak jest wielki i co myśli o nowej władzy. W lutym panowie gospodarze poszli jeszcze dalej, bo postanowili pokonsumować z mistrzem nad mistrzami, czyli z Krystianem Lupą. Pouczająca to uczta i gwarantująca dość ekstremalne doznania. Mamy przecież do czynienia z ubiegłorocznym laureatem „Supergwarancji” – nagrody specjalnej TVP Kultura za całokształt twórczości.

 

Niestety, o samej twórczości nie za wiele chcą słuchać prowadzący to spotkanie panowie, a i pan Krystian chce raczej mówić o państwie polskim po wyborach roku ubiegłego niż o swoich ewentualnych teatralnych dokonaniach. O państwie i o zamieszkujących go „jednostkach”, bo tak nazywa Polaków. Te jednostki, według Lupy, zieją nienawiścią, a ta nienawiść ma być prostą funkcją katolickiej religijności. To „Bóg Polaków prowadzi ich do walki” z wrogiem, którym jest „zachodnia zasada tolerancji” – tak opisuje reżyser rozgrywające się na naszych oczach cywilizacyjne i kulturowe starcie. Reżyser „Wycinki” (w 2014 r. u Mieszkowskiego we Wrocławiu) odczuwa również lęk przed biało-czerwoną flagą. Twierdzi, że jest ona teraz „symbolem demonicznym”, jakim niegdyś stała się flaga czerwona sowieckiej Rosji. I puentuje: „teraz wyjęliśmy z okienek rządowych te niebieskie, które jakoś łagodziły wymowę tego biało-czerwonego”. A więc pod taką flagą powstał nowy rząd, wybrany, jak z tego wynika, przez jednostki pełne nienawiści, „nienawiści fanatycznej”. A „nosicielami tej nienawiści są członkowie naszego rządu”. I tak „koło się zamyka” dla reżysera Lupy, choć jeszcze – czego by pewnie oczekiwał – nie zamknęły się za nim drzwi celi, pomimo, że wieszczy tutaj katastrofę i „czarno widzi przyszłość”.

 

Nie powinniśmy być zdziwieni tym, excuses-moi, bełkotem. Już w 1999 r. o wizji świata w spektaklach Lupy pisano, że tam „każdy człowiek jest wewnętrznie sprzeczny. Buduje zamki na piasku, bo to ma sens. Popada w szaleństwo, bo nie znajduje odpowiedzi na pytanie, jaki jest naprawdę”. Jak widać, nic się nie zmieniło, może tylko tyle, że to, co kiedyś było na scenie, to dzisiaj jest u Lupy w realu. Ale tego niespójnego gaworzenia starzejącego się człowieka nie można lekceważyć. Jest on wciąż „wyrocznią”, o czym świadczą wpatrzone w rozmówcę maślane oczy Kireńczuka i Siekluckiego. O czym też zaświadcza pokolenie współczesnych teatralnych hunwejbinów, które wyszło – niech będzie, że spod ręki profesora sztuk teatralnych Lupy – np. Zadara, Rychcik, Marciniak itp. Oni wszyscy, jak i ich nauczyciel, mówiąc po polsku, reprezentują jednak przede wszystkim „świadomość europejską”.

 

Na postawione tuż przed zupą pytanie o współczesne zadania teatru Krystian Lupa odpowiada jednoznacznie: „Musi być głosicielem postępu. To misja polityczna teatru”. Ot, i tak wygląda ta tolerancja oraz otwartość naszych kulturowych okupantów. Wszystko to możemy oglądać w lutym Roku Pańskiego 2016 w audycji filmowej, która jest jak najbardziej poważnym projektem finansowanym ze środków Gminy Miejskiej Kraków oraz Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach programu „Teatr 2015 – Promesa 250-lecia teatru publicznego w Polsce”. Dodajmy, że kolejne filmy z tego cyklu (do oglądania na portalu e-teatr.pl), wyprodukowane przez Teatr Nowy i Soja Studio, sygnuje hasło wywoławcze – „Edukacja teatralna i promocja teatru”. I to by było… aż nadto.

 

 

Tomasz A. Żak

Zachęcam do zdobycia i nabycia. Dzieło ks Vitolda-Yosifa Kovaliva jest ponadczasowe – utrwalanie postaci historycznych i wspaniałych Polskich Kresów – wielowiekowej historii i tradycji w piśmie jakie jest wydawane – to po prostu wspaniały ślad dla potomnych.

To właśnie ks Yosifa wspomagałem paczkami jak i cały czas wspomagam na różne inne sposoby. Miejmy to w sercu – pomoc dla naszych tam na Wołyniu. Dla Pamięci tego co było.

 

wiecej   tutaj

Zapewne słyszeliście o polskich aspiracjach kolonialnych w dwudziestoleciu międzywojennym. Pierwsze skojarzenie to oczywiście Madagaskar, jednak wśród potencjalnych kierunków ekspansji wymieniano również Liberię.

Wiąże się z tym historia pewnej wielkiej improwizacji i… wielkiej klapy.

Liberia w okresie międzywojennym była jedynym niepodległym państwem murzyńskim w Afryce. Powstała już w pierwszej połowie XIX wieku jako kraj wyzwolonych Murzynów z Ameryki Północnej. W założeniu miała opierać się na zgodnej koegzystencji byłych niewolników i autochtonów. Szybko okazało się jednak, że przybysze ze Stanów Zjednoczonych podporządkowali sobie ludność tubylczą, po czym wprowadzili dobrze sobie znany system pracy oparty na niewolnictwie, handlu niewolnikami i wyzysku rdzennych plemion.

Przez dziesięciolecia nie stanowiło to dla nikogo problemu – oczywiście poza tymi, którzy byli zniewoleni (ale ich o zdanie nikt nie pytał). Ba, Liberia została nawet jednym z państw założycielskich Ligi Narodów. Sytuacja uległa zmianie dopiero w latach 30. ubiegłego stulecia. 31 października 1931 r. przyjęto plan pomocy dla tego kraju.

Port w Monrovii, stolicy Liberii. W latach 30. członkowie Ligi Morskiej i Kolonialnej uznali, że Liberia idealnie nadaje się na miejsce dla realizacji naszych aspiracji kolonialnych.

Port w Monrovii, stolicy Liberii. W latach 30. członkowie Ligi Morskiej i Kolonialnej uznali, że Liberia idealnie nadaje się na miejsce dla realizacji naszych aspiracji kolonialnych.

Na dobrą sprawę polegał on na sprowadzeniu go do roli protektoratu Ligi Narodów. Oczywiście rząd w Monrovii (stolicy Liberii) nie chciał godzić na takie rozwiązanie i w czerwcu 1933 r. odrzucił „hojną” propozycję. Pociągnęło to za sobą ryzyko usunięcia Liberii z szeregów organizacji. W tej sytuacji władze afrykańskiego państwa zwróciły się o pomoc do Polski.

Co zaś do Polaków, ci poważnie myśleli o zdobyciu wpływów w Zachodniej Afryce. Wierzono, że najlepszym sposobem będzie nawiązanie stosunków gospodarczych między Rzeczpospolitą i szukającą wsparcia Liberią. To oczywiście wymagało szerzej zakrojonej inicjatywy i uruchomienia regularnej linii żeglugowej na trasie z Gdyni do portów Afryki Zachodniej.

Liberia jest o... tutaj. Na mapie z 1935 roku.

Liberia jest o… tutaj. Na mapie z 1935 roku.

Potrzeba było tylko jakiegoś impulsu, pobudzającego kapitał prywatny i państwowy do utworzenia kosztownego połączenia. Katalizatorem miał być „pionierski” rejs polskiego statku handlowego do Liberii. Jego organizacja przypadła Lidze Morskiej i Kolonialnej (dalej LMiK), a jednostka nazywała się s.s. „Poznań”. Nie wyprzedzajmy jednak ciągu wydarzeń.

Dlaczego Polska?

Jak widać interesy okazały się zbieżne. Liberyjczycy chcieli naszej pomocy, a my potajemnie pragnęliśmy dla siebie skrawka Czarnego Lądu. Nasuwa się tylko jedno pytanie – dlaczego Liberia poprosiła o pomoc akurat Polskę? Jak się okazuje, istnieją przynajmniej dwa możliwe wyjaśnienia.

Pierwsze podał w swej książce Liberia, Liberyjczyk, Liberyjka (Warszawa 1936) Janusz Makarczyk, który 28 kwietnia 1934 r. podpisał umowę LMiK z parlamentem Liberii. Twierdził on, że chodziło o niepodejrzewanie naszego kraju o ambicje kolonialne (sic!). Inne wyjaśnienie znalazło się w pracy Liga Morska i Kolonialna (Gdańsk 1983) Tadeusza Białasa. Uważał on, że decydowała tu po prostu chęć pozyskania przez Liberię polskiej życzliwości. Nie kto inny, a właśnie Polska była neutralnym sprawozdawcą sprawy liberyjskiej w Radzie Ligi Narodów.

Najprawdopodobniej o tym, że liberyjskie władze zwróciły się o pomoc do Drugiej Rzeczpospolitej zdecydował fakt, iż to właśnie Polska była neutralnym sprawozdawcą sprawy liberyjskiej w Radzie Ligi Narodów. Na zdjęciu posiedzenie Rady Ligi Narodów.

Najprawdopodobniej o tym, że liberyjskie władze zwróciły się o pomoc do Drugiej Rzeczpospolitej zdecydował fakt, iż to właśnie Polska była neutralnym sprawozdawcą sprawy liberyjskiej w Radzie Ligi Narodów. Na zdjęciu posiedzenie Rady Ligi Narodów.

Tak czy inaczej LMiK musiała dostrzec realną szansę wejścia do Liberii, być może nie tylko handlowego (kolonizacyjnego? kolonialnego?).

Wielka improwizacja

Zadanie wybadania gruntu dla eskapady na afrykański ląd przypadło delegatom LMiK: wspomnianemu już wcześniej Januszowi Makarczykowi oraz Janowi Dmochowskiemu z Ministerstwa Przemysłu i Handlu (MPiH). Mieli oni – poza podpisaniem wzmiankowanej wyżej umowy – przeprowadzić rozpoznanie rynku i nawiązać kontakty z potencjalnymi importerami polskich towarów.

Kup ciekawą książkę (dużo taniej niż inni)

Ziemowit Szczerek

Rzeczpospolita zwycięska. Alternatywna historia Polski

„We wrześniu 1939 roku alianci decydują się wesprzeć Polskę w jej walce z Niemcami. Brytyjskie samoloty bombardują niemieckie miasta. Francuska armia przekracza linię Maginota i uderza na …

Niemniej jednak już od samego początku organizacja rejsu napotykała na problemy. Pierwszym z nich było znalezienie odpowiedniego statku. W pierwszej kolejności padło na drewniany szkuner „Cap Nord”, który zakupiono w sierpniu 1934 r. w Kilonii i przemianowano na „Elemkę”. Decydowała tutaj bardzo niska cena – zaledwie 24 tys. reichsmarek. Jak to bywa przy takich „okazjach”, zakup okazał się zupełnym niewypałem.

Zrazu planowano przeprowadzenie remontu w gdyńskiej stoczni, którego koszt miał wynieść ok. 150 tys. zł (czyli ok. 75 tys. reichsmarek!). Tyle tylko, że jednostka nie zdołała tam nawet dopłynąć. W trakcje rejsu doznała poważnej awarii na skutek sztormu i z konieczności skierowano ją do stoczni w Gdańsku. Początkowo planowano, że naprawy potrwają 2-3 miesięcy, ale przeciągnęły się aż do końca marca 1935 r. Tymczasem czas naglił. W końcu zdecydowano się wyczarterować od Żeglugi Polskiej masowiec s.s. „Poznań”.

Drugą trudnością było dobranie odpowiedniego asortymentu towarów, które miały trafić na afrykański rynek. Najoględniej mówiąc, pomysł ekspansji gospodarczej w Afryce nie trafił na podatny grunt wśród rodzimych przemysłowców.

"Poznań" na którym dzielni polscy konkwistadorzy (pfu! handlowcy!) płynęli do Afryki.

„Poznań” na którym dzielni polscy konkwistadorzy (pfu! handlowcy!) płynęli do Afryki.

Stanęło więc na tym, że MPiH poleciło Lidze nawiązać współpracę z Kompanią Handlu Zamorskiego, która skupiała przedsiębiorców zainteresowanych wymianą z krajami pozaeuropejskimi. Ostatecznie po długich negocjacjach Liga i Kompania utworzyły spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością pod nazwą Polskie Towarzystwo Handlu z Afryką Zachodnią.

Cytat za: http://ciekawostkihistoryczne.pl/2011/06/04/polski-imperializm-liberia-i-emaliowane-nocniki/#ixzz41X6WP676
Dzięki za udostępnienie fragmentu. Nie mamy nic przeciwko cytowaniu naszych tekstów, ale: 1) zawsze dołączaj linka, 2) Cytuj, a nie kradnij. Nie zamieszczaj na innych stronach fragmentów większych niż 30% artykułu.

Na Czarnym Lądzie

Koniec końców, pokonawszy cały szereg dalszych komplikacji, 28 grudnia 1934 r. „Poznań” wyruszył w podróż do Afryki. Podczas prawie czteromiesięcznego rejsu dowodził nim kapitan żeglugi wielkiej Leon Rusiecki.

Kup ciekawą książkę (dużo taniej niż inni)

Ziemowit Szczerek

Rzeczpospolita zwycięska. Alternatywna historia Polski

„We wrześniu 1939 roku alianci decydują się wesprzeć Polskę w jej walce z Niemcami. Brytyjskie samoloty bombardują niemieckie miasta. Francuska armia przekracza linię Maginota i uderza na …

Sklep Format Zwykła cena Cena dla naszych czytelników
woblink.com E-book 22.90
14.89

idź do sklepu »

W wyprawie wzięli udział: inż. Stefan Pażycki z ramienia LMiK, Tadeusz Kraśnicki reprezentujący Kompanię Handlu Zamorskiego, Zygmunt Dreszer będący korespondentem Ligi i szeregu polskich dzienników oraz Stanisław Lipiński, który miał uwiecznić wszystko na taśmie filmowej.

Ładownie statku pomieściły około 200 różnego rodzaju towarów o łącznej wadze niemal 2 000 ton. Przeważały cement, żelazo handlowe i sól. Jednak znalazły się tam również tekstylia, mydło, cukier czy naczynia emaliowane. Pod tą ostatnią nazwą kryły się po prostu nocniki, które potem stały się obiektem serii żartów, czemu akurat nie trudno się dziwić. Ogólnie struktura ładunku wskazywała na słabe rozpoznanie potrzeb rynku docelowego, co miało wyraźne przełożenie na popyt.

Po dopłynięciu do Afryki pojawiły się kolejne problemy. Tym razem były one spowodowane akcją wielkich europejskich firm, które obawiały się, że Polacy otworzą własną faktorię w tym rejonie. Agent główny Compagnie française de l’Afrique occidentale wprost odmówił przyjęcia towaru, pomimo wcześniejszych uzgodnień, poczynionych jeszcze w Warszawie.

 Pierwsze domki polskich plantatorów w liberyjskiej dżungli. W takich warunkach żyli nasi kolonizatorzy Czarnego Lądu.

Pierwsze domki polskich plantatorów w liberyjskiej dżungli. W takich warunkach żyli nasi kolonizatorzy Czarnego Lądu.

Doszło do tego, że bojkotowano przybycie statku, a nawet podejmowano próby wywierania wpływu na władze, by te nie zezwoliły na wyładunek. Zygmunt Dreszer ciekawie scharakteryzował szwajcarskich agentów kolejnej wielkiej firmy – Union Trading Co., twierdząc że w interesach są gorsi niż Żydzi; kłamią jak z nut, targują się mimo dobicia cen przez centralę.

Z kolei o brytyjskiej United Africa Co. pisał: postanowiła ona znieść nas, przewidując przyszłego konkurenta. Tak więc nie było wiele przesady w tym, że jeden z rozdziałów swej książki zatytułował „Bitwa o Takoradi”.

