św. Pius X, wielki pogromca modernizmu

św. Pius X, wielki pogromca modernizmu

Przez wieki nikt nie miał wątpliwości, że Kościół katolicki jest ostoją porządku i prawdy, najwyższym stróżem moralności, a przede wszystkim jedynym depozytariuszem Objawienia Bożego.  Zarówno jego członkowie jak i wrogowie to wiedzieli. Kościół, społeczność jednocześnie ludzka i boska, widzialna i niewidzialna, został założony przez Jezusa Chrystusa, prawdziwego Boga i prawdziwego człowieka, aby trwał niezachwianie przy jedynej prawdziwej wierze i nauczał jej aż do skończenia czasów.

W ostatnich dekadach powszechne zamieszanie i stan wręcz permanentnej rewolucji dosięgnął, jak się wydaje, także Kościół. Coraz więcej ludzi dostrzega dziś to, co widziało już w latach sześćdziesiątych wielu duchownych i świeckich, a mianowicie że wraz z Soborem Watykańskim II i jego reformami nastał kryzys, jakiego jeszcze nie było w dwutysiącletniej historii Kościoła. Próbowano stosować różne analogie do przeszłości, ale historia się nigdy nie powtarza a ponadto tym razem problem nabrał wyjątkowego zasięgu.

Wyczyny i słowa Bergoglio to nie początek kryzysu w Kościele, a skutek wieloletniego procesu

Wyczyny i słowa Bergoglio to nie początek kryzysu w Kościele, a skutek wieloletnich wysiłków modernistów

Osobliwość obecnej sytuacji polega na tym, że powszechnie nastało nowe nauczanie inne od tego, które przez wieki było obowiązujące, że to, co było wcześniej potępione jest obecnie przedstawiane jako prawda i nauczanie Kościoła. Ponadto, całkowicie pozmieniano sakramenta i wprowadzono wiele innych reform zgodnych z wymogami tego nowego nauczania. Przede wszystkim zaś ten, który ma stać na czele owczarni Chrystusowej, rządząc nią, nauczając i uświęcając ją, porzucił swe posłannictwo lub go w ogóle nie pełni. Rewolucja soborowa przecież zaczęła się na samym szczycie i to ten szczyt zatwierdził i promulgował doktryny Soboru Watykańskiego II, zlecił i promulgował reformy całą mocą swojego autorytetu, a własnymi słowami i czynami potwierdził ich kierunek. Z niego wywodzą się różne dyrektywy, wskazania, zachęty do ciągłego wdrażania i rozwijania rozpoczętego dzieła. Na jego wreszcie autorytecie opierają się wszelkie inicjatywy idące w tym kierunku. Ten kompletny chaos w dziedzinie dogmatycznej, dyscyplinarnej a coraz częściej i moralnej (zwłaszcza za sprawą Bergoglio) świadczy o kryzysie w Kościele jeszcze bardziej niż spadające liczby powołań i praktykujących wiernych, co jest tylko logicznym skutkiem tego pierwszego.

Wielu katolików to widzi, a nawet najbardziej zaciekli wrogowie Kościoła przyznają ten fakt.

Istnieje natomiast wiele różnych opinij co do istoty sprawy, jak to się stało oraz co za tym idzie, jak wobec tego stanu rzeczy mają postępować katolicy aby zachować wiarę. Jest to nieszczęsny fakt, owe różnice w sprawach istotnych a nawet podziały, co tylko dodatkowo potęguje obecny kryzys.

Głosy sprzeciwu i fakt katolickiego oporu

Obecnie ogromna liczba ludzi widzi w nauczaniu Soboru Watykańskiego II i w reformach wprowadzonych zgodnie z jego literą i duchem tylko przypadłościowe, powierzchowne różnice w odniesieniu do dawniejszych nauk i praktyk Kościoła i dlatego akceptują te wszystkie zmiany jako katolickie. Jest to zasadnicza większość tych, którzy obecnie określają się mianem katolików.

Coetus Internationalis Patrum

Coetus Internationalis Patrum – ugrupowanie konserwatywnych hierarchów i innych duchownych podczas Soboru Watykańskiego II

Już jednak podczas Soboru Watykańskiego II pojawiły się głosy sprzeciwu wobec zmian powołujących się na autorytet samego papieża czy soboru powszechnego. Na samym soborze działał Coetus Internationalis Patrum, pod wodzą arcybiskupa Marceliego Lefebvre’a ale i biskupów da Proenca-Sigaud’a, de Castro Mayera i Carliego, który składał się z kilkuset ojców soborowych i starał się stawić tamę modernistycznym biskupom i ich postępowym doradcom-ekspertom (jak Ratzinger, Rahner, Congar et al.). Podjęto różne próby i wysiłki, ale niestety, nie udało się zatrzymać rewolucji jawnie i gorliwie wspieranej przez Jana XXIII (który zaprosił na sobór teologów do niedawna jeszcze potępionych) i Pawła VI. Warto zauważyć, że w związku z kontaktami władz rzymskich z żydowską B’nai B’rith już na początku soboru (w 1962 r.) wysunięto publicznie hipotezę Papieża popadającego w herezję i tracącego urząd z powodu istotnych zmian w nauczaniu Kościoła, które nie może ulegać tego rodzaju zmianom (w książce Spisek przeciwko Kościołowi rozdanej soborowym ojcom).

Po zakończeniu wspomnianego soboru, wraz z wdrażaniem reform katolicki ruch oporu wobec modernistycznego fałszowania religii tylko przybierał na sile. Coraz więcej duchownych i świeckich stawiało otwarty sprzeciw wobec zmian w nauczaniu, dyscyplinie i przede wszystkim sakramentach, które ukształtowały wiarę tak wielu pokoleń (zgodnie z zasadą lex orandi, lex credendi). Próba zlikwidowania mszy trydenckiej i zastąpienia jej nowym obrzędem, nad którym wspólnie pracowali postępowi liturgiści i protestanci spotkała się z bardzo silnym sprzeciwem różnych środowisk, nie tylko katolickich. Wysuwano poważne zarzuty natury teologicznej, z których najpoważniejsze ujrzały światło dzięki Krótkiej analizie krytycznej Novus Ordo Missae, która zwracała uwagę na daleko idącą rozbieżność między (niezmienną!) katolicką teologią mszy zawartą w dekretach Soboru Trydenckiego a obrzędem zwanym „nową mszą”. Głównymi autorami tejże Analizy był o. Michał Ludwik Guerard des Lauriers OP, jeden z najwybitniejszych tomistów XX wieku, profesor na Lateranie, spowiednik Piusa XII, który ponadto pracował nad dwoma dogmatami maryjnymi (notka biograficzna) oraz P. Krystyna Campo, a podpisali ją dwaj kardynałowie, Ottaviani i Bacci. Niestety, ze względu na pewne niefortunne okoliczności nie udało się zdobyć niektórych obiecanych podpisów hierarchów Kościoła przed przekazaniem Analizy Pawłowi VI w październiku 1969 roku.

Niemniej jednak tekst ten stał się niejako początkiem publicznego i otwartego sprzeciwu wobec soborowych doktryn i reform. Słusznie można go uznawać za pewnego rodzaju „manifest tradycjonalistów” bowiem przez następne dekady różne środowiska sprzeciwiające się soborowi czy reformom soborowym będą się powoływały na ten historycznej wagi dokument.

„Tradycjonaliści”

Jeden z najbardziej brzemiennych w skutkach praktycznych wniosków „Krótkiej analizy krytycznej Novus Ordo Missae” brzmi:

„Jest rzeczą oczywistą, że Novus Ordo nie chce już reprezentować wiary Soboru Trydenckiego. Jednak z tą właśnie wiarą katolickie sumienie związane jest na zawsze. Promulgowanie nowego Ordo stawia zatem prawdziwych katolików wobec tragicznej konieczności wyboru.” (Krótka analiza krytyczna Novus Ordo Missae)

Jak słusznie zauważa x. Franciszek Ricossa we wprowadzeniu do nowego włoskiego wydania Krótkiej analizy, zgodnie z zamysłem tego tekstu i jego wnioskami zachowanie starej Mszy winno być równoznaczne z całkowitym odrzuceniem nowej. Oba ryty bowiem stanowiły wyraz diametralnie przeciwnych teologij, katolickiej i modernistycznej („sprotestantyzowanej”). I tak rzeczywiście wielu postąpiło na samym początku i później, zarówno księża usuwani przez swoich przełożonych jak i dobrowolnie porzucający swoje parafie i zgromadzenia, aby móc odprawiać zgodnie z rytem swych święceń (o niektórych pionierskich duchownych można poczytać tutaj), jak i świeccy, którzy często skazani zostali na wielkie niewygody związane z długimi dojazdami na Mszę trydencką, jakkolwiek by nie mieli blisko na nową w ich dotychczasowej parafii.

Ci „tradycjonaliści”, jak ich zaczęto nazywać, nie wszyscy zgadzali się co do powodów odrzucenia nowej mszy i nowych doktryn soborowych. W sytuacji tak trudnej, nowej i wyjątkowej wyczerpująca odpowiedź na pytania co, jak i co dalej nie mogła być taka łatwa i prosta, zwłaszcza, że cała hierarchia Kościoła aż po sam szczyt wydawała się popierać to, co było przyczyną zgorszenia i wręcz sprzeciwu wielu katolików na świecie. Sam zaś sprzeciw był uważany przez tych ostatnich za konieczność.

Różne odpowiedzi: a) indultowcy

Sama spontaniczna konieczność odrzucenia reform wymagała teoretycznego jej uzasadnienia. Niektórzy przyjęli, po głębszym namyśle, że skoro zarówno teksty Soboru Watykańskiego II jak i posoborowych reform zostały promulgowane przez Pawła VI, a potem przezeń i jego następców były wdrażane, to muszą one zgadzać się z wiarą katolicką, choć mogą być w pewnym stopniu niedoskonałe, a w przyszłości „zreformowane”. Ci „tradycjonaliści” preferujący stare nad nowym zasadniczo z powodów nie tyczących się istoty sprawy uznali „współistnienie” za satysfakcjonujące rozwiązanie. Przyczyniły się do tego stanu rzeczy indulty z 1984 r. i 1988 r., którymi Jan Paweł II, czyniąc wyjątek od zakazu starej mszy, pozwolił na jej odprawianie przy jednoczesnym warunku uznawania soborowych doktryn i reform, zwłaszcza nowej mszy, za prawowite i katolickie. Wskutek tego pojawiły się także z czasem różne instytuty, jak na przykład Bractwo Św. Piotra, Bractwo Św. Wincentego Ferreriusza, Instytut Chrystusa Króla, później też Instytut Dobrego Pasterza, które głównie albo wyłącznie odprawiają starą Mszę deklarując posłuszeństwo Janowi Pawłowi II i jego następcom.

Niemniej jednak ci „indultowcy”, jak ich zaczęto nazywać, nie są całkiem jednorodnym środowiskiem. Zasadnicza ich większość uznaje zgodność wszystkich soborowych doktryn i reform, które stały się zaczynem publicznego i masowego niekiedy oporu katolików, z niezmiennym nauczaniem Kościoła. Tym samym, przy bardzo delikatnych czy wręcz powierzchownych ustępstwach ze strony władzy watykańskiej porzucili początkowy spontaniczny opór wobec reform, kierując swe wysiłki na tory samej tylko walki przeciwko „nadużyciom”. Motu proprio Summorum pontificum z 2007 roku w istocie niczego nie zmieniło, bowiem szersze pozwolenie na korzystanie z mszału Jana XXIII wiązało się z tak samo stanowczym warunkiem akceptacji doktryn i reform Soboru Watykańskiego II, a zwłaszcza Novus Ordo Missae. Stwierdzono tam, że nowa msza i stara są wyrazem tej samej teologii, tej samej wiary, czyli coś całkowicie sprzecznego z wnioskiem Krótkiej analizy krytycznej, która była przecież u początku publicznego katolickiego sprzeciwu wobec soborowych reform.

Niektórzy, spośród tych „tradycjonalistów” korzystających z indultów i innych wyjątków jednak uznają pewną część soboru za niezgodny z odwiecznym nauczaniem Kościoła (podają tu różne procenty: od 1 do może nawet 20%, nie będę tu wchodził w dokładniejsze obliczenia). Wybierają zatem to, co katolickie a część odrzucają. Twierdzą przy tym, że te elementy, które się kłócą z dotychczasowym nauczaniem Kościoła albo nie są jasne powinny w przyszłości zostać skorygowane przez Kościół jako nie wchodzące w skład nieomylnego nauczania Kościoła.

Ogólnie „indultowcy” trzymają się interpretacji Soboru Watykańskiego II „w świetle Tradycji” (wedle wyrażenia Jana Pawła II). Ich opór jednak jest dość bierny i dlatego słusznie można powiedzieć, że ci wszyscy indultowcy i „środowiska motu proprio” porzucili walkę pierwszych dni i dziś zadowalają się krytyką nadużyć, ewentualnie czekając na przyszłe wyjaśnienie pewnych kwestii spornych, aczkolwiek drugorzędnych.

A tymczasem wielu nadal zwracało i zwraca uwagę na istotną różnicę, nie tylko powierzchowną, między „nowym” a „starym”, zarówno w materii doktrynalnej jak i dyscyplinarnej oraz sakramentalnej.

b) Bractwo Kapłańskie Św. Piusa X i inni stawiający opór władzy

Bp Marceli Lefebvre, założyciel FSSPX, w towarzystwie bpa de Castro Mayera

Bp Marceli Lefebvre, założyciel FSSPX, w towarzystwie bpa de Castro Mayera

Arcybiskup Marceli Lefebvre, choć po zakończeniu Soboru Watykańskiego II wyrażał swój optymizm z powodu Pawła VI (cf. Marcel Lefebvre. Życie, s. 434) i przez kilka lat nie wypowiadał się publicznie przeciwko nowej mszy i soborowi (cf. ibid., s. 557), założył Bractwo Kapłańskie Św. Piusa X, zatwierdzone przez biskupa Fryburga 1 listopada 1970 roku dla zwracających się doń kleryków rzymskich seminariów, którzy nie chcieli kontynuować formacji kapłańskiej w zakażonych modernizmem instytucjach. Na początku publicznego oporu katolików francuski hierarcha stał jednakże z boku, zależało mu bowiem na przetrwaniu zagrożonego od początku z oczywistych względów Bractwa. W pierwotnych statutach Bractwa zawarte były nawet warunki koncelebry Novus Ordo Missae (co usunięto w 1976). Dopiero z czasem zaczął się coraz bardziej ujawniać jego spór z Pawłem VI, zwłaszcza po jego deklaracji z 21 listopada 1974, napisanej „w przypływie wzburzenia” i po zniesieniu jego zgromadzenia przez tę samą władzę, która je zatwierdziła, a co nastąpiło 6 maja 1975. (W sprawie całej tej historii pouczająca jest lektura wspomnianej właśnie biografii arcybiskupa autorstwa bpa Tissier de Mallerais.)

Gdy już samo istnienie FSSPX zostało prawnie zakwestionowane przez władze rzymskie abp Lefebvre coraz częściej i energiczniej występował przeciwko samemu Soborowi Watykańskiemu II, nowej mszy i innym reformom modernistycznym. Wiele osób podążało za francuskim prałatem, zarówno świeccy, jak i duchowni, jego Bractwo rosło w siłę. On sam stał się w pewnym sensie autorytetem zastępczym i ostateczną wyrocznią w sprawie tego, co należy przyjąć, a co odrzucić, aby zachować wiarę katolicką, nawet jeśli jego stanowisko, uznane za roztropny „złoty środek”, ulegało zmianie w tak istotnej kwestii dla życia wiernych, jak chodzenie na Novus Ordo Missae (od obowiązku pod karą grzechu aż po unikanie pod karą grzechu).

Nie da się jednak zaprzeczyć, że we wszystkich kontaktach z Watykanem abp Lefebvre kierował się dobrem Bractwa, a za jedno z najważniejszych uważał oficjalne uznanie go przez władze w Rzymie. Widział w tym znak opatrzności i warunek bardziej skutecznego apostolatu. I dlatego też przyjął zarówno współistnienie nowej mszy ze starą, interpretację Soboru Watykańskiego II „w świetle tradycji” (Marcel Lefebvre. Życie, s. 572) oraz narzucił „deklarację wierności stanowisku Bractwa” kandydatom do święceń, gdzie wymagane było m.in. uznawanie Jana Pawła II za Papieża (por. „Abp Lefebvre a jedność katolików wiernych tradycji”).

Te manewry wprowadziły jednakże silny podział w środowiskach katolickiego oporu wobec modernizmu, co spotęgowały jeszcze bardziej sakry biskupie udzielone 30 czerwca 1988 r. wbrew formalnemu zakazowi Jana Pawła II.

I tak środowisko skupione wokół Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X obrało inną drogę oporu niż indultowcy, którzy poszli na wszystkie łatwe udogodnienia ze strony modernistów. Choć oficjalne stanowisko abpa Lefebvre’a i FSSPX ulegało zmianie nawet w istotnych kwestiach (jak wyżej), jednak co nie uległo zmianie i nie podlega dyskusji to uznawanie Pawła VI, Jana Pawła II, Benedykta XVI i w tej chwili Franciszka za najwyższą władzę w Kościele, której jednak stawia się habitualny, czyli stały, opór, odrzucając, przesiewając jej nauczanie oraz wybierając, do których dekretów i praw się stosować, za które dziękować (np. za motu proprio Summorum pontificum i za zniesienie ekskomuniki), a które całkowicie odrzucać (narzucenie ekskomuniki w 1988).

Podobnie jak znaczna część indultowców a nawet idąc dalej w obliczeniach niż niektórzy z nich, FSSPX, słowami swego Przełożonego Generalnego, uznaje w 99% Sobór Watykański II (w wywiadzie dla dziennika „La Liberté” w 2001, swoją drogą, na co zatem szukać dziury w całym i zadawać sobie pytanie o krytykę tego jednego procenta???). Dalej, FSSPX uznaje ważność i prawowitość nowych sakramentów, w tym nowej mszy (ale i w tym punkcie stanowisko uległo diametralnej zmianie, cf. np. tekst x. Kramera, x. Laisney, et al.), choć jednocześnie uważa nową mszę za złą, a nawet „bękarcią” (ale już prawowitą!) i odrzuca wszystko, co w dokumentach soboru i reformach zeń wynikających jest „sprzeczne z Tradycją” (mimo iż to tylko ten jeden procent!). Oczywiście w takiej perspektywie to nie Papież, jak przez wieki, jest ostateczną wyrocznią w sprawach wiary, żywą regułą wiary, ale abp Lefebvre albo jego następca na stanowisku Przełożonego Generalnego FSSPX i inne „autorytety” nie posiadające jurysdykcji od tego, którego przynajmniej słowem i oficjalnie uważa się za Papieża (choć co prawda to się zmieniło ostatnio z udzieleniem bpowi Fellay jurysdykcji do sądzenia w pierwszej instancji swoich podwładnych oraz jurysdykcji kapłanom FSSPX do słuchania spowiedzi).

Vaticanum II Bishops in St. Peter's Basilica

Sobór Watykański II początkiem obecnego kryzysu

Swój opór środowisko to motywuje na różny sposób, ale pośród argumentów słyszy się, że Sobór Watykański II był soborem duszpasterskim (pierwszym w historii, jak mówią, choć przecież wszystkie sobory w historii traktowały nie tylko o prawdach dogmatycznych, ale również o kwestiach duszpasterskich), więc nie wszystko co w nim zawarte jest obowiązujące. Mówi się, że „Papieże” nie są zawsze nieomylni, nawet jeśli głoszą prawdy ściśle związane z wiarą czy moralnością do całego Kościoła, że magisterium Kościoła nie jest zawsze nieomylne, całkowicie odsuwając na bok lub ignorując prawdziwe znaczenie nieomylności Papieża i Kościoła jasno wyłożone przez Sobór Watykański I i teologów przygotowujących i wyjaśniających ów dogmat (o tym szerzej pisze x. Murro). Wysuwa się też często argument swego czasu używany przez protestantów, jansenistów i innych heretyków, że Papieże w przeszłości, włącznie ze św. Piotrem, również popadali w herezje a nawet apostazję. W niedawnym kazaniu x. Łukasz Weber, przełożony Bractwa w Polsce odświeża ten heretycki argument, choć nie używa słowa herezja a wieloznacznego wyrażenia „poważny błąd” (czy np. ekumenizm jest tylko „poważnym błędem”?). Ten argument jest jednak kompletnie fałszywy, zarówno co do św. Piotra jak i innych Papieży (cf. „Argument ‘złych Papieży’” oraz inny tekst w przygotowaniu), co wiemy z pism różnych ultramontańskich autorów katolickich zwłaszcza końca XIX i początku XX wieku, którzy wyjaśniali nieomylność papieską zgodnie z nauczaniem Kościoła, a nie z wewnętrznym wymogiem stanowiska FSSPX.

Podsumowując, zwolennicy FSSPX za abpem Lefebvrem twierdzą, że nie robią nic innego, jak tylko trzymają się tego, co było wcześniej. Po części to prawda, z pewnością, jednak tym, co zawsze cechowało prawdziwych katolików było synowskie posłuszeństwo wobec Papieża, które jest sprzeczne z istotą lefebryzmu, która polega na ciągłym przesiewaniu.

Ponadto, ta postawa stawiania oporu władzy uznawanej za prawowitą prowadzi nieuchronnie do ciągłego zbliżenia z tą władzą, który to proces widać zarówno w czasach abpa Lefebvre’a jak i obecnych. Pomimo potęgującego się kryzysu w Kościele FSSPX już w zasadzie się pogodziło z modernistami, a Franciszka bp Fellay uważa za przyjaciela Bractwa i Tradycji, który „chce dobrze dla Tradycji, chce, żeby Tradycja miała głos, żeby rozwijała się w Kościele”.

c) Lefebryści od „Ruchu Oporu”

Bp Ryszard Williamson

Bp Ryszard Williamson, jeszcze przed usunięciem z FSSPX

W związku z różnymi posunięciami i deklaracjami (zwłaszczą tą z 2012 roku) obecnego Przełożonego Generalnego FSSPX coraz bardziej przychylnymi modernistom powstał jednak dość silny wewnętrzny i później zwłaszcza zewnętrzny „ruch oporu” (jak się sam nazywa). Jego szeregi zasilili duchowni, którzy dobrowolnie odeszli albo zostali usunięci dyscyplinarnie, z czego największym echem odbiło się wyrzucenie bpa Williamsona w 2012 roku. Nie da się nie zauważyć, że podobnie jak FSSPX abpa Lefebvre’a uznało oficjalną aprobatę władz modernistycznych, ale nie uznało kasaty ze strony tej samej władzy, tak też i usunięci z FSSPX duchowni nie uznają często wyrzucenia przez prawowitą władzę Bractwa i nadal się uważają za „członków FSSPX in perpetuum”.

Ów „ruch oporu”, którego nieoficjalnym, ale moralnym autorytetem jest bp Williamson, powołuje się na oświadczenia abpa Lefebvre’a przeciwne praktycznemu pojednaniu Bractwa z modernistycznym i „schizmatyckim” Rzymem. Bliższe jednak przyjrzenie się całokształtowi relacyj założyciela Bractwa z modernistami i jego publicznym słowom prowadzi do wniosku, że pomimo chwilowych wahań, a nawet oświadczeń sprzyjających wakatowi Stolicy Apostolskiej, był on zawsze skory do osiągnięcia porozumienia, nawet za cenę pewnych ustępstw (cf. np. protokół z maja 1988). Mówił to nawet dziennikarzom nazajutrz po sakrach biskupich w czerwcu 1988 roku. Dlatego też niżej podpisany porzucił swego czasu to stanowisko, które było u początku niniejszego bloga i aż do lipca 2013 roku.

„Ruch oporu” przyjmuje wszystkie przesłanki i wnioski stanowiska lefebrystycznego z wyjątkiem jednego: uznaje się przynajmniej słowem „papiestwo” Franciszka i jego poprzedników, konieczność stawiania oporu „hierarchii kościelnej” w tym, co niezgodne z Tradycją, ważność i prawowitość reformy liturgicznej, ale i jej szkodliwość dla dusz (choć jednak w 2015 roku bp Williamson powiedział, że można z pożytkiem duchowym chodzić na Novus Ordo) przy jednoczesnym praktykowaniu najwyższej zasady, jaką jest kategoryczny sprzeciw wobec porozumienia praktycznego z modernistami póki oni nie wycofają swoich błędów. We wszystkim „oporowcy” twierdzą, że opierają się na stanowisku, słowach i czynach założyciela Ecône, ale przecież dokładnie tak samo twierdzi oficjalne FSSPX. Okazuje się, że abp Lefebvre jest główną normą wiary dla dwóch stanowisk walczących ze sobą o „prawidłową interpretację” spuścizny abpa Lefebvre’a a widać to wyraźnie po lekturze wymiany korespondencji między trzema biskupami FSSPX a radą generalną z 2012 roku (choć u zarania tej rozbieżności jest już deklaracja samego arcybiskupa z 1974 roku, jak słusznie zauważa autor innego artykułu). Jest to znamienna cecha lefebryzmu i dowód na to, że stanowisko francuskiego purpurata zmieniało się w zależności od okoliczności dotykających jego Bractwo (np. słynne nieodwołanie sakr „bo namioty wynajęte” w liście do Ratzingera z 6 maja 1988).

Swoją drogą, samo powstanie „ruchu oporu”, czyli „tradycjonalistów” opierających się na autorytecie abpa Lefebvre’a obok, a raczej w opozycji do FSSPX również opierającego się na autorytecie tego samego abpa Lefebvre’a stanowi dowód niejednorodności tego środowiska, które nie kieruje się zasadami teologii katolickiej, ale przemijającym „roztropnościowym stanowiskiem” danego momentu zależnym przede wszystkim od aktualnego etapu pertraktacji z Watykanem w celu osiągnięcia porozumienia.

Jeden z wielu publicznych aktów apostazji Jana Pawła II

Jeden z wielu publicznych aktów apostazji Jana Pawła II

d) Odrzucenie modernistycznej władzy: „sedewakantyści”

W dobie soborowej rewolucji wielu duchownych i świeckich wręcz instynktownie odcięło się od jedności z Pawłem VI a potem jego następcami podobnie jak uczynili to na przykład wierni w V wieku wobec Patriarchy Konstantynopola Nestoriusza głoszącego rzeczy sprzeczne z wiarą katolicką. Działo się to często zupełnie spontanicznie, w zgodzie z sumieniem katolickim, z sensus fidei. Podobnie jak Novus Ordo Missae stanowił poważny dylemat dla sumienia katolików (cf. Krótka analiza krytyczna, j.w.), tak i sam autorytet, w imię którego wdrażano te wszystkie nowe nauki i reformy. Ale omawiana tu powszechna i odgórna rewolucja w Kościele skłoniła także wielu duchownych i świeckich do podjęcia studium kwestii autorytetu w Kościele a w szczególności utraty urzędu kościelnego (zwłaszcza papieskiego) przez publicznego heretyka, bowiem kwestia autorytetu jest w oczywisty sposób ściśle związana z nauczanymi błędami i szkodliwymi reformami. Już zresztą sam abp Lefebvre zadawał sobie to pytanie (niejednokrotnie zresztą):

„Sobór, odwracając się plecami do Tradycji i zrywając z Kościołem przeszłości jest soborem schizmatyckim. […] O ile mamy pewność, że wiara nauczana przez Kościół od dwudziestu wieków nie może zawierać błędu, o tyle mamy znacznie mniejszą pewność, że dany Papież jest rzeczywiście Papieżem. Herezja, schizma, ekskomunika ipso facto, nieważność wyboru są przyczynami, które mogą w przyszłości sprawić, że jakiś Papież nigdy nim nie był albo przestał nim być. W takim przypadku, rzecz jasna bardzo wyjątkowym, Kościół znalazłby się w sytuacji podobnej do tej, w której się znajduje po śmierci Najwyższego Pasterza. Bowiem, wreszcie, sumienie i wiara wszystkich katolików od początku pontyfikatu Pawła VI stają wobec poważnego problemu. Jakże Papież, prawdziwy następca Piotra, obdarzony asystencją Ducha Świętego, może przewodzić zniszczeniu Kościoła, najgłębszemu i o największym zasięgu w całej jego historii, w tak krótkim czasie, czego nie był w stanie zrobić nigdy żaden herezjarcha? Na to pytanie trzeba będzie kiedyś odpowiedzieć.” (Deklaracja abpa Lefebvre’a w „Figaro” z 4 sierpnia 1976 r., przytoczona w „Monde et vie” nr 264 z 27 sierpnia 1976 r.; cf. Tissier, Marcel Lefebvre. Życie, s. 547; artykuł x. Ricossy z pisma „Sodalitium” z 2001 r., przyp. 47).

Wielu katolików odpowiedziało na to pytanie już w czasach Pawła VI i jego reform uznanych przez wielu tradycjonalistów za szkodliwe czy wręcz heretyckie. Wiedzieli oni, w oparciu o dane wiary nauczone z katechizmu katolickiego czy głębszą znajomość teologii oraz o zasadę niesprzeczności, że ani Papież, ani sobór powszechny, ani biskupi w jedności z Papieżem nie mogą głosić rzeczy sprzecznych z nauczaniem Kościoła czy wprowadzać reform i praktyk powszechnych szkodliwych dla dusz, ponieważ także one są normalnie naznaczone nieomylnością obiecaną Kościołowi przez Chrystusa. To właśnie nieomylność Papieża i/lub Kościoła jest punktem wyjścia tego stanowiska wobec kryzysu w Kościele, co szerzej opisuje x. Antoni Cekada w artykule „Tradycjonaliści, nieomylność i Papież”, z którym każdy przeciwnik Soboru Watykańskiego II powinien się zapoznać.

x. Joachim Saenz y Arriagia, piszący pod pseudonimem Maurice Pinay, pierwszy, który wysunął publicznie hipotezę Papieża heretyka w czasach współczesnych

Dlatego ci katolicy, zarówno wtedy jak i dziś, uznają, iż od czasów Pawła VI a nawet Jana XXIII trwa wakat stolicy apostolskiej z powodu braku prawdziwego Papieża. Za pewnego rodzaju „próg” pewności bierze się często promulgację przez Pawła VI deklaracji Dignitatis humanae 7 grudnia 1965 roku, która stoi w jawnej sprzeczności z wielowiekowym magisterium Kościoła, zwłaszcza z Quanta cura Piusa IX (8 XII 1864). Stąd termin „sedewakantyzm” i „sedewakantyści” (sede vacante – w trakcie wakatu stolicy, za trwającego wakatu), który później został ukuty dla ułatwienia. Sam zaś „sedewakantyzm” jako odpowiedź katolików na współczesny kryzys w Kościele obecny jest od samego zarania katolickiego oporu wobec modernistów, a nawet prewencyjnie, co słusznie zauważa i dostatecznie udowadnia w swoim artykule polemicznym x. Franciszek Ricossa.

Wielu zarzuca sedewakantystom „praktyczny protestantyzm”, „przekraczanie kompetencyj”, „dogmatyzowanie sedewakantyzmu” etc. Niemniej jednak przyjmujący stanowisko sedewakantystyczne, czy to w oparciu o głębsze studia, czy też prości ludzie opierający się na nauce katechizmowej, czynią w istocie dokładnie to samo, co niektórzy inni „tradycjonaliści”, zarówno indultowego typu jak i lefebryści. W istocie, to znaczy, w oparciu o dane wiary stwierdzają niemożliwość pogodzenia autorytetu Chrystusowego z heretyckimi naukami i reformami wprowadzanymi i zatwierdzanymi w imię tegoż autorytetu, całą siłą tego autorytetu. Zatem tak, jak indultowcy i lefebryści odrzucają „mniej lub więcej” (zależy to od dokładnych obliczeń, j.w.) z soboru i reform soborowych w świetle wiary i mają co do tego pewność, tak też i sedewakantyści, którzy również w świetle wiary odrzucają autorytet odpowiedzialny za te wszystkie rzeczy jako niekatolicki. Mają co do tego pewność taką samą, jak ci, którzy odrzucają Novus Ordo Missae jako niekatolicki czy niektóre lub wszystkie doktryny zawarte w tekstach soborowych. Owo zarzucane „dogmatyzowanie” nie jest niczym innym, jak tą właśnie pewnością opartą na wierze a dotyczącą obecnego wakatu Stolicy Piotrowej (zatem, jeśli już, można mówić także o „dogmatyzowaniu” odrzucania reform przez niektórych indultowców i lefebrystów). Nie ma również to nic wspólnego z „detronizowaniem Papieża”. Jest to najzwyczajniejszy wniosek, teologiczny bowiem opierający się na danych wiary, równie pewny, jak zasada niesprzeczności, na której się opiera.

„Sedewakantyści” po prostu idą dalej w rozumowaniu niż wielu innych „tradycjonalistów” i widzą sprzeczność z nieomylnością i niezniszczalnością Kościoła w uznawaniu Pawła VI i jego następców za jednocześnie Papieży Kościoła i autorów heretyckich nauk i reform sprzecznych z dobrem Kościoła. Odrzucając reformy jako niekatolickie, odrzucają niekatolicki autorytet, który je tak czynnie i oficjalnie wdrażał i nadal przewodzi reformie w duchu soboru.

Przeto „sumienie i wiara wszystkich katolików od początku pontyfikatu Pawła VI stają wobec poważnego problemu” i zamiatanie go pod dywan niczego nie rozwiązuje. Papież, zgodnie z odwiecznym nauczaniem i praktyką Kościoła oraz najzwyklejszym sensus catholicus wiernych wszystkich wieków, nie jest drugorzędnym dodatkiem do wiary katolickiej, ale należy się mu posłuszeństwo i całkowite podporządkowanie dla zbawienia wiecznego (por. Unam sanctam Bonifacego VIII). Dlatego problem autorytetu obecnego okupanta Watykanu jest tak istotny. Niektórzy przewrotnie mówią, że Pan Jezus przy Sądzie Szczegółowym nie będzie pytał, czy się uznawało Montiniego/Lucianiego/Wojtyłę/Ratzingera/Bergoglio za Papieża. Na takie postawienie sprawy odpowiadam, że co jest pewne, to to, że wszyscy będą musieli zdać sprawę ze swojej wiary i postępowania zgodnie z nią (wiary i uczynków). Przeto obowiązek podporządkowania Papieżowi należy do depozytu wiary, a postawa wielu „tradycjonalistów” „nie chce już reprezentować wiary Soboru Trydenckiego”, odwiecznej wiary Kościoła. A najpóźniej na Sądzie Ostatecznym wyjdzie na jaw, że soborowi „papieże” nie byli Wikariuszami Chrystusa, ale diabła.

Należy dodać, iż odpowiedź „sedewakantystów” na współczesny „problem autorytetu” w Kościele wyraża się na dwa sposoby, choć formalnie się zgadza. Pewna ich część, opierając się na opiniach różnych teologów i nawet Papieży doszła do wniosku, że praktycznie wszyscy zgodni są co do tego, że publiczny czy jawny heretyk nie może ważnie zajmować żadnego urzędu w Kościele, tym więc bardziej najwyższego. Jest to niemożliwe do pogodzenia z nieomylnością i niezniszczalnością Kościoła, a także z misją Papieża, którą jest nauczanie, rządzenie i uświęcanie Kościoła, mistycznego Ciała Chrystusa. Stanowisko to można określić nazwą sedewakantyzmu zwykłego (simpliciter). Znowu, nie jest to „osądzanie osoby Papieża” czy „detronizacja”, a po prostu wniosek teologiczny oparty na pewnych przesłankach z wiary i zasadzie niesprzeczności.

O. Guerard des Lauriers OP

O. Guerard des Lauriers OP

Inni, za wspomnianym wcześniej autorem Krótkiej analizy krytycznej Novus Ordo Missae o. Michałem Ludwikiem Guerard des Lauriers, twierdzą, że pewności absolutnej tą drogą nie można osiągnąć, bowiem opinie teologów, jakkolwiek jednomyślne by nie były, mogą być pomocne dla argumentu teologicznego, ale nie wyczerpują znamion pewności teologicznej. Dominikański duchowny, głównie za tomistycznymi teologami z przeszłości twierdził, że nawet w sytuacji publicznej herezji orzeczenie kompetentnej władzy jest konieczne, aby było wiążące dla wszystkich katolików, ponieważ Kościół jest zarówno społecznością widzialną, jak i niewidzialną, a jako widzialna, rządzi się prawem kościelnym. Niemniej jednak, w świetle sprzeczności zaobserwowanych między odwieczną nauką Kościoła a doktrynami soborowymi „promulgowanymi” z zachowaniem wszelkich form i pozorów, zachodzi pewność co do tego, że Paweł VI nie posiadał autorytetu papieskiego lub przestał go posiadać, a Jan Paweł II (i jego następcy) w ogóle go nie mieli.

Według o. Guerard des Lauriers i przyjmujących jego tezę, Montini i inni „soborowi papieże” byli zatem, w świetle norm kanonicznych Kościoła katolickiego, ważnie wybrani na urząd Papieża, ale z powodu swojej herezji (modernizmu) stawili przeszkodzę (obex) na drodze przyjęcia władzy Chrystusowej, która stanowi istotę papiestwa. Nie są na pewno „Papieżami” w akcie, faktycznie sprawującymi urząd papieski i nie mogą go sprawować póki przyjęciu autorytetu stawiają ową wewnętrzną przeszkodę, która wyraźnie przejawia się w uzewnętrznionej obiektywnej intencji. Przeszkoda ta sprowadza się, w aktualnej sytuacji, do trwania przy nauczaniu Soboru Watykańskiego II i soborowych reformach, zwłaszcza nowej mszy, które są sprzeczne z wiarą katolicką i szkodliwe dla dusz, jak słusznie zauważa wielu „tradycjonalistów”. Zgodnie z tą hipotezą, gdyby taki okupant Watykanu potępił i publicznie odżegnał się od Soboru Watykańskiego II i jego reform, wówczas nastąpiłoby usunięcie przeszkody stojącej na drodze objęcia władzy papieskiej, do której ma tytuł z racji ważnego wyboru podczas konklawe i stałby się prawdziwym Papieżem. O odzyskaniu prawowitości przez Papieża pisał już w XVI wieku Hieronim kardynał Albani (cf. wspomniany już tekst x. Ricossy).

Innym sposobem na rozwiązanie sytuacji w tej optyce byłoby wysunięcie wymaganych kanonicznych napomnień i wskutek nieopamiętania się delikwenta stwierdzenie wakatu przez biskupów mających tytuły do urzędów, czyli zasiadających na stolicach diecezyj. Ale również w tym wypadku najoczywistszym warunkiem byłoby całkowite odrzucenie błędów i reform soborowych przez takich biskupów, a nie „reforma reformy” czy „sobór w świetle tradycji” i inne heretyckie pomysły modernistów akceptowane przez wielu „tradycjonalistów”.

W związku z tym, że okupant Stolicy Piotrowej, wedle tej hipotezy, posiada ważny tytuł do swej stolicy, mówi się, że jest tylko materialnie (materialiter) „Papieżem”. Jest wręcz martwymi „zwłokami” Papieża. Brak mu formy Papiestwa, tego, co czyni że Papież jest Papieżem, czyli autorytetu Chrystusowego obiecanego i sprawowanego przez samego Chrystusa za pośrednictwem Papieża (forma to jest to, dzięki czemu coś jest tym, czym jest). Taki okupant Stolicy Apostolskiej nie jest zatem Papieżem formalnie (formaliter). To rozróżnienie filozoficzne (i dlatego też teologiczne), tak opacznie rozumiane albo wcale nie rozumiane przez wielu (z różnych powodów) stanowiło i nadal niestety stanowi zarzewie niejednego konfliktu. Niemniej jednak „teza z Cassiciacum”, jak zaczęto nazywać tę teorię od pisma, w którym po raz pierwszy się pojawiła („Zeszyty Cassiciacum”, fr. „Cahiers de Cassiciacum”), daje teologicznie pewną odpowiedź na pytanie o ciągłