Monthly Archives: Lipiec 2016

AKCJA „BURZA” A POWSTANIE WARSZAWSKIE Z UKRAIŃSKIM LEGIONEM SAMOOBRONY W TLE

 

1 sierpnia 2016 roku obchodzić będziemy 72 rocznicę bohaterskiego Powstania Warszawskiego.
Pomimo, że święcimy obecnie tę rocznicę , to w dalszym ciągu współczesna opinia społeczna nie jest wystarczająco poinformowana o historii jego wybuchu.
Większość ukazujących się w mediach artykułów, również wydane książki oskarżają najwyższą kadrę dowódców Armii Krajowej o wręcz zbrodnicze działanie, nieodpowiedzialne doprowadzenie do jednej z największych w naszej historii wojskowej klęski, połączonej z olbrzymimi stratami w ludności cywilnej i zniszczeniem stolicy z jej wspaniałym dorobkiem kulturowym. Są to też opinie głoszone przez niektórych zawodowych historyków.
Wydaje się, że ludzie, którzy nie przeżyli okupacji w Warszawie, nie są w stanie zrozumieć atmosfery, jaka poprzedziła Powstanie Warszawskie.

GENEZA POWSTANIA WARSZAWSKIEGO – WYTĘPIĆ POLAKÓW

Pięć lat niemieckiej (a także rosyjsko-sowieckiej) okupacji Polski jest trudne do zrozumienia dla europejczyków z innych okupowanych krajów, jak również dla powojennego polskiego pokolenia. Rektor uniwersytetu w Amsterdamie powiedział kiedyś:
„Gdy rozpoczęła się niemiecka akcja antyżydowska w okupowanej Holandii, to uniwersytet w Amsterdamie zareagował strajkiem studentów, nie słyszałem, żeby taki strajk miał miejsce na Uniwersytecie Warszawskim”.
Nie wiedział zatem, iż wszystkie uniwersytety były w Polsce zamknięte, a profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego, jednej z najstarszych wyższych uczelni europejskich, zesłano w „Sonderaction Krakau” w 1939 roku do niemieckich obozów koncentracyjnych.
Trzeba pamiętać, że już w „Mein Kampf” Hitler stawiał sobie za cel zdobycie większej przestrzeni życiowej na wschodzie dla narodu niemieckiego. Ujawniony tzw. Generalplan Ost Wielkogermańskiej Rzeszy Niemieckiej przewidywał po zwycięskiej wojnie wschodnią granicę Niemiec na linii na północy od jeziora Ładoga do Morza Czarnego. Zakładał też fizyczną eliminację, bądź przesiedlenie 80 – 85 proc. Polaków na Syberię i mniejszą procentowo, podobną eliminację Cyganów, Czechów, Ukraińców i Białorusinów.
Specjalną nienawiścią darzono Warszawę, która nie dość, że walczyła aż do 28 września 1939 roku, to jeszcze stała się centrum polskiego Podziemnego Państwa w czasie okupacji niemieckiej. Już w latach 1940 – 1942 r zaplanowano, że po wojnie Warszawa zostanie zburzona, a na jej miejscu zbudowane będzie niemieckie miasto Warschau (tzw. Plan Pabsta). Świadomość tej perspektywy w pełni uzasadniała budowę silnej polskiej podziemnej armii, niezależnie od istniejących armii alianckich i armii polskiej na Zachodzie.
Widząc masowy odwrót pokonanej niemieckiej armii, Polacy z niecierpliwością czekali na rozkaz rozpoczęcia powstania w Warszawie, do którego przygotowywali się przez 5 lat, marząc o odzyskaniu wolności, o tym, że sami pokonamy niemieckich bandytów, pomścimy śmierć naszych rodzin i kolegów, naszą utraconą młodość, życie w charakterze niewolników przez pięć lat. Dlaczego nie ma rozkazu do walki? Chcemy sami wyswobodzić nasze miasto, sami decydować o jego losie.
Armia Czerwona jest już podobno tuż, tuż, a my zamiast działać i z łatwością zdobyć już zdezorganizowane miasto, czekamy nie wiadomo na co.

Tymczasem sytuacja zaczynała się niekorzystnie zmieniać. Wraca niemiecki gubernator dystryktu Warszawa, Ludwig Fischer, 27 lipca wieczorem „szczekaczki”, megafony uliczne, ogłaszają jego rozkaz w formie apelu:
„Polacy! W 1920 roku za murami tego miasta odparliście atak bolszewizmu, okazując w ten sposób swoją antybolszewicką postawę. Dziś Warszawa stała się znowu zaporą dla czerwonego potopu, a jej wkładem w walkę winien stać się udział 100 000 mężczyzn i kobiet w pracach przy budowie linii obronnych.
Zbierajcie się na głównych placach na Żoliborzu, przy Marszałkowskiej, przy placu Unii Lubelskiej, etc. Winni odmowy będą ukarani.”
Dla Niemców życie mieszkańca Generalnego Gubernatorstwa nie ma żadnej wartości, przez pięć lat nas o tym przekonywano. Rozumiemy, że tu niewątpliwie chodzi jednak nie tylko o fortyfikacje, ale o zabezpieczenie się w związku z planowaną obroną miasta.
Nie można bronić Warszawy przed Armią Czerwoną, mając w mieście około 40 000 podziemnej wrogiej armii z jakby nie było tysiącami różnego rodzaju broni, mając całą podziemną wrogą administrację i wrogą ludność. To jest przecież stolica podziemnego państwa.
100 000 ludzi zdolnych do pracy fizycznej pod kierownictwem Niemców niewątpliwie zdezorganizuje struktury państwa podziemnego.
Rozkaz Fischera nie jest zrealizowany, warszawiacy nie zgłosili się. Kierownictwo Armii Krajowej rozumie to niebezpieczeństwo i wydaje rozkaz:
28 lipca o godzinie 8.00 wieczorem – koncentracja podziemnych oddziałów z bronią na zaplanowanych miejscach zbiórki.
Jaka była dyskusja przed wydaniem tego rozkazu? Kto co powiedział?
Nie wiemy. Nie wszyscy poważni historycy podają, kto wydał rozkaz tej mobilizacji.
Niektórzy piszą, że osobiście generał Antoni Chruściel „Monter”, inni że w porozumieniu z dowódcą Armii Krajowej generałem „Borem” Tadeuszem Komorowskim.

RADIO MOSKWA PO POLSKU

„Wezwanie do Warszawy. Walczcie przeciwko Niemcom. Warszawa bez wątpienia słyszy już huk armat w bitwie, która już wkrótce przyniesie jej wyzwolenie dla Warszawy, która nigdy się nie poddała i ciągle nie ustaje w walce, godzina czynu wybiła. Nie wolno zapomnieć, że w potopie zagłady hitlerowskiej przepadnie wszystko, co nie będzie ocalone czynem, że bezpośrednio czynną walką na ulicach Warszawy, po domach, fabrykach, magazynach, nie tylko przyśpieszymy chwilę ostatecznego wyzwolenia, lecz ocalimy także majątek narodowy i życie naszych braci”.
Jednocześnie sowiecki samolot zrzucił tego dnia ulotki komunistycznego Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego z Lublina wzywającego również do broni, tegoż dnia pojawiły się rozlepiane afisze Polskiej Armii Ludowej, że przedstawicielstwo emigracyjnego rządu polskiego uciekło z Warszawy, a komendant Polskiej Armii Ludowej przejmuje dowództwo nad wszystkimi siłami podziemnymi.
Jednocześnie także w tym samym dniu, 29 lipca, jedna z najlepszych pancernych dywizji niemieckich „Hermann Goering” w pełnym szyku bojowym przemaszerowała przez warszawskie mosty, zdążając na front walki. Oznaczało to, że planuje się realizację stałej polityki w całym okresie odwrotu z frontu wschodniego.
Norman Davies, angielski historyk („Powstanie ´44”, s. 312) pisze: „Polegała ona na tym, żeby ogłaszać, że silne punkty takie jak Warszawa – są „fortecami”, ewakuować całą ludność cywilną, okopywać się na własnych pozycjach, a potem obserwować, jak miasto zamienia się w stos ruin w wyniku bombardowań i ognia artyleryjskiego. Z punktu widzenia warszawiaków nie robić nic oznaczało tyle, co dopraszać się jakiegoś innego nieszczęścia. Oznaczało prosić o powtórkę tego, co niedawno zrobiono z Mińskiem Litewskim”.

MIKOŁAJCZYK W MOSKWIE

30 lipca znowu apel sowieckiego radia w języku polskim, stacji „Kościuszko”:
„Warszawa drży od ryku dział. Wojska sowieckie napierają gwałtownie i zbliżają się do Pragi. Nadchodzą, by przynieść wam wolność. Niemcy wyparci z Pragi będą usiłować bronić się w Warszawie.
Ludu Warszawy! Do broni! Uderzcie na Niemców!
Milion ludności Warszawy niechaj się stanie milionem żołnierzy, który wypędzi niemieckich najeźdźców i zdobędą wolność”.
Tego dnia przybywa do Moskwy premier Stanisław Mikołajczyk, jego wizyta jest zorganizowana przez Winstona Churchilla i ma na celu uzgodnienie form jakiejś współpracy. Mikołajczyk nie wie o umowie naszych aliantów w Teheranie, Poczdamie, Jałcie w 1943 roku.
3 sierpnia spotyka się ze Stalinem, który odsyła go do kierownictwa Związku Patriotów Polskich grupujących polskich komunistów.
5 sierpnia ma z nimi spotkanie Wanda Wasilewska, grająca podstawową rolę w tym zespole ze względu na sympatię jaką otaczał ją Stalin. Jest „twarda”, nie dochodzi do żadnej formy współpracy, początkowo nawet Wasilewska twierdzi, że Powstanie nie wybuchło w Warszawie.
Na prośbę Mikołajczyka o pomoc już walczącej Warszawie, w formie interwencji u Stalina, z założeniem, że w wyzwolonej z okupacji niemieckiej Polsce utworzy się koalicyjny rząd, nie ma odpowiedzi.
Zwycięża więc komunistyczny partyjny interes. W świetle tych faktów i wobec bliżej nieomówionych innych przykładów zdrady interesów Polski przez aliantów zachodnich ukształtowała się sytuacja typowa dla tragedii greckiej: każde rozwiązanie jest niekorzystne, a w naszym przypadku tragiczne.
Po raz pierwszy w historii wszystkich państw okupowanych przez Niemców w czasie II wojny światowej tylko warszawiacy nie wykonali rozkazu dla olbrzymiej grupy 100 000 mieszkańców zgłoszenia się do budowy fortyfikacji.
Tym samym stanęli na ścieżce wojennej z niemieckim okupantem. Warszawa byłaby zniszczona, a straty ludzkie byłyby równie dotkliwie, gdyby Powstanie nie wybuchło.
Winę ponoszą sowieccy sojusznicy naszych zachodnich aliantów, Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, ale oczywiście pierwszym szalbierzem sprytnie i obłudnie działającym był Związek Sowiecki i jego polscy komunistyczni współpracownicy, również wzywający do Powstania.
Tę tezę stawia też Norman Davies w swoim dziele „Powstanie ´44”, przedstawiając cały szereg faktów zdradzieckiej polityki naszych zachodnich aliantów, m.in. brak wystarczającej interwencji w sprawie lądowania samolotów alianckich z dostawami do Warszawy na lotniskach sowieckich. Dopiero 18 września 104 samoloty amerykańskie dokonały olbrzymich zrzutów, niestety już głównie na pozycje niemieckie.
Amerykanie i Anglicy dopiero pod koniec Powstania ogłosili obowiązek traktowania powstańców, jako żołnierzy alianckich z prawem rewanżu na jeńcach niemieckich w przypadku nieuznawania zasad Konwencji Genewskiej. Ta deklaracja powinna pojawić się 2-3 sierpnia, ilu naszym żołnierzom ocaliłaby życie?
Premier brytyjski Herbert Asquith mówił krótko przed wojną wybitnemu pianiście i orędownikowi sprawy polskiej na Zachodzie Ignacemu Paderewskiemu: „nie ma żadnej nadziei na przyszłość dla Ojczyzny Pana”. Oznaczało to, że w chwili wybuchu wojny sprawę polską uważano w Europie za wewnętrzny problem zaborców Rosji, która z Francją i Wielką Brytanią znalazła się w obozie ententy, oraz walczących z tym sojuszem państw centralnych – Niemiec i Austro-Węgier. Niezależnie od tego, dowództwa wojujących ze sobą na ziemiach polskich armii państw zaborczych chciały zapewnić sobie przychylność Polaków.
Rosjanie wydali odezwę, w której odwołali się do odwiecznej, rzekomo wspólnej walki Słowian z agresją germańską i obiecywali zjednoczenie ziem polskich „swobodnych w wierze, języku i samorządzie”. Deklaracja nie miała najmniejszej wartości, a wydał ją stryj cara Mikołaja II – Mikołaj Mikołajewicz – wódz naczelny armii rosyjskiej.
Polska należy do najbardziej bohaterskich krajów Europy, która przez lata ciemiężona potrafiła wielokrotnie walczyć o swoją suwerenność, niepodległość, wolność.
My Polacy mieliśmy od poczęcia wpajane hasła „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Przeglądając karty naszej historii wielokrotnie usiłowaliśmy odzyskać zabraną przez najeźdźców wolność, czego dowodem są nasze powstania narodowe.
W poczcie tych zrywów narodowych należy przypomnieć, iż moc naszego ducha powstania narodowe utożsamiały Narodowi, iż tylko w taki bohaterski sposób przetrwamy jako naród niezłomny.
Nieszczęsne geopolityczne położenie naszej ojczyzny przez wieki zakładało nam kajdany niewoli. Przy utracie niepodległości Polacy byli jeszcze przez najeźdźców zewnętrznych i wewnętrznych mordowani i wywożeni na Sybir, czy do Kazachstanu. Rosja, Ukraina, dawniej chanowie tatarscy, okrutny watażka Bohdan Zenobi Chmielnicki – hetman zaporoski, przywódca powstania kozackiego przeciwko Rzeczypospolitej w latach 1648-1654, bohater narodowy Ukrainy, to zaborcy i mordercy wschodni.
Z zachodu Polsce zagrażali Niemcy, a w ostatniej II wojnie światowej państwa Osi. Nazwani najeźdźcami wewnętrznymi to w okresie międzywojennym nielegalna Komunistyczna Partia Polski. Komunistyczna Partia Zachodniej Ukrainy, Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, Ukraińska Powstańcza Armia oraz Komintern – bolszewicka agentura w Polsce.
Komunistyczna Partia Zachodniej Ukrainy i Komunistyczna Partia Polski żądali przyłączenia Polski do ZSRS. OUN – UPA organizowały napady mordercze na Polaków.
Kurator okręgu lwowskiego Stanisław Sobiński został zastrzelony przez zamachowców z Ukraińskiej Organizacji Wojskowej (UWO) Bohdana Pidhajnego i Romana Szuchewycza („Tarasa Czuprynkę”) na ulicy Królewskiej we Lwowie w obecności żony.
Zamordowany został m.in. poseł Tadeusz Hołówko, minister Bronisław Pieracki i szereg policjantów. Banderowcy wymordowali w sposób okrutny ok. 200 tysięcy Polaków na Kresach II RP na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.
Dzisiaj w 2016 roku siły swoje zbiera do odbudowy imperium radzieckiego putinowska Rosja. Jej pierwszym krokiem do tego celu jest zabór Krymu i „nowoczesna” wojna przeciwko Ukrainie mająca na celu wchłonięcie całego jej terytorium.
Powstaje nowe wojsko rosyjskie – separatyści – którzy oczywiście po Ukrainie będą mieli na celowniku Polskę.
Istniejący – nieistniejący rząd ukraiński to zwolennicy Stepana Bandery i jego władczych haseł zagarnięcia terytorium Polski po Krynicę.
Polska po 123 latach niewoli odzyskała niepodległość dzięki Pierwszemu Marszałkowi Polski Józefowi Piłsudskiemu. Do tego celu zmierzały właśnie narodowe powstania, kościuszkowskie, listopadowe, styczniowe, konfederacja barska, Powstanie Warszawskie.
Chyba trafnie Maurycy Mochnacki rodowód naszych powstań narodowych wiązał z konfederacją barską. Przypisywał jej bardzo szlachetne, narodowe cele, ale podkreślał także źródło jej niepowodzeń.

AKCJA ” BURZA” A POWSTANIE WARSZAWSKIE

We wrześniu 1943 roku Komenda Główna Armii Krajowej przesłała do Sztabu Naczelnego Wodza w Londynie Raport Operacyjny nr 154, czyli zmodyfikowaną wersję powstania powszechnego. Podstawowym założeniem operacyjnym było, że armia niemiecka ulegnie demoralizacji i wewnętrznemu rozkładowi w końcowej fazie wojny, jak to miało miejsce w czasie I Wojny Światowej. Stąd też przyjęto , że podstawowym warunkiem podjęcia działań powstańczych będą wyraźne objawy klęski niemieckiej armii wschodniej.
O rozpoczęciu powstania miał zadecydować Naczelny Wódz, zaś sam moment rozpoczęcia walk ustalić miał dowódca Armii Krajowej w porozumieniu z Delegatami Rządu na Kraj.
Gdy Raport Operacyjny nr 154 dotarł do sztabu Naczelnego Wodza w Londynie i został rozszyfrowany – był już rok 1943. W styczniu 1943 roku oddziały sowieckie rozbiły w Stalingradzie 6 Armię von Paulusa.
Lato 1943 roku przynosi kolejne sukcesy militarne Sowietów i staje się jasne, że na froncie wschodnim ofensywa operacyjna przeszła do rąk Stalina.
28 października 1943 roku gen. Tadeusz Bór – Komorowski zameldował, że według jego oceny należy spodziewać się rychłego wkroczenia Armii Czerwonej na obszar państwowy II Rzeczypospolitej.
27 października 1943 roku została zatwierdzona przez Radę Ministrów nowa instrukcja dla Kraju, która przewidywała dwie formy wystąpienia AK: powstanie powszechne oraz wzmożoną akcję sabotażowo – dywersyjną. Wybór zależeć miał od wydarzeń na froncie wschodnim.
Instrukcja rządu nie zyskała uznania Kraju i została odrzucona.
Zarzucano jej ogólnikowość, potraktowanie sprawy najważniejszej, tzn. stosunku AK do wojsk sowieckich, drugoplanowo, jako ewentualność, a nie rzeczywistość.
21 lipca 1944 roku Komenda Główna Armii Krajowej zadecydowała, aby objąć akcją „Burza” również Warszawę w wyniku czego 1 sierpnia 1944 roku o godz. 17:00 oddziały Okręgu Warszawskiego AK dowodzone przez płk Antoniego Chruściela „Montera”, rozpoczęły działania, które przeszły do historii jako Powstanie Warszawske.

CZYM BYŁO POWSTANIE WARSZAWSKIE?

Tego dzisiejsi, niektórzy, młodego pokolenia historycy nie rozumieją, pisząc niekiedy „mitologiczne” prace o barwie beletrystyczne j fikcji literackiej, jak np. „Obłęd 44” Piotra Zychowicza, czy też kompletną grafomańską bzdurę „Pakt Ribbentrop – Beck”, który zaistniał w zwichrzonym fata – morganą umyśle historyka Piotra Zychowicza.
Wrakiem naukowym nazwać można założenie Polskiej Akademii Nauk – I Kongres komunistycznej polskiej nauki, kontrolę polskiego środowiska naukowego dokonaną przez władze komunistyczne z likwidacja Polskiej Akademii Umiejętności oraz Warszawskiego Towarzystwa Naukowego.
Powstanie Polskiej Akademii Nauk było wynikiem postanowień zorganizowanego przez komunistyczne władze I Kongresu Polskiej Nauki (29.06 – 2.07.1951) i połączone było z likwidacją Polskiej Akademii Umiejętności oraz Towarzystwa Naukowego Warszawskiego. PAN została powołana ustawą o Polskiej Akademii Nauk z 30 października 1951, a jej celem politycznym była kontrola środowiska naukowego. Początkowo była tylko korporacją uczonych, jednak w 1960 roku została przekształcona w rządową instytucję centralną, sprawującą ogólną pieczę nad nauką w Polsce i zarządzającą siecią instytutów. W 1990 roku PAN straciła status instytucji rządowej, stając się ponownie. zarówno korporacją uczonych, jak i siecią instytutów. Funkcję sprawowania kontroli nad nauką na poziomie rządu przejął Komitet Badań Naukowych.

ELŻBIETA JANICKA Z PAN HAŃBĄ POLSKIEJ NAUKI HISTORYCZNEJ

Po wypowiedzi Elżbiety Janickiej z Instytutu Slawistyki Polskiej Akademii Nauk Polacy mogą być zdezorientowani. Zasugerowała ona bowiem, że „Rudego” i „Zośkę” łączyła… homoseksualna miłość”. Ile w tym prawdy? – „Gdybyśmy w ten sposób na siłę doszukiwali się podtekstów, szybko doszlibyśmy do wniosku, że Ania z Zielonego Wzgórza była lesbijką” – odpowiada przewodnicząca Stowarzyszenia Polonistów.
„Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego to jedna z najbardziej mitotwórczych książek w polskiej historii” – twierdzi Elżbieta Janicka z Instytutu Slawistyki Polskiej Akademii Nauk, autorka książki „Festung Warschau”. Proponuje, byśmy krytycznym okiem spojrzeli na to, jakie postawy promuje książka, jak przedstawiana jest w niej śmierć, a jak relacje poszczególnych bohaterów: „Alka”, „Rudego” i „Zośki”. W tej ostatniej kwestii dochodzi do „rewolucyjnych” wręcz wniosków…

COŚ WIĘCEJ NIŻ PRZYJAŹŃ, TWIERDZI JANICKA

„Ponieważ rozmawiamy w kulturze homofobicznej, gdzie zakwestionowanie czyjejś heteroseksualnej orientacji nie jest konstatacją, lecz denuncjacją, porównałabym Zośkę i
Rudego do Achillesa i Patroklesa, pary legendarnych wojowników – mówi Janicka, wyraźnie sugerując, że „bohaterów „Kamieni na szaniec” łączyło coś więcej niż męska przyjaźń”.
Goryczy dolewa historyk Piotr Zychowicz z TV Republika, w bezczelnych antypolskich tytułach „Obłęd 44″(Powstanie Warszawskie) z rozdziałem „Władysław Sikorski, nieszczęście dla Polski” etc. czy też mityczny pseudohistoryczny „Pakt Ribbentrop – Beck” w rodzaju „co by było, gdyby było”, uwłaczający bohaterskiej pamięci Józefa Becka ministra spraw zagranicznych II Rzeczypospolitej.

„KAMIENIE NA SZANIEC” TO SCHAMIENIE NA SZANIEC

Elżbieta Janicka, dekonstruktorka powstańczych mitów, pisała, że oddychamy powietrzem, w którym czuje się nienawiść. Paradoksalnie – największa chmura nienawiści wisi jednak nad jej „naukowym” własnym biurkiem.
Znany publicysta Jan Pospieszalski jeżdżąc po kraju pokusił się kiedyś o eksperyment – z czego zdał niedawno relację w tygodniku „Wsieci” i na portalu wpolityce.pl. Zadawał studentom i licealistom pytania o wydarzenia grudniowe. „Niemal w stu procentach przypadków odpowiedzią było wzruszenie ramion” – wskazuje Pospieszalski, dodając przy tym, że dla odmiany ponad połowa pytanych wiedziała, co to zbrodnia w Jedwabnem. Poznański czerwiec też większości nic nie mówił, w przeciwieństwie do pogromu kieleckiego, bo o nim wielu słyszało.
I wtedy publicysta zaproponował: „Zróbmy zamianę. Powiedzmy: masakra gdańska i jedwabnieński lipiec. Powiedzmy: zbrodnia poznańska i kielecki lipiec”. – To robiło na ludziach wrażenie – skwitował, wskazując, jak za pomocą języka można manipulować pamięcią.
Pospieszalski nie ma wątpliwości, że to pokazuje, „jak w pewnych przypadkach ktoś zadbał, żeby ocena moralna wydarzeń była podkreślana takimi słowami jak zbrodnia czy pogrom, a w innych – żeby tragiczne wydarzenia eufemistycznie powiązać z nazwami miesięcy”.
Ów proceder jest twórczo rozwijany przez postępowe środowiska naukowe, bo najwyraźniej nie ma takiej granicy, której nie mogłyby przekroczyć, żeby tylko rozprawić się z polskimi„antysemitami”. Albo „homofobami”. Albo katolikami. Albo patriotami i ich narodowymi mitami. A najlepiej ze wszystkimi naraz.

