Monthly Archives: Styczeń 2017

Nikolaus Wachsmann, autor pierwszej całościowej historii niemieckich obozów koncentracyjnych, uważa, że nie można utożsamiać Auschwitz tylko z Holokaustem, gdyż jego pierwotnym celem była walka z polskim podziemiem, a potem zagłada jeńców radzieckich.



 

Auschwitz stał się w ostatnim czasie synonimem Holokaustu —powiedział niemiecki historyk, prezentując w muzeum Topografia terroru w Berlinie swoją książkę „KL. Historia narodowosocjalistycznych obozów koncentracyjnych”, która od maja jest dostępna w języku niemieckim.

 

Wachsmann zastrzegł, że Holokaustu nie można zawężać do Auschwitz, gdyż większość Żydów zamordowano poza systemem obozów koncentracyjnych w rowach i lasach, w gettach na terenie okupowanej Europy Wschodniej i w specjalnych obozach śmierci takich jak Treblinka, które miały jeden cel – zamordować jak najwięcej Żydów.

 

Auschwitz był równocześnie czymś więcej niż tylko Holokaustem. Obóz powstał w 1940 roku w celu unicestwienia polskiego podziemia, a nie europejskich Żydów. Następnie od 1941 roku wykorzystywany był do eksploatacji i mordowania jeńców radzieckich. Dla nich właśnie przeznaczone było rozszerzenie obozu na Birkenau, gdzie SS zbuduje potem komory gazowe do zabijania Żydów —wyjaśnił Wachsmann.

 

Jak dodał, nawet gdy Auschwitz stał się przede wszystkim obozem zagłady Żydów, pełnił także inne funkcje – był miejscem okrutnych eksperymentów medycznych oraz ośrodkiem produkcji zbrojeniowej.

 

Na niemal tysiącu stron Wachsmann przedstawia dzieje powstania i zasady funkcjonowania systemu składającego się w fazie szczytowej z 27 obozów koncentracyjnych i ponad 1100 związanych z nimi podobozów. Opisuje poszczególne etapy rozwoju tego systemu zaznaczając, że kierunek zmian nie był przesądzony i był wypadkową walki między nazistowskimi grupami wpływów.

 

Pierwsze obozy powstały natychmiast po przejęciu władzy przez Adolfa Hitlera 30 stycznia 1933 roku. Przeznaczone były dla niemieckich opozycjonistów, głównie komunistów i związkowców. Więźniów umieszczano w budynkach na terenie opuszczonych fabryk, w hotelach, na statkach i w zamkach, a nawet piwnicach domów mieszkalnych.

 

Te prowizoryczne miejsca odosobnienia zostały wkrótce zlikwidowane, a większość przetrzymywanych wyszła po kilku miesiącach na wolność.

 

Na przełomie lat 1934/1935 w aparacie władzy doszło do dyskusji, czy obozy są potrzebne. Spór przesądził zdaniem Wachsmanna Hitler, który uznał bezprawny terror za „pożyteczny instrument władzy”. Z jego inicjatywy rozpoczęto budowę oficjalnego, zorganizowanego systemu, którego pierwszym wzorowym elementem był obóz w Dachau.

 

Jak zaznacza Wachsmann, przed wybuchem II wojny światowej w obozach koncentracyjnych przebywało niewiele ponad 20 tys. osób, głównie osoby uznane za element aspołeczny – bezdomni, żebracy, prostytutki i drobni przestępcy.

 

Cezurą w historii systemu obozów koncentracyjnych stała się II wojna światowa. Wybuch wojny oznaczał „dramatyczną zmianę” – podkreśla niemiecki historyk.
Jego zdaniem przed 1939 rokiem stalinowskie gułagi można uznać za dużo brutalniejsze od niemieckich. Po wybuchu wojny sytuacja diametralnie się zmieniła – obozy przestają być miejscem izolacji niemieckich przeciwników III Rzeszy, a stają się instrumentem terroru wobec okupowanych narodów, a potem miejscem Holokaustu. Do końca wojny Niemcy deportowali do obozów około 2,3 mln osób, z których większość zginęła.

 

Sporo miejsca poświęca historyk ekonomicznym aspektom działalności obozów. SS uprawiała „nowoczesne pośrednictwo niewolników” – cytuje jednego z więźniów Wachsmann. SS czerpała korzyści z „wynajmowania” więźniów przedsiębiorcom zbrojeniowym.

 

Za jeden z centralnych tematów historyk uważa stosunek niemieckiego społeczeństwa do obozów.

 

Po zakończeniu wojny Niemcy utrzymywali, że nic nie wiedzieli o obozach. To jeden z mitów założycielskich RFN —przypomina Wachsmann.

 

Jego zdaniem mit ten jest całkowicie nieprawdziwy, a wiedza o istnieniu obozów była od początku elementem społecznej świadomości.

 

Od początku Niemcy są świadkami powstawania obozów; widzą, słyszą, znają deportowanych ludzi. Propaganda SS nie ukrywa istnienia obozów, wręcz przeciwnie, wykorzystuje informacje o nich do zastraszania społeczeństwa. Od połowy lat 30. nie trzeba było mówić o „kacetach” – wszyscy o nich wiedzieli i bali się ich —tłumaczy.

 

Mieszkający w Wielkiej Brytanii niemiecki historyk pracował nad książką 10 lat. Znany brytyjski badacz historii III Rzeszy Ian Kershaw powiedział po ukazaniu się w zeszłym roku angielskiej wersji książki, że praca Wachsmanna jest dziełem, które „nie sposób prześcignąć”.

 

Na spotkaniu w Berlinie Wachsmann podkreślił, że pomimo istnienia tysięcy książek o obozach i Holokauście nadal należy o nich pisać.

 

Jeżeli historycy zamilkną, do głosu dojdą szaleńcy, dyletanci i osoby kwestionujące zbrodnie. Nie możemy do tego dopuścić —powiedział.

 

ann/PAP
http://wpolityce.pl

Tak, istnieją tysiące książek o obozach i „holokauście”. Książek zawierających częściej żydowskie haggady, niż prawdziwą historię (klasycznym przykładem są patologiczne brednie Elie Wiesela). Minęło 70 lat od czasów wojny, a autorzy – jeśli dotarli do prawdy – wciąż boją się o niej pisać.

– Jeżeli strona kościelna – a mówię tutaj generalnie, nikogo nie wyłączając – będzie obchodzić Reformację z innych racji jak tylko z faktu, żeby pójść i zdobyć tych ludzi dla Boga, to popełni akt apostazji, czyli herezji, bo świętować taką zbrodnię, utożsamienie Boga z Szatanem, jest najwyższym aktem herezji – mówi ks. prof. Tadeusz Guz, filozof i teolog Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II.

Słowa ks. Guza w nieciekawym świetle stawiają nie tylko papieża Franciszka i prymasa Polski abp. Wojciecha Polaka, którzy świętowali rozłam Kościoła w szwedzkim Lund i Cieszynie. Do tego grona należy również zaliczyć bp. Jacka Jezierskiego, ordynariusza diecezji elbląskiej, który w istocie nie świętował rewolty Lutra, ale wystosował oficjalny list z okazji Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan, który w niedzielę (22.01.2017) odczytywany był we wszystkich kościołach diecezji. Idea modlitwy o jedność chrześcijan to inicjatywa szczytna, tylko nie może sprowadzać się do dezercji Kościoła katolickiego oraz traktowania herezji Marcina Lutra i podziału Kościoła jako wydarzenie pozytywne.

– Dla wszystkich chrześcijan Reformacja to ważne wydarzenie, a właściwie proces dziejowy – napisał biskup elbląski Jacek Jezierski w liście do diecezjan z okazji Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan i w związku z 500-leciem reformacji.

Pasterz Kościoła elbląskiego na tym nie poprzestał. Spory fragment listu poświęcił osobie samego Marcina Lutra, uznając go za człowieka uzdolnionego, który pragnął przeprowadzić proces naprawczy Kościoła.

– Nie zamierzał tworzyć odrębnego Kościoła, jednak sytuacja potoczyła się właśnie w tym kierunku. Ze starego Kościoła wyodrębniła się społeczność protestujących, protestantów. W ten sposób powstało nowe wyznanie ewangelicko-augsburskie, a później następne, albo jak to określa kardynał Walter Kasper „kościoły nowego typu” – przypomina pasterz Kościoła elbląskiego.

Czytając list bp. Jacka Jezierskiego nie sposób nie zauważyć, że w wyjątkowo ciepłych słowach wypowiada się o rewolcie, jaką w XVI wieku zaserwował Kościołowi doktor Luter.

Ks. prof. Tadeusz Guz

Ks. prof. Tadeusz Guz

– Luter jest heretykiem par excellence. Nie ma w całych dziejach chrześcijaństwa większego heretyka ponad Marcina Lutra. Dlatego też nie możemy, jeżeli mamy elementarne podstawy logiki rozumu – już nie mówię logiki rozumu ewangelicznego, Ewangelii Jezusa z Nazaretu – nie można świętować takiej apostazji względem Boga Objawionego i Kościoła zbudowanego na Piotrze, mającego strukturę sakramentalną. Wspólne świętowanie oznaczałoby, że ten, kto będzie świętował reformację wpisze się w największą herezję wszech czasów, bo bardziej systematycznej herezji nikt w całych dziejach, poza Marcinem Lutrem, nie sformułował – powiedział ks. prof. Tadeusz Guz.

Jak inaczej zrozumieć list bp. Jacka Jezierskiego jak nie aprobatę dla największej herezji w dziejach Kościoła? Biorąc pod uwagę jego słowa, a zwłaszcza sugestie specjalisty od Reformacji, ks. prof. Guza, diecezja elbląska straciła pasterze, ponieważ w myśl kan. 751 Kodeksu Prawa Kanonicznego, w wyniku wygłoszonych publicznych herezji i wyrażenia poparcia dla herezji Marcina Lutra, bp Jacek Jezierski dokonał aktu apostazji.

Niestety, to chyba kolejny biskup apostata…

LIST BISKUPA JACKA JEZIERSKIEGO Z OKAZJI TYGODNIA MODLITW O JEDNOŚĆ CHRZEŚCIJAN

Panie Jezu – widzisz co się dzieje w Polsce. Prezydent Andrzej Duda traktuje Polskę jako swoją własność i robi co chce. Sprowadza do naszej Ojczyzny Żydów, jakby nie było w Polsce mądrych i wykształconych ludzi.
Prosimy Ciebie nasz Ukochany Królu Polski pomóż nam Polakom, aby Polska mogła być tylko dla Polaków.
                                                                      PAN JEZUS.
            ” Tak, wszystko widzę i za Episkopat przed Moim Ojcem bardzo się wstydzę. 
         

                           

 Nie umieją

zaprzyjaźnić się z

 PRAWD

Ą

a swoim postępowaniem rujnuj

ą

waszą Ojczyzn

ę, a większość biskupów patrzy na was z pogardą.

             Czy oni nie wiedzą, że Ja to wszystko widzę i po śmierci to wszystko im policzę?

        Zachowują się podle ci w Polsce biskupi i niech nie myślą, że naród polski jest taki głupi.

                                  A CO ZROBIĆ Z POLITYKĄ RZĄDU W POLSCE?

                                   Ten Rząd w Polsce ma zamiary złowieszcze.

   Uradzili razem z Episkopatem, że tak uczynią, aby ludzie myśleli, że Żyd jest dla Polaka „bratem”.

                       ŻE NIE ZAUFALI MNIE I NIE UCZYNILI OFICJALNIE KRÓLEM,

                          NIEDŁUGO ONI I WY NIESTETY OKRYJECIE SIĘ BÓLEM.

       Rząd i Episkopat winni będą śmierci ludności polskiej, bo napłynie mnóstwo ludzi żydowskich.

                        Oni winni będą śmierci i kataklizmom jakie na Polskę ześlę, 

                                 a najwięcej będzie morderstw w każdym mieście.

                 PREZYDENT W POLSCE ANDRZEJ DUDA PÓJDZIE PROSTO DO PIEKŁA,

                  BO NAJWIĘCEJ W JEGO SERCU ZAJMUJE ZACHŁANNOŚĆ I OBŁUDA.

                              A Episkopat niech się szybo nawraca i niech wybiera, 

                             komu chcą służyć,

 bo większość już wybrała belzebuba.

             Wszystkie Hostie przyjęte od duchownych służących dwom bogom nie są ważne.

   a za grzechy tych, którzy w nieświadomości przyjęli Hostię

 – tych duchownych czekają kaźnie.

   PRYM PROWADZI STANISŁAW DZIWISZ, GDYŻ NIE JEST MOIM DUCHOWNYM.                                    DLA NIEGO NIE MA RATUNKU, BO ON TAK POSTĘPUJE SPECJALNIE, GDYŻ DLA NIEGO BOGIEM JEST                                               MASONERIA

DLA NIEGO LEGALNIE

.       

 

           

Dla Mnie jest to bardzo przykre, że muszę walczyć z Moimi wrogami.

 Ja BÓG Właściciel Ziem

i

całe

j jestem smutny, że biskupi nie zabrali głosu w obronie niewiniątek                       i zgodzili się na ich zabijanie w łonie matek, a one to Mój na Ziemi majątek.

  Wszystko będzie wam policzone wy „duchowni” i powiadam wam, nie jesteście Nieba godni.

                       Dopiero w momencie śmieci będziecie żałować, jak Hlond,

                   ale Sprawiedliwość jest sprawiedliwa i policzy wasz każdy błąd.

 

          DLA POLSKI RATUNEK JEST JEDEN – „JEZUS CHRYSTUS KRÓL” OFICJALNIE UZNANY

                                          I POLSKI NARÓD KRÓLOWI ODDANY 

          OFICJALNIE RAZEM ZE WSZYSTKIMI PRAWAMI, KONSTYTUCJĄ I INNYMI PRZEPISAMI.

 

                       Chrystus KRÓL będzie rządził łagodnie z miłością i sprawiedliwie,

                              a na każdy wasz grzech będzie patrzył wnikliwie.

             Nie powtarzajcie błędów i grzechów Hlonda. On zdrajca Boga i narodu polskiego,

 od momentu śmierci demoniczny, okrutny i niepodobny – jest w uściskach ognia piekielnego.

 

                                     JA W DALSZYM CIĄGU JESTEM MIŁOSIERNY

      I DLA MOJEGO UKOCHANEGO, POBOŻNEGO NARODU POLSKIEGO ZAWSZE WIERNY.

NIEUSTANIE PROSZĘ WAS, NIECH WASZE SERCA ZMIENIĄ SIĘ ZE ZŁOŚLIWYCH, PYSZNYCH                                    I MORDERCZYCH NA MIŁOSIERNE, ŁAGODNE I POKUTY PRAGNĄCE”.

Jak zdążyliśmy już zauważyć, nowy prezydent USA Donald Trump działa dokładnie na odwrót niż jego poprzednik, Barack Hussein Obama. Zmiany w polityce widać dosłownie na każdym kroku – szczególnie w kwestii uchodźców.

Trump podpisał wczoraj dekret o tymczasowym zamknięciu granic dla migrantów z siedmiu muzułmańskich krajów, w tym z Syrii. Stany Zjednoczone przez co najmniej 90 dni nie będą przyjmować żadnych uchodźców z Iraku, Iranu, Jemenu, Libii, Somalii, Sudanu i Syrii. W pierwszej kolejności, Trump chce opracować bardziej rygorystyczne badania kontrolne dla migrantów. Pozwoli to ograniczyć napływ terrorystów do USA, a tym samym powinno zmniejszyć ryzyko zamachu na terenie kraju. ZOBACZ: Węgry szukają sprzymierzeńców w obronie prześladowanych chrześcijan. Pomoże Polska? Donald Trump podjął jeszcze jedną, bardzo rozsądną decyzję. W wywiadzie dla CBN News ogłosił, że prześladowani chrześcijanie nie mają praktycznie żadnych szans aby uciec z kraju, w którym przebywają, podczas gdy muzułmanie, w tym terroryści, bez większych problemów mogą wyruszyć do innego państwa i prosić tam o azyl. „Czy wiesz, że gdybyś był chrześcijaninem w Syrii, było to niemożliwe, a przynajmniej bardzo trudne aby dostać się do Stanów Zjednoczonych? Gdybyś był muzułmaninem, mógłbyś wejść, ale gdybyś był chrześcijaninem, było to niemal niemożliwe. […] Gwoli uczciwości, wszyscy byli prześladowani, ale oni odcinali głowy wszystkim, a najbardziej chrześcijanom.” – Donald Trump. Prezydent USA ma zamiar segregować uchodźców i przyjmować w pierwszej kolejności wyznawców chrześcijaństwa, którzy są najbardziej narażeni na śmierć z rąk radykalnych islamistów. Jest to decyzja, której z całą pewnością nie podjąłby kryptomuzułmanin Barack Obama. Jednocześnie należy spodziewać się jeszcze większej radykalizacji wśród przeciwników Trumpa, którzy wciąż nie potrafią pogodzić się z jego zwycięstwem w wyborach prezydenckich. Zgodnie z powiedzeniem: „demokracja demokracją, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie”. Czytaj więcej na: http://prawicowyinternet.pl/trump-przyjmowac-przesladowanych-chrzescijanskich-uchodzcow/

Polska po II WŚ nie prowadziła żadnej zewnętrznej polityki historycznej. Nie starała się szerzyć prawdy o niemieckich i sowieckich mordach oraz prześladowaniach w Polsce i nie tylko na Polakach.

