Monthly Archives: Czerwiec 2016

26 czerwca 21016 r ukazał się w  Finantial Times w dziale „Opinie”  artykuł  Norberta Rottgen’a , Prezesa Komisji Bundestagu do spraw zagranicznych. Tytuł artykułu był znamienny, proponujący, aby Niemcy jako kraj najbardziej predysponowany do naprawienia Europy, rozbitej przez brytyjskie referendum, Europe naprawił.

 

 

Do pewnego stopnia jestem wdzięczny, że taka ważna osobistość niemiecka, jak Herr Norbert Rottgen wyjawiła prawdę o intencjach i odczuciach rządu niemieckiego.

 

Czytając uważnie obszerny artykuł Herr Rottgen’a zauważyłem niepokojące stwierdzenia. W jednym miejscy Herr Rottgen pisze, ze: „ Pro- Europejczycy czują  strach jaki czują  w obliczu wzrostu popularnego nacjonalizmu”. Czytelnik, który nie jest poprawnie uczulony, będzie zagubiony, że powinien być zagrożony przez „popularny nacjonalizm”.  Czy znaczy to, że „popularny nacjonalizm” jest gorszy od „mniej popularnego nacjonalizmu”?

 

Następnie Herr Rottgen ostrzega czytelników, że: „ Lekcją  winna być debata o „Brexit”  i,  że zwolennicy Europy nie powinni zezwolić anty-Europejczykom dominować publiczną dyskusję”.

 

Czytając wiele europejskich gazet i słuchając BBC, nigdzie nie zauważyłem wypowiedzi anty-europejskich zwolenników.  Herr Rottgen zapomniał dać przykłady takiej anty-europejskiej propagandy.

 

Następnie autor stwierdza, że :”Dowodem na agresję rosyjska na Krymie jest wspólna europejska polityka sankcji Unii Europejskiej”. Kilka wierszy dalej Herr Rottgen sugeruje, ze Unia Europejska winna popierać budowę drugiego (Nord –Stream 2) rurociągu pod Bałtykiem,  którego celem jest  zapewnienie Zachodowi dostawy rosyjskiego gazu”.

 

Zanim nowy gazociąg zwany „ Nord-Stream 2” będzie zbudowany, od kilka już  lat  pracuje oryginalny rurociąg „Nord-Stream 1” którego budowa była kontrawersyjna wśród kilku europejskich krajów,  gdyż celem jej było wykluczenie tych krajów, głownie Polski i Ukrainy z tranzytu rosyjskiego gazu do Niemiec. Interesującym winno być, że Prezesem przedsiębiorstwa, które zarządza gazociągiem pod Bałtykiem, jest były kanclerz Niemiec, Gerphard Schreder

 

Można się zapytać, kto będzie płacił prezesowi nowego gazociągu, Niemcy czy Rosjanie? Najbardziej interesujące, a nawet przerażająca jest inna propozycja Herr Rottger’a aby „..utworzyć osobne centrum dowodzenia dla europejskich sil zbrojnych”. Wygląda na to, że Herr Rottger’a nie uważa NATO za wystarczające dla ochrony Europy przed rosyjska agresją i proponuje osobne centrum dowodzenia, którego lokalizacja będzie zapewnie w Berlinie. Pytanie pozostaje, w jakich sytuacjach Europejskie Siły Zbrojne będą używane? Czy wybór „populistycznego” rządu albo referendum w sprawie członkostwa w EU będzie wystarczającym powodem aby przywrócić demokratyczny ład i porządek w takim kraju?

 

Wiele krajów winno zwrócić uwagę na to co Herr Rottgen pisze, włączając  w to Stany Zjednoczone. Można spekulować, czy zaproszenie do Niemiec, a właściwie do Europy, miliona mahometańskich emigrantów, było spowodowane miłosierdziem Angeli Merel, czy tez był w tym plan aby wykluczyć UK z EU i zostawić Europe w niemieckich , “liberalnych “rękach? Teraz jest najwyższy aby kraje, które chcą zachować swą niezależność zrezygnowały z członkostwa w EU i zapisały się do nowej organizacji, z UK na czele,  podobnej do starej EFTA ( European Free Trade Association) jaka funkcjonowała w latach 60 tych w Europe.

 

dr.inz. Jan Czekajewski

 

Columbus, Ohio, USA

 

janczek@aol.com

 

Żydzi zintensyfikowali naciski na Polskę w sprawie zwrotu mienia żydowskiego. W Jerozolimie w dniach od 8 do 9 czerwca odbyło się pierwsze Międzynarodowe Żydowskie Forum Koordynacji Restytucji Majątku z Okresu Holokaustu.

Uczestnicy spotkania zorganizowanego m.in. przez izraelskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych chcą, by Unia Europejska i rządy innych państw zwiększyły naciski na Polskę, która rzekomo jako jedyny kraj nie zadośćuczyniła Żydom za utratę mienia oraz by traktować zwrot mienia żydowskiego jako kwestię „praw człowieka”.

Światowa Organizacja Restytucji Mienia Żydowskiego przekonywała podczas Forum, że niewielkie domy w małych miasteczkach w Polsce może nie są wiele warte, ale „dla ocalałych z Holokaustu, których rodziny niegdyś posiadały te nieruchomości, stanowią wartość bezcenną: mają związek z historią rodziny i ich zwrot może być pewną formą sprawiedliwości”.

Żydzi obawiają się jednak, że szanse na odzyskanie mienia w obecnej sytuacji – gdy wiele dokumentów zostało utraconych i wymierają ocaleni z Holocaustu, a rządy nie chcą wdrożyć przepisów restytucyjnych – maleją w zawrotnym tempie.

Już wkrótce będziemy żyć w świecie bez ocalałych z Holokaustu – ostrzegał Gideon Taylor, przewodniczący Światowej Organizacji Żydowskiej ds. Restytucji Mienia (WJRO). Dodał, że za chwilę zabraknie osób, które będą mogły wskazać nieruchomości, niegdyś do nich należące.

Taylor wraz ze sztabem prawników i dyplomatów przekonywał podczas Forum, że państwa z Europy Wschodniej, zwłaszcza Polska, które odmawiają uregulowania kwestii zwrotu mienia żydowskiego, de facto „łamią prawa człowieka”. Dlatego zaapelował o silniejszy lobbing na rządy tych krajów, by jak najszybciej wprowadziły odpowiednie przepisy.

Tu nie chodzi o pieniądze. My domagamy się uczciwości, sprawiedliwości, zwrotu tego, o zostało zabrane – stwierdził Taylor. –Chodzi o symboliczne zadośćuczynienie, które naturalnie nie przywróci żadnej rodzinie utraconego życia  – dodawał.

Taylor chwalił Bułgarię, która jako jeden z nielicznych krajów szybko rozwiązała problemy restytucji mienia żydowskiego, tworząc kompleksowy program zwrotu mienia. Na przeciwległym biegunie – jego zdaniem – znajduje się Polska.

Praktycznie wszystkie inne kraje Europy Wschodniej mają jakieś ustawodawstwa lub fundusz dla ocalałych z Holokaustu. W Polsce pojawiło się szereg pomysłów uregulowania tej kwestii, ale nigdy nie zostały one przyjęte i wdrożone przez rząd – wyjaśnił.

Szef WJRO wezwał naród polski do zmierzenia się z przeszłością. – Chodzi o historię, jak ludzie są postrzegani. Oni [Polacy] uważają się za kraj pokrzywdzony, za ofiarę wojny. Jednak to na terenie Polski miało miejsce wiele makabrycznych zdarzeń. Zginęło tam wielu nie-Żydów, ale także Żydów. Tu po prostu chodzi o zwrot własności, która należała do indywidualnych osób  – tłumaczył. – Każdy kraj, który chce iść naprzód – zanim spojrzy w przyszłość – musi zmierzyć się z przeszłością – dodał.

– Ta przeszłość – jego zdaniem – głęboko wpływa na teraźniejszość. Obecnie znaczna część ocalałych z Holokaustu żyje poniżej granicy ubóstwa. Wiele europejskich społeczności żydowskich wspiera ich za pośrednictwem środków finansowych pozyskanych z restytucji żydowskich nieruchomości komunalnych.Żydzi z Polski nie mają tej możliwości.

WJRO współpracuje z wieloma organizacjami nieżydowskimi, domagając się od nich wywierania nacisku na rząd polski pod pretekstem łamania „praw człowieka”.

W pierwszym Forum dotyczącym zagadnień związanych z restytuują mienia żydowskiego uczestniczyli liczni dyplomaci z USA i UE oraz szefowie wszystkich żydowskich organizacji zajmujących się kwestiami restytucji mienia po ofiarach Holocaustu. – Społeczność międzynarodowa nie robi wystarczająco dużo, aby zająć się sprawami pamięci o Holokauście – ubolewał Taylor.

Forum wydało oświadczenie. Domaga się w nim silnego nacisku na rządy krajów Europy Wschodniej, które do tej pory nie przyjęły odpowiednich przepisów: „Jesteśmy dziś świadkami bezprecedensowego wzrostu antysemityzmu, zaprzeczania Holokaustu, wzrostu rasizmu i ksenofobii w Europie, podczas gdy społeczność międzynarodowa nie robi wystarczająco dużo, aby zająć się spuścizną Holocaustu i sprawami restytucji lub rekompensaty za skonfiskowane mienie i utratę praw w czasach Holokaustu (1933-1945)”.

Zgromadzenie pochwaliło „ostatnie pozytywne zmiany w sprawie zwrotu mienia w Serbii, Rumunii i na Łotwie”. Zachęciło te państwa, by dalej czyniły postępy w zakresie restytucji mienia.

Forum domaga się od rządów promowania pamięci o Holokauście (Shoah), zadośćuczynienia, odszkodowania za utracone nieruchomości, dzieła sztuki, dobra kultury zagrabione w czasach Holocaustu poprzez uruchomienie „odpowiedniego programu Unii Europejskiej”. Zaapelowano o naciski instytucji UE i sankcje na „kraje opieszałe”. Zastrzeżono, że bez sankcji UE niezbędnych do wyegzekwowania zwrotu mienia i presji politycznej, rozwiązanie problemu zwrotu mienia żydowskiego nie jest możliwe.

Z wizytą w Izraelu kilka dni temu był polski minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski. Spotkał się on m.in. z premierem Izraela Benjaminem Netanjahu. Minister udzielił też obszernego wywiadu izraelskiej agencji prasowej YNet.

Zapytany o kwestię zwrotu mienia żydowskiego, minister zastrzegł, że restytucja mienia odbywa się od 20. lat w Polsce i Żydzi mogą się domagać zwrotu majątku na takiej samej zasadzie, jak każdy, to znaczy dochodząc swych roszczeń w sądach powszechnych. Dodał, że restytucja mienia żydowskiego nie powinna być traktowana jako element polityki międzynarodowej. Nie powinna być też postrzegana jako problem w stosunkach polsko-żydowskich, dlatego, że tylko ok. 15 proc. osób potencjalnie zainteresowanych zwrotem mienia stanowią Żydzi mieszkający obecnie poza granicami Polski. Pozostałe 85 proc. osób to nieżydowscy obywatele Polski. Dodał, że zwrot mienia jest procesem, w którym pochodzenie etniczne lub religijne nie ma znaczenia. Polskie prawo traktuje wszystkich w ten sam sposób.

Zapytany z kolei o cel swojej wizyty, minister odparł, że chodzi o omówienie m.in. polskiego zaangażowania na Bliskim Wschodzie, walkę z terroryzmem, współpracę w zakresie bezpieczeństwa, pozyskanie izraelskiej technologii dla przemysłu obronnego, stworzenie pokojowych rozwiązań konfliktów w południowym sąsiedztwie UE i zintensyfikowanie dwustronnych kontaktów na najwyższym szczeblu z Izraelem oraz innymi partnerami na Bliskim Wschodzie, w tym z Egiptem, Jordanią, Libanem i Palestyńczykami przed zaplanowaną na listopad wspólną sesją rządów Polski i Izraela G2G, a także przygotowanie zbliżającej się wizyty polskiego prezydenta w Izraelu, Palestynie i Jordanii.

Omawiano również kwestie relacji z Rosją. Minister potwierdził, że stosunki polsko-izraelskie mają „specjalny, uprzywilejowany charakter”.

Źródło: timesofisrael.com, ynetnews.com

W Rosji rozpoczął się etap wynoszenia pod niebiosa oprawców i ludobójców rosyjskiego narodu. Tylko w ciągu ostatniego miesiąca w Petersburgu nazwano most imieniem Ahmada Kadyrowa, który wzywał do zabijania, ilu tylko można, Rosjan, odsłonięto tablicę pamiątkową hitlerowcowi Karlowi Mannerheim’owi, a teraz najkrwawszemu katowi Rosjan, żydowi Trockiemu (Bronsteinowi).

I to wszystko dzieje się w trakcie obłudnych wypowiedzi Władimira Putina o narodowej idei Rosji, o patriotyzmie. Ojcem ich diabeł! On jest ojcem kłamstwa i zabójcą od niepamiętnych czasów!

—————————————————————————————————

Naczelny rabin Rosji, Berl Lazar (pełne imię i nazwisko Shlomo Dov-Ber Pinchos, miejsce urodzenia Mediolan, Włochy) dzięki swoim intensywnym wysiłkom uwiecznił nazwisko oprawcy rosyjskiego narodu, żyda Trockiego (Lejba Dawidowicz Bronstein).

Pamięć o nim została uwieczniona na pamiątkowej tablicy zamontowanej na ścianie moskiewskiego więzienia Butyrki, i noszącej napis „Wybitni żydzi więzieni w butyrskim zamku”.

UWAGA!!! RED. W-P.PL INFORMUJE, ŻE W ZWIĄZKU Z ZABLOKOWANIEM PRZEZ KREMLOWSKI REŻIM PRAWOSŁAWNEGO PORTALU ROSYJSKIEGO WWW.3RM.INFO, UZUPEŁNIAJĄCE INFORMACJE W TYM MATERIALE PODANE SĄ W OPARCIU O PORTAL  http://andy-sinclair.livejournal.com/411815.html .

a0

Żydowscy przestępcy siedzący w więzieniu Byutyrki świętują chanuka.

Żydowscy przestępcy siedzący w więzieniu Byutyrki, w wielkim stylu, obchodzili święto chanuka. W związku z tym przyjechał do nich specjalnie główny, żydowski rabin Rosji, Berl Lazar, który przywiózł podarki i prezenty. Sądząc po fotografiach to władze więzienne były ukontentowane, wyglądają na posłuszne i chętnie biorą udział w tej imprezie.

Tym razem żyd Berl Lazar przywiózł nie tylko Torę ale i przywiózł ze sobą tablicę pamiątkową, na której uwiecznione są nazwiska żydowskich bandziorów, którzy kiedykolwiek siedzieli w butyrskim więzieniu. Berl Lazar zamocował tablicę z nazwiskami żydowskich bandziorów w zaszczytnym miejscu na ścianie. Tak ona wygląda, jak poniżej.

Tablica pamiątkowa upamiętniająca w butyrskim więzieniu żydowskich bandziorów

Tablica pamiątkowa upamiętniająca w butyrskim więzieniu żydowskich bandziorów

Żyd towarzysz Trocki (Bronstein), czerwony kat Rosji, także zaszczytnie upamiętniony na żydowskiej tablicy w Butyrkach. Jako obelga i upokorzenie Rosjan.

Na tejże tablicy są, po prostu, wypisane nazwiska, nie ma natomiast żadnych wyjaśnień za co siedzieli ci żydzi, są jedynie uwagi w rodzaju: uczony, literat, pisarz. Na tej tablicy widnieje zwłaszcza nazwisko Izaaka Emmanuiłowicza Babela, w wikipedii figurującego jako „rosyjski pisarz”, ale żydzi wiedzą lepiej kto jest Rosjaninem a kto żydem.

Jesienią 1917 roku Babel, po odbyciu kilkumiesięcznej służby wojskowej w randze szeregowca na froncie rumuńskim, zdezerterował i przedostał się do Piotrogrodu gdzie na początku 1918 roku rozpoczął pracę jako tłumacz w wydziale zagranicznym żydowskiej policji politycznej Cze-Ka. Żył bez zmartwień do 1938 roku. Dnia 15 maja 1939 roku Babel został aresztowany na daczy Pieriediełkino pod zarzutem „antysowieckiej spiskowo-terrorystycznej działalności” i pod zarzutem szpiegostwa, przyznał się, że miał kontakty z „trockistami”. W styczniu 1940 roku został rozstrzelany, już w naszych czasach został rehabilitowany. W naszych czasach nie jest to zaskakujące.

 

Historia nauczana w Butyrce

 

 

aa0aa

 

Za: http://3rm.info/main/63288-berl-lazar-uvekovechil-pamyat-trockogo-bronshteyna-v-butyrke.html

Pierwsza połowa 2016 roku upłynęła w Brazylii pod znakiem ostrego kryzysu politycznego, który doprowadził do usunięcia z urzędu prezydent Dilmę Rousseff. 17 kwietnia Izba Deputowanych 342 głosami na 513 przegłosowała wszczęcie procedury impeachment wobec prezydent Rousseff, a 11 maja Senat 55 głosami na 77 zawiesił ją w pełnieniu urzędu.

 

Formalnym powodem były bezprawne działania jej administracji, mające na celu domknięcie budżetu państwa i ukrycie powiększenia deficytu. Wydarzenia te poprzedziły masowe demonstracje i manifestacje uliczne.

„Gazeta Wyborcza”, zachowująca rezerwę wobec brazylijskiej prezydent, skomentowała jej odsunięcie następująco:

„Jak na żenujące standardy panujące w brazylijskiej polityce przewiny Dilmy – jak potocznie zwą ją rodacy – są bardzo niewielkie. Zarzuca się jej oszustwa księgowe, które miały na celu ukrycie prawdziwego deficytu budżetowego w latach 2014-15. Jak twierdzą krytycy, lewicowa pani prezydent chciała, by dziura wydawała się mniejsza, niż była w rzeczywistości, ponieważ postanowiła – pomimo recesji gospodarczej – kontynuować kosztowne programy pomocy socjalnej. Zatem nawet jeśli istotnie dokonała cudu księgowego, to nie osiągnęła osobistych korzyści. Przynajmniej na razie nikt jej tego nie zarzuca.

Parlamentarzyści, którzy ją potępiają, raczej nie są tak bezinteresowni. W kwietniu izba niższa głosowała za odsunięciem Dilmy z urzędu – 367 posłów było za, 136 przeciw. Jak wyliczył brazylijski magazyn „Piauí”, spośród 513 deputowanych, którzy głosowali, 299 postawiono zarzuty prokuratorskie bądź toczą się przeciwko nim śledztwa czy procesy sądowe. Ze wszystkich afer korupcyjnych najgłośniejsza dotyczy Petrobrasu, państwowego koncernu naftowego. Różne prywatne firmy masowo przekupywały polityków w nadziei, że w ten sposób załatwią sobie kontrakty i intratne zlecenia. W gronie podejrzanych jest nawet przewodniczący izby niższej Eduardo Cunha, jeden z najbardziej zaciekłych wrogów prezydent”[1].

Kryzys polityczny w największym kraju Ameryki Łacińskiej ma wszelkie znamiona „kolorowej rewolucji”. Chociaż nie otrzymała ona żadnej nazwy, nie ulega wątpliwości, że jest to „kolorowa rewolucja”. Kryzys ten – zapoczątkowany wielotygodniowymi manifestacjami ulicznymi – doprowadził bowiem do zmiany władzy, która nie cieszyła się sympatią międzynarodowej oligarchii finansowej i jej politycznej ekspozytury w Waszyngtonie.

Jeśli zadamy pytanie, kto skorzystał na odsunięciu prezydent Rousseff, to odpowiedź musi brzmieć, że właśnie ponadnarodowe korporacje i światowa finansjera oraz USA. Bynajmniej nie skorzystało na tym natomiast społeczeństwo Brazylii, dla którego obalenie Rousseff oznacza w dłuższej perspektywie odejście od dotychczasowej polityki społeczno-gospodarczej, wspierającej biedniejsze warstwy społeczne.

„Kolorowa rewolucja” jako typ przewrotu politycznego charakteryzuje się przede wszystkim tym, że jest kierowana z zewnątrz, nie głosi żadnego pozytywnego programu społeczno-politycznego, swe prawdziwe cele ukrywa pod hasłami walki o demokrację, a do jej przeprowadzenia wykorzystuje się realne niezadowolenie i konflikty społeczno-polityczne występujące w danym kraju. Jako detonatora protestów społecznych używa się najczęściej zarzutu fałszowania wyborów, łamania demokracji lub uwikłania władzy w korupcję i afery.

Nieodłącznym elementem „kolorowej rewolucji” jest również to, co Marek Waldenberg nazwał „wojną medialną”. Media nie tylko kreują przekaz propagandowy, ale bezpośrednio wpływają na przebieg konfliktu, np. poprzez nagłaśnianie fałszywego i jednostronnego obrazu wydarzeń, czy torpedowanie możliwości dojścia stron do kompromisu[2]. Z tym wszystkim mieliśmy do czynienia także podczas kryzysu politycznego w Brazylii.

Afera Petrobrasu

Jak wspomniano wyżej, Rousseff formalnie zarzucono nadużycie władzy polegające na ukryciu rzeczywistego deficytu budżetowego w latach 2014-2015 po to, by można było kontynuować programy socjalne.

Detonatorem całego kryzysu stała się jednak tzw. afera Petrobrasu. Korupcja jest w Brazylii chlebem powszednim, ale afera ujawniona pod koniec 2014 roku przerosła w tej mierze wszystko, co było dotychczas. 23 prezesów i menedżerów państwowego monopolu naftowego Petrobras oraz dziewięciu wielkich koncernów było od 2006 roku uwikłanych w sieć korupcyjnych powiązań.

Z zawyżanych kontraktów wyprowadzali (kradli) ogromne sumy na prywatne konta oraz do partyjnych kas rządzącej centrolewicowej Partii Pracujących (PT) i opozycyjnej Partii Socjaldemokratycznej Brazylii (PSDB, wbrew nazwie jest to neoliberalna partia centroprawicowa). Afera stała się tym bardziej bulwersująca, że korupcyjna sieć działała w czasie, gdy prezesem rady dyrektorów Petrobrasu była późniejsza prezydent Dilma Rousseff (lata 2003-2010)[3]. Zaprzeczyła ona, że posiadała wiedzę na temat korupcyjnej ośmiornicy, ale jej autorytet w społeczeństwie został nadszarpnięty.

Rousseff nie została objęta dochodzeniem prokuratorskim, ale to na niej skupił się gniew uczestników protestów ulicznych, które miały miejsce w pierwszych miesiącach 2016 roku. Bezpośrednią przyczyną protestów była jednak pogarszająca się sytuacja gospodarcza kraju. Afera Petrobrasu i tzw. kreatywna księgowość administracji prezydenckiej stanowiły elementy uzupełniające obraz sytuacji kryzysowej.

Wówczas opozycja przeszła do ataku. Inicjatorem wszczęcia procedury impeachment wobec Rousseff był przewodniczący Izby Reprezentantów Eduardo Cunha. Problem w tym, że ciążą na nim podejrzenia o udział w aferze Petrobrasu, podobnie jak na kilku członkach komisji parlamentarnej, która zajmowała się wnioskiem o usunięcie Rousseff ze stanowiska. Nie można wykluczyć, że usunięcie Rousseff z urzędu miało na celu niedopuszczenie do wyjaśnienia przez nią afery Petrobrasu i ukarania winnych (co zadeklarowała) i że za protestami ulicznymi stały te same osoby i siły polityczne, które wszczęły wobec Rousseff procedurę impeachment.

Dziennikarka TVN-24 Katarzyna Guzik zauważyła, że „dziennik „Correio Braziliense” opublikował zdjęcie, które zrobiło furorę w mediach społecznościowych. Widać na nim wybierającą się na protest parę młodych białych Brazylijczyków, za którymi kroczy ciemnoskóra niania pchająca wózek z ich córeczką. Dla niektórych ta fotografia stała się dowodem na to, że w demonstracjach biorą udział przedstawiciele wyższej klasy średniej, którzy nie chcą się dzielić swoim nagromadzonym bogactwem. (…)

Brazylijska klasa średnia systematycznie się powiększa, bieda i nierówności społeczne pozostają poważnym problemem. Wiele osób wciąż ma w pamięci, że to właśnie Lula zrobił najwięcej, by tę sytuację zmienić, a za czasów rządów jego i Rousseff rzeszom obywateli przywrócona została godność i podmiotowość. Zdaniem ich obrońców uprzywilejowana, w większości biała część społeczeństwa o poglądach liberalnych i prawicowych wykorzystuje skandal w Petrobras, by odsunąć od władzy nielubianych przywódców i przejąć władzę”[4].

Sama Rousseff skomentowała usunięcie jej z urzędu krótko: „zostałam ukarana za zbrodnię, której nie popełniłam” i określiła przeprowadzoną procedurę impeachment jako „zamach stanu”[5]. Ma w tym niemało racji. Jej następcą jako p.o. prezydenta został Michel Temer – lider liberalnej Partii Ruchu Demokratycznego Brazylii (PMDB), powiązany z brazylijskim wielkim kapitałem agrarnym.

Według serwisu WikiLeaks był on od 2006 roku informatorem ambasady USA w Brazylii[6]. Temer cieszy się poparciem sondażowym w wielkości 2 proc., a ze względu na ciążące na nim zarzuty korupcji miał zakaz kandydowania w wyborach do jakiejkolwiek funkcji publicznej. Został tymczasowym prezydentem, ponieważ był dotychczasowym wiceprezydentem. A był nim tylko dlatego, że PMDB weszła w 2014 roku w koalicję z PT, ale potem z tej koalicji wystąpiła i stała się wrogiem numer jeden dla rządu Rousseff.

Przejęcie prezydentury przez Temera oznacza odejście Brazylii od dotychczasowej polityki społecznej, wspierającej uboższe warstwy, oraz emancypacyjnej i antyamerykańskiej linii w polityce zagranicznej. W nowym gabinecie znaleźli się wyłącznie neoliberałowie, którzy nawet nie ukrywają, że reprezentują interesy rodzimej oligarchii i międzynarodowych, głównie amerykańskich korporacji, spoglądających z pożądaniem na brazylijskie zasoby, które niebawem zostaną poddane „prywatyzacji”.

Siedmiu nowych ministrów ma zarzuty korupcyjne. Neoliberalna prawica zyskała dzięki wykorzystaniu sytuacji kryzysowej możliwość utworzenia rządu, który ze swoim programem drakońskich cieć budżetowych i wyprzedaży państwowych aktywów (m.in. ziemi amerykańskim korporacjom) nie miałby w Brazylii najmniejszych szans na zdobycie władzy w wyborach demokratycznych.

Polityczna uczennica Luli

Luiz Inácio Lula da Silva – współtwórca Partii Pracujących, prezydent Brazylii w latach 2003-2011, jedna z najważniejszych postaci współczesnej Ameryki Łacińskiej – może zostać śmiało określony mianem politycznego wychowawcy Dilmy Rousseff. Ameryka Łacińska po przejściu koszmaru proamerykańskich dyktatur wojskowych w latach 60. i 70. XX wieku oraz neoliberalnej „terapii szokowej” w latach 80. i 90. XX wieku, nieoczekiwanie weszła z początkiem XXI stulecia w okres emancypacji politycznej i ekonomicznej od potężnego mocarstwa z Północy.

Emancypacji tej dokonały narodowo-lewicowe ruchy polityczne, odwołujące się do różnych nurtów lewicowości: marksizmu, socjaldemokracji, boliwarianizmu, lewicy chrześcijańskiej i teologii wyzwolenia, ale także do nacjonalizmu. Ich wspólnym mianownikiem był silny antyamerykanizm, odrzucenie neoliberalizmu oraz dążenie do szukania i budowania „trzeciej drogi”. Najbardziej radykalne oblicze przemiany te przyjęły w Wenezueli (Hugo Chávez), Brazylii (Lula da Silva) i Boliwii (Evo Morales). Mniej radykalny przebieg miały w Argentynie, Chile, Urugwaju, Peru, Ekwadorze, Salwadorze, Nikaragui i Hondurasie.

Dilma Rousseff jest córką Petyra Rusewa – działacza Bułgarskiej Partii Komunistycznej – który po przyjeździe do Brazylii w latach 30. XX wieku zmienił personalia na Pedro Rousseff i został drobnym przedsiębiorcą.

W okresie dyktatury wojskowej (1964-1985) Dilma Rousseff brała udział w zbrojnym lewicowym ruchu oporu (Oddziały Wyzwolenia Narodowego). W latach 1970-1972 była z tego powodu więziona i torturowana. Legalną działalność polityczną rozpoczęła w latach 80. XX wieku, stając się z biegiem czasu znanym politykiem PT i bliską współpracowniczką Luli da Silvy. W jego gabinecie była początkowo ministrem górnictwa i energii, a od 2005 roku szefem kancelarii prezydenta.

Ze wsparciem Luli wygrała też wybory prezydenckie w 2010 i 2014 roku. Swojemu politycznemu mentorowi odwdzięczyła się, kiedy w marcu 2016 roku wszczęto przeciwko Luli da Silvie śledztwo w związku z aferą w koncernie Petrobras[7]. Zaoferowała mu wówczas stanowisko ministra stanu oraz szefa swojej kancelarii, by mógł znaleźć się pod ochroną immunitetu.

Rozmowa telefoniczna w tej sprawie pomiędzy nią a byłym prezydentem została nieoczekiwanie ujawniona przez media i odpowiednio przedstawiona opinii publicznej. Media – szczególnie prywatne – wyszły tutaj poza rolę informacyjną i stały się kreatorem kryzysu politycznego („kolorowej rewolucji”). Wspierany przez te media lider opozycyjnej PSDB Silvio Torres zarzucił władzom, że mianowanie Luli jest łamaniem prawa i narzędziem walki z demokracją, a na ulicach natychmiast znalazły się setki tysięcy manifestantów[8]. Uruchomiony został bieg wypadków, który doprowadził do usunięcia prezydent Rousseff ze stanowiska.

Nazwanie tych wydarzeń „kolorową rewolucją” lub „zamachem stanu” wydaje się zatem w pełni uprawnione. Sam impeachment jest bezpodstawny, ponieważ Rousseff nie udowodniono żadnego z przestępstw, które konstytucja Brazylii wymienia jako możliwe powody odsunięcia urzędującego prezydenta od władzy. Był to najzwyklejszy spisek opozycji, która zdołała zabezpieczyć wystarczającą liczbę głosów w parlamencie.

Udało się jej to dlatego, że znaczna część brazylijskiej „klasy politycznej” była uwikłana w aferę Petrobrasu znacznie poważniej niż Rousseff i Lula, a obalenie Rousseff pozwoliło zniweczyć zainicjowane przez nią wielkie śledztwo antykorupcyjne pod kryptonimem „Lava Jato”. Ewentualny sukces tego śledztwa groził więzieniem setkom brazylijskich polityków wszystkich opcji.

Rzeczywistą przyczyną upadku lewicowej prezydent Brazylii nie była jednak wcale afera Petrobrasu, ani zarzucane jej ukrywanie deficytu budżetowego. Przyczyną był narastający kryzys gospodarczy, który coraz bardziej podkopywał fundamenty państwa socjalnego[9].

Do załamania państwa socjalnego doszło nie tylko w Brazylii, ale przede wszystkim w Wenezueli – liderce narodowo-lewicowej emancypacji Ameryki Łacińskiej u progu XXI wieku. Stało się tak na skutek gwałtownego spadku cen ropy naftowej. Największym mankamentem państwa socjalnego w Brazylii oraz „socjalizmu XXI wieku” w Wenezueli było bowiem to, że atrakcyjne dla warstw uboższych, rozbudowane programy socjalne oparto na dochodach ze sprzedaży ropy naftowej. Z chwilą załamania się cen ropy załamał się „socjalizm XXI wieku” w Wenezueli i stało się to jeszcze przed śmiercią Hugo Cháveza w marcu 2013 roku. Jego następca – Nicolás Maduro – nie był w stanie powstrzymać bankructwa państwa, co zaowocowało utratą władzy przez chavistów w grudniu 2015 roku. Załamanie gospodarcze w Brazylii nie było tak głębokie jak w Wenezueli, ale i tak doprowadziło w konsekwencji do kryzysu politycznego.

Rodzi się pytanie jak duży wpływ na spadek cen ropy naftowej miały działania międzynarodowych korporacji oraz mocarstwa z Północy? Nie ulega bowiem wątpliwości, że spadek cen ropy uderzył w gospodarki krajów, które na dochodach z przemysłu naftowego opierają zwłaszcza swoją politykę społeczną (Brazylia, Wenezuela, Rosja). Kraje te są postrzegane przez USA jako geopolityczni przeciwnicy, co daje podstawę do podejrzeń, że za spadkiem cen ropy nie stała tylko sama „niewidzialna ręka rynku”.

Lewicowy publicysta Jarosław Pietrzak uznał za główną przyczynę obalenia Rousseff to, że wypracowana przez Lulę da Silvę filozofia rządzenia „sprowadzała się do wprowadzania umiarkowanie postępowych reform i programów społecznych na tyle, na ile to możliwe bez konfrontacji z najpotężniejszymi rodzinami Brazylii i uderzania w interesy oligarchów.

Opierała się na wierze, że można (stopniowo) rozwiązać problem biedy, nie rozwiązując problemu bogactwa. Oczywiście, że nie można. Lula potrafił takim układem w miarę skutecznie zarządzać nie tylko dlatego, że ma ogromny talent polityczny (który rzeczywiście posiada; drugą kadencję zamknął z 85-procentowym poparciem społecznym). Także dlatego, że z jego rządami zbiegła się wspaniała międzynarodowa koniunktura na brazylijskie surowce i politykę umiarkowanej redystrybucji dało się finansować ze wzrostu gospodarczego i z bonanzy eksportowej, nie odbierając nic obscenicznie bogatym brazylijskim elitom.

Koniunktura ta to już jednak pieśń przeszłości, a Brazylię dosięgły w końcu skutki światowego kryzysu. Oligarchiczne brazylijskie elity, których władzy i stopnia przywileju kilkanaście lat rządów PT nie próbowało nawet ograniczyć, postanowiły teraz tę władzę wykorzystać, żeby obalić rząd i za pomocą neoliberalnych reform przerzucić na biedniejszą większość Brazylijczyków koszty kryzysu ekonomicznego.

Błędy i zaniechania, jeśli chodzi o politykę „nieruszania” oligarchów, widać szczególnie jaskrawo na przykładzie wielkich mediów. W Brazylii wszystkie one są prywatne i znajdują się w rękach właściwie pięciu rodzin (są też mniej lub bardziej prawicowe), a telewizyjna korporacja Globo jest prawdziwą potęgą i ma tradycję popierania prawicowej dyktatury, która rozpoczęła się zamachem stanu 1964 roku. PT nigdy nie odważyła się rozbić tych gigantów, które teraz były aktywnym uczestnikiem gry o obalenie Rousseff”[10].

Jest w tej opinii sporo prawdy. Próba trwałego wprowadzenia konsensusu, polegającego na godzeniu korzystnej dla biedniejszej części społeczeństwa redystrybucji dochodu narodowego z respektowaniem interesów rodzimej oligarchii, nie mogła wytrzymać sytuacji kryzysowej. Pytanie tylko czy PT mogła prowadzić politykę uderzającą bezpośrednio w materialną pozycję brazylijskiej oligarchii i amerykańskiego biznesu bez narażania się na otwarty konflikt Brazylii z mocarstwem z Północy?

Czyszczenie przedpola?

Wraz z upadkiem politycznej uczennicy Luli da Silvy i tymczasowym objęciem prezydentury przez Temera do władzy w Brazylii doszli neoliberałowie, reprezentujący tradycję polityczną całkowicie przeciwną tej, której wyrazicielami byli Lula i Rousseff.

Tradycję tę najpełniej wyraził marszałek Humberto de Alencar Castelo Branco, który po przewrocie wojskowym z 31 marca 1964 roku powiedział, że „co jest dobre dla Stanów Zjednoczonych, jest dobre dla Brazylii”. Jest to tradycja miejscowej oligarchii, mającej oparcie głównie w wielkiej własności ziemskiej i powiązanej siecią zależności z amerykańskim kapitałem, która dla obrony własnych interesów jest gotowa uzgadniać priorytety polityki brazylijskiej z interesami Białego Domu oraz połączyć swoje siły z amerykańskimi korporacjami w dziele grabieży Brazylii z jej zasobów.

Zmiana władzy w Brazylii wpłynie na kształt świata w najbliższych latach. Jest to bowiem piąty najludniejszy kraj globu (207,8 mln mieszkańców), który przez kilkanaście lat rządów PT był jednym z najaktywniejszych podmiotów na arenie międzynarodowej. W 2003 roku Brazylia pomogła stworzyć G-20 i zorganizować szczyt IBSA (Indie-Brazylia-Afryka Południowa). W 2004 roku odegrała aktywną rolę w utworzeniu MINUSTAH (Misji Stabilizacyjnej Narodów Zjednoczonych na Haiti). Wraz z Indiami, Niemcami i Japonią utworzyła G-4, mającą na celu reformą Rady Bezpieczeństwa ONZ. W 2005 roku współorganizowała pierwszy Szczyt Państw Południowoamerykańskich i Arabskich.

W 2006 roku współtworzyła Strukturalny Fundusz Konwergencyjny Mercosur, funkcjonujący jako fundusz transferów gotówkowych z Brazylii i Argentyny na wspieranie rozwoju mniejszych krajów, takich jak Paragwaj czy Urugwaj. W tym samym roku miał też miejsce pierwszy Szczyt Południowoamerykańsko-Afrykański. W 2007 roku Brazylia uczestniczyła w powołaniu Banco del Sur (Bank Południa) i zawarła strategiczne porozumienie z Unią Europejską. W 2008 roku podpisała Traktat Założycielski UNASUR (Unia Narodów Południowoamerykańskich).

W 2009 roku Brazylia zawarła porozumienia handlowe z Indiami, co wkrótce stało się podstawą zinstytucjonalizowania sojuszu BRICS (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny, RPA). Brazylia zawarła też strategiczny sojusz z Francją, którego częścią jest daleko posunięta współpraca wojskowa. W 2010 roku miał miejsce pierwszy szczyt Ameryki Łacińskiej i Karaibów, w którym nie wzięły udziału USA, co pozwoliło na powołanie Wspólnoty Państw Ameryki Łacińskiej i Karaibów (CELAC), w czym dyplomacja brazylijska miała znaczący udział.

W okresie rządów Luli i Rousseff Brazylia stała się jedną z głównych sił na świecie stawiających opór Imperium Północnoamerykańskiemu. Wraz z innymi narodowo-lewicowymi rządami Ameryki Łacińskiej Brazylia odmówiła udziału w amerykańskiej „wojnie z terroryzmem” oraz krytykowała eskalację przemocy w stosunkach międzynarodowych. Swoim potencjałem militarnym chroniła też narodowo-lewicowe rządy w sąsiednich krajach przed realnym niebezpieczeństwem amerykańskich „interwencji”.

Jeśli neoliberalna prawica po obaleniu Rousseff utrzyma władzę w Brazylii, to kraj o tak ogromnym znaczeniu dołączy do grona bezkrytycznych sojuszników i wielbicieli USA, które ponadto odzyskają swobodę kształtowania całego regionu zgodnie z własnymi interesami. Ma to miejsce w momencie coraz większej nieprzewidywalności zawsze agresywnej polityki amerykańskiej.

Prawdopodobnie nie jest przypadkiem, że ambasadorem USA w Brazylii od 2013 roku jest Liliana Ayalde, ta sama, która kierowała ambasadą USA w Paragwaju, kiedy w identyczny sposób jak w Brazylii opozycja usunęła 22 czerwca 2012 roku tamtejszego prezydenta Fernando Lugo – równie niemile widzianego w Waszyngtonie jak Dilma Rousseff[11]. Nawet jeżeli nie da się dostrzec bezpośrednio udziału USA w brazylijskiej „kolorowej rewolucji”, to można się go domyśleć.

Nie jest przecież tajemnicą, że USA przygotowują się do geopolitycznej konfrontacji (możliwe, że zbrojnej) z Chinami, które są drugą, a mają ambicję stać się pierwszą gospodarką świata.

Amerykańska geopolityka dzieli Eurazję („Wyspę Świata”) na Rimland (Obrzeża Lądu) i Heartland (Serce Lądu). Utrzymanie amerykańskiej dominacji politycznej i gospodarczej w świecie wymaga kontroli Rimlandu (Europa Zachodnia, Bliski Wschód, Azja Południowo-Wschodnia) i odpychania od niego mocarstw z Heartlandu (Rosja, Chiny).

Wyeliminowanie lub zneutralizowanie Rosji ma dla Waszyngtonu znaczenie o tyle, że jest ona sojusznikiem Chin. Z kolei głównymi sojusznikami Rosji i Chin w Ameryce Łacińskiej – a więc na obszarze zawsze uważanym przez USA za ich bezpośrednie zaplecze i wyłączną strefę wpływu – są Wenezuela i Brazylia. Z tej roli właśnie wypadły. Wenezuela na skutek wyniszczającego kryzysu gospodarczego i utraty władzy przez chavistów, a Brazylia w wyniku obalenia prezydent Rousseff.

Brazylię od dawna otaczał cały kordon amerykańskich baz wojskowych, rozlokowanych na Karaibach, w Kolumbii i Peru. Rządy PT były w Waszyngtonie postrzegane – czego nie ukrywano – jako zagrożenie dla neoliberalnego kursu i globalnego porządku określanego jako Pax Americana. Nagłe i bezpardonowe obalenie Dilmy Rousseff oznacza, że USA przystąpiły do rozbijania BRICS, a więc do czyszczenia przedpola przed konfrontacją z Chinami i Rosją.

[1] M. Zawadzki, Brazylia detronizuje prezydent Dilmę Rosusself, http://www.wyborcza.pl, 11.05.2016.
[2] R. Starosielec, Mechanizmy i istota „kolorowych rewolucji”, „Polityka Polska” nr 2 (10), Warszawa 2016, s. 75-78; M. Waldenberg, Rozbicie Jugosławii. Jugosłowiańskie lustro międzynarodowej polityki, t. I, Warszawa 2005, s. 186-193.
[3] M. Stasiński, Brazylią wstrząsa gigantyczna afera korupcyjna, http://www.wyborcza.pl, 20.11.2014.
[4] K. Guzik, Skandal stulecia zaczął się od myjni samochodowej, http://www.tvn24.pl, dostęp 11.06.2016.
[5] Prezydent Brazylii oficjalnie zawieszona w obowiązkach. Dilma Rousseff: To zamach stanu, http://www.wiadomosci.dziennik.pl, 12.05.2016.
[6] J. Pietrzak, Michel Temer i Waszyngton, http://www.jaroslawpietrzak.com, dostęp 11.06.2016.
[7] Były prezydent Brazylii Luiz Inácio Lula da Silva aresztowany, http://www.rp.pl, 4.03.2016.
[8] J. Majewski, Czarne chmury zawisły nad Brazylią, http://www.pl.blastingnews.com, 22.03.2016.
[9] Polityczne trzęsienie ziemi w Brazylii, http://www.polskieradio.pl, Polskie Radio 24, 1.04.2016.
[10] J. Pietrzak, Zamach stanu, http://www.jaroslawpietrzak.com, dostęp 11.06.2016.
[11] Imperial Desings? Current US Ambassador to Brazil Served in Paraguay Prior to 2012 Coup, http://www.telesurtv.net, 14.05.2016.

Bohdan Piętka
http://konserwatyzm.pl

Pacyfikacja była dziełem jednostek policji i wojska niemieckiego, które miały za zadanie zrealizować nakreślone cele polityczne, a także zastraszyć i sterroryzować społeczeństwo polskie.

Niestety w wykonaniu tego zadania swój udział mieli też nieliczni ludzie z galerii miejscowych, małych przestępców wojennych. Wykazywali oni w swym działaniu wiele inicjatywy i gorliwości bez której trudne byłoby wykonanie tak wielkiej zbrodni. Ale współpraca z okupantem to także udział w komisjach kontyngentowych, kwalifikacji do służby w „Junakach” (Baudienscie) i do robót przymusowych, likwidacja i wyprzedaż sklepów pożydowskich itp.

W pacyfikacji zginęli nie tylko członkowie podziemia w wyniku zdrady ale i wielu innych z osobistych porachunków i donosów wszelkich mętów, które znalazły wspólny język z okupantem. Starsze pokolenie pamięta ich twarze, nazwiska i zdarzenia z ich udziałem.

W karty historii miasta zostały wpisane fakty. Zapewne jest to nieprzyjemne dla najbliższych, że ojciec, brat czy ktoś z rodziny z najniższych pobudek stał się zdrajcą własnego narodu i tylko los szczęścia, a może zawahanie sprawiły, że uniknęli hańbiącego lecz sprawiedliwego wyroku. Ale prawdy tej nikt nie może zmienić. Tak jak nie można zmienić faktu, że współczesna nasza tragedia rozegrała się u stóp wzniesienia, które przed laty wybrali nasi pradziadowie na miejsce, na którym miało powstać nowe miasto, a jego mieszkańcy mieli istnieć i żyć w szczęściu i spokoju. Jeszcze w okresie międzywojennym, ze szczytu wzniesienia można było ujrzeć wieże kościoła, bazylikę, kopułę cerkwi i dachy bożnic. Ten mariaż kościelno-cerkiewno-bożniczy łączący przez wiele lat na różnych płaszczyznach wszystkich mieszkańców, potrafił nagle przemienić się w konflikt i nienawiść. Stało się to między innymi za sprawą działania „ludzi” którzy na wieki przeklętymi zostali przez ich ofiary.

Lecą lata, siwieją głowy i rokrocznie coraz mniej uroczyście i coraz mniej świadków tamtych zdarzeń uczestniczy w rocznicowych obchodach. Jeszcze parę lat i wspominać będą ten epizod z historii leżajszczyzny tak jak my wspominamy dawne najazdy Tatarów, klęski pomorów i powstań przed dawnymi laty. Wśród wielu paradoksów naszego życia jeden skłania do refleksji. Po tych samych leżajskich ulicach udając, że nic o sobie nie wiedzą, chodzą wnukowie ofiar i prześladowców.

WOJNA I OKUPACJA

leżajskZapewne nikt z mieszkańców Leżajska nie przewidywał, że zbliżająca się wojna w 1939 r. będzie tak okrutna w swej formie, że śmiertelnym wrogiem może być też sąsiad, kolega z ławy szkolnej lub znajomy. Być może, że najbliższymi prawdy, w swych przewi­dywaniach byli leżajscy Żydzi bowiem pierwszego września, w piątkowy wieczór szabatowych modłów, grozę rozpoczętej wojny potęgował wydający się z miejscowych synagog krzyk nie do opisania i lament córek i synów ich narodu, który już poznał smak hitlerowskich pogromów, a czego sami doświadczyć mieli już za kilka dni. Wkrótce nad miastem ukazały się nieprzyjacielskie samoloty, zwiastuny zła. Byli też pierwsi zabici i ranni. Dramat potęgowały fale cywilnych uciekinierów będących w chaotycznej i tragicznej wędrówce do „nikąd”, a także oddziały polskiego żołnierza podążającego w przeciwnym kierunku prawdopodobnego frontu. Trzeba było uświadomić sobie, że „stało się”. W samych działaniach wojennych 1939 r. miasto nie poniosło jeszcze zbyt wielkich strat. Zanotowano nieliczne ofiary nalotów bombowych wśród mieszkańców i niewielkie zniszczenia domostw. Na czas nalotów, dziwnym zbiegiem okoliczności, malał przepływ uchodźców i wycofujących się wojsk, co zmniejszało zainteresowanie lotnictwa nieprzyjacielskiego, a zamierzone i przeprowadzone naloty były ku szczęściu mieszkańców i  miasta mało skuteczne. Próba przygotowanej przez nasze wojsko czasowej obrony przeprawy przez most na Sanie w Starym Mieście mogła mieć dla miasta fatalne skutki. Prawidłowa ocena dowództwa o minimalnych szansach powodzenia przeprawy i podjęta decyzja o opuszczeniu miasta bez walki, spowodowała uchronienie go od totalnego zniszczenia.

Wszelkimi drogami, w tumanach opadającego kurzu, wśród szpalerów popielatych przydrożnych drzew, w przepięknej słonecznej i upalnej pogodzie, w kierunku Sanu, za cofającą się naszą armią, jechali lub szli żołnierze w obcych mundurach, mówiący obcym językiem. Byli już znienawidzeni, choć czasem stwarzali pozory zwycięzców szanujących pokonanych.

Na miejskiej tablicy ogłoszeniowej przy ulicy Rzeszowskiej, powitał ich w całej okazałej krasie, budzący w narodzie tyle nadziei, wymowny w szacie graficznej afisz. Jego treść „Silni – Zwarci – Gotowi” w zaistniałej sytuacji była już tylko testamentem do spełnienia przez następne pokolenia. W tym zgiełku tragicznych odczuć i skojarzeń dla nas Polaków, dziwnym i niezrozumiałym był przypadek kiedy sąsiad czy znajomy radował się na widok obcego munduru. Nagle zapominał polskiej mowy bełkocząc coś nieopanowanym niemieckim lub ukraińskim językiem. Później wszystko stało się zrozumiałe.

Niemiecka okupacja rozpoczęła się w Leżajsku w środę, 13 września 1939 r. Od wczesnych godzin rannych, za ostatnimi wycofującymi się za linię Sanu żołnierzami Armii „Kraków” do miasta wjechały zmotoryzowane oddziały wojsk niemieckich. Natychmiast ujawniła swą działalność, miejscowa V Kolumna. Już 15 września, oficjalną delegację armii niemieckiej z pierwszym Komendantem Miasta przyjął wraz z miejscowymi Volksdeutscherami w Zarządzie Miasta, ubrany w mundur członka SA, inż. Weissbrott. Od 1939 r. zatrudniony był w Leżajsku przez władze wojewódzkie, w charakterze geodety jako człowiek godny zaufania i szacunku. Do współpracy przystąpili także niektórzy Ukraińcy.

W wyniku nowego podziału administracyjnego Generalnego Gubernatorstwa, Leżajsk znalazł się w starostwie jarosławskim. Przez powstałą w Jarosławiu placówkę Gestapo przeszło później wielu leżajszczan zanim trafili do więzień, obozów koncentracyjnych lub miejsc straceń. Miejscowy posterunek żandarmerii niemieckiej policji granatowej i ukraińskiej mający siedzibę w budynku sądu, przez całą okupację terroryzował mieszkańców. Stałymi gośćmi tej placówki byli znani z okrucieństwa jarosławscy gestapowcy.

Jako pierwsi skutków okupacji doświadczyli leżajscy Żydzi. 15 września spłonęły bożnice. W pierwszych dniach października poza linią demarkacyjną, przebiegającą 11 km od miasta, wypędzono większość ludności żydowskiej. Ta, która pozostała w mieście i ta która po wypędzeniu powróciła do miasta, stała się obiektem prześladowań. Praktycznie, z nielicznymi wyjątkami została wymordowana. Ostatnich dwóch Zeibli, zamieszkałych przy Placu Szkolnym zastrzelono późną wiosną 1944 r. Znaleziono ich na strychu sąsiedzkiego pożydowskiego domu zamienionego na magazyn soli, w którym ukrywali się po ucieczce z obozu pracy w Stalowej Woli.