Jeden z polskich osadników w Liberii na plantacji rycynusu. Zdjęcie opublikowane pierwotnie w miesięczniku "Morze" (nr 11/35)

Jeden z polskich osadników w Liberii na plantacji rycynusu. Zdjęcie opublikowane pierwotnie w miesięczniku „Morze” (nr 11/35)

Jakość towarów również pozostawiała co nieco do życzenia. Przykładem były wspomniane wcześniej emaliowane naczynia (czytaj: nocniki), które na skutek złego zabezpieczenia poobijały się i nikt nie chciał ich kupować. Ostatecznie jednak udało się sprzedać całą zawartość ładowni na – jak to wtedy ujęto – „dobrych warunkach”. Zakupiono również artykuły kolonialne: kakao i orzeszki palmowe, które miały trafić do Polski.

Liberia nie dla Polski

Cała eskapada zakończyła się pod względem finansowym na poważnym minusie. Na dodatek Żegluga Polska wystawiła LMiK rachunek w wysokości ok. 44 tys. zł za czarter „Poznania”. W końcu po długich pertraktacjach, uwzględniając społecznych charakter Ligi, 28 października 1936 r. roszczenia zostały zredukowane do symbolicznej złotówki. Jednak to nie ekonomia odgrywała tu najważniejszą rolę. Rejs miał przecież przetrzeć szlaki oraz pozwolić na zdobycie doświadczenia potrzebnego do dalszej planowej ekspansji.

Na mocy umowy z 28 kwietnia 1934 r. przewidywano wydzierżawienie 50 polskim plantatorom na 50 lat co najmniej 60 hektarów ziemi w Liberii, z opcją powiększenia tego obszaru. Liga otrzymała również prawo do utworzenia towarzystwa dla eksploatowania bogactw naturalnych, a polscy kupcy i handlowcy klauzulę najwyższego uprzywilejowania.

Władze Ligi Morskiej i Kolonialnej wiele sobie obiecywały po kolonizacji Liberii ostatecznie nic z tego nie wyszło. Na zdjęciu  przedstawiciele Rady LMiK na audiencji u Ignacego Mościckiego. Prezydent otrzymał jako prezent kły słonia upolowanego przez plantatorów Ligi w Liberii.

Władze Ligi Morskiej i Kolonialnej wiele sobie obiecywały po kolonizacji Liberii ostatecznie nic z tego nie wyszło. Na zdjęciu przedstawiciele Rady LMiK na audiencji u Ignacego Mościckiego. Prezydent otrzymał jako prezent kły słonia upolowanego przez plantatorów Ligi w Liberii.

Pojawiały się wtedy i później pogłoski o tajnym aneksie wojskowym, który miał zapewnić możliwość rekrutowania przez Polskę 100-tysięcznej armii pomocniczej. Należy go jednak włożyć między bajki.

Polscy plantatorzy w Liberii. Artykuł z miesięcznika "Morze" (nr 11/1936).

Polscy plantatorzy w Liberii. Artykuł z miesięcznika „Morze” (nr 11/1936).

Tyle w kwestii planów. Cała liberyjska „przygoda” zakończyła się ostatecznie na skutek działań krajów mających swoje interesy w Liberii (głównie USA i Wielkiej Brytanii). Polskich plantatorów posądzano m.in. o nielegalne sprowadzanie broni, mającej posłużyć do puczu wojskowego.

Pojawiły się również oskarżenia, że Polska popiera te działania. Pod koniec 1937 r. MSZ zdecydował o zakończeniu akcji Ligi w Liberii.

W efekcie rejs „Poznania” był pierwszą, ale i ostatnią w dwudziestoleciu handlową wyprawą statku pod polską banderą w rejon Afryki Zachodniej. Na następną przyszło nam czekać do końca lat pięćdziesiątych.

Źródła:

  1. Tadeusz Białas, Liga Morska i Kolonialna 1930-1939, Gdańsk 1983.
  2. Marek A. Kowalski, Dyskurs kolonialny w Drugiej Rzeczpospolitej, Warszawa 2010.
  3. „Morze” 1935, 1936.
Cytat za: http://ciekawostkihistoryczne.pl/2011/06/04/polski-imperializm-liberia-i-emaliowane-nocniki/2/#ixzz41X65h42w
Dzięki za udostępnienie fragmentu. Nie mamy nic przeciwko cytowaniu naszych tekstów, ale: 1) zawsze dołączaj linka, 2) Cytuj, a nie kradnij. Nie zamieszczaj na innych stronach fragmentów większych niż 30% artykułu.

W komentowaniu najświeższej „rewelacji” odnalezienia oryginałów dokumentów poświadczających zdradę Wałęsy uczestniczy cała parada hipokrytów, wcześniej opowiadających się za reglamentowaniem tej smutnej prawdy, albo występujących w charakterze stróżów i żyrantów kłamstwa jego biografii – mówi w rozmowie z PCh24.pl Grzegorz Braun, reżyser filmu „TW Bolek”.

 

Coś się zmieniło? Tyle się mówi o ujawnionych dokumentach dotyczących TW Bolka. Wyemitowano nawet pański film poświęcony tej postaci.

