Stanisław Michalkiewicz
  • Bunt w Wojsku Polskim?

    Po górnikach, rolnikach czas na żołnierzy szeregowych z powodu polityki MON? Nie milkną echa dramatycznego listu, który grupa polskich żołnierzy napisała do kierownictwa MON i rozesłała do posłów oraz mediów. 

  • Fatima i wielka kara

    Wierz mi jednak, Ojcze, Bóg ukarze świat, i to w straszliwy sposób. Kara z nieba jest już bliska (s. Łucja do ks. Fuentesa)

  • Banksterzy znowu górą, zrobili z Polaków OFErmy

    Sejm głosami 232 do 216 przegłosował rządowy projekt ustawy o OFE. Tym samym dogorywa najgłupsza z możliwych reform. Dlaczego najgłupsza. Bo na początku mieliśmy całą obsługę emerytur w ZUS.

Kilka refleksji przy okazji lektury książki prof. Roberto de Mattei pt. Sobór Watykański U. Historia dotąd nieopowiedziana. Do grona ważnych książek dotyczących naszej wiary, Kościoła i ostatniego sobo­ru, takich jak prace abpa Marcela Lefevbrea (oni Jego zdetronizowali oraz Oskarżam Sobór!), prof. Romano Amerio (Iota unum) i o. Ralpha Wiltgena (Ren wpada do Tybru. Historia Soboru Watykańskiego II) dołączyć teraz można książkę prof. Roberto de Mattei Sobór Watykański II.

Historia dotąd nieopo­wiedziana.

Tytuł niniejszego artykułu został za­czerpnięty z tej książki i stanowi słowa pa­pieża Pawła VI wypowiedziane w 1967 roku (s. 413). Z wypowiedziami Pawła VI trudno się często zgodzić, ale w tym wypadku jego słowa oddają dobrze rzeczywistość lat 1965- -67. Można, a nawet należy je rozszerzyć na lata wcześniejsze, czyli na czas obradowania ostatniego soboru i późniejsze, czyli na lata narastania kryzysu w Kościele.

Roberto de Mattei jest rzymianinem, uro­dził się w 1948 roku. Jest historykiem, pia­stuje wiele ważnych funkcji we włoskim życiu naukowym. Należy do kolegiów re­dakcyjnych kilku pism. Jest autorem wielu książek, posiada ogromny dorobek naukowy i dydaktyczny. W Polsce wydano jego książ­kę o profesorze Plinio Correa de Oliveirze pt. Krzyżowiec XX wieku oraz książkę pt. Dyktatura relatywizmu.

Problemem jest sobór, a nie jego interpretacja

Wiedziałem, że na soborze było źle, ale spodziewałem się, że aż tak bardzo — to była myśl, która pojawiła się w mojej głowie po lekturze dzieła, które zostało ujęte w nie­fortunne — z powodu treści — ramy. Oto na początku mamy Przedmowę do wydania polskiego, a na końcu Notę edytorską. W tej Przedmowie czytamy zdanie: „W powszech­nej opinii przypisuje się Soborowi wypa­czenia posoborowe, które zaistniały wbrew jego postanowieniom”. W mojej młodości towarzyszyło mi hasło „Socjalizm — tak, wypaczenia — nie”. Dziś zaczynamy słyszeć analogiczne wypowiedzi w rodzaju: „Sobór —  tak, wypaczenia posoborowe — nie”. Tak jak wówczas nie mogłem powiedzieć „Socjalizm — tak”, tak dziś nie mogę powie­dzieć „Sobór — tak”. Wówczas błąd leżał w socjalizmie, a jego skutkami były również wypaczenia. Podobnie teraz, błąd leży w sobo­rze, który umożliwił posoborowe wypaczenia. Problemem jest sobór, a nie jego niewłaściwa interpretacja. Dokładnie pod terminem „so­bór” kryją się przede wszystkim dokumenty na nim przyjęte. Problemem jest część tych dokumentów, a nie ich interpretacja.

Autor przedmowy napisał w innym miejscu jeszcze więcej: „Szacunek należny Soborowi domaga się, abyśmy przestali (…) obarczać go wypaczeniami i błędami prak­tyki posoborowej”. Nie! Jeśli książka prof, de Mattei ma służyć udowodnieniu tezy, że nie należy obarczać soboru odpowiedzialnością za wypaczenia i błędy praktyki posoborowej, to ja z tą tezą zgodzić się nie mogę.