3 listopada 1939 r. przed rocznicowym świętem niepodległości, rozpoczęły się aresztowania Polaków. Wśród nich znaleźli się nauczyciele szkół średnich i podstawowych. Była to pierwsza akcja mająca na celu zastraszenie ludności. Wprowadzono obowiązek okresowego meldowania się na Komendzie Miasta wszystkich oficerów i podoficerów byłej armii polskiej. Przez całą okupację zmuszano ludność do poniżających prac i wywożono na roboty przymusowe do Niemiec. Obowiązywał głodowy system kartkowy. Na kontyngent zabierano praktycznie wszystko. Ograniczono szkolnictwo bez podręczników. Aresztowania połączone z torturowaniem, rozstrzeliwania, stały się już rzeczą codzienną w życiu mieszkańców.

Najtragiczniejszym dla ludności polskiej był piątek, 28 maja 1943 roku. Sama nazwa represji „pacyfikacja” jest jednoznacznym określeniem przeprowadzonych działań, bez względu na ilość ofiar, była działaniem przeciwko narodowi polskiemu, przeciwko mieszkańcom zaangażowanym w działalność konspiracyjną.

Leżajsk od pierwszych dni okupacji stał się terenem konspiracyjnej, antyhitlerowskiej działalności. W późniejszym okresie, w najbliższej okolicy, zbrojne oddziały partyzanckie bardzo niepokoiły okupacyjne władze. Pierwsze ślady zorganizowanej konspiracji, to miesiąc listopad lub grudzień 1939 r. Pierwszą prasę podziemną przywoził i kolportował Adam Rycek-Koszacki. Po aresztowaniu, świadom grożącego mu niebezpieczeństwa zdecydował się na zażycie stale noszonej trucizny. Taki był koniec, nieznanego bliżej ogółowi, pierwszego żołnierza leżajskiego podziemia.

Dziś, z perspektywy kilkudziesięciu lat można wyraźniej ocenić jak trudna była to działalność w skomplikowanej sytuacji narodowościowej, bowiem w Leżajsku społeczeństwo podzielone było na cztery grupy, tj.: Polaków, Żydów, Ukraińców i Niemców z mieszanymi małżeństwami. Dokładne rozeznanie środowiska było zarówno utrudnieniem jak i ułatwieniem tak dla obrony jak i dla akcji represyjnych. Z polskiej grupy narodowościowej poza nawias społeczny zostali wyrzuceni wszyscy, ci którzy znaleźli się wśród szpicli, konfidentów, prostytutek itp. Nie ponieśli oni zasłużonej kary bo czym było ogolenie kilku głów „panienek” lub zbicie kilku tyłków i likwidacja jednego agenta Kazimierza Trybki. Dla sprawiedliwej i rzeczowej oceny tego okresu, aby nie uczynić nikomu krzywdy, koniecznym jest stwierdzenie o nieszkodliwej postawie wobec ludności polskiej kilku Ukraińców i Niemców.

PACYFIKACJA

lezajsk ssCiąg pewnych wydarzeń poprzedzających pacyfikację Leżajska był powodem różnych domysłów społeczeństwa, sztabowych narad okupanta i prawdopodobnie władz konspiracyjnych. Niewtajemniczeni byli autorami najprzedziwniejszych komentarzy. Okupant po stracie swego współpracownika K. Trybki, uaktywnił służby wywiadowcze i skutecznym uderzeniem chciał zlikwidować powstałe zagrożenie. Konspiracja, po złudnym zwycięstwie jakim była likwidacja kolaboranta zapłaciła najwyższą cenę. Jakiekolwiek usprawiedliwienia czy krytyki są dziś zbyteczne. Pozostaje natomiast wiele pytań a wśród nich: jak oceni historia konspiracyjną działalność leżajskiego dowództwa AK zaaresztowanego w najprostszy sposób. Zostali przecież zaskoczeni przez okupanta we własnych domach.

Uporządkujmy wydarzenia poprzedzające pacyfikację.
4 maja podziemie zlikwidowało Michała Wania. 4 maja Jan Raźnikiewicz ps. „Konik” w ostatniej chwili uniknął aresztowania opuszczając zagrożony teren. 20 maja na folwarku w Wierzawicach Gestapo, w nieustalonych okolicznościach, aresztowało kpt. Tadeusza Nowakowskiego ps. „Sęp”. 21 maja zlikwidowano w lesie k/Stojadła groźnego konfidenta K. Trybkę. Mimo wielokrotnych ostrzeżeń nie   zaprzestał   kolaboranckiej   działalności. Przed wykonaniem wyroku przyznał się z kim współpracował i co robił, licząc na darowanie życia. Podstawowym zadaniem agenta było sporządzanie list członków organizacji niepodległościowych, ich sympatyków i podejrzanych o współpracę z ruchem oporu. 24 maja komentowano wiadomość o zastrzeleniu też koło Stojadła Waleriana Mirka, późniejszego sprawcę pacyfikacji. W kursującej i chyba celowo podsycanej plotce powtarzano, że zabiła go organizacja wojskowa.

Podobno wiedziano, że sytuacja dla członków konspiracji była bardzo groźna a mimo tego, nie doceniano sprytu Gestapo, wierząc w szczęście i przeznaczenie. Pacyfikacja Leżajska, została przez okupanta w naj­większej tajemnicy, bardzo dokładnie przygotowana i zorganizowana, ale mimo tego kilka dni wcześniej powtarzane już były dyskretne informacje o rzekomych przygotowaniach do większych aresztowań. Informacje te chyba znowu zbagatelizowano, tym bardziej, że wiedziano już o podobnych akcjach w najbliższym sąsiedztwie gdyż np. 7 maja w skali nieporównywalnej do Leżajska spacyfikowano pobliską Giedlarowę i 8 maja Przewrotne. A przecież członkowie ruchu oporu dysponowali dokładniejszą informacją aniżeli przeciętni obywatele.

26 maja nie bez znaczenia był wyjazd w tym dniu większości niemieckiego garnizonu wojskowego stacjonującego w Leżajsku. Może liczono się z możliwością kontaktu mieszkańców z wojskiem gdyż żołnierzami byli często Polacy z Pomorza przymusowo wcieleni do wojska, Austriacy lub Ślązacy a ich stosunek do ludności był zróżnicowany. Kontakty z żołnierzami były ułatwione poprzez znajomość języka niemieckiego gdyż większość starszego pokolenia wychowywała się w byłym zaborze austriackim, a wiele młodzieży posiadało tę umiejętność dzięki nauce w tutejszym gimnazjum.

27 maja po godzinie 22 Komendant Miejskiej Straży Ochronnej Ludwik Maruszak zwolnił osobiście z po­sterunków wszystkie obywatelskie „warty nocne” (Nachwachy) pilnujące w ustalony sposób i w okre­ślonych miejscach miasto. Po godzinie 23 podwożono pod miasto samochodami z wygaszonymi światłami, z kierunków Jarosławia, Łańcuta, Rudnika i Sokołowa -jednostki Wehrmachtu, które szczelnym kordonem do godziny 1 otoczyły miasto. Gęstą tyralierą podeszli w najbliższe sąsiedztwa domów zajmując punkty obserwacyjne na drzewach, płotach itp. Tuż po północy specjalny pociąg przywiózł oddział SS, który po rozładowaniu, rozszedł się po mieście na wcześniej wyznaczone rejony działania. Do oddziału tego dołączyła kompania „Kałmuków”. Miasto podzielono na rejony wzdłuż ulic: Klasztorna, Sanowa, Rzeszowska i tor kolejowy od „czerwonego mostu” do Lip. Spodziewano się ucieczek przez kordon osób szczególnie zagrożonych. W zaroślach, ogrodach, zbożach i w gęstej zabudowie posterunki rozstawiono w maksymalnym zagęszczeniu; po dwóch żołnierzy w odstępach kilkunastu metrów, co ułatwiało wzrokową kontrolę terenu przed i za posterunkami. Zamaskowane gniazda karabinów maszynowych były uzupełnieniem szczelnego kordonu, który praktycznie był nie do przebycia. A jednak miały miejsca przypadki jego przejścia zakończone w większości przykrymi konsekwencjami. Szansę ukrycia mieli tylko ci, którzy dotarli do swych przygotowanych uprzednio kryjówek.

Nastał dzień 28 maja 1943 roku.

Akcja pacyfikacyjna przeprowadzona została siłami około 2000 żołnierzy Wehrmachtu ze 154 dywizji gen. por. Friedricha Altrichtera. Pojedyncze ugrupowania piechoty, której oddziały stacjonowały w całym dystrykcie krakowskim, szkoliły żołnierzy dla potrzeb frontu wschodniego. Pełniły one równocześnie służbę ochronną, wspierając z całym swym okrucieństwem władze policyjne w akcjach pacyfikacyjnych. Ponadto stwierdzono udział w pacyfikacji jednostki kawalerii liczącej 120 – 150 koni, kompani „Kałmuków” i SS żandarmerii ze wszystkich satelitarnych posterunków (tj. Rudnika, Sokołowa, Jarosławia, Łańcuta, Rzeszowa i Przeworska), Gestapo (z Jarosławia, Rzeszowa i Prze­myśla), miejscowego posterunku policji granatowej i ukraińskiej oraz niektórych strażników Straży Miejskiej. Łącznie w pacyfikacji uczestniczyło 2800 – 3000 ludzi. Jak dotąd nie wyjaśniono, w jakich okolicznościach nastąpił przyjazd i odjazd rozkładowego pociągu osobowego do Leżajska około godziny 4-tej z Rozwadowa do Przeworska. Na stacji wsiadło do niego 12-15 osób. Wysiadający natomiast, w większości pracownicy Huty Stalowa Wola powracający z drugiej zmiany, ostrzeżeni przez wsiadających odjechali w kierunku Przeworska. Idących do pociągu kilkakrotnie zatrzymywały patrole wojskowe i policyjne. Nie stwierdzono przypadków zatrzymania lub zawrócenia do domów. Na peronie stacji kilkuosobowy patrol żołnierzy tylko obserwował przyjazd i odjazd pociągu. Prawdopodobnie pociąg ten został odprawiony ze stacji przez dyżurnego ruchu z „przyśpieszeniem” na interwencję jednego z wsiadających. Idący do pociągu patrol żandarmerii nie zdążył wykonać planowanego zadania. Służbowy zegar w biurze dyżurnego ruchu, celowo przyśpieszony, był doskonałym alibi. Przybyły patrol zaraz opuścił stację. W ciągu dnia na przejeżdżające pociągi towarowe zdołało podobno wskoczyć kilku młodych ludzi, którzy w ten sposób uciekli z miasta.

Bezkarność   pozwalała  oprawcom   na  demonstrowanie siły. Rękawy bluz podwinięte do łokci, za pasem i cholewami butów granaty, w rękach broń gotowa do strzału. Obsługi karabinów maszynowych z taśmami naboi przewieszonymi przez ramiona, hełmy maskowane uliścionymi gałązkami. W otrzy­manych przedakcyjnych instrukcjach mieli wyłapać niebezpiecznych bandytów i ludzi ukrywających się przed robotami przymusowymi w Rzeszy.

Do budynku sądu, gdzie urzędowało dowództwo akcji, doprowadzano wszystkich zatrzymanych na podstawie sporządzonych list, zatrzymanych przy próbie przejścia kordonu na zewnątrz i tych do których miano jakiekolwiek zastrzeżenia.

Kilkanaście wieloosobowych grup, w których zawsze byli pracownicy Gestapo, systematycznie kontrolowało wszystkie domostwa i zabudowania. Nie znane są do dziś przyczyny ominięcia kilku domów w różnych częściach miasta i nie kontrolowania ich mieszkańców. Zatrzymanych, figurujących na listach odprowadzano w grupach lub odwożono do sądu. Żandarmeria i Gestapo wzmocnione żołnierzami SS w kilku grupach rozpoczęły działalność od aresztowania osób szczególnie niebezpiecznych. Do osób poszukiwanych, doprowadzani byli przez funkcjonariuszy policji granatowej, ukraińskiej i strażników Straży Miejskiej, a nawet przez przygodnych obywateli. Obmyślana i perfekcyjnie zaplanowana akcja, w pewnych przypadkach także zawodziła. Zaistniały bowiem okoliczności, które przy dozie szczęścia mogły ocalić poszukiwanych. Np. po „Lamparta” poszli bez świadków i nie wiedząc, że Rudolf Jaszowski mieszka u Heleny Kuczek, szukali go w jego domu rodzinnym. Natomiast Antoniego Śliwińskiego poszukiwali na Waldstrasse zamiast na Wallstrasse.

Akcja pacyfikacyjna rozpoczęła się około godziny 3.15 – 3.30 i miała wstrząsający przebieg szczególnie na ulicach Podzamcze (28 Maja), Wałowej i Ogrodowej. Pomimo prób zaskoczenia społeczeństwa rozpoczęta akcja wybudziła wielu mieszkańców, powodując tym samym działania zmierzające do ukrycia lub uchronienia osób najbardziej zagrożonych. Temu celowi służyły kryjówki wykonywane w przedziwnych warunkach i w różnych miejscach. W wielu wypadkach były one kunsztem robót murarskich i stolarskich. Podstawowym warunkiem, który miały spełniać, to możliwość dyskretnego dotarcia do nich, a wiedza o ich istnieniu mogła dotyczyć jak najmniejszej ilości osób. Najczęściej znane były kryjówki tylko ich właścicielom a ich istnienie utrzymywano w największej tajemnicy szczególnie przed dziećmi, bo w każdym przypadku przeszukiwań przez policję, szczególnie dzieci były o nie rozpytywane. Urządzano je najczęściej w obejściach i zabudowaniach niezamieszkałych, które były poza kręgiem podejrzeń policji, np. w lesie, ogrodach i w najdziwniejszych miejscach. W wielu przypadkach nie spełniły one swej roli, właściciel, zaskoczony przez policję nie mógł do niej dotrzeć. Tak było z „Lampartem”. Przemyślna kryjówka, zbudowana w formie ziemnego „bunkra” dokładnie zamaskowanego w ogrodzie rodzinnego domu, nie spełniła swego zadania. Z wielu innych kryjówek szczęśliwie korzystano do końca okupacji i później. Niektóre z nich pozostały do dziś jako relikty tamtych czasów.

Do wystraszonych, najczęściej uciekających strzelano, ukrytych zaś wyciągano i dołączano do konwojów, które zmierzały do sądu, siedziby komendy akcji. Tu, maltretowania nie było końca. Aresztowanych bito, zmuszając do klękania, leżenia, podnoszenia rąk itp. W tragicznym stanie doprowadzony został Rudolf Jaszowski. Mieczysław Kozyra, którego w czasie ucieczki postrzelono w brzuch, został przez współaresztowanych przyniesiony na zabranej komuś krótkiej drabinie. Tu na oczach zatrzymanych zabito go strzałami z pistoletu w głowę. Wszyscy zatrzymani od kilku do kilkunastu godzin oczekiwali na przesłuchanie przez komisję stwarzającą pozory sądu. Dziś znana jest przyczyna jej zaaranżowania. Różny był los 270 – 300 zatrzymanych w tym dniu. Wywołani na „przesłuchanie” najczęściej bici i kopani, obrzucani obelgami, musieli przejść między rzędami żandarmów i żołnierzy stojących na klatkach schodowych i korytarzach na drugie piętro budynku sądu. Tu na sali, przystosowanej do tego celu decydował się ich los. Stąd wracali już z przeznaczeniem do poszczególnych więziennych cel. Stół, przy którym zasiadała komisja w składzie 4 – 5 gestapowców i jedna niewiasta miał stanowić kamuflaż, bowiem decyzje zapadały za zasłoną wykonaną z szarego koca, która ukrywała sprawcę tragedii mieszkańców Leżajska. Był nim Walerian Mieczysław Mirek s. Jana, zdrajca kolegów, znajomych, współobywateli, narodu, własnego ojca, który też zginął z rąk tych, którym służył syn.

Wystarczyły cztery palce u podniesionej ręki, aby w umówiony sposób, stojącego rzekomo przed sądem skazać na śmierć, obóz lub lochy jarosławskiego Gestapo. Każdy doprowadzony przed oblicze komisji, często wcześniej pobity a przynajmniej zelżony, po wymienieniu swojego nazwiska został zakwalifikowany przez osobnika znajdującego się za zasłoną. Dla porządku, niewiasta, uczestniczka komisji, wypisywała kartkę z numerem 1 do 4, którą wręczano dyżurującym żandarmom. Ci, na ich podstawie, odprowadzali „zasądzonych” do odpowiednich cel więziennych. Tajemnica znaków podawanych przez osobnika za zasłoną została rozpoznana. Jeden palec – wolność, dwa palce – obóz, trzy palce -śmierć, cztery palce – do dyspozycji Gestapo. Osądu dokonywała też komisja wg własnego uznania, często na podstawie uprzednich zaleceń i sugestii otrzymywanych ze strony innych osób lub urzędów.

Dramat mieszkańców miasta rozgrywał się nie tylko w gmachu sądu, ale także na ulicach, między zabudowaniami, w ogrodach, na łąkach, jednym słowem wszędzie. Oddziały pacyfikacyjne szukały swoich ofiar. Tragiczna była m.in. ucieczka Bogusława Busia. Akcja odszukania zbiega rozegrała się na terenie położonym między torem kolejowym, a ul. Sanową, Mickiewicza i Podzamcze (28 Maja). Wydawało się, że podmokłe łąki przecięte kilkoma odwadniającymi rowami, porośnięte bujną trawą i krzakami, wierzby i olchy, stanowiły doskonałą kryjówkę tym bardziej, że w pościgu za zbiegiem uczestniczył patrol policyjny bez psów. Rzecz jasna, że przy większej liczbie przeszukującej teren, szansę ukrycia malały do zera. Zbieg okoliczności sprawił, że w tym samym rejonie nieco wcześniej ukrył się Edward Gdula. Skrył się przed idącym za nim żołnierzem. Dramat tych ludzi miał się rozegrać za chwilę, a spowodował go Franciszek Miś, człowiek o ograniczonej poczytalności. Rąbiący drzewo w obejściu Michała Gduli, który zobaczywszy zbliżających się żołnierzy zaczął uciekać do domu. Ukryty na łąkach B. Buś, prawdopodobnie uczynił to samo, biegnąc w kierunku zabudowań Gdulów. Zaczęto za nim strzelać, a prawdopodobnie jeden z pocisków ciężko ranił zupełnie przypadkowo żołnierza grupy operacyjnej, który stał na posterunku obok furtki obejścia Marii i Klemensa Szkodzińskich. Rannego żołnierza wniesiono do domu Szkodzińskich i położono na łóżku.
Bez głębnej analizy faktów posądzono, że strzał padł z domu Gdulów, i w odwecie stojące najbliżej posterunki ostrzelały dom i wrzuciły granat, powodując bardzo szybko rozprzestrzeniający się pożar. Z płonącego domu wybiegł Edward Gdula i wyprowadzono chorych Agnieszkę  i Michała Gdulów. Chciano także palić sąsiednie  domy. Równocześnie od strony łąk, w kierunku płonących  zabudowań,  kilkunastu żołnierzy kopiąc i bijąc, prowadziło i wlekło po ziemi B. Busia posądzonego również o strzelanie do żołnierzy.

Żyjący świadkowie stwierdzili, że do dnia dzisiejszego mają przed oczyma jego makabryczny wygląd i słyszą przeraźliwy krzyk będący wynikiem cierpienia i bólu. Bezbronnego człowieka, ze związanymi sznurkiem rękoma, biło kilkunastu żołnierzy parkanowymi sztachetami. Kiedy upadł straciwszy przytomność, „położyli obok palącej się stodoły, a potem trzymając za ręce i nogi wrzucili w pobliże ognia. Tu za chwilę odzyskał przytomność, zaczął znowu krzyczeć, czołgając się na brzuchu w kierunku stojących żołnierzy. Znowu zaczęli go bić. Do bijących podjechał na motocyklu gestapowiec i strzałami z pistoletu dobił leżącego. Przybyli nieco później do pożaru strażacy zmuszeni zostali do zakopania zabitego obok zgliszcz domostwa i do starannego zatarcia śladów, ale pozostawione buty pomogły w ustaleniu tożsamości. Zastrzelonego B. Busia zwłoki znalazła matka i następnego dnia, kiedy pozwolono na pochówek rozstrzelanych, odkopano i pochowano go na cmentarzu. Drugi uciekinier E. Gdula po zatrzymaniu, został doprowadzony do sądu a następnie rozstrzelany wraz z najbliższymi sąsiadami tj. z Michałem Posobcem, Marianem Pomianowskim i Władysławem Gielecińskim. W tej tragedii, zginął także Franciszek Miś, w ogniu palącego się domostwa. Kilkanaście dni po pożarze, wśród zgliszcz znaleziono resztki spopielałego ludzkiego ciała, które również przewieziono na cmentarz.

W tym dniu ludzie ginęli od wczesnych godzin rannych, ginęli w różnych okolicznościach, podobnie jak w różnych sytuacjach ratowali swoje życie. Stefan Babiarz zginął w czasie ucieczki. Antonina Czajka, u której w tym dniu spał ukrywający się Mieczysław Kozyra, zapłaciła życiem za dwa słowa „Mietek uciekaj”. Może nieświadomie, a może z najgłębszych pobudek tak zareagowała na jego ucieczkę. Podobny los spotkał Stanisławę Markiewicz, która przekonywała przybyłych żandarmów i ge­stapowców, że poszukiwany syn Zygmunt, po którym zastali jeszcze ciepłe łóżko – wyszedł do pracy. Ten zaś wraz z kolegą Karolem Kisielewiczem, kilka kroków od Niemców znaleźli schronienie w gołębniku, do którego dwukrotnie zaglądał żandarm. Zadziałało chyba przeznaczenie, że mają żyć dalej. I tak się stało bo obaj przeżyli wojnę. Dla Waleriana Gduli za kryjówkę wystarczył stojący w sieni domu szeroki komin. Marian Kozyra w czasie ucieczki, ostrzelany ogniem karabinu maszynowego i kilku pistoletów, przebiegł około 350 metrów. Przeskoczył 2 parkany i znalazł skuteczne schronienie w dole kloacznym na podwórku Marii i Michała Deców. Około 12 godzin zanurzony po szyję w fekaliach, z głową nakrytą papierami wiadomego pochodzenia, duszony fetorem zatykającym oddech – przeżył i ocalał. W tym czasie kilkakrotnie z ustępu korzystali właściciele, nie wiedzący o ukrytym człowieku. Stanisław Makosik przeżył dzięki swej kryjówce znajdującej się o krok od poszukującego go żandarma. Dzieliła ich tylko ściana pozorująca drewnianą półkę. Bogusław Buś, który zginął tak tragiczną śmiercią, rozpoczął ucieczkę wraz z bratem Zbigniewem i kolegą Stanisławem Białkowskim. Kiedy zostali ostrzelani przez posterunki pacyfikacyjne, bez uzgadniania, każdy wiedziony nieznaną siłą, wybierał dla siebie (w ich mniemaniu) najlepszą formę ratunku. Wybrane drogi rozdzieliły ich na długo. Bogusław znalazł śmierć, Zbigniew – obóz, a Stanisław wolność w okupacyjnej formie. Zatrzymana rodzina Depowskich Maria i Wojciech wraz z synem Augustynem zginęła rzekomo za znalezione w ich domu w czasie rewizji łuski od pocisków karabinowych, które rzeczywiście używane były do wyrobu zapalniczek. Przyniósł je 2 dni wcześniej Augustyn i położył w widocznym miejscu pod ścianą domu. Bardziej prawdopodobną przyczyną ich śmierci był „zatarg” między Wojciechem Depowskim a miejscowym Volkdeutschem Fryderykiem Keiperem, który publicznie odgrażał się, że musi „wsadzić” go do obozu. Zemsta czy zezwierzęcenie zaprowadziło ojca i syna przed pluton egzekucyjny, a matkę zastrzelono w kidałowickim lesie k/Jarosławia. Tak więc, w jednym dniu 18 letnia dziewczyna, córka Izabela straciła wszystkich swoich najbliższych, W sierocej doli musiały wysychać jej łzy wśród ludzi obcych ale i życzliwych.

W godzinach popołudniowych zakończyła swą działalność komisja „sądząca” zatrzymanych. W całym mieście opłakiwano już pierwszych zabitych. Władza pacyfikacyjna czyniła przygotowania do ostatniego aktu tragedii. Miejscowy Volkdeutsch Johan Keiper Inspektor Policji Miejskiej dostarczył do sądu dwa motki grubego papierowego sznurka, którym powiązano skazańców. W między­czasie gestapowcy oglądali miejsce w którym planowali rozstrzelać skazanych. Wybór padł na małą, proboszczańską łąkę u stóp wzniesienia, na którym stoi były zamek starościński. Około godz. 15.00 opuścili sąd wszyscy zatrzymani, którym w tym dniu dane było powrócić do swoich bliskich. Tuż po nich wywieziono do Pustkowa „zasądzonych” na pobyt w obozie. Natomiast Rudolfa Jaszowskiego wraz z siedmioma współtowarzyszami, wywieziono do więzienia jarosławskiego Gestapo. W różnych częściach miasta leżeli zabici, śmierć nie wybierała miejsca. W celach więziennych sądu pozostało jeszcze 28 ludzi, którzy z czynionych przygotowań mogli wnioskować co ich czeka. Pogrupowano ich po trzech lub czterech i powiązano im ręce. Na tę ostatnią drogę życia powiązano ojca z synem, teścia z zięciem, brata z bratem. Nie oszczędzono też inwalidy wojennego mjr. Tadeusza Nizińskiego z trudem chodzącego o lasce.

Około godz. 17.00, na oczach oczekujących przed sądem nielicznych członków rodzin i znajomych, wyprowadzono skazańców. Znajdowali się oni między szeregami żołnierzy i żandarmów, którzy izolowali ich od najbliższych. Odkryte samochody osobowe z karabinami maszynowymi otwierały i zamykały makabryczną kolumnę. Gdy milczący pochód skręcił z ulicy Mickiewicza w ulicę Podzamcze (obecna 28 Maja) zniknęły wszelkie złudzenia. Dodatkowy kordon zamknął dostęp towarzyszącym cywilom. Jeszcze kilkadziesiąt kroków i z drogi widzieli stojący w dolinie pluton egzekucyjny. Kilkadziesiąt metrów dalej dopalały się resztki domostwa. Każdy krok przybliżał nieubłagalny koniec ludzi, w pełni świadomych, co się stanie w najbliższych minutach. W oknach mijanych domów widzieli znajome twarze, które wyrażały – dramat, rozpacz, pożegnanie.

Między skarpą wzgórza zamkowego a plutonem egze­kucyjnym znaleźli się skazani. Ustawieni twarzą do oprawców, bohaterscy, bez płaczu, spazmów i jakichkolwiek gestów czy próśb o   darowanie   życia.  Dowódca  plutonu  egzekucyjnego  czyta kilkuwyrazową formułkę. Pierwsza salwa połączyła się z okrzykiem T. Nizińskiego „bracia, giniemy za Polskę!”. A potem już bardzo szybko następne serie i pojedyncze dobijające strzały, aby czasem los szczęścia nie pozwolił komuś przeżyć. Ktoś zapamiętuje drgające i poruszające się w agonii ciała, świst zachłystujących się krwią, ręce zaciskające źdźbła traw. Nawet ciężko ranni musieli umrzeć. Dla nich też nie było żadnej pomocy. Sącząca się krew tworzyła wśród rozdeptanej trawy rdzawe plamy. Zniknęły one dopiero po kilku dniach, po ulewnym deszczu.

Kiedy padły pierwsze strzały mieszkańcy pobliskiego domu Kochmańskich i wszyscy tam obecni uklękli i głośno się modlili. Ktoś z obecnych spojrzał na zegarek, była godzina 17.45.

Pracownicy niemieckiej firm Gebauer z zainteresowaniem oglądali egzekucję ze wzgórza zamkowego.

Jeszcze tego samego dnia do ciał pomordowanych, na miejsce egzekucji przychodziły rodziny i znajomi aby odszukać i rozpoznać swoich. Zabici byli powiązani za ręce, ciała podkurczone, wszystko zabrudzone krwią i ziemią. Małe otwory od kul na głowach świadczyły o dobijaniu rannych. Położenie zwłok Albina i Krzysztofa Zawilskich mogło sugerować, że przed egzekucją albo próbowali ucieczki, która nie mogła mieć żadnego powodzenia, albo przed dobiciem zdołali odczołgać się od pozostałych. U bardzo wielu, którzy rozpoznali najbliższych, ból po ich stracie uzewnętrzniał się tylko kilkoma łzami na policzkach.

Wieczorem jednostki pacyfikacyjne bardzo szybko opuściły miasto. Pozostały tylko siły porządkowe, żandarmeria, Gestapo i niewielki oddział SS. Nieco później w pobliskiej restauracji mieszczącej się w zabytkowym zajeździe, prowadzonej przez Kristine Szozda nieustawały śmiechy i śpiewy żandarmów i ge­stapowców. Towarzyszyły one wspólnym komentarzom o wielkiej przygodzie i handlu zrabowanymi w akcji przedmiotami (rzeczy Markiewiczów).

Przed godziną policyjną, nieliczni, ostatni członkowie rodzin pomordowanych opuścili miejsce straceń i udali się do domów. Jeszcze nie wiedzieli, że władza okupacyjna zezwoli im na przeniesienie zwłok na cmentarz. Późną porą posterunki żandarmerii wystawione przy rozstrzelanych wycofały się z tego miejsca aby nie widzieć makabrycznej sceny. Nie przeszkadzało to jednak mocno „wstawionym” żandarmom i gestapowcom, którzy po zamknięciu restauracji przyszli tu jeszcze raz aby nacieszyć oczy widokiem miejsca kaźni.

Nazajutrz, po egzekucji, władze okupacyjne zezwoliły na pogrzeb ofiar na miejscowym cmentarzu. Zastrzeżono jedynie ograniczenie uczestnictwa do 2 – 3 osób z najbliższej rodziny.

Miejscowy Volksdeutsch Friedrich Keiper zdołał przygotować na ten dzień 45 trumien. Jak cyniczne było jego zachowanie wobec żony zamordowanego Jana Kisielewicza kiedy ta przyszła do niego celem dokonania zakupu trumny. Pokazał jej pełną garść banknotów mówiąc „bodaj jeden dzień w miesiącu mieć taki”.

Białe trumny z niemalowanych desek wiezione na zwykłych konnych wozach, kołyszące się na wybojach brukowej drogi wytrzepywały ostatnie krople krwi znaczące drogę na cmentarz. Za nimi, w całkowitym milczeniu, szły tylko najbliższe rodziny osób pomordowanych. Taka była sceneria czterogodzinnej uroczystości pogrzebowej zakończonej cichą modlitwą nad otwartymi mogiłami prowadzoną przez ówczesnego proboszcza ks. Józefa Gorczycę. W pewnej chwili, zebranych na cmentarzu żałobników otoczyła grupa SS-manów i gestapowców z postrachem leżajszczyzny Schmidtem na czele. Weszli pomiędzy zebranych cywili szukając być może dalszych ofiar. „Goście” wkrótce opuścili cmentarz. Wspólnie kończono grzebanie zmarłych. Mieszkający w są­siedztwie tej tragicznej uroczystości, ze znacznej odległości słyszeli głośne dudnienie, gdy na kilkanaście trumien równocześnie spadały grudy gliniastej ziemi. Rok później tak bardzo podobne dudnienie, ale armat zbliżającego się frontu było sygnałem nieuchronnego końca niemieckiej okupacji. Oni nie doczekali.

W pierwszą rocznicę pacyfikacji, jeszcze pod okupacją na miejscu straceń kolorowym kobiercem zakwitły łąkowe kwiaty. Wśród nich, tam gdzie leżeli pomordowani, nieznane ręce położyły maleńką biało-czerwoną chorągiewkę, które zdaje się szeptała: „Niech się Polska przyśni Tobie”.

W pamięci mieszkańców miasta pozostał na długo obraz ludzkich dramatów, ale okupacja był to drobny epizod, jak innych tysiące, które zasługiwał na skromną notatkę.

Urzędowy meldunek Wehrkreiskommando Generalgouvernement stwierdzał:

28.05.1943 r. Nordwest Jaroslau gróssere Bandę duch Wehrmacht und Polizei Vernichtet. Eigene Verluste 2 Verwundete, Verluste der Bandę 39 tot, 1 Verwundet.

Tłumaczenie: 28.05.1943 r. na północny wschód Jarosławia większa banda przez wojsko i policję zniszczona. Własne straty dwóch rannych, straty bandy 39 zabitych, 1 ranny.

Był więc suchy meldunek o przeprowadzonej akcji i współudziale Wehrmachtu w zbrodni ludobójstwa, połączony z sugestią analizy faktów. Bilans „dokonań” był imponujący: straty Niemców zaledwie 2 rannych, a po drugiej stronie 39 zastrzelonych Polaków. Rannymi Niemcami prawdopodobnie byli: żołnierz z posterunku pacyfikacyjnego   obok  domostwa  Szkodzińskich   postrzelony przypadkiem, w czasie pościgu za B. Busiem oraz żołnierz, który spadł z konia w „Dołach Niemieckich” i doznał pewnych obrażeń. Wśród rozstrzelanych Polaków bez jakichkolwiek pomyłek ustalono 38 nazwisk. Pozostaje pytanie, kogo rannego zaliczyli do 39 ofiary? A może stan wywiezionego na Gestapo do Jarosławia R. Jaszowskiego pozwalał im na zaliczenie go już do nieżyjących. Pytaniem jest także kogo uznano za rannego bandytę. Mieczysława Kozyrę? – w czasie sporządzania meldunku już nie żył. Józefa Matuszko? – ranny zmarł jeszcze w czasie akcji. Mariana Kisielewicza? – został ranny w czasie ucieczki.

Po interwencji Komendanta Kripo Wołosa, który mieszkał w domu Kisielewiczów zezwolono na przewiezienie go do szpitala. A może miano na uwadze kogoś innego. Pacyfikacja Leżajska dobiegła końca. Ale zanim nastąpił koniec wojny zginęło jeszcze wielu innych mieszkańców naszego grodu.

Juliusz Ulas Urbański

http://dziennik.artystyczny-margines.pl/28-maja-1943-r-pacyfikacja-lezajska/

Chociaż referendum, w którym nieznaczna większość Brytyjczyków zdecydowała o wyprowadzeniu tego kraju z Unii Europejskiej, zaledwie zapoczątkowuje proces „wychoda”, to Niemcy, najwyraźniej rozwścieczone rozwojem sytuacji, natychmiast podjęły kroki zmierzające nie tylko do rozpoczęcia przywracania pruskiej dyscypliny w Unii, ale również zmierzające do intensyfikacji „regionalizowania” poszczególnych krajów.