 

 

Owszem za czasów PRL wewnętrznie była wybiórczo pielęgnowana pamięć o gehennie zadanej Polakom, Żydom w postaci Holocaustu, Cyganom i innym przez Niemców, niemieckich nazistów/hitlerowców. Pomijano oczywiście komunistów jako ludobójców nawet większych niż Niemcy i chyba był to jeden z powodów zamilczania za granicą polskiego tragizmu wojennego i powojennego. Były to jednak – nawet w przypadku Niemców –  jedynie działania wewnętrzne, które dotyczyły tylko nas-Polaków a nie były rozpowszechniane w europejskich krajach zachodnich czy też w USA lub Izraelu.

 

W tym czasie w Niemczech od zakończenia wojny były i są realizowane działania mające krok po kroku (jak to Niemcy uwielbiają) zdjąć odium ludobójczego niemieckiego nazizmu/hitleryzmu z narodu niemieckiego i przypisać go jakiemuś sztucznemu pojęciowemu wytworowi lub innemu narodowi. Stąd owi beznarodowi mityczni naziści i Polacy jako owi naziści.  I dla nich nie jest ważne, że 90% Niemców popierało A. Hitlera. Ich celem jest jedno: oczyścić siebie z własnych win i – w miarę upływu czasu, czyli powolnemu umieraniu świadków II WŚ – zmienić historię, zmienić podręczniki historyczne i zamienić Niemców z katów w niemal w ofiary a co najmniej w niewinny ludobójstwu naród.

 

Taka postawa Niemców (w tym niemieckich mediów) staje się zrozumiała np. po obejrzeniu wyemitowanego w TVP1 dnia 23.01.2017 roku wstrząsającego filmu dokumentalnego Ilony Ziok pt.: „Fritz Bauer. Sam pośród swoich”. Był on jednym z nielicznych po wojnie Niemców (sędzia i prokurator), który starał się pokazać okrucieństwo Niemców podczas II WŚ jako przestrogę dla przyszłych pokoleń. Ścigał niemieckich nazistów na całym świecie (przyczynił się do pojmania m.in. Adolfa Eichmanna w Argentynie), starał się uświadomić Niemcom, że muszą „przeżyć” własną winę i wtedy możliwe będzie na gruncie prawdy zbudowanie nowego niemieckiego państwa. Niestety spotykał się z ostracyzmem powojennych elit RFN, gdzie po wojnie zatrudnienie w państwowej administracji tego państwa znalazło wielu hitlerowców i wielu z nich kształtowało politykę Zachodnich Niemiec oraz ichnich służb specjalnych. Poza tym przecież niemal wszystkie największe firmy niemieckie istniejące nawet do dziś czynnie współpracowało z Hitlerem i jego III Rzeszą a to powodowało również finansowy negatywny nacisk na F. Bauera. Nie był również lubiany ze względu na swoje żydowsko-niemieckie pochodzenie. Umarł w dziwnych okolicznościach porażony w 1968 roku – jak byśmy określili to dziś terminem z III RP – „seryjnym samobójcą”. Nie doczekał rozliczenia Niemiec ze swoją ludobójczą przeszłością i dziś pewnie dalej byłby zawiedziony.

 

Jednocześnie przez cały okres powojenny Niemcy – zdając sobie sprawę ze swoich przewinień – spełniały wszystkie powojenne roszczenia Żydów, czym oczywiście musiały sobie zaskarbić pewną przychylność owego umęczonego przez Niemcy narodu. Wedle oficjalnych informacji Niemcy już oddały Żydom wszystko, czego oni za tę wojnę od nich oczekiwali. Stąd pewna przychylność Żydów wobec Niemców nie może budzić zdziwienia, bowiem pewne kręgi środowisk żydowskich  z Holocaustu własnych pobratymców postanowiły zrobić sobie firmę nastawioną na zysk, czyli Przedsiębiorstwo Holocaust a wykorzystywały i wykorzystują do tego celu m.in. powstałą w 1913 roku żydowską Ligę Przeciwko Zniesławieniu (Anti-Defamation League – ADL). Zastanawiająca jest to organizacja, która jakoś w czasie wojny nie była skłonna uwierzyć m.in. Polakom w niemiecki Holocaust ani pomagać mordowanym przez Niemców Żydom w Europie (w tym w Polsce), a po wojnie nagle dąży do odszkodowań i walczy z każdym rodzajem antysemityzmu, który uzna za antysemityzm. Zadziwiające jest też to, że szkalując Polaków dąży do tego, abyśmy wypłacili jako Polska mityczne, bezzasadne i bezprawne  odszkodowania wojenne i powojenne dla Żydów, które sobie obliczyli na kwotę około 65 mld USD.

 

Jakkolwiek byśmy nie oceniali narodu żydowskiego, to zawsze znacząca jego część utożsamiana jest na świecie z dążnością do zdobywania kapitału finansowego, który dawał i daje mu w dalszym ciągu poczucie władzy i spaja – obok religii – naród, nawet kiedy jest rozproszony po całym ziemskim globie. Tak było chyba od niemal zawsze i od niemal zawsze to Żydzi przede wszystkim dążyli do opanowania sektorów: lichwiarskiego (banki) i handlowego, co zresztą im się udawało i udaje dotychczas.

 

Jest też pewna cecha dużej części narodu żydowskiego, która dla mnie jest niezrozumiała i której nie potrafię do końca wytłumaczyć. Tą cechą jest antypolonizm, niemal fanatyczny i aberracyjny antypolonizm. I ten antypolonizm jest dziś widoczny w Polsce i na świecie, w tym w Izraelu i USA. Jestem nim zdziwiony tym bardziej, iż to Polska jako jedyne wówczas państwo za czasów Kazimierza Wielkiego udzieliła schronienia Żydom wyganianym z innych europejskich krajów a do tego dała im przywileje, których nigdy nawet wtedy w marzeniach nie mogli sobie wyobrazić. To w Polsce przed wojną mieszkało spokojnie i dostatnio najwięcej Żydów w Europie. To Polacy z narażeniem życia (tylko w Polsce za pomoc Żydom groziła z rąk Niemców śmierć całych polskich rodzin) ratowali Żydów przed krwiożerczymi Niemcami i to Polaków jest najwięcej spośród odznaczonych żydowskim odznaczeniem:  „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”.

 

Nad tym żydowskim antypolonizmem reprezentowanym przez część środowisk żydowskich zresztą wielokrotnie się zastanawiałem i mimo mojego zdziwienia zdołałem skonstatować cztery hipotetyczne jego przyczyny. Po pierwsze, syjonizm talmudyczno-rabiniczny wywyższający etnicznych Żydów ponad innymi narodami, narodami gojów a takim narodem gojów są m.in. Polacy nie zasługujący na szacunek. Po drugie judaizm (też w/w syjonizm), kwestionujący mesjaństwo Jezusa Chrystusa a tym samym uważający chrześcijaństwo (w tym katolicyzm) za herezję godną jedynie zwalczania i upokarzania a przecież Polacy to najbardziej chyba na świecie wewnętrznie spójny naród katolicki. Po trzecie, reprezentowana przez niektóre syjonistyczne środowiska idea „nowej ziemi obiecanej”, którą ma stanowić dla nich zarządzana przez nich część Polski zwana przez nich Judeopolonią. I po czwarte, kompleks niższości wobec Polaków wynikający z wielowiekowej niezniszczalnej państwowości polskiej i inteligencji oraz wiedzy reprezentowanej przez Polaków. Można w tym obszarze – choć to wymaga oddzielnej analizy – jeszcze wspomnieć o patriotyzmie i antykomunizmie Polaków, które są sprzeczne z wyrosłymi na ideach żydowskich teoretyków: K. Marksa i F. Engelsa i królującymi obecnie w świecie postawami komunistyczno-lewackimi i demoliberalnymi, które to z kolei mają na celu zniszczenie chrześcijaństwa i narodowych tożsamości oraz doprowadzenie do powstania jednego beznarodowego społeczeństwa zarządzanego przez Jeden Rząd Światowy (NWO).

 

W całym okresie powojennym i dzisiaj cele polityki historycznej Niemiec (wraz też z niemieckim antypolonizmem) w jakiś sposób zazębiły się z lichwiarską a do tego antypolską postawą części środowisk żydowskich. Zapewne duży wpływ na taki proces miało też to, że tak naprawdę wielu najwyższych rangą i znaczeniem hitlerowców miało częściowo pochodzenie żydowskie (choćby wspomniany wcześniej A. Eichmann – nomen omen „nazistowski nadzorca kwestii żydowskiej”)  a sam Holocaust nie mógł być realizowany przez Niemcy bez wsparcia wielu samych Żydów i ich pronazistowskich organizacji [1].

 

Z tego połączenia celów i postaw obydwu narodów (ich części) narodziło się dążenie do historycznej zmiany roli Polaków w czasie II WŚ. Z roli jej ofiar i walczących z Niemcami próbuje się od lat zrobić z Polaków katów i oprawców. Stąd właśnie najpierw wypromowano mityczne pojęcie nazistów, mające na celu redukcję naturalnego utożsamiania Niemców z ludobójczym hitleryzmem. Stąd następnie fałszywie kreowano i demonizowano polski antysemityzm i podpierano go zniesławiającymi Polskę i Polaków twierdzeniami o „polskich obozach koncentracyjnych”, „polskich obozach śmierci” i „mordach Polaków na Żydach”, których – wedle T. Grossa i innych – Polacy zabili więcej niż Niemców (3 mln?)”. Stąd teraz próbuje się już ostatecznie (na razie nieśmiało) przypisać nazizm Polakom a nie Niemcom.

 

(Tak dygresyjnie… w/w twierdzenie T. Grossa o zabijaniu Żydów przez Polaków można by też np. odwrócić i zapytać: „Czy z pochodzenia Żydzi zabili więcej Polaków niż Niemcy i Sowieci”? No cóż, postawa wobec Polaków dużej części Żydów (też komunistów) we wrześniu 1939 roku i latach późniejszych a także działania powojennej żydo-komuny być może nie uprawniają do stawiania aż takiego pytania, ale dlaczego mamy tolerować całkowicie wyssane z chorego umysłu T. Grossa insynuacje?)

 

Kontynuując ad meritum.

 

Dzisiaj widzimy już niemal historyczno-informacyjną wojnę niemiecko-polską o historyczną prawdę, iż to Niemcy a nie Polacy tworzyli obozy koncentracyjne m.in. na terenie Polski i to Niemcy a nie Polacy mordowali inne narody, w tym Polaków i Żydów.

 

Od niedawna bowiem Polacy oddolnie starają się przywrócić ową prawdę historyczną. Szkoda, że nie zajmuje się tym w sposób stanowczy polskie państwo a cały internetowy zryw pt. „#GermanDeathCamps” jest wynikiem walki jednego człowieka, Karola Tendery.

 

„Ten były więzień niemieckiego obozu koncentracyjnego w Auschwitz podał niemiecką telewizję ZDF w 2015 roku do sądu za użycie w informacji o planowanej emisji programu dokumentalnego „Verschollene Filmschatze. 1945. Die Befreiung der Konzentrationslager” określenia „polskie obozy śmierci”. Pod koniec grudnia 2016 roku Sąd Apelacyjny w Krakowie w końcu nakazał ZDF publiczne przeproszenie Karola Tendery. Sąd wskazał, że przez takie stwierdzenie były więzień Auschwitz z ofiary staje się sprawcą. Przeprosiny miały zostać opublikowane na pierwszej stronie nadawcy i pozostawać widoczne przez 30 dni. Telewizja ZDF jednak w dość w osobliwy sposób podeszła do wyroku sądu. Przeprosiny ukazały się na stronie internetowej nadawcy, ale opublikowano je na samym w dole strony, w jak najmniej widocznym miejscu. Same przeprosiny są także dość osobliwie sformułowane. ZDF wprawdzie przeprasza za swój błąd, ale zrzuca winę na karb telewizji ARTE i „błąd tłumaczenia z języka francuskiego”.

 

Prawnicy Stowarzyszenia Patria Nostra i Reduta Dobrego Imienia wystąpili do ZDF z wezwaniem o prawidłowe wykonanie wyroku. Telewizja ZDF miała czas na poprawienie przeprosin do 12 stycznia, jednak nic z tym nie zrobiła. Tłumaczyła się „problemami graficznymi i technicznymi”, ale pełnomocnik Tendery, Lech Obara, uznał te tłumaczenia za „niewystarczające”. Wystosował do ZDF wezwanie do prawidłowego wykonania wyroku i zastrzegł, że w razie niewykonania podejmie kroki prawne. Wówczas do akcji włączyli się polscy internauci. Portal Żelazna Logika postanowił zorganizować zakrojoną na szeroką skalę akcję, której celem jest przypomnienie ZDF, na którym narodzie spoczywa odpowiedzialność za zbudowanie obozów zagłady. Profil telewizji na Facebooku został zalany falą grafik opatrzonych hashtagiem #GermanDeathCamps, który z czasem stał się popularny też w innych mediach społecznościowych. Na grafikach widnieją archiwalne zdjęcia niemieckich obozów śmierci (m.in. bramą KL Auschwitz z napisem „Arbeit macht frei” czy wywołującą mocne wrażenie grafiką, przedstawiającą rozstrzelanie więźnia przez niemieckiego SS-mana), opatrzone m.in. hasłem: „Niemieckie obozy koncentracyjne. Nigdy polskie. Nie myl ofiar z oprawcami”.

 

Mobilizacja była taka, że osoby usiłujące umieszczać grafiki na profilu ZDF na Twitterze i Facebooku z czasem były banowane. ZDF otwarcie ogłosiło, że posty głoszące prawdę historyczną to „spam”. Do akcji dołączyły wówczas kolejne organizacje. Z inicjatywy Fundacji Tradycji Miast i Wsi, która już od 2015 r. walczy z „polskimi obozami”, powstała strona internetowa Germandeathcamps.org/pl. Niebawem z inicjatywy Fundacji ruszy także mobilna akcja #GermanDeathCamps. Mobilny, podświetlany billboard wielkości 3x6m wyruszy z Wrocławia do Wiesbaden – pod siedzibę ZDF-u, a następnie do Bonn, Brukseli i Londynu. Fundacja planuje także stworzenie strony internetowej skierowanej do cudzoziemców, poświęconej problemowi „polskich obozów zagłady”. Grafiki #GermanDeathCamps były też wklejane na stronach jednej z włoskich gazet, która użyła krzywdzącego Polaków sformułowania.

 

W walkę o prawdę historyczną włączyła się również ambasada RP w Waszyngtonie, publikując m.in. na Facebooku film o niemieckiej okupacji w Europie. Film trwa dwie minuty i nosi tytuł „Words Matter” (Słowa mają znaczenie – red.). „Chodzi o historyczną uczciwość i rzetelność. Od trzynastu lat polscy dyplomaci reagują na obraźliwe i fałszywe sformułowania, takie jak» polski obóz koncentracyjny« czy »polski obóz śmierci«” – można przeczytać w opisie filmu. Mimo iż akcja jest całkowicie apolityczna spowodowała już pierwszą polityczną ofiarę. Pawel Rabiej przestał być rzecznikiem Nowoczesnej po tym jak stwierdził na Twitterze, że to „naziści”, a nie Niemcy są odpowiedzialne za obozy koncentracyjne na terenie okupowanej Polski” [2].

 

Oczywiście akcja ta wynika też ze skumulowania się wieloletnich propagandowych praktyk mających na celu modelowanie świadomości młodych ludzi na świecie, wtłaczając im, iż to Polacy są nazistami a także ułatwiających żądanie przez Żydów owych mitycznych odszkodowań od Polaki.

 

Można się tylko cieszyć, że w Polsce zwykli ludzie zdają sobie sprawę jak ważna jest obecnie i w przyszłości prawda historyczna i będą zawsze od teraz walczyć o dobre imię Polaków w przypadkach fałszowania owej prawdy, też np. w książkach i oficjalnych instytucjach państwowych a nie tylko w filmach czy mediach i nie powtórzą się np. przypadki, że „w kanadyjskiej książce „Flight and Freedom. Stories of Escape to Canada”  pojawia się zwrot „polskie SS”. Oficjalny protest do wydawnictwa „Between the Lines” w tej sprawie skierował  ambasador RP w Kanadzie” [3].

 

Proszę zwrócić uwagę jak są przekraczane kolejne granice. Zwrot „polskie obozy koncentracyjne” też na początku był artykułowany nieśmiało. Z czasem zaczęto go powielać na całym świecie i jednak udało się wdrukować do świadomości dużej części międzynarodowej opinii publicznej przeświadczenie, że te obozy faktycznie były polskie i to Polacy – jako oczywiście znani antysemici – byli sprawcami (współsprawcami) Holocaustu Żydów. Czy teraz „polskie SS” będzie tak samo manipulacyjnie rozsiewane po całym świecie, by w końcu przekonać wszystkich, iż SS to były jednak polskie formacje nazistowskie?