 

Z jednej strony to jest dobra rzecz  jak to mówią: „dobra psu i mucha” – że po tylu latach parę osób więcej może zapoznać się z informacjami istotnymi dla zrozumienia nie tylko historii, ale także punktu w którym się obecnie znajdujemy. Jednak fakt, że w 2016 roku zakłamanie biografii Lecha Wałęsy nadal przysparza zamętu w polskim życiu publicznym – to stanowi najpoważniejszy punkt aktu oskarżenia tego łajdaka przed sądem historii.

 

Do tych pierwotnych kłamstw stanowiących fundament jego kariery politycznej on dołożył kolejne – w interesie własnym i całej post-peerelowskiej łże-elity. Kolejne próby odsłonięcia prawdy – dziś już oczywistej – skutkowały nagonką na tych, którzy się o nią upominali. Fałszywa legenda Wałęsy była traktowana – słusznie – jako centralny zwornik systemu dezinformacji III RP. Jeszcze dziś głos zabierają etatowi żyranci wałęsowskich matactw: Smolar, Wujec, starszy Lis (ten co do „Solidarności” wszedł z gdańskiej PZPR) i młodszy Lis (jeden z Goebbelsików III RP) et consortes. Łączy ich z Wałęsą wspólnota interesów i podobnie nieprzeparta potrzeba retuszowania własnych życiorysów.

 

Od czasu, gdy przed dziesięciu laty pracowałem nad filmami o Lechu Wałęsie – a były to najpierw „Plusy dodatnie, plusy ujemne”, a potem „TW Bolek” – wylano na nas całą rzekę nowych kłamstw i oszczerstw. W balsamowanie tego łajna zaangażowali się przecież tak prominentni propagandyści i agenci wpływu, jak sam Andrzej Wajda. W podtrzymywanie mitu Wałęsy żywo angażowali się nie tylko Polacy – wspomnijmy dezinformacyjne występy z jednej strony np. prof. Normana Daviesa, a z drugiej ambasadora Stephena Mulla.

 

Ale nie tylko zagraniczni „moderatorzy” (specjaliści od usypiania polskiej opinii publicznej), nie tylko cała post- i neo-eurokomuna walczy o Wałęsę do upadłego. Na naszych oczach rozgrywa się spektakl hipokryzji w wykonaniu tych, co w porę uciekli z tamtego tonącego okrętu. W komentowaniu najświeższej „rewelacji” odnalezienia oryginałów dokumentów poświadczających zdradę Wałęsy uczestniczy cała parada hipokrytów,  wcześniej opowiadających się za reglamentowaniem tej smutnej prawdy, albo występujących w charakterze stróżów i żyrantów kłamstwa jego biografii.

 

Kogo ma Pan na myśli?

 

Pierwszy z brzegu przykład to prof. Antoni Dudek. Nie kto inny a on właśnie, gdy trwały już prace redakcyjne nad książką Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka deklarował, że zrobi wszystko aby ta publikacja nie ujrzała światła dziennego. Obok niego bryluje dziś w charakterze eksperta dr Grzegorz Majchrzak z IPN, który przed dziesięciu laty biorąc udział w tzw. kolaudacji, która przesądziła o odłożeniu na półkę w TVP pierwszego filmu o sprawie „Bolka”-Wałęsy pt. „Plusy dodatnie, plusy ujemne”, wypowiadał przekonanie, że „nie czas jeszcze” mówić o tych sprawach. Nie kto inny także, a sam Bronisław Wildstein oceniał ten film jako „niesprawiedliwy” wobec Wałęsy, a jego ludzie ocenzurowali wersję reżyserską filmu „TW Bolek” tuż przed emisją w 2008 r.

 

Która scena „wyleciała” z filmu?

 

Ówczesne kierownictwo TVP – ustami bodajże Jana Polkowskiego – zażądało wyeliminowania zakończenia, w którym wykorzystałem nagranie uroczystej przysięgi prezydenckiej Lecha Wałęsy. Dokonano tego szantażując, że film nie zostanie w ogóle wyemitowany, jeśli scena nie zostanie wycięta przez producenta – co kosztowało notabene poważne ochłodzenie naszych osobistych stosunków i dłuższą przerwę w twórczej współpracy. A dziś oglądam niektórych z tych ludzi występujących w rolach ekspertów w dziedzinie zakłamania, w którym sami brali udział.

 

Jak rozumiem, chodziło o podtrzymanie tej wersji, wedle której Wałęsa, owszem, nie jest całkiem w porządku, ale „ma też swoje zasługi”. Ta wersja i dziś ma się całkiem dobrze, i jest bezkrytycznie reprodukowana np. przez ministra Piotra Glińskiego, któremu wciąż zdaje się, że historia „Bolka” to tylko przypadek uwikłania z początku lat 70. Wałęsa, jak mówi pan minister, „się zaplątał”. To kolejna dezinformacja i kolejna wersja zgniłego kompromisu z prawdą.

 

A jaka jest prawda?