Brytyjskie referendum bowiem zobowiązuje tamtejszy rząd do złożenia w UE stosownego wniosku, który następnie staje się przedmiotem negocjacji na temat warunków wyjścia zainteresowanego kraju z UE. Jeśli negocjacje doprowadzą do porozumienia, to zostaje ono przedstawione do zatwierdzenia Radzie Europejskiej i Parlamentowi Europejskiemu. Jeśli obydwie te instytucje porozumienie zatwierdzą, to kraj opuszcza Unię na uzgodnionych warunkach. Jeśli natomiast negocjacje nie doprowadzą do porozumienia, albo jeśli nie zostanie ono zatwierdzone, to zainteresowany kraj tez może opuścić Unię, ale dopiero po 2 latach od złożenia wniosku. Wynika z tego, że wyjście nie jest automatyczne, że referendum może zapoczątkować proces, który może przeciągnąć się nawet do 2 lat, a poza tym rząd zainteresowanego państwa na każdym etapie opisanej procedury może swój wniosek zwyczajnie wycofać, więc tak naprawdę nic jeszcze nie jest przesądzone. Niemniej jednak Niemcy, to znaczy – niemiecki minister spraw zagranicznych Walter Steinmeier natychmiast zwołał spotkanie szóstki „założycieli” Unii: Francji, Holandii, Włoch, Belgii i Luksemburga, w celu zasygnalizowania, że „nie pozwolą odebrać sobie Europy”. Nie wiem, czy Luksemburg, Belgia, i Holandia rzeczywiście czuja się posiadaczami Europy, bo już prędzej takie poczucie mogłaby mieć Francja, niż dajmy na to – Włochy, ale wydaje się pewne, że Niemcy czuja się posiadaczami, a nawet – że czują się właścicielami Europy. Najwyraźniej uważają, że skoro tyle zainwestowały w zabawę w europejską integracją, to znaczy – w mozolne budowanie IV Rzeszy środkami pokojowymi, a nie metodą „radosnej wojny”, to kupiły sobie Europę na wieki. Pozostali uczestnicy spotkania najwyraźniej musieli mitygować rozwścieczonego ministra Waltera Steinmeiera, bo komunikat końcowy po spotkaniu „wielkiej szóstki” był już znacznie łagodniejszy, dopuszczając nawet „elastyczność” Unii w postępowaniu wobec krajów członkowskich, nie wykazujących dostatecznego entuzjazmu dla „pogłębiania integracji”. Ale – jak powiada poeta – mogą to być „słowicze dźwięki w mężczyzny głosie”, mające skrywać „lisie zamiary”. Bo prawie natychmiast ujawnione zostały separatyzmy na Wyspach Brytyjskich i Szkocja ogłosiła, że ona do Unii chce należeć. Czy rzeczywiście Szkoci tak się rozkochali w brukselskiej biurokracji, że aż się od niej uzależnili, niczym narkoman od narkotyków, czy też pragną odegrać się na Angielczykach za różne historyczne niepowodzenia, czy też wreszcie Niemcy zaktywizowały rozbudowaną tam agenturę wpływu – tego dowiemy się w stosownym czasie, albo nawet nigdy, podobnie jak nigdy nie dowiedzieliśmy się, dlaczego w 1919 roku w Paryżu wybuchł strajk pracowników miejskiej komunikacji by „nie doprowadzać Niemców do rozpaczy”. Rzecz w tym, że kiedy po uzgodnieniu w Wersalu tekstu traktatu pokojowego przesłano go niemieckiemu rządowi, ten zażądał 2 dni do namysłu. Powiało grozą, bo wprawdzie rządy zwycięskiej koalicji wiedziały, ze Niemcy nie są już w stanie kontynuować wojny, ale ulica nie wiedziała i na myśl o powrocie do błotnistych okopów zamarła z przerażenia. W kierowniczych kolach francuskich zapanowała jednak przekonanie, że strajkiem kieruje zatajona ręka niemiecka. Jeśli by tak było, to należy podziwiać prężność Niemiec, które nawet w chwili klęski zachowały jeszcze tyle sekretnych rezerw, że dzięki nim mogły w stolicy państwa zwycięskiego wywołać polityczny strajk na swoją korzyść. Bo Niemcy pod dwóch dniach, czy nawet trochę wcześniej nadesłały telegraficzną zgodę.

Jakby w odpowiedzi na berlińskie spotkanie „wielkiej szóstki” pan minister Waszczykowski ogłosił „rozpoczęcie konsultacji” nad zwołaniem do Warszawy ministrów spraw zagranicznych krajów UE w sprawie Brexitu. Obawiam się, czy ta deklaracja nie została ogłoszona zbyt wcześnie – bo co pan minister Waszczykowski nam powie, jeśli żaden minister spraw zagranicznych do Warszawy nie przyjedzie? A to wydaje się całkiem prawdopodobne, bo skoro już Niemcy przemówiły, to o czymże tu jeszcze dyskutować? Przedmiot dyskusji, owszem, by się znalazł, bo nie jest wykluczone, że przywracanie w Unii pruskiej dyscypliny zacznie się właśnie od Polski, wobec której Komisja Europejska wszczęła już w styczniu br. bezprecedensową procedurę sprawdzania stanu demokracji i praworządności. Wszczęta procedura musi się jakoś zakończyć. Obecnie jesteśmy na etapie odpowiedzi, jaka polski rząd ponoć już przygotował w związku z przedstawioną mu wcześniej przez Komisję „opinią” na temat stanu demokracji w naszym nieszczęśliwym kraju. Wygląda na to, że odpowiedź polskiego rządu będzie wymijająca, a w takim razie trzeba spodziewać się „zaleceń”, jakie KE sformułuje pod adresem Polski. A co będzie, jeśli polski rząd, kreujący się obecnie na głównego obrońcę suwerenności, odmówi wykonania w podskokach tych zaleceń? Czy Unia Europejska, to znaczy – czy Berlin – puści taką niesubordynację płazem? Po spotkaniu „wielkiej szóstki” wydaje się to raczej mało prawdopodobne, bo „elastyczność” – elastycznością, ale Ordnung muss sein, a w tej sytuacji „nowe fronty”, o których wspominał niedawno były prezydent naszego nieszczęśliwego kraju Bronisław Komorowski – że mianowicie zostaną u nas „otwarte” jak tylko opuści Polskę papież Franciszek – otóż czy te „fronty” nie przybiorą aby postaci „klauzuli solidarności” z traktatu lizbońskiego?

Taka możliwość, zwłaszcza w tej sytuacji, staje się całkiem prawdopodobna, również jako realizacja scenariusza rozbiorowego, gdyby Niemcy przy okazji przywracania demokracji w naszym nieszczęśliwym kraju, uległy pokusie załatwienia remanentów, które oczekują na to już ponad 70 la, a z kolei Żydzi wykorzystali to zamieszanie dla załatwienia sprawy swoich „roszczeń”. Obawiam się, że Nasz Najważniejszy Sojusznik, właśnie próbujący montować antyrosyjską krucjatę, nie musi mieć specjalnych oporów przed wyrażeniem zgody na rewizję postanowień konferencji poczdamskiej w sprawie „ziem utraconych”, zwłaszcza, gdyby dokonało się to w ramach transakcji wiązanej, ze zrealizowaniem roszczeń żydowskich.

Stanisław Michalkiewicz

Trzej zamachowcy samobójcy, którzy przeprowadzili atak na lotnisko w Stambule, to obywatele Federacji Rosyjskiej oraz Uzbekistanu i Kirgistanu – poinformowały w czwartek źródła tureckie.

Tureckie władze obwiniły o zamach Państwo Islamskie (IS).

Według tureckich mediów, które powołują się na źródła w służbach specjalnych, obywatel FR pochodził z Dagestanu. 

 
Wcześniej informowano, że policja zatrzymała 13 osób, w tym trzech cudzoziemców, w operacjach w całym Stambule przeprowadzonych w związku z wtorkowym atakiem na stambulskie lotnisko, trzecie największe w Europie. W zamachu z użyciem broni palnej i ładunków wybuchowych zginęło we wtorek ponad 40 osób, a ok. 240 zostało rannych. 
 
Wcześniej prorządowa turecka gazeta „Yeni Safak” podawała, że domniemanym organizatorem zamachu był pochodzący z Czeczenii Ahmed Czatajew, który figuruje na liście sankcji ONZ jako przywódca IS odpowiedzialny za szkolenie rosyjskojęzycznych bojowników; jest on poszukiwany przez rosyjskie władze. 
 
Z kolei dziennik „Hurriyet” zidentyfikował jednego z napastników jako Osmana Wadinowa, również Czeczena, który miał przyjechać do Turcji z bastionu IS w Syrii, Ar-Rakki. 
 
Tureckie władze nie potwierdziły, by Czatajew czy Wadinow byli objęci śledztwem. 
Neokatechumenat (…) Założony przez Kiko i Karmen, działający na całym świecie, rozwija się ekspansywnie. Jak wielka jest ekspansja tego ruchu widać z danych statystycznych: w 2009 r. formacja neokatechumenalna była prowadzona w 19 tysiącach wspólnot w 4,5 tys. parafii w 820 diecezjach w 101 krajach na 5 kontynentach. Grupy zaś maja od 20 do 50 osób. W Polsce jest około 1000 wspólnot.
zxnowu szarpie Cialo Pana Naszego
Założenia ruchu brzmią bardzo po katolicku, bo w sumie nie ma nic niekatolickiego w chęci prowadzenia w diecezjach i parafiach wtajemniczenia chrześcijańskiego na wzór katechumenatu pierwotnego Kościoła. Jednakże przez swoją ekskluzywność ruch oddalił się stanowczo od rdzenia Kościoła. Ma on swoją własna liturgię, która używał i zasadniczo używa za milcząca zgoda hierarchii, swoja zwyczaje , swoje obchody Świąt, swoje katechezy, które nie są dostępne dla każdego. Najbardziej groźne w tym ruchu jest ekskluzywizm. Polega on na zdobywaniu rzeczonego wtajemniczenia chrześcijańskiego stopniowo, przechodząc przez kolejne etapy wtajemniczenia. W neokatechumenacie nie istnieje komunikacja z «dołu» do «góry», tzn. od członków grup (wspólnot) młodszych do starszych, do tzw. katechistów. Nie ma miejsca na dialog, na wyjaśnianie wątpliwości. Liczy się jedynie transmitowany z «góry» nakaz, katecheza, czy decyzja wyższych katechistów. Jest to typowe dla wszystkich sekt gnostyckich. Zauroczenie hierarchii neokatechumenatem jest co najmniej niezrozumiale dla zwykłego wiernego. Musi być wielkie, jeśli Kiko może odezwać się do 253 biskupów z obu Ameryk w takich słowach: (1)

Droga ma swój język. Nie gorszcie się tym językiem, przeciwnie. Pewien ekspert od mass mediów powiedział nam, że gdyby Droga nie miała swojego języka, to nie miałaby nic. To jest kultura. Niektórzy księża są tak słabo wykształceni, że mówią, iż mamy własny język. I musimy mieć jakąś syntezę, to jest fundamentalne. Trzeba tylko wiedzieć, czy jest on profetyczny, rzeczywisty, prawdziwie pomaga ludziom. Od księży natomiast należy wymagać, aby byli obeznani z różnymi językami w Kościele.

Tych słów nie potrzeba komentować. Starczy dodać, że w ramach „tego własnego języka, tej własnej syntezy neokatechumenat się dorobił wiele dziwactw, wiele groteskowości, wśród których przyjmowanie Komunii św. (prawdopodobnie ważnie, ale niegodnie konsekrowanej) na rękę i na siedząco, specyficzne tańce (słynny już taniec z Hostią jest najlepsza ilustracja swiętokradstw świadomych i nieświadomych, do których dochodzi na spotkaniach neokatechumenatu). Jak dodamy do tego, że Droga buduje własne świątynie, tak zaplanowane, by móc odprawiać swoją liturgię, ma własne seminaria, własną liturgię (o czym już wspomnieliśmy) nie można mieć wątpliwości co do tego, że mamy do czynienia z czymś niespotykanym dotychczas w kościele. Owszem Kościół zna wiele rytów: greko-katolicki, ambrozyjański, mediolański, ryty zakonne, ostatnio nawet ryt rzymski ma dwie formy – zwyczajna i nadzwyczajną. Ale z neokatechumenatem jest inaczej. [Twórca] Neokatechumenatu oddalił się od Kościoła i przestał być jego rzeczywista częścią choć jest w dalszym ciągu formalną. Ale nie tylko o ryt tutaj chodzi. Chodzi o inna doktrynę – już nie katolicka a neokatechumanalną By nie być gołosłownym należy zacytować chociaż kilka nauk Kiko:

Kościół ma być charyzmatycznym, wewnętrznym, wyjętym spod wszelkiego magisterium i jurysdykcji zewnętrznej. Dzisiaj wszelkie odnowicielskie dociekania odkrywają centrum sakramentu i teraz pojmuje się Eucharystię jako pamiątkę męki, śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa… Odkrycie sedna centrum Eucharystii sprawia iż wyjaśniają się inne aspekty, skutkiem czego zanikają rozbieżności z protestantami. W pewnym momencie dla przeciwstawienia się protestantom trzeba było podkreślić realna obecność. Ale w momencie gdy to nie jest konieczne, nie trzeba przy tym się upierać. Gdyż ten historyczny moment już przeminął. Eucharystią jest obwieszczenie, kerygmat o powstaniu Jezusa Chrystusa ze śmieci (2).

I znowu – gdzie tu jest miejsce na ratio? Adepci ruchu uczą się nie myślenia. Za nich myśli katechista, lider, animator. Więc oni nawet nie są w stanie zobaczyć, że nauki Kiko się różnią od tego, co od wieków naucza Kościół.

PRZYPISY:

(1) Nowa Ewangelizacja i Trzecie Milenium. „Tylko nowa estetyka uratuje Kościół”. Konwiwencja w Nowym Jorku. 253 Biskupów z obu Ameryk na temat „Ewangelizacja i Droga Neokatechumenalna”, Lublin 1998, s. 41.

(2) Cytaty z katechez Kiko za: ks. E. Zoffoli, Czy „Droga” neokatechumenatu jest prawowierna?, Komorów 1999.

Tomasz Terlikowski, znawca problematyki Kościoła, specjalista w dziedzinie ekumenizmu – tego, którego wykładnia znajduje się w dokumentach ostatniego Soboru, a także, siłą rzeczy, jaki praktykowany bywa zgodnie „z duchem” Soboru – poświęcił interesujący tekst ( „Łże-prorok Polaków”, Plus Minus 2 czerwca 2016) twórczości Jarosława Marka Rymkiewicza, głównie ostatnich kilkunastu jej lat.

 

Tekst zaskakujący. Trudno nie uznać, że publicysta komentujący na co dzień politykę personalną Stolicy Apostolskiej, ostatnie dokumenty podpisywane przez papieża Franciszka, i starający się tonować narastający niepokój katolików wobec zmian dyscypliny kościelnej w wypadku przekroczeń szóstego przykazania, występując w roli krytyka literackiego, który podsumowuje teologię znanego z prawicowych przekonań pisarza, odsłonił się jako niespodziewany znawca zawartości ideowej dzieł Rymkiewicza. Zwłaszcza zaś znawca języka twórcy „Kinderszenen”.

Jego diagnoza dotycząca „mroków duchowych” , jakie spowijają twórczość jednego z największych mistrzów współczesnej polskiej literatury, i jego konsekwentnej postawy moralnej – czy właśnie „religijnej”, co autor stara się wykazać – która wydaje się apoteozą pierwotnej natury człowieka, zwłaszcza zaś zemsty i ciemnych instynktów – właściwych raczej żywiołowi etnicznemu niż narodowemu – jest godna uwagi.

Jarosław Marek Rymkiewicz nie jest jednak jedynym człowiekiem w Polsce – jakby (pośrednio) wynikało z tekstu Tomasza Terlikowskiego – który z tak wielkim powodzeniem odwołuje się dziś do neopogańskich teorii. Jedna z nich nosi miano tradycji pierwotnej , a jej modnymi wśród młodej inteligencji przewodnikami są Julius Evola i Renat Guénon. („Evola, »Rzymianin«, »arystokrata ośnieżonych szczytów«, »herold Tradycji i nieprzejednany wzgardziciel współczesnego świata«, »człowiek stojący wśród ruin«…

Evola został przedstawiony jako zbawiciel, mistrz, budziciel sumień, którego egzystencja była »naznaczona dumną prawością starożytnych Rzymian, sensem honoru i walki, które liczni uważali za pogrzebane wraz z wielkimi cesarskimi marzeniami ekumenicznego« dzieła zjednoczenia wszystkich religii jest negacja zasady niesprzeczności, odmowa rozróżnienia między religią prawdziwą a religiami fałszywymi, między prawdą a błędem. To odrzucenie zasady niesprzeczności pociąga za sobą negacje logiki i logicznego myślenia”.

Gdy obniża się znaczenie rozumowania, jego role przejmują symbole. Symboliczny język jest w stanie pogodzić nawet najbardziej sprzeczne stwierdzenia. Wiedział o tym bardzo dobrze przywoływany przez Tomasza Terlikowskiego Mircea Eliade. Zatrute ziarno rzucone w glebę cywilizacji łacińskiej, chrześcijaństwa i katolicyzmu, wydało obfity plon. Przyzwolenie na ideologię gender w szkołach nie wzięło się znikąd. I nie jest tylko skutkiem zdegenerowanej kultury ostatnich lat, lecz przede wszystkim intelektualnego fałszerstwa, zafałszowania w umysłach obrazu Boga.