WOJSKIEGO FALLICZNA GRA NA ROGU

Chyba żadna z postępowych prowokacji nie wywołała takiej burzy, jak niedawna, do dziś gorąco komentowana, „genderowa” analiza postaw bohaterów „Kamieni na szaniec”. Elżbieta Janicka, rocznik 70., doktor nauk humanistycznych, adiunkt w Instytucie Slawistyki PAN, za pośrednictwem depeszy PAP postanowiła zdemaskować obraz młodych powstańców warszawskich, bohaterów kilku pokoleń czytelników książki Aleksandra Kamińskiego, czyli „Alka”, „Rudego” i „Zośki”. Językoznawczyni z PAN wskazała, że przyjaźń „Rudego” i „Zośki”, uznać trzeba za więź homoseksualną. Zasugerowała przy tym, że prawdziwym motywem, dla której oddział Szarych Szeregów zorganizował brawurową akcję odbicia 25 więźniów z rąk gestapo, w tym „Rudego”, było owo homoseksualne uczucie.
„Naukowy dowód” Janickiej wywołał – prócz głosów wielkiego oburzenia – także lawinę kpin z naukowego warsztatu pani adiunkt z PAN. Publicysta „Do Rzeczy” Marek Magierowski zaproponował badaczce z PAN listę bohaterów literackich do analizy. „Aż się prosi, by Elżbieta Janicka zinterpretowała także na nowo koncert Wojskiego na rogu tym razem w kontekście fallicznym”. „Natenczas Wojski chwycił na taśmie przypięty / Swój róg bawoli, długi, cętkowany, kręty / Jak wąż boa, oburącz do ust go przycisnął«. Mój Boże, jakżeż mogliśmy być tak ślepi!”.
– „To jest bardzo niepojący trend” – martwi się prof. Ryszard Legutko, polityk PiS i były minister oświaty. – „Bo namnożyły się te różne programy genderowe na uczelniach, na to płyną pieniądze państwowe i unijne. Sam Legutko już ze dwie dekady temu prorokował, że w „Dziadach” w końcu doczekamy się ks. Piotra w homoparze z Konradem: – Padło na „Kamienie na szaniec”… „Cóż. To jest taka zaraza, która niszczy humanistykę, tymczasem to nie jest żadna rewolucja. To kalki światopoglądowe. Ciekawe, że literaturoznawstwo jest szczególnie zdegenerowane, bo spolityzowane strasznie i to w wersji neomarksistowskiej. Literatura, jak kiedyś, ma być słuszna. Spełniać wymogi politycznej poprawności. Klucz marksistowski zawierał w sobie jeden element, czyli klasę, neomarksizm ma klasę, rasę i płeć, i tylko tym się różni. I u nas się to tym kluczem wyklucza – bo antysemityzm, patriarchat, homofobia. Kiedyś były masówki, dziś są akcje medialne – mówi dziś.
I wskazuje na charakterystyczny rys warsztatu neomarksistów. – To się u nich przejawia poprzez żargon – język jest pokrętny, hermetyczny, a w gruncie rzeczy niesie prymitywny przekaz, a zasada jest taka, że im bardziej struktura mętna, tym myśl bardziej toporna.
Na szyderstwach jednak nie mogło się skończyć. Struny szarpnięte przez Janicką zagrały dla wielu zbyt perfidnie i zbyt boleśnie”. – „Zaświadczam, że byli to normalni, zdrowi, młodzi chłopcy z żelaznymi zasadami. I wielcy patrioci” – zareagowała na rewelacje Janickiej Katarzyna Nowakowska pseud. „Kasia”, odznaczona Krzyżem Walecznych, powstaniec warszawski z 3 batalionu pancernego „Golski”. Nowakowska uznała „rewelacje Janickiej za krzywdzące, niesmaczne i insynuujące rzeczy nieprawdopodobne”.
Odezwali się też inni koledzy z AK i Szarych Szeregów, zaapelowali: „My, żyjący jeszcze harcerze Szarych Szeregów i Armii Krajowej, zwracamy się do dziennikarzy, publicystów, historyków – także z PAN – o opieranie się w swoich wypowiedziach o nas na faktach, nie na piarowskich fantazjach”.
Apel tym bardziej zasadny, że na homoetykietowaniu powstańców warszawskich Janicka nie kończy. „Autorowi „Kamieni na szaniec” zarzuca antysemityzm, bo gloryfikując powstańców warszawskich – pominął milczeniem powstanie w getcie, choć był łącznikiem AK z gettem (otrzymał medal Sprawiedliwego wśród Narodów Świata). Tych zarzutów Janicka rzecz jasna też nie poparła dowodami”.

POWIETRZE PEŁNE ANTYSEMITYZMU

Elżbieta Janicka to nie tylko językoznawca z PAN i Collegium Civitas. Także fotografik i wykładowca ASP w Łodzi. I może właśnie tam trzeba szukać źródeł jej nietuzinkowych metod badawczych. Tu siedem lat temu pierwszy raz udało się jej skupić na sobie uwagę – za sprawą wystawy pt. „Miejsca nieparzyste”. Wśród prac puste kadry obramowane jedynie „ząbkami” kliszy fotograficznej z logo firmy AGFA (część IG Farben, firmy, która w czasie wojny wykorzystywała do pracy więźniów – w tym więźniów Aushwitz-Birkenau) i która produkowała cyklon B.
Miały one być artystyczną „rejestracją powietrza nad obozami zagłady” i zarazem symbolem „paradoksu niewyrażalności Shoah”(Zagłady). Zaś powietrzna metafora – odkrywać ukryte związki między antysemityzmem a Holokaustem. Ukryte, bo sedno metody sprowadza się do rozróżnienia pojęć „widzianego” i „widzialnego” – widzialne to jest to, co może zostać zobaczone, bo to jej wizualny przejaw, zaś widziane – już od możliwości i ograniczeń postrzegającego. Jakiż potencjał interpretacyjny!
W przypadku artystycznego wyrazu trudno odmówić takiej metodzie sensu, choć już opis autorski wystawy wskazuje, że na innych polach dostrzeganie ukrytych „w powietrzu” związków między antysemityzmem a Zagładą, może kusić niczym nieskrępowaną – nawet histeryczną – dowolnością. – W powietrzu krążą popioły, my tym powietrzem oddychamy – mówiła Janicka w wywiadzie publikowanym w katalogu. – A wiatr, chmury, deszcz? Popioły są w ziemi, w rzekach, na łąkach i w lasach, poddawane nieprzerwanemu recyklingowi, w którym uczestniczymy nie ruszając się z miejsca zamieszkania, kupując w osiedlowym spożywczym żółty ser ze spółdzielni mleczarskiej w Kosowie Lackim, miód z tamtych terenów czy sos tatarski z Wizny. Bo tam się pasą zwierzęta. W Treblince stoją przy drodze żółte, trójkątne znaki drogowe z krową. Znak z krową obok znaku „Treblinka”.
Sprawa się komplikuje, a może należałoby powiedzieć, gdy przełożyć taką metodę postrzegania rzeczywistości na język nauki. Tymczasem już w eseju komentującym „Miejsca nieparzyste” pt. „Hortus Judeorum. Refleksje oddechowe i pokarmowo-trawienne na marginesie pracy „Miejsce nieparzyste” Janicka idzie na całość. Powietrze to nie tylko przestrzeń, w której krążą popioły z krematoriów, lecz przestrzeń „przesycona niewidzialnym antysemityzmem, nienawiścią wchłanianą tak łatwo, jakby się nią oddychało”. I ukryta groźba ubrana w bezradność: nie da się zasymilować przemocy, jaką była Zagłada, gdyż jest ona obecna w stanie potencjalnym.
Metodę wyczuwania nienawiści w powietrzu wykpiła właśnie na łamach tygodnika „Do Rzeczy” Mariola Dopartowa, kulturoznawca z UJ i Akademii Ignatianum: „Od pamiętnej wystawy autorka na rozmaite sposoby miele, przesiewa i pompuje czyste powietrze. Ponieważ sianie sztucznego wiatru przyniosło jej prawdziwą medialną burzę, nastąpiła eksplozja tfffu-rczych pomysłów” – wytykała Janickiej Dopartowa. I dodawała: „To, broń Boże, nie obraźliwa kpina, tylko metafora odpowiednio wyczuwanego wiatru w nauce i sztuce”.
To marna współczesność.

POWSTANIE WARSZAWSKIE – BITWA O NIEPODLEGŁOŚĆ

Wróćmy do historii. Powstanie Warszawskie było nie tylko kulminacją działań Armii Krajowej, było ono też ostatnią Bitwą o Niepodległość w tej wojnie.
W 1939 roku zgodnie z tradycją najechali nas barbarzyńcy ze Wschodu i Zachodu – Sowieci i Niemcy.
Wobec nie dotrzymania umów sojuszniczych Francji i Wielkiej Brytanii ulegliśmy, ale nie zrezygnowaliśmy z dalszej walki. Powstało Polskie Państwo Podziemne z rządem na emigracji. Kulminacją wszystkich bitew II Wojny Światowej było Powstanie Warszawskie, Bitwa stoczona o Niepodległość naszego Kraju.
Niepowodzenie „Burzy”, represje sowieckie wobec żołnierzy AK oraz zbliżanie się Armii Czerwonej do Warszawy zmuszały władze Polski Podziemnej do podjęcia nowych decyzji. Generał Tadeusz Komorowski „Bór” naciskany przez szefa sztabu Tadeusza Pełczyńskiego i płk. Leopolda Okulickiego, uznał, że w obliczu bezpośredniego zagrożenia niepodległości Polski przez ZSRS, tworzący już komunistyczne ośrodki władzy z siedzibą w Lublinie, ostatnią szansą obrony polskich praw jest samodzielne uwolnienie Warszawy z rak Niemców i objęcie władzy w mieście przez kierownictwo cywilne Polski Podziemnej.
Pomimo obawy przed sowieckimi represjami uważano, że w imię obrony niepodległości Polski należy być gotowym na ofiary i ponieść ryzyko. Wierzono jednak, że aresztowania w samej Warszawie, odbywające się – w odróżnieniu od polskich Kresów – na oczach świata, muszą spowodować reakcję rządów Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych. Przekonanie to było nieuzasadnione, z czego jednak władze Polski Podziemnej nieinformowane przez rząd Mikołajczyka o rzeczywistym stosunku zachodnich sojuszników do sprawy niepodległości Polski, nie zdawały sobie sprawy.
Na decyzję o rozpoczęciu powstania wpłynęły również prowokacyjne apele nadawane w końcu lipca 1944 roku z Moskwy przez rozgłośnię Związku Patriotów Polskich z przewodniczącą Wandą Wasilewską ,wzywające mieszkańców stolicy do rozpoczęcia spontanicznej walki z Niemcami. Dowodziły one, że komuniści, mimo braku większych sił i wpływów, w chwili wkroczenia do miasta Armii Czerwonej której jednostki znajdowały się w pobliżu warszawskiej Pragi, wystąpią zbrojnie, by narzucić swoją władzę.
Podjętą decyzję uzasadniano po wojnie również nastrojem żołnierzy AK i mieszkańców stolicy, którzy domagali się odwetu za powszechny, trwający blisko pięć lat terror niemiecki, oraz wolę podjęcia walki w chwili widocznej przegranej III Rzeszy.
Mieszkańcy stolicy z pogardą obserwowali butnych dotąd żołnierzy armii „narodu panów”, w popłochu wycofujących się na zachód; w ostatnich dniach lipca zlekceważyli również żądanie okupanta, aby 100 tysięcy mężczyzn zgłosiło się do budowy fortyfikacji w mieście. Trudno jednak wyobrazić sobie, aby podjęli walkę z Niemcami bez broni.
Dowódca AK wydał rozkaz rozpoczęcia walki o Warszawę 1 sierpnia 1944 roku o godzinie 17 00 ( tzw. godzina „W”). Generał „Bór” działał za zgodą rządu, ale bez rozkazu Naczelnego Wodza. Zlekceważył również negatywne opinie większości oficerów Komendy Głównej AK, wskazujących na bardzo słabe uzbrojenie ( tylko co dziewiąty żołnierz brał broń palną, pozostali byli wyposażeni jedynie w granaty i butelki z benzyną, a zapasy amunicji obliczono na kilka dni) i groźbę zniszczenia miasta w wyniku walk.
Kierownictwo AK zostało również poinformowane, że nie otrzyma od zachodnich sojuszników spodziewanej pomocy w postaci zrzutów broni.
Wśród zwolenników powstania dominowało jednak przekonanie, że braki w broni zostaną zrekompensowane męstwem żołnierzy Polskiego Podziemia, którzy zdobędą je na wrogu.
W pierwszych dniach walki żołnierze AK pod dowództwem płk. Antoniego Chruściela „Montera” opanowali Śródmieście, Stare Miasto, Wolę, Powiśle, gdzie zdobyto elektrownię, część Ochoty, Mokotowa i Żoliborza. W atakach przeprowadzonych w biały dzień ponieśli ciężkie straty.
Na Pradze po dwóch dniach walk, wobec braku powodzenia, powstańcy ponownie przeszli do konspiracji. W zajętych przez AK dzielnicach miasta w rękach Niemców pozostało wiele umocnionych punktów obronnych, z których część powstańcy zdobyli w następnych dniach.
Warszawiacy przyjęli wybuch powstania z wielkim entuzjazmem.
P o w s z e c h n i e z a p a n o w a ł o u c z u c i e o d z y s k a n i a n i e p o d l e g ł o ś c i. Na budynkach wywieszano flagi biało – czerwone, a powstańcy na każdym kroku otrzymywali wyrazy poparcia. Mieszkańcy stolicy dostarczali im żywność, pomagali w opiece nad rannymi, wznosili barykady – pomimo, iż Warszawa prowadziła walkę samotnie, jej żołnierze nie byli osamotnieni.
5 sierpnia Niemcy przystąpili do natarcia na Wolę. Podczas zdobywania powstańczych barykad wykorzystywali cywilów jak „żywe tarcze”. Na Woli Niemcy i współdziałające z nimi formacje kolaboracyjne złożone z obywateli sowieckich dopuścili się masowych zbrodni na ludności cywilnej.
Zamordowano blisko 38 tysięcy ludzi bez względu na wiek i płeć, w tym dzieci i ciężarne kobiety, wymordowano personel i pacjentów Szpitala Wojskowego.
Po zdobyciu Woli i Ochoty 11 sierpnia oddziały niemieckie, wspierane przez ciężką artylerię i lotnictwo oraz pociski rakietowe, nazywane przez powstańców „krowami” uderzyły na Stare Miasto. Na skutek systematycznego ostrzału i bombardowań zabytkowa dzielnica została obrócona w gruzy.
W tej sytuacji 1 i 2 września powstańcy przerwali tam walkę i przeszli kanałami do Śródmieścia i na Żoliborz. Twarda obrona Starówki pozwoliła powstańcom ze Śródmieścia na podjęcie działań zaczepnych m.in. po kilku atakach opanowali budynek centrali telefonicznej – PAST-ę przy ul Zielnej.
Po upadku Starego Miasta, w zaciętych walkach toczonych przez cały wrzesień, Niemcy zdobyli pomimo heroicznej obrony powstańców Powiśle, Czerniaków i Mokotów.
14 września Armia Czerwona dotąd wstrzymująca swoje działania zajęła Pragę.
Alianci, wbrew oczekiwaniom przyjęli wybuch powstania obojętnie. Rząd Wielkiej Brytanii zarzucił władzom polskim, że nie uzgodnili terminu jego rozpoczęcia i przez cały sierpień zwlekał z uznaniem AK za armię sojuszniczą, co posłużyło Niemcom za pretekst do mordowania wziętych do niewoli powstańców, w tym sanitariuszek.
Niemcy zamordowali kilkanaście harcerek w większości w wieku 15 – 17 lat w Szpitalu Wojskowym i wiele sanitariuszek, które pozostały z rannymi żołnierzami AK po upadku Starego Miasta.
Prasa brytyjska początkowo milczała o powstaniu w Warszawie, później znaczna część pism bagatelizowało jego znaczenie, gorliwie natomiast tłumaczyła działania Stalina, który w pierwszych dniach sierpnia nakazał przerwanie ofensywy Armii Czerwonej na linii Wisły.
Po dramatycznych zabiegach władz polskich na uchodźstwie, głównie gen. Kazimierza Sosnkowskiego, lotnictwo polskie, brytyjskie i południowo-afrykańskie podjęło loty do Warszawy, aby zaopatrzyć powstańców w broń, co w pewnym stopniu poprawiło ich sytuację.
Operacje lotnicze utrudniała jednak długość trasy przemierzanej z Włoch nad obszarami znajdującymi się w rękach niemieckich. Po dokonaniu zrzutu samoloty musiały wracać do baz włoskich, ponieważ Stalin nazywający dowódców powstania „garstką przestępców, którzy wszczęli awanturę warszawską w celu uchwycenia władzy”, do 10 września zabraniał sojuszniczym lotnikom lądowania na terenach zajętych przez Armię Czerwoną.
W drugiej połowie września sporadycznej pomocy powstańcom udzielało również lotnictwo amerykańskie , jednak znaczna część zrzutów dostała się w ręce Niemców, którzy panowali już nad większością obszaru miasta.
Kiedy pod koniec września oddziały niemieckie zdobyły Żoliborz, dalsze prowadzenie walki stało się niemożliwe. Wobec braku żywności i leków dla rannych, tragicznych warunków życia ludności cywilnej oraz utraty nadziei na pomoc, gen. Komorowski podjął decyzję o kapitulacji.
Dwa dni później w Ożarowie podpisano układ o zaprzestaniu działań wojennych w Warszawie. Zgodnie z jego postanowieniami powstańcy złożyli broń i wyszli z miasta zwartymi formacjami, a następnie zostali wywiezieni do obozów jenieckich w Niemczech.
Warszawę musiała opuścić również ludność cywilna. W powstaniu zginęło lub zaginęło ponad 18 tysięcy żołnierzy AK i 150 tysięcy cywilów. Straty niemieckie były nieproporcjonalnie niższe i wyniosły ok. 16 tysięcy zabitych i zaginionych żołnierzy.
Po kapitulacji Warszawy Niemcy przystąpili do systematycznego niszczenia miasta. Wysadzono w powietrze wiele zabytków m.in. Zamek Królewski, część pałacu w Łazienkach, Pałac Saski, kolumnę Zygmunta, liczne kościoły. Spalono największe polskie biblioteki: Narodową, Publiczną i Uniwersytecką oraz archiwa, z Archiwum Głównym Akt Dawnych na czele.
Spośród 987 zabytkowych budowli ocalało 64.
Łącznie Niemcy zburzyli 42 proc. domów i gmachów użyteczności publicznej.

UKRAIŃSCY MORDERCY POLAKÓW W POWSTANIU WARSZAWSKIM

Ukraiński Legion Samoobrony (Legion Wołyński) – ukraińska kolaboracyjna ochotnicza formacja zbrojna podczas II Wojny Światowej.
We wrześniu 1943 r. władze odłamu melnykowców Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów kierowanego przez Andrija Melnyka, współpracujące blisko z Niemcami, utworzyły ochotniczą jednostkę pod nazwą Legion Wołyński (Niemcy nadali mu oficjalną nazwę 31. Schutzmannschafts – Bataillon der SD). Do Legionu Wołyńskiego wstąpiła ocalała część Frontu Ukraińskiej Rewolucji.
Na jego czele stanął płk Petro Diaczenko, a cała kadra oficerska składała się z Ukraińców.
Niemcy przydzielili jedynie do jego sztabu swoich oficerów łącznikowych – SS-Hauptsturmführera Siegfrieda Assmussa i SS-Oberscharführera Raulinga. Legion miał stanowić przeciwwagę wobec banderowskiej Ukraińskiej Powstańczej Armii.
Początkowo działał na obszarze Wołynia i okolic, walcząc z komunistyczną partyzantką sowiecką oraz pacyfikując polskie wsie. Legion był bardzo dobrze uzbrojony i wyposażony, miał nawet pododdział artylerii, saperów i szpital polowy. Kadry dla niego kształciły się w stworzonej specjalnie w tym celu szkole oficerskiej w Łucku. Wydawał własną gazetę „Ukraińskij Legioner”.
Po dotarciu Armii Czerwonej na obszar jego działalności został wycofany na zachód. Na początku 1944 r. na Lubelszczyźnie walczył z polską partyzantką, głównie z 1. batalionem B.Ch. Stanisława Basaja Rysia. Wziął on również udział w mordach na Polakach – 23 lipca 1944 r. w odwecie za zabicie oficera SS, Legion spacyfikował wsie Chłaniów i Władysławin zabijając 44 osoby, rozstrzelał też co najmniej kilku przypadkowo spotkanych Polaków. Według relacji polskich świadków Legion specjalizował się w wyłapywaniu cywilnych Polaków i ich wyrafinowanym torturowaniu.
Od 15 do 23 września 1944 r. Legion w sile ok. 400 ludzi brał udział w walkach z powstańcami warszawskimi na Czerniakowie, działając przeciwko Zgrupowaniu „Radosław” i Zgrupowaniu „Kryska” oraz desantowanym oddziałom 9 Pułku Piechoty 3 Dywizji Piechoty z 1 Armii WP.
Następnie przerzucono go do Puszczy Kampinoskiej, gdzie 27-30 września 1944 r. uczestniczył w działaniach przeciwko zgrupowaniu Grupy „Kampinos” AK (operacja „Sternschnuppe”). Po tych walkach wycofano go dalej na południowy zachód; uczestniczył w kolejnych walkach pod Bykowem i Krakowem. Stamtąd transportem kolejowym przeniesiono Ukraińców przez Austrię do Słowenii, gdzie walczyli z komunistycznymi partyzantami.
Ostatecznie na początku 1945 r. przydzielono ich do 14 Dywizji Grenadierów SS (1 ukraińskiej). Po zakończeniu wojny nie zostali oni wydani Sowietom, którzy o to zabiegali, ale z uwagi na potwierdzone przez Władysława Andersa polskie obywatelstwo mogli zamieszkać na Zachodzie. Był to poważny błąd polityczny Andersa który uchronił tych zbrodniarzy od kary i pozwolił im później na antypolską działalność na Zachodzie.
Ukraiński Legion Samoobrony (31 baon SD), faktycznie powstał na ziemi wołyńskiej. Z początku działał na Lubelszczyźnie, później w Kieleckiem i Krakowskiem, do Powstania Warszawskiego skierowano dwie kompanie liczące 219 ludzi na przełomie sierpnia i września 1044 r. ULS brał udział w ataku na Powiśle. W dniach 4-13 września stracili 10 zabitych i 34 rannych.
O „wyczynach” żołnierzy innych narodowości niż niemiecka, w tym przypadku ukraińska można przeczytać w raporcie ówczesnej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich pt. „Zbrodnie Niemieckie w czasie Powstania Warszawskiego”. Jest to praca zbiorowa. Wszak to ci sami Ukraińcy, nacjonaliści, mordercy, hajdamaki, piłami rżnęli, żywcem palili, pacyfikowali Powstanie Warszawskie.

UKRAIŃSCY MORDERCY Z WOLI

Komunikat, w którym 2 sierpnia 1946 roku propaganda sowiecka obwieściły światu:
„W ostatnich dniach Kolegium Wojskowe Sądu Najwyższego rozpatrywało akt oskarżenia przeciwko A. A. Własowowi, W. F. Małyszkinowi, G. N. Żylenkowowi, F. I. Truchinowi, D. E. Zakutnemu, I. A. Błagowieszczenskiemu, M. A. Meandrowowi, W. I. Malcewowi, S. K. Buniaczence, G. A. Zwierjewowi, W. D. Korbukowowi, N. S. Szatowowi. (…)
Wszyscy oskarżeni przyznali się do winy i zostali skazani na karę śmierci z artykułu 1. Rozporządzenia Prezydium Rady Najwyższej ZSRR z 19 sierpnia 1943 r. (…). Wyrok wykonano.
Już następnego dnia „Polska Zbrojna”, przekazując treść komunikatu, opatrzyła go tytułem „Kaci Warszawy zawiśli na szubienicy”.
Znakomitym uzupełnieniem utrwalającym skromną wiedzę o nieznanym polskiemu społeczeństwu Własowie był ten sam komunikat z „Głosu Ludu” (poprzednika „Trybuny Ludu”), pt.:
„Własow zawisł na szubienicy. Słuszna kara spotkała zdrajcę i mordercę”.
Największą taką jednostką użytą w stolicy była część brygady „RONA”, dowodzona przez Bronisława Kamińskiego. 2 sierpnia wybrano z niej 1.700 nieżonatych mężczyzn. Utworzono z nich dwubatalionowy pułk szturmowy wzmocniony artylerią.
Bezpośrednie dowodzenie nad pułkiem objął zastępca szefa sztabu brygady major Jurij Frołowiv. Pułk „RONA” przez pierwsze 10 dni walk z powstańcami (4-14 sierpnia) znajdował się na Ochocie, gdzie zajmował się przede wszystkim rabunkami i gwałtami, a także mordowaniem ludności.
14 sierpnia ludzie Bronisława Kamińskiego zajęli szpital Dzieciątka Jezus przy ul. Nowogrodzkiej i w tym rejonie pozostawali do 23 sierpnia. Wtedy przeniesiono ich w okolice ulicy Inflanckiej.
Już po trzech dniach zostali jednak zluzowani przez Niemców. Przerzucono ich do zewnętrznego pierścienia wojsk w Puszczy Kampinoskiej. Ich zadaniem było nie dopuszczenie do połączenia się partyzantów spoza Warszawy z powstańcami.
W nocy 2/3 września oddział Armii Krajowej por. Adolfa Pilcha „Doliny” rozbił w Truskawiu batalion „RONA”, zdobywając wiele broni, amunicji oraz umundurowania i żywności.

BATALION KOZACKI

Inną jednostką policyjną był 209. kozacki batalion Schutzmannschaften (policja pomocnicza). Batalion kozacki sformowano w Warszawie z samodzielnych kompanii na trzy miesiące przed Powstaniem Warszawskim. Zresztą jednostki kozackie stanowiły najliczniejszą grupę narodowościową spośród cudzoziemców walczących z powstańcami. Oprócz wspomnianego 209. batalionu był to 3. pułk Kozaków (pułkownik Bondarenko), a także IV/57 i 69. dywizjony kawalerii oraz 572. batalion piechoty (pułkownik Zinowiew). Ten ostatni walczył w Warszawie, a dwa pozostałe dywizjony kozackie odgradzały partyzantów z Puszczy Kampinoskiej od Żoliborza. Był też rosyjski 580. dywizjon kawalerii Osttruppen, działający w składzie grupy osłonowej na Żoliborzu.