 

Wracając jednak do Niemców. Niestety prawdopodobnie u strony niemieckiej obecna polska akcja walki o prawdę historyczną wywołała jakiś niezrozumiały amok i intensyfikację działań fałszujących historię winy niemieckiej podczas II WŚ. Otóż dowiadujemy się, że dzisiaj, „dokładnie w tym samym dniu, w którym cały świat obchodzi Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu, Niemieckie Muzeum Historyczne (Deutsches Historisches Museum) zaprasza na pokaz filmu Claude Lanzmanna, który – jak czytamy na oficjalnych stronach internetowych tego muzeum – opisuje bohaterskie powstanie więźniów w październiku 1943 roku w „POLSKIM OBOZIE ZAGŁADY” w Sobiborze. Dzień wcześniej lokalny dziennik „Rhein Zeitung” także przy okazji obchodów „Dnia Ofiar Holokaustu” pisze o zdjęciach wykonanych przez Wilhelma Brasse w Auschwitz, które są dowodem na zbrodnie dokonywane w „POLSKIM OBOZIE KONCENTRACYJNYM” [4].

 

To naprawdę już – mówiąc kolokwialnie – szczyt bezczelności i niemal jawna prowokacja. Trudno wobec tego zachować spokój, podobnie jak w przypadku niemiecko-szwacjarskiego tygodnika T. Lisa „Newsweek„, który niedawno rozwodził się nad małą zbrodnią „polskich obozów koncentracyjnych” w postaci sowiecko-komunistycznych powojennych obozów pracy na terenie Polski a przeznaczonych dla Polaków, Żydów, Niemców czy Ślązaków, gdzie niestety bywało, iż największymi komunistycznymi katami były osoby pochodzenia żydowskiego z sortu „żydo-ubecji”.

 

Ogólnie brak spójnej polskiej polityki historycznej okazał się zaniechaniem najcięższej narodowej wagi. W okresie PRL a szczególnie III RP nie prowadzono wobec tego skutecznych skoordynowanych działań przeciwstawiających się niemiecko-żydowskiemu kłamstwu historycznemu. Często tylko ograniczano się (o ile w ogóle) do pisemnych sprzeciwów, monitów czy też żądania jakichś sprostowań.

 

Oddolnie jednak – jak widzimy teraz – poszczególni Polacy często indywidualnie starali się odkłamywać historię. Robiła to też Polonia i organizacje polonijne. Ich skutkiem było powstanie w kraju portali internetowych i organizacji chcących bronić dobrego imienia Polski i Polaków, jak założona przez M. Świrskiego „Reduta Dobrego – Polska Liga przeciw Zniesławieniom”.

 

Dobrze, że tak jest, ale sądzę, że trzeba jednak zsynchronizować działania i w końcu określić treść polskiej polityki historycznej. Jest to tym bardziej niezwłocznie konieczne, bowiem – z różnych przyczyn – w ostatnim okresie można zauważyć nasilenie się działań zakłamujących historię i skierowanych przeciwko Polakom.

 

Niezależnie jednak od przygotowań tej polityki (strategii) trzeba naprawdę chyba zmienić zasadniczo formę teraźniejszych protestów. Naprawdę monity, pisma, żądania sprostowań i przeprosin czy wycofania określonych publikacji nie są wystarczająco efektywne i skuteczne. Obecna akcja, też z bilbordem, jest właściwym krokiem we właściwym kierunku.

 

Ale uważam, że kłamstwa historyczne, insynuacje i obrażanie nas powinny za każdym razem być przedmiotem pozwów sądowych (i innych działań) z żądaniem wielomilionowych odszkodowań na rzecz polskiego Skarbu Państwa lub wybranych polskich organizacji społeczno-politycznych czy charytatywnych. I musi to być realizowane przez państwo polskie z wykorzystaniem dobrych kancelarii prawniczych.

 

Niebezpieczeństwo utraty milionów z pewnością będzie skuteczniejszą bronią przeciw zniesławianiu Polski i narodu polskiego niż nawet najlepiej zredagowane zapisane słowa, protesty czy internetowe przedsięwzięcia. W tym obszarze możemy się wiele nauczyć od Żydów i ich ligi ADL – nie tylko w kwestiach finansowych…

 

Musimy jako państwo i razem zadbać o prawdę historyczną… wszelkimi sposobami, skutecznymi sposobami, także jeszcze w obszarze polsko-niemieckich politycznych kontaktów międzynarodowych. Dzisiaj B. Szydło, premier polskiego rządu, jasno i stanowczo mówiła o potrzebie prawdy historycznej, też w zakresie niemieckich a nie polskich obozów zagłady. Mam nadzieję, że równie ostro i bezdyskusyjnie wyrazi tą opinię w czasie bliskiego spotkania z kanclerz Niemiec A. Merkel. Będzie to chyba sprawdzian naszej bezwzględnej walki o prawdę i fundamentem budowy naszej polityki historycznej i dobrych przyszłych relacji z Niemcami. Równie ważne będzie zdanie prezydenta A. Dudy oraz potwierdzenie własnego stanowiska w tej sprawie J. Kaczyńskiego.

 

W tej całej kuriozalnej sytuacji w stosunkach niemiecko-polskich musimy też wykorzystywać naszą potencjalnie bardzo istotną kartę przetargową – niemieckie reparacje wojenne wobec Polski.

 

Nic chyba nie stoi na przeszkodzie abyśmy i my – wobec zmasowanego ataku Niemców, fałszowania przez nich historii obozów zagłady i formacji SS oraz wrogiemu przejmowaniu polskiej własności przez niemiecki przemysł (w tym media) – podobnie jak Żydzi (i np. Grecy) wspomnieli na arenie międzynarodowej  o naszych roszczeniach wojennych wobec Niemiec, które w minimalistycznych szacunkach mogą sięgać kwoty niespełna 1 bln USD a w niektórych wyliczeniach nawet kilku czy kilkunastokrotnie więcej [5], [6], [7], [8].

 

Jest to tym bardziej możliwe, że zrzeczenie się w 1953 roku prawa do roszczeń przez polskie władze komunistyczne nie ma tak naprawdę mocy prawnej. Po pierwsze, ze względu na to, że Polska posiadała (w odróżnieniu od innych demoludów) oficjalny rząd polski na uchodźstwie, który nigdy nie zrzekł się prawa do reparacji wojennych Niemiec na rzecz Polski a po drugie, ze względu na fakt, iż nawet polscy komuniści nie dopełnili formalności i nie nie zarejestrowały swojej decyzji o zrzeczeniu się w Sekretariacie Generalnym ONZ, co tym samym międzynarodowo czyni tą decyzję bezprawną. Grzegorz Kostrzewa-Zorbas – który jako pierwszy wskazał na ten błąd komunistów i samych Niemiec – postuluje w tej sprawie negocjacje, w których „ani w nich ani przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości pozycja Niemiec nie byłaby mocna”.

 

Bracia Lech i Jarosław Kaczyńscy wielokrotnie wskazywali na fakt braku odszkodowań dla Polski ze strony Niemiec za gehennę Polski w czasie niemieckiej II WŚ. Już w 2004 roku, na polecenie ówczesnego prezydenta Warszawy ś.p. Lecha Kaczyńskiego oszacowano, że straty jakie poniosła stolica wynoszą 45,3 mld dolarów. Ostatnio zaś (grudzień 2015) J. Kaczyński stwierdził, że „My naprawdę pomocy, jeżeli chodzi o demokrację, ze strony Niemiec nie potrzebujemy. Tu jest ciągle wielka, bardzo wielka kwestia rozliczenia naszych wzajemnych stosunków i tego wszystkiego, co Niemcy są nam winni, a są nam winni bardzo, bardzo dużo w każdym wymiarze, począwszy od moralnego, skończywszy na ekonomicznym (…) a mogę powiedzieć tylko jedno – ten rachunek krzywd po polskiej stronie jest ogromny i powtarzam, w ciągu tych 70 już lat, które minęły od końca wojny, te sprawy nie zostały nigdy załatwione i w sensie prawnym są aktualne, bo jak wiemy, to zostało niedawno przez pana Kostrzewę-Zorbasa odkryte, ta nasza rezygnacja z odszkodowań nigdy nie została zarejestrowana przez odpowiedni organ rejestracji Organizacji Narodów Zjednoczonych, czyli w sensie prawnym tego w ogóle nie ma. Droga jest otwarta i w Niemczech też się powinno o tym pamiętać” [13].

 

Uważam, że Niemcy o tym pamiętają i dobrze znają stanowisko lidera PiS. Być może jest też to jedna z przyczyn histerycznego ataku Niemiec na Polskę.

 

Niemniej chyba warto od czasu do czasu Niemcom o tym przypominać i to publicznie na arenie międzynarodowej, podobnie zresztą jak na fakt, iż niemieckie firmy w Polsce nielegalnie transferują (transferowały) środki finansowe do Niemiec w kwocie około 40 mld zł.

 

Może takie umiędzynarodowienie problemu przyniesie efekty w postaci zamknięcia (choć częściowego) ich antypolskich „szczekaczek” wspieranych przez „polskich” nie-Polaków i polskich „taragowiczan”? Kto wie… przecież dla Niemiec dzisiaj – inaczej niż w czasach Hitlera – orężem uzyskania „przestrzeni życiowej” nie jest armia a finanse i ekspansja firm niemieckich w Europie a „kasa” jest dla nich priorytetem.

 

Ogólnie ponadto uważam, że Polska winna sprowadzić histerię i atak na nasz kraj ze strony zniemczonej UE na faktycznie największą (no może nie, ale bardzo ważną) jej przyczynę jaką są finanse i gospodarka, w wielu obszarach dotyczące przede wszystkim Niemiec i utraty przez nie polskiego tusko-landu niemieckiego.

 

Jestem pewien, że musimy walczyć o prawdę historyczną i dobre imię Polski wszelkimi sposobami. Poza tym należą nam się odszkodowania od Niemiec i zobaczmy, że te nasze roszczenia oscylujące wokół 1 bln USD są niczym w porównaniu z wyimaginowanymi roszczeniami niektórych środowisk żydowskich wobec Polski wynoszącymi podobno 65 mld USD.

 

[1] http://krzysztofjaw.blogspot.com/2014/01/zydzi-i-ich-niechlubna-rola-w.html.

 

[2] http://wpolityce.pl/swiat/325053-slowa-maja-znaczenie-nie-mozemy-pozwolic-niemcom-by-swoja-neuroze-leczyli-kosztem-historycznej-prawdy.

 

[3] http://niezalezna.pl/75886-skandal-po-polskich-obozach-wydawcy-ida-krok-dalej-polskie-ss-w-kanadyjskiej-ksiazce

 

[4] http://niezalezna.pl/92947-ujawniamy-niemcy-przekroczyli-granice-bezczelnosci-nie-moze-byc-przypadek

 

[5] http://wiadomosci.onet.pl/kraj/dr-kostrzewa-zorbas-polska-moze-zadac-bilionow-zlotych-od-niemiec/jnr24 (za tygodnikiem „wSieci”)

 

[6] http://wpolityce.pl/historia/240006-305-mld-dolarow-wczoraj-grecja-oglosila-wstepne-wyliczenie-roszczen-od-niemiec-dzis-wsieci-o-postepie-sprawy-reparacji-wojennych-dla-polski

 

[7] https://stopsyjonizmowi.wordpress.com/2011/09/05/polska-powinna-miec-roszczenia/

 

[8] http://wolna-polska.pl/wiadomosci/niemcy-chca-zniszczyc-pis-chodzi-o-1-bln-usd-2016-01

 

[9] http://bezprawnik.pl/jaroslaw-kaczynski-ponownie-o/

 

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad…

http://krzysztofjaw.blogspot.com/

Nowo odtajnione dokumenty amerykańskiego wojska pokazują dokładnie, co stałoby się z Polską, gdyby w 1959 roku wybuchła III wojna światowa.

Najpierw na kluczowe bazy lotnictwa spadłyby potężne bomby termojądrowe, a potem druga fala bombowców miała przeprowadzić „systematyczną destrukcję” przy pomocy mniejszych ładunków. Zagłada miała spotkać między innymi Łebę, Tarnów, Mrągowo, Gliwice, Wałbrzych i Warkę. Na liście celów jest jeszcze wiele innych polskich miast. Nigdy nie było wątpliwości co do tego, że w wypadku wojny pomiędzy NATO a Układem Warszawskim na teren Polski spadłoby wiele bomb jądrowych. Dla Amerykanów nasz kraj stanowił ważny cel na trasie Armii Radzieckiej w drodze na zachód oraz był istotnym sojusznikiem wspierającym ZSRR. Z drugiej strony bomby na Polskę planowali zrzucać sami Rosjanie, aby w razie czego powstrzymywać marsz wojsk NATO na wschód. Opisane przez amerykańskie Archiwa Narodowe nowe odtajnione dokumenty pokazują jednak dość szczegółowy obraz tego, co miało się stać z Polską. Amerykanie opublikowali duże fragmenty z materiału zatytułowanego „Badanie Zapotrzebowania na Broń Jądrową Dowództwa Lotnictwa Strategicznego na rok 1959”. Źródło: National Archives Fragment, na którym widać między innymi los Lublina. Siedem celów do zniszczenia. Trzy pierwsze cyfry to rodzaj celu, następująca później seria to oznaczenie konkretnej bomby i samolotu, który ma ją zrzucić Priorytety podczas zagłady atomowej Zagłada była bliższa, niż się wydawało. Żołnierze zignorowali rozkaz odpalenia rakiet Ponad pół wieku… czytaj dalej » Dokument stanowi kompleksowy opis tego, jak amerykańskie lotnictwo strategiczne planowało atakować ZSRR i jego sojuszników. Zawierał między innymi analizę potencjału arsenału jądrowego USA i tego, czy jest on wystarczający. Wśród postulatów było zbudowanie wielkich bomb termojądrowych o mocy około 60 megaton (około 240 bomb z Hiroszimy), które ostatecznie nigdy nie powstały. Jedynie wojsko ZSRR zdetonowało porównywalny eksperymentalny ładunek o potocznej nazwie „Car Bomba”, ale okazał się on być zbyt niepraktyczny i po prostu za silny do zastosowania wojskowego. Dowództwo Lotnictwa Strategicznego (SAC), które w latach 50. było u szczytu swojej potęgi i dysponowało niemal całym arsenałem jądrowym USA w postaci bomb przenoszonych przez bombowce (rakiety były jeszcze nowinką), planowało w pierwszej fazie III wojny światowej skupić się na zniszczeniu swoich radzieckich odpowiedników – wynika z dokumentu. Priorytetem były lotniska bombowców na terenie ZSRR i państw satelickich. Miały na nie spaść najpotężniejsze bomby termojądrowe. Jednocześnie miały zostać zaatakowane kluczowe centra dowodzenia i inne duże bazy wojska. W drugiej fazie, gdy zostałby wyeliminowany potencjał ZSRR do ataku jądrowego, amerykańskie bombowce miały przystąpić do „systematycznej destrukcji”. Na kilka tysięcy celów miały spaść mniejsze bomby (ale i tak o mocy co najmniej kilku tych z Hiroszimy), w celu zniszczenia mniej ważnych obiektów wojskowych, przemysłu zbrojeniowego, fabryk mogących wspierać produkcję wojenną, ważnej infrastruktury i po prostu ludności cywilnej. Według amerykańskich archiwistów, SAC planowało atakować cele w państwach satelickich przy użyciu bomb stosunkowo słabszych od tych zrzucanych na ZSRR. Motywowano to powodami „politycznymi” i „psychologicznymi”. Amerykanie prawdopodobnie chcieli móc później powiedzieć, że starali się ograniczać i spowodować jak najmniej zniszczeń, co mogłoby mieć jakieś znaczenie podczas układania świata po zagładzie jądrowej. Źródło: National Archives Los Warki, Warszawy i położonego opodal Ożarowa Lista dla Polski Czym Rosjanie straszą USA? Zagładą zza grobu. System „Perimeter” – Rosja może… czytaj dalej » Archiwa Narodowe USA nie zaprezentowały w sieci kompletnego dokumentu, ale jedynie jego wyimki, więc trudno policzyć ile dokładnie bomb i gdzie miało spaść w Polsce. Na pewno byłoby to jednak co najmniej kilkadziesiąt ładunków. W samym Poznaniu i Warszawie wyznaczono razem 35 celów, które miałyby zostać zniszczone w idealnych warunkach, czyli gdyby starczyło samych bomb i samolotów do ich zrzucenia. Niezależnie od wspomnianego „miarkowania się” Amerykanów w bombardowaniu państw satelickich, zniszczenia w Polsce i tak prawdopodobnie byłyby ogromne. Nie zamierzali się bowiem ograniczać atakując ważne lotniska. Wysoko na liście były między innymi bazy w Brzegu i Modlinie, na które miały spaść ładunki o mocy wielu megaton, które wywołałyby wielkie zniszczenia i skażenie w promieniu dziesiątek kilometrów. Wiele celów co do zasady wojskowych znajdowało się w miastach lub w ich bezpośredniej okolicy. I tak między innymi w Poznaniu zidentyfikowano aż 20 celów, na które miałyby spaść bomby. Od lotnisk Bednary i Ławica, po duże węzły kolejowe w mieście. W Warszawie i okolicach wyznaczono 15 celów, głównie obiekty związane z dowodzeniem wojskiem i infrastrukturą, chociaż na liście znajdował się również cel nr 275, czyli po prostu „ludność”. Poniżej lista celów w Polsce. Nie jest pełna, bowiem w internecie opublikowano jedynie część całego dokumentu. Ocenzurowano również fragment, który pozwoliłby stwierdzić, jakie dokładnie bomby miałyby zostać zrzucone na konkretne cele, dzięki czemu można by szacować skalę zniszczeń. Dęblin – jedna bomba, baza lotnicza Katowice – jedna bomba na dzielnicę Wełnowiec Lublin – siedem bomb, fabryki i infrastruktura Łeba – jedna bomba, prawdopodobnie port Mościce – jedna bomba, Zakłady Azotowe Tarnów Przejście graniczne Przemyśl-Mościska – jedna bomba, ważne połączenie kolejowe z ZSRR Mrągowo – jedna bomba, prawdopodobnie na bazę wojskową Gliwice – jedna bomba, zakłady zbrojeniowe Bumar-Łabędy Powidz – jedna bomba, baza lotnicza Poznań – 20 różnych celów, lotniska, infrastruktura kolejowa, fabryki i ludność cywilna Świdnica – siedem bomb, fabryki i infrastruktura Wicko Morskie – jedna bomba, baza lotnicza Wicewo – jedna bomba na wieś opodal Białogardu, trudno stwierdzić co miało być tam celem Wałbrzych – łącznie pięć celów, fabryki i infrastruktura Warka – trzy bomby, prawdopodobnie infrastruktura Warszawa – 15 celów, w tym położone w okolicy Pruszków, Piastów i Ożarów. Lotniska, fabryki, infrastruktura, centra dowodzenia Władysławowo – jedna bomba na port Włocławek – dwie bomby, prawdopodobnie na zaporę Żarów – łącznie cztery bomby, prawdopodobnie na pobliski węzeł kolejowy Jaworzyna Śląska i bazę lotniczą Mirosławice Cele SAC w Polsce

Rosjanie mają prawdopodobnie inne przewody pokarmowe niż Polacy. Co i rusz ktoś z naszych dziennikarzy, a nawet ekspertów, okazuje swe wielkie zatrwożenie faktem, że jakoby na półki rosyjskich sklepów trafia fałszywy nabiał, niekorzystny dla zdrowia.