 

Otóż współpraca z SB w charakterze płatnego kapusia to w życiu Lecha Wałęsy, owszem, zaledwie epizod – może nawet stosunkowo mało znaczący w kontekście jego całożyciowej lojalności wobec służb wojskowych, sowieckiej polskojęzycznej bezpieki. I to jest konstytutywny wątek biografii Lecha Wałęsy – trwająca do grobowej deski lojalność względem generałów Kiszczaka i Jaruzelskiego. Prezentowane nam rozważanie przypadku drobnego kapusia „Bolka” to wersja „soft” i „light” kłamstwa biografii Wałęsy. Poważniejsze sprawy odsłonią się nam, kiedy zobaczymy Wałęsę jako lojalnego donosiciela od lat 60. Najpierw w ewidencji MO, a WSW – już w czasie odbywania przez niego zasadniczej służby wojskowej. Donosiciela oddanego w dzierżawę przez bezpiekę „zieloną”, bezpiece „niebieskiej” na grudzień 1970 i kilka pracowitych lat jakie potem nastąpiły. Do dziś żyją przecież jeszcze jego koledzy-stoczniowcy, na których życiu zaważyły donosy płatnego kapusia „Bolka”. Jednak już w 1976 roku Wałęsa zostaje najwyraźniej reaktywowany jako agent bezpieki wojskowej. Tego ślady dostrzegamy w znanych od dawna dokumentach. Jednak ich interpretacja przez historyków budzi poważne zastrzeżenia.

 

Jakie to dokumenty i ślady?

 

To znana od dawna notatka z rozmowy Wałęsy z funkcjonariuszami SB Ryszardem Łubińskim i Czesławem Wojtalikiem z 1978 r. Czytamy w niej, że Wałęsa zapowiedział, iż o „nachodzeniu go przez SB zamelduje komu trzeba”. Z całego kontekstu sytuacyjnego wynika, że może chodzić wyłącznie o bezpiekę wojskową. Pamiętajmy, że – jak relacjonuje Krzysztof Wyszkowski – Wałęsa zgłosił się wcześniej do działaczy Wolnych Związków Zawodowych jako ewidentny prowokator.

 

Tym, którzy biorą za dobrą monetę dezinformacje płynące m.in. z gdańskiego muzeum „Solidarności” (etatowo fałszują tam historię ludzie spod znaku prof. Friszke), polecam również uważną lekturę zachowanego protokołu rozmowy Wałęsy z pułkownikami Kilisiem (MON) i Starszakiem (MSW) jesienią 1982 r. Wałęsa prowadzi z nimi dialog w siedzibie prokuratury wojskowej w Warszawie, kiedy jest zwalniany z internowania i podkreśla swoje zasługi dla reżimu komunistycznego.

 

Nie zapominajmy wreszcie o tym wszystkim, co zrobił Wałęsa dla zakłamywania najnowszej historii już jako prezydent RP. Powinien za to odpowiadać przed Trybunałem Stanu. Należy także pamiętać o ludzkich ofiarach poniesionych w walce o prawdę, a zatem ofiarach samego Lecha Wałęsy.

  

Ofiarach?

 

Wymienię tu Henryka Lenarciaka, którego jedyny wywiad na ten temat został wykorzystany w filmie „Plusy dodatnie, plusy ujemne” . Ten starszy kolega Wałęsy ze stoczni na stare lata pracował jako nocny portier – wkrótce po upublicznieniu filmu stracił pracę i zaraz potem zginął w ulicznym wypadku. Zatem kto chciałby podchodzić z pobłażaniem do sprawy „Bolka” jako niewinnej słabostki wielkiego człowieka, niech najpierw zapozna się z biografią śp. Lenarciaka.

 

Trzeba wspomnieć także majora Janusza Stachowiaka. Kilka lat temu został on zaszczuty za swój udział w filmie, a także składanie zeznań podczas procesu, jaki Wałęsa wytoczył Krzysztofowi Wyszkowskiemu. Śp. major – zmarł jak stwierdzono śmiercią samobójczą – okazał się jedynym funkcjonariuszem SB, który nie wahał się w tej sprawie mówić prawdy. Od niego pochodzi informacja o wcześniejszej rejestracji Wałęsy jako kapusia przez bezpiekę wojskową. Moim zdaniem należy mu się wysokie odznaczenie, a śledztwo w sprawie jego tajemniczego zgonu powinno zostać wznowione.

 

Do osób skrzywdzonych należy niewątpliwie także Anna Walentynowicz, z której za życia Wałęsa próbował zrobić mściwą wariatkę; jego ofiarą padł także Krzysztof Wyszkowski. A poza wymienionymi wyżej badaczami, ofiarą ogólnopolskiej nagonki stał się także Paweł Zyzak. Udział w seansach szyderstwa i nienawiści wobec niego wzięli przecież przedstawiciele najwyższych władz państwowych z premierem Tuskiem na czele. Bardzo to charakterystyczne, że w ostatnich dniach Paweł Zyzak nie znalazł się na radarach warszawskich mediów. Sądzę, że w mediach bryluje do dziś całkiem sporo takich autorytetów, które nigdy nie zapomną kol. Zyzakowi własnego oportunizmu, jakim zdążyli się wykazać w jego sprawie.

  

Jaką rolę w sprawie ujawnienia materiałów dotyczących TW Bolka odegrała wdowa po generale Kiszczaku?

 

Jest kilka opcji. Ta najprostsza i chyba raczej mało wiarygodna, że pani Kiszczakowa wykazała się zwyczajnym brakiem rozsądku. A może to osoby życzliwe i bliskie wdowie wytłumaczyły jej, że bycie depozytariuszem takich tajemnic może kosztować życie? Akcja w świetle reflektorów sprawia, że zainteresowani mogą upewnić się, że pani Kiszczakowa nie jest w posiadaniu ani jednej kartki papieru mogącej posłużyć w demaskacji kolejnego historycznego autorytetu i legendy. W tym środowisku dobrze przecież pamięta się tragiczny los małżeństwa Jaroszewiczów. Może więc pani Kiszczakowa zadziałała bardziej racjonalnie, niż się to z pozoru zdawało.