BANDEROWSKA UKRAINA

Kierowana z zagranicy działalność OUN w okresie międzywojennym polegała na aktach terrorystycznych , dywersyjnych i sabotażowych skierowanych przeciwko polskiej władzy. Zamordowany został m.in. poseł Tadeusz Hołówko, minister Bronisław Pieracki i szereg policjantów. Z rąk Romana Szuchewycza / „Tarasa Czuprynki” / zginął kurator szkolny Stanisław Sobiński. OUN posiadała na terenie Polski swoje laboratoria chemiczne w których produkowano bomby i posiadała składy broni, prowadziła na szeroką skalę akcje sabotażowe – jej członkowie podpalali folwarki, niszczyli zboże, linie telefoniczne i telegraficzne. Celem zdobycia pieniędzy dokonywali napadów rabunkowych na urzędy i ambulanse pocztowe, a nawet na pojedynczych listonoszy. Obok tego dokonywane były zabójstwa również Ukraińców, którzy lojalnie wykonywali obowiązki wobec państwa polskiego. Z rąk ukraińskich zginął poeta ukraiński Sydir Twerdochlib, dyrektor gimnazjum ukraińskiego we Lwowie – Iwan Babij, dyrektor seminarium nauczycielskiego w Przemyślu – Sofron Matwijas, ginęli wójtowie ukraińscy.
„Celem strategicznym maksimum nacjonalizmu ukraińskiego jest zbudowanie imperium ukraińskiego i ekspansja w nieskończoność. Sprowadza się to do zbudowania jednonarodowego / sobornego / państwa ukraińskiego na wszystkich ukraińskich terytoriach etnograficznych. Przy czym przynależność do ukraińskiego terytorium etnograficznego OUN określa w sposób arbitralny:
Chodzi o państwo obszarze 1.200.000 km kwadratowych, sięgające od Krynicy w krakowskiem na zachodzie do granic Czeczenii na wschodzie. Według ocen OUN – UPA w skład obecnie istniejącego państwa ukraińskiego mają być włączone terytoria należące obecnie do Polski (Podlasie, Chełmszczyzna, Łemkowszczyzna, Nadsanie) (wg. Wiktora Poliszczuka „Ludobójstwo nagrodzone”-Toronto 2003 – Oakville, ON, Canada, L6J 6S7).
Dla porównania według stanu na dzień 31 grudnia 2010 r. geograficzna powierzchnia terytorium Polski wynosi 312.600 km kwadratowych.
Lwów leży na terytorium t.zw. Czerwieńskich Grodów, które według najstarszej kroniki, kronikarza ruskiego NESTORA z 981 roku – Włodzimierz Wielki zawojował na Polakach. W owej kronice znajduje się pierwsza wzmianka o terenach na których założono Lwów :
„…poszedł Włodzimierz na Lachów i zajął im grody ich Przemyśl, Czerwień i inne grody mnogie, które do dziś są pod Rusią…”
Odtąd ziemia ta należała przez dłuższy czas do książąt ruskich, aczkolwiek często przechodziła pod polskie panowanie, bądź to bezpośrednio za Bolesława Chrobrego i Bolesława Śmiałego, bądź też pośrednio, jako lenno Polski, jak za Leszka Białego.
Czasem popadała w zależność od Węgier ( Bela i Koloman ), a od roku 1239 stała się państwem – lennem chanów tatarskich, od której to zależności uwolnił ją dopiero Kazimierz Wielki.
Niewątpliwie Lwów, to matecznik kompleksu ukraińskiego nacjonalizmu. Im bardziej nacjonaliści ukraińscy próbują podkreślić jego „odwieczną” ukraińskość, tym bardziej sobie zaprzeczają. Zamienianie historycznych polskich nagrobków na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie na ukraińskie, poprzez niszczenie polskojęzycznych napisów, czy też niszczenie litografii doprowadza jedynie do dewastowania i bezczeszczenia Cmentarza Łyczakowskiego jako zabytku, zagraża skreśleniu Lwowa z listy światowego dziedzictwa Unesco, a na pewno nie służy podkreśleniu jego „wiekowej ukraińskości”.
To samo dotyczy wmurowywania żeliwnych tablic na elewacjach starych lwowskich kościołów, jako ukraińskich cerkwi, czy lwowskich zabytkowych ciągów monumentalnych budynków, informujących, iż jest to obiekt ukraiński, wybudowany w wiekach minionych.
Ukraińskości nie dopomoże również „chrzest na Ukraińca” św. Jana Pawła II.
„Najbardziej znanym społecznie problemem związanym z „zaznaczeniem terenu” jest kwestia Cmentarza Obrońców Lwowa, zwanym Cmentarzem Orląt. Pierwsza nazwa jest „znielubiona” przez władze Lwowa.
Spory o nekropolię ocierają się o kwestię czy stanowi ona pomnik chwały oręża polskiego, czy cmentarz wojenny. To miejsce jako unikalny zabytek lwowski boleśnie obala „wyssane z palca” tezy o odwiecznie „ukraińskim” Lwowie.
Jest zwieńczeniem symboliki przez setki lat polskiej historii miasta, oraz tożsamości autochtonicznych mieszkańców, na którą nacjonaliści ukraińscy mieli i mają jedną odpowiedź:
„Lwów został założony przez księcia Daniela (Daniłę) na cześć syna Lwa. Ma to być jedyny, słuszny i uznawany dowód ukraińskości – powstały zresztą, gdy ona jeszcze nie istniała. Cokolwiek by nie robić , nikt nie zmieni historii Polski przez zwalczanie polskich zabytków we Lwowie, czy zamieniając lwowskie kościoły na cerkwie.
Jednak jakichkolwiek argumentów by nie używać, znów usłyszymy o księciu Danielu, który założył Lwów, opisywanym niemal w ten sposób, jakby już na wiele wieków przed powstaniem hymnu Ukrainy podśpiewywał go sobie zarówno w czasie łowów jak i w innym czasie.
Argument ten ignorujący kilkaset lat historii, zakrawa na to samo oszołomstwo, którym wykazują się na szczęście śladowe ilości Polaków, mówiących o słowiańskim (polskim) Berlinie.
Niezmieniona w dalszym ciągu jest postawa Ukraińców w Polsce, którzy w ślad za Światowym Kongresem Ukraińców wysuwają bezczelne roszczenia wobec władz polskich, domagając się odszkodowań za operację „Wisła”.
Związek Ukraińców w Polsce nigdy nie potępił ludobójstwa OUN-UPA na Polakach. Histerię wzniecają koła banderowskie w Polsce, które zdają sobie sprawę z tego, że pomniki ludobójców będą stanowiły duży dyskomfort dla ich polityki wybielania zbrodniarzy typu Bandera, Szuchewycz i im podobnych barbarzyńców.
Będzie też trudną do zniesienia przeciwwagą dla pomników tych barbarzyńców na Ukrainie. Smutne przy tym jest, że polscy apologeci Stepana Bandery i im podobnych uzyskują świadome poparcie dla swych niecnych zamierzeń honorowania katów polskiej ludności.
Policzkiem dla Polski, Polaków i polskości są polscy politycy wygłaszający antypolskie hasła „sława Ukrainie” w czasie niezrozumiałej swojej obecności na banderowskim kijowskim Majdanie.
Policzkiem wymierzonym w zamordowanych przez bandy OUN – UPSA 200 tysięcy Polaków na Kresach II RP jest nieuznanie przez polski Sejm koalicji PO – PSL „11 lipca Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian”, oraz uchwała o „czystce etnicznej o znamionach ludobójstwa”. Te zachowania to wstyd i hańba dla wówczas rządzących Polską i bezczeszczenie pamięci bestialsko pomordowanych na Wołyniu, czy w Małopolsce Wschodniej.

A tymczasem?

Na lwowskich ulicach manifestacje „Swobody” Oleha Tiahnyboka odbywają się z wrzaskami haseł:

„Żydy, Lachy to twoi worohi, nyszcz ich”
„Smert Lachom – Sława Ukrainie”
„Lachy za San”
„Riazy Lachiw”
„Ukraina bez Lacha”
„Lachiw budut rizaty i wiszaty”
„My ne budemo mały Ukrainy, ale i Lachy tu ne bude”
„Dosyć już Lachy paśli się na ukraińskiej ziemi, wyrywajcie każdego Polaka z korzeniami”
„Naj czort tu prijde, szczoby tylko ne proklati Lachy”
„Ameryka wyhraje wijnu, to tut bude plebiscyt i budeno hołosowały, dla toho musymo wyrizaty wsich Lachiw i tody budemo miały Ukrainu”.

Maszerując ulicami Lwowa oddziały SS-Galizien niosły rozwinięty transparent z hasłem: „Smert Lachom”.
„Lachy za San”
„Riazy Lachiw”
„Lachow budut rizaty i wiszaty”
„Dosyć już Lachy paśli się na ukraińskiej ziemi, wyrywajcie każdego Polaka z korzeniami”.
Każdego roku na centralnych ulicach Lwowa jesteśmy z moją żoną świadkami owych faszystowskich i antysemickich manifestacji.
Mój ojciec nie zginął na Wołyniu, został zamordowany we Lwowie w akcji „Nachtigall”, ale nasza rodzinna pamięć o bestialsko pomordowanych Polakach w czasie II Wojny Światowej tkwi głęboko w naszej pamięci.
Zapewne więc już niedługo Lviv tłumaczony będzie jako Banderstadt, wpływając nieodwracalnie na ukraińskość tego miasta”, a Oleh Tiahnybok i jego Swoboda urządzą sobakom (psom) Polakom drugi Katyń.

Źródła:

Adam Dziurok, Marek Gałęzowski, Łukasz Kamiński, Filip Musiał -„Od niepodległości do niepodległości” – Instytut Pamięci Narodowej – Warszawa 2011

https://pl.wikipedia.org/wiki/Ukrai%C5%84ski_Legion_Samoobrony

http://wpolityce.pl/polityka/113065-autor-slow-jaki-prezydent-taki-zamac…

http://jaron.salon24.pl/60552,zbrodnie-ukrainskie-w-powstaniu-warszawski…

http://www.ivrozbiorpolski.pl/index.php?page=ukrainski-legion-samoobrony

http://naszdziennik.pl/mysl/6202,powstanie-warszawskie-tragedia-grecka.html Prof. Witold Kieżun, żołnierz Powstania Warszawskiego ps. „Wypad”

Szanowni Państwo! Na to proste pytanie odpowiedź jest równie prosta, pod warunkiem, że zdefiniujemy co znaczy „tu”.

Jeśli mamy na myśli Unię Europejską, to na jej czele stoi oczywiście kanclerz Merkel, nie formalnie, ale faktycznie. To ona rządzi, wprowadza prawa korzystne dla Niemców i niekorzystne dla ich różnych wasali. Jedyny kłopot bywa w zachowaniu pozorów. I na tym właśnie kłopocie bazowałabym.

   Niemcy, w „trosce” o kierowców wprowadzili obowiązkowe stawki płacowe, które obcy przewoźnicy muszą płacić swoim pracownikom znajdującym się akurat na terenie RFN. Przenieśmy to prawo do nas i zażądajmy, żeby niemieckie firmy płaciły wszystkim swoim polskim pracownikom uposażenia nie mniejsze niż w Niemczech. Ciekawe jak zareagują, zwłaszcza co zrobią koncerny medialne plujące na Polaków ustami tanich sprzedawczyków. Ile tak naprawdę są oni warci dla swoich panów? Jeśli kapitał nie ma narodowości, to odkupimy te media za psi pieniądz, a jeśli ma, to wówczas się potargujemy. 

 

Pozdrawiam i do następnej soboty

 

Małgorzata Todd

W kwietniu 1999 r. arcybiskup Juliusz Paetz przedłużył do końca 2000 r. ważność poprzedniego dekretu, nie zmieniając jego warunków; mimo próśb, nie udzielono zgody na celebracje częstsze niż dwa razy w miesiącu. Gesty i słowa z okazji wizyty ks. Bisiga okazały się pustą kurtuazją. Jednak w związku ze śmiercią ks. dr. Jerzego Szelmeczki SI metropolita poznański był zmuszony powołać nowego celebransa Mszy „indultowych”. O chętnego do sprawowania w rycie klasycznym i opieki nad dość prężnym, a na dodatek aktywnym politycznie środowiskiem nie było łatwo. W końcu na osobiste prośby bp. Zdzisława Fortuniaka i ks. kan. Jana Stanisławskiego obowiązków tych podjął się ks. prał. Władysław Kołodziej, oficjał poznańskiego Sądu Metropolitalnego. Udzielona mu nominacja okazała się dla wiernych – mimo ich początkowych obaw, przydzielono im bowiem „kurialistę”, a nie doświadczonego duszpasterza – nader szczęśliwa. Ksiądz Kołodziej przez cały czas swej posługi wykazywał się wobec członków środowiska „indultowego” szczerością i życzliwością, ale także – dzięki autorytetowi, którym cieszył się w archidiecezji – był znakomitym rzecznikiem ich sprawy przed władzami duchownymi i miejscowym klerem.

 

 

 

 

 

Pierwszym znaczącym owocem tej decyzji była milcząca zgoda poznańskiej kurii na propozycję zorganizowania w Poznaniu obchodów 900. rocznicy wyzwolenia Grobu Bożego w Jerozolimie, przypadającej w lipcu 1999 r. Jej głównym punktem była tradycyjna Msza św. sprawowana przez ks. prał. Kołodzieja w kościele pw. Świętego Antoniego Padewskiego, sanktuarium Matki Bożej w Cudy Wielmożnej – Pani Poznania, jednej z najważniejszych i najpiękniejszych świątyń stolicy Wielkopolski. Odbyła się również zorganizowana we współpracy z Poznańskim Towarzystwem Przyjaciół Nauk sesja naukowa poświęcona wyprawom krzyżowym, której główną prelegentką była uznana polska mediewistka prof. Alicja Karłowska­‑Kamzowa. Patronat nad uroczystościami objęła prof. Alicja Grześkowiak – marszałek Sejmu i dama zakonu bożogrobców, w komitecie honorowym znalazło się trzech poznańskich kawalerów maltańskich (wśród nich Marcin Libicki – wiceprzewodniczący Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy), a także: Marek Jurek – członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, prof. Stefan Stuligrosz – twórca chóru „Poznańskie słowiki”, który zapewnił liturgii znakomitą oprawę, prezydent Poznania oraz jego zastępcy, wojewoda wielkopolski, przewodniczący rady miasta, a nawet znany poznański biznesmen Jan Kulczyk. W komitecie organizacyjnym zasiadło zaś kilku poznańskich radnych.

 

 

 

 

 

Bogaty program obchodów, a przede wszystkim udział w nich wielu osób publicznych szybko zostały odczytane jako demonstracja wpływów tradycyjnych katolików, tak wobec poznańskiej kurii, jak całego grona liberalnych katolików, którzy na łamach „Tygodnika Powszechnego” i „Gazety Wyborczej” krytykowali ideę obchodów. Organizowane z rozmachem „wydarzenia liturgiczne” stały się odtąd znakiem rozpoznawczym tego środowiska – znakiem, który z czasem zaczął wzbudzać coraz więcej kontrowersji również wśród katolickich konserwatystów.

 

 

 

 

 

Biskup z kraju papieża i posoborowe tabu 

 

 

 

 

 

Kolejnym dowodem życzliwości nowego celebransa była decyzja abp. Mariana Przykuckiego, emerytowanego ordynariusza szczecińsko­‑kamieńskiego, który na osobistą prośbę ks. prał. Kołodzieja i wbrew opinii nieprzychylnego sprawie nuncjusza abp. Kowalczyka zgodził się udzielić święceń kapłańskich grupie diakonów Bractwa Kapłańskiego Św. Piotra, a wśród nich Polakowi, ks. Tomaszowi Dawidowskiemu. Zgoda abp. Przykuckiego znakomicie wpisała się w działania poznańskich wiernych, mające na celu umożliwienie księżom tego instytutu – w bliższej lub dalszej perspektywie – pracy duszpasterskiej w naszym kraju. Uroczystość odbyła się 1 lipca 2000 r. w kościele Matki Boskiej Zwycięskiej w bawarskim Wigratzbad. Wiadomość o tym, że biskup z Polski – ojczyzny Jana Pawła II, mającej stanowić wzorcowy przykład „udanych posoborowych reform liturgicznych”, gdzie katoliccy tradycjonaliści mieli być zjawiskiem tyleż egzotycznym, co niemal nieistniejącym – odprawił Mszę św. w rycie klasycznym, złamała pewnego rodzaju tabu. Nie tylko wprawiła w irytację nuncjusza, a w konsternację wielu członków Konferencji Episkopatu Polski, ale na dodatek odbiła się szerokim echem w katolickich środowiskach Europy Zachodniej. Przekonali się o tym pytani o sprawę poznańscy delegaci na zorganizowaną w Rzymie z okazji Roku Jubileuszowego konferencji Międzynarodowej Federacji Una Voce.

 

 

 

 

 

Zgodna współpraca wiernych z wyznaczonym przez arcybiskupa celebransem, który cieszył się niemałym autorytetem, ale także odpowiednimi koneksjami – a co za tym idzie, sporą swobodą w decydowaniu o bieżących sprawach środowiska – zaowocowała złagodzeniem rygorów ustanowionych przez abp. Strobę i podtrzymywanych, choć już mniej zdecydowanie, przez abp. Paetza. Działo się to niejako metodą faktów dokonanych, bowiem ks. prał. Kołodziej uznał, że skoro został mianowany „opiekunem” środowiska, to nie po to, by nie wychodzić naprzeciw jego potrzebom. Odtąd nie tylko łatwiej i bez niepotrzebnych upokorzeń można było uzyskać zgodę na przyjmowanie sakramentów w rycie klasycznym (przede wszystkim ślubów i chrztów), ale także zwiększyła się częstotliwość sprawowania Mszy św., co z czasem było uzależnione jedynie od kwestii znalezienia dyspozycyjnego celebransa. Właśnie dlatego ks. prał. Kołodzieja, na prośbę wiernych, zaczęli wspomagać ks. kan. Stefan Patryjas, emerytowany proboszcz parafii pw. Świętego Jana Bosko w Luboniu, ks. Włodzimierz Wygocki, który już wcześniej chętnie służył poznańskim „indultowcom”, oraz ks. Andrzej Szczeszyński, proboszcz parafii w Wielowsi. W Grodzie Przemysła znów gościli księża spoza archidiecezji, w tym również pracujący w Wiedniu ks. Dawidowski. W lipcu 2000 r. odprawił on w Poznaniu swoje uroczyste prymicje, a w lutym 2001 r. głosił nauki i sprawował Msze św. podczas zorganizowanych przez poznańskich tradycjonalistów wyjazdowych rekolekcji w benedyktyńskim przeoracie w Lubiniu. Następnie, w marcu tego samego roku, w uzgodnieniu z wiernymi i na prośbę ks. Arnolda Devillersa, przełożonego generalnego petrystów, przybył do Polski ks. Józef Bisig, który w Poznaniu został przyjęty przez wikariusza generalnego bp. Zdzisława Fortuniaka. Podczas spotkania ustalono, że wraz z nowym rokiem akademickim ks. Dawidowski podejmie uzupełniające studia magisterskie na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Adama  Mickiewicza [1] i będzie służyć pomocą prałatowi Kołodziejowi przy celebracjach dla poznańskiego środowiska „indultowego”.

 

 

 

 

 

Sine populo

 

 

 

 

 

Do Polski ks. Dawidowski przybył już w lipcu 2001 r., aby być kapelanem zorganizowanego przez poznańskich wiernych w Podgórzynie koło Jeleniej Góry wakacyjnego obozu językowego dla młodzieży. Poinformowany o charakterze przedsięwzięcia kanclerz legnickiej kurii wystosował do ks. Dawidowskiego list, w którym oznajmił, że ordynariusz diecezji „nie dostrzega wśród wiernych potrzeby odprawiania w rycie klasycznym św. Piusa V”, „ewentualny powrót do tego rytu mógłby być wśród nich przyczyną niepokoju i zamieszania”, a na dodatek, „jeśli Ksiądz ma pozwolenie odpowiednich władz na odprawianie poza parafią w rycie klasycznym, to na terenie Diecezji Legnickiej jej Biskup zezwala mu na sprawowanie w tymże rycie, jednak prywatnie – «sine populo» (łac. ‘bez ludu’)”.

 

 

 

 

 

List podpisany przez kanclerza ks. Józefa Lisowskiego nie stanowił zaskoczenia, gdy idzie o treści zawarte w pierwszych dwóch punktach, jednak punkt trzeci był tak ewidentnym dowodem lekceważenia prawa, iż zażenowany, a pragnący pozostać w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem miejscowy proboszcz przyznał, że w Mszach „prywatnych” mogą brać udział wierni. Postanowił zatem nieznane staremu mszałowi określenie „sine populo” interpretować w zgodzie z pkt. 1 i 2 pisma, a więc „sine populo legnicensis” (‘bez ludu legnickiego’). W ten oto sposób zgromadzona w Podgórzynie poznańska młodzież mogła się cieszyć wolnością uczestnictwa w tradycyjnym katolickim kulcie.

 

 

 

 

 

W październiku 2001 r. ks. Tomasz Dawidowski podjął studia teologiczne na Uniwersytecie Adama Mickiewicza i zamieszkał na plebanii parafii pw. Maryi Królowej na poznańskiej Wildzie. Miejscem celebracji nie był już mały kościółek przy ul. Żydowskiej ani kaplica Matki Bożej w kościele poznańskich franciszkanów, gdzie Msze św. były sprawowane o godzinie 16.00, lecz kościół sióstr miłosierdzia pw. Przemienienia Pańskiego. Niedzielna Msza św. była odtąd sprawowana przed południem, dzięki czemu nie tylko zwiększyła się frekwencja, ale w końcu, po wielu latach, wierni chcący wypełnić obowiązek niedzielny nie musieli rezygnować z życia rodzinnego i towarzyskiego. Msze św. były teraz odprawiane w jednej i tej samej świątyni nie tylko w niedziele i wszystkie święta, ale również w dni powszednie, po pewnym czasie ks. Dawidowski zamieszkał bowiem przy klasztorze szarytek.

 

 

 

 

 

Regularne duszpasterstwo przyczyniło się do powiększenia grona ministrantów, zaczęto tworzyć scholę gregoriańską, rozpoczęły działalność „kręgi rodzin”, dzieci spotykały się na katechezach, odbywały się rekolekcje, a także organizowane w podpoznańskich Radzewicach dni powołaniowe dla młodych mężczyzn. Bardzo ważnym wydarzeniem tamtego czasu były również sprawowane w tradycyjnym rycie uroczystości Wielkiego Tygodnia i Triduum Sacrum, w których wielu wiernych miało okazję wziąć udział pierwszy raz w życiu. Ponadto członkowie środowiska należący do Klubu Inteligencji Katolickiej zorganizowali pod auspicjami tego stowarzyszenia Studium Filozofii Klasycznej Św. Tomasza z Akwinu, obejmujące roczny kurs z zakresu najważniejszych dziedzin filozofii. Wśród wykładowców znalazły się takie osobistości polskiego świata naukowego, jak prof. Dobrochna Dembińska­‑Siury oraz profesorowie Jerzy Gałkowski, Stanisław Pieróg i Marek Piechowiak. Z inicjatywy ks. Dawidowskiego środowisko „indultowe” wznowiło również działalność wydawniczą, zawieszoną w 1998 r. wraz z ukazaniem się ostatniego, 6/7 numeru pisma „Nova et Vetera” – w styczniu 2002 r. ukazał się pierwszy numer dwumiesięcznika „Ecclesia Dei”, opatrzony podtytułem „Biuletyn przyjaciół Bractwa Św. Piotra w Polsce”.

 

 

 

 

 

Rzeczywistość skrzeczy 

 

 

 

 

 

Przez cały ten okres dawały jednak o sobie znać napięcia między ks. Dawidowskim a coraz liczniejszą grupą świeckich, co później stało się jedną z przyczyn jego wyjazdu z Poznania i udaremnionej przez kurię próby zastąpienia go ks. Wojciechem Grygielem. Spoglądając z perspektywy czasu i czyniąc to możliwie najbardziej obiektywnie, trzeba stwierdzić, że był to skutek wielu czynników, pośród których największą bodaj rolę odegrały nadmiernie rozbudzone oczekiwania wiernych, którym młody ksiądz, pozbawiony potrzebnego doświadczenia i wsparcia wspólnoty kapłańskiej, nie potrafił podołać. Stawał się coraz bardziej osamotniony, a w dodatku co rusz dawała o sobie znać jego nieumiejętność poruszania się po grząskim gruncie, jakim był Kościół poznański w ostatnich miesiącach urzędowania arcybiskupa Juliusza Paetza, gdy Ostrów Tumski przypominał targany intrygami wersalski dwór. Wiernym pragnącym kanonicznego uregulowania obecności Bractwa Kapłańskiego Św. Piotra w archidiecezji poznańskiej dawało to powody do kolejnych, często zbyt emocjonalnych krytyk kierowanych pod adresem księdza. Nie bez znaczenia pozostawała również wewnętrzna sytuacja w Bractwie Św. Piotra, w którym od 1999 r. narastało wrzenie związane z otwartym buntem części młodych księży domagających się swobody celebrowania Mszy novus ordo i usunięciem – decyzją przewodniczącego komisji Ecclesia Dei kard. Castrillóna Hoyosa – z funkcji przełożonego generalnego tego instytutu sprzeciwiającego się birytualizmowi ks. Józefa Bisiga. Na pytanie o to, dlaczego podczas pobytu w Poznaniu ks. Dawidowski zaczął celebrować nową Mszę – czy dlatego, że zmienił poglądy, czy w nadziei, że zyska akceptację lokalnego duchowieństwa, czy może z obu tych powodów – odpowiedzi mógłby udzielić jedynie on sam. Bezsporny pozostaje fakt, że w ten sposób utracił zaufanie zdecydowanej większości poznańskich wiernych.

 

 

 

 

 

Skandal w pałacu arcybiskupim

 

 

 

 

 

Tymczasem w Wielki Czwartek 2002 r., po kilku miesiącach, podczas których mir Kościoła poznańskiego co chwila zakłócały kolejne rozchodzące się lotem błyskawicy – również dzięki zaangażowaniu mediów – informacje o skandalu związanym z osobą jego ordynariusza, ogłoszono, że papież Jan Paweł II przyjął dymisję arcybiskupa Paetza z urzędu metropolity. Sprawa nie podzieliła miejscowego środowiska tradycyjnego, dobrze zorientowanego w sytuacji i w większości solidaryzującego się z osobami stającymi w obronie dobrych obyczajów. Wśród tych osób znajdował się również powszechnie szanowany ks. Marcin Węcławski, wildecki proboszcz, którego w tym czasie próbowano nawet usunąć z urzędu.

 

 

 

 

 

Stolica Święta nowym ordynariuszem archidiecezji ustanowiła gnieźnieńskiego biskupa pomocniczego, ks. Stanisława Gądeckiego, biblistę specjalizującego się w „dialogu międzyreligijnym”. Nowy arcybiskup nie okazał się jednak miłośnikiem dialogu z tradycyjnymi katolikami, którzy szybko odczuli, że oto w Poznaniu skończyły się dla nich dobre czasy. Co więcej, w kolejnych miesiącach zaczęła docierać do nich świadomość, że arcybiskup Gądecki traktuje swobodę, którą cieszyli się w Poznaniu „indultowcy”, jako rzecz wymuszoną politycznymi naciskami w czasie, w którym jego atakowany i tracący autorytet poprzednik, zaniedbując sprawy archidiecezji, z coraz większą nerwowością szukał wsparcia miejscowych elit [2]. I nie miało znaczenia, że poznańscy tradycjonaliści nigdy takiego wsparcia abp. Paetzowi nie udzielili.