Ten fałszywy rosyjski nabiał to wszelkie wyroby seropodobne czy śmietanopodobne. Ich fałszywość polega na tym, że część tłuszczu mlecznego zastąpiono w nich olejami roślinnymi, najczęściej palmowym. Tymczasem Polakom taki fałszywy nabiał, którego od lat zatrzęsienie w polskich sklepach, nie szkodzi nic a nic.

Przypomnę w tym miejscu, że już ponad dwa lata temu zwracałem uwagę użytkowników Prawicy.net na rewelacyjną „śmietanę 18%” firmy JAGR. Zawiera ona 18% tłuszczu roślinnego. Z tego wynika, że tłuszczu mlecznego nie ma w niej wcale. Ta rewelacyjna „śmietana” dostała nawet w 2006 roku złoty medal na Międzynarodowych Targach Poznańskich:

fn-1.jpg

Czy szkodliwy produkt spożywczy mógłby dostać złoty medal? Wykluczone! Skoro w Poznaniu „śmietana” wyłącznie z tłuszczu roślinnego dostała złoty medal, to musi ona być absolutnie zdrowa dla Polaków. Rosjanie mają po prostu beznadziejne przewody pokarmowe.

Wracam po raz kolejny do sprawy „roślinnego nabiału” nie bez powodu. Będąc dziś (21 stycznia) w sklepie sieci Dino (we wsi Kup), zlustrowałem tam półkę z serami. Wyrobów seropodobnych było na niej pod dostatkiem:

fn-2.jpg

Ich producentem była firma dotąd mi nieznana (OSM Kowalew), więc postanowiłem kupić jeden z jej wynalazków i zdegustować go. Mój wybór padł na „krem topiony z papryką”:

fn-3.jpg

Ponieważ mogę mieć przewód pokarmowy równie lichy jak Rosjanie, to na próbę zjadłem tylko połowę kostki (50 g). Smakował bardzo dobrze, choć był z oleju palmowego. Jutro zjem drugą połowę. Jeśli będę pisać komentarze, to będzie znaczyło, że przeżyłem, czyli górą polski przewód pokarmowy, nawet 64-letni.

Odruch sprawdzania wszystkiego (ufać jest dobrze, a sprawdzać jeszcze lepiej) kazał mi wyszukać wszystko, co wiadomo na temat firmy OSM Kowalew i jej produktów seropodobnych. Przy tej okazji trafiłem na inny ciekawy materiał (link zewnętrzny).

Na Forum Mleczarskim pani Aneta Będkowska, Kierownik Biura Marketingu i Współpracy z Klientem w firmie Sertop (Tychy), wypowiedziała się na temat „analogów” (to taka ładniejsza nazwa wyrobów seropodobnych). Wypowiedź pani Będkowskiej jest z czerwca 2015 i ma to znaczenie.

Pani Będkowska wyjaśnia, dlaczego Sertop zaczął produkować „analogi”. Stwierdza, że

wszechobecny kryzys spowodował, że coraz więcej konsumentów zaczęło szukać w sklepach tańszych wyrobów. Postanowiliśmy wyjść naprzeciw ich oczekiwaniom i stworzyliśmy odpowiedniki najpopularniejszych smaków naszych serków topionych

Proszę zwrócić uwagę, że zdaniem fachowca od marketingu, w czerwcu 2015 trwał już w Polsce od pewnego czasu „wszechobecny kryzys”. Można oczywiście powiedzieć, że pani Będkowska nie zna się. Prawda jest jednak taka, że klienci, stojąc wobec wyboru: „droższy ser czy tańszy wyrób seropodobny”, wybierają wyrób seropodobny. Uznają, że ser to jednak zbyt duży luksus, jak na ich portfele. Ocenę pani Będkowskiej dedykuję wszystkim tym, którzy zachłystują się dostatkiem, w jaki rzekomo pławią się dziś Polacy. Jest to dostatek, w którym ser stał się luksusem.

Istotna jest też prognoza pani Będkowskiej. Pytana, czy produkcja „analogów” będzie się rozwijać, odpowiada, że

„Zdecydowanie tak!” bo „Tak długo, jak długo będzie trwał kryzys, będzie istniało zapotrzebowanie na tańsze wyroby”.

Tak więc w czerwcu 2015 marketingowiec Aneta Będkowska oceniała, że nasza polska przyszłość to zdecydowanie kryzys. I teraz mam pytanie: Nie wierzyła w wyborcze zwycięstwo PiS, czy też uważała, że PiS i PO to jedno i to samo?

Piotr Badura

(1953) Ślązak z dziada pradziada, ducha polskiego, z wielką sympatią do Niemiec. W latach 1989-2014 wydawał i redagował lokalne czasopismo „Beczka” (działalność non-profit) we wsi Brynica w gminie Łubniany

 

„Wiosna ludów” była kolejnym, znaczącym gwoździem do trumny Starej Europy. Swe istnienie ujawniła wówczas światu ogólnoeuropejska sieć ukrytych centrów, gromadzących wokół siebie siły przewrotu.

Inspirowane przez nie rewolty wymusiły wprowadzenie pisanych konstytucji w starych księstwach i królestwach Włoch i Niemiec, a nawet w cesarskiej Austrii. We Francji rewolucjoniści obalili lipcowego „króla z łaski ludu”, uzurpatora Ludwika Filipa, i proklamowali republikę, a pierwszą decyzją jej zaimprowizowanego rządu było zniesienie tytułów szlacheckich. Następnie wzniecili w Paryżu krwawe powstanie, w którego toku kroili gwardzistów piłami i piekli ich na wolnym ogniu, zamordowali paryskiego metropolitę oraz wydali kuriozalny dekret o „nacjonalizacji kobiet”. Papież bł. Pius IX (1792-1878), po zamordowaniu jego pierwszego ministra w biały dzień przez karbonariuszy, musiał szukać schronienia poza Wiecznym Miastem, gdzie władzę przejęli Garibaldi i Mazzini – masoni i zawodowi spiskowcy. Mason Kossuth poderwał Węgry do desperackiego zrywu; w Polsce tego samego próbował mason Mierosławski. Samozwańczy niemiecki „przedparlament” zgromadzony we Frankfurcie zaproponował królowi Prus Fryderykowi Wilhelmowi IV (1795-1861) cesarski tytuł z demokratycznego nadania, lecz monarcha ze wstrętem odmówił jego przyjęcia.

Jeżeli „wiosna ludów” miała w ogóle jakąś dobrą stronę, to chyba tylko taką, że zaktywizowała również siły kontrrewolucyjne. Przytoczymy tu jednak odmienną ocenę, sformułowaną przez przedstawiciela tych ostatnich. Polski ultramontanin o. Walerian Kalinka (1826-1886), inicjator konserwatywnej krakowskiej szkoły historycznej, w sławnej pracy „Galicja i Kraków pod panowaniem austriackim” (1853) pisze:

„To tylko winienem dodać, że duch rewolucyjny, który ogarnął naówczas całą Europę, waląc jakoby młot Opatrzności przekwitłe formy społeczeństwa rządów, który zatem z tego tytułu mógł w obozie konserwatywnym wywołać naturalny opór, w Galicji i Księstwie Poznańskim nie miał charakteru rewolucyjnego, ale się opierał na gruncie patriotycznym i nie dążył do zniszczenia zasady, którą konserwatyzm umie szanować i za podstawę swoją przyjmuje, to jest zasady narodowości. Z tego li tylko punktu, ze stanowiska narodowego, które jest ściśle konserwatywnym, oceniane ruchy w prowincjach polskich, znajdują w umyśle bezstronnym usprawiedliwienie. Co więcej, w Galicji ruch roku 1848 przybrał inne, obszerniejsze znaczenie. Był on od pierwszej chwili antyrewolucyjnym, był usiłowaniem ku oparciu społeczeństwa na podstawie słuszności i prawa przedsięwziętym, usiłowaniem ku zamknięciu tej epoki antysocjalnej, którą rząd otworzył i szedł nią od roku 1772. Tam, gdzie był usankcjonowany system spiskowania nieustannego z ciemnymi masami przeciw zdrowym żywiołom społeczeństwa; gdzie biurokracja zamieniła się w narzędzie komunizmu; gdzie rząd głosił zasadę nieuszanowania życia i własności bliźniego; gdzie tych samych ludzi uważał za swoich sprzymierzeńców, którzy w roku 1846 przodkowali bandom morderców i rozbójników; tam wśród walki inne było stanowisko walczących niż w reszcie Europy; tam z jednej strony stawał rząd i biurokracja, jako banda kondotierów na czele chłopskich mas i karnej armii, z drugiej szykowała się szczupła falanga szlachty i mieszczan polskich pod chorągwią prawa i społecznych zasad. Jeśli, jak to dziś powszechnie mówią, obrońcami towarzystwa ludzkiego były w roku 1848 rządy, a jego przeciwnikiem rewolucja, jeśli triumf rządów w roku 1849 był triumfem konserwatyzmu w Europie, to w Galicji, wraz ze zwycięstwem rządu, stanął u góry system rewolucji demagogicznej, nieustającej, utrwalił się proces ciągłej fermentacji i ciągłego rozkładu społecznego.”

Wspominając ów rok barykad, zapomina się bowiem na ogół o fakcie, iż w Polsce układ sił przedstawiał się wtedy pod wieloma względami odwrotnie niż na Zachodzie. Tam porządek społeczno-polityczny, choć zachwiany poprzednimi rewoltami, w dużej mierze wciąż miał zachowawczy charakter, podkopywany przez „rewolucję z dołu”. Naród żyjący między Odrą a Dnieprem doświadczał natomiast „rewolucji z góry”: rządy mocarstw rozbiorowych próbowały ustabilizować swą władzę nad hardymi Lachami, uprawiając na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej regularną inżynierię społeczną. Na celowniku ich niwelacyjnej polityki znajdowały się w pierwszej kolejności Kościół katolicki oraz grupa w naturalny sposób przechowująca w sobie tradycje narodu i dostarczająca mu elit – szlachta. Oświecony absolutyzm zaborców dążył do jej dezintegracji jako warstwy społecznej – lub przynajmniej osłabienia – za pomocą rewolucyjnych w swej istocie posunięć prawodawczych i administracyjnych, szczególnie wyrafinowanych w józefińskiej Austrii. Apogeum tej polityki stanowiła „rabacja galicyjska” roku 1846, gdy chłopi podburzeni przez cesarskich funkcjonariuszy dokonali bestialskiej rzezi polskich ziemian. Powszechna destabilizacja polityczna dwa lata później zmobilizowała w Polsce do działania nie tylko liberałów, demokratów i socjalistów, ale i ich adwersarzy. Na fasadzie dotychczasowego ładu europejskiego, w którym Rzeczpospolitą zdegradowano do roli kilku zawojowanych prowincji, pojawiały się rysy. Erozja status quo otwierała pole do działania także dla sił pragnących uzdrowienia dotychczasowych stosunków – jeśli nie odrodzenia własnej państwowości, to przynamniej zaprowadzenia na ziemiach polskich porządku politycznego, który chroniłby tradycje ich mieszkańców, zamiast je rugować. Polscy konserwatyści nie zamierzali zmarnować takiej szansy.

„Wiosna ludów” rozpoczęła się w Polsce w zaborze pruskim. Po marcowych rozruchach w Poznaniu zawiązał się Komitet Narodowy jako reprezentacja Polaków wobec władz. Przystąpił też zaraz do ustalenia planu dalszych działań. W skład Komitetu weszli między innymi dwaj konserwatyści o nastawieniu legalistycznym, Maciej Mielżyński (1790-1870) i Gustaw Potworowski (1800-1860). Opowiadali się oni za obroną dotychczasowych swobód pozostawionych Polakom oraz pracą nad ich stopniowym poszerzaniem w oparciu o zasady przyjęte przez europejskie monarchie na kongresie wiedeńskim – za programem narodowej autonomii, a nie niepodległości. Pozostawali jednak w mniejszości. W jawnym Komitecie oficjalnie zasiadało pięciu rewolucjonistów-spiskowców: Walenty Stefański (założyciel konspiracyjnego, socjalistycznego Związku Plebejuszy), Ryszard Berwiński (poeta powiązany ze Związkiem Plebejuszy, autor głośnego wiersza „Marsz w przyszłość” o wymowie jakobińskiej), Jakub Krauthofer (w 1848 r. zmienił nazwisko na Krotowski) oraz dwóch członków tajnego Komitetu Poznańskiego, będącego od 1839 r. krajową komórką emigracyjnego, jakobińskiego Towarzystwa Demokratycznego Polskiego – Cyprian Jarochowski i Jędrzej Moraczewski. Radykałowie domagali się natychmiastowego zrywu powstańczego, licząc na jego wsparcie przez inne zrewoltowane narody. Deputacja pod przewodnictwem arcybiskupa Przyłuskiego przedstawiła jednak władzom pruskim postulat nie niepodległości, a reorganizacji Wielkiego Księstwa Poznańskiego jako prowincji królestwa Prus – przywrócenia jej zagwarantowanej na kongresie wiedeńskim autonomii, w latach 1830-1840 systematycznie ograniczanej w ramach represji po powstaniu listopadowym. I rzeczywiście, 24 marca dowódca stacjonującego w Wielkopolsce V korpusu armii, gen. Colomb, wydał rozkaz zapowiadający „reorganizację narodową” Księstwa pod warunkiem utrzymania porządku i dotychczasowych władz; „reorganizacja” miała obejmować spolszczenie administracji i szkolnictwa oraz wycofanie z Księstwa wojsk pruskich, które zastąpiłaby polska gwardia narodowa. Ale 28 marca w Poznaniu zjawił się Mierosławski. Szybko skonsolidował wokół siebie zwolenników powstania, poza tym przywiózł z zagranicy emigracyjnych oficerów – byłych powstańców. Stronnictwo rewolucyjne przejęło kontrolę nad tworzonymi ochotniczo oddziałami zbrojnymi, pociągając prowincję w odmęty beznadziejnej insurekcji, zakończonej w jedyny możliwy w ówczesnych warunkach sposób: brutalną pacyfikacją przez Prusaków Księstwa oraz Pomorza Gdańskiego i Śląska, gdzie nastąpiły ruchawki wzniecone przez poznańskie echa.

Równolegle w marcu rozpoczęły się zamieszki w Galicji, które przybrały na sile, gdy do Krakowa przedostało się około ośmiuset emigrantów na czele z aktywistami Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, Wiktorem Heltmanem i Leonem Zienkowiczem. Formowano Gwardię Narodową (osobny oddział mieli w niej tworzyć galicyjscy Żydzi) oraz, podobnie jak w zaborze pruskim, utworzono Komitet Narodowy. Miasta Kraków i Lwów zamierzały wysłać do Wiednia deputację pod przewodnictwem Jerzego Lubomirskiego, by przedłożyła cesarzowi Ferdynandowi I adres postulujący przekazanie przez cesarza Komitetowi władzy nad zaborem austriackim. Temu mglistemu planowi sprzeciwił się konserwatywny mąż stanu Aleksander hrabia Wielopolski (margrabia Gonzaga-Myszkowski, 1803-1877). Przedstawił on własny projekt adresu, który zawierał bardziej sprecyzowane postulaty: likwidacji pańszczyzny, utworzenia regularnej gwardii narodowej, zastąpienia urzędników austriackich Polakami, zwołania sejmu galicyjskiego, a także wyposażenie w odpowiednie kompetencje komisji wybranej przez galicyjskie stany sejmujące, przeznaczonej do zorganizowania polskiej administracji, oświaty, sądownictwa i sił zbrojnych. Zanim jednak jego projekt mógł zostać zrealizowany, cesarska armia siłą spacyfikowała Kraków w drugiej połowie kwietnia. W listopadzie ten sam los spotkał Lwów.