 

Kiedy słyszę natomiast, że pierwszy jej kontakt z IPN miał miejsce już dwa tygodnie temu, to nie mogę sobie zadać innego pytania: czy w tym czasie nie można było przygotować tej akcji porządnie – aby przy okazji spenetrować domy i dacze większej liczby postpeerelowskich generałów? Przeprowadzona takimi, jak nam to pokazano w mediach, metodami akcja IPN i służb policyjnych miała dość mizerne efekty – ale przy okazji spełniła funkcję sygnału ostrzegawczego skierowanych do ew. nieprzezornych, by zrobili porządek z papierami, których są depozytariuszami.

 

A jak ocenia Pan działania IPN i jego prezesa Łukasz Kamińskiego?

 

Jego występy z ostatnich dni są próbą autoliftingu własnej biografii. Prezes Kamiński był bowiem osobiście stróżem niepamięci oraz jednym z żyrantów tego zakłamania. IPN pod jego kierownictwem dokonał pełnego powrotu do niesławnej pamięci „kiereszczyzny”, czyli pierwszych lat funkcjonowania Instytutu pod kierownictwem Leona Kieresa. Wówczas trudno było patrzeć na niego inaczej, niż jako na ostatnią kombinację dezinformacyjną Czesława Kiszczaka.

  

Czyli rozgrywa się – zwłaszcza w mediach – obecnie spektakl mający na celu dalszą reglamentację wiedzy o Wałęsie i III RP?

 

Owszem. Jeśli bowiem reżimowa telewizja mówi o czymś na okrągło przez 3 dni, to trudno nie pomyśleć jakie tematy schodzą z czołówek.

  

Ma Pan jakieś propozycje?

 

Na przykład wypowiedzenie przez Polskę, nie pierwszy to już raz, wojny państwu rezunów islamskich. Także inne czarne chmury, które zbierają się nad Polską. Moim zdaniem jeszcze w tym sezonie będziemy świadkami kulminacji… Kto wie, czym zostaniemy w pierwszej kolejności zbombardowani: kryzysem finansowym, wojną ukraińską, czy zamachami, których autorstwo przypisane zostanie „ekstremistom” – niekoniecznie już tylko islamskim? W tej sytuacji zatykanie mediów na całe doby seansem hipokryzji i zakłamania z pewnymi tylko pierwiastkami prawdy nie jest z pewnością dobre.

  

Czego zatem nowego dowiedzieliśmy się o Wałęsie?

 

O Lechu Wałęsie – zgoła niewiele. Ale i to, co już od dawna wiadomo, wystarczy do rewizji obowiązującej wersji historii – z jednoznacznie negatywnym dla niego skutkiem. Tym, którzy martwią się, że na dekonstrukcji mitu Wałęsy wszyscy coś tracimy, że „Polska traci”, odpowiedzmy, że kłamstwo i łajdactwo nie mogą być fundamentem żadnej dobrej sprawy. Cóżby to była za Polska, gdyby jej przyszłość miała zależeć od utrzymywania zmowy milczenia nad łajdackimi sprawkami jednego oszusta?

 

 

Rozmawiał Łukasz Karpiel

W dobie post-komunizmu sam komunizm nic na śmieszności nie stracił, czego widomym przejawem jest KOD. Sieroty po PRL-u bis zawiązały Komitet Obrony Demokracji w chwili gdy właśnie demokracja doszła do władzy

calosc   tutaj

Już za życia krążyły o nim legendy. Podobno tatarskie matki straszyły nim dzieci. Pogromca Tatarów był bohaterem ludności kresów Rzeczpospolitej, pieśni o tym sokole stepów śpiewano jeszcze długo po jego śmierci.

 

Juliusz Kossak – Taniec tatarski

20 lutego 1630 zmarł Stefan Chmielecki, szlachcic, wódz naczelny w walkach z Tatarami, wojewoda kijowski.

Ukraina na przełomie XVI i XVII wieku była rodzimym odpowiednikiem amerykańskiego Dzikiego Zachodu. Ludność tego słabo zaludnionego, półdzikiego terenu padała często ofiarą łupieżczych napadów tatarskich.
To był idealny teatr działań dla ambitnych i nieobawiających się ryzyka ubogich szlachciców. Do takich należał Stefan Chmielecki. Jak wielu jemu podobnych, zaciągnął się do wojsk magnatów dzierżących realną władzę na kresach. Służył u Ostrogskich, Tomasza Zamoyskiego i Stanisława Koniecpolskiego.

– Dał się poznać jako bardzo dobry oficer, bardzo dobry dowódca i niewątpliwie te cechy umożliwiły mu awans na pułkownika, następnie na regimentarza, a wreszcie: na wodza naczelnego w walkach z Tatarami – mówiła prof. Jolanta Choińska-Mika w audycji Andrzeja Sowy i Wojciecha Dmochowskiego z cyklu „Kronika niezwykłych Polaków”.

Sławę Chmieleckiemu przyniosło to, że udawało mu się powstrzymywać Tatarów, nim ci rozpuścili swoje zagony po terenach Rzeczpospolitej.

– Było to możliwe dzięki temu, że Chmieleckiemu udało się bardzo dobrze poznać metody walki Tatarów. Zorganizował własną służbę wywiadowczą i dzięki zdobytym informacjom mógł się dobrze przygotować do antytatarskich akcji – komentowała prof. Choińska-Mika.