Człowiek jako absurd w tej nowożytnej mitologii jest samotnym rozbitkiem, pozbawionym wszelkiej pomocy i nie tęskniącym do niczego, wyzutym z pamięci, wyrzuconym na brzeg bezkresnego oceanu, który jest martwy, lodowaty i obcy. (Dlatego m.in. m u s i się otoczyć milionem gadżetów, które będą dawały złudzenie bezpieczeństwa, niczym pogańskie talizmany i fetysze, musi poszukiwać i doznawać wciąż n o w o ś c i , nowych impulsów, podniet, przeżyć, często ekstremalnych, rozbudzających zmysły, które wyrwą go choć na chwilę z odrętwienia i udręki, poczucia bezsensu, graniczącego z rozpaczą).

Sztuczne raje i powrót do Raju

Dzieła literackie zrodzone z postawy duchowego i intelektualnego buntu wobec Boga są uznawane powszechnie za europejski kanon literacki. W okresie nazywanym przez rewolucjonistów oświeceniem, i w epokach późniejszych, próbowano uczynić z nich buńczuczne manifesty, duchową strawę zastępującą sztukę katolicką (a nawet coś w rodzaju parareligii).

Wielu znawców – nie mówiąc o zwykłych czytelnikach – nie rozeznaje ich duchowego przesłania. Goethe i inni słynni twórcy tej i wcześniejszej epoki, uważani są za autorów par excellence chrześcijańskich. (Paul Claudel, przyjaciel Polski, nazywał Goethego „wielkim uroczystym osłem”).

Buntownicy z obszaru sztuki – tak jak myśliciele protestanccy – negują opatrznościowy porządek świata. Chcą wrócić do utraconego Raju lub stworzyć sobie nowy raj. Widać to na setkach filmów, na tysiącach spektakli teatralnych, a dziś na ulicach, wśród zwykłych przechodniów, w lecie po prostu półnagich, demonstrujących zwierzęcy „naturalizm”, zgodnie z zaleceniami mody; widać w aulach uniwersyteckich, w klasach szkolnych, gdzie głosi się niezmiennie od czasów komunistycznych teorię ewolucji, jako ideologię wyzwolonej ludzkości, i w parlamentach – europejskich, nie azjatyckich, czy afrykańskich – gdzie zabijanie ludzi traktuje się jak zabieg sanitarny, niezbędny etap procesu wielkiego oczyszczania świata, a zamianę płci, czy klonowanie człowieka – „prawo człowieka”! – tak, jak niegdyś zmianę rękawiczek.

„Fałszywa ideologia, która przypisuje zło i nieszczęście temu, że człowiek jest stworzony przez Boga, to gnoza. Niegodny zaś wysiłek, który próbuje osiągnąć to wyzwolenie, to rewolucja”, mówi włoski pisarz Guigo Vignelli.

Rewolucja w obyczajach – kulturze, modzie, muzyce, teatrze – to znak widzialny tego, co odbywa się w głębi, w cieniu, w ukryciu. W umyśle człowieka. Co dojrzewało, krystalizowało się przez wieki w niewielkich zamkniętych kręgach. Dziś już wszystko jest na wierzchu, wszystko jest jawne.

Nieprzeliczone rzesze ludzi stają się uczestnikami procesu rewolucyjnego, który mylnie kojarzą z „nowoczesnością”, „sztuką”, „nauką”, „modą”, „bezpruderyjnością”, „spontanicznością”, „asertywnością”, „postępem”, czy realizacją należnych rzekomo wszystkim „praw człowieka”.

Jakże to wszystko swojsko brzmi. O prawach człowieka mówi się z aprobatą w Kościele – pomijając tak często prawa Boga. Rewolucja została zasymilowana przez język, który sobie przyswoiliśmy, nie zadając pytań o sens wypowiadanych słów. Kobieta, nawet w najbardziej eleganckich czasopismach, tych dla inteligencji i dla klasy średniej, jest niezmiennie przedstawiana jako maskotka, lalka Barbie. Istota sztuczna, na pokaz. Jej prawdziwa natura musi być ukryta i zafałszowana.

Twarz tej kobiety nie ma wyrażać prawdy o niej, istoty stworzonej na obraz i podobieństwo Boga, tylko gotowość spełniania wszystkich zachcianek mężczyzny. Nie może w niczym przypominać twarzy Matki Boga, Demaskatorski Wszystkich Herezji, łącznie z dzisiejszym modernizmem. Artystyczny obraz takiej osoby, która z prawdziwą kobietą nie ma nic wspólnego, jest wspólnym dziełem ideologów, fotoreporterów, kreatorów mody i wydawców.

Znane aktorki nazywane są bez ogródek „symbolem seksu”. W taki sposób – w prasie, filmie, telewizji – tworzy się sztuczne raje.

Opozycja prawdziwa czy fałszywa?

Odkrywając „prawdziwą twarz” Jarosława Marka Rymkiewicza, „dzikie” i moralnie odstręczające oblicze twórczości wybitnego poety, Tomasz Terlikowski zderzył jego świat pojęć, wartościowań i wizji, z przesłaniem Jana Pawła II, wypowiedzianym podczas pierwszej pielgrzymki do Polski.

Czy rzeczywiście istnieje tu sprzeczność? Skąd pomysł na „hagadę” dziejów, o której pisze z wyraźną atencją autor „Łże-proroka Polaków”? Czy snucie jej to na pewno rola papieża? Opowiadanie „jej [Ojczyzny] trudnych losów”, jak pisze T. Terlikowski? I to po to, by – tutaj autor polemiki z Rymkiewiczem powołuje się na dalekiego od chrześcijaństwa religioznawcę, filozofa religii i antropologa, Mircea Eliadego – „poprzez opowiadanie” dokonała się „regeneracja, odrodzenie z nieuszczuplonymi siłami witalnymi”?

O co naprawdę autorowi „Łże-proroka…” chodzi? Autor eseju o Rymkiewiczu sam zdaje się powielać jego metodę, przekonania, światopogląd. Bo oto nie wiara katolicka, nie Kościół z jego nadprzyrodzonymi środkami danymi mu przez Boga – a w Kościele jest, zgodnie z Objawieniem i Tradycją, wszystko, co potrzebne człowiekowi (nie narodowi) do zbawienia – ale „witalne siły” mają być gwarantem przetrwania i one zostają wzmocnione podczas „świętych dni” pielgrzymki papieskiej.

Terlikowski dodaje, że Jan Paweł II zaproponował wówczas rodakom „swoistą polską hagadę” podczas której „uobecniał”, „uaktualniał” naszą historię. Żadne z tych pojęć nie mieści się jednak w katechezie pojmowanej po katolicku, a przecież wykład i obrona wiary jest podstawową rolą każdego papieża.

Tomasz Terlikowski znajduje osobliwe zajęcie dla Głowy Kościoła, twierdząc, że głoszona przez niego „historia uobecniana, uaktualniana” oparta została o fundament wcielonego Logosu, a zatem, jak pisze, „Papieska hagada nie jest już tylko opowieścią świecką, ale swoistym poszukiwaniem religijnej istoty dziejów Polski, która ze świeckiej, profanicznej narracji historycznej przekształca się w »historię zbawienia« właściwą konkretnemu ludowi”.

Hmm… Głowa Kościoła snuje, zaraz po objęciu Stolicy Piotrowej, „hagadę” (pojęcie żydowskie), żeby poszukiwać religijnej istoty dziejów Polski? I w wyniku tego opowiadania, czyli narracji, dochodzi do przekształcenia czegoś świeckiego w religijne?

Skąd w umyśle katolickiego publicysty takie wyobrażenia, jakich nie powstydziłby się sam „mistrz z Milanówka”, nie mówiąc już o Eliadem? Jak świat światem, Kościół Kościołem, główne zajęcie Jego Głowy polega zawsze na tym samym: na krzewieniu i obronie wiary, głoszeniu prawdy, która jest dana Kościołowi – i jedynie jemu – raz na zawsze i nie podlega modyfikacjom, a nie na tym, by czegoś tajemniczego „poszukiwać”, i by w tym procesie doszło do jakichś zagadkowych przekształceń religijnych.

O jaką wreszcie religię tu chodzi? Czy o tę, której wyrazem są ekumeniczne ciągoty, coraz jednak wyraźniej kurczącej się części hierarchii, w miarę jak „duch Soboru” traci wraz z upływem czasu swój wigor i sprężystość?

Chyba, że zdaniem publicysty, Jan Paweł II nie przyjechał do nas po raz pierwszy w 1978 roku jako papież Kościoła katolickiego, ale jako turysta, literat i religijny myśliciel, z zamiarem dokonania jakichś parareligijnych eksperymentów, gdzie w centrum stało „opowiadanie dziejów”, które stawało się zarazem osobliwym misterium.

Nie sądzę, że od tych wizji znanego analityka sytuacji w Kościele było tak bardzo daleko do „neopogańskich czy heideggerowskich pomysłów na Polskę”, które Tomasz Terlikowski przypisuje en block Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi, czyniąc z nich główne ostrze swoich oskarżeń. (A już zupełnie kuriozalnie brzmi zapewnienie, że część „polskiej intelektualnej prawicy”, która inspiruje się myślą Rymkiewicza, musi w tej sytuacji dokonać „wyboru cywilizacyjnego”).

Mylenie cywilizacji z religią jest zresztą dziś zjawiskiem powszechnym. Oprócz wyraźnej tendencji antychrześcijańskiej towarzyszy nam dziś przystosowanie chrześcijaństwa do potrzeb człowieka.

Tymczasem „chrześcijaństwo albo jest tym radykalnym ukierunkowaniem [na cel ostateczny], albo go po prostu nie ma. Adaptacja wartości chrześcijańskich w ramach współczesnej cywilizacji antropocentrycznej de facto prowadzi do odrzucenia religii – tyle, że nie wprost (…)

To prawda, że religia ma funkcję kulturotwórczą i wytwarza także cywilizację, o czym świadczy historia Kościoła. Ale ani jej celem, ani pierwszym owocem nie jest cywilizacja w znaczeniu doskonalenia tego co ziemskie (…) Obserwujemy [dziś], jak większość kampanii ideologicznych i batalii prawnych organizowanych przez świat zyskuje aprobatę Kościoła. Słowem, Kościół oferuje światu swe usługi i usiłuje stanąć na czele postępu ludzkości” (prof. Romano Amerio).

Kryzys religijny, kryzys wiary nie jest nigdy „zasługą” twórczości choćby najgenialniejszego poety czy prozaika. Jest on zawsze przejawem wewnętrznego osłabienia tej jedynej bosko-ludzkiej instytucji, odpowiadającej za wiarę, z boskiego nadania. I tak już było wiele razy w historii. I tu należy przede wszystkim szukać przyczyn – oddzielając zarazem starannie skutek od przyczyny – dzisiejszego zamętu intelektualnego i duchowego, który swoje odzwierciedlenia znajduje również w sztuce i literaturze. A także źródeł nadziei, bowiem ze wszystkich kryzysów Kościół zawsze wychodził zwycięsko. Tak będzie i tym razem.

Ewa Polak-Pałkiewicz
(Tekst – z niewielkimi skrótami redakcyjnymi – opublikowany w dodatku „Rzeczypospolitej” Plus Minus z zeszłego tygodnia)
http://www.bibula.com

W 2012 roku,  pisząc  o  wcześniejszych  ustaleniach Piórkowskiej w Katyniu, Association Press poinformowała:

 

— „Nowo odkryte dokumenty pokazują również,  że  Stewart otrzymał  rozkaz w 1950 roku  —  niedługo  przed  rozpoczęciem  pracy  przez  komisję  —  „Nigdy nie mówić o tajnej wiadomości o Katyniu”

Historia mówi więcej, niż pochowane tam ciała Polaków.

Nigdy  nie  powinniśmy  zapomnieć  o  tym,  że najlepsi i najzdolniejsi z synów polskiego  narodu  doświadczyli tak przed  jak  i  w czasie II wojny światowej, a także po niej  —  mocy radzieckiej bestii,  ale  co  ważniejsze,  a co zostało pominięte  —  o czym w rozrachunku  zamieszczonym  poniżej —  to  fakt,  że  to  było nie mniej, niż  ludobójstwo dokonane z  zimną  krwią  na polskich  katolikach przez rosyjskich Żydów.

Fakt ten  – w 2000-letniej ŻYDOWSKIEJ  agresji  przeciwko chrześcijaństwu  – pozostaje  największą  zbrodnią  i  jako taki osiągnął swój najwyższy szczyt po apogeum,  jakim było Ukrzyżowanie Chrystusa.

Zniszczenie  katolickiego  chrześcijaństwa  rozpoczęło  się wraz z powstaniem mahometanizmu, protestantyzmu, masonerii, liberalizmu, socjalizmu,  kapitalizmu, syjonizmu,  modernizmu  i  globalizacji, 

— które  obecnie  osiąga   swój tryumf  w wytrawnym zawłaszczaniu kolejnych obszarów dla  WWIII [III wojny światowej – przy. emjot] i Nowego Porządku Świata pod rządami Antychrysta.

Miej to na uwadze, podczas czytania poniższego artykułu.  

  PRZECZYTAJ. 

Znaczenie tego zagadnienia jest nie do przecenienia.

Zamordowanie  20.000  Polaków   przez   NKWD  (KGB)   w 1940 r. obejmowało zabójstwo niemal całego  korpusu oficerskiego  Wojska Polskiego. 

— To była nie tylko diaboliczna zbrodnia o ogromnej skali, ale jej brutalny skutek jest  nieśmiertelny.

W tych latach w Europie,  jednym  z  najbardziej  pożądanych  celów  młodych ludzi  było,  by  zostać  oficerem  w  armii.  Ten  cel  był z reguły osiągany tylko przez najzdolniejszych i najlepszych.

W konsekwencji  — zamierzona —     niemal całkowita eksterminacja oficerów Korpusu Polskiego (zamordowano około 15, 000 z nich)

—  wyeliminowała wielu z najcenniejszych etnicznie Polaków  /przerwanie  genetycznego  kodu  DNA / oraz najwartościowszego potencjału Narodu.  To było wyraźnie zaplanowaną formą ludobójstwa.

Komuniści, którzy rządzili Rosją orzekli o przeznaczeniu Polski do likwidacji —  komunistyczne Sowiety  nie  chciały  żadnego oporu spodziewanej opozycji wojskowej, kulturalnej i intelektualnej.

Na początku XX wieku w Stanach Zjednoczonych istniał silny ruch komunistyczny. 

— Miał ogromne wpływy  w  Hollywood, obecny był w prasie oraz znaczący w  administracji  Roosevelta  (senator Joe McCarthy może  nie był szczególnie zaangażowany, ale był mu całkowicie uległy).

Zapamiętaj oświadczenie Roosevelta

—    „Nie wiem,  dlaczego  ludzie  nie  lubią  komunistów,  wielu moich przyjaciół  jest  komunistami.”

— (Eleonora uwielbiała ich!) — W czasie II wojny światowej Józef Stalin otrzymał w prasie USA pieszczotliwą nazwę „Wuj Joe„.

Także  ustępstwa wobec Stalina  (mordercy  ponad  20  milionów  swoich  własnych obywateli )   —   było  to  widoczne  nie  tylko  w  prowadzeniu  wojny,  ale jeszcze bardziej w umowach powojennych, w których kraje i całe obszary  geograficzne zostały oddane pod sowiecką okupację .

Błędy, słabości a nawet zdrady Roosevelta  i  jego  współpracowników,  w  konsekwencji spowodowały cierpienia, prześladowania  i  śmierć milionom  ludzi pod władzą zbrodniczego komunizmu.

Dlaczego dzisiaj jest to ważne?

(1) Ze względu na [wyrządzone] zło i niesprawiedliwość,  szczególnie  te zbrodnie na wielką skalę muszą  być odsłonięte.

(2) Należy dążyć do wymierzenia sprawiedliwości za ofiary zbrodniczych okrucieństw, morderstw, ludobójstwa i innych potwornych zbrodni.

(3) Ludzie muszą zostać poinformowani o tych zbrodniach, o ich dokonaniu  i  o  okolicznościach,  które to umożliwiły  —  aby, gdy to zrozumieją,  —  nie nastąpiły ponownie.

Prace przygotowawcze dla tego rodzaju tyranii zostały rozpoczęte tutaj  —   w USA  (w tym samym czasie).

— Obecnie musi to zostać odwrócone i zatrzymane —  dopóki jest to jeszcze możliwe, aby to zrobić.

Jeśli wątpisz jeszcze co do tego, że nie jesteś dobrze poinformowany  —  żyjesz zaprzeczając [prawdzie]. 

Jeśli odmówisz, aby to zrozumieć, — możesz spodziewać się owoców w  wydaniu tej tyranii. 

Twoja  wina  nie  będzie tak wielka,  jak tych, którzy dopuszczają się takich zbrodni,  —   ale poczucie winy będzie znaczne.

Przypomnijmy sobie słynne słowa filozofa George Santayana:

— „Ci, którzy nie pamiętają o przeszłości, — są skazani na jej powtórzenie”.

I słowa wielkiego Dantego:

— „Najgorętsze  miejsca  w  piekle  zarezerwowane są dla tych,  — którzy  w czasie  kryzysu  moralnego  zachowują  neutralność”.