Autor Przedmowy wyraził solidarność z wezwaniami do „zrozumienia Soboru i od­czytania jego dokumentów w ramach nie­naruszalnej ciągłości Tradycji”. Otóż jest to wezwanie zasadniczo słuszne, ale nie wia­domo, na czym dokładnie miałaby polegać jego realizacja i jakie miałyby być jego owoce. Odczytanie niektórych dokumentów sobo­rowych w kontekście przedsoborowego na­uczania Kościoła musi oznaczać dostrzeżenie różnic między nimi a nim. Te różnice z kolei nierzadko mają kaliber podobny do różnic występujących między zdaniami sprzeczny­mi. Postawiony w świetle katolickiej Tradycji sobór, staje się podobnym do króla, który może nie jest całkiem nagi, ale w jego garde­robie są poważne braki.

Teza Przedmowy rozmija się z tezę autora

Tradycja Kościoła oskarża sobór, sobo­ru nie da się obronić (przypomnijmy, że abp Lefebvre napisał książkę pt. Oskarżam Sobór!). Sobór można porównać do okrętu, który imponuje pod wieloma względami, ale problem polega na tym, że ma także kilka „drobnych” defektów. Wyrzutnie rakiet nie są sprawne, motory zawodzą przy dużej szyb­kości obrotów, a przede wszystkim stery źle zamontowano. Poza tym wszystko inne jest ostatnim krzykiem techniki morskiej. Czy taki okręt powinien wychodzić w morze? A jeśli wyjdzie, to niech się załoga nie dziwi, że na pokładzie dzieje się źle, a postawione zadania nie są wykonane jak należy.

Wydaje się, że wydźwięk omawianej Przedmowy mija się nieco ze stanowiskiem autora książki. Profesor de Mattei już we Wstępie poinformował o istnieniu „dwóch hermeneutyk soborowych”, „dwóch linii interpretacyjnych”. Pierwsza zawiera tezę 0 „ciągłości” soboru wobec Tradycji, zarów­no pod względem historycznym, jak i teolo­gicznym. Druga — tezę o „zerwaniu” soboru z Tradycją. Ta druga ma jeszcze dwie odmia­ny: umiarkowana zawiera tezę o zerwaniu historycznym, ale nie teologicznym („szkoła bolońska”); oraz zdecydowana — reprezento­wana przez tradycjonalistów — zawierająca tezę o zerwaniu zarówno teologicznym, jak i historycznym.

Sam autor wydaje się stać po stronie „her­meneutyki zerwania” w jej odmianie umiar­kowanej, bowiem napisał: „Dzisiaj nie ist­nieje żadna poważna alternatywa dla szkoły bolońskiej” (s. 20). Skomplementował jed­nak też „hermeneutykę ciągłości”, pisząc we Wstępie: „Formuła soboru w świetle Tradycji lub, jak wolimy, «hermeneutyki ciągłości», przedstawia sobą nie budzącą wątpliwości wskazówkę dla wiernych, ułatwiającą prawi­dłowy odbiór tekstów soborowych” (s. 14).

Gdzie w końcu jest prawda? Niech rozstrzygnie czytelnik…

Pojawiło się też kilka ciepłych słów pod adresem abpa M. Lefebvrea, o którym autor napisał, że „odegrał w Kościele rolę bohate­ra XX wieku” (s. 174). Tak więc można wy­ciągnąć z tej książki wniosek, że w sporze o  sobór niemal wszyscy mają po części rację. A jeśli tak, to znaczy, że można uznać, iż nie­mal wszyscy także po części racji nie mają. Jednoznacznie negatywną postawę zajął prof, de Mattei jedynie wobec takich postaci, jak Bea, Chenu, Congar, de Lubac, von Balthasar, Danielou, Maritain, Rahner, Kiing, Lienart, Schillebeeckx et consortes. Jednoznacznie pozytywną zaś wobec prof. Plinia Correa de Oliveiry.