 

 

 

 

 

Requiem

 

 

 

 

 

Jeszcze przez kilka miesięcy, mimo dobiegających z Ostrowa Tumskiego groźnych pomruków, sytuacja nie ulegała większym zmianom – w diecezji były pilniejsze sprawy, którymi należało się zająć. Jednak gdy tylko ks. Dawidowski ukończył studia magisterskie, obronił pracę pisaną pod kierunkiem ks. prof. Tomasza Węcławskiego3 i zaczął się ubiegać o przyjęcie na studia doktoranckie, 12 listopada 2002 r. został wezwany do pałacu arcybiskupiego. Metropolita poinformował go, że gotów jest udzielić mu zgody na dalsze studia pod warunkiem, że to one, a nie duszpasterstwo, będą stanowić „właściwy cel jego pobytu w Poznaniu, bowiem – kontynuował metropolita – nie ma możliwości, by zgodził się na kanoniczną instalację Bractwa Św. Piotra, a decyzja ta jest efektem konsultacji z nuncjuszem papieskim, abp. Kowalczykiem”. Ksiądz Dawidowski musiał obiecać, że zaprzestanie wydawania biuletynu „Ecclesia Dei” i „będzie pamiętał o tym, że w archidiecezji poznańskiej przebywa na prawach studenta”.

 

 

 

 

 

4 grudnia w kościele OO. Franciszkanów na Wzgórzu Przemysła już drugi raz – z inicjatywy środowiska poznańskich muzyków – odprawiono uroczystą Mszę św. za duszę Wolfganga Amadeusza Mozarta w rocznicę jego śmierci. Oprawę muzyczną stanowiła skomponowana przez salzburskiego artystę Missa pro defuncto. Celebransem był ks. Bernward Deneke, regens seminarium w Wigratzbad, diakonem ks. Dawidowski, a subdiakonem ks. Grygiel. Poznańscy tradycjonaliści – tak duchowni, jak świeccy – nie dopuszczali jeszcze do siebie, że żałobne tony muzyki Mozarta tym razem opłakują również ideę pobytu i posługiwania w Poznaniu, w jakiejkolwiek formule prawnej, księży petrystów. Pretekstu do działania dostarczyli władzom duchownym sami, uznając, iż nie należy rezygnować z wydawania biuletynu „Ecclesia Dei” i że wystarczy usunąć z jego tytułu patronat Bractwa Św. Piotra.

 

 

 

W lutym 2003 r. abp Gądecki odwołał z funkcji celebransa Mszy „indultowych” ks. prał. Władysława Kołodzieja, powołując na jego miejsce ks. dr. Rafała Pajszczyka, również prawnika kanonistę. Z zamieszczonego w „Roczniku Archidiecezji Poznańskiej” wykazu „duszpasterstw specjalistycznych” zniknęła sąsiadująca z diecezjalnymi „Grupami AA” i „duszpasterstwem wędkarzy” „Grupa Bractwa św. Piotra”.

 

 

 

 

 

Trudna audiencja

 

 

 

 

 

 „Nie chcę, aby Poznań stał się centrum katolickiego tradycjonalizmu” – tak brzmiały pierwsze słowa mowy skierowanej 5 marca 2003 r. przez abp. Gądeckiego do przybyłych na audiencję przedstawicieli poznańskich „indultowców” [4]. W dalszych słowach metropolita poznański stwierdzał, że działalność ks. Tomasza Dawidowskiego daleko wykracza poza tę wynikającą ze stosownego dekretu, że pozwolenie wydane przez jego poprzednika na czas studiów tego kapłana właściwie już wygasło, że niepokoi go perspektywa przyjazdu do Poznania ks. Wojciecha Grygiela, bo to w naturalny sposób wzmocni duszpasterstwo, i że nie jest to jedynie jego zdanie, ale także prymasa Glempa. Arcybiskup Gądecki stwierdził, że ma świadomość, iż taką aktywnością, jaką przejawiają tradycjonaliści w Poznaniu, nie mogą się pochwalić wszystkie polskie środowiska „indultowe” razem wzięte. Jego niepokój budziło również rzekome – czy raczej potencjalne – mieszanie religii i polityki. Arcybiskup zaznaczył wprawdzie, że „ks. Dawidowski zapewnił go, iż takie rzeczy jak wykorzystywanie ambony do agitacji politycznej nie mają miejsca, ale… on i tak się niepokoi”. Ekscelencja poruszył także kwestię biuletynu „Ecclesia Dei” i złożonej przez ks. Dawidowskiego obietnicy zaprzestania jego wydawania. „Ksiądz zarzekał się – mówił metropolita – że pismo jest zgodne z Vaticanum II, ale… jego duch taki nie był”.

 

 

 

 

 

Zmiana celebransa, mimo początkowo okazywanej kurtuazji, w znaczący sposób wpłynęła na atmosferę w środowisku. Księża Dawidowski i Grygiel – ten ostatni w czerwcu 2003 r. przyjął święcenia prezbiteratu – zdawali już sobie sprawę, że w Poznaniu, wobec sprzeciwu ordynariusza, zapewne niczego nie osiągną. Ksiądz Dawidowski wyjechał na placówkę FSSP do Czech, a ks. Grygiel, któremu kuria poznańska nie udzieliła misji kanonicznej, uniemożliwiając posługę, poświęcił się studiom, kontynuowanym później w Krakowie. Ksiądz dr Pajszczyk poinformował wiernych, że petrystów w coniedzielnych celebracjach zastąpią księża diecezjalni. Umieszczenie w grupie celebransów ks. prał. Jana Stanisławskiego, który u początków istnienia środowiska głosił dla jego członków rekolekcje, przekonując, że „przywiązanie do starego rytu jest przejawem sentymentalizmu, zainteresowania nowościami (sic!) i że Kościół poszedł do przodu”, zapowiadało to, z czym przez kolejne lata przyjdzie się zmagać poznańskim „indultowcom”. Prawdziwym szokiem była jednak odmowa udzielenia sakramentu ostatniego namaszczenia według dawnego rytuału.

 

 

 

 

 

Wobec takiego obrotu spraw 20 października 2003 r. wierni, w akcie desperacji, wystosowali do swego ordynariusza list, w którym napisali, że nie rozumieją intencji, jakimi kieruje się wobec nich władza kościelna, ograniczając dostęp do Mszy św. i sakramentów sprawowanych według dawnych ksiąg liturgicznych, a przez to zmuszając ich do „przeżywania przełomowych momentów w życiu każdego katolika poza rodzinnymi parafiami – poza archidiecezją”. „Powierzając nasze sprawy decyzjom Waszej Ekscelencji – pisali sygnatariusze petycji – mamy nadzieję, że dziesięciolecie to wystarczający czas, aby móc rozeznać, że dane dzieło jest z Boga. My, obserwując trwanie i rozwój naszego środowiska mimo prób, przeciwności i szykan, oraz śledząc wieści, jakie płyną do nas z Rzymu, nie mamy żadnych wątpliwości i uczynimy wszystko, co w naszej mocy, aby uzyskać w naszym Kościele partykularnym równe prawa z innymi wspólnotami. Postrzegamy dziś naszą sytuację w Kościele poznańskim jako trędowatych, dla których brakuje miejsca wśród wielu wspólnot naszej archidiecezji. (…) Wydaje się zatem, że ograniczenie posługi kapłanów, którzy z racji przynależności do instytutów erygowanych na prawie papieskim mają szczególny charyzmat pomocy wiernym przywiązanych do dawnej liturgii, jest niezasadne i nieuchronnie otworzy pole do działania dla schizmatyków, czego w duchu troski o Kościół pragniemy wspólnie uniknąć”.

 

 

 

 

 

Trwanie

 

 

 

 

 

Straszenie Bractwem Kapłańskim Św. Piusa X – bo to o nim najwyraźniej pisali sygnatariusze, sami uznawani przez władze kościelne za „kryptolefebrystów” – nie zrobiło żadnego wrażenia na abp. Gądeckim. Poznański metropolita doskonale bowiem rozumiał uwarunkowania, w jakich funkcjonowało środowisko zaangażowane politycznie, a przez to nieskore do wszczynania otwartego konfliktu z miejscową hierarchią. Przez kolejne lata poznańscy „indultowcy” musieli się więc zmagać z brakiem jakiegokolwiek duszpasterstwa i niechęcią celebransów, jeśli nie wobec nich samych, to wobec rytu Mszy, który tak kochali, ciesząc się krótkimi chwilami wytchnienia, jakimi były wywalczone drogą próśb, gróźb, nacisków, petycji i listów do komisji Ecclesia Dei okazjonalnie głoszone rekolekcje czy „w dyskrecji” sprawowane prywatne Msze. Nie do pozazdroszczenia było również traktowanie ich przez gospodarzy kolejnych świątyń, którzy poznańskich „indultowców” zasypywali obietnicami, zwykle bez pokrycia, upatrując możliwych korzyści – zwykle osiąganych, każdy bowiem z poznańskich kościołów, w których była sprawowana „indultowa” Msza św., w niedługim czasie przechodził gruntowny remont m.in. dzięki staraniom wiernych, a później okazywało się, że nie ma tam już dla nich miejsca… To, że Msza nadal jest sprawowana w pięknie odrestaurowanym kościele na Wzgórzu Przemysła, poznańskie środowisko „indultowe” zawdzięcza abp. Gądeckiemu, który dostrzegając chyba nieprzyzwoitość podobnych sytuacji, miał powiedzieć gospodarzom tej świątyni: „Chcieliście ich, to nadal ich sobie miejcie”.

 

 

 

* * *

 

 

 

Przyjdzie być może jeszcze dogodny czas na artykuł bardziej szczegółowo traktujący o trudnych latach po odwołaniu ks. Kołodzieja i wyjeździe z Poznania księży Bractwa Św. Piotra. Tymczasem zaś należy ze współczuciem i wyrozumiałością zamilknąć, by jeszcze bardziej nie utrudnić życia religijnego tym wszystkim, którzy nie potrafią dostrzec głębi panującego w Kościele kryzysu i w sumieniu uznać prawomocności jurysdykcji zastępczej. Dokąd poznańskie środowisko „indultowe” tworzyli ludzie młodzi, głównie studenci, mogli sobie pozwolić na boje z kurią i własnym biskupem. Dziś, gdy są już ludźmi dorosłymi i posiadają własne rodziny, chcą zapewnić ich członkom – zwłaszcza dzieciom – właściwą, katolicką formację. Właśnie w odpowiedzi na tę palącą potrzebę duszpasterstwa, którego poznańscy tradycji katolicy są konsekwentnie i programowo pozbawiani przez własnego arcypasterza, powstała kaplica pw. Świętego Józefa, nad którą czuwają księża Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X. Skorzystają na tym wszyscy, zarówno wierni, jak i sam arcybiskup metropolita, za którego – bez chowania bezsilnej urazy – łatwiej będzie im się modlić. „Indultyzm” bowiem, mimo niedoskonałości tej analogii, można porównać do anglokatolicyzmu. W Anglii powiada się teraz, że nie ma większej niechęci od tej, którą czują anglokatolicy do swych protestanckich, anglikańskich „biskupów”, ale też nie ma większego przerażenia od tego, jakie odczuwają anglokatolicy na myśl o opuszczeniu swych pięknych świątyń i przeniesieniu się do skromnych kaplic. Nawet jeśli jest tam głoszona nieskażona błędem katolicka nauka… 

 

 

 

Jakub Pytel 

 

 

 

Czytaj również: 

 

 

 

 

  1. Międzynarodowe Seminarium Duchowne Bractwa Kapłańskiego Świętego Piotra w bawarskim Wigratzbad nie posiada uprawnień państwowych, przez co nie może nadawać stopni naukowych.
  2. Starania te zaowocowały m.in. Listem w obronie dobrego imienia abp. Juliusza Paetza, podpisanym 28 lutego 2002 r. przez kilkudziesięciu znanych poznańskich naukowców, rektorów wyższych uczelni, ludzi kultury i biznesmenów. Wśród sygnatariuszy nie było nikogo, kto byłby identyfikowany z poznańskim środowiskiem indultowym.
  3. Temat pracy magisterskiej ks. Tomasza Dawidowskiego odwoływał się do pkt. 4 motu proprio Ecclesia Dei i brzmiał: Tradycja w pismach i wypowiedziach abp. Marcela Lefebvre’a.
  4. Wiernych reprezentowali wówczas: prof. Kazimierz Świrydowicz, Mariusz Krzyszkowski, Jan Filip Libicki i Jakub Pytel. Obecny był również ks. dr Rafał Pajszczyk, nowo mianowany celebrans „indultowych” Mszy św.

«Na podstawie Motu Proprio Ecclesia Dei p. 6, c zezwalam grupie wnioskującej na posługiwanie się na przeciągu jednego roku w jedną niedzielę miesiąca mszałem rzymskim według wydania z roku 1962. (…) Zezwolenie dotyczy określonej grupy, która nie będzie się powiększać» (fragment indultu na celebrację Mszy św. w klasycznym rycie rzymskim wydanego 5 kwietnia 1994 r. przez abp. Jerzego Strobę).

 

 

 

W czerwcu 2009 roku poznański biskup pomocniczy Grzegorz Balcerek celebrował w kościele pw. Świętego Antoniego Padewskiego na Wzgórzu Przemysła uroczystą Mszę św. z okazji 15. rocznicy wydania przez abp. Jerzego Strobę indultu, na mocy którego w stolicy Wielkopolski rozpoczęto regularne sprawowanie Najświętszej Ofiary wg mszału promulgowanego przez Jana XXIII. Mimo wspaniałej oprawy, niczym nie ustępującej podobnym celebracjom w katedrach i kościołach Zachodniej Europy, oraz udzielającego się uczestnikom podniosłego nastroju, trudno było oprzeć się wrażeniu, iż oto dokonują się uroczyste egzekwie nad umęczonym trupem najstarszego polskiego środowiska „indultowego”, którego członkowie przez lata, z uporem godnym lepszej sprawy, narażając dobro własnych dusz, starali się udowodnić, iż na warunkach określonych przez motu proprio Ecclesia Dei jest możliwe stworzenie czegoś więcej niż liturgicznych, „trydenckich” wsi potiomkinowskich. Z perspektywy dwóch kolejnych lat widać dobrze, że wrażenie uczestnictwa w panichidzie było najzupełniej słuszne, a wydanie przez Ojca Świętego Benedykta XVI motu proprio Summorum Pontificum i późniejszej instrukcji Universæ Ecclesiæ niewiele zmieniło w sytuacji poznańskich katolików wiernych Tradycji. Właśnie ta ich wierność sprawiła, że przez praktycznie wszystkie lata, które upłynęły od wydania dekretu abp. Stroby, byli programowo pozbawieni wszelkiej troski duszpasterskiej. Przy tej okazji same cisną się na usta słowa, że człowiek inteligentny uczy się na własnych błędach, a mądry na cudzych…

 

 

 

Początki

 

 

 

Środowisko wiernych świeckich odwołujących się do łacińskiego dziedzictwa liturgicznego zaczęło kształtować się w Poznaniu na początku lat 90. XX wieku. W jego skład wchodzili głównie przedstawiciele katolickiej inteligencji, w przeważającej części ludzie młodzi, czynnie zaangażowani w działalność polityczną – przed rokiem 1990 przede wszystkim antykomunistyczną i niepodległościową (Ruch Młodej Polski, Wielkopolski Klub Polityczny Ład i Wolność, także Solidarność Rolników Indywidualnych), a później tworzący partie i stronnictwa odwołujące się do wartości chrześcijańskich i konserwatywnych (m.in. Zjednoczenie Chrześcijańsko­‑Narodowe). Wpływ na ich religijną świadomość – także w dziedzinie zagrożeń wynikających z reform posoborowych w Kościele, które w Polsce (nie licząc zmian w liturgii) były wówczas jeszcze mało zauważalne – wywierała publicystyka Jędrzeja Giertycha [1], zamieszczającego w swej londyńskiej „Opoce” teksty dotyczące katolickiego tradycjonalizmu. Szczególne wrażenie na młodych katolikach nieodmiennie wywierał jego wciąż powielany tekst z 1969 r. zatytułowany W obliczu zamachu na Kościół, a także wydana w Anglii w 1983 r. książka ks. Michała Poradowskiego [2] Kościół od wewnątrz zagrożony. Dużą rolę w budzeniu świadomości młodej poznańskiej katolickiej i konserwatywnej inteligencji wywarły także wydane w tzw. drugim obiegu książki W cieniu krzyża i Watykan w cieniu czerwonej gwiazdy, których autor, emigracyjny pisarz i publicysta Józef Mackiewicz[3], krytycznie ustosunkowywał się do ugodowej polityki Watykanu względem władz państw bloku komunistycznego, a także innych działań progresistów, w tym również destrukcji liturgii rzymskiej.

 

 

 

Pierwszoplanową postacią ruchu katolickiego tradycjonalizmu w Poznaniu był niewątpliwie Marek Jurek, historyk, na początku lat 80 XX w. działacz Niezależnego Zrzeszenia Studentów, współpracownik konspiracyjnego pisma „Polityka Polska” i emigracyjnych „Znaków czasu”, w niepodległej Polsce pełniący funkcje przewodniczącego Rady Naczelnej ZChN, członka Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, a w końcu, w latach 2005–2007, marszałka Sejmu Rzeczpospolitej Polskiej. To początkowo wokół niego skupiała się grupa katolików świeckich, w dużej mierze studentów, która w swych wyborach ideowych i życiu duchowym zaczęła odwoływać się do idei tradycyjnego katolicyzmu. To Marek Jurek w ramach spotkań duszpasterstwa akademickiego przy poznańskim kościele pw. Św. Stanisława Kostki opowiadał im o historii i bieżących wydarzeniach w ruchu Tradycji katolickiej w Europie, wyjaśniając genezę jego powstania i rolę, jaką odegrał w Kościele arcybiskup Marceli Lefebvre i inni duchowni przeciwstawiający się modernizmowi. Również w jego domu, a później przy ołtarzu św. Piusa X w poznańskim kościele farnym, odbywały się spotkania modlitewne, których uczestnicy rozważali tajemnice różańca świętego. To oni stali się z czasem zalążkiem późniejszej grupy wiernych, która wystąpiła do abp. Jerzego Stroby z prośbą o wydanie indultu na Msze św. sprawowane w rycie klasycznym. To również m.in. kontaktom Marka Jurka z tradycjonalistami z Europy Zachodniej poznańscy wierni zawdzięczali wizyty duchownych związanych z Bractwem Kapłańskim Św. Piusa X, takich jak ks. Jan Maria (Jean­‑Marie) Piotrowski czy ks. Paweł Crane SI, twórca miesięcznika „Christian Order”, a później księży Bractwa Św. Piotra – Franciszka Pozzetto, kapelana dorocznych pielgrzymek z Paryża do Chartres, Józefa Bisiga, ówczesnego przełożonego generalnego tego instytutu, czy Jana Emersona, wykładowcy historii Kościoła w seminarium w Wigratzbad. Podczas tych wizyt wielu poznańskich wiernych mogło po raz pierwszy uczestniczyć w „trydenckich” Mszach św., celebrowanych najpierw w mieszkaniach prywatnych, a później w poznańskich kościołach pw. Św. Stanisława Kostki na Winiarach oraz – przez dłuższy okres i za cichą zgodą ówczesnego rektora, ks. Adama Pawłowskiego – w kościele pw. Najświętszej Krwi Pana Jezusa na ul. Żydowskiej, gdzie w kwietniu 1993 r. odprawiono pierwsze tradycyjne rekolekcje wielkopostne[4].

 

Był to jeszcze czas, gdy poznańscy tradycyjni katolicy, wszyscy bez wyjątku, mówili o księżach, którzy otrzymali sakrę z rąk abp. Lefebvre’a: „nasi czterej młodzi biskupi”. Niebawem jednak miało się to zmienić.

 

 

 

Pierwsze kurialne potyczki

 

 

 

Wiosną 1993 r. narzeczeni – pochodzący z diecezji kaliskiej studenci związani ze środowiskiem poznańskich tradycjonalistów – powołując się na zapisy motu proprio Ecclesia Dei wystąpili do kaliskiej kurii z prośbą o umożliwienie im zawarcia sakramentu małżeństwa według dawnego rytuału i wysłuchania Mszy św. dziękczynnej sprawowanej w klasycznym rycie rzymskim. Odmowa kanclerza, ks. kan. Jerzego Jeżowskiego, który w swym piśmie pytał „Czy Państwo Narzeczeni mogą powiedzieć że «czują się związani z liturgiczną tradycją»?”, i zaraz sam sobie udzielił odpowiedzi, pisząc, iż „nawet jeśli by mieli sposobność poznać teoretycznie «liturgiczną tradycję łacińską», to jeszcze nie upoważnia, aby «czuć się związanym z tą tradycją»”, była zaledwie przedsmakiem całego festiwalu absurdów, ignorancji i impertynencji, z którymi przez kolejne lata (patrząc z dzisiejszej perspektywy – niejako na własną prośbę…) musieli się zmagać tradycyjni katolicy w Poznaniu.

 

 

 

23 stycznia 1994 r. grupa 70 osób wystosowała do arcybiskupa metropolity poznańskiego prośbę o „umożliwienie stałego udziału we Mszy świętej odprawianej według tradycyjnego rytu rzymskiego”. Wierni napisali: „Waszą Ekscelencję będą zapewne interesować nasze intencje, więc chcemy oświadczyć, że pragnieniem naszym jest jak najlepiej świadczyć o naszej wierze katolickiej dla dobra naszych dusz, naszych rodzin i naszych bliźnich, dla zachowania katolickiej tożsamości naszej Ojczyzny. Swoją prośbę kierujemy do Waszej Ekscelencji zgodnie ze wskazaniami odpowiednich dokumentów wydanych przez Ojca Świętego, a szczególnie Motu Proprio «Ecclesia Dei»”. Sygnatariusze listu, nieposiadający jeszcze doświadczenia w kontaktach z urzędami kościelnymi i naiwnie nieświadomi, że kto pyta, ten otrzymuje odpowiedzi – choć najczęściej nie po swej myśli – napisali dalej: „Pragniemy również prosić Waszą Ekscelencję o błogosławieństwo dla naszych kontaktów z Bractwem św. Piotra”…

 

 

 

Arcybiskup Stroba wcale się nie śpieszył. Po upływie dwóch i pół miesiąca oznajmił: „Na podstawie Motu Proprio «Ecclesia Dei» p. 6, c zezwalam grupie wnioskującej na posługiwanie się na przeciąg jednego roku w jedną niedzielę miesiąca mszałem rzymskim według wydania z roku 1962. (…) Zezwolenie dotyczy określonej grupy, która nie będzie się powiększać. Nie udzielam błogosławieństwa na kontakt z Bractwem świętego Piotra, ani na odwiedzanie wspomnianej grupy przez księży z tegoż Bractwa, jak również odprawianie przez nich Mszy św. lub wygłaszania nauk”. Czy w ten sposób miał się wyrażać zapisany w przywoływanym w liście biskupa papieskim motu proprio „szacunek do nastawienia tych, którzy czują się związani z liturgiczną tradycją łacińską” oraz „szerokie i wielkoduszne zastosowanie wydanych już dawniej przez Stolicę Apostolską zaleceń co do posługiwania się Mszałem Rzymskim według wydania typicznego z roku 1962”? Oto miała się odprawiać jedna Msza św. w miesiącu i to wyłącznie w obecności sygnatariuszy petycji (!). Dodatkowo faktyczny zakaz kontaktów z petrystami i jednoczesna odmowa delegowania celebransa, którego „wierni mieli sobie znaleźć” wśród miejscowego kleru, opóźnił pierwszą celebrację o ponad osiem tygodni, gdy w końcu prośbom wiernych uległ ks. kan. Zygmunt Chwiłkowski. „Wielkoduszność” rządcy archidiecezji sprawiła również, że miejscem celebracji „indultowych” Mszy św. uczyniono wewnętrzną kaplicę prowadzonego przez siostry serafitki domu pomocy społecznej dla dzieci i młodzieży niepełnosprawnej umysłowo – wiernym przemierzającym w drodze do kaplicy kolejne sale i korytarze ośrodka trudno było wyzbyć się wrażenia, iż są tam intruzami zakłócającymi domowy mir. Na dodatek wikariusz generalny, bp. Zdzisław Fortuniak, nie omieszkał przekazać celebransowi listy osób, które podpisały petycję i przez to były „uprawnione” do słuchania Mszy św. Ks. Chwiłkowski zachował jednak zdrowy rozsądek i nie sprawdzał owej „listy obecności”, apelując jedynie o to, by liczba obecnych wiernych znacząco nie przekroczyła liczby sygnatariuszy petycji. Pierwsza w Polsce „indultowa” Msza św. została odprawiona 12 czerwca 1994 r., w 2. niedzielę po Zesłaniu Ducha Świętego.

 

 

 

„Czyżby obawa?”

 

 

 

W listopadzie tego samego roku Bractwo Kapłańskie Św. Piusa X rozpoczęło działalność duszpasterską w Poznaniu. W nr 3 czasopisma Zawsze wierni ks. Karol Stehlin napisał: „Sobota, 12 listopada. Wprowadzamy się do naszego domu w Poznaniu, który odtąd będzie nosił imię św. Piusa X. Jednak, jak dotychczas, tylko niewielu ze sporej liczby wiernych w Poznaniu, przywiązanych do Tradycji, zdecydowało się ujawnić. Czyżby obawa?”. Ponad pół roku później w kolejnym numerze czasopisma ks. Stehlin znów pisze: „Jak duża byłaby nasza poznańska wspólnota, gdyby tutejsi wierni rozumieli, że w dzisiejszym kryzysie Kościoła nie tylko chodzi o to, by móc co cztery tygodnie uczestniczyć w tradycyjnej Mszy św., lecz także, by bronić naszej katolickiej wiary przed coraz silniejszym wpływem ekumenizmu. Tego jednak nie jest w stanie przekazać ksiądz, który tradycyjną Mszę św. odprawia nie z przekonania”.