 Dr. John Grady

Tajemnice w Lesie Katyńskim: Co tak naprawdę tam pochowano?

Marzec 1940 rok. — Notatka, odtajniona przez Rosję w 2010 r  —  sporządzona przez Berię, NKWD, —  proponuje masową egzekucję tysięcy polskich jeńców wojennych.

Podpisana zgoda:

Stalin K. Woroszyłow, Mołotow, i V. A. Mikojan.

Podpisy w lewym marginesie to M. Kalinin i L. Kaganowicz.

Radziecka wina tej masakry była znana w USA i Wielkiej Brytanii na początku 1943 roku,  — ale alianci dołączyli do zmowy milczenia ze Stalinem.

Siła historii z jaką do nas mówi, — zależy od naszej zdolności do jej wysłuchania.

Kiedy jesteśmy głusi na jej tajemnice, lub zbyt zdezorientowani albo ograniczeni aby je odczytać,  — tracimy  możliwość  umocowania w niej.  

W ten sposób nie  uda  się  pokonać  propagandy  naszego  własnego  rządu,  podobnie jak to było pod rządami dyktatur — zbyt często nas  oszukiwano.

Uderza mnie aura towarzysząca temu nowemu, sensacyjnemu odkryciu.

Pracownik naukowy  i autor Krystyna Piórkowska,  poinformowała  w  tym  tygodniu, agencję Associated Press,  — że odkryła „porażający”  Dokument US, którego historia sięga 1945 roku,  znany  jako  „Raport Van Vlieta”, 

  o Masakrze  w Lesie Katyńskim   (The Van Vliet report on the Katyn Forest Massacre).

Niewielu Amerykanów zna masakry z czasów II wojny światowej,  nie mówiąc już o ppłk-u  US Army, John H. Van Vlietcie 

—  więc o czym  ta  historia  nam mówi?

Jej przesłanie jest jedno, którego nie możemy, jako naród głęboko ograniczany uwarunkowaniami,  odrzucić.

Dotyczy  to  dziesięcioleci  historii  USA   —  prowadzonej  przez  nie   polityki w odniesieniu do ZSRR  — ustępstw, wsparcia a nawet zmowy w kilku  najgorszych zbrodniach imperium zła.

O amerykańskiej zdradzie ( American Betrayal   — dowiadywałem się wraz  z  każdym  nowym dowodem ukazującym wpływy sowieckich agentów  na  amerykańską strategię,  —  długo  zakrytych  przez fałszywą narrację  „dobrej  wojny”.

Równie ważne jest podważenie żrącego wpływu [ sowieckich agentów],  jaki wywarło ono na charakter naszego narodu.

Nigdzie bardziej nie jest ten moralny wpływ bardziej widoczny, niż w Katyniu.

Ten rozdział historii zaczyna się, gdy Van Vlieta i innych jeńców wojennych przetrzymywanych przez nazistowskie Niemcy, — przywieziono niemieckim urzędnikom w Lesie Katyńskim koło Smoleńska w Rosji, do obserwowania ekshumacji z masowych grobów odkrytych tam w 1943 roku,

— tysięcy zamordowanych Polaków, głównie oficerów.

Dowody, które Van Vliet zobaczył, przekonały go,  że patrzy na sowiecką zbrodnię o kolosalnych rozmiarach.

W ramach diabolicznych planów Stalina sowietyzacji Polski,  — Sowieci  zlikwidowali 20.000 polskich jeńców wojennych w 1940 roku, 

— w  czasie,   gdy obszar ten był pod okupacją ZSRR, po inwazji sowieckiej na Polskę w tandemie  z  hitlerowskimi Niemcami w 1939 roku.

Jednakże do 1943 r., Stany Zjednoczone i Wielka Brytania  — w zawartym sojuszu wojskowym z dyktaturą komunistyczną

— uderzyły przeciw   dyktaturze hitlerowskiej.

W momencie odkrycia masakry, — Stalin od razu oskarżył Hitlera. 

Co ważniejsze  —  to samo zrobił Roosevelt  i  Churchill.

Czy mieli wiedzę, czy znali prawdę o  swoim  morderczym  sojuszniku   (Stalinie) przeciwko ich morderczemu wrogowi (Hitlerowi)?

 —   Czy nie chcieli znać prawdy?

Wiemy, że brytyjski dyplomata o nazwisku Owen O’Malley,  —  został wysłany do zbadania zbrodni wojennych wiosną 1943 roku.  

O’Malley   napisał  niezwykły raport dla Rządu Brytyjskiego zawierający oskarżenie Sowietów.Wiemy,   że  Churchill  przekazał  ten  raport Rooseveltowi latem tego samego roku.

Wysłannikiem Roosevelta w 1944 roku,  — który miał zaświadczyć,  o  przedstawionych dowodach sowieckiej winy w Katyniu,  — był były gubernator Pennsylvanii, George H.Earle.

—   Roosevelt  tego  „nie kupuje”.

W międzyczasie poszedł na wewnętrzną mantrę rządu  — „nie możemy obrażać Rosjan„, — mylącą prawdę z moralnością, —  a ja twierdzę — amerykańską strategię.

W  rezultacie   —  przez całą wojnę,  — zarówno  USA  jak  i  Wielka Brytania — będą rozpowszechniać sowieckie kłamstwa o Katyniu .

Teraz wiemy,  — że w czasie wojny — agencja rządu  USA  i  Biuro Informacji Wojny — tonęły w sowieckich agentach i  były silnym ramieniem dla ich propagandy.

Amerykańskie  wsparcie  dla  Wielkiego Kłamstwa o Katyniu,  jednak nadal,  — długo po zakończeniu wojny — trwa i tkwi tam, gdzie cały raport Vana Vliet’a.

Pod koniec wojny, świeżo uwolniony Van Vliet  pędził  do domu ze swoimi relacjami naocznego świadka radzieckiej winy.  

W dniu 22 maja 1945 r. Van Vliet zdał sprawozdanie z tego, co widział, bezpośrednio  szefowi  wywiadu wojskowego, generałowi Claytonowi Bissell.

Generał oznaczył raport „Ściśle Tajne”,   i  —  jak powiedział później Van Vliet Kongresowi w toku dochodzenia w sprawie Katynia na początku 1950 r.

—  „następnie skierował do mnie list zobowiązujący mnie do milczenia.”

Milczenie…

Kiedy widzimy przeszłość, jako walkę między milczeniem obejmującym tuszowanie prawdy –  nowy wzorzec porozumienia nabiera  kształtów.

—  Dlaczego prawda o sowieckiej winie w Katyniu została stłumiona,  aż  wykryto ją Kongresowi w 1952 roku?

—  Jaki to miało wpływ na rozprzestrzenienie się komunizmu na świecie?

—  Co lub kto służył/o  temu milczeniu?

Z całą pewnością tą przyczyną nie była prawda lub wolność.

W  międzyczasie  to  właśnie  ten  uciszony  amerykańskiej  świadek  wystawił rachunek  radzieckiej  winy  w  Katyniu,   który  stał  się znany jako raport Van Vlieta.

Od czasu dochodzenia w Kongresie na początku 1950 roku, aż  do chwili obecnej,  — śledczy  szukać zaginionego raportu.

W rzeczywistości raport,  który sam Van Vliet sporządził w dniu 22 maja 1945 r. —  jest nadal zaginiony.

To, co odkryła Krystyna Piórkowska  —  jest  zaprzysiężeniem Van Vlieta  z dnia 10 maja 1945,  złożonym jako depozyt.

Czym jest odkryty przez Krystynę Piórkowską  depozyt  „zaprzysiężenia”  Van Vlieta z dnia 10 maja 1945 r?

Dokument znaleziony przez Piórkowską,  jest testamentem  „anglojęzycznego Świadka Katynia”  —  najsłynniejszego amerykańskiego świadka „wycieczki” do Katynia 

— ten dokument znaleziony przez Piórkowską,  jest bardzo istotny.

Nie tylko Van Vliet  jest  ważnym amerykańskim świadkiem w Katyniu.

Kapitan amerykańskiej Armii, — Donald B. Stewart,  też tam  był  —  i  według  odtajnionych przez  Piórkowską dokumentów odkrytych w ubiegłym roku, 

— Stewart wysłał zaszyfrowaną wiadomość w 1943 roku do wywiadu wojskowego wskazując,  — że razem z Van Vlietem uważa,  że  Sowieci byli winni tej masakry w Katyniu.

Innymi słowy, US Army miała „twarde dowody”  —  otrzymała informacje naocznych świadków w czasie rzeczywistym.

—  Jest jeszcze gorzej.  

W 2012 roku,  — pisząc  o  wcześniejszych  ustaleniach Piórkowskiej w Katyniu,  — Association Press  poinformowała:

„Nowo odkryte dokumenty pokazują również, że niedługo przed  rozpoczęciem  pracy  przez  komisję w 1950 roku — Stewart otrzymał  rozkaz 

—  „Nigdy nie mówić o tajnej wiadomości o Katyniu”

Historia mówi więcej, niż pochowane tam ciała Polaków.

Tłum. emjot
Nadesłała Hiacynta USA
-BREAKING / Secrets of Katyn Forest: What’s Really Buried There? By Diana West :  Monday, January 17, 2014  8:49 AM: http://www.dianawest.net/Home/tabid/36/EntryId/2748/ Secrets-of-Katyn-Forest-Whats-Really-Buried-There.aspx;   Wstęp – Dr. John Grady

________________________________________

We should never forget what the best and the brightest of the Polish people suffered before, during and after WWII under the Soviet Beast, but       more importantly, what has been left out of the account posted below is the fact that this was nothing less than the cold-blooded genocide

of Polish Catholics by Russian JEWS.  This fact – part of a 2,000 year JEWISH AGGRESSION against Christianity – remains the greatest crimeand cover-up in the history of mankind, which reached its peak in the JEWISH Crucifixion of Christ, reached its second peak in the JEWISH destruction of Catholic Christendom (begun with the rise of Mohammedanism, Protestantism, Freemasonry, Liberalism, Socialism, Capitalism, Zionism, Modernism, Globalism. and which is right now reaching its consummate peak in the plot for WWIII and the New World Order under Antichrist). Keep these things in mind as you read the article below.


Secrets of Katyn Forest: What’s Really Buried There? By Diana West : PLEASE READ.  The importance of this issue cannot be exaggerated.

The execution of 20,000 Poles by the Soviet Secret Police (KGB) in 1940 included the murder of almost the entire Officer Corps of thePolish Army.  That was not only a diabolic crime of immense proportion, but its brutal effect is everlasting.  Consider that in those years, in Europe, one of the achievements most sought by many of the young men of a nation was becoming an officer in the army.  This was usually achieved only by the brightest and the best.  Consequently, the deliberate extermination of nearly the total Officer Corps of Poland (which constituted about 15, 000 of those executed) eliminated much of the best DNA and potential of a nation.  This was clearly a planned form of genocide.  The Communists who ruled Russia intended to populate and rule Poland with Communist Soviets, and they wanted no resistance — neither military, nor cultural, nor intellectual opposition.

In the early 20th century there was a strong Communist movement in the United States.  It was huge in Hollywood, present in the press, and substantial in the Roosevelt administration.  (Senator Joe McCarthy may not have been particularly tactful, but he was absolutely correct.)   Remember FDR’s statement,  „I don’t know why people don’t like Communists, many of my good friends are Communists.”  (Eleanor loved them!)  During WWII Soviet Dictator Joseph Stalin was given the affectionate name „Uncle Joe” in the U.S. Press.  And the appeasement of Stalin (the murderer of more than 20 Million of his own people) was evident not only in the conduct of the war, but even more so in the post war agreements and what nations and geographical areas were given over to Soviet occupation.   The errors and weakness and betrayals of Roosevelt and his staff, and those who followed them, resulted in the suffering, persecution and deaths of millions under the brutality of communism.

Why is this important today?   (1) Because evil and iniquity, especially those crimes of great magnitude, must be exposed.  (2)  Justice must be sought for the victims of brutality, murder, genocide and other monstrous crimes.  (3)  People must be made aware of these crimes, and made to understand them and the circumstances which made them possible, so that they do not occur again.

The groundwork for this type of tyranny is being created here in the U.S. at this very time.  It must be stopped and reversed now, while it is possible to do so.   If you doubt this, you are not well informed and are living in denial. If you refuse to understand this, you may be helping it come to fruition.  Your guilt will not be as great as those who will perpetrate such crimes, but your guilt will be substantial.  Recall the now famous words of philosopher George Santayana: „Those who cannot remember the past are doomed to repeat it.”    And the words of the great Dante:”The hottest places in Hell are reserved for those who in a time of moral crisis maintain their neutrality.”    —  Dr. John Grady

http://www.dianawest.net/Home/tabid/36/EntryId/2748/Secrets-of-Katyn-Forest-Whats-Really-Buried-There.aspx

Secrets of Katyn Forest: What’s Really Buried There?

By Diana West

The power of history to speak to us depends on our ability to hear it. When we are deaf to its secrets, or too confused or conditioned to decipher them, we miss the opportunity to be empowered by them. We thus fail to overcome the propaganda our own government, like the dictatorships we revile, has all too often deceived us with. I am struck by this aura of static around a sensational new discovery. Researcher and author Krystyna Piorkowska, the Associated Press reported this week, has unearthed a “lost” U.S. document, dating back to 1945, known as the Van Vliet report on the Katyn Forest Massacre. Few Americans are familiar with the World War II-era massacre, let alone with U.S. Army Lt. Col. John H. Van Vliet, so what is history telling us? Its message is one that we as a people are deeply conditioned to reject. It concerns decades of U.S. appeasement, support and collusion regarding the USSR, and even in some of the evil empire’s worst atrocities. In American BetrayalI re-examine this terrible pattern, long obscured by false narratives of the “good war” that I learned along with everybody else, for evidence of Soviet agents’ influence on U.S. strategy. Equally important is the corrosive impact this subversion has had on our nation’s character. Nowhere is this moral impact more evident than at Katyn.

This chapter of the story begins when Van Vliet and other prisoners of war held by Nazi Germany were brought by German officials to the Katyn Forest near Smolensk, Russia, to watch the exhumation of thousands of executed Poles, mainly officers, from mass graves discovered there in 1943. The evidence Van Vliet saw convinced him he was looking at a Soviet atrocity of colossal proportions. As part of Stalin’s diabolical plans to Sovietize Poland,the Soviets liquidated 20,000 Polish POWs in 1940, a time when this region was under USSR occupation following the Soviet invasion of Poland in tandem with Nazi Germany in 1939. By 1943, however, the U.S. and Great Britain had struck a military alliance with the communist dictatorship against the Nazi dictatorship. At the time of the massacre’s discovery, Stalin instantly blamed Hitler. Much more importantly, so did FDR and Churchill. Did they know the truth about their murderous ally (Stalin) against their murderous enemy (Hitler)? Did they want to know the truth? We know that a British diplomat named Owen O’Malley was dispatched to study the war crime in the spring of 1943. O’Malley wrote a remarkable report for the British government concluding the Soviets were guilty. We know Churchill gave this report to Roosevelt that same summer. Former Pennsylvania Gov. George H. Earle, Roosevelt’s personal emissary, would testify that he presented evidence of Soviet guilt at Katyn to Roosevelt personally in 1944. FDR wasn’t buying it. Meanwhile, “we mustn’t offend the Russians,” went the internal government mantra, confounding truth, morality and, I argue, U.S. strategy. As a result, both the U.S. and Great Britain would peddle Soviet lies about Katyn throughout the war. The Office of War Information, a wartime U.S. government agency we now know was riddled with Soviet agents, was a strong arm for this propaganda.

U.S. support for the Big Lie about Katyn, however, continued long after the war – which is where the Van Vliet report comes in. At war’s end, newly liberated Van Vliet sped home with his eyewitness account of Soviet guilt. On May 22, 1945, Van Vliet presented what he knew directly to the head of military intelligence, Gen. Clayton Bissell. The general tagged the report Top Secret, and, as Van Vliet later told Congress during its investigation of Katyn in the early 1950s, “then dictated the letter directing me to silence.” Silence. When we see the past as a struggle between silence – which includes cover-up – and revelation, a new pattern of understanding takes shape. Why was the truth of Soviet guilt at Katyn suppressed until Congress ferreted it out in 1952? What impact did this have on the advance of communism in the world? What or whose cause did silence serve? Not the causes of truth or freedom, to be sure. Meanwhile, it is this silenced American eyewitness account of Soviet guilt at Katyn that became known as the Van Vliet report. From the moment congressional investigators began looking for it in the early 1950s until now, the report has been missing. In fact, that same report Van Vliet dictated on May 22, 1945, is still missing. What Krystyna Piorkowska discovered is a sworn deposition by Van Vliet dated May 10, 1945. As the testament of America’s most famous witness to Katyn’s toll, this document found by Piorkowska, author of “English-Speaking Witnesses to Katyn,” is highly significant. Van Vliet was not the only important American witness at Katyn. Army Capt. Donald B. Stewart was there, too, and, according to declassified documents Piorkowska uncovered last year, Stewart sent a coded message in 1943 to military intelligence indicating that he and Van Vliet believed the Soviets were guilty of the massacre. In other words, U.S. brass received eyewitness information in real time. It gets worse. In 2012, writing about Piorkowska’s earlier Katyn findings, the AP reported: “The newly discovered documents also show Stewart was ordered in 1950 – soon before the congressional committee began its work – never to speak about a secret message on Katyn.”

History is telling us that more than Polish bodies are buried there.