Zdaję sobie sprawę, że moje słowa mogą wywołać nieporozumienie, bowiem same terminy „hermeneutyka ciągłości” i „her­meneutyka zerwania” nie zostały w oma­wianej książce zdefiniowane. W ogó­le nikt ich dotychczas precyzyjnie nie zdefiniował. Posługuję się nimi, bowiem znajdują się w książce i pełnią w niej ważną rolę. Znajdujemy w niej kilka niedopowie­dzianych, nierozstrzygniętych, a jedynie przedstawionych kwestii. Autor zaprezento­wał rozbieżne stanowiska w różnych sporach, polemikach czy konfliktach, nie wskazując często, kto — jego zdaniem — miał rację.

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że nie­mal wszyscy obecnie uczestniczący w sporze o  ocenę soboru, znajdą w tej książce amu­nicję dla swoich dział. Autor najistotniejsze kwestie pozostawił do rozstrzygnięcia sa­memu czytelnikowi. Książka jest imponu­jącym świadectwem erudycji autora, ale nie drogowskazem pokazującym cel. Niektórzy uważają, że właśnie na tym polega praca hi­storyka: by poprzestał na prezentacji źródeł, a wnioski pozwolił wysnuć czytelnikom. Czy jednak istotnie tak jest? Inni pewnie doda- dzą, że od pokazywania drogi nie są histo­rycy, tylko duszpasterze. Pewnie tak, ale czyż historycy — jeśli tylko mogą i potrafią — nie powinni wspierać duszpasterzy? Dziś po­trzebujemy nie tyle odpowiedzi na pytanie: „Jak to było?”, ile wskazówki, co mamy robić. Czasy są trudne i bardzo prawdopodobne, że będą jeszcze trudniejsze.

Czyżby arcybiskup Lefebvre się mylił?

Umieszczona na końcu książki Nota edy­torska rzuca wymowne światło na samo dzieło. Oto czytamy w niej: „Książka ta jest też skromną odpowiedzią na wezwa­nie Benedykta XVI, by porzucić hermeneu­tykę nieciągłości i zerwania z przeszłością” (s. 441). Ciekaw jestem, czy sam autor by się z tą opinią zgodził. Jeśli „porzucimy herme­neutykę nieciągłości i zerwania”, to albo za­milkniemy, albo trzeba będzie przyjąć „her­meneutykę ciągłości”. Jeśli zaś przyjmiemy „hermeneutykę ciągłości”, to trzeba będzie powiedzieć abp. Lefebvreowi, piszącemu książkę Oskarżam sobór!: „Ekscelencjo, nie miałeś racji!” A jednak to właśnie on miał rację.

Chciałoby się powiedzieć, zawołać, a na­wet wykrzyczeć: „Dość kluczenia, dość asekuracji, powiedzmy wreszcie prawdę!” A prawda jest taka, że ostatni sobór otworzył

—   wobec najazdu barbarzyńców — bramę katolickiej twierdzy Poddał twierdzę barba­rzyńcom w być może szczerej, ale naiwnej nadziei, że po wejściu do twierdzy najeźdź­cy ulegną wpływowi kultury i przestaną być barbarzyńcami. Jednak nic takiego się nie stało. Barbarzyńcy weszli przez otwarte przez obrońców bramy do środka. I pozo­stali barbarzyńcami, zamieniając twierdzę w koczowisko. Czym był sobór świadczą osoby dwóch papieży: jeden go otworzył, a drugi zamknął. Janowi XXIII komuniści wystawili w 1968 roku wielki granitowy po­mnik we Wrocławiu, stojący zresztą do dziś. A Pawłowi VI po jego śmierci w 1978 roku hołd oddali najwyżsi rangą masoni włoscy (s. 440). Czyż to nie wystarczy?

To w końcu która z hermeneutyk jest słuszna?

A co znajdujemy w Konkluzji książki? Prośbę do papieża Benedykta XVI o „pro­mowanie wnikliwego badania Soboru Watykańskiego II w całej jego złożoności” (s. 440). Cóż, to jest ogólna i bardzo niepre­cyzyjna prośba, pod którą pewnie podpi­szą się nawet najradykalniejsi moderniści. Problemem są wyniki tych badań. Badajmy —  mówią wszyscy, ale co do wyniku badań zgody nie ma. Tymczasem drzwi już dawno zostały otworzone. Prawda o soborze jest znana. Została przedstawiona m.in. w książ­ce abpa Lefebvrea pt. Oskarżam Sobór!. Czegóż można chcieć więcej?