 

 

 

I rzeczywiście – na kolejną, wystosowaną w maju 1995 r. prośbę o przedłużenie ważności indultu z roku poprzedniego, zwiększenie częstotliwości i zmianę miejsca celebracji Mszy na kościół Najświętszej Krwi Pana Jezusa, abp Stroba odpowiedział pismem, w którym dał wyraz przekonaniu, że celebracja w rycie klasycznym „stwarza niebezpieczeństwo kruszenia jedności” i że intencją Ojca Świętego, gdy wydawał motu proprio Ecclesia Dei, było niedoprowadzenie do sytuacji, w której nagle zostałyby zerwane „emocjonalne powiązania” tych, którzy „w momencie wydawania Listu [motu proprio] czuli się żywo związani ze Mszą św. Piusa V”. „[Papież] nie zamierzał jednak – kontynuował metropolita poznański – stworzyć sytuacji, w której grono im podobnych ciągle by się poszerzało. (…) Jestem osobiście przekonany, iż motywy, dla których proszą Panowie [5] o przedłużenie zezwolenia mają charakter akcydentalny, choć Panowie może widzą to inaczej”. Arcybiskup poinformował, że nie zgodzi się ani na zmianę miejsca celebracji na kościół lub boczną kaplicę w kościele, ani na odprawianie częstsze niż raz w miesiącu. Osoby pytające ks. Chwiłkowskiego o powody, dla których Msza nie może być sprawowana w dostępnym dla wiernych kościele w centrum miasta, usłyszeli, że „jeszcze mógłby wejść ktoś postronny i byłoby zgorszenie”… Sędziwy ksiądz z pewnością nie miał na myśli zgorszenia natury moralnej, ale jego słowa i tak stanowiły znakomitą ilustrację dla stanu umysłów polskiego kleru ćwierć wieku po zakończeniu II Soboru Watykańskiego.

 

 

 

Na kolejny dekret wierni czekali przez dwa miesiące, podczas których Msza św. nie była odprawiana. Siódmego września abp Stroba celebransem mianował ks. dr. hab. Ludwika Wciórkę, a miejsce celebracji zmienił na znajdującą się na obrzeżach miasta kaplicę domu zakonnego sióstr pasterek. W liście skierowanym do wiernych napisał: „Serdecznie życzę, by zezwolenie to prowadziło stopniowo lecz zdecydowanie do uczestniczenia jedynie we Mszy św. odprawianej we wszystkich kościołach archidiecezji i Kościoła Powszechnego”.

 

 

 

W tym czasie z inicjatywy kilku wiernych – przede wszystkim Konrada Szymańskiego i Jana Filipa Libickiego – zaczęło ukazywać się w Poznaniu „Pismo poświęcone Tradycji Katolickiej – Nova et Vetera”. W spisie treści pierwszego numeru, który ukazał się na jesieni 1994 r., można znaleźć takie tytuły jak Źródłem kryzysu jest nowa liturgia, Trzecia rocznica śmierci Abpa M. Lefebvre czy Arcybiskup Lefebvre miał rację. Co więc sprawiało, że poznańscy tradycjonaliści, przyznając rację twórcy i duchowemu ojcu Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X, jednocześnie godzili się na najzupełniej nieuzasadnione szykany i brak dostępu do Mszy św., sakramentów i jakiejkolwiek formy duszpasterstwa? I to w sytuacji, gdy mogli skorzystać z posługi kapłana Bractwa Św. Piusa X! Powodów zapewne było kilka.

 

 

 

„Esbeckie metody”

 

 

 

Pierwszy z nich z całą pewnością stanowiła niedostateczna świadomość wiernych co do rozmiarów kryzysu w Kościele. Trzeba pamiętać, że nie istniała wówczas platforma wymiany informacji równie efektywna, jak dzisiejsza sieć internetowa, a dostęp do publikacji, omawiających to zagadnienie, szczególnie polskojęzycznych (znajomość języków obcych nie była wówczas tak powszechna jak dziś), był bardzo ograniczony. Z najbardziej gorszącymi i poruszającymi wyobraźnię skutkami kryzysu miały więc do czynienia jedynie osoby wyjeżdżające za granicę, do krajów Europy Zachodniej, a tacy byli stosunkowo nieliczni. Drugim powodem była okoliczność, że duchownymi darzonymi przez poznańskich wiernych największym chyba zaufaniem byli założyciele Bractwa Kapłańskiego Św. Piotra, którzy odwiedzali stolicę Wielkopolski na długo przedtem, zanim próby zorganizowanej pracy duszpasterskiej podjęło tam Bractwo Św. Piusa X. Trudno było oczekiwać, że księża Bisig i Emerson zanegują swe życiowe wybory – obaj opuścili abp. Lefebvre’a w 1988 r. – i będą przekonywać wiernych do istnienia w Kościele sytuacji nadzwyczajnej uzasadniającej korzystanie z jurysdykcji zastępczej, zalecając oddanie się pod opiekę duszpasterską Bractwa Św. Piusa X (ostatecznie zakazano im zresztą kontaktów z poznańskimi wiernymi). Kolejnym powodem obaw przed takim krokiem było wyniesione z czasów komunizmu przeświadczenie, że „biskupi wiedzą, co robią”, a wszelka, nawet najbardziej uzasadniona krytyka ich działań osłabia Kościół i godzi w osobę papieża Jana Pawła II, co zaledwie kilka lat po upadku komunizmu nadal stanowiło niemal akt narodowej zdrady – w końcu to właśnie konserwatywni katolicy najbardziej krytykowali środowisko „Tygodnika Powszechnego” za publicystykę, której ostrze było wymierzone w prymasa Stefana kardynała Wyszyńskiego. Dość powiedzieć, że jeden z poznańskich urzędników kurialnych nie oszczędził wiernym składającym kolejne urzędowe pismo niezwykle gorzkich słów, zarzucając im, że „esbeckimi metodami rozbijają Kościół”. W czasach, w których duchowieństwo, w odróżnieniu od wiernych, nadal całkiem niezasłużenie cieszyło się opinią odpornego na zakusy komunistycznej bezpieki, było to oskarżenie szczególnie ciężkie.

 

 

 

Nie mniej ważnym (o ile nie najważniejszym) powodem było również polityczne zaangażowanie osób nadających ton poznańskiemu środowisku wiernych Tradycji łacińskiej i związana z tym konieczność zapewnienia sobie poparcia lokalnego duchowieństwa – nie tyle samych biskupów, co dziekanów i proboszczów, którzy wówczas zachowywali o wiele większy wpływ na katolicką opinię publiczną, niż ma to miejsce dziś, po 20 latach niepodległości, i dla których odwoływanie się do „niepotrzebnych tutaj «niemieckich» księży” (niezależnie nawet od tego, czy związanych z Papieską Komisją Ecclesia Dei, czy z FSSPX), stanowiło kamień obrazy.

 

 

 

Drogi się rozchodzą

 

 

 

Przytoczone powody mogą brzmieć jak rodzaj usprawiedliwienia wyborów czynionych przez ludzi pochodzących ze środowiska, do którego należał (choć w czasach późniejszych niż wyżej opisywane) również autor tekstu, ale nie sposób nie zauważyć, że osobom związanym z ówczesną poznańską kaplicą FSSPX również nie starczyło determinacji, by dotrzeć do „indultowych” wiernych – nawet gdyby próby ich przekonania miały okazać się bezskuteczne. I nie jest to w żadnej mierze zarzut pod adresem księży Bractwa, którzy w Polsce początku lat 90. XX wieku znajdowali się w szczególnie trudnych warunkach wynikających z braku organizacyjnego zaplecza, bariery językowej czy przypinanej im łatki „schizmatyków”, ale właśnie pod adresem wiernych, którzy takie możliwości mieli, lecz z nich nie skorzystali. Być może to zaniechanie w jakiejś mierze przyczyniło się do tego, że dzisiejszy przeorat pw. Świętego Piusa X, kościół pw. Niepokalanego Poczęcia i szkoła Najświętszej Rodziny powstały nie w Poznaniu, ale w Warszawie. Ze wspomnień poznańskich wiernych, dziś związanych z FSSPX, a wywodzących się z dawnego „środowiska indultowego”, wynika bowiem, że wówczas nie bardzo zdawali sobie nawet sprawę z tego, gdzie dokładnie w Grodzie Przemysła mieścił się dziś już nieistniejący dom Bractwa, nie docierały do nich informacje o wykładach ks. Stehlina, nie wspominając o osobistych kontaktach między członkami obu środowisk. Warto więc zaznaczyć, że nie było wówczas – bo być nie mogło! – żadnej specjalnej niechęci pomiędzy poznańskimi „indultowcami” a „lefebrystami”[6]. Olbrzymi szacunek, jakim był darzony abp Marceli Lefebvre przez członków poznańskiego środowiska indultowego, może i świadczył o niekonsekwencji jego członków, lecz pozostaje faktem, któremu nie sposób zaprzeczyć. Jest to szczególnie widoczne z dzisiejszej perspektywy, gdy Bractwo znów rozpoczyna działalność w Poznaniu, a wiernymi proszącymi o opiekę duszpasterską są przede wszystkim osoby, które przed 17 laty występowały do abp. Jerzego Stroby z prośbą o indult.

 

 

 

Nowy arcybiskup i kolejne korowody

 

 

 

27 kwietnia 1996 r. odbył się ingres nowego rządcy archidiecezji poznańskiej, którym papież Jan Paweł II uczynił bp. Juliusza Paetza, dotychczasowego ordynariusza łomżyńskiego, a wcześniej, w latach 1976–1982, prałata antykamery papieskiej.

 

W październiku tego roku, po wygaśnięciu ostatniego indultu wydanego przez abp. Strobę, poznańscy jezuici w uzgodnieniu z zainteresowanymi wiernymi wystosowali do Kurii Metropolitalnej pismo z propozycją objęcia wiernych opieką duszpasterską i celebracji coniedzielnych Mszy św. Pismo zostało złożone na ręce wikariusza biskupiego, ks. Stefana Schudego. W odpowiedzi sekretarz abp. Paetza przekazał superiorowi ustną zgodę metropolity. Celebracje miały się rozpocząć 10 listopada 1996 r., co jezuici ogłosili w oficjalnych komunikatach. Wszystko to jednak było zbyt piękne, by mogło okazać się prawdziwe: 10 listopada, bez podania przyczyn, wycofano zgodę na coniedzielną celebrację Mszy św. w rycie klasycznym, a rozgoryczeni „organizatorzy Mszy” wydali komunikat adresowany do jej potencjalnych uczestników, w którym wyrazili smutek, poinformowali o zaistniałej sytuacji i poruszyli kwestię możliwości uczestnictwa we Mszach celebrowanych przez kapłana z Bractwa Św. Piusa X, apelując jednak o cierpliwość i wyrażając nadzieję na zmianę sytuacji – komunikat ten był jednocześnie pierwszym oficjalnie ogłoszonym stanowiskiem, w którym przedstawiciele poznańskiego środowiska wiernych Tradycji łacińskiej wprost odnieśli się do istnienia w Poznaniu apostolatu FSSPX. Cztery dni później grupa 86 wiernych wystosowała do abp. Paetza petycję, w której prosiła o pisemne potwierdzenie wydanej w październiku zgody na coniedzielną celebrację Mszy św., pytając jednocześnie, „czy naprawdę proszą o zbyt wiele; czy cotygodniowa Msza święta w dawnym obrządku zagraża jedności Kościoła?”.

 

 

 

Po miesiącu oczekiwania wierni wystosowali następny list, w którym wyrazili zaniepokojenie faktem, że według dostępnych im informacji odpowiedź na ich prośbę i dekret w tej sprawie ma zostać przygotowany na podstawie listu Quattor abhinc annos z 1984 r., a nie na podstawie późniejszego i mniej restrykcyjnego motu proprio Ecclesia Dei. Również ten list pozostał bez odpowiedzi.

 

 

 

Wzruszenie abp. Paetza

 

 

 

W końcu dekretem z 15 stycznia 1997 r. abp Paetz zezwolił na odprawianie dwóch Mszy św. w miesiącu, miejscem celebracji ustanawiając kościół pw. Najświętszej Krwi Pana Jezusa, a celebransem mianując ks. dr. Jerzego Szelmeczkę SI. W swym liście arcybiskup napisał: „Ufam, że prośba Państwa wynika z miłości do Boga i przywiązania do Kościoła, a jej spełnienie dopomoże do pełniejszego włączenia się w realizację nauki Kościoła zgodnie z Vaticanum II”. Prośba o audiencję została pominięta milczeniem.

 

 

 

W październiku 1998 r. członkowie poznańskiego środowiska indultowego uczestniczyli w pielgrzymce do Rzymu na uroczystości dziesięciolecia wydania motu proprio Ecclesia Dei, podczas których wzięli udział w spotkaniu z papieżem Janem Pawłem II na placu Świętego Piotra i w konferencji z udziałem kard. Józefa Ratzingera. Zaproszono wówczas ks. Bisiga do ponownego odwiedzenia Polski, a wizyta ta doszła do skutku miesiąc później.

 

 

 

Podczas swej wizyty w Poznaniu przełożony generalny Bractwa Kapłańskiego Św. Piotra wraz z przedstawicielami poznańskich wiernych został przyjęty przez biskupa pomocniczego Zdzisława Fortuniaka. Księdzu Bisigowi towarzyszyli również klerycy Tomasz Dawidowski i Wojciech Grygiel. W odprawionej przez generała Mszy św. – bez wcześniejszej zapowiedzi – wziął udział abp Juliusz Paetz, który po zakończeniu celebracji przemówił do wiernych zebranych przed świątynią. Metropolita wyraził wzruszenie powodowane wspomnieniem własnej prymicji i zapewnił, że jego obecność świadczy, iż „wierni liturgii tradycyjnej znajdują się w sercu Kościoła”. Niespodziewana wizyta i słowa arcypasterza dały wiernym pewność, że kolejny dekret będzie dla nich hojniejszy.

 

 

 

Tymczasem w kwietniu 1999 r. arcybiskup przedłużył do końca 2000 r. ważność poprzedniego dekretu, nie zmieniając jego warunków. Mimo próśb nie udzielono zgody na celebracje częstsze niż dwa razy w miesiącu. Gesty i słowa z okazji wizyty ks. Bisiga okazały się pustą kurtuazją. Restrykcje obowiązywały przez kolejne dwa lata, gdy w wyniku zupełnie nieoczekiwanych i początkowo niezrozumiałych okoliczności doszło do „odwilży”.

 

 

 

Jakub Pytel 

 

 

 

 

 

Czytaj również: 

 

Poznański Indult. Dwie dekady w eklezjalnej krainie czarów, cz. II

PRZYPISY:

  • Ważnym wydarzeniem w życiu poznańskich tradycjonalistów był pogrzeb Jędrzeja Giertycha, którego doczesne szczątki zostały złożone na cmentarzu parafialnym w Kórniku koło Poznania. Zgodnie z wolą zmarłego Msza ­requiem i obrzędy pogrzebowe zostały odprawione według dawnych ksiąg liturgicznych.
  • Ks. Michał Poradowski (1913–2003) – katolicki kapłan, teolog, filozof, socjolog i pedagog. W czasie II wojny światowej pełnił posługę kapelana Narodowych Sił Zbrojnych. Po wojnie zagrożony aresztowaniem przez komunistów przedostał się na Zachód i przez krótki czas pełnił służbę duszpasterską w II Korpusie Polskim we Włoszech. W 1946 r. osiedlił się we Francji, gdzie studiował prawo na paryskiej Sorbonie oraz nauki społeczne na Katolickim Uniwersytecie Paryskim, a następnie nauki polityczne w Fondation Nationale des Sciences Politiques, FNSP. W 1950 r. zamieszkał w Chile, gdzie przez ponad 40 lat wykładał na katolickich uczelniach tego kraju. Zasłynął jako znawca i wróg marksizmu oraz modernizmu w Kościele katolickim. Był płodnym pisarzem i publicystą, zmarł we Wrocławiu.
  • Józef Mackiewicz (1902–1985), pisarz i publicysta. Brał udział w wojnie 1920 roku. W latach 1939–1941 współredagował wydawaną w Wilnie „Gazetę Codzienną”. W 1943 r. wziął udział w ekshumacji ciał polskich oficerów zamordowanych w Katyniu sporządzają relację zatytułowaną Zbrodnia w lesie katyńskim. Od 1945 r. na emigracji, początkowo we Włoszech, następnie w Wielkiej Brytanii, a od 1954 r. w Niemczech. Był zdecydowanym antykomunistą, a zagrożeniu sowietyzacją poświęcił dużą część swojej twórczości.
  • W sierpniu 1992 r. Msze św. były sprawowane również w kaplicy domu SS. Elżbietanek przy ul. Łąkowej i w kaplicy Matki Boskiej Szkaplerznej w kościele pw. Bożego Ciała.
  • Listy były zwykle sygnowane przez dwóch przedstawicieli grupy osób wnioskujących w 1994 r. o pierwsze zezwolenie na celebracje Mszy św. w rycie klasycznym.
  • Uczciwie trzeba jednak przyznać, że w reakcji na rozpoczęcie w Poznaniu apostolatu Bractwa w środowisku indultowym powstał projekt nieco kuriozalnego oświadczenia, w którym można było przeczytać: „Chcemy iść drogą, którą wskazuje nam Ewangelia. «Proście, a będzie wam dane; szukajcie a znajdziecie; pukajcie, a będzie wam otworzone». Nie łudzimy się, że będzie to droga łatwa, ale czy mielibyśmy prawo mówić o obronie wiary, gdybyśmy na nią nie weszli? Dziś, gdy napotykamy na niej Bractwo Św. Piusa X, musimy, nie bez przykrości, ale stanowczo oświadczyć, że nie możemy korzystać z jego posług religijnych, które sprawowane są bez należnego mandatu naszego Arcybiskupa, nadto w sytuacji, gdy w naszym mieście możliwość udziału w tradycyjnej Mszy już istnieje. Czynimy to przez posłuszeństwo katolickie, w niczym nie pomniejszając szacunku dla dzieła życia arcybiskupa Marcelego Lefebvra, od którego wywodzi się wiele z prowadzących dziś normalną pracę w Kościele wspólnot religijnych i zakonnych. Zachowujemy też w sercu nadzieję, popierając ją gorącą modlitwą, że pewnego dnia i ta rana na ciele Kościoła zostanie uleczona”. Wśród wiernych nie było jednak zgody co do treści tego oświadczenia i nigdy nie zostało ono opublikowane.

 

Józef Piłsudski (1867-1935) odegrał w najnowszej historii politycznej Polski rolę szczególną i wybitnie kontrowersyjną. Jego postać podzieliła opinię w Pol­sce na dwa obozy: na przeciwników i zwolenników. Przeciwników było więcej.

Stosunek zwolenników do marszałka był raczej „religijny” niż polityczny.

Piłsudski był Litwakiem czyli żydem Litewskim. Prawdziwe nazwisko to Selman, agent najpierw Austro-Węgier a potem Prus i Niemiec. Aż do śmierci, pupil Hitlera, agent masoński. Uważany i lansowany przez współczesnych Żydów za wyzwoliciela i zbawiciela Polski ( liczne pomniki, ulice z jego nazwiskiem).

„Józef Piłsudski był nie tylko niemieckim agentem, ale też pozbawionym skrupułów mordercą, który nie zawahał się wydać rozkazu zabicia prezydenta Narutowicza”.

 

Informacje te zawdzięczamy książce endeckiego publicysty Jędrzeja Giertycha.
> http://www.historycy.org/index.php? showtopic =12838

Piłsudski to majstersztyk tajnej dyplomacji pruskiej.

> http://niepoprawni.pl/blog/3977/pilsudski-to-majstersztyk-tajnej-dyplomacji -pruskiej

Nie jest prawdą, że Piłsudski miał za sobą naród. Miał on za sobą malutką, pozbawioną skrupułów klikę, która zdobywała sobie w Polsce głos i władzę przemocą, bezprawiem i poparciem obcych. We wszystkich kolejnych, wolnych aktach wyborczych w Polsce zwolennicy Piłsudskiego zdobywali sobie ilość gło­sów, stanowiącą znikomą mniejszość; dopiero pod rządami dyktatury sanacyjnej w wyniku „cudów nad urną”, stworzyli oni sobie pozór oparcia parlamentarnego.

To prawda jednak, że wśród szarych zwolenników jego, zarówno w roku 1914 jak dzisiaj, było i jest wielu ludzi dobrej woli, tyle tylko, że naiwnych, którzy prawdy historycznej nie znają i ulegli kłamliwej propagandzie. Udało się tej pro­pagandzie wmówić niektórym Polakom, że Piłsudski walczył o dwie idee bardzo drogie każdemu Polakowi: o wolność i wielkość Polski, oraz o wprowadzenie w czyn tej prostej prawdy, że trzeba być gotowym do poświęceń dla Ojczyzny i do walki w jej służbie. Tylko, że Piłsudski bynajmniej tym ideom naprawdę gorąco nie służył, a już w każdym razie nie miał na nie w Polsce monopolu.

Nie jest prawdą, że polityka Piłsudskiego w 1914 roku wiodła do odbudowania Polski. Plan zrobienia w zaborze rosyjskim w chwili wybuchu wojny rosyjsko-niemieckiej powstania polskiego, opartego politycznie o Austrię, był od dawna planem polityczno-strategicznym Rzeszy Niemieckiej, a w szczególności Bis­marcka i marszałka von Waldersee, był potem tematem porozumień sztabowych niemiecko-austriackich i był przygotowywany przez wywiad austriacki, którego Piłsudski był narzędziem. Celem tego planu było chwilowe sparaliżowanie Rosji dla łatwiejszego pokonania Francji, a polem podyktowania przez Niemcy ogól­nego pokoju.

Gdyby się Piłsudskiemu jego akcja udała, owocem tego byłoby zwycięstwo niemieckie i utrwalenie rozbiorów. W istocie, naród polski w 1914 roku stał po stronie aliantów, carskiej Rosji nie wyłączając, a nie po stronie Nie­miec. I przez to przyczynił się już od samego początku do obalenia niemieckich planów zapanowania nad Europą i światem.

Polska odzyskała niepodległość nie dlatego, że Piłsudski zaatakował w 1914 roku Rosję, ale pomimo tego. Niepod­ległość Polski nie jest owocem „czynu” garstki piłsudczyków, przy „bierności” i „gnuśności” głównej masy narodu, ale wręcz przeciwnie, jest owocem dojrzałej zdyscyplinowanej i ofiarnej postawy całego narodu i jego przemyślanej i rozum­nej akcji politycznej, której się warcholska garstka piłsudczyków nieświadomych tego, że są w istocie agenturą polityki niemieckiej, przeciwstawiała.

Nie jest prawdą, że Piłsudski w 1918 roku „wywalczył” niepodległość. Polska odzyskała niepodległość dzięki klęsce Niemiec, a do tej klęski wysiłek polityczny polskiego narodu przyczynił się w sposób wcale nie drobny. Piłsudski, który ni­gdy nie wszedł z Niemcami w rzeczywisty konflikt, był przez Niemców trzymany w odwodzie na wypadek ich klęski wojennej. To oni osadzili go w dniu swej kapitulacji przed aliantami zachodnimi (11 listopada 1918 roku) u władzy w War­szawie, po to, by przeszkodzić zbudowaniu Polski naprawdę silnej i należącej do obozu alianckiego.

Istnieją wiarygodne dane, iż Piłsudski złożył przed przy­jazdem do Warszawy słowo honoru rządowi niemieckiemu, że utrzyma Polskę w roli państwa nie będącego w stanie wojny z Niemcami (a więc nie mogącego uczestniczyć w roli państwa współzwycięskiego w konferencji wersalskiej) i że nie będzie od Niemiec żądać ziem zaboru pruskiego poza tymi, które ofiarowane zostaną Polsce jako „prezent”.

Dostarczenie Piłsudskiego 11 listopada 1918 roku do Warszawy przez Niemców jest uderzająco podobne do dostarczenia o półtora roku wcześniej przez tychże Niemców Lenina do Rosji, co było zrobione po to, by Rosję rozłożyć i doprowadzić ją do zawarcia pokoju. Polska zaczęła rozbrajać okupantów już 30 października (w Krakowie), a biła się już od 1 listopada (we Lwowie).

Główne operacje wojenne u zarania niepodległości (w Ziemi Czerwieńskiej i w Poznańskiem) przeprowadzone były bez udziału Piłsudskiego, a nawet bez jego aprobaty, lub wręcz wbrew jego przeciwdziałaniu. Faktem, który rozstrzygnął o trwałej niepodległości Polski był traktat wersalski 1919 roku, który tak urządził Europę owych czasów, jak kongres wiedeński 1815 roku urządził ją (a wraz z nią sprawę polską) na lata 1815-1914, a konferencje w Jałcie i Poczdamie na dzisiaj.

Wersal był wielkim tryumfem polskiej dyplomacji, która nie tylko wywalczyła prawidłowe załatwienie sprawy polskiej, ale i przyczyniła się do pomyślnego dla Polski urządzenia basenu naddunajskiego.

Jeśli Piłsudski utrzymał się w Polsce w roli Naczelnika Państwa i wodza naczelnego, to dlatego, że patriotyczna część narodu nie chciała go obalić siłą, co mogłoby wywołać wstrząśnienia, osłabiające Polskę i zagrażające jej pozycji w rozgrywce wersalskiej. Osadzili go w tej roli w listopadzie 1918 roku Niemcy, a podparł go w styczniu 1919 roku, nieprzyja­zny Polsce, angielski żydorząd Lloyd George’a.

Nie jest prawdą, że Piłsudski był zwycięzcą w wojnie 1920 roku z Rosją. Przez przedsięwzięcie niepotrzebnej, źle pomyślanej i źle przeprowadzonej wyprawy kijowskiej ściągnął on inwazję bolszewicką na Polskę, a po klęsce podał się do dymisji. Dymisja ta nie została przyjęta, bo mogłoby to wywołać wrażenie we­wnętrznego kryzysu.

Piłsudski nie dowodził bitwą warszawską, dowodził nią fak­tycznie szef sztabu, generał Rozwadowski i to on był rzeczywistym zwycięzcą, a także głównym autorem planu bitwy. Piłsudski dowodził w bitwie tylko grupą operacyjną z nad Wieprza i grupę tę poprowadzi źle, z 24 godzinnym opóźnie­niem, wskutek czego pobita pod Warszawą i nad Wkrą armia bolszewicka po­trafiła się w dużej części wymknąć z okrążenia (główna bitwa 14 i 15 sierpnia, początek ofensywy Piłsudskiego z nad Wieprza, mimo naglących wezwań Roz­wadowskiego, dopiero 16 sierpnia).

Jest prawdą, że Piłsudski dowodził w bitwie wrześniowej nad Niemnem i że była to bitwa zwycięska. Ale pobita armia sowie­cka wycofała się na wschód. Piłsudski przeprowadził tę bitwę uderzeniem lewym skrzydłem a odrzucił plan gen. Rozwadowskiego uderzenia prawym skrzydłem, przez co armia ta byłaby zepchnięta na Litwę, otoczona i zniszczona. Piłsudski nie chciał wkraczać na Litwę, mimo, że była ona z Polską w stanie wojny i współ­działała zbrojnie z Sowietami – dlatego wybrał plan mniej strategicznie dogodny i nie rokujący widoków na równie kompletne zwycięstwo.

> http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2016/05/jozef-pilsudski-bohater-czy-zdrajca/

Prawda o Józefie Piłsudskim, jego planach co do Polski i kontaktach z innymi nacjami.

– W oparciu o carskie archiwa, Rosjanie twierdzą, iż był to Żyd o nazwisku rodowym Selman, stryjeczny brat F. Dzierżyńskiego. On sam podawał się za Litwina o nazwisku Ginet. Wśród zaufanych chlubił się, że ma w żyłach krew Butlerów, Selmanów i Ginetów.

– Ojciec Piłsudskiego przed powstaniem styczniowym był oberpolicmajstrem w Warszawie. Znienawidzony przez Polaków, miał opinię gorliwego sługusa Rosjan, złodzieja, łapownika i okrutnika.

– Człowiek niemoralny, zuchwały, mściwy, pozbawiony skrupułów, o niezmierzonej ambicji i pysze. Aby móc poślubić rozwódkę Marię Juszkiewicz, w 1899 r. porzuca katolicyzm i przechodzi na protestantyzm. Druga żona Żydówka Perl–Szczerbińska (nieślubne dziecko Żyda Perla) – ślub w 1921 r. Miał wiele kochanek np. poetka K. Iłłakowiczówna – osobista sekretarka, lekarz E. Lewicka ( zmarła w dziwnych okolicznościach). Ekskomunikowany – kard. Sapieha nie pozwolił umieścić jego trumny w Kaplicy Królewskiej na Wawelu jako apostaty i wroga narodu, ale jego kamaryla wymusiła to siłą!

– Ideowo socjalista, zwolennik teorii Marksa, działający w zdominowanym przez Żydów ruchu socjalistycznym. W okresie rewolucji 1905 r. wszczynał bratobójcze walki – ma na sumieniu wielu zamordowanych Polaków.

– W utworzonych przez Piłsudskiego organizacjach strzeleckich było sporo Żydów, którzy później znaleźli się w Legionach, a dalej przeszli do kadry oficerskiej i generalskiej Wojska Polskiego.

– Kierowana przez niego POW, przez zakulisowe działania polityczne (mason A. Lednicki w Moskwie) i rozbijackie wśród mas żołnierskich, sparaliżowała powstanie 700 tys. armii polskiej w Rosji za rządów Kiereńskiego, organizowanej przez Narodową Demokrację.

– W momencie krytycznym dla powodzenia żydowskiej rewolucji bolszewickiej w Rosji, odmawia współdziałania z gen. Denikinem (IX 1919 r.), co było decydujące dla utrzymania się u władzy bolszewików (Żydów)!!! W tajnych rokowaniach z bolszewikami zapewnił ich, że polski front nie drgnie, dopóki oni nie rozprawią się z „białymi”.

Pakt Piłsudski-Lenin , Selman-Goldman
> https://marucha.wordpress.com/2014/06/30/tajny-pakt-lenin-pilsudski/
> http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2016/05/tajny-pakt-lenin-pilsudski-cz-i-i-ii-2/

 

– Piłsudski uważał się za Litwina a o Polsce i Polakach wypowiadał się z pogardą:„Największymi wrogami Polski są Polacy, że to zbieranina zidiociałych kretynów, z którymi niczego po dobroci zrobić się nie da.”

Zionął nienawiścią do narodu polskiego – nazywał nas narodem idiotów, czego nie ukrywał wśród najbliższych. Polskę traktował jako mięso armatnie w planach przebudowy świata, a zwłaszcza Rosji. Znakomity aktor, mistrz demagogii i propagandy – wykreował się na patriotę zatroskanego o Polskę.

> http://okres-prl.blog.onet.pl/2013/09/03/jozef-pilsudski-bohater-narodowy-co-myslal-o-swoim-narodzie/

[Prawdę mówiąc… nie jest łatwo kochać tę część narodu, która jest pozbawiona mózgu – admin]

– Człowiek niewykształcony, prostacki w zachowaniu, przesądny (ważne decyzje podejmował pod wpływem impulsu lub z kart). Już jako Naczelnik Państwa brał udział w tajnych zebraniach masonów i uczestniczył w seansach spirytystycznych. Po trupach parł do władzy. Polityk bez głębszej wizji politycznej dla Polski, bez wiary w istnienie suwerennego państwa polskiego: zwolennik straceńczej idei powstańczej i podporządkowania się Niemcom.

– W listopadzie 1918 r. osadzony u władzy przez Niemców, którzy specjalnym pociągiem przywieźli go z Magdeburga do Warszawy (tajny układ z hr. Kesslerem). Tak samo jak kałmuckiego Żyda Haima Goldmana vel Władimir Uljanow vel Włodzimierz Lenin do Rosji w celu wywołania komunistycznej rewolucji, obalenia caratu i zniszczenia jej od środka (analogia z żydowską Solidarnością z lat 80-tych)

„Uwięzienie” w Magdeburgu (w luksusowych warunkach! jak Lech Wałęsa….) miało na celu zbudowanie mu pozytywnej legendy. Z polecenia Berlina wojska niemieckie oddały się mu do dyspozycji, a zależna od Niemiec Rada Regencyjna przekazała mu władzę. Wierny sojuszowi z Niemcami nie udzielił pomocy Powstaniu Wielkopolskiemu, był przeciwny odzyskania Gdańska i dostępu do Bałtyku (!).

Osadzenie u władzy Piłsudskiego było dalekowzrocznym pociągnięciem Niemców, neutralizującym w ten sposób politykę R. Dmowskiego i znienawidzonego przez nich Obozu Narodowego czyli Narodowców. Postawili na Piłsudskiego, który zoologicznie nienawidził Dmowskiego i ideologii narodowej. Chorobliwie nienawidził Rosji, a był obojętny na polską politykę wobec Zachodu. Stał się narzędziem niemieckiej racji stanu (jak nie tak dawno żyd Donald Tusk ).

Joseph Goebbels wraz z ambasadorem Hansem von Moltke odwiedzają Józefa Piłsudskiego i Józefa Becka. Warszawa.

> https://wiernipolsce1.wordpress.com/2016/01/02/w-dniu-77-rocznicy-smierci-r-dmowskiego-tworcy-niepodleglej-polski/
> https://stopsyjonizmowi.wordpress.com/2011/11/06/roman-dmowski-tworca-polski-odrodzonej-henryk-pajak/

– U zarania niepodległości wprowadził proporcjonalną ordynację wyborczą (stosowaną w krajach kolonialnych, również aktualnie w III żydoRP ), co dało w Sejmie 1/3 posłów z mniejszości narodowych. Z tymi mniejszościami wchodził w układy przeciw większości polskiej reprezentowanej przez obóz narodowy. Ta „idealna” demokracja powodowała chaos polityczny, a Polskę czyniła państwem słabym. Jemu nie chodziło o dobro Narodu, a jedynie o zdobycie absolutnej władzy dla siebie.

– Marszałek samozwaniec. Samouk wojskowości, sam siebie mianował Marszałkiem Polski! (19.03.1920 r.) Nigdy nie służył w wojsku, nie miał żadnego doświadczenia bojowego – Legionami dowodzili zawodowi wojskowi austriaccy (Austriacy otwarcie przyznawali, iż jest dyletantem wojskowości, ale trzymają go ze względów politycznych). Był rasowym rewolucjonistą.

– W imię realizacji masońskiego planu politycznego dla Europy Środkowej, polskim kosztem i krwią polskiego żołnierza zaczął tworzyć państwa obcym nacjom: Litwę, Łotwę, Białoruś i Ukrainę, co było przeciwne żywotnym interesom Polski. Naszym interesem było szybkie scalenie ziem kresowych z resztą kraju. Z tego powodu opóźniał zorganizowanie odsieczy dla Lwowa oraz wdał się w niepotrzebną wojnę z Rosją (kosztowa nas 200 tys. zabitych żołnierzy i cywilów!).

O podjęciu przygotowań do wojny z Rosją nie informował ani rząd, ani Sejm. Z wojskowego punktu widzenia kampania była dyletanckim przedsięwzięciem (ocena historyków wojskowości), z góry skazanym na klęskę. 12 sierpnia 1920 r. w momencie krytycznym dla egzystencji państwa, tchórzy i składa rezygnację z funkcji Naczelnego Wodza i Naczelnika Państwa (dezercja!). W tej sytuacji powinien być rozstrzelany, ale niezdarny premier, chłop Witos, nie stanął na wysokości zadania i ukrył ten fakt przed narodem.

Następnie „udaje się do Puław” (jedzie do konkubiny pod Nowy Sącz). Wraca nad Wieprz i obejmuje dowodzenie grupą uderzeniową; opóźnia atak o jeden dzień – rusza dopiero 16 sierpnia już po rozegraniu bitwy pod Warszawą. To opóźnienie pozwoliło Rosjanom ujść przed całkowitym zamknięciem kotła i totalną klęską, która natychmiast rozstrzygnęłaby wojnę.

– Piłsudskiemu przypisuje się stworzenie idei Międzymorza. Jest to kłamstwo, projekt Intermarium został stworzony przez syjonistów w celu rozbicia Słowian, zresztą tak samo jak banderyzm.

Uwaga na próbę wskrzeszenia antypolskiej, antyrosyjską i antysłowiańskiej koncepcji Międzymorza, wysuniętej przez agenta masońskego Józefa Piłsudzkiego przed I wojną światową:

> https://przemex.wordpress.com/2016/01/03/dwn-polska-odwraca-sie-od-europy-w-strone-waszyngtonu-czyli-proamerykanski-i-syjonistyczny-pis-realizuje-antyslowianska-antypolska-i-antyrosyjska-koncepcje-miedzymorza/
> https://wiernipolsce1.wordpress.com/2015/11/04/bez-zludzen-a-duda-i-pis-to-zdeterminowane-psy-syjonizmu/
> http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2016/04/miedzymorze-nie-pomoze-a-glupiemu-zaszkodzi/
> http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103454,19483230,prof-stempin-kaczynskiemu-jak-pilsudskiemu-marzy-sie-miedzymorze.html

– 12 maja 1926 r. siłą obala legalny rząd. Do tej daty rządził ostatni polski rząd! Po 1945 r. Polska dostała się pod zwierzchnictwo żydo-ZSRR a od stanu wojennego pod kolejną okupację syjonistów, która trwa do dnia dzisiejszego!

> http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2016/05/prof-jan-jachymek-skutki-przewrotu-majowego-1926-r/

W Bratobójczych walkach zginęło 379 Polaków, a 920 zostało rannych. W ówczesnej sytuacji politycznej Europy była to zbrodnia, której owoce zebraliśmy w 1939 r. Zamach był inspirowany i finansowany przez żydów anglosaskich za pośrednictwem lóż masońskich. Polityka angielska (żydowska) na obszarze Europy Wschodniej w rządach ludowo–narodowych spostrzegła możliwość umocnienia państwa polskiego i odrodzenia się polskości, co było zagrożeniem jej interesów.

I znów Piłsudski stał się narzędziem w obcych rękach przeciwko Narodowi Polskiemu! Masoneria udzieliła Piłsudskiemu całkowitego poparcia: propagandowego, organizacyjnego i finansowego. Po objęciu władzy, przeorientował politykę zagraniczną: zawiesił sojusz wojskowy z Francją, a Polskę wprzągł w sferę polityki niemieckiej – braterstwo broni z Niemcami. W celu wykończenia przeciwników politycznych zakłada obóz koncentracyjny w Berezie Kartuskiej (1934 r.), gdzie maltretowano polskich patriotów!

> http://facet.interia.pl/obyczaje/historia/news-bereza-kartuska-oboz-koncentracyjny-dla-przeciwnikow-polityc,nId,1596889
> http://www.1917.net.pl/node/2083

Specjaliści od propagandy, okres rządów Piłsudskiego podają jako wzorcowy przykład prania mózgów całemu narodowi i wykreowania na „Wodza Narodu” osoby niegodziwej, szkodliwej dla Polski. Zaprowadzono ścisłą cenzurę, fałszowano fakty historyczne, wyniki wyborów, delegalizowano partie narodowe, likwidowano ludzi niewygodnych politycznie, utrącano wszelkie przejawy racjonalnego myślenia narodowego – w zamian kreując sentymentalny „patriotyzm”.

> http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2016/05/od-zamachu-majowego-do-dyktatury-sanacyjnej/
> http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2016/05/deprawacja-struktury-panstwa-polskiego-skutkiem-zamachu-majowego/

Najważniejsze przyczyny zamachu majowego, są mało znane, lub w ogóle nieznane, a ich skutki dla Polski i Polaków mają charakter fundamentalny. Są one następujące:

1. Najważniejszą w skutkach dla Polski i Polaków, była zgoda Piłsudskiego na nałożenie przez żydowską finansjerę pętli niewolnictwa finansowego: 26 października 1926 to data utraty niepodłegłosci Polski!

„Znamienne były zmiany jakie musiały być na zadanie amerykańskich kół finansowych wprowadzone do statutu Banku Polskiego.

Do rozporządzenia Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 13 października 1927 r. ,,o planie stabilizacyjnym i zaciągnięciu pożyczki zagranicznej” dołączona została następująca deklaracja rządu:
„Rzad oświadcza, ze zgodnie z rozporządzeniem z dnia 26 października 1926 r. zrzekł się prawa emisji biletów bankowych i że nie będzie ich więcej emitował. Bank Polski będzie jedyną instytucją emisyjną. Na mocy obecnego statusu Bank Polski jako spółka akcyjna jest całkowicie niezależny od rządu. Rząd nie jest upoważniony do uzyskiwania zaliczek od banku, do emisji biletów na pożyczki dla rządu z wyjątkiem tych, które się mieszczą wyraźnie w granicach obecnie dozwolonych przez Status Banku”
Jerzy Zdziechowski – „Skarb i pieniądz” 1918- 1939, str.26

> https://prawda2.info/viewtopic.php?p=287160#287160

Powyższa informacja pochodzi od wybitnego finansisty Jerzego Zdziechowskiego, ministra Skarbu w rządzie Grabskiego i w kolejnych rządach do zamachu majowego. Został on pod koniec lat trzydziestych bardzo dotkliwie pobity przez agentów międzynarodowej finansjery (pod przykrywką piłsudczyków), tak że ledwo przeżył.

Zdziechowski wdrożył niezwykle skuteczną i nowatorską w skali świata metodę emisji i kontroli pieniądza na podstawie parytetu gospodarczego, bez uwiązania niewolniczego przez międzynarodową finansjęrę na parytecie złota i oddaniu w jej ręce tego kluczowego instrumentu gospodarczego. To była główna przyczyna zamachu majowego i zabrania rządowi emisji i kontroli pieniądza, co jest jego niezbywalnym prawem.

Emisję i kontrolę oddano do Banku Polskiego, nad którym kontrolę przejeli Rothschildowi. To oznaczało prawdziwą kolonizację kraju przez żydomasonerię z Piłsudskim (takim Nikodemem Dyzmą, czy obecnym Lechem Wałęsą). Do tego samego doprowadziła „rewolucja solidarnościowa” także dzisiaj.

Istotę tych decyzji najpełniej wyrażają zdania głównego założyciela napotężniejszego klanu dynastii bankierskiej Rothschildów i jego żony.

Meyer Amschel Rothschild: „Pozwólcie mi emitować i kontrolować pieniądze kraju, a ja nie dbam o to, kto tworzy jego prawa”

Natomiast Gutle Schnaper, żona tegoż Mayera Amschela Rothschilda i matka jego pięciu synów stwierdziła: „Gdyby moi synowie nie chcieli wojen, to by żadnych nie było.”

2. Drugą co do ważności przyczyną zamachu majowego, którą podał dr Janusz Gmitruk (na otwartym spotkaniu tematycznym na temat zamachu majowego w dniu 9 maja 2015 r w Klubie Inteligencji Polskiej w Muzeum Niepodległości) był bliski mariaż integracji gospodarczej, wojskowej i politycznej z Czechami.

W tych dniach premier Czech wybierał się pociągiem do Warszawy, by z nowym rządem powoływanym przez Wincentego Witosa podpisać przygotowany traktat o integracji obu państw. Czesi mieli bardzo dobrze rozwinięty przemysł i technologie, w tym zbrojeniową, natomiast będąc mniej liczebnym narodem mieli mało wojska, którym dowodzili oficerowie francuscy, bo swoich oficerów świeżo po odzyskaniu niepodległości od Austrii jeszcze nie mieli.

Polacy natomiast mieli jeszcze liczebną armie, bitnego żołnierza i bardzo dobrych oficerów. Do tego czasy Piłsudskiemu mimo wielu starań nie udało się zniszczyć ówczesnej armii polskiej, ale dopiero po zamachu, co dobitnie potwierdza tajny raport gen. Izydora Modelskiego wykonany na zlecenie Naczelnego Wodza gen Władysława Sikorskiego ( na linkach:

> http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/11/gen-izydor-modelski-wojskowe-przyczyny-kleski-wrzesniowej-1939-r-czesc-i-1/
> http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/11/gen-izydor-modelski-wojskowe-przyczyny-kleski-wrzesniowej-1939-czesc-i-2/
> http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/11/gen-izydor-modelski-wojskowe-przyczyny-kleski-wrzesniowej-1939-r-czesc-ii/
> http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/11/gen-izydor-modelski-wojskowe-przyczyny-kleski-wrzesniowej-czesc-iii-podczas-wojny-i-zakonczenie/

3. Trzecią co do ważności przyczyną był zamiar rządu Wincentego Witosa utworzony 10 maja w oparciu o Związek Ludowo-Narodowy, PSL „Piast”, Chrześcijańską Demokrację i Narodową Partię Robotniczą wystąpienia z całym pakietem reform idących w kierunku umocnienia władzy ustawodawczej, w tym zmiany ordynacji wyborczej, a następnie natychmiastowego rozwiązania parlamentu i przeprowadzenia wyborów w oparciu o nową ordynację wyborczą. To umożliwiłoby ustabilizowanie sytuacji w państwie, gdzie mniejszości narodowe stanowiące ok 1/3 ludności i żydomasoneria z Piłsudskim na czele działały na szkodę Polski, za pieniądze międzynarodowej finansjery.

Uniemożliwienie oddania spraw emisji i kontroli pieniądza w ręce międzynarodowej finansjery, integracja z Czechami i wzmocnienie władzy ustawodawczej, a w konsekwencji wykonawczej mogłyby uniemożliwić plany globalistów, co do II Wojny Światowe! Po zaskakującej wygranej w 1920 r. z bolszewikami, obawiano się nowo wskrzeszonej i nieobliczalnej Polski zarządzanej w większym stopniu przez Polaków niż przez żydomasonerię. To byłaby przeszkoda do planowanej II Wojny Światowej, w której „spreparowane” społeczeństwo Niemiec w czasie Republiki Weimarskiej miało posłużyć do starcia z żydobolszewikami celem wymordowania jak najwięcej Słowian, w tym szczególnie Polaków. Piłsudski i żydomasońskie rządy sanacji, jako agenci międzynarodowej finansjery spełnili to zadanie, niestety.

Niestety nie „odrobiliśmy tej lekcji historii” i ona obecnie się powtarza od 1989 r., tylko jeszcze w gorszym wydaniu, z groźbą kolejnego zamachu stanu na wzór zamachu majowego. Historia XX wieku, nie tylko Polski, niestety będzie musiała być napisana od nowa, ponieważ tą historię, którą powszechnie znamy i nauczana jest w szkołach to są w ważniejszych kwestiach dezinformacyjne mity.

– Na jego polecenie skrytobójczo zamordowano wybitnych generałów Polaków (seryjny samobójca?) – potencjalnych kandydatów na stan. Naczelnego Wodza: gen. Zagórskiego, gen. Rozwadowskiego, gen. Malczewskiego, gen. Hempela, gen. Franka; innych zdymisjonował (np. Dowbór–Muśnicki, M. Januszajtis, J. Haller, Szeptycki, Sikorski). Na generałów mianował ludzi miernych, ale ślepo sobie oddanych. Wojsko uczynił prywatnym folwarkiem.

Nie jest prawdą, że Piłsudski musiał w 1926 roku zrobić zamach stanu, bo Pol­ska nie była zdolna do ustroju parlamentarnego. Choroby polskiego parlamentary­zmu były winą Piłsudskiego, bo to on narzucił Polsce swoim dekretem z 28 listo­pada 1918 roku proporcjonalny system wyborów (Wielka Brytania, a wraz z nią szereg innych krajów, po dziś dzień tego przesadnie demokratycznego systemu nie znają).

W systemie tym, ograniczona została rola wielkich, odpowiedzialnych stronnictw, a wprowadzone zostały do Sejmu zbyt liczne, drobne grupki, a wraz z nimi mniejszości narodowe. Piłsudski sądził, że przez stworzenie rozproszkowanego, bezsilnego Sejmu łatwiej zapewni sobie przewagę.

Czynnikiem, który ha­mował obrady Sejmu warcholstwem, awanturami, były głównie nieliczne grupki jego własnych zwolenników. Mimo to, parlamentaryzm polski funkcjonował cał­kiem sprawnie i w siedmiu latach przedmajowych (1919-1926) bez porówna­nia więcej w Polsce wykonano wielkich dzieł politycznych (z wojną włącznie) i rzetelnej, twórczej roboty państwowej, niż w trzynastu latach dyktatury Piłsud­skiego i piłsudczyków (1926-1939).

Piłsudski obalił swoim zamachem świeżo utworzony rząd o silnej i odpowiedzialnej większości parlamentarnej, a obalił go wszczętą bez powodu wojną domową, w której poległo około tysiąca Polaków. Zamach majowy był jedną z najsmutniejszych kart polskiej historii. Za zama­chem tym stał w istocie wpływ polityki brytyjskiej, która w tym samym mniej więcej czasie spowodowała podobne zamachy na Litwie i w Estonii.

Owocem tego zamachu było ustanowienie dyktatury Piłsudskiego i piłsudczyków, która była jedną z najbrutalniejszych i najbardziej bezmyślnych dyktatur w nowoczes­nej historii europejskiej i jest w obrazie dziejowym Polski faktem haniebnym. Dyktatura ta w znacznym stopniu przetrąciła odrodzonej Polsce kręgosłup. Nie ma dziedziny życia polskiego, której Piłsudski i jego dyktatura by nie obniżyły, nie zepsuły, nie zdezorganizowały i nie splugawiły.

Między innymi pod tą dyk­taturą Polska, tradycyjnie kraj prawa, sprawiedliwości i wolności, splamiła się istnieniem obozów koncentracyjnych w Brześciu i w Berezie, z których pierwszy był chronologicznie wcześniejszy od obozów hitlerowskich oraz faktem skryto­bójstw politycznych, z zamordowaniem generała Zagórskiego na czele.

Polityka zagraniczna Piłsudskiego i jego następców była z polskiego punktu widzenia po­lityką samobójczą. Przyczyniła się ona do rozbioru Czechosłowacji i do zburze­nia porządku „wersalskiego” w basenie naddunajskim, a w rezultacie stworzyła sytuację, której nieuchronnym skutkiem była nasza kampania wrześniowa.

– Okres międzywojenny był bezlitosną walką z Narodem (włącznie z eksterminacją fizyczną Polaków myślących narodowo) o zmianę jego duszy katolicko–narodowej na socjalistyczno–kosmopolityczną (analogia do UE). Prześladował i rozwiązywał organizacje narodowe, np. OWP, ale organizacje żydowskie – nawet te jawnie faszystowskie, jak np. Bejtar – mogły działać swobodnie, a nawet miały poparcie władz! Bejtarowcy byli fanami polityki Hitlera, pozdrawiali się tak jak hitlerowcy, liczyli na pomoc Hitlera w założeniu państwa żydowskiego w Palestynie, które wg ich planów miało być bazą niemiecką nad Morzem Śródziemnym.

Oto ocena jednego z polskich kapłanów spod Łańcuta wygłoszona na kazaniu w 1933 r.

„(…) On jest duchem ciemności, który z dnia zrobił noc. Z wolnej Polski czeluście piekielne. Rządzi on Polską, jako duch wschodu i barbarzyństwa. Zatruł ducha narodu, zdeptał jego honor. Zdemoralizował znaczną część społeczeństwa. Mimo tego spodlona część narodu buduje mu pomniki i cześć boską oddaje. Odebrano życie i zdrowie najlepszym ludziom. Panoszą się zdrajcy, złodzieje i judasze. (…)”.

Piłsudski był twórcą tzw. „Brygad Śmierci”, Czarne Szwadrony albo Huzarzy Śmierci. Z nich chyba SS przejęło wzór umundurowania. Zwróćcie uwagę na trupia czaszkę pod orłem na furażerce.

Dyktatura Piłsudskiego i piłsudczyków miała utajone nastawienie antychrześcijańskie. Wyraziło się to nawet w symbolach: de­kretem z 1927 roku dyktatura ta zmieniła herb Polski, usuwając krzyż z korony orła i umieszczając pięciopromienne gwiazdy na jego skrzydłach.

