Stanisław Michalkiewicz
  • Apel do wzięcia udziału w Referendum JOW

    peluję do moich rodaków aby 6 września głosowali za zmianą ordynacji proporcjonalnej na większościową. Rzadko kiedy naród ma szansę zmienić swoją przyszłość w kulturalny i pokojowy sposób.

  • Chińscy wojskowi zwątpili w niewidzialność F-22

    Po pojawieniu się niezidentyfikowanego obiektu w chińskiej strefie obrony powietrznej nad Morzem Południowochińskim wojskowi oświadczyli, że ich radary mogą wykrywać i identyfikować amerykańskie myśliwce F-22, wykonane w technologii stealth.

  • OFE w styczniu uciekną za granicę?

    Równo trzy miesiące temu około 2,5 miliona Polaków zdecydowało, że przyszłe składki nadal będzie odkładać w OFE. Od tego czasu krajowa giełda powoli, ale jednak rośnie - pisze Maciej Rynkiewicz w portalu Money.pl.

Bóg pojawił się w tej historii bardzo szybko. Po nim przyszły piękne gole, wielkie pieniądze i prestiżowe tytuły. A gdy fatalny błąd lekarzy doprowadził do bolesnego upadku, wiara sprawiła, że nie było mowy o załamaniu się. Dziś Marek Citko postrzega to, co go spotkało, nie jako pecha, a jako dar. Jest, jak sam o sobie mówi, niespełnionym piłkarzem, ale spełnionym człowiekiem.

Marek Citko

Materiał przypominamy w ramach zestawienia „Best of Onet 2015” – najlepszych tekstów, galerii i klipów wideo, które pojawiły się na naszych stronach w 2015 roku. W tym roku możesz zagłosować na swój ulubiony materiał. Zapraszamy!

Kilkunastoletni Marek wracał z treningu zmartwiony. Kochał zajęcia we Włókniarzu, ale jedna sprawa nie dawała mu spokoju. Nadchodziła zima, a mały klub nie miał własnej hali sportowej. Co będzie robił przez kilkadziesiąt dni, kiedy śnieg zalegający na boisku uniemożliwi przeprowadzenie normalnego treningu? Problem szybko się rozwiązał. Zadzwonił kolega. – „Chodź do nas, do Jagiellonii. Mamy fajną drużynę. No i halę sportową”. Marek długo się nie zastanawiał. Postawił pierwszy krok na drodze, która miała zaprowadzić go na piłkarski szczyt.

Szybko wypłynęli

Przenosiny do Jagiellonii były prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Citko trafił pod skrzydła znakomitego szkoleniowca i świetnego człowieka – Ryszarda Karalusa. Trener szybko się zorientował, że jego nowy podopieczny ma wielki talent. – Od początku się wyróżniał. Dobrze grał ciałem, miał silne nogi. W młodszych rocznikach nie zabraniałem dryblingu, a w grze jeden na jeden, która jest tak ważna, Marek radził sobie kapitalnie – wspomina Karalus.

REKLAMA

Kolega, który zadzwonił do Citki z propozycją zmiany barw, nie mylił się: Jagiellonia miała naprawdę silny zespół. Drużynę Karalusa tworzyło osiemnastu chłopaków o zbliżonym poziomie i dużych umiejętnościach technicznych. Liderami byli ci, którzy później przebili się do pierwszoligowego futbolu: Bartosz Jurkowski, Daniel Bogusz, Marek Citko, Jacek Chańko, Mariusz Piekarski i Tomasz Frankowski. Nic dziwnego, że wielkie sukcesy przyszły bardzo szybko. Juniorzy Jagiellonii jako pierwszy polski zespół wygrali prestiżowy młodzieżowy turniej Gothia Cup. W Goeteborgu Jaga nie miała sobie równych. – Nie zdążyłem jeszcze poinstruować zawodników, a oni już robili na boisku to, o co chciałem poprosić. Na każdy nasz mecz przychodził trener młodzieżowej kadry Norwegii. Nie mógł uwierzyć, że ogląda drużynę klubową, a nie reprezentację – mówi Karalus.

Jego zespół jak burza przechodził przez kolejne etapy turnieju. – W jednym meczu szybko strzeliliśmy dwie bramki i tak dominowaliśmy, że trener kazał nam utrzymywać się przy piłce – to był taki rodzaj treningu. W półfinale strzeliliśmy rywalom siedem goli. Jak mecz się zaczynał, to kibice wspierali przeciwników. Przy 4:0 zaczęli dopingować naszą drużynę, bo zrobiliśmy na nich tak duże wrażenie. To był niezwykły turniej. Po wygraniu Skandii zdobycie mistrzostwa Polski juniorów stanowiło nasz obowiązek – zaznacza Citko.

Od początku się wyróżniał. Dobrze grał ciałem, miał silne nogi. W grze jeden na jeden spisywał się kapitalnie.

Trener Karalus o Marku Citce

Zawodnicy Jagiellonii obowiązek ten spełnili. Za każdym sukcesem błyskawicznie przychodził kolejny, ale trener Karalus dbał o to, by woda sodowa nie uderzyła do głów jego młodym podopiecznym. Szczególny nacisk kładł na dyscyplinę. – Każdy z nas wiedział, że musi dobrze grać, ale też odpowiednio prowadzić się poza boiskiem. Nie było mowy o noszeniu długich włosów, kolczyków czy robieniu tatuażu. Za takie coś zawodnik wyleciałby z drużyny. Nie było mowy o tym, by w zimie ktoś przyszedł na trening bez czapki. Raz Jacek Chańko przyniósł na trening rodzaj sznurka, tak zwaną „pytkę”. Na nasze nieszczęście trenerowi Karalusowi rzecz się spodobała i od tej pory jak coś przeskrobaliśmy, to dostawaliśmy tym sznurkiem. Kary były nam potrzebne. Dzięki trenerowi Karalusowi każdy z nas wyrósł na porządnego człowieka – ocenia Citko.

Młodzi gracze szanowali opiekuna, ale nie zawsze byli posłuszni. Uczyli się życia dzięki radom swojego opiekuna, jednak radzili sobie także na swój sposób. Citko zyskał miano… najlepszego handlarza w drużynie. Kiedy zespół wyjeżdżał na mecz na Białoruś, piłkarz zabrał ze sobą dwie torby: jedną ze sprzętem, drugą z towarem na sprzedaż. – Żyłkę do handlu przejąłem po starszym bracie, któremu pomagałem na bazarku w Białymstoku. Doskonale wiedziałem, czym handluje się na Wschodzie. Pewnego razu koledzy z drużyny przekonali się w szatni, że jestem świetnym negocjatorem. Klient przyjechał po towar i chciał się targować. Jechał do mnie około 200 kilometrów, więc wiedziałem, że nie zrezygnuje. Nie opuściłem ani rubla i… wziął wszystko – śmieje się Citko. Z perspektywy czasu dostrzega komizm sytuacji, ale w tamtych chwilach o śmiechu nie było mowy. Kilkunastoletni handlarz chciał działać jak profesjonalista. Wiedział, że skoro sprzedawca nie jest w stanie dojechać do klienta, to klient musi dotrzeć do sprzedawcy.

– Pamiętam, jak z Mariuszem Piekarskim pojechaliśmy do Berlina sprzedawać papierosy. Mariusz wziął dwóch kolegów, którzy myśleli, że mają przy sobie dużo towaru. Jak mnie zobaczyli, to spostrzegli, że mam dwa razy więcej niż oni wszyscy razem wzięci (śmiech). Podczas tamtego wyjazdu trzeba było obwinąć papierosy bandażem wokół siebie i ubrać szerokie dresy i kurtki. Na granicy staliśmy chyba sześć godzin. Byliśmy cali spoceni. Później kontrola, strach, sprzedaż papierosów Chińczykom na klatce schodowej. Mieliśmy z „Mario” nawet takie małe scyzoryki. Mówiliśmy, że w razie niebezpieczeństwa będzie mieli czym się bronić. Niesamowicie komiczna historia.

Citko niczym doświadczony handlarz wiedział, kiedy iść na całość, a kiedy odpuścić. Na jednym ze zgrupowań on i koledzy przez kilka godzin ogrywali hotelowych gości w karty. Zarobili niezłą sumę, ale przegrani zaczęli grozić młodym zawodnikom, że pójdą na policję. – Baliśmy się afery. Gdyby trener Karalus dowiedział się o tym, co zrobiliśmy, byłby wielki skandal. Oddaliśmy wszystkie pieniądze – opowiada gracz, szeroko się przy tym uśmiechając.

Liderzy drużyny szybko wypłynęli… i to dosłownie. Kiedy zawodnicy przebywali na plaży podczas zgrupowania nad Bałtykiem, Citko, Frankowski, Chańko, Bogusz i Piekarski szybko wbiegli do morza, rzucając się na głęboką wodę. „Wracajcie natychmiast!” – stojący na brzegu trener Karalus nie krył wściekłości. A kiedy w końcu posłuchali, sprawił zawodnikom tęgie lanie… klapkiem. – Taki to był zespół: umieliśmy grać i umieliśmy się razem bawić – podsumowuje Citko.

Liderzy drużyny szybko wypłynęli – to zdanie można też czytać jako metaforę, bo młodzi zawodnicy szybko przebili się do pierwszej ligi. Zostali rzuceni na głęboką wodę piłkarskiego świata. Jako pierwsi kluby zmienili Bogusz, Piekarski oraz Frankowski. Citko, Chańko i Jurkowski też budzili zainteresowanie działaczy innych drużyn. Testowano ich w Stomilu, ale transfer nie doszedł do skutku, bo na transakcję zabrakło pieniędzy. Zamiast do Olsztyna, Citko trafił do Łodzi…

Wsiadł w pociąg i pojechał do Ligi Mistrzów

– Sprawdź, o której masz pociąg, pakuj się i przyjeżdżaj do Łodzi – głos w słuchawce sugerował, że zawodnik nie ma wyboru. Trener Smuda wiedział, o co toczy się gra. Zanim wykonał ten telefon, obserwował Citkę w kilku meczach i notował uwagi na kartce. Plusów było zdecydowanie więcej niż minusów, więc trzeba było sprowadzić utalentowanego gracza jak najszybciej. Citko miał wybór, ale postawił na Widzew. Trudno mu się dziwić. Wybrał klub, który obok Legii miał najlepszą drużynę w Polsce. Wybrał szkoleniowca, który bardzo chciał go mieć w swoim zespole. Trener i piłkarz szybko znaleźli wspólny język.

**

Smuda: Widzew walczył w Lidze Mistrzów. Potrzebował ponadprzeciętnych zawodników, a Citko właśnie taki był. Poza tym świetnie się z nim pracowało. Marek przykładał się do treningów. Można też z nim było pożartować. Fajny, utalentowany chłopak.

Citko: Trener Smuda zarażał nas swoją charyzmą. Ufał zawodnikom i dawał im swobodę, a w razie niepowodzeń brał winę na siebie. Nie miał pretensji, jeśli tylko widział, że piłkarz daje z siebie wszystko. Gdy zawodziliśmy, krytykował nas w szatni, a przed dziennikarzami bronił. To bezsprzecznie jeden z najlepszych trenerów, jakich spotkałem w karierze.

**

Zawodnik dostał od trenera kredyt zaufania, odpłacając się świetną grą. W sezonie 1995/96 sięgnął z łódzką drużyną po swój pierwszy tytuł mistrza Polski. Rok później osiągnął jeszcze większy sukces. W ostatniej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów Widzew mierzył się z Broendby Kopenhaga. Przed własną publicznością zespół Smudy wygrał 2:1, ale w Danii awans szybko zaczął się oddalać. Do przerwy rywale prowadzili 3:0. – Co to jest?! Jeśli przegracie, już tej drużyny nie będzie! – prezes Grajewski wpadł do szatni i nie szczędził widzewiakom gorzkich słów. Później kilka minut ciszy, krótkie przemówienie Smudy. Duńczycy zamykali mistrzowi Polski bramy piłkarskiego raju. – Wiedzieliśmy, że w pierwszej połowie zawiedliśmy, ale Widzew miał charakter. Chcieliśmy jak najszybciej wyjść z tej szatni. Podjąć walkę – mówi Citko.

To właśnie on dał zespołowi nadzieję. W 56. minucie Radosław Michalski urwał się prawym skrzydłem i fenomenalnie dograł w pole karne, a Citko z bliskiej odległości uderzył do siatki obok bramkarza. W grę Broendby wkradła się nerwowość, ale wynik długo się nie zmieniał. Kiedy duńscy kibice przygotowywali się już do świętowania awansu, piłka znów wpadła do siatki gospodarzy. Na wspomnienie tej bramki wielu fanów przypomina sobie słowa Tomasza Zimocha, który komentował spotkanie.

„Ile tam teraz musi być zdenerwowania u polskich kibiców! Bajor z autu do końcowej linii boiska do Michalskiego, ten po ziemi dośrodkował. Majak w rękę któregoś….GOOOOOOOOL! JEST! JEST! Sławomir Majak! Kto strzelił tego gola?! Nawet nie wiem! Wojtala albo Dembiński! Cudowna akcja Polaków! Opuszczone głowy kibiców Broendby! Trener Smuda wpadł na boisko! […] Wracajcie Polacy! Wybij, wybij tę piłkę! Jezus Maria, co się dzieje! Panie sędzio, dlaczego pan nie kończy tego spotkania ?! […] Turku, kończ ten mecz!”.

Gola zdobył Paweł Wojtala, a kilka minut później sędzia Ahmed Cahar wysłuchał błagań Zimocha i zagwizdał po raz ostatni. – W naszej drużynie zapanowała euforia. Świętowaliśmy na boisku, a później w hotelu i w samolocie. Era telefonów komórkowych dopiero się zaczynała. Prezes Grajewski jako jedyny miał komórkę, więc każdy dzwonił do rodziny i znajomych od niego. Przyszedł pewnie gigantyczny rachunek, ale myślę, że po tym, jak wywalczyliśmy awans, Grajewski przyjął to spokojnie – śmieje się Citko. – Ligę Mistrzów oglądało się w telewizji. Wiedzieliśmy, że gra w tych rozgrywkach jest dla każdego piłkarza spełnieniem marzeń. Poza tym zazdrościliśmy Legii, która rok wcześniej występowała w Champions League z powodzeniem. Też chcieliśmy spróbować. Jestem dumny z tego, że udało mi się zagrać w Lidze Mistrzów. Nie każdy ma to szczęście.

Jeśli chodzi o występy Widzewa w fazie grupowej, każdy zapamiętał najbardziej to, co wydarzyło się 25 września 1996. Mistrz Polski podejmuje Atletico i szybko daje sobie strzelić dwie bramki. Tuż przed przerwą Citko rusza z kontrą. Niepilnowany na prawym skrzydle Dembiński prosi o podanie, ale zamiast tego młody pomocnik przebiega jeszcze kilka metrów na połowie rywala i ku zdziwieniu wszystkich oddaje strzał. Po wspaniałym lobie zdezorientowany bramkarz Jose Molina musi wyciągać piłkę z siatki.

– Na odprawach pokazywano nam wcześniejsze mecze Atletico i zwracano uwagę na to, że Molina często wychodzi z bramki. Ja to sobie zakodowałem. Są na boisku momenty, w których trzeba pokazać odwagę. Od małego lubiłem adrenalinę, ryzyko. Kątem oka zauważyłem, że Molina faktycznie wyszedł wysoko. Uderzyłem i wpadło. Do odważnych świat należy. Właśnie odważnych piłkarzy świat zapamiętuje.

Widzew uległ w tamtym spotkaniu 1:4, ale najwięcej mówiono o golu Citki. Zawodnik nie zamierzał rozpamiętywać porażki. Miesiąc później strzelił kolejną bramkę, która zapisała się w historii polskiego futbolu.

Po siedmiu minutach już się nie śmiali

Początek Citki w reprezentacji Antoniego Piechniczka nie był najłatwiejszy. Zadebiutował w Hongkongu meczem przeciwko Japonii. W tunelu prowadzącym na boisko obrońca Kazimierz Węgrzyn krzyknął: „Na nich! Zobaczcie, jacy oni wszyscy są mali!”. A później… Japończycy strzelili Biało-Czerwonym pięć bramek, rozbijając przeciwnika. Citko był aktywny (raz trafił w poprzeczkę), ale ze względu na wysoką porażkę debiutu nie może wspominać zbyt dobrze.

W meczu z Czechami wszedł na boisko z ławki rezerwowych. – Trener wystawił mnie na prawej pomocy i to była jakaś tragedia. Nie byłem gotowy na to, by biegać od linii do linii. Poza tym wracałem przed naszą „szesnastkę” i tam kiwałem się z przeciwnikami. Siałem popłoch pod obiema bramkami – śmieje się Citko. Po kilkunastu minutach Piechniczek miał dość – zdjął podopiecznego z boiska. Niedługo po końcowym gwizdku trener Smuda, który obserwował spotkanie z trybun, podszedł do zawodnika. – Tu się marnujesz. Chodź, wracamy do klubu. W Widzewie będzie to wyglądać zupełnie inaczej.

Notowania Citki u selekcjonera Piechniczka bardzo szybko poszły jednak w górę. – To na pewno jeden z większych talentów, jakie trenowałem. Świetnie się z nim współpracowało. Kochał piłkę i treningi. Lubił grać indywidualnie, błyszczeć, a ja mu na to pozwalałem. Dostrzegałem, że ma wielki talent i jedną akcją może odwrócić losy meczu. Wiedziałem, że jak wkomponuje się w zespół, to dużo da tej drużynie. Potwierdzeniem tego było spotkanie na Wembley.

Londyn, hotelowe lobby. Polacy mają nazajutrz rozpocząć eliminacje mistrzostw świata. Na pierwszy ogień zagrają z naszpikowanymi gwiazdami Anglikami. Citko rozgrywa partyjkę snookera z Tomaszem Hajtą. Media huczą o tym, że Biało-Czerwoni nie strzelili gola na Wembley od 23 lat, od trafienia Domarskiego. Zawodnika to nie stresuje. Wręcz przeciwnie – chce udowodnić światu, jak wielkie ma umiejętności. O meczu pomyśli jednak trzy godziny przed pierwszym gwizdkiem. Teraz jest snooker, później może jakaś dobra książka. Nie ma stresu, bo to, z kim się rywalizuje, nie ma większego znaczenia. Spokój mącą jedynie angielscy dziennikarze. – Naśmiewali się z nas troszeczkę. Pisano, że Polacy jedzą głównie ziemniaki i tego typu rzeczy. Nie były to żarty na wysokim poziomie. Chciałem wyjść i pokazać, że jesteśmy lepsi.

Siódma minuta spotkania. Henryk Bałuszyński centruje z prawego skrzydła. Zamykający akcję Citko przyjmuje i uderza do siatki, zmuszając Davida Seamana do kapitulacji. Na Wembley konsternacja, nikt już nie śmieje się z Polaków. Anglicy budzą się w 26. minucie – David Beckham posyła długie podanie w pole karne, a Alan Shearer uprzedza Andrzeja Woźniaka, który niepotrzebnie wyszedł z bramki i głową wpisuje się na listę strzelców. Jeszcze przed przerwą ten sam zawodnik ustala wynik spotkania, dając Wyspiarzom zwycięstwo. Zarówno Citko, jak i Piechniczek twierdzą po latach, że Biało-Czerwoni mogli wygrać tamten mecz. Nie zgadzają się za to w kwestii, która budzi kontrowersje do dziś. To kwestia obsady bramki…

**

Piechniczek: Anglicy przyznali po meczu, że Polska nigdy nie była tak blisko triumfu na Wembley. Największy żal mam do Andrzeja Woźniaka. Ułatwił rywalom wygranie tego meczu. Gdybyśmy po jego błędzie nie stracili gola na 1:1, spotkanie ułożyłoby się zupełnie inaczej.

Citko: To był mecz mój i Piotrka Nowaka. Czułem się na boisku naprawdę dobrze. Strzeliłem bramkę, założyłem kilka „siatek”. Andrzej Woźniak nie miał najlepszego dnia. Trener Piechniczek popełnił błąd – powinien wystawić od pierwszej minuty Maćka Szczęsnego. Mówił wcześniej, że zagra ten, kto będzie przyjeżdżał na wszystkie sparingi. Szczęsny tak robił, a mimo tu usiadł na ławce. Piechniczek nie dotrzymał słowa.

Piechniczek: Po pierwsze, Maciek miał parę wpadek w europejskich pucharach. Obserwując te mecze, pomyślałem, że Szczęsny nie gra rewelacyjnie. Druga kwestia – na zgrupowaniu tygodniowym w Wiśle Kalinowski, który prowadził treningi z bramkarzami, stwierdził, że zdecydowanie lepiej prezentuje się Woźniak. W efekcie trudno było postawić wtedy na Szczęsnego.

**

Polacy przegrali, ale Citko był wielkim wygranym tego spotkania. Znów pokazał, że potrafi błyszczeć w meczach z wielkimi. Piłkarza doceniono, przyznając mu między innymi tytuł Sportowca Roku 1996. – Są tu ludzie, którzy zdobyli złoty medal. Ja nie zdobyłem. Są tu sportowcy, którzy byli na igrzyskach. Ja nie byłem. Głupio mi odbierać tę nagrodę – mówił zmieszany Citko, gdy ze statuetką w ręku stał przy mikrofonie. Polska pokochała młodego chłopaka, który przed kamerami jest skromny, a na boisku bezczelnie ogrywa rywali. Zaczęła się „citkomania”.

Milion funtów? Nie, dziękuję

W trakcie tego szaleństwa pani Citko zbierała wszystkie artykuły na temat syna. Był niemal w każdej gazecie. Wycinki powklejała do zeszytów. Gdy po latach Citko zaczął je przeglądać, uświadomił sobie, jak był popularny. – Każdy chciał przeprowadzić ze mną wywiad. Przejście ulicą Piotrkowską zajmowało mi kilkadziesiąt minut, bo kibice polowali na autograf, a ja nie potrafiłem odmówić. Na salę kinową wchodziłem dopiero wtedy, gdy gasło światło. Jedzenie brałem na wynos, bo gdy siadałem w restauracji, co chwilę podchodzili ludzie. Nie narzekałem. Traktowałem wszystko jak część obowiązków piłkarza. Wiedziałem też, że to nie jest prawdziwe życie, że sława i pieniądze zniszczyły niejedną karierę. Mimo olbrzymiej popularności twardo stąpałem po ziemi.

Citko dostawał od kibiców tysiące listów. Ludzie opowiadali o swoim życiu, prosili o wsparcie, chcieli umówić się na spotkanie. – Po liście jednej z dziewczyn postanowiłem ją odwiedzić. Akurat wracałem z meczu i miałem po drodze. Rozmowa się nie kleiła, więc spotkanie nie trwało długo – śmieje się były zawodnik Widzewa.

Z piłkarzem chcieli skontaktować się nie tylko kibice, ale też działacze wielkich klubów. Zakontraktowanie reprezentanta Polski poważnie rozważali włodarze Interu Mediolan, Milanu, Arsenalu Londyn i Bayeru Leverkusen. Najbardziej konkretną ofertę przedstawił mistrz Anglii, Blackburn Rovers. Anglicy zaproponowali cztery miliony dla Widzewa za transfer i milion dla piłkarza za rok gry na Wyspach. Prezes Andrzej Grajewski uważał, że takiej oferty Citko nie może odrzucić. Sam zawodnik był przekonany, że takiej oferty… nie może przyjąć.

**

Citko: Interesowała mnie gra w topowym europejskim klubie. Tymczasem w tamtym sezonie Blackburn walczyło o utrzymanie. Od razu powiedziałem działaczom, że na pewno nie zdecyduję się na ten kierunek, ale Grajewski i spółka naciskali. Prosili, żebym chociaż poleciał na kilka dni do Anglii i zobaczył, jak to wszystko wygląda. Spełniłem tę prośbę, ale zdania nie zmieniłem.

Smuda: Marek poleciał do Anglii, poszedł nawet na jeden trening Blackburn, choć nie musiał tego robić. Wrócił na zgrupowanie Widzewa i mówi mi: trenerze, oni tam na każdy zamach lecieli. Trochę się z zawodnikami Blackburn pobawiłem.

Citko: Faktycznie nieźle mi poszło. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie warto przenosić się do Blackburn.

Grajewski: Ja przez cały czas byłem przekonany, że Citko zaakceptuje propozycję. Cieszyliśmy się, że angielski klub wykłada na polskiego zawodnika tak duże pieniądze. Dla Widzewa byłby to transfer stulecia. Tymczasem piłkarz przyszedł do mnie po powrocie z Anglii i zakomunikował, że zostaje w Polsce. Górę wzięła głupota Marka i jego doradców. Ten wyjazd ustawiłby go do końca życia. Citko nie pomyślał o tym, żeby pomóc klubowi, który go wypromował. To była fatalna pomyłka młodego człowieka.