Oczekiwałem, że książka prof, de Mattei zakończy się wskazaniem na abpa Lefebvrea jako na koło ratunkowe Kościoła. Gdyby tak się stało, to wówczas byłaby ona nie tylko pomnikiem erudycji, ale także drogowska­zem, wskazującym zagubionym ludziom, dokąd powinni iść i w jaki sposób przeciw­stawić się kryzysowi w Kościele. Jeśli dzieło w Konkluzji zawiera prośbę o badania przed­miotu, którego samo dotyczy, w tym wypad­ku soboru i jego następstw, to można by za­pytać, czy takie dzieło spełniło swoje zadanie.

Autor w Konkluzji zaznaczył, że zabiera głos w debacie o soborze nie jako teolog, lecz jako historyk. Jest to sugestia, iż nie będzie przesądzał kwestii czy dokumenty soboro­we są, czy też nie są sprzeczne z przedsobo- rowym nauczaniem Kościoła. Ale to właśnie jest kluczem do rozstrzygnięcia kwestii, któ­ra z hermeneutyk soborowych jest słuszna, a tym samym do oceny samego soboru.

Czy Kościół ma dostosować się do świata?

Już wspomniano, że dzieło prof, de Mattei jest imponującym wyrazem jego erudycji. Dzięki niemu czytelnik ma dostęp do in­formacji w innych warunkach praktycznie niedostępnych, bo „porozrzucanych” po różnych źródłach i zapisanych w różnych językach. Autor poświęcił na pewno sporo wysiłku, by te wiadomości odszukać, zebrać, uporządkować i przedstawić w ciągłym wy­wodzie. To imponujący wysiłek badawczy. Przywołajmy więc kilka tych perełek, kilka faktów ważnych, a nam nieznanych bądź za­pomnianych.

Choćby opinię modernisty, jezuity o. Johna W. 0’Malleya o relacji pomiędzy so­borem a tezą kard. Egidio da Viterbo, przed­stawioną na otwarcie Soboru Laterańskiego V w 1512 roku. Kardynał kilkaset lat temu po­wiedział: „Ludzie powinni być przemienieni przez świętość, a nie świętość przemieniona przez ludzi”. Tymczasem formuła aggiorna- mento (uaktualnienie, dostosowanie), odda­jąca przesłanie soboru, stawia sprawę inaczej: „To nie ludzie dostosowują się do świętych nauk, ale święte nauki do ludzi” (s. 19).

Ojciec O’Malley słusznie zauważył, iż formuła aggiornamento odwraca „do góry nogami” pogląd kard. da Viterbo. Warto w komentarzu przywołać dwie wypowie­dzi. „Kiedy Kościołowi nie udało się skłonić ludzi, aby praktykowali to, czego naucza, współczesny Kościół postanowił nauczać tego, co ludzie praktykują” — Nicolas Gomez Davila. „Nie chcemy Kościoła, który — jak to piszą gazety — zmienia się wraz ze świa­tem. Chcemy Kościoła, który zmienia świat”

— Gilbert Keith Chesterton.

Zasmucające wydarzenia na Watykanie

30 czerwca 1963 roku odbyła się w Rzymie przed bazyliką św. Piotra wspaniała uroczy­stość: koronacja Pawła VI. Papież założył tiarę i wypowiedziano znamienną formułę korona­cyjną: „Przyjmij tiarę ozdobioną trzema koro­nami, i wiedz, że jesteś ojcem królów i książąt, władcą świata, Wikariuszem na ziemi naszego Zbawiciela Jezusa Chrystusa, któremu honor i chwała na wieki wieków” (s. 227). Była to uroczystość także smutna, bo — jak dotych­czas — ostatnia. Koronowany papież zadecy­dował o „wycofaniu ceremonii koronacji pa­pieskiej wraz z tiarą”, a samą tiarę 13 listopada 1964 roku oddał, stawiając na ołtarzu bazyliki św. Piotra (s. 335). I po co? By przypodobać się „demokratycznemu” światu?