Wiele przeja­wów polityki antykatolickiej, niszczącej podstawy moralne życia polskiego pod dzisiejszymi rządami komunistycznymi, zostało zapoczątkowanych w istocie już pod władzą Piłsudskiego i piłsudczyków.

– R. Dmowski po odbytym z nim spotkaniu 21.05.1920 r., stwierdził: „To człowiek niepoczytalny, nie da się z nim sensownie rozmawiać!”. Otaczał się ludźmi małymi, służalczymi i bezkrytycznymi. Wybitny uczony prof. F. Koneczny rządy piłsudczyzny oceniał jako zapaść cywilizacyjną Polski, narzucenie narodowi mieszanki cywilizacyjnej bizantyńsko–turańsko–żydowskiej. Rydz Śmigły w prywatnych rozmowach z zaufanymi osobami uważał Piłsudskiego za człowieka nienormalnego.

 

Dmowski i Piłsudski
> https://wiernipolsce1.wordpress.com/2016/01/02/w-dniu-77-rocznicy-smierci-r-dmowskiego-tworcy-niepodleglej-polski/

Dmowski vs Piłsudski
> https://stopsyjonizmowi.wordpress.com/2011/11/06/roman-dmowski-tworca-polski-odrodzonej-henryk-pajak/

Ks. Natanek. Dmowski vs Piłsudski.

 

Nie jest prawdą, że Piłsudski chciał przyłączenia Ziem Wschodnich do Polski. Był on w istocie zwolennikiem linii Curzona. Chciał on przyłączenia Wilna do Litwy, a w pewnej chwili także i Lwowa do Ukrainy.

To on, bez żadnego powo­du zrzekł się w imieniu Polski w sposób formalny na rzecz Ukrainy Kamieńca Podolskiego i Płoskirowa, oddał Dyneburg i Iłłuksztę Łotwie i Spisz i Orawę Czechosłowacji.

Kliknij, aby powiększyć

Był on przeciwnikiem koncepcji „polskiego obszaru narodowe­go”, obejmującego także i Ziemie Wschodnie i w lecie dążył do oddania całości tych ziem Litwie, Ukrainie i być może Białorusi. Przeprowadzona przez niego, łączna operacja zawarcia w Suwałkach układu z Litwinami i „buntu” gen. Żeli­gowskiego nie miała za cel, jak to zdołała wmówić całemu światu propaganda, przyłączenia Wilna do Polski, ale wręcz przeciwnie, miała za cel przeszkodzenie temu przyłączeniu, utworzenie nowego państwa Litwy Środkowej i związanie go z czasem z Litwą Kowieńską (bez tej operacji losy Wilna byłyby te same, co Grodna, Lidy i Nowogródka, to znaczy, że nie stałoby się ono przedmiotem sporu międzynarodowego, lecz bez tarć zostało przyłączone do Polski).

To Piłsudski uniemożliwił urzeczywistnienie „linii Dmowskiego” na wschodzie, która byłaby oparła granicę Polski na Berezynie i dała Polsce Dyneburg i Kamieniec Podolski. Piłsudski troszczył się dużo więcej o Litwę i Ukrainę niż o Polskę, a jego plan po­słania pół miliona polskiego wojska do Moskwy za pieniądze angielskie był w isto­cie planem urządzania Rosji w interesie angielskim, a wbrew interesom Polski. Że nie dbał o Poznańskie, Pomorze i Śląsk, jest faktem ogólnie wiadomym.

> https://hubalblog.wordpress.com/2016/03/03/roman-dmowski/
> https://hubalblog.wordpress.com/2016/03/14/gdybym-byl-wrogiem-polski-roman-dmowski/

Uś… ile tu nasich…

– Kluczowe stanowiska w państwie powierzał tylko Żydom i masonom. Zakładał tajne szkoły Żydom z KPP (!).

– Wspierał sanacyjną dyktaturą żydowskich terrorystów!

> http://prawy.pl/7016-wsparcie-sanacyjnej-dyktatury-dla-zydowskich-terrorystow/

– Szeroko popierał sprawy żydowskie. W r. 1927 przyznał obywatelstwo polskie 600 tys. Żydów rosyjskich (tzw. Litwakom), którzy całkowicie opanowali handel, a „zapomniał” o 2 mln Polaków w ZSRR, których w latach 30. mordowano, a resztki wywieziono na Syberię i do Kazachstanu.

W późniejszym okresie przyjął 200 tys. Żydów niemieckich. Żadne państwo w Europie nie chciało ich przyjąć zdając sobie sprawę, jakie to przyniesie szkody tym narodom, a wyniszczony naród polski podstępnie opanowany przez Żydów na czele z Piłsudskim–Selmanem stał się cieplarnią dla żydostwa. Co ciekawe, dzisiaj potomkom Polaków w Kazachstanie odmawia się wizy jeśli nie znają języka, jednak kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców Izraela paszporty do Polski dostaje co rok bez problemu. „My polski? Niech się goje uczą jiidysz!”

– Rozbroił polską armię i był odpowiedzialny za klęskę kampanii wrześniowej. Po maju 1926 r. dezorganizuje naczelne władze wojskowe, likwiduje Ścisłą Radę Wojenną, a Sztab Generalny pozbawia zasadniczych kompetencji. W Wyższej Szkole Wojennej ograniczono zakres nauczania: już nie ma tworzyć doktryny wojennej i szkolić wyższych dowódców.

Stworzył w armii wielką biurokrację, niezdolną do planowania, dowodzenia, szkolenia i wychowania. Staje ona na przeszkodzie do modernizacji i rozwoju sił zbrojnych, a partyjna polityka personalna dokonuje reszty. Rydz–Śmigły po objęciu w 1935 r. Ministerstwa Spraw Wojskowych był załamany stanem wojska pozostawionego przez Piłsudskiego. Do 1939 r., mimo wielkich wysiłków, nie dało się tego naprawić.

> https://wiernipolsce1.wordpress.com/2015/05/16/jozef-pilsudski-likwidator-polskiej-armii/

– Megaloman. W testamencie przekazał swój mózg do badań Uniwersytetowi Wileńskiemu (ha, ha, ha!) – człowiek, którego życie prywatne było wysoce niemoralne, niewykształcony, wysławiający się wulgarnie i po chamsku, rewolucjonista, agent wywiadów austriackiego, niemieckiego i japońskiego, o rękach splamionych bratobójczą krwią, polityk na usługach niemieckich, polityk bez racjonalnego programu politycznego… miał o sobie tak wysokie mniemanie!

Celem jego polityki było powstanie antyrosyjskie i uzyskanie księstwa nadwiślańskiego zależnego od Niemiec… I co dalej?! Gdzie strategiczny program narodowy? Jak urządzić państwo? Jakie dalekosiężne cele polityki zagranicznej? Obóz piłsudczyków nie posiadał głębszego programu politycznego. To była grupa ludzi–marzycieli, przebiegła i bez-względna w walce o zdobycie i utrzymanie władzy za wszelką cenę – to był ich cały program polityczny! Po śmierci „wodza” rozpadli się, nie pozostawili po sobie żadnego programu ideowego, żadnych planów rozwoju narodu!

– W latach 1930. prowadził tajne konszachty z hitlerowcami, wg tych umów Polska miała z Niemcami uderzyć na ZSRR, oddać Niemcom Pomorze i Gdańsk w zamian za Litwę i Kłajpedę!

– Piłsudczycy do niebywałych rozmiarów rozkręcili propagandę ubóstwiającą Piłsudskiego, jako nadczłowieka i zbawcę Polski, wydali ustawę zabraniającą pisania czegokolwiek negatywnego o Piłsudskim! Propaguje ona naiwny, sentymentalny patriotyzm (patriota – jeździec bez głowy) i jest zawsze nieświadomym narzędziem politycznym naszych wrogów. To im „zawdzięczamy” trzy katastrofy narodowe: wyprawę kijowską, klęskę wrześniową i powstanie warszawskie.

Wprowadzona przez dyktaturę sanacyjną ustawa „o ochronie czci marszałka Piłsudskiego” była unikatem w ustawodawstwie świata. Można było w Polsce krytykować każdą postać historyczną i polityczną z przeszłości i teraźniejszości z wyjątkiem Piłsudskiego. Ustawa ta w istocie stanowiła także i ochronę nad­użyć przed możliwą krytyką.

 

– W Niemczech wiadomość o śmierci Marszałka Piłsudskiego, która dotarła do Berlina jeszcze przed północą 12 maja 1935, wywarła wielkie wrażenie. Do polskiej ambasady zaczęły napływać kondolencje od władz niemieckich. Informacje na pierwszych stronach podały gazety (m.in Völkischer Beobachter w którym napisano m.in: “Nowe Niemcy Pochylą swe flagi i sztandary przed trumną tego wielkiego męża stanu, który pierwszy miał odwagę otwartego i pełnego zaufania porozumienia z narodowo-socjalistyczną Rzeszą”).

Niemieckie Biuro informacyjne podało, iż wiadomość ta do głębi poruszyła niemieckie społeczeństwo które czuje się szczególnie bliskie polskiemu społeczeństwu zwłaszcza, że samo straciło w 1934 swojego przywódcę – marszałka Hindenburga, Prezydenta Rzeszy.

Po śmierci Marszałka Piłsudskiego Kanclerz Adolf Hitler ogłosił w Niemczech żałobę narodową i wysłał telegram z kondolencjami do prezydenta i rządu RP. Pisał w nim: „Głęboko poruszony wiadomością o zgonie Marszałka Piłsudskiego wyrażam Waszej Ekscelencji i rządowi polskiemu najszczersze wyrazy współczucia moje i rządu Rzeszy. Polska traci w powołanym do wieczności Marszałku twórcę swego nowego państwa i swego najwierniejszego Syna. Wraz z narodem polskim również naród niemiecki obchodzi żałobę z powodu śmierci tego wielkiego Patrioty, który przez swą pełną zrozumienia współpracę z Niemcami oddał nie tylko wielką usługę naszym krajom, ale przyczynił się ponadto w sposób jak najbardziej wartościowy do uspokojenia Europy.”

Do żony Piłsudskiego, Aleksandry Piłsudskiej, Hitler napisał: “Smutna wiadomość o zgonie Pani małżonka, jego ekscelencji Marszałka Piłsudskiego, dotknęła mnie bardzo boleśnie. Wielce szanowna, czcigodna Pani oraz Jej Rodzina zechce przyjąć wyrazy mojego głębokiego współczucia. Postać Zmarłego zachowam w swojej wdzięcznej pamięci.”

Hitler uczestniczył również we mszy świętej na cześć Marszałka, jaką odprawiono 18 maja 1935 r. w Katedrze św. Jadwigi w Berlinie przy symbolicznej trumnie Józefa Piłsudskiego. W uroczystości wzięli udział przedstawiciele III Rzeszy m.in. Joseph Goebbels, Konstantin von Neurath oraz wysocy przedstawiciele NSDAP i Wehrmachtu, a także nuncjusz apostolski w Niemczech Cesare Orsenigo. Po nabożeństwie dwie kompanie Wehrmachtu oddały honory wojskowe.

> http://www.sadistic.pl/hitler-i-smierc-pilsudskiego-vt131291.htm
> http://historia.org.pl/2011/05/16/hitler-na-pogrzebie-pilsudskiego-delegacje-zagraniczne-na-uroczystosciach-17-i-18-maja-1935-r/

Po zdobyciu przez wojska niemieckie Krakowa 6 września 1939 r., na rozkaz Hitlera niemiecki dowódca gen. Werner Kienitz udał się na Wawel i złożył wieniec u grobu marszałka Piłsudskiego w krypcie pod wieżą Srebrnych Dzwonów zaś przed kryptą została wystawiona niemiecka warta honorowa!

Żydzi przyznali mu honorowe obywatelstwo Izraela (!), obdarowali go działką ziemi, jeden z kibuców nazwali jego imieniem, utworzyli muzeum Piłsudskiego i zawsze okazują mu cześć, a znając ich wrodzoną pogardę do gojów, to już samo mówi za siebie.

Co łączy Kaczyńskiego i Piłsudskiego oraz PIS i sanację?
> http://czuwajacy.blogspot.com/2016/02/pisudski-czowiek-syjonistycznej.html
> http://czuwajacy.blogspot.com/2016/02/pisudski-czowiek-syjonistycznej.html

Pseudonarodowiec Marian Kowalski, radykalna fracja żydoPIS

Autor: Robert Grunholz (członek ZKwP i LW)
Źródło: http://rg.nowyekran.pl/

Całość opracowania Bolesława Czachora – Diaboliczny kult Piłsudskiego – pod linkami:

> http://wolna-polska.pl/wiadomosci/diaboliczny-kult-pilsudskiego-2013-11
> http://wolna-polska.pl/wp-content/uploads/2013/11/diaboliczny_kult_pilsudskiego.pdf
> http://gazetawarszawska.com/index.php/life/257-boleslaw-czachor-diaboliczny-kult-pilsudskiego?showall= http://gazetawarszawska.com/index.php/life/257-boleslaw-czachor-diaboliczny-kult-pilsudskiego?showall=&start=1
> http://gazetawarszawska.com/index.php/life/257-boleslaw-czachor-diaboliczny-kult-pilsudskiego?showall=&start=2
> http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2016/05/jozef-pilsudski-bohater-czy-zdrajca/

Choroby J .Piłsudskiego:

1. Antypolonizm polegający na kolaboracji z wrogami Polski, — głównie Niemcami, masonerią, komunistami i żydostwem — oraz odmowa pomocy zbrojnej POWSTAŃCOM LWOWSKIM i POWSTAŃCOM WIELKOPOLSKIM, a także pozostawienie Pomorza i Gdańska przy Niemcach.

2. Choroba na władzę i związane z tym aresztowania polskich patriotów, ciężkie pobicia oraz trucie i mordowanie niewygodnych osób – J. Piłsudski wydal rozkaz zamordowania wielu generałów i oficerów Wojska Polskiego — w tym płk W. Sikorskiego (również członek PPS, późniejszy generał, premier i naczelny dowódca polskich sil zbrojnych w czasie II wojny światowej), który przejrzał działania J. Piłsudskiego.

3. Tchórzostwo polegające na rezygnacji ze stanowiska wodza w czasie nawały bolszewickiej na Warszawę w 1920r (Bitwa Warszawska) i wyjazd do kochanki Szczerbińskiej w okolice Krakowa – Piłsudski był nieobecny i nie brał udziału w Bitwie Warszawskiej.

4. Amoralność czyli zepsucie moralne i łajdaczenie się z kochankami – J. Piłsudski nie przybył nawet na pogrzeb swojej żony Marii z domu Koplewskiej.

5. Marskość wątroby wywołana alkoholizmem J. Piłsudskiego, który chlał do upadłego, szczał w spodnie z nieprzytomności i trzeźwiał przez kilka dni.

Piłsudski nie zasługuje na miano polskiego bohatera i nigdy nim nie był — a Wawel — jako miejsce pochówku sławnych Polaków — stracił swoje znaczenie!

Wielkie rocznice związane z J. Piłsudskim — to zasługa kłamców historycznych i polskojęzycznej propagandy, która pierze mózgi Polakom.

Toronto, Kanada

Źródło: http://wolnemedia.net/prawda-o-pilsudskim/

Kolaboranci
> https://wirtualnapolonia.com/2015/05/26/kolaboranci/

Wątek o Piłsudskim
> https://prawda2.info/viewtopic.php?t=3357

Piłsudski zdrajcą
> https://wiernipolsce1.wordpress.com/2016/04/23/do-zydo-rzadu-b-szydlo-oraz-marszalkow-wojewodztw-iiizydo-rp/
> http://okres-prl.blog.onet.pl/2014/08/19/jozef-pilsudski-kult-marszalka-czas-pokazywac-prawde-bo-media-tego-nigdy-nie-ujawnia/
> https://wiernipolsce1.wordpress.com/2016/04/23/do-zydo-rzadu-b-szydlo-oraz-marszalkow-wojewodztw-iiizydo-rp/
> http://wspanialarzeczpospolita.pl/2014/09/08/jeszcze-polska-nie-zginela/
> https://forumemjot.wordpress.com/2014/05/14/12-maja-1935-zmarl-jozef-pilsudski-ponura-prawda-o-jozefie-pilsudskim/

https://hubalblog.wordpress.com

W stolicy rozpoczęły się obchody 72. rocznicy Powstania Warszawskiego z udziałem prezydenta Andrzeja Dudy.

Szef polskiego państwa w Parku Wolność Muzeum Powstania Warszawskiego wręczy odznaczenia państwowe i spotka się z uczestnikami powstania.

O godz. 18.00 – sprawowana będzie Msza św. z udziałem Powstańców, harcerzy i warszawiaków.

Lidia Wyleżyńska ps. “Zora” prezesa stowarzyszenia Żołnierzy AK Żoliborz, łączniczka, wczoraj podczas uroczystości na Żoliborzu wyraziła radość, że idee, które przyświecały powstańcom nadal są żywe.

– Nas uczestników konspiracji Powstania Warszawskiego na Żoliborzu do kolejnych rocznic staje coraz mniej. Dlatego, my z uwagą i satysfakcją,  odchodzący, widzimy, że sprawy, idee, którym poświęciliśmy najpiękniejszą młodość, a liczni koledzy życie, żyją dalej w kolejnych pokoleniach, stają się elementem tożsamości narodowej młodych Polaków i Polek – mówiła Lidia Wyleżyńska.

Następnego dnia o godz. 12.00 zaplanowano uroczystą sesję Rady Warszawy na Zamku Królewskim, podczas której tytuł honorowego obywatela miasta ma otrzymać prof. Adam Strzembosz. Od 15 do 18 najmłodsi będą mogli wziąć udział w spotkaniu edukacyjnym “Z chochlą za barykadą” w Parku Wolności przy Muzeum Powstania Warszawskiego. O 19.00 przy pomniku Powstania Warszawskiego na pl. Krasińskich rozpocznie się uroczysta Msza św. polowa. Później odbędzie się apel pamięci i koncert “Nowe Pokolenie 16/44”.

31 lipca w nocy na Maszcie Wolności na Rondzie Radosława zostanie zawieszona flaga narodowa ze znakiem Polski Walczącej, która będzie tam powiewała przez 63 dni. Od zmierzchu do świtu 31 lipca i 1 sierpnia na jednym z budynków Elektrociepłowni Żerań będzie zaś wyświetlany znak Polski Walczącej na tle powiewającej biało-czerwonej flagi.

Jak podaje prezydent Warszawy, w stolicy jest ponad 400 miejsc pamięci powstania w postaci pomników, tablic i upamiętnień w miejscach zagłady, ulicznych egzekucji i walk. W noc poprzedzającą rocznicę zrywu strażnicy miejscy z pomocą harcerzy złożą tam wieńce od władz miasta w żółto-czerwonych, stołecznych barwach.

1 sierpnia uroczystości rozpocznie o godz. 9.00 złożenie kwiatów przy znajdującej się przy ul. Filtrowej tablicy upamiętniającej podpisanie przez dowódcę okręgu warszawskiego AK płk. Antoniego Chruściela “Montera” rozkazu rozpoczęcia zrywu.

O godz. 10.00 odbędą się uroczystości przy pomniku “Mokotów Walczący – 1944” w Parku Dreszera, które zakończy przemarsz ul. Puławską do ul. Dworkowej, gdzie upamiętniono 119 pomordowanych powstańców z pułku “Baszta”.

Również o godz. 10.00 dzieci biorące udział w programie “Lato w mieście” złożą hołd najmłodszym uczestnikom powstania. Najpierw ustawią się na pl. Zamkowym w kształt znaku Polski Walczącej. Następnie przejdą przed pomnik Małego Powstańca, gdzie złożą kwiaty i zapalą znicze.

O godz. 11.00 w Pałacu Prezydenckim odbędzie się uroczystość przekazania nadanego pośmiertnie Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari rodzinie uczestniczącego w powstaniu Jana Soszyńskiego ps. Sos. Odznaczenie wręczy rodzinie szef BBN Paweł Soloch.

W południe zaplanowano zmianę posterunku honorowego i złożenie kwiatów przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Wiązanki o godz. 13.30 zostaną złożone także przed pomnikiem gen. Stefana Roweckiego “Grota” przy al. Ujazdowskich, a przedstawiciele władz państwowych i kombatantów o 14.00 wezmą udział w uroczystości przy pomniku Polskiego Państwa Podziemnego i Armii Krajowej przed Sejmem.

Popołudniową część obchodów zainauguruje o 15 wernisaż wystawy “Portrety Powstańców ’44” w Galerii Kordegarda. Godzinę później zaplanowano złożenie kwiatów przy grobie gen. Antoniego Chruściela “Montera” na Wojskowych Powązkach. Godzina 17 – godz. “W”, o której wybuchło powstanie – zostanie uczczona z udziałem przedstawicieli władz i kombatantów przy pomniku Gloria Victis.

Przedstawiciele Związku Powstańców Warszawskich, Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej i władze stolicy zaapelowali, aby jak co roku 1 sierpnia w godzinę “W” warszawiacy uczcili minutą ciszy pamięć o zrywie.

“1 sierpnia, o godz. 17.00, w stolicy rozlegną się syreny – zatrzymajmy się wtedy na chwilę i skierujmy myśli ku tym, którzy 72 lat temu, przez 63 dni, walczyli za nasze miasto, za wolność. Uczcijmy wspólnie pamięć o bohaterach w zgodzie i pojednaniu” – napisano w odezwie.

W godzinę “W” w stolicy przez minutę zabrzmią syreny alarmowe miejskiego i wojewódzkiego systemu alarmowania. Dodatkowo zaplanowano uruchomienie syren ręcznych na Mokotowie, Ursynowie, Pradze Północ i Południe, Powązkach, w Śródmieściu oraz w Wilanowie i we Włochach. Tradycyjnie o godz. 17.00 motorniczowie tramwajów i kierowcy autobusów zatrzymają swoje pojazdy na ok. minutę i uruchomią sygnały dźwiękowe. Po dojeździe do najbliższej stacji na ok. minutę zatrzymają się również pociągi metra.

O 19.30 zaplanowano złożenie wieńców, wspólną modlitwę i Mszę św. polową przed pomnikiem “Polegli-Niepokonani” na Cmentarzu Powstańców Warszawy. Wieczorem o 20.00 odbędzie się wspólne śpiewanie powstańczych piosenek na pl. Piłsudskiego, a o 21.00 rozpalenie Ogniska Pamięci na Kopcu Powstania Warszawskiego na Mokotowie. O północy w Muzeum Powstania Warszawskiego będzie miała miejsce premiera spektaklu “gdzie ty idziesz dziewczynko” w reż. Agnieszki Glińskiej.

1 sierpnia stołeczny ZTM uruchomi pięć specjalnych linii autobusowych (912, 922, 944, 970 i 980) i jedną tramwajową (W), które zapewnią dojazd do Muzeum Powstania Warszawskiego oraz stołecznych cmentarzy.

Powstanie warszawskie było największą akcją zbrojną podziemia w okupowanej przez Niemców Europie. 1 sierpnia 1944 r. do walki w stolicy przystąpiło ok. 40-50 tys. powstańców. Planowane na kilka dni trwało ponad dwa miesiące. W czasie walk w Warszawie zginęło ok. 18 tys. powstańców, a 25 tys. zostało rannych. Straty wśród ludności cywilnej były ogromne i wynosiły ok. 180 tys. zabitych. Pozostałych przy życiu mieszkańców Warszawy, ok. 500 tys., wypędzono z miasta, które po powstaniu zostało niemal całkowicie spalone i zburzone.

Nic tak nie pokazuje niewyobrażalnej podłości rządów „warszawskich” przez ostatnie 25 lat, ich świadomego antypolskiego charakteru, świadomej eksterminacji i zmuszania do emigracji naszego narodu jak sprawa zatajanych niezwykłych bogactw Polski.

 

Nic tak precyzyjnie nie pokazuje gorliwego służenia obcym interesom, a zarazem bezprzykładnej głupoty rządów warszawskich przez ostatnie 25 lat jak sprawa ukrywanych przed narodem bogactw naturalnych naszego kraju. Przez zaprzedanie i głupotę rządzących jest blokowany szybki rozwoju Polski i dobrobyt całego społeczeństwa w tym naszych „elit”.

Polska jest NAJBOGATSZYM krajem świata położonym w sercu Europy. Oczywiście na nasze bogactwa, które Pan Bóg dał Polakom jest wielu chętnych. Dla przykładu Niemcy w swojej konstytucji nadal uznają granice sprzed 1937 roku. Oszustwem rządów warszawskich jest wmawianie Polakom, że Niemcy uznały naszą granicę zachodnią.

 

Polskie złoża

Złoża metali w okolicach Suwałk (tytan, wanad, żelazo i metale ziem rzadkich)

Zasobność – 1 500 000 000 ton rudy (1,5 mld ton);

Wartość samego tytanu to 355 000 000 000 $ (355 mld $). Całkowita wartość złoża przekracza 1 000 000 000 000 $ (bilion $).
W USA Mówimy trylion dolarów, bowiem Anglosasi na miliard mówią bilion.

Rzecz w tym, że prócz 50 milionów ton tytanu złoże to zawiera najwyższej jakości rudy żelaza (w całej Europie, włącznie ze Szwecją i Uralem złoża rud żelaza akurat pokończyły się) oraz ogromne ilości bezcennych dla techniki tzw. metali ziem rzadkich. Bez tych metali nie jest możliwa żadna nowoczesna produkcja elektroniczna czy militarna.

Złoża molibdenu, wolframu, miedzi pod Myszkowem (Jura Krakowsko-Częstochowska). Obok tych metali zawsze występuje złoto, srebro i selen

Zasobność – 726 000 000 ton rudy (726 milionów ton);

Wartość samego tylko molibdenu – 14 520 000 000 $ (14,52 mld $).

Złoża niklu pod Ząbkowicami Śląski. Obok niklu w złożach występuje złoto i platynowce

Zasobność – 14 000 000 ton rudy (14 mln ton);

Wartość tylko niklu około 4 000 000 000 $ (4,00 mld $).

Złoża wysokiej jakości węgla kamiennego na Lubelszczyźnie. Węgiel „zanieczyszczony” jest złotem

Zasobność – 40 000 000 000 ton (40 mld ton);

Wartość – 4 800 000 000 000 $ (4 800 mld $ = 4,8 biliona $).