Citko: Żadnych doradców nie miałem. Grałem w silnej drużynie, zarabiałem niezłe pieniądze. Po otrzymaniu tytułu Sportowca Roku obiecałem też kibicom, że na razie nie opuszczę Polski. Nie musiałem się spieszyć. Wiedziałem, że jak będę dobrze grał, w końcu trafię do silnego europejskiego klubu. Grajewskiego nie interesował mój sportowy rozwój. Myślał tylko o pieniądzach. Gdyby traktował mnie w negocjacjach jak partnera, a nie jak rzecz, na której można się wzbogacić, może podjąłbym inną decyzję.

Karalus: Marek mnie nie posłuchał. Powinien zdecydować się na transfer do Blackburn. Nie każdy ma szansę gry w ekipie mistrza Anglii. Gdyby podpisał wtedy kontrakt, wszystko potoczyłoby się inaczej.

Citko: Gdybym miał wtedy 26 lat, poszedłbym do Blackburn. Ale miałem 21 lat i nie patrzyłem w ogóle na pieniądze. Chciałem trafić do klubu, który stawiał na techniczną piłkę, a w Blackburn to byłaby kopanina. Czekałem na lepszą ofertę.

**

Doczekał się. Działacze Liverpoolu zadzwonili do Citki i przekazali graczowi, że bardzo chcą, by ten występował na Anfield. Pod koniec maja zawodnik miał ponownie lecieć do Anglii. I wtedy w dramatycznych okolicznościach kariera najbardziej utalentowanego polskiego piłkarza lat 90. praktycznie się skończyła…

Został sam, ale nie na długo

Problem ze ścięgnem Achillesa zaczął się w styczniu. Noga bolała, a mimo to Citko wychodził na boisko. Lekarze go ostrzegali, ale w rozmowie z trenerami twierdzili, że zawodnik jest zdolny do gry. Citko zaciskał zęby i występował w kolejnych spotkaniach. Kiedy ból nie ustępował, udał się razem z innymi kontuzjowanymi zawodnikami Widzewa – Rafałem Siadaczką i Radosławem Michalskim – do kliniki we Freiburgu. Ćwiczenia, masaże i zabiegi niewiele pomogły. Citko czuł się lepiej, ale gdy wrócił do treningów, ból nie znikał. – Byłem między młotem a kowadłem. Grałem w lidze, jeździłem też na reprezentację, bo nie umiałem odmówić ani trenerowi w klubie, ani trenerowi w reprezentacji – opowiada zawodnik.

Przełomowym momentem była wizyta u lekarza w Łodzi. Ten, zamiast starać się wyleczyć Citkę, założył piłkarzowi blokadę, wstrzykując preparat sterydowy. – Wcześniej byłem u tego lekarza, gdy bolało mnie kolano. Pomógł mi, więc myślałem, że teraz też wszystko będzie ok. Doktor mnie okłamał. Myślałem, że podaje mi lek, a nie wstrzykuje sterydy, które tylko uśmierzą ból – tłumaczy były piłkarz. To, co wydarzyło się 17 maja 1997 roku, jest tylko konsekwencją fatalnej decyzji lekarza wspomnianej przez Citkę.

Widzew gra na wyjeździe z Górnikiem Zabrze. Przed upływem drugiego kwadransa Paweł Miąszkiewicz wykorzystuje błąd Dariusza Dźwigały, dając łodzianom prowadzenie. Od 62. minuty trener Smuda jest jednak w złym humorze. – Wszystko miało miejsce na wysokości naszej ławki rezerwowych. Marek wyskoczył do główki. Nie miał kontaktu z przeciwnikiem, ale jak upadł, to wyglądało to tak, jakby kłoda jakaś spadła. Rokowania od razu nie były najlepsze – przypomina sobie szkoleniowiec. Gdy Citko poczuł potworny ból, był przekonany, że został sfaulowany przez przeciwnika. – Zwijałem się na murawie, a później miałem pretensje do sędziego. Myślałem: „jak mógł nie widzieć tego faulu?”. Okazało się, że nikt mnie nie dotknął. Nie byłem świadomy, jak poważna jest sytuacja. Gdy opuściłem boisko, oglądałem mecz z ławki rezerwowych. Po spotkaniu okazało się, że zerwałem Achillesa.

Wtedy popełniono kolejny duży błąd. Zawieziono piłkarza do… szpitala wojskowego w Łodzi. Lekarze nie zwracali wielkiej uwagi na to, że Citko jest profesjonalnym zawodnikiem, bo w latach 90. w Polsce medycyna sportowa praktycznie nie istniała. Reprezentanta Polski zoperowano tak jak każdego innego pacjenta. Citko i Smuda uważają, że działacze nie zachowali się jak należy. Grajewski ma zupełnie inne zdanie.

**

Citko: Prezesi w Widzewie oczekiwali, że zarobią na mnie miliony, a jak przytrafiła się kontuzja, nikt nie chciał zainwestować pieniędzy w operację. Zostałem sam.

Grajewski: Nie chciałem, by Citkę operowano w Polsce. „Mądrzejsi” doradcy zawodnika zadecydowali jednak inaczej i wyszło tak, jak wyszło. W tamtych czasach w Polsce nie mieliśmy wśród lekarzy takich specjalistów jak dzisiaj.

Citko: Do szpitala wojskowego zawiózł mnie człowiek z klubu. O tym, że zostanę zoperowany w Polsce, lekarze zadecydowali razem z działaczami Widzewa. Decyzję podjął między innymi Grajewski.

Smuda: Grajewski taki mądry, a wtedy nie dał na operację ani grosza. Każdy mądry po szkodzie. Jeden mówił o zabiegu w Polsce, drugi o Anglii, jeszcze inny o kolejnym rozwiązaniu. Wszyscy chcieli, żeby Citko trafił na stół operacyjny jak najszybciej, bo przy tego typu kontuzjach to konieczne. Wtedy nikt nie potrafił podjąć szybkich decyzji. Łącznie z Grajewskim, który się teraz wymądrza.

**

Gdy koledzy Citki walczyli o ligowe punkty w nowym sezonie, on leżał w szpitalnym łóżku. Mijały tygodnie, a sytuacja nie ulegała poprawie. W końcu zawodnik powiedział „dość”. – Zacząłem leczyć się na własną rękę. Z pomocą pana Kulikowskiego, który miał monitorować mój transfer do Liverpoolu, udałem się do szwedzkiej kliniki.

Kiedy lekarze ze Skandynawii obejrzeli nogę Citki, nie mieli wesołej miny. – Takie metody przy operacji wykorzystywaliśmy dwadzieścia lat temu – powiedzieli polskiemu zawodnikowi. Wykonali… dwa zabiegi, bo okazało się, że ścięgno Achillesa w drugiej nodze też nie jest w najlepszym stanie. Tego samego dnia Citko wsiadł do samolotu i wrócił do Polski. Wiedział już, że wszystko zaczyna wreszcie zmierzać w dobrym kierunku. Straconego czasu nie dało się nadrobić, ale gracz nie zamierzał się załamywać. Tym bardziej że tuż po odniesieniu kontuzji zyskał dodatkowe, potężne wsparcie.

Pewnego razu Citko zgodził się udzielić wywiadu „Rzeczpospolitej”. Dziennikarka o imieniu Agnieszka zrobiła wrażenie zarówno na bohaterze materiału, jak i Tomaszu Zimochu, który przysłuchiwał się całej rozmowie. Zimoch – dusza towarzystwa – szybko uknuł misterny plan. – Zaprosimy ją na mecz Widzewa, a później gdzieś razem wyskoczymy – wtajemniczył kolegę. Tak się właśnie stało. Później Agnieszka, już na zaproszenie Marka, zjawiła się na imprezie z okazji zakończenia sezonu. A kiedy piłkarz doznał kontuzji, regularnie odwiedzała go w szpitalu. Dziś są udanym małżeństwem. Gdy przypominają sobie tamte czasy, doskonale pamiętają o tym, że w trudnej chwili Citko miał jeszcze jednego sprzymierzeńca…

Hazardzista, który postawił wszystko na Boga

Jako junior Jagiellonii Citko wpadł w poważne tarapaty. Niemal cały swój czas poświęcał grze. Na zielonym boisku walczył o kolejne gole i zwycięstwa, przy maszynach o pieniądze. Szybko uzależnił się od hazardu. – Miałem kolegów, którzy to lubili i sam się wciągnąłem – tłumaczy.

Kiedy zaczynało robić się naprawdę niebezpiecznie, Citko się ocknął. Wszystko zaczęło się od… samochodu. – Bracia mieli już swoje auta. Też poprosiłem rodziców o kupno samochodu. Tata był wtedy w Ameryce. Dzięki ciężkiej pracy jego i mamy w końcu faktycznie dostałem samochód. Zadłużenie wynikające z uzależnienia od hazardu było jednak tak duże, że musiałem sprzedać prezent, żeby wyjść na prostą. Nie powiedziałem rodzicom o przyczynach swojej decyzji. Starałem się ukrywać to, że jestem zadłużony. Kiedy sprzedałem samochód, dotarło do mnie, że czas się obudzić, że nie mogę przegrać swojego życia. Chciałem naprawić swój błąd i pomóc rodzicom. Na szczęście jako zawodnik Widzewa dobrze zarabiałem, mogłem im się szybko odwdzięczyć.

Trzeba ufać Bogu niezależnie od tego, co dzieje się w naszym życiu. Bo każde zdarzenie w perspektywie zbawienia ma jakiś sens. Nawet cierpienie jest potrzebne. Uczy pokory.

Marek Citko

Wraz z mocnym postanowieniem poprawy przyszła duchowa przemiana. Citko postanowił zmienić swoje życie. Podczas rekolekcji w Białymstoku wygłosił świadectwo. – Wiara to nie tylko słowa, ale też czyny. Wiedziałem, że piękna mowa nie wystarczy i że muszę ją poprzeć swoją postawą.

Dzięki wierze Citko nie załamał się po odniesieniu kontuzji. – Lekarze mówili, że pierwszy raz widzą piłkarza, który ma tak ciężką kontuzję, a każdy dzień zaczyna z uśmiechem. Trzeba przyjmować to, co zsyłają nam niebiosa. Istotą chrześcijaństwa jest nadzieja. Wiem, że po każdej złej chwili przychodzi lepszy moment. Moją ulubioną biblijną księgą jest Księga Hioba. Bohater tej historii stracił wszystko, a mimo to nie przestał wielbić Boga. Każdy z nas musi być takim Hiobem. Trzeba ufać niezależnie od tego, co dzieje się w naszym życiu. Bo każde zdarzenie w perspektywie zbawienia ma jakiś sens. Nawet cierpienie jest potrzebne. Uczy pokory.

Jakiś czas temu religijność Citki była gorącym tematem. Silne przeżycia duchowe kontrastowały ze stereotypem każdego piłkarza, stąd też media szybko zainteresowały się całą sprawą. O wierze zawodnika z Białegostoku nakręcono nawet dwa krótkometrażowe filmy. Dochodziło też do komicznych sytuacji. Prezes Grajewski myślał, że Citko odrzuca ofertę Blackburn między innymi przez kwestie religijne. Zapewnił gracza o tym, że… znajdzie mu w Anglii księdza. Sprawa życia duchowego Citki budziła skrajne uczucia. Jedni go podziwiali i chcieli naśladować, inni naśmiewali się i wytykali pobożność „na pokaz”. Citko zwraca mi uwagę na ważną rzecz. – Nigdy nie pchałem się przed szereg. Nie dzwoniłem do dziennikarza i nie mówiłem, że chcę o tym opowiadać. A gdy sami pytali, nie uciekałem od tematu, bo uważam, że nie można wstydzić się mówienia o swojej wierze. Nie wstydzę się mówić, że kocham żonę czy rodziców. Tak samo nie wstydzę się mówić, że kocham Pana Boga. Jak miałbym na Sądzie Ostatecznym stanąć przed Bogiem, wstydząc się Go wcześniej? Co bym miał wtedy Mu powiedzieć?

Niespełniony piłkarz, spełniony człowiek

Citko wrócił na boisko po osiemnastu miesiącach od odniesienia kontuzji. Wielkiej formy nigdy już nie odzyskał. Można powiedzieć, że wyruszył na piłkarską tułaczkę. Po Widzewie grał kolejno w Legii Warszawa, Groclinie, izraelskim Hapoelu Beer-Sheva, szwajcarskich FC Aarau i Yverdon Sport, Cracovii oraz Polonii Warszawa. Choć nie błyszczał jak dawniej, występy w tych klubach wspomina z sentymentem. – W Szwajcarii nauczyłem się mówić po niemiecku. To piękny kraj, tak samo, jak Izrael. Kiedy grałem w Hapoelu, mogłem zwiedzić Ziemię Świętą. Do Cracovii trafiłem, kiedy mój syn miał spore problemy zdrowotne, które poskutkowały trzema operacjami na otwartym sercu. Dzięki temu, że grałem w drużynie Pasów, mogłem być cały czas przy dziecku. Kontrakt w Polonii sprawił natomiast, że mogłem wykonywać swój zawód i być blisko rodziny mieszkającej w podwarszawskim Sulejówku. Jak już powiedziałem, wierzę, że nic nie dzieje się bez przyczyny.

Dziś Citko jest menedżerem. Pod swoimi skrzydłami ma między innymi Waldemara Sobotę i Krzysztofa Kamińskiego. – W przypadku Waldka spełniło się to, o czym marzyłem. Rozpocząłem z nim współpracę, gdy zaczynał karierę, a później trafił do zagranicznego klubu i zadebiutował w reprezentacji. W jego ślady może pójść między innymi Krzysiek Kamiński, bo to bardzo utalentowany chłopak. Dobrze czuję się w roli menedżera. Doświadczenie w handlu procentuje – śmieje się były zawodnik.

O wydarzenia z 1997 roku nie ma do nikogo żalu. Krótką karierę traktuje bardziej jako dar od Boga niż jako olbrzymiego pecha. Jak sam o sobie mówi, jest niespełnionym piłkarzem, ale spełnionym człowiekiem. W jego drużynie oprócz żony Agnieszki grają córki Weronika i Ola oraz syn Konrad.

Czego można życzyć człowiekowi, który jest szczęśliwy i nie obawia się o to, co przyniesie przyszłość? Kiedy zadaję to pytanie, Citko nie waha się ani chwili. – Wiary, nadziei i miłości. Żeby mi tego nigdy nie brakowało.

onet-sport

Kurs Walut NBP
Waluta Kurs
Dolar amerykański 3.6459 PLN
Euro 4.2826 PLN
Funt szterling 4.7049 PLN
Korona duńska 0.5759 PLN


Słuchaj Radio Pomost
Rajd Katynski
Rajd Katynski
Lusia oginska
Lusia oginska
Gwiazda Polarna
Gwiazda Polarna
Cieslik Foundation, Inc
Cieslik Foundation, Inc