Stając wobec wypadków 1848 r. na ziemiach polskich, zachowawcy chcieli w pierwszej kolejności nie dopuścić do zmonopolizowania kierownictwa nad zaistniałym poruszeniem politycznym przez obóz przewrotu, który rozbudzony zapał narodu pragnął w całości skierować w łożysko pozbawionej szans powodzenia rewolty. Nestor krakowskiego konserwatyzmu prof. Antoni Zygmunt Helcel (1808-1870) przygotował w tym celu projekt aktu konfederacji „wszystkich patriotów i wszystkich sił narodowych dla osiągnięcia niepodległości dawnej Polski całej na drodze agitacji legalnej”. Konfederacja miałaby wyłonić jeden ośrodek władzy dla kierowania tą agitacją w Wielkim Księstwie Poznańskim i Galicji. Projekt w duchu solidaryzmu narodowego odrzucał „wszelki polityczny kierunek absolutyzmu i terroryzmu bądź monarchicznego, bądź oligarchicznego, uprzywilejowania i wyłączności jednej klasy lub części narodu oraz ducha prowincjonalnej supremacji”. Powołaniu wspólnego ośrodka władzy służył zjazd zwołany w maju do Wrocławia przez gen. Henryka Dembińskiego, zwolennika wystosowania do cara adresu postulującego przywrócenie Królestwu Kongresowemu pełnej odrębności, jaką cieszyło się ono przed 1830 r. Zjazd ów okazał się nieudany.

W pierwszej połowie czerwca obradował natomiast w Pradze Zjazd Słowiański, poświęcony zorganizowaniu przez słowiańskie narody cesarstwa wspólnego oporu przeciw dominacji Austrii i Węgier. Polaków reprezentowali m.in. wymienieni powyżej Jerzy Lubomirski i Jędrzej Moraczewski oraz czołowy liberalny myśliciel epoki Karol Libelt. Zjazd rozpędziło wojsko przy okazji pacyfikacji Pragi. Po jego wymuszonym zakończeniu prof. Helcel i hrabia Wielopolski wystąpili publicznie z koncepcją przekształcenia państwa Habsburgów w monarchię federacyjną, której trzon stanowiłaby federacja Słowian. Wspólnie napisali projekty statutu federacji i adresu do cesarza. Żaden z dokumentów nie zawierał hasła niepodległości Polski ani nawiązania do praskiego zjazdu, adres stwierdzał natomiast, iż skoro wydarzenia 1848 r. doprowadziły do zachwiania podstaw monarchii, dla jej ocalenia konieczne jest oparcie jej na zasadzie równouprawnienia narodów, obdarzonych przez Boga „przyrodzonym prawem” do zachowania swego bytu. Projektowana federacja słowiańska, działając solidarnie, mogłaby z łatwością powstrzymać ewentualny powrót rządu do praktyk germanizacyjnych. Również i ten plan konserwatystów nie został uwieńczony powodzeniem, w miarę jak cesarskie władze wojskowe i cywilne siłą odzyskiwały kontrolę nad zbuntowanymi częściami monarchii.

Jesienią 1848 r. w Krakowie rozpoczęła się natomiast historia najbardziej prominentnego konserwatywnego pisma w historii Polski – „Czasu”, który miał się odtąd ukazywać nieprzerwanie aż do 1939 r. Założyli go: Lucjan Siemieński (1807-1877), Adam hrabia Potocki (1822-1872) oraz legendarny reakcjonista Paweł Popiel (1807-1892). „Czas” na wstępie zapowiedział walkę z „nową edycją praw człowieka, nihilistycznym liberalizmem, germańskim absolutyzmem”, a także z tymi Polakami, co „chcą jednym zamachem przerzucić nasz kraj z dawnego organizmu, z dawnej swej składni w organizm i skład najdalej w liberalizmie zaszłych społeczeństw zachodnich, którzy wyrabiają historię w sobie, a nie w narodzie, którzy nieprzełamani w swym uporze, goniąc za własnymi marami, odstąpili od ludu, stali się cudzymi, jemu obcymi, nie dzieląc już, nawet dzielić nie chcąc, jego uczuć, jego sympatii i jego nadziei, którzy zatem są kastą także bez ludu, strupieszałym zabytkiem przeszłości, a przeto gorącymi obrońcami teraźniejszości i zachodniego świata”. Stałym publicystą „Czasu” został szybko hrabia Wielopolski, nawołując na jego łamach do solidaryzmu społecznego jako metody obrony przez polityką centralizacji i germanizacji, uprawianą zarówno przez austriackich rzeczników absolutyzmu oświeconego, jak i austriackich liberałów. Pisał m.in.: „Celem naszym obecnym jest, i być powinno, zapewnić sobie wolność rzetelną za pośrednictwem panowania prawa i instytucji, przyjść do organizacji politycznej i moralnej, zlać z nami lud nie pochlebstwem, ale sercem i podniesieniem go do wyższej wartości (…).”

Zachowawcy wystawili ponadto swoich kandydatów w wyborach do niższej izby austriackiego parlamentu. W przygotowanym na tę okoliczność „Głosie do wyborców” prof. Helcel przekonywał o potrzebie zastąpienia niemieckojęzycznych urzędników Polakami oraz utworzenia czysto polskich instytucji podstawowych, takich jak gmina, gwardia narodowa, szkolnictwo czy sądy. U schyłku 1848 r. galicyjscy konserwatyści podjęli wreszcie próbę nawiązania stałej współpracy z głównym polskim ośrodkiem politycznym na emigracji, Hotelem Lambert skupionym wokół Adama Jerzego księcia Czartoryskiego (1770-1861). Hrabia Potocki gotów był przystać na podporządkowanie krajowych środowisk zachowawczych Hotelowi Lambert, ale obwarował zgodę warunkami „przeniesienia ogniska działań do kraju, zmiany stanowiska emigracyjnego, a przeto rewolucyjnego i z zasady konspiracyjnego na pole stanowiska rzeczywistego dziś istniejącego w kraju w warunkach legalnych, wreszcie zupełnego zaniechania polityki osobistej” rozwijanej przez współpracowników księcia Adama. Hotel Lambert warunków nie przyjął, wobec czego do porozumienia nie doszło. Na domiar złego kandydatom konserwatystów nie poszczęściło się w wyborach do parlamentu.

Przypatrując się działaniom polskich zachowawców w gorącym politycznie roku 1848, widzimy, iż przez cały ten czas pozostawali oni aktywni, próbując rozmaitych sposobów poprawy położenia Polski bez narażania narodu na niepotrzebne, a dotkliwe ciosy i wstrząsy – tymczasem próżno by szukać o tym wzmianek w większości opracowań historycznych, o podręcznikach nie wspominając. Wytrwale bronili narodu przeciw rewolucyjnej zarazie we wszelkich odmianach, czy to lęgnących się w jego własnym łonie, czy wdzierających się w jego organizm z zewnątrz – i być może tu właśnie leży przyczyna owego milczenia. Być może ci, co dziś piszą historię kierują swe sympatie raczej ku polskim karbonariuszom i naśladowcom jakobinów?

Adam Danek

Nørre Sandegård Vest – jedno z najbogatszych cmentarzysk w Danii, na którym spoczęli przedstawiciele lokalnej elity, prawdopodobnie część królewskiej świty – było większe niż dotychczas sądzono. Od 2014 r. odkryto tam już blisko 40 pochówków z VI-VIII wieku.

 

Cmentarzysko Nørre Sandegård Vest położone jest w północno-wschodniej części wyspy Bornholm. Należy do najbardziej znanych i bogatych nekropolii z okresu od VI do VIII wieku w Danii. Archeolodzy byli przekonani, że cmentarzysko jest zdecydowanie mniejsze – w czasie wykopalisk w latach 80. XX w. sądzono nawet, iż już zostało w pełni przebadane. Przypadkowe odkrycie pochówku kobiecego w 2013 r. stało się impulsem do podjęcia nowych wykopalisk.

Jak poinformowała rzecznik prasowa Uniwersytetu Gdańskiego, dr Beata Czechowska-Derkacz, wykopaliskami w tym miejscu kierują archeolodzy z tej uczelni – doktoranci Instytutu Archeologii Uniwersytetu Gdańskiego – Karolina Czonstke i Bartosz Świątkowski wraz ze współpracownikami z Bornholms Museum.

W trakcie prac prowadzonych w 2016 roku udało się ustalić, że cmentarzysko było większe niż do tej pory uważano. Od 2014 r. naukowcy odkryli i przebadali blisko 40 pochówków szkieletowych, w których spoczęli mężczyźni, kobiety i dzieci. Zmarłym towarzyszyły liczne dary grobowe. W przypadku kobiet były to głównie ozdoby: naszyjniki ze szklanych paciorków, zapinki, zawieszki, ale również przybory toaletowe.

W grobach mężczyzn znajdowała się broń: miecze, noże bojowe, włócznie, tarcze, jak również ozdobne elementy pasa. W części z nich pojawiały się też szczątki koni – całego zwierzęcia lub jedynie głowy. Zmarłych pochowano z końmi, gdyż zwierzęta te były symbolem wysokiego statusu społecznego.

Lokalna elita wybrała ten rejon na miejsce swojego spoczynku zapewne nie tylko ze względu na jego położenie (w pobliżu morza), ale także na istnienie w niedalekiej okolicy ośrodka władzy centralnej. Jest to o tyle ciekawe, że z przekazu podróżnika Wulfstana, który odbył podróż z Hedeby do Truso pod koniec IX wieku, wiemy, że wyspą władał samodzielny król. Badane przez nas cmentarzysko może być jednym z dowodów na potwierdzenie istnienia lokalnego rodu władców, a na wspomnianym cmentarzysku spoczywają członkowie ich świty – tłumaczy Karolina Czonstke.

Badacze z Instytutu Archeologii i Etnologii Uniwersytetu Gdańskiego eksplorują tereny duńskiej wyspy Bornholm już od 2012 roku. W poprzednich sezonach badawczych udało się odnaleźć m.in. jeden z najlepiej zachowanych domów wikingów, datowany na okres XI-XII w., ceramikę wikińską i słowiańską czy srebrne monety (głównie arabskie dirhemy, w tym dwie perskie monety datowane na rok 612). Wszystkie zeszłoroczne znaleziska przekazano do Muzeum Narodowego w Kopenhadze, gdzie zostaną poddane kompleksowej konserwacji, a później – zapewne – będą wyeksponowane. Część z nich ze względu na swoje doniosłe znaczenie już na stałe pozostanie w Muzeum Narodowym, a pozostałe powrócą do Muzeum Bornholmu – poinformowali archeolodzy.

Doktoranci UG planują w najbliższym czasie podjęcie kolejnych działań na Bornholmie. Ich głównym celem jest poszukiwanie materialnych pozostałości świadczących o obecności Słowian, którzy prawdopodobnie przed wiekami zamieszkiwali tę wyspę razem ze Skandynawami.

Tegoroczne badania prowadzone na cmentarzysku Nørre Sandegård Vest mogą przyczynić się do poznania sytuacji społeczno-kulturowej, jaka miała miejsce na wyspie u progu okresu wikińskiego i stała się jednym z punktów wyjściowych dla przemian, jakie miały miejsce w regionie Morza Bałtyckiego w okresie wczesnego średniowiecza – kończy Bartosz Świątkowski.

Tekst pochodzi z serwisu Nauka w Polsce.

Zgromadzenie Ogólne ONZ uchwaliło w 2005 roku “Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu”, ustanawiając go na dzień 27 stycznia.

Celem tego Dnia Pamięci jest, jak stwierdza popularna i politycznie poprawna encyklopedia Wikipedia: “uczczenie pamięci ofiar pomordowanych w czasie II wojny światowej przez reżim hitlerowski”.

Z powyższego wynika wprost, że jedynymi “ofiarami pomordowanymi w czasie II wojny światowej przez reżim hitlerowski” byli Żydzi, co jest oczywiście nieprawdziwe i już na poziomie samego tłumaczenia genezy zjawiska Dnia Pamięci stawia pod znakiem zapytania wiarygodność podstaw, którymi się kierowano oraz intencje, jak również ukazuje uzurpację i monopolizację cierpienia.

 

Poniżej przypominamy tekst z 2010 roku, dający inne spojrzenie na ten niemalże teologicznie strzeżony dogmat nowej religii – Religii Holokaustu.

Holokaust czy “99-procentowy” mit?

Profesor Robert Jan van Pelt, człowiek określany jako jeden z największych współczesnych specjalistów historii obozu KL Auschwitz, w zupełnie przemilczanym przez główne media wywiadzie dla dziennika wydawanego w Toronto [1] wypowiedział słowa, które wskazują na zasadniczy zwrot w oficjalnie promowanej, martyrologiczno-mitologicznej wersji wydarzeń II Wojny Światowej określanej mianem Holokaustu, a szczególnie w dotychczasowej, wysoce zideologizowanej historiografii obozu Auschwitz.

Van Pelt, który przyczynił się do słynnego zwycięstwa Deborah Lipstadt, żydowskiej profesor historii z uniwersytetu Emory w Atlancie – zwycięstwa sądowego, acz nie merytorycznego – jako kluczowy ekspert w rozprawie sądowej wytoczonej w 1996 roku przez brytyjskiego historyka Davida Irvinga o zniesławienie, zaproponował w swoim najnowszym wywiadzie iście rewolucyjną myśl.

Otóż według prof. Van Pelta należy: porzucić dbałość o obóz KL Auschwitz, pozbyć się dotychczasowych jego szczątków i w praktyce zapomnieć o jego istnieniu, a wszystko to argumentowane jest – uwaga! – brakiem wystarczających dowodów wspierających oficjalnie głoszoną wersję funkcjonowania obozu KL Auschwitz, głównie aspektu związanego z jego wielkimi liczbami ofiar.

W wywiadzie dla dziennika The Star, na pytanie: “Dlaczego zaproponował Pan aby Birkenau zostało zamknięte i aby natura zrobiła swoje?“, profesor Van Pelt odpowiada:

“Mamy problem z konserwacją, zachowaniem Auschwitz. Miejsce, które jest dobrze zakonserwowane, to tam, gdzie znajduje się obecnie Muzeum, jednak miejsce [gdzie był obóz] Birkenau, kilka kilometrów dalej, tam gdzie te morderstwa miały miejsce – rozpada się.”

Van Pelt opowiada następnie z jakich to nietrwałych materiałów obozowe budynki były wybudowane, których “żywotność miała wynosić zaledwie dwa do trzech lat”, jak to po zakończeniu wojny baraki “rozebrano – a było ich 500 – załadowano na pociągi i wysłano do Warszawy“, i jak to baraki te, wybudowane z tandetnej cegły, już w 1948 roku rozpadały się. Van Pelt zauważa następnie, że “każdy z tych baraków miał w środku dwa piece z dwoma murowanymi kominami, które jednak nie zostały wysłane do Warszawy“.

Van Pelt kontynuuje wywiad i wyjaśnia, że mamy więc obecnie:

“bardzo dziwny widok: małe, prymitywne ceglane kominy wyrastające na trzy metry ponad ziemię. […] Oczywiście same kominy – a jest ich razem setki – tworzą silny symboliczny obraz, ponieważ Birkenau kojarzony jest z kominami krematoriów. Krematoriów tych już nie ma – zostały wysadzone przez Niemców […] – a ponieważ pozostały tam tylko ruiny krematoriów, a ludzie spodziewają się tam kominów, to pole wypełnione małymi kominami, które są pozostałością baraków, tworzą obraz, który ludzie w jakiś sposób kojarzą z zabijaniem i paleniem zwłok ofiar.”

Kluczowe stwierdzenie

W tym miejscu wywiadu następuje kluczowa konkluzja Van Pelta, który na pytanie: “Poprzez pozwolenie aby natura zrobiła swoje z tym miejscem, czy nie ryzykujemy tego, że ludzkość zapomni co się wydarzyło i czy nie przygotuje to warunków do podważania w przyszłości Holokastu?“, profesor odpowiada:

“99-procent tego co wiemy, nie bazuje na fizycznych dowodach aby to poprzeć. [To co wiemy] jest częścią naszej wiedzy, którą przejęliśmy od poprzedniego pokolenia.” [2]

Dalej rozwija swoją myśl, na pierwszy rzut oka, w niemalże rewizjonistycznym stylu:

“Nie wydaje mi się, aby Holokaust był w tym sensie czymś nadzwyczajnym. W przyszłości, pamietając o Holokauście, będziemy [go] postrzegali w ten sam sposób, jak większość rzeczy z przeszłości. Będziemy pamiętali [go] w literaturze i poprzez wspomnienia świadków. Funkcjonujemy bardzo dobrze w ten sposób, pamiętając wydarzenia przeszłości. W ten sposób wiemy, że Cezar został zabity w marcowym dniu Id. Aby jednak umocować Holokaust w jakiejś specjalnej kategorii i domagać się tego aby tam pozostał, jest właściwie daniem za wygraną negacjonistom Holokaustu, którzy domagają się jakiegoś rodzaju specjalnych dowodów.” [3]

Wobec tak wyrażonego nowego, aby wręcz nie powiedzieć – rewolucyjnego spojrzenia na Holokaust i na obóz KL Auschwitz jako jego symbol, dziennikarz pyta dalej: “Dlaczego zatem miejsce nie zostało jeszcze zamknięte?”, na co Van Pelt odpowiada zdradzając niemal nieznany fakt:

“W 1959 roku była propozycja porzucenia obozu, tak aby natura zrobiła z nim swoje. Muzeum obozu chciało zabezpieczyć bramy i zezwolić na to, aby wszystko się rozpadło. Myślą, która proponowała takie rozwiązanie, było przyznanie, że jest to miejsce, w którym ludzkość tak monumentalnie zawiodła, że właściwie nie powinniśmy go utrzymywać. W tym czasie jednak ocaleni [byli więźniowie] sprzeciwili się takiej propozycji. […] Jednak pięćdziesiąt lat później stajemy w obliczu końca epoki ocalałych – wieku świadków – i wydaje mi się, że […] my jako gatunek ludzki powinniśmy to zaznaczyć.”

Na problem zawarty w pytaniu: “Co się stanie gdy nikt nie przekaże funduszy na zabezpieczanie tego miejsca?”, Van Pelt mówi:

“Moja odpowiedź na tę kwestię brzmi: ‘No to co z tego? Może to nie jest taki zły pomysł, aby to miejsce zostało wymazane.’”

Van Pelt tłumaczy następnie logikę swojej propozycji, opierając się na decyzji Przewodniczącego Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej (którą to funkcję, warto przypomnieć, pełni pan Władysław Bartoszewski, zwany “profesorem”, chociaż w rzeczywistości jedynie maturzysta), który miał powiedzieć, że “decyzja ta powinna być pozostawiona tym, którzy zginęli w Auschwitz”. W takim razie jednak, zauważa Van Pelt w dość pokrętny sposób:

“Czy mamy jakiś wgląd na ich [ofiar] życzenia co do tego miejsca, poprzez jakieś zarejestrowane zeznania zanim oni zginęli? Ci co przeżyli mają w jakimś stopniu do tego prawo, ale gdy i oni odejdą nie wydaje mi się aby naszą rolą było decydowanie o tym. To jest decyzja, która należy do żyjących. Ziemia należy do żywych. To żyjący muszą podejmować trudne decyzje.”[4]

Wnioski

Wobec powyższej wypowiedzi profesora Van Pelta, którą można śmiało nazwać przełomową, można pokusić się na następujące wnioski:

1. W środowisku głównych ideologów propagujących obowiązującą wersję Holokaustu oraz w grupach związanych z wykonywaniem programu Przemysłu Holokaustu, dokonuje się zmiana taktyki wspierania tejże ideologii, wynikająca z coraz poważniejszego nacisku niezbitych dowodów, od wielu lat odważnie przedstawianych przez niezależnych historyków i badaczy. Napór ten uniemożliwia dalsze funkcjonowanie dotychczasowej kompozycji ideologiczno-pseudohistorycznej, w której niemiecki obóz koncentracyjny KL Auschwitz wraz z podobozami eksponowany jest jako „największy obóz śmierci”.

Szczegółowo dokumentowane prace, nieznane szerszej opinii, niezależnych badaczy dotyczące m.in. liczby ofiar niemieckich obozów czy też zastosowania w nich komór gazowych, od wielu lat przedstawiają bardzo konkretne fakty, wskazujące w tym przypadku na znacznie mniejsze od podawanych liczby ofiar oraz na brak dowodów na masowe ludobójcze wykorzystanie komór gazowych. Między innymi ta właśnie siła argumentów doprowadziła do wycofania się na przełomie lat 90. z propagowanej liczby “4 milionów ofiar” obozu KL Auschwitz i umieszczenie jej na dzisiejszym poziomie “miliona”.

Jak jednak niezależni badacze wskazują od wielu lat, historycy wspierający oficjalną wersję Holokaustu nie posiadają żadnych dowodów ponad dobrze udokumentowaną liczbę ofiar, również i tych żydowskich, obiektywnie określaną dla kompleksu obozowego Auschwitz na poziomie 120-170 tysięcy. Jak widać, liczba ta znacznie odbiega od początkowych 10 milionów, później od funkcjonującego przez kilkadziesiąt lat mitu 4 milionów, czy też obowiązującej obecnie liczby „około 1 miliona”, zresztą ze stałą tendencją spadkową.

Chcąc forsować liczby większe od niezbicie udokumentowanych, ideolodzy oficjalnej wersji zmuszeni są do zastosowania elementów z pogranicza religii, z nienaruszalnymi dogmatami, w które można tylko wierzyć, lecz których nie wolno kwestionować. Muszą też zastosować terror intelektualno-prawny, odstraszający od prowadzenia badań w tym zakresie.

2. Siły nadrzędne, kontrolujące świadomość społeczeństw w tym zakresie, zaczynają propagowanie nowego modelu tzw. Shoah, w którym obóz KL Auschwitz zostaje zdegradowany w swej wielkości i staje się „jednym z tysięcy obozów nazistowskich”, cały czas jako znaczący symbol, być może i najważniejszy symbol, lecz niewiele ponadto. Ramowe założenia tego nowego modelu zaprezentowane zostały w książce opracowanej przez centralne Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie pt “Encyklopedia Obozów i Gett: 1933-1945″ (The United States Holocaust Memorial Museum Encyclopedia of Camps and Ghettos: 1933-1945), wydanej w czerwcu 2009 roku przez wydawnictwo Uniwersytetu Indiana.

Jak profetycznie stwierdza prof. Steven Katz, dyrektor wydziału Studiów Żydowskich im. Elie Wiesela na uniwersytecie w Bostonie, w wyniku publikacji tej encyklopedii: „Zamiast myśleć kategoriami głównych obozów śmierci, ludzie zrozumieją, że było to powszechne zjawisko na całym kontynencie [europejskim]“.

Tak więc, z pięciu tysięcy znanych dzisiaj historykom obozów – lepiej lub gorzej opisanych, z mniejszą bądź większą domieszką niedopowiedzeń, przekłamań, zwykłych kłamstw oraz innych ideologicznych nieczystości – rewolucjoniści i inżynierowie społeczni z Muzeum Holokaustu, ku konsternacji profesjonalnych historyków rozszerzyli tę liczbę do 20 tysięcy. Tym łatwiej będzie można kontrolować dyskurs publiczny, dając kolejnym pokoleniom zajęcie i zadanie udowadniania rzeczy niemożliwych. W przypadku zaś jakichś trudności natury obiektywnej, w odpowiedniej chwili wstrzyma się prace ekshumacyjne – przerabialiśmy to w Jedwabnem – i zatrudni bajkopisarzy w rodzaju Jana Tomasza Grossa.

3. Tym, jak twierdzi prof. Katz „powszechnym zjawiskiem”, ma być obciążenie wszystkich, a szczególnie tych żyjących w najbliższej geograficznej styczności – czyli głównie Polaków – realnymi zbrodniami Niemców i wyimaginowanymi astronomicznymi ofiarami, które summa summarum muszą w ekwilibrystyce arytmetycznej dać niepodważalną liczbę “6 milionów”.

Niedawno opublikowany tekst na łamach izraelskiego serwisu internetowego YnetNews, pióra prof. Zee Tzahora, który w najdobitniejszych, jakże kłamliwych i wściekle obelżywych słowach obciąża Polaków za dokonywanie morderstw Żydów (a Polacy ci według prof. Tzahora “Pod względem poświęcenia w prześladowaniu Żydów, wydawaniu ich nazistom, ich aktywnej roli w przemyśle eksterminacyjnym, byli drudzy jedynie po Niemcach, a czasami nawet bardziej oddani w działalności eksterminacyjnej.”), jest bardzo jasnym sygnałem do rozpoczęcia kolejnego, bardziej zaawansowanego etapu ataku na Polaków i samą Polskę, jako „zbrodniarzy wojennych” znacznie gorszych od Niemców.

Wpisuje się to doskonale w model “rozprzestrzenienia winy” i odciążenia Niemców, których dzisiejsze państwo w uległy sposób spełnia kolejne żądania Przemysłu Holokaustu, i które chętnie podzieli się swoją winą z innymi.

Artykuł prof. Tzahora nie jest zatem żadnym “wypadkiem przy pracy”, żadną “wpadką” wydawnictwa “Jedijot Achronot” – jak niektórzy próbują sugerować – i niewiele pomogą tutaj kurtuazyjzne i niemrawe protesty polskiej ambasady. Tekst został niewątpliwie wydrukowany z pełną wiedzą o zawartych w nim prowokacyjnych kłamstwach i ma służyć przyjętemu modelowi, o którym będzie niestety słychać coraz częściej.

4. Jeśli wiele zbrodni dokonanych przez Niemców i współdziałające z niemieckimi służbami jednostki kolaboracyjne (jak np. ukraińskie oddziały SS), może być w jakimś stopniu poddana mniej lub bardziej rzetelnym badaniom historycznym opierającym się na konkretnych dowodach – raportach wojskowych, zapiskach dowódców, zeznaniach wiarygodnych świadków, itp. – to w przypadku oficjalnych, wielokrotnie powiększonych liczb ofiar głównych obozów koncentracyjnych jest to niemożliwe i wobec tego wygodne i konieczne dla podtrzymania ideologicznego obrazu Holokaustu jest terytorialne rozprzestrzenienie zbrodni na Żydach.

Jak twierdzi prof. Steven Katz, nowa Encyklopedia Obozów zrewolucjonizuje myślenie o Holokauście. “Każdy kto myśli, że to [czyli Holokaust] wydarzyło się w sposób niezauważony przez przeciętnego człowieka, zburzy tę mitologię. Był jeden Auschwitz i jedna Treblinka, ale było również 20 tysięcy innych obozów rozlokowanych w całej Europie.”

Jednak jeśli przez 65 lat nie potrafiono w przekonywający sposób – a niekiedy w żaden logiczny sposób – udowodnić podawanych liczb ofiar głównych niemieckich obozów, to jakże historycy poradzą sobie z czterokrotnie większą liczbą nowych obozów i zaproponowanych żydowskich miejsc kaźni? Jeśli na przykład do tej pory trudno o rzeczowe i nie graniczące z fantasmagoriami wyjaśnienia przyczyny śmierci “milionów ofiar” obozów Bełżec, Sobibór czy Treblinka, to cóż dopiero mówić o możliwościach manipulacyjnych nowych “20 tysięcy obozów” w Europie?

W jaki sposób zginęły ofiary w obozach Bełżec, Sobibór, Treblinka?…

Po dziś dzień trudno bowiem o rzeczową odpowiedź na pytanie w jaki sposób zginęły ofiary w tychże obozach (Bełżec, Sobibór czy Treblinka), jeśli największe żydowskie encyklopedie i najtęższe głowy historyków ortodoksyjnych (np. Hilberg) do tej pory twierdzą, że główną przyczyną śmierci w tych obozach były… spaliny silników dieslowskich (chodzi o tlenek węgla, który jednak w tychże gazach występuje w znikomych ilościach – o czym za chwilę).

Nie tylko brak podstawowych badań fizykochemicznych mogących potwierdzić samą możliwość masowego uśmiercania spalinami dieslowskimi, ale nawet we współczesnej światowej literaturze medycznej znany i udokumentowany jest jak do tej pory zaledwie jeden jedyny przypadek śmierci od gazów spalinowych silników dieslowskich[5]. A cóż dopiero mówić o “milionach ofiar”, na dodatek przy braku jakichkolwiek dowodów – poza sprzecznymi ze sobą i konfabulacyjnymi zeznaniami zaledwie kilku wątpliwych “świadków”. No i na jakiej podstawie ci historycy szacują swoje liczby, jeśli mamy do czynienia z tak ogromnym rozrzutem?

Zajrzyjmy do oficjalnych książek: Tregenza twierdził w roku 2000, że w Bełżcu zginęło milion Żydów, lecz w tymże samym roku Jean-Claude Pressac pisał, że zginęło tam “poniżej 150 tysięcy”. W Sobiborze podobnie: Zimmerman mówi o “350 tysiącach”, Pressac – “poniżej 35 tysięcy”, czyli dziesięciokrotnie mniej. W przypadku Treblinki, propaganda sowiecka i powojenna “oficjalna historiografia” mówią nawet o “7 milionach ofiar”, żydowski “świadek” Rajzman wylicza “3 miliony ofiar”, van Pelt mówi o 750 tysiącach, a Pressac już o “poniżej 250 tysiącach”.

Gdzie zatem leży prawda przy tak wielkich rozrzutach? A przy tym warto podkreślić, że są to badania historyków nurtu wspierającego oficjalną wersję Holokaustu, bez dopuszczenia do głosu ich kontestatorów, bez przeprowadzenia np. szerokich badań fizyko-chemicznych, niezbędnych nawet przy pojedynczym morderstwie, a cóż dopiero przy milionach ofiar.

Oprócz masy artykułów w głównych mediach, które uważają, że w dyskusji na te najbardziej kontrowersyjne tematy II Wojny Światowej nie trzeba posilać się faktami, a wystarczą zwykłe inwektywy (zob. np. niedawne [2010 rok] teksty w tygodniku Newsweeka Polska: „ Irving! Won, kłamco!” Aleksandra Kaczorowskiego i „Patrzmy Irvingowi na ręce” Tomasza Stawiszyńskiego), warto w tym miejscu wspomnieć o postawie tzw. strony przeciwnej, mającej balansować te media głównego nurtu.

Warto wspomnieć tutaj o wystąpieniach w Radio Maryja np. prof. Józefa Szaniawskiego [6], choćby z tego względu, że wypowiedź tę można zakwalifikować jako przykład stanu świadomości historycznej pewnej ponadprzeciętnej kadry naukowej. Na pytanie prowadzącego audycję ojca, który wspomniał o “4 milionach” ofiar obozu Auschwitz, liczbie serwowanej nam w czasach komunizmu, prof. Szaniawski nie raczył ustosunkować się do tejże, obowiązującej przez kilkadziesiąt lat liczby – a wpajanej wszystkim, wyrytej na tablicach, przed którymi klękał m.in. Jan Paweł II – lecz przywołał nową liczbę ofiar: “około 800 tysięcy”.

Na jakiej podstawie odrzucił on oficjalnie podawaną liczbę (określaną na “milion do milion-sto tysięcy”) nie wyjaśnia już, natomiast z dziurą edukacyjną niegodną historyka wyraźnie przerósł on nawet ortodoksyjnych historyków wypowiadając się na temat obozu w Treblince. Prof. Szaniawski twierdzi bowiem, że “w Treblince zamordowano około miliona Żydów”.

Czyżby zatrzymał się on w swoich badaniach na lekturach sowieckich propagandystów, swego czasu serwujących nam te – i jeszcze większe – astronomiczne liczby, czy też zechciałby sięgnąć po prace np. J. C. Pressaca – było-nie-było żydowskiego historyka nurtu oficjalnego – podającego liczbę “poniżej 250 tysięcy”. Jeśli jednak byłby bardziej wnikliwy, być może zainteresowałby się stanem dowodowym dotyczącym tego właśnie obozu – a jest on w całej zideologizowanej wersji Holokaustu najbardziej wstydliwym punktem, gdyż przypadek Treblinki jest piętą achillesową Holokaustu – gdyż tak naprawdę to brak jakichkolwiek dowodów na potwierdzenie tak wielkich liczb ofiar.

Warto dodać, że prace niezależnych historyków odrzucają możliwość masowego uśmiercania przy pomocy spalin silników dieslowskich – a oficjalna wersja mówi właśnie o tym środku śmiercionośnym, a nie o np. Cyklonie-B – oraz oceniają liczbę ofiar na poniżej 80 tysięcy. To bardzo dużo, to o 80 tysięcy za dużo, ale jak liczba ta ma się do wtłaczanych przez lata społeczeństwom milionów?

Należy ponadto podkreślić, że w powszechnej świadomości zakorzeniona wersja o produkcie występującym pod nazwą Cyklon-B jako sprawcy ludobójstwa w komorach gazowych niemieckich obozów koncentracyjnych, jest w świetle nawet ortodoksyjnej literatury żydowskiej nieprawdziwa, choćby dlatego, że – biorąc statystyki ofiar, opracowne przez tychże historyków – niemal 2/3 wszystkich ofiar żydowskich zginęła nie od Cyklonu-B, lecz od tlenku węgla.[7]

Pora uświadomić sobie niestabilność oficjalnej wersji, w której zmową milczenia pomija się ten aspekt. Niemal wszyscy autorzy oficjalnej literatury “holokaustycznej” nie odnoszą się do tej kluczowej kwestii – sposobu morderstw 2/3 ludności żydowskiej – nie tylko nie przedstawiając argumentów za jej poparciem, ale często nawet ani słowem nie odnosząc się do niej, nie mówiąc już o braku jakichkolwiek analiz fizykochemicznych mogących potwierdzić tak brzemienną w skutkach hipotezę. Z naukowego punktu widzenia stanowisko takie jest niedopuszczalne i choćby tylko ten jeden fakt świadczy o ideologizacji nauk historycznych.

Treblinka, czyli problem uśmiercania gazami silników wysokoprężnych

Zajmijmy się zatem zagadnieniem uśmiercania przy pomocy gazów silników dieslowskich, bowiem niemal zupełnie nikt z tzw. największych autorytetów oficjalnej wersji Holokaustu, nawet nie zdaje sobie sprawy z ważności i wielkości zagadnienia. Owszem, kilku z nich cytuje zeznania Kurta Gersteina, członka SS, określanego jako “naoczny świadek masowych mordów w Bełżcu i Treblince”, który w Raporcie (zeznaniach złożonych w podejrzanych okolicznościach podczas więzienia przez Aliantów we Francji), opisywał gazowanie spalinami silników dieslowskich. Jednak poza cytowaniem tego raportu i kilku innych świadków, brak jakiegokolwiek poparcia ze strony weryfikacji naukowej.