Czy tiara przeszkadzała w chrystianiza­cji świata? Czy oddana uczyniła świat bar­dziej chrześcijańskim? Od tamtego czasu już żaden papież nie nałożył tiary. Od czasu Benedykta XVI zniknęła także z papieskich herbów. Jeden z czołowych progresistów soborowych abp Helder Pessoa Camara na­zwał gest papieża Pawła VI „szaleństwem” (s. 335). Nie wiem, z jaką intencją wypowia­dał tę ocenę, ale to rzeczywiście było sza­leństwo. Podobnie jak szaleństwem było już po soborze „niespodziewane” całowanie stopy prawosławnego metropolity Melitona z Kapadocji (s. 428). Dodam, że ten czyn nie miał nic wspólnego z Wielkim Czwartkiem.

I jeszcze jedno smutne wydarzenie, spo­śród wielu innych, takich jak oddanie tiary, faktyczna likwidacja Kongregacji Świętego Oficjum, zniesienie Indeksu ksiąg zakaza­nych,, zniesienie przysięgi antymoderni- stycznej. Likwidacja 15 września 1970 roku Gwardii Szlacheckiej, będącej czymś innym niż Gwardia Szwajcarska. „Powołany przez Piusa VII w 1801 roku pod nazwą «Lance Spezzate», papieski korpus Gwardii Nobilów wyróżniał się przez 170 lat swoją wiernością i nieograniczonym szacunkiem względem papieża. W swoich alokucjach do patrycju- szy i szlachty rzymskiej Pius XII podkreślił wszystkie bogactwa duchowe, które charak­teryzowały w przeszłości szlachtę, powierza­jąc jej misję ich podtrzymywania i promie­niowania nimi na cały współczesny świat. Wy, Gwardio Nobilów naszej Osoby — prze­mawiał do Gwardii Szlacheckiej 26 grud­nia 1942 roku — jesteście naszą kolczugą, ozdobioną pięknem szlachetności na mocy przywileju krwi, który będąc niejako gwaran­tem waszej przyszłej wierności, promieniował w was blaskiem, zanim zostaliście przyjęci do korpusu wedle starego przysłowia: «Bon sang ne peut mentir» [dobra krew nie może kła­mać]” (s. 398-399).

Arcybiskup musiał zrobić tof co zrobił

W książce pojawia się wielokrotnie na­zwisko założyciela Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X. W 306. przypisie znajdujemy krótką notatkę biograficzną abpa Lefebvrea (s. 124—125). I cóż tam widzimy? Pomijając błędy faktograficzne, czytamy: „Stolica Apostolska (…) musiała nałożyć na niego karę suspensy a divinis (…), a następnie eks­komunikować” (s. 125). Zwracam uwagę na słowo „musiała”. No tak, skoro było „prze­stępstwo”, musiała być więc kara. Skoro była „wina”, musiała być represja. Otóż Kuria Rzymska nie musiała ani suspendować, ani ekskomunikować abpa Lefebvrea.

Nie było żadnej winy, nie było przestępstwa, więc nie powinno, a tym bardziej nie musia­ło być żadnej kary. Czyny Arcybiskupa nie tylko że nie zasługiwały na karę, one zasłu­giwały na nagrodę! Kuria Rzymska nałożyła na Arcybiskupa niesprawiedliwe kary, ponie­waż, po pierwsze, była opanowana przez ludzi przenikniętych soborowymi błędami i nie mogących wybaczyć Arcybiskupowi tego, że nie chce złożyć broni; po drugie — bo Kuria sama tego chciała. Tu dochodzimy do dziw­nego spostrzeżenia. Profesor de Mattei wystą­pił przeciw posoborowej rewolucji w Kościele, a jednocześnie uznał, że ta rewolucja musiała suspendować i ekskomunikować najkonse- kwentniejszego „kontrrewolucjonistę”.

Czym to jest, jeśli nie usprawiedliwieniem tej rewolucji w jej starciu z Arcybiskupem? Jeśli ktoś coś zrobić musi, to nie można mieć mu tego za złe. Jak konieczność, to koĄiecz- ność (was sein muss, muss seiri). Czy to moż­liwe, by jakiś kontrrewolucjonista napisały iż rewolucja roku 1789 musiała ściąć króla Ludwika XVI i królową Marię Antoninę?

Który z modernistów kiedykolwiek napi­sał, że abp Lefebvre musiał założyć Bractwo, musiał święcić kapłanów i musiał udzielić czterem z nich sakr biskupich? Modernista tak nie napisze. Arcybiskup musiał, powodo­wany chwałą Bożą i dobrem dusz, święcić ka­płanów i przekazać sakrę biskupią. On mu­siał zrobić to, co zrobił.

Smaczku całej sytuacji dodaje fakt, iż na s. 137 jest przypis nr 328, a w nim informa­cję, że abp P. M. Ngo-Dinh-Thuc „po soborze wyświęcił kilku biskupów z własnej inicja­tywy, za co został ekskomunikowany przez Pawła VI”. Nie ma w tym wypadku mowy, że papież musiał ekskomunikować abpa Thuca. Po prostu ekskomunikował, a czy musiał, czy tylko chciał — te sprawy są w przypisie po­zostawione bez „kropki nad i”. Oto ciekawy przykład, jak różnie zostali w książce potrak­towani abp Lefebvre i abp Thuc. Ten ostatni, dodajmy, przez część ostatniego okresu życia był sojusznikiem palmarian i sedewakanty- stów. To właśnie dla tych środowisk konse­krował biskupów.

De Mattei wspomina abpa Lefebvre’a

Niewątpliwie dzieło prof, de Mattei można porównać do leksykonu modernistów i an- tymodernistów XX wieku. Szkoda tylko, że nie ma indeksu osobowego. Jego brak ogra­nicza skuteczność korzystania z tej książki, którą można porównać z tego powodu do nienaostrzonego miecza. Zrekompensujmy, choć w niewielkim stopniu, brak indek­su osobowego podając strony, na których jest wymieniony w różnych kontekstach abp M. Lefebvre: 65, 95, 124-125, 157, 166, 174-177, 206, 251, 256, 263, 278-280, 297-298, 339, 341, 348, 356, 373, 381-382, 385, 387, 418-419, 430-432. Mam nadzieję, że żadne­go miejsca nie pominąłem.

Zatrzymajmy się jeszcze przez chwilę przy rozdziale VII, a dokładnie przy jego punk­cie VIII, noszącym tytuł Porażka konserwa­tystów po soborze. Brak tam jasnego stwier­dzenia, że spośród duchownych, którzy na soborze bronili ortodoksji, po soborze w wal­ce wytrwało tylko dwóch: abp M. Lefebvre i   bp A. de Castro Mayer. Inni zrezygnowali lub zajęli się innymi sprawami, co na jedno wychodzi. Natomiast ci dwaj hierarchowie prowadzili walkę dalej i odnieśli zwycięstwo, choć bardzo dużym kosztem. Ale przecież nie o osobiste dobro im chodziło.

Pierwszy założył Bractwo Kapłańskie Św. Piusa X, a drugi Bractwo Kapłańskie Św. Jana Marii Vianneya. Obaj utrzyma­li katolicką Tradycję przy życiu, udzielając 30 czerwca 1988 roku sakry biskupiej czterem kapłanom Bractwa Św. Piusa X. To są zwycię­stwa, których autor — biorąc pod uwagę tytuł punktu VIII — zdaje się za zwycięstwa nie uważać. Jednak Rzym pierwszego z tej dwójki potraktował surowiej. Oto po konsekracjach biskupich w liście Ecclesia Dei papieża Jana Pawła II z 2 lipca 1988 roku, zawierającym deklarację zaciągnięcia ekskomuniki, zostali wymienieni abp Lefebvre i czterej nowi bisku­pi, natomiast pominięto milczeniem bpa de Castro Mayera.

Z kolei w dekrecie Kongregacji ds. Bisku­pów z 21 stycznia 2009 roku, podpisanym przez kard. J. Ch. Re, zawierającym słowa

0    zwolnieniu z cenzury ekskomuniki, są na­zwiska czterech konsekrowanych w 1988 roku biskupów, ale nie ma nazwiska abpa Lefebvrea. No cóż, może ktoś powiedzieć, że wymieniona Kongregacja zajmuje się tylko sprawami żyjących biskupów, jednak w spra­wie zrehabilitowania abpa Lefebvrea papież Benedykt XVI stanowiska nie zajął.