Złoża węgla brunatnego pod Legnicą

Zasobność – 15 000 000 000 ton (15 mld ton);

Wartość – 87 000 000 000 $ (87,00 mld $).

Złoża złota w różnych lokalizacjach głównie na terenie Dolnego Śląska

Zasobność – 350 ton kruszcu;

Wartość – 14 000 000 000 (14,00 mld $).

Złoża miedzi i złota w rejonie Bytomia Odrzańskiego

Zasobność:

Miedź – 8 000 000 ton metalu (8 mln ton)

Złoto – 100 ton kruszcu

Wartość razem około 62 500 000 000 $ (62,50 mld $).

Konwencjonalne (nie łupkowe) złoża gazu ziemnego, lokalizacja Ziemia Lubuska, Wielkopolska i Podkarpacie

Zasobność – 1,7 bln m3

Wartość – 510 000 000 000 $ (510 mld $)

 

RAZEM (podsumowując tylko wartość tytanu ze złoża pod Suwałkami) 5 847 020 000 000 $ (5 847,02 mld $ = 5,847 biliona / w USA 5,847 tryliona $)

 

Jednak to wcale nie wszystko!!!

Ropa, która płynie do Polski rurociągiem „Przyjaźń” jest wydobywana z głębokości około 7km w Tatarstanie, około 1000 km na wschód od Moskwy. Surowiec ten nie jest najwyższej jakości ponieważ jest silnie zasiarczony. Przedstawione powyżej dane pochodzą głównie z raportu z 15 letniego programu poszukiwań geologicznych, jaki zainicjował Edward Gierek w 1971 roku. Prace nad raportem ukończono w 1985 roku. Jednak w raporcie wykazano tylko złoża do głębokości 4km. Sowieci zakazali władzom PRL wiercić głębiej niż 4km! Dlaczego? Czyżby pod naszymi stopami znajdowały się szczególnie ważne złoża?

Polska w całości leży na ogromnym złożu ropy i gazu (w dodatku daleko wychodzącym w polski szelf bałtycki), bowiem twór geologiczny skał porowatych, który jest jak gąbka nasączony gazem i ropą, zaczynający się w Zatoce Perskiej, a kończący w Morzu Północnym pomiędzy Szkocją i Norwegią osiąga swoją kumulację właśnie w Polsce! Tylko, że to ogromne złoże znajduje się na głębokości 5 km – Polska zachodnia i północna i 7 km – Polska południowo-wschodnia. Te głęboko położone złoża szacowane są na 650 mld ton, co daje 4764,50 mld baryłek. Złoża Arabii Saudyjskiej oszacowane są na 265 mld baryłek!!! Eksploatacja głębokich złóż jest dzisiaj z punktu widzenia technicznego możliwa. Wartość tej ropy, biorąc pod uwagę obecne ceny wynosi – 300 163,5 mld $, czyli 300,1635 biliona $ (w USA 300,1635 trylionów $).

Panońska prowincja

W powyższym wyliczeniu nie uwzględniono złóż uranu, srebra, cynku, ołowiu, bursztynu, siarki i soli oraz innych.

Jedno musimy wszak dopowiedzieć!

Polska leży wskutek unikalnego zbiegu czterech płyt tektonicznych na terenach idealnych do produkcji najtańszej i najczystszej energii elektrycznej, jaka powstaje z wyprowadzenia na powierzchnię gorących wód termalnych, albo rozgrzania wody o gorące skały do pary wodnej (geotermia) wystarczającej do napędu turbin elektrycznych.

Ten fenomen geotermalny jest w Polsce tak unikalny, że jego szacunkowa wartość w możliwości produkcji taniej energii elektrycznej i praktycznie darmowej energii cieplnej – w przeliczeniu na tony paliwa umownego – daje wartość co najmniej 70 razy większą niż wartość zasobów ropy i gazu pod dnem Morza Północnego!

Fenomen geotermalny w Polsce odkryto w ramach wspomnianego 15 letniego programu badań geologicznych. Sowieci tak się przestraszyli tych informacji, że polski geniusz geologiczny, prof. Feliks Sokołowski (znany i ceniony i w USA), miał zakaz jakichkolwiek publikacji na ten temat!

Ogólnie uważa się, że Polska wykorzystując geotermię może szybko zwiększyć produkcję energii elektrycznej 15 razy, natomiast pełne możliwości energetyczne naszego kraju to zwiększenie produkcji energii – 150 razy! Dzięki temu możemy być naturalną potęgą energetyczną formatu światowego fundując niezależność energetyczną wszystkim ościennym krajom!

Tymczasem polityka zdrajców stanu to zamykanie kopalń (gdzie jest udokumentowanych 16 miliardów ton wysokiej jakości węgla) by zrobić miejsce dla dotowanego węgla z Rosji oraz wyprzedaż polskich zakładów energetycznych państwowym firmom francuskim, które natychmiast podnoszą dla odbiorców ceny, jak również zachwycanie się drogą i nisko efektywną energetyka wiatrową, którą wciskają nam Niemcy.  Niemcy sprzedają nam stare wiatraki jednocześnie u siebie forsownie rozwijają energetykę opartą o spalanie węgla brunatnego i geotermię. W Polsce wiele mówiło się o łupkach (ang. Shale Gas)  zatajając przy okazji informacje o ogromnych pokładach gazu naturalnego w podziemnych zbiornikach (ang. Tighten Gas). Na takich zbiornikach stoją np. dwa miasta polskie: Poznań i Rzeszów. Ukrywając wiedzę o naszych bogactwach władza warszawska podpisała z Rosją maksymalnie niekorzystne umowy na dostawy gazu i ropy. Obecnie płacimy Rosji najwyższe na świcie ceny za ropę i gaz (zdrajca Cimoszewicz, zdrajca Pawlak).

Przyczyny szczegółowe polityczne zatajania przed Polakami bogactw Polski

Zatajanie przed Polakami bogactw naturalnych Polski miało prócz przyczyn ogólnych (wygnanie polskiej młodzieży z kraju i eksterminacji Polaków wskutek głodowych rent i emerytur oraz żałośnie niskich zarobków; w historii politycznej świata jest to znana praktyka eksterminacji ekonomicznej, która umożliwia skuteczne zlikwidowanie całych narodów; ogólnie cała polityka tzw. III RP to eksterminacja ekonomiczna plus drastyczny atak na dobre imię Polski i Polaków, czyli eksterminacja prawdy historycznej i godności osobistej/narodowej) również i równoległe bardzo konkretne przyczyny polityczne:

  1. Antracyty na Lubelszczyźnie odkryto już przed II wojna światową. Po roku 1946 podjęto kontynuację badań geologicznych. Sowieci zakazali kontynuować badania nad antracytami na Lubelszczyźnie pod koniec lata 40-tych, gdy z kolejnych odwiertów potwierdzało się zanieczyszczenie antracytów złotem (dane z dwóch odwiertów potwierdzały też bardzo silną radioaktywność, co wskazywało na dodatkowe bardzo bogate złoże Uranu /lub Plutonu?/). Zanieczyszczenie złotem węgla była tak wysokie, że Stalin przestraszył się, że gdy Amerykanie się o tym dowiedzą – zrewidują Jałtę i Poczdam i zabiorą Sowietom Polskę. Sowieci nakazali zniszczyć dokumentację wykonanych odwiertów! Polscy technicy i inżynierowie zdołali jednak część najważniejszej dokumentacji zachować. Dokumentacja ta jest przechowywana do dziś.
  2. Złoża polimetaliczne na Suwalszczyźnie, zwłaszcza ogromne zasoby metali ziem rzadkich wymusiłyby „Alliance cordiale” Polska – Chiny. Po prostu dwa jedyne kraje na świecie, które mają takie zasoby – Chiny i Polska – musiałyby koordynować swoje ruchy, a Chiny zrobiłyby co w ich mocy by te zasoby nie wpadły pod kontrolę ich konkurentów (Rosja, USA, Niemcy).
  3. Ruszenie polimetali na Suwalszczyźnie (podobnie jak i innych bogactw) spowoduje też „zalanie” budżetu szybkimi dochodami. Dzięki temu, że skała, w której znajdują się złoża polimetaliczne jest wolna od niebezpiecznych gazów, a złoża są płytko pod powierzchnią eksploatacja byłaby tania i bezpieczna. W ogóle te bogactwa wiążą się z ogromnym przyrostem dochodów budżetu, co bezpośrednio przekłada się na szybkie wzmocnienie państwa polskiego, w tym Wojska Polskiego. Spodziewane dochody będą tak duże, że Polska po prostu nie będzie miała na co wydawać pieniędzy. Niemcom i Rosji nie w smak taka opcja!
  4. Bogata dzięki swoim złożom Polska jako potęga umożliwiłaby szybki postęp gospodarczy całego regionu Europy Środkowej i Wschodniej oraz wykreowanie silnego bloku politycznego skupionego wokół Polski. To na dobre przekreśliłoby i plany ekspansji Rosji na Europę, a Niemiec na wschód jednocześnie stabilizując pokój na kontynencie.
  5. Jakiekolwiek „ruszenie” przez Polskę swoich złóż ropy i gazu oznaczałoby konieczność podzielenia się przez Rosję paliwowym tortem w Europie z Polakami. W dalszej kolejności do podziału zysków musieliby dopuścić nas inni eksporterzy, zwłaszcza z nad Zatoki Perskiej.

 

Oczywiście – nic nigdy nie będzie, dopóki w Polsce będzie „rząd warszawski”, a nie suwerenny rząd polski!

Bez mówienia o tych tematach kampanii wyborczej się nie wygra! Wiedza o bogactwach Polski ruszy do urn nawet najbardziej zaciekłą absencję wyborczą! I nawet pijacy na moment wytrzeźwieją! Niech tylko zjawi się jeden kandydat, który powie prawdę. Niech do Polaków dotrze jak od ponad 25 lat są oszukiwani i eksterminowani!  Powodem są nasze bogactwa, na które jest wielu chętnych.

Mimo wielu starań nie udało się na przekonać ludzi rządzących w Polsce, że zadłużanie kraju jest niebezpieczne i zakończy się przejęciem rządów przez wierzycieli.

 

Prof. dr hab. Artur Śliwiński, ekonomista. Fot. EEM

Prof. dr hab. Artur Śliwiński, ekonomista. Fot. EEM

Z oficjalnych wypowiedzi (minister Mateusz Morawiecki) i ekonomicznych mentorów Prawa i Sprawiedliwości (prof. Jerzy Żyżyński) jasno wynika, że lansują dalsze zadłużanie Polski. Stopniowo przeobraża się to w oficjalnie deklarowaną politykę rządu. Czeka nas „wariant grecki”, czyli dostania się pod zarząd komisaryczny globalnej władzy finansowej.

Nasze wcześniejsze zastrzeżenia zostały zignorowane. Ponieważ obydwaj wymienieni reprezentanci obecnej władzy są specjalistami od zarządzania, warto wiedzieć: dobrzy specjaliści od zarządzania mogą być złymi ekonomistami (i odwrotnie). Deficyt myśli ekonomicznej w Prawie i Sprawiedliwości występuje od zarania istnienia tej partii. Zważywszy na pojawiające się wokół rządu i Prezydenta RP osoby uznawane za prominentnych ekonomistów (takie jak prof. Zyta Gilowska – poglądy skrajnie liberalne lub prof. Ryszard Bugaj – poglądy skrajnie lewicowe), obecna władza de facto wykorzystuje tak rozstrzelone spektrum zapatrywań ekonomicznych, że nic z tego dobrego nie może wyniknąć. Prawda jest brutalna: Prawo i Sprawiedliwość nie ma żadnej gruntownie przemyślanej polityki ekonomicznej. Jest natomiast podatne na naciski i sugestie w sprawach, o których przywódcy partyjni mają znikome pojęcie. Forsowanie dalszego zadłużenia trafia więc na podatny grunt.

Wielu politykom może się wydawać, że chodzi wyłącznie o spory teoretyczne, a nie o poważne błędy, które prowadzą do zamknięcia Polski w pułapce zadłużeniowej. Za poglądami teoretycznymi, które rzekomo uzasadniają zadłużanie Polski z pewnością kryją się globalne interesy finansowe i polityczne. Rządzący udają, że tego nie widzą. Jakby trudno było dostrzec, że zadłużenie jest podstawowym elementem neoliberalnego mechanizmu gospodarczego, którego głównym sponsorem i beneficjentem jest globalna władza finansowa. Współczesne zadłużenie jest wytworem najbardziej pasożytniczej formy kapitału, który wcielając się w rolę globalnego wierzyciela ludzi i krajów, prowadzi do ich degradacji i zniewolenia.

Może jeszcze kilka lat wcześniej takie spostrzeżenia byłyby „nie na miejscu”. Świat się jednak gruntownie zmienił. Sielankę nadchodzącego dobrobytu zastąpił ponury obraz globalnego kryzysu ekonomicznego. Wspomniany neoliberalny mechanizm gospodarczy jest lokomotywą tego kryzysu.

Zadłużenie, czyli nic nowego

Stawka na wzrost zadłużenia publicznego jest kontynuacją „tradycji” wszystkich rządów po 1989 roku w Polsce. Oznacza to, że na przełom gospodarczy liczyć nie można. Optymistyczne plany gospodarcze są nadal opowiadaniem bajeczek, a nie fundamentem systemu rządzenia.

Przypomnijmy kilka naszych wcześniejszych stwierdzeń. Już w listopadzie 2012 roku informowaliśmy: „Długi – publiczny i prywatny – w Polsce osiągnęły skrajnie niebezpieczne poziomy. Jednak wygląda na to, że wielu polityków i ekonomistów nie widzi niebezpieczeństwa albo udaje, że nie wie, o co chodzi”. Stwierdziliśmy wówczas, że oznacza to faktycznie bankructwo finansowe Polski. Czyli nie twierdziliśmy, że Polsce grozi bankructwo finansowe, lecz że jest ono stanem faktycznym. Różnica między zagrożeniem i jego spełnieniem jest wielka. Zagrożenia łatwo bagatelizować, zwłaszcza gdy rządy i opinię publiczną cechuje krótkowzroczność lub brak odpowiedzialności. Podważanie stanu faktycznego jest zgoła czymś innym; jest topieniem się w kłamstwie.

W sytuacji bankructwa finansowego gospodarka ulega likwidacji, a kłamstwo rozkwita (najpierw zauważyliśmy to w Grecji). Nie jest to jedyne kłamstwo, lecz raczej fragment większego: podważania faktu, że w Polsce nie występuje głęboki kryzys ekonomiczny. To kłamstwo także rozkwita, chociaż ciężar kryzysu przytłacza wszystkich.

 

 

Prof. dr hab. Artur Śliwiński

W 1939 r. majątek Banku Polskiego został wywieziony z okupowanego kraju. Na zawsze.

Do dziś nie wiadomo, w czyje ręce trafiło 1208 drewnianych skrzynek wypełnionych po brzegi sztabkami i workami monet ze złota.

Mały tankowiec „Eocene”, należący do amerykańskiej kompanii naftowej Socony Vacuum, zawinął do portu w Konstancy 14 września 1939 roku. Kapitan statku, 33-letni Brytyjczyk Robert Brett, został wciągnięty w wir dziwnych wydarzeń, które niespełna rok później opisał w londyńskim „Sunday Dispatch”. Niezwykłą przygodę kapitana gazeta opatrzyła sensacyjnym tytułem: „Porwałem Hitlerowi 21 mln funtów szterlingów”.

Oto jak swoje przeżycia opisywał młody kapitan:

Nigdy nie mogłoby mi nawet przyjść na myśl, że pewnego dnia będę miał w lukach mego statku »Eocene«, tankowca o 4216 tonach wyporności, więcej złota niż jakikolwiek inny statek przedtem i prawdopodobnie – potem.

Na tankowiec załadowano dorobek II Rzeczypospolitej: 1208 niedużych drewnianych skrzynek. Opasywały je żelazne taśmy. Nie wszystkie miały uchwyty, co utrudniało noszenie. Każda ważyła 60 kilogramów. W środku znajdowały się albo sztaby złota wielkości wydłużonej cegły, albo worki ze złotymi monetami.

– W Banku Polskim były sztaby rozmaitego pochodzenia i rozmaitych prób. Wśród nich także sztaby ze skarbca dawnych Austro-Węgier. Posiadały próbę 1000, a więc złoto zupełnie czyste, bez domieszki – relacjonował w 1966 r. na antenie Radia Wolna Europa (RWE) Władysław Bojarski z eskorty złotego transportu.

Zygmunt Karpiński, który zakładał w 1924 r. Bank Polski, a potem zasiadał w jego zarządzie aż do jego likwidacji, w książce „Losy złota polskiego podczas II wojny światowej” bardzo szczegółowo opisał bankowe zasoby w dniu wybuchu wojny. Polskie złoto było wtedy ogółem warte 463,6 mln zł (ok. 95 ton), czyli około 87 mln ówczesnych dolarów amerykańskich. Złoto wartości nieco ponad 100 mln zł (ok. 20 ton) było zdeponowane za granicą, głównie we Francji, Anglii, Szwajcarii i USA. Większość znajdowała się jednak w Polsce. Złoto wartości 193 mln zł (ok. 38 ton) przechowywano w skarbcu w Warszawie, zaś sztaby warte 170 mln złotych (37 ton) spoczywały w oddziałach w Brześciu, Lublinie, Siedlcach i Zamościu.

◄ Ignacy Matuszewski
Pierwszy transport złota z Warszawy wysłano do Brześcia 4 września 1939 r. autobusami Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych. Z publikacji „Wojenne losy polskiego złota” dr. hab. Janusza Wróbla z łódzkiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej wynika, że tego dnia u premiera Felicjana Sławoja-Składkowskiego zjawiło się trzech pułkowników: Ignacy Matuszewski i Adam Koc oraz były minister handlu Henryk Floyar-Rajchman. Oficerowie odpowiedzialni za nadzór i koordynowanie akcji otrzymali zgodę na wywiezienie z Polski całego bankowego złota.

13 września w Śniatyniu przy granicy z Rumunią zebrano całość złota „w sumie ok. 75 ton kruszcu” – pisze dr Janusz Wróbel. „Z wyjątkiem 3,8 ton złota wartości ponad 22 milionów złotych, które pozostawiono w Dubnie do dyspozycji rządu polskiego” – wylicza historyk IPN.

W nocy z 13 na 14 września złoto załadowano do 9 wagonów towarowych, pociąg przekroczył granicę i ruszył w kierunku Konstancy. Wtedy doszło do pierwszej sytuacji kryzysowej. Na miejscu okazało się, że Niemcy wpadli na trop polskiego złota i chcą je natychmiast przejąć.

Niemiecki ambasador w Bukareszcie Wilhelm Fabricius na spotkaniu z Grigore’em Gafencu, ministrem spraw zagranicznych Rumunii, złożył protest przeciwko łamaniu przez ten kraj neutralności. Niemiec zażądał, by Rumuni potraktowali polskie złoto jak materiał wojenny. Rumuński minister uratował skarb Rzeczypospolitej, udając, że nie ma pojęcia o transporcie, ale obiecał przeprowadzić śledztwo w tej sprawie. W ten sposób dał Polakom czas na zorganizowanie transportu z Konstancy.

Wtedy na horyzoncie pojawił się właśnie kpt. Robert Brett. Był przekonany, że czeka go rutynowy załadunek paliwa, tymczasem odwiedził go konsul brytyjski, który poprosił o zabranie kilkudziesięciu ton polskiego złota.

Płynąc do Stambułu i dalej koleją przez Bejrut, a potem znowu drogą morską, złoto dotarło do Tulonu, tym razem na pokładach dwóch szybkich niszczycieli.

Na początku października 1939 r. skarb Rzeczypospolitej znalazł się pod kontrolą rządu polskiego. Złoto przewieziono do Nevers nad Loarą w środkowej Francji. Spoczęło w podziemnym skarbcu tamtejszego oddziału Banku Francji.

Sytuacja zaczęła się wymykać spod kontroli, gdy okazało się, że Francuzi przegrywają wojnę. 22 maja 1940 roku polski rząd poprosił Anglików o wyznaczenie statków polskich, które podejmą się misji przewiezienia skarbu banku do Ameryki. Skrzynie wydobyto ze skarbca w Nevers i znowu załadowano do wagonów towarowych.

◄ Władysław Sikorski

Złoto dotarło do portu Lorient na krążownik „Victor Schölcher” 16 czerwca 1940 roku. Tego dnia rząd francuski zdecydował się na kapitulację. Polskie złoto konwojował już wtedy tylko jeden Polak, dyrektor warszawskiego oddziału Banku Polskiego Stefan Michalski. Był święcie przekonany, że statek płynie do Stanów Zjednoczonych.
Szybko okazało się jednak, że okręt przybił do portu w Casablance, a po kilku dniach złoto wyruszyło w dalszą podróż – do Dakaru.

W tym czasie władze polskie przeniosły się do Londynu. W sprawie złota generał Władysław Sikorski interweniował u premiera Winstona Churchilla, który obiecał, że brytyjska marynarka wojenna zatrzyma francuski transport z polskim skarbem. Problem polegał na tym, że nikt nie wiedział, gdzie złoto zaginęło. Dopiero 30 czerwca dotarła do Londynu depesza dyrektora Michalskiego nadana w konsulacie angielskim w Dakarze z informacją, że w porcie tym rozładowano skarb Banku Polskiego. Francuzi, obawiając się ewentualnej próby odzyskania złota przez marynarkę brytyjską, wysłali je w głąb kraju. Skrzynie wywieziono 800 km w głąb afrykańskiego lądu i złożono w budynku administracyjnym przy dworcu kolejowym miasteczka Kayes (obecnie Republika Mali).

Złota nie przejęli Niemcy, znalazło się jednak w rękach rządu Vichy, który współpracował z III Rzeszą i nie chciał się narażać. Polskie państwo de facto straciło skarb.

◄ Hilary Minc
– Nie widzę możliwości odzyskania złota – irytował się gen. Sikorski podczas rozmowy z płk. Adamem Kocem, odpowiedzialnym za los polskiego skarbu, który osobiście relacjonował to spotkanie we wspomnianej audycji RWE.

Wtedy oficer wpadł na pomysł, żeby w Stanach Zjednoczonych złożyć pozew przeciwko rządowi francuskiemu i doprowadzić do zatrzymania francuskiego złota zdeponowanego w amerykańskich bankach w ramach zabezpieczenia polskich interesów.

Stronę polską reprezentowała kancelaria Sullivan & Cromwell. Doprowadziła do tego, że Amerykanie zgodzili się, by dostęp do francuskiego złota został zablokowany w banku federalnym w Nowym Jorku.

Rząd marszałka Pétaina na pozór nie ulegał sądowej presji, ale nie wydał Niemcom polskiego skarbu. Dopiero Francuski Komitet Narodowy gen. Charles’a de Gaulle’a w październiku 1941 roku zawarł z rządem gen. Sikorskiego układ, w którym Francuzi zobowiązywali się do zwrotu kruszcu.

W styczniu 1944 r. polscy urzędnicy bankowi dotarli do Dakaru, a wkrótce do położonej w głębi kraju miejscowości Kayes, gdzie w pilnie strzeżonym budynku administracji kolei przechowywano skarb Banku Polskiego. Wkrótce skrzynie złota przewieziono do fortu w Dakarze, komisyjnie przejęli je Polacy. Po czterech latach złoto wróciło do prawowitych właścicieli. Rząd na uchodźstwie zdecydował, żeby skarb Banku Polskiego podzielić na trzy części i rozlokować w Nowym Jorku, Ottawie i Londynie.

Wydawać by się mogło, że w tym miejscu burzliwe losy złota II RP się kończą, ale tak nie jest. Nie wiadomo bowiem, jak skarb Banku Polskiego został podzielony i co się z nim tak naprawdę stało. Lektor Radia Wolna Europa, które w 1966 roku nadało trzyczęściowe słuchowisko dokumentalne o losach polskiego złota w czasie II wojny światowej „Epopea polskich argonautów”, lakonicznie stwierdził, że ok. 80 ton w sztabach i monetach nie powróciło nigdy do Polski. Według RWE pozostało ono w bankach zachodnich, aby jego równowartość w różnych formach służyła odbudowie zrujnowanego wojną kraju. Natomiast 11 ton złota zatrzymała Wielka Brytania jako pokrycie wydatków łożonych przez nią podczas wojny na cywilne potrzeby polskie.

◄ Janusz Wróbel, IPN
Według dr. Janusza Wróbla z IPN złotem Banku Polskiego „zaopiekowali się” polscy komuniści. Za pomocą różnych operacji przejęli majątek II RP na rzecz Skarbu Państwa, co w końcu doprowadziło do całkowitej likwidacji w 1952 r. Banku Polskiego. Jego funkcję przejął utworzony przez komunistów Narodowy Bank Polski. Rolę głównego dysponenta złotego skarbu odgrywał Hilary Minc, jeden z najbliższych współpracowników Bolesława Bieruta i główny spec od gospodarki. Ale ile wydał i na co dokładnie? Nie wiadomo.

Część dokumentacji przekazania tego skarbu do komunistycznej Polski znajduje się w Archiwum Akt Nowych w Warszawie. Ale jak twierdzi Krzysztof Kopeć, prowadzący portal poświęcony gospodarczej historii Polski, nie jest to „inwentarz kartkowy bez ewidencji’’. Jego zdaniem z tej dokumentacji wynika, że przywłaszczone przez komunistów złoto stanowiło zaledwie ułamek skarbu (ok. 10 proc.) zdeponowanego w Dakarze. Co z resztą? Nie wiadomo.

Nie wiadomo też, co się stało z 20 tonami złota Banku Polskiego, które znajdowało się w depozytach zagranicznych przed wybuchem II wojny światowej. Na co zostały wydane 3,8 ton złota, które pozostawiono w 1939 roku w Dubnie do dyspozycji rządu polskiego? Historia złota Banku Polskiego wciąż pozostaje niedokończona i czeka na gruntowne badania naukowe, oparte na pracach archiwalnych. Nie tylko w Polsce.

Wojciech Surmacz, tekst ukazał się w miesięczniku „Forbes”
niezlomni.com

Za: wzzw.wordpress.com , 25 lipca 2016