Zatem, czy było możliwe masowe uśmiercanie więźniów przy pomocy gazów silników dieslowskich? (Przy czym jednostkowe przypadki uduszenia oczywiście mogą mieć miejsce, nawet w wyniku bardzo nieskutecznych pod tym względem spalin silników wysokoprężnych.) Czy miałoby sens wprowadzanie tak nieskutecznych metod masowego uśmiercania, jeśli o wiele prostsze, łatwiejsze i efektywniejsze byłoby przeprowadzenie tego przy pomocy silników benzynowych, albo jeszcze lepiej – przy użyciu szeroko dostępnych silników na gaz generatorowy (Holzgas)?

Aby odpowiedzieć na te pytania należy zdać sobie sprawę, że tych ostatnich, czyli silników na gaz generatorowy, Niemcy hitlerowskie miały w nadmiarze (wyprodukowano ich ponad pół miliona) i, w przeciwieństwie do cennego i reglamentowanego paliwa płynnego, zużywały powszechnie dostępne paliwo w postaci np. drewna. Przy tym produkowały gaz zawierający aż 35 procent tlenku węgla, podczas gdy spaliny silników Diesla zawierają w praktyce maksimum 0,5% CO, i to przy pełnym obciążeniu silnika, czyli dopiero przy niemal 100% obciążeniu – co jest trudne do osiągnięcia bez dodatkowego, kosztownego osprzętu – o którego istnieniu Raport Gersteina zresztą nie wspomina, a samo przyciśnięcie pedału “gazu” w silniku wysokoprężnym, bez jego maksymalnego obciążenia, nie wpływa niemal zupełnie na zwiększenie się zawartości CO w spalinach.

Mało tego, silniki generatorowe przed wojną były używane nawet do tępienia szczurów, a więc pragmatyczni Niemcy, na dodatek w czasie wojennych permanentnych braków surowców, powinni bez zastanowienia zastosować znane i sprawdzone rozwiązanie. Tym bardziej, że o groźnym stężeniu CO w gazie generatorowym tych silników wiedział niemal każdy niemiecki mechanik, gdyż ogólnokrajowy program szkolenia każdego kierowcy kładł szczególny nacisk na występowanie niezwykłego niebezpieczeństwa tlenku węgla produkowanego przez te generatory.

Na dodatek, III Rzesza od początku wojny wprowadzała stopniowo nakaz używania samochodów z tego rodzaju napędem, by w 1943 roku wprowadzić obowiązek używania tylko samochodów z silnikami na gaz generatorowy i zakaz używania samochodów z silnikami benzynowymi, do celów niemilitarnych. Niewątpliwie wielu więźniów przewożono tego rodzaju samochodami, które mogły być skutecznie wykorzystane do zabójczych celów, lecz na temat ich zastosowania do tych celów temat literatura milczy, nie przytaczając ani jednego raportu, zalecenia, protokołu wykonania, zeznań świadków, sprawców, itp.

Nic, absolutnie żadnych śladów historycznych mogących wskazać na ludobójcze zastosowanie samochodów wytwarzających gaz generatorowy, niemalże idealnie przystosowanych do uśmiercania ludzi. Ani jednego przypadku użycia choćby jednego z tych setek tysięcy niemieckich groźnych pojazdów nie przytacza literatura żydowska.

Mamy więc sytuację następującą: silniki Diesla mogące wytwarzać maksimum 0,5% CO, powszechne silniki benzynowe, normalnie wytwarzające około 7% CO, a przy odpowiednim nastawieniu nawet 12% CO, oraz gazy silników generatorowych, zawierające od 18% do 35% CO. Każdy myślący człowiek, a tym bardziej tak zorganizowany i zdeterminowany system niemiecki czasów III Rzeszy niewątpliwie wybrałby do ludobójczych celów właściwe rozwiązanie.

Niestety, literatura promująca oficjalną wersję Holokaustu niezmienne i z uporem godnym jakiegoś masochisty i intelektualnego samobójcy uważa, że stosowano właśnie silniki dieslowskie. Nawet najnowsza encyklopedia Yad Vashem (zob. Concise Encyclopedia of the Holocaust – Treblinka)* dalej twierdzi, że ludobójstwa dokonano przy użyciu spalin silników dieslowskich.

W tym miejscu należy dodać fakt, iż wspominany Kurt Gerstein był z zawodu inżynierem górnictwa i jeśli spisywał on swoje zeznania, znane później jako Raport Gersteina – a wiele świadczy, że spisywał je pod przymusem we francuskim więzieniu – to musiał on zdawać sobie sprawę z absurdalności stosowania gazów silników Diesla jako metody masowego uśmiercania ludzi. Być może Gerstein w swoich zeznaniach – tak jak np. Rudolf Höss gdy wyliczał liczbę ofiar obozu KL Auschwitz na 3 miliony, liczbę całkowicie dziś skompromitowaną i zarzuconą – celowo umieścił takie a nie inne “narzędzie zbrodni”, w nadziei, że nadejdzie kiedyś czas na zasadniczą korektę.

Dlaczego niemal wszyscy historycy pomijają milczeniem kwestię rozpatrywania technicznych możliwości sposobu uśmiercania z wykorzystaniem gazów silników dieslowskich? Hilberg w 1300-stronicowym opracowaniu o Holokauście, wspomina o tym w jednym paragrafie, Lipstadt, Shermer, Stern i inni w swoich książkach zupełnie nawet nie wspominają o tym sposobie zabijania. Z czego bierze się taka bojaźń przed otwartą debatą na to kluczowe zagadnienie? Zagadnienie mające przecież dotyczyć śmierci 2/3 obozowych ofiar żydowskich!

Sprawą weryfikacji możliwości uśmiercania ludzi przy pomocy gazów silników wysokoprężnych zajął się m.in. Friedrich Rudolf Berg, wykształcony w Stanach Zjednoczonych (Uniwerstytet Columbia) inżynier górnictwa. Fakt ten ma tym większe znaczenie, że wypowiada się specjalista od spraw górniczych, a właśnie w górnictwie od prawie stu lat stosowane są powszechnie silniki wysokoprężne w kopalniach, nawet na dużych głębokościach, niekiedy w niemal szczelnych korytarzach. Dlaczego? Bo nie produkują gazów mogących realnie uśmiercić! (Oczywiste zagrożenie dla zdrowia wynika głównie z uciążliwości tych spalin, nieprzyjemnej sadzy oraz długofalowego narażenia na kancerogenne i mutagenne związki, które nie mają jednak żadnego znaczenia w rozpatrywaniu oficjalnej wersji Holokaustu.)

Szczegółowa analiza silników wysokoprężnych, składu spalin, warunków ich zmian, ich wpływu na organizmy żywe, ich toksyczności, itp, powinny być podstawą do dalszego dialogu na temat możliwości technicznych – i możliwości w ogóle – masowego uśmiercania ludzi przy pomocy tychże gazów. Niestety, strona utrzymująca oficjalną wersję Holokaustu nie odważyła się do tej pory podjąć tej dyskusji, nie wydała żadnego kontr-opracowania, traktuje temat jakby nie istniał, a osoby usiłujące przedstawiać rzeczowe argumenty oskarża o “antysemityzm” i “negowanie Holokaustu”.

Jedynym wyjątkiem jest mini-opracowanie pt “Holokaust przed sądem” (Holocaust on Trial) umieszczone na stronie internetowej znanego uniwersytetu Emory University w Atlancie (Georgia), na którym pracuje Deborah Lipstadt. Uczelnia ta, po procesie Lipstadt-Irving, zajęła się próbą odpierania tez wysuwanych przez niezależnych historyków, nazywanych też pejoratywnie “negacjonistami”, albo “rewizjonistami”.

Odnośnie do pracy inż. Berga, na stronie internetowej “Holocaust On Trial – There is Not Enough Carbon Monoxide In Diesel Exhaust To Kill“, podjęto się próby ustosunkowania się do, jak z konieczności przyznano, “robiącego wrażenie naukowości” opracowania inż. Berga. Niestety, nawet mierny student jakiejkolwiek Politechniki będzie w stanie śmiało podważyć przytoczone przez podopiecznych prof. Lipstadt zdawkowe odpowiedzi i nieudolne próby zanegowania oczywistych faktów.

Np. nie mając wyjścia i przyznając rację niepodważalnemu faktowi, że silnik dieslowski pracujący w zakresie przewidzianym przez producenta nie wytwarza śmiertelnych dawek CO (jak przyznano: “produced only a small amount of carbon monoxide, not enough to be quickly lethal“), ratowano się ucieczką w fikcję twierdząc, że przecież SS-mani tak zręcznie nastawiali silnik, aby można było z niego uzyskać wystarczający poziom śmiertelnych gazów.

Zatem zamiast przedstawiania solidnych kontragumentów, mamy dalsze zanurzanie się w domysłach i fikcji. Sugeruje się, iż wiedza SS-manów obsługujących silniki Diesla była tak olbrzymia, że znali oni szczegółowe wykresy pracy silnika, charakterystyki zadymienia, zawartości poszczególnych związków w spalinach w zależności od obrotów silnika, obciążenia, itp. Przecież nawet wielu inżynierów nie zna tych parametrów, zresztą innych dla każdego typu silnika. I nawet jeśli teoretycznie można uzyskać nieznacznie zwiększoną dawkę CO poprzez tzw. dławienie zasysanego powietrza do silnika (a należy zastosować dławienie prawie 98%, zostawiając zaledwie 2% prześwitu), to jest to możliwe tylko na bardzo krótką metę i kończyć się może jego destrukcją, a do tego czasu znacznie utrudnić normalną, stabilną pracę silnika.

W silnikach dieslowskich nie ma też, jak się sugeruje, jakiejś magicznej śrubki (jak w gaźnikach silników benzynowych wkręt regulacji skład mieszanki), za pomocą której można sobie dowolnie dobierać parametry pracy poza te, ściśle wyznaczone przez producenta, parametry mogące wpływać na realny wzrost zawartości CO w spalinach.

Biorąc pod uwagę te nieudolne wyjaśnienia, należy podkreślić, że aby możliwe było wytworzenie niebezpiecznych (niekoniecznie: śmiertelnych) dawek CO, co miałoby przekładać się na morderstwa miliona – i więcej – osób, trzeba było operować sprzętem w jego ekstremalnym zakresie przez długi okres czasu. Byłoby to w praktyce niemożliwe, a w celu realizacji “założonych celów” mających polegać na wymordowaniu tak wielkiej grupy ludzi, po prostu wysoce nierozważne z uwagi na możliwość częstych awarii silnika, a przecież w warunkach wojennych trudno było o części zamienne.

Sprawa się tym bardziej komplikuje, że “świadkowie” twierdzą, iż w obozach Bełżec-Sobior-Treblinka stosowano do celów uśmiercania nie silniki niemieckie – które w warunkach wojennych mogły choćby teoretycznie liczyć na części zamienne i fachową obsługę – lecz… silniki wymontowane z sowieckich czołgów. Niektórzy “świadkowie” twierdzą nawet, że stosowano w obozach silniki… z łodzi podwodnych. Jak widać, co krok natrafiamy na kolejny absurd.

Należy przy tym uzmysłowić sobie, że te wszystkie dywagacje o możliwościach silników dieslowskich odbywają się nie biorąc pod uwagę faktu, że obok spokojnie pracowały sobie silniki wytwarzające gaz generatorowy z 35% zawartością tlenku węgla…

W innym miejscu skandalicznie interpretuje się wyniki znanych eksperymentów naukowców brytyjskich, przeprowadzone w latach 1950. na zwierzętach poddanych wpływowi tlenku węgla. W wyniku głównego eksperymentu z przeprowadzonej serii, podczas którego zwierzęta poddane były spalinom silnika dieslowskiego przez okres pięciu godzin, wszystkie zwierzęta przeżyły, bez żadnego efektu ubocznego. Dopiero w kolejnych eksperymentach, w których poddano je znacznie zwiększonymi dawkami, zwierzęta nie przeżyły, ale i w tym przypadku dopiero po 3 godzinach i 20 minutach. A przecież, jak mówi Raport Gersteina, cały, mierzony dokładnie zegarkiem w ręku, proces gazowania więźniów trwał dokładnie 32 minuty. To kilkukrotnie za mało aby uśmiercić ludzi spalinami silników dieslowskich i jedyne co mogli oni doświadczyć to ból głowy.

Odpowiedzią obrońców oficjalnej wersji Holokaustu jest stwierdzenie, że “nie można porównywać rzeczy nieporównywalnych”, że nie można ekstrapolować wyników badań na zwierzętach nad realnymi warunkami gazowania więźniów. Może i jest to trudne, może niewygodne, może łatwiej jest odrzucić takie niepokojące porównania, ale zaprzeczając im i stosując tego rodzaju tok rozumowani, można wszystko tłumaczyć, nawet i twierdzenie, że Ziemia jest płaska. Czy jednak mamy wtedy do czynienia z nauką, szczerymi próbami naukowego wyjaśniania zdarzeń historycznych i rzetelnym dialogiem na argumenty, czy też akceptujemy zacieranie oczywistości interpretacjami ideologicznymi?

W sumie, opracowanie uniwersytetu Emory jest dosyć typowe w “dialogu” na drażliwe tematy o Holokaście: na trzech stronach zawarto nieudolną próbę odparcia rzeczowych argumentów inż. Berga, który przedstawił je w kilkudziesięciostronicowym opracowaniu, pełnym wykresów i wyliczeń i wspartym licznymi artykułami w wielu pismach oraz szczegółową prelekcją dostępną w formie video. Zamiast rzeczowych kontr-argumentów, skorzystano z miałkiej merytorycznie riposty, dość typowej w tego rodzaju “dyskusji”, posilanej za to bogatym słownikiem inwektyw.

Problem świadków

Problem świadków jest kluczowy we wszystkich opisach działalności obozów koncentracyjnych, natomiast w przypadku obozów Sobior-Belzec-Treblinka przyczynia się do konieczności zupełnego odrzucenia prezentowanej przez nich wersji wydarzeń.

Weźmy bardzo nagłaśnianego “świadka” – żydowskiego fryzjera w obozie Treblinka, Abrahama Bombę, którego zaprezentował żydowski reżyser Claude Lanzmann w antypolskim, ponad dziewięciogodzinnym paszkwilu, filmie Shoah. Bomba stwierdza, że jako fryzjer golił żydowskich więźniów w komorze gazowej, pomieszczeniu o wymiarach “4 metry na 4 metry”, w którym pomieściło się – uwaga – “140 do 150 kobiet z dziećmi”, a w tymże małym pomieszczeniu było miejsce dla “16 lub 17 fryzjerów” oraz “dwóch lub trzech niemieckich strażników”.

Fryzjerzy opuszczali tę “komorę gazową” na “pięć minut”, po czym więźniów gazowano, a następnie opróżniano ją z ciał, co trwało “jedną minutę” (sic!) i fryzjerzy wracali do następnej partii więźniów. Tak oto wyglądają zeznania “świadków” – Bomby i wielu innych – które stanowią podstawę obowiązującej wersji Holokaustu z “milionami ofiar żydowskich” obozu Treblinka oraz innych obozów niemieckich.

To tylko pierwszy z brzegu przykład świadków, na podstawie których imaginacji i absurdalnych zeznań, wspomnień i literatury buduje się arytmetyczne proporcje obowiązującej wersji Holokaustu i mówi się o naukowych jego podstawach. Do pełnego obrazu należałoby w tych obozach dodać zupełny brak szczątków tak wielkiej liczby zamordowanych i skremowanych, brak nie tylko dowodów ale i samej technicznej możliwości dostarczania niewyobrażalnie wielkiej masy paliwa, węgla czy drewna, potrzebnych do skremowania ciał, itd, itp.

W wolnym państwie na te tematy należałoby spodziewać się setek prac doktorskich udowadniających fałsz funkcjonującej przez kilkadziesiąt lat propagandy, lecz zamiast tego mamy zagłębianie się w bezdenne opary ideologii.

5. W teorii prof. Katza, edytora wspomnianej wyżej Encyklopedii, KL Auschwitz dalej pozostaje wyjątkowym obozem, tak jak Treblinka („był jeden Auschwitz i jedna Treblinka”), lecz przecież nic nie stoi na przeszkodzie aby równocześnie wspierać symboliczność obozu KL Auschwitz, a z drugiej strony iść torem rozumowania prof. Van Pelta.

Oprócz czysto propagandowego symbolu obozu KL Auschwitz, będzie można zezwolić w pewnym momencie na kontrolowany rozkład przeważającej jego części. Nienaruszalny symbol pozostanie, a pozostałości materialne ulegną dewastacji. Muzeum pozostanie – kierowane przez wiadome gremia – lecz najbardziej kontrowersyjne części obozu (np. odbudowane po wojnie przez Rosjan komory gazowe, bowiem to co dzisiaj jest prezentowane turystom, to rekonstrukcja powojenna[8]) – już niekoniecznie. Mit wyjątkowości, unikalności i wyłączności cierpienia Żydów pozostanie i będzie pączkował, zaś nawet marne dowody materialne świadczące o niezaprzeczalnym bestialstwie nazistowskiego systemu obozowego skupiającego się przecież głównie na nie-żydowskich więźniach – zniknie.