Chmielecki nauczył się myśleć jak przeciwnik. Jeńców, których brał w niewolę liczono w setkach. Zasługi jednego z najwybitniejszych dowódców początku XVII wieku docenione zostały pod koniec jego życia, kiedy został mianowany wojewodą kijowskim.

http://www.polskieradio.pl

Zgodnie z komunikatem opublikowanym przez Ministerstwo Finansów, wczoraj na aukcji polskiego długu rząd sprzedał obligacje Skarbu Państwa za łączną kwotę 6 miliardów złotych. Była to już czwarta aukcja polskiego długu licząc od początku tego roku.

Niestety, pokusa na dalsze zadłużenie będzie wysoka, bowiem – wbrew międzynarodowej nagonce na nasz kraj, jaka w ostatnich tygodniach miała miejsce – ilość podmiotów, które chciały zostać wierzycielami Polski była wczoraj całkiem spora.

Według oficjalnych komunikatów MF popyt na polski dług wyniósł wczoraj niemal 12 mld zł (aż tyle pieniędzy inwestorzy byli chętni przeznaczyć na zakup obligacji emitowanych przez rząd). Ostatecznie zadłużenie naszego kraju powiększyło się „jedynie” o 6 mld zł (MF sprzedało obligacje typu PS0421 za 4 mld 335 mln zł i obligacje typu WZ0120 za 1 mld 665 mln zł).

Wiem, że wczoraj w mediach królował Bolek i szafa Kiszczaka, nie mniej warto pamiętać o ciągle powiększającym się zadłużeniu naszego kraju. W tym roku była to już czwarta aukcja długu organizowana przez Ministerstwo Finansów. Wcześniejsze akcje odbyły się 7 stycznia (sprzedano obligacji za 4,56 mld zł), 28 stycznia (sprzedano obligacji za 8,07 mld zł) oraz 4 lutego (sprzedano wówczas obligacji za 1,5 mld zł). Licząc z wczorajszą aukcją, od początku roku MF powiększyło w ten sposób zadłużenie naszego kraju już o 20,13 mld zł!

Źródło: MF sprzedało obligacje za 4,56 mld zł przy popycie 7,24 mld zł (Bankier.pl)
Źródło: MF sprzedało obligacje za 8,07 mld zł, popyt sięgnął 11,9 mld zł (PB.pl)
Źródło: MF sprzedało obligacje o wartości 1505 mln zł (PB.pl)
Źródło: MF sprzedało obligacje za 6 mld zł (Bankier.pl)

Krzysztof Czabański, wiceminister kultury i rządowy pełnomocnik ds. reformy mediów publicznych, poinformował publicznie, że rząd przygotowuje projekt nowej ustawy medialnej, który zakłada doliczenie do rachunków za prąd tzw. opłaty audiowizualnej.

 

Opłata ta ma zastąpić abonament. Płacić mają ją wszyscy, którzy są podłączeni do sieci elektrycznej. Opłata będzie naliczana za samą możliwość oglądania publicznej TV, a nie za jej rzeczywiste oglądanie, stąd nie będzie można z niej zrezygnować.

PiS kontynuuje ścieżkę obraną przez PO jeszcze w poprzedniej kadencji Sejmu i rozwija koncept wprowadzenia nowego podatku pod nazwą „opłaty audiowizualnej”. Krzysztof Czabański, wiceminister kultury i rządowy pełnomocnik ds. reformy mediów publicznych, poinformował, że rząd Beaty Szydło pracuje nad projektem ustawy medialnej, który wprowadzi konieczność płacenia tej opłaty wraz z rachunkiem za prąd. W zamian ma zostać zniesiony abonament RTV.

Jaki będzie szacowany koszt tego podatku? – Mówi się, że miesięcznie ma to być kwota kilku złotych, coś między 7 a 9 zł. W odróżnieniu od abonamentu RTV, opłatę audiowizualną będzie musiał płacić każdy, kto otrzymuje z zakładu energetycznego rachunek za prąd (zobowiązanymi do płacenia abonamentu RTV w obecnej postaci są ci, którzy posiadają w domu telewizor lub radio). Co istotne – opłata audiowizualna będzie naliczana za możliwość oglądania publicznej telewizji, a nie za jej rzeczywiste oglądanie, stąd nie będzie można z niej zrezygnować.

Źródło: Opłata audiowizualna z rachunkiem za prąd, a nie z innymi podatkami(WirtualneMedia.pl)

http://niewygodne.info.pl

Rząd powinien również wprowadzić podatek za możliwość kupna samochodu. 
Admin

KOMENTARZE@@

 

LICHWA666: jak brakuje forsy to podatkiem ludzi ale wolna reka daje sie innym 4 bilj. zl. pres. Duda!! ?

1. Jeśli kod na owocu jest czterocyfrowy i zaczyna się od cyfry 3 lub 4 znaczy to, że towar pochodzi z upraw z II połowy XX wieku, korzystającej z nawozów sztucznych.

 

2. Jeśli owoc posiada naklejkę z pięciocyfrowym kodem, zaczynającym się od cyfry 9 sugeruje to, że był uprawiany w tradycyjny sposób, znany od tysięcy lat, bez pestycydów i nawozów. Dziś jest określany mianem produktu eko.

3. Jeśli naklejka ma pięciocyfrowy kod rozpoczynający się od 8, oznacza to, że owoc jest genetycznie zmodyfikowany. To po prostu GMO!

http://www.jestpozytywnie.pl