Wszystko to sprawia, że nasze miejsce jest po stronie abpa Lefebvre a. Dobrze przysłu­żył się Kościołowi, ale także poniósł z tego powodu największą ofiarę. Poniósł i wciąż pośmiertnie ponosi, bowiem — chociaż orzeczona ekskomunika nigdy nie miała w rzeczywistości mocy obowiązującej — to jednak niektórzy takie znaczenie jej przypi­sują. Sprawiedliwość wymaga, by dobre imię śp. abpa Marcela Lefebvrea zostało publicz­nie i oficjalnie przywrócone.

Arcybiskup był zawsze lojalny wobec Kościoła

Założycielowi naszego Bractwa został po­święcony cały XII punkt pt. Casus Lefebvre w rozdziale VII. I tam znajdujemy gorzką pigułkę. Otóż użyta formuła, że Arcybiskup „od 1974 roku wyraźnie poróżnił się ze Stolicą Apostolską” (s. 430), jest niewłaściwa, bowiem sugeruje, że winę za to „poróżnienie” ponosi abp Lefebvre. Tymczasem prawda jest inna. To moderniści okupujący Rzym, szu­kali okazji, by unicestwić dzieło Arcybiskupa.

I taką okazję w 1974 roku znaleźli. Był to czas ogłoszenia przez Arcybiskupa dekla­racji z 21 listopada 1974 roku. Czy on mógł milczeć? Nie mógł, jeśli nie chciał sprzenie­wierzyć się swojej godności biskupiej, zobo­wiązującej go do obrony Kościoła. Podobnie jak kapłan nie może przestać nauczać kate­chizmu, jeśli nie chce podeptać obowiązków płynących ze swoich święceń.

Równie wątpliwe jest stwierdzenie, że Arcybiskup dopiero „siedem lat po zakończe­niu Soboru (…) po raz pierwszy ocenił bardzo negatywnie Sobór Watykański II” (s. 430). Jeśli zestawimy tę wiadomość z tezą, że „linia akcep­tacji soboru została wybrana początkowo przez mons. Marcela Lefebvre” (s. 418), to galimatias mamy ogromny. Prawda jest inna. Od samego początku, jeszcze w czasie trwania obrad sobo­rowych, Arcybiskup był krytyczny co do sobo­ru. Dawał temu wyraz w swoich wystąpieniach na soborze i po soborze. Były to wystąpienia różnego rodzaju i różnego zasięgu.

Sugerować natomiast, że Arcybiskup zmie­nił swe stanowisko wobec soboru dopiero kil­ka lat po nim, jest całkowitym błędem. Nie zmienił, mógł co najwyżej swe stanowisko z czasem utrzymać, zradykalizować w formie. Nie przeczy temu nawet jego podpis pod do­kumentami soborowymi w ich ostatecznym kształcie. Ten podpis nie był aktem poparcia dla samych dokumentów, tylko wyrazem ze­wnętrznej dyscypliny i lojalności wobec pa­pieża. Akurat tę kwestię autor bardzo jasno wyjaśnił w punkcie pt. Powody porażki kon­serwatystów (s. 385-387). Dopiero z czasem kryzys okazał się tak głęboki, że lojalność wo­bec Kościoła nakazała w sprawie konsekracji biskupich nieposłuszeństwo wobec papieża.

Pomimo tych wszystkich zastrzeżeń, moż­na cieszyć się, że książka prof, de Mattei zo­stała wydana w naszym kraju. Jej ostateczny bilans wypada zdecydowanie pozytywnie. Autor i wydawca książki dobrze przysłużyli się sprawie katolickiej Tradycji w Polsce, co nie znaczy, że nie mogli zrobić tego lepiej. Mogli, podobnie jak każdy z nas to, co robi, zawsze może zrobić lepiej.

(-)Piotr Szczudłowski

Kurs Walut NBP
Waluta Kurs
Dolar amerykański 3.6459 PLN
Euro 4.2826 PLN
Funt szterling 4.7049 PLN
Korona duńska 0.5759 PLN


Słuchaj Radio Pomost
Rajd Katynski
Rajd Katynski
Lusia oginska
Lusia oginska
Gwiazda Polarna
Gwiazda Polarna
Cieslik Foundation, Inc
Cieslik Foundation, Inc