Chyba, że… Chyba, że pewne siły będą dążyły do utrzymania dotychczasowego wizerunku obozu, nawet poprzez preparowanie bądź też korzystanie z nadarzającej się okazji nagłośnienia potrzeb obozu, co miało miejsce z niedawną, wielce podejrzaną kradzieżą obozowego napisu “Arbeit Macht Frei”. Wydaje się, że ten ostatni incydent, w ważnym dla egzystencji obozu momencie, spełnił swoją rolę i przysłużył się do zdobycia dodatkowych międzynarodowych funduszy na utrzymanie obozu. Być może był w jakiś sposób skorelowany z wcześniejszą wypowiedzią prof. Van Pelta, ukazującą nowe podejście do resztek obozowych.

6. Wiele do myślenia – wszystkim, lecz przede wszystkim apologetom obowiązującej ideologii Holokastu – powinno dać stwierdzenie prof. Van Pelta, który jasno wyraził się, iż 99-procent tego, czym operuje ta ideologia, nie opiera się na faktach, nie opiera się na dokumentach, innymi słowy – jest swego rodzaju narracją quasi-historyczną zmieszaną z mitomanią, czyli tym co Żydzi określają mianem Haggada.

Prof. Van Pelt być może zdaje sobie sprawę, choć trudno mu to wyrazić w jeszcze jaśniejszych słowach, że wiele kluczowych elementów obowiązującej ideologii Holokaustu opiera się na pamiętnikowych wspomnieniach, czyli obszernej literaturze Holokaustu, która jednak poddana rzeczowej krytyce literacko-historiograficznej zostałaby – i tak niewątpliwie osądzi ją Historia – porzucona we wstydliwy kąt propagandy ideologicznej epoki syjonizmu, obok stosów literatury stalinizmu.

A literatura holokaustyczna, rozrastająca się w fenomenalnym tempie, potrafiła dokonać trwałego wyłomu w świadomości społeczeństw, odciągając najbardziej nawet zdolnych historyków od wnikliwego przyjrzenia się tematowi, który przecież – jak się wmawia – został już dostatecznie zbadany, opisany, i którego nie wolno dotykać z niertodoksyjnej strony bez narażenia się na stygmę medialną i zainteresowanie wymiarem sprawiedliwości.

Warto w tym momencie przywołać statystyki pokazujące skalę tejże ideologicznej masakry świadomości społecznej. Np. gdy w latach 1960. wydawano około 30 angielskojęzycznych, znaczących pozycji o Holokauście, to w dekadę później – 140 pozycji, w latach 1980. – 346 pozycji, by w latach 2000-2007 (a jest to niecała dekada) dojść do liczby ponad 900 pozycji rocznie. Jeśli uwzględnić inne media – filmy, CDs, itp. – to liczba ta urasta do grubo ponad 5000 pozycji rocznie, czyli każdego dnia, każdego roku, tylko w świecie angielskojęzycznym, powstaje 15 kolejnych produktów propagandy Holokaustu.

Razem z atmosferą “Dni Holokaustu”, oddziaływaniem setek muzeów i pomników Holokaustu, spotkań, sympozjów, studiów, programów szkolnych, monstrualną ilością artykułów prasowych, programów telewizyjnych, internetowych stron, a także zgubnego dla Kościoła i Jego wiernych “dialogu katolicko-żydowskiego” – otrzymujemy obraz zasięgu tego socjotechnicznego działania. Jak widać ulegają jemu nawet najbardziej uczciwi naukowcy, którzy jednak z jakichś względów boją się wyjść poza ramy wyznaczone przez establishment poprawności politycznej i historycznej.

Konkluzja

Uczestnicząc w dyskusji na ten jeden z najbardziej zideologizowanych tematów, czy jak określił to prof. Arthur Butz w tytule swojej, wydanej jeszcze w 1976 roku, książki – “Przekręt XX wieku”[9], warto podkreślić, że w sporze o detale dokonanych zbrodni nie wolno zapominać o rzeczywistym cierpieniu milionów ofiar wojny, w tym wielu, wielu setek tysięcy ofiar żydowskich. To przeciwko Żydom obłędny system socjalistyczny ugruntowany w mitomanii niemieckiej skierował się w pierwszej kolejności, to Żydzi w znaczny i szczególny sposób doznali upokorzeń, krzywd, prześladowań. (Czy i na ile antysemityzm niemiecki miał uzasadnione i sprowokowane podłoże, to kwestia godna osobnych rozważań.)

Jednak przy całym szacunku do najczęściej niewinnych ofiar żydowskich – gdyż żydowscy gracze polityczni, gospodarczy i finansjera nie interesowali się losem swoich pomniejszych braci – przy całym szacunku dla o wiele większej liczby nieżydowskich ofiar, nie wolno zapominać o konieczności poznania prawdy i o prawdziwych konsekwencjach socjalizmu narodowego. A ten, tak jak każdy system socjalistyczny skierowany przeciwko Bogu i porządkowi moralnemu, musi produkować takie a nie inne owoce.

II Wojna Światowa była bowiem niczym innym tylko kulminacją dwóch bezbożnych i antyludzkich totalitaryzmów – narodowego i międzynarodowego socjalizmu, które najpierw wspólnie przygotowywały się do podboju Europy, by później poróżnione zgotować światu piekło. To wtedy też zatriumfowała i wydała swe owoce obłędna uzurpacja różnych grup do miana nadludzi.

Każda reforma, w tym i uporządkowanie sfery dochodzenia do prawdy historycznej, badania minionych zdarzeń, weryfikowania informacji, musi być zapoczątkowana przywróceniem właściwego nazewnictwa. Wiedział już o tym Konfucjusz stwierdzający, że pierwszym krokiem do prawdziwych reform politycznych – choć oczywiście nie tylko tych – musi być nazywanie rzeczy po imieniu, musi być właściwe zredefiniowanie funkcjonujących pojęć.

W przypadku pojęcia “Holokaustu”, które stało się nieprecyzyjnym hasłem w sensie historycznym, za to wybuchowym w ideologicznym, należy zaznaczyć, że nie chodzi o negowanie cierpienia Żydów, że nie chodzi o zaprzeczanie funkcjonowania niemieckich obozów koncentracyjnych, że nie chodzi o łapanki, rozstrzeliwania, wywózki, getta, że nie chodzi o całą antyżydowską politykę III Rzeszy. Temu wszystkiemu nikt obiektywnie analizujący wydarzenia nie może zaprzeczyć.

Chodzi natomiast o przywrócenie właściwych proporcji tych zjawisk; chodzi o zdanie sobie sprawy z wpływu i celów różnych światowych sił pragnących dzisiaj utrzymać status quo obowiązujących wersji, z których czerpią one materialne i pozamaterialne korzyści i wykorzystują je do niecnych celów; chodzi o przeciwstawienie się uzurpacji i monopolizacji cierpienia; chodzi o przyznanie, że ofiary wojny rozpętanej przez socjalistyczną utopię, to nie tylko Żydzi, że w sumie stanowią oni kilka procent wszystkich jej ofiar i że w wojnie tej chodziło o ważniejsze cele niż prześladowanie Żydów czy też usunięcie ich z Europy.

Poznanie prawdziwej skali wydarzeń i ich przebiegu, pozwoli na ustalenie czy mamy do czynienia z liczebną wyjątkowością zdarzenia określanego mianem Holokaustu – co próbuje się wykorzystać nawet w sensie teologicznym – czy też uczestniczymy w serwowanej nam fikcji o groźnych konsekwencjach dla całej ludzkości.

W każdej publikacji i wypowiedzi na te tematy należy zachować obiektywizm i rozpatrywać racje obu stron chcących zaprezentować swoje argumenty. Stanowisko strony oficjalnej znane jest każdemu, jednak aby rzetelnie zrozumieć losy wydarzeń wojennych i naprawdę oddać hołd wielu niewinnym ofiarom wojny, należy poważnie pochylić się nad wszystkimi dokumentami, odrzucić ideologiczną ich interpretację, pozbyć się pozamerytorycznych nacisków. Aby służyć Prawdzie i nie kpić z prawdy historycznej należy pozbyć się cenzury, autocenzury, penalizacji wypowiedzi, należy przyznać się do słabości głoszonych oficjalnie tez, jako pierwszego kroku do pisania rzetelnej historii.

Wypowiedź prof. Van Pelta chciałoby się widzieć właśnie w tej ostatniej kategorii – przyznania się do porażki, przyznania się do tego, że znaczna część, czy jak to woli prof. Van Pelt – “99-procent” oficjalnej teorii nie opiera się na weryfikowalnych faktach. Van Pelt przyznaje śmiało, że “Holokaust” w formie obecnie nam wpajanej nie może pozostać tam gdzie jest dotychczas, że nie można “umocować Holokaustu w jakiejś specjalnej kategorii i domagać się tego aby tam pozostał”, bowiem byłoby to przyznaniem racji dokumentom, rzetelnym świadkom oraz zwykłej logice, nade wszystko zaś byłoby przyznaniem się do porażki, byłoby, jak twierdzi “właściwie daniem za wygraną negacjonistom Holokaustu, którzy domagają się jakiegoś rodzaju specjalnych dowodów”.

Tak, niezależni badacze historii, domagają się dowodów, domagają się po prostu dowodów i wcale nie żądają “specjalnych dowodów”, lecz wołają o otwartą debatę naukową. Czy i w jakim stopniu przyznanie o słabości oficjalnej wersji Holokaustu będzie wykorzystane, czy nie zostanie ono wprzęgnięte w budowę jeszcze bardziej zmitologizowanej wersji żydowskiej Haggady, pozbawionej nawet szczątków obozowych – czas pokaże. Póki co należy przyjąć to stwierdzenie w nadziei, że pozwoli otworzyć oczy wątpiącym, zdezorientowanym, zagubionym i umożliwi wolne i bezkompromisowe badanie historii.

Lech Maziakowski
Washington, DC | 17 września 2010 | http://www.bibula.com

Przypisy:

[1] The Star, published On Sun Dec 27 2009. “A case for letting nature take back Auschwitz. This leading Holocaust scholar argues that there would be dignity in death camp’s neglect”, http://www.thestar.com/News/Insight/article/742965

[2] “Ninety-nine per cent of what we know we do not actually have the physical evidence to prove . . . it has become part of our inherited knowledge.”

[3] “I don’t think that the Holocaust is an exceptional case in that sense. We in the future – remembering the Holocaust – will operate in the same way that we remember most things from the past. […] To put the holocaust in some separate category and to demand that it be there – to demand that we have more material evidence – is actually us somehow giving in to the Holocaust deniers by providing some sort of special evidence.”

[4] “No. So when you call on the victims to some way indicate what happened at the site we can only talk about the survivors. But can survivors really represent those who died? The survivors can do that to a degree, but once they are dead I don’t think it’s our place to interpret. This is a decision that we have to take as the living. The earth belongs to the living. It is the living that have to make the tough decisions.”

[5] Jako swoistą ciekawostkę polecam informację o procesie przed amerykańskim sądem w sprawie tajnego programu rządowej Agencji Ochrony Środowiska (EPA), która prowadziła niebezpieczne eksperymenty z udziałem ludzi, w tym dzieci, chorych i osób starszych. Eksperymenty polegały m.in. tym, że: “Grupę badanych zamykano w szczelnym pomieszczeniu szkoły medycznej. Pod budynek podjeżdżała ciężarówka z silnikiem diesla. Do jej rury wydechowej podłączano przewód. Spaliny odpowiednio rozcieńczano i mieszano z innymi substancjami, aby wyeliminować zapach. Ochotnicy mieli oddychać trucizną przez dwie godziny.“
Co z tego wynika? Owszem, ludzie narażeni byli na trujące czynniki, pyły, itp, groźne dla zdrowia przy długofalowym wdychaniu. lecz oczywiście podczas eksperymentu nikt nie umarł nawet po kilkugodzinnym narażeniu na te spaliny.
Więcej – tutaj

[6] Wypowiedź w Audycji “Aktualności Dnia”:

Prowadzący audycję (P) -Jakie są liczby, o jakich liczbach możemy mówić wobec tych, którzy zostali zamordowani w obozie Auschwitz-Birkenau?
Prof. J. Szaniawski (JS): -W sumie podaje się w tej chwili około 800 tysięcy ofiar – i w Auschwitz i w Birkenau. W sumie. Natomiast…
P -Bo komuniści, ja pamiętam jeszcze za czasów szkolnych, mówili: 4 miliony. Wyczytałem teraz niedawno też dane, że niecałe półtora miliona.”
JS -Nie, dużo mniej: 800 tysięcy. Natomiast trzeba powiedzieć wprost, że dużo większa była liczba ofiar obozów na Majdanku pod Lublinem, w Sobiborze i w Treblince. W Treblince zamordowano około miliona Żydów.

Zob. 12 minuta wypowiedzi prof. Józefa Szaniawskiego – plik Audio:
65. rocznica wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau (2010-01-28) – Radio Maryja, Aktualności Dnia

[7] Oto podawane liczby ofiar żydowskich w poszczególnych, tzw. głównych obozach, określanych też mianem obozów śmierci, oraz sposób dokonania w nich ludobójstwa – dane w Wikipedii, zbieżne z danymi podawanymi przez literaturę holokaustyczną:

Auschwitz-Birkenau 960 000 – Cyklon-B
Treblinka 920 000 – CO (tlenek węgla)
Belzec 600 000 – CO
Sobibor 250 000 – CO
Kulmhof (Chełmno) 250 000 – CO
Lublin (Majdanek) 59 000 – Cyklon-B i CO
Razem: 3 039 000 Żydów uśmierconych w głównych obozach, z czego ok. 69% stanowią ofiary tlenku węgla

Cytowana Wikipedia sama nie potrafi jednak podliczyć podawanej przez siebie liczby ofiar żydowskich. Pod hasłem “Obozy niemieckie 1933-1945” stwierdza, że “W sumie wymordowano w takich obozach ponad 2,5 mln osób. Najważniejszymi były Birkenau, Kulmhof, Treblinka, Sobibor i Belzec.” Jeśli podliczymy jednak podawane pod poszczególnymi hasłami liczby, to zaczyna brakować grubo ponad pół miliona ofiar, tym bardziej, że Wikipedia mówi o szerszej grupie ofiar (“osób”), niż samych Żydów. Czyli: zginęło ponad 3 miliony czy też 2,5 miliona? Być może dla Wikipedii pół miliona osób to drobnostka. A może, w ślad za historykami propagującymi oficjalną wersję Holokaustu, sama gubi się w mnogości teorii?

Jako przykład lekceważącego stosunku do historii mającej posilać się udokumentowanymi źródłami i operować faktami, może również służyć hasło “Lublin (KL)”, w którym to Wikipedia pisze, że:

“Przez obóz [KL Lublin] przeszło 300.000 – 360.000 osób. Dotychczas uważano, że zginęło prawdopodobnie ok. 230.000, w tym ok. 100.000 to byli Żydzi. Ostatnie badania wskazują jednak, że ofiar mogło być mniej – wedle ostatnich publikacji Tomasza Kranza – 78.000 osób, z czego 59.000 to Żydzi”.

Tak samo jak w innych obozach gdzie przez dziesięciolecia funkcjonowały wzięte z sufitu (czytaj: wymyślone przez propagandę sowiecko-syjonistyczną) astronomiczne liczby ofiar, tak i w przypadku KL Lublin dokonano korekty, i z 230 tysięcy, “ostatnie publikacje” zniżyły tę liczbę do “78 tysięcy”. A przecież zapewniano nas przez kilkadziesiąt lat, że tamte liczby są dokładne i nieskazitelnie obliczone, jak zatem można wierzyć liczbom podawanym nam dzisiaj, jak można wierzyć “ostatnim publikacjom”, tym bardziej, że wprowadzone zostało prawo zabraniające wszelkiej merytorycznej dyskusji na te tematy.

[8] W 1992 roku b. kierownik Działu Historyczno-Badawczego Muzeum Auschwitz-Birkenau Franciszek Piper, przyparty do muru przyznał, że:

“[…] Zatem po wyzwoleniu obozu, [ta] była komora gazowa wyglądała jak schron przeciwlotniczy. Celem przywrócenia wcześniejszego wyglądu […] tego obiektu, ściany wewnętrzne zbudowane w 1944 roku zostały wyburzone, a otwory w suficie zostały stworzone na nowo. […] Dzisiejsza komora gazowa [czyli ten obiekt pokazywany turystom] jest bardzo podobna do tej, która istniała w latach 1941-42, ale nie wszystkie detale zostały odtworzone, zatem nie ma w nich, na przykład, gazoszczelnych drzwi, a dodatkowe wejście od strony wschodniej [pozostało] tak jak to było w 1944 roku. Zmiany te zostały dokonane po wojnie celem odtworzenia wcześniejszego wyglądu tego obiektu.”

[9] The Hoax of the Twentieth Century, Arthur R. Butz, ISBN 091103823X. Książka dostępna m.in. w księgarni amazon.com

* Concise Encyclopedia of Holocaust – encyklopedia online była w roku 2010 dostępna na stronie Yad Vashem, lecz obecnie (stycznień 2016) jest już niedostępna.

http://www.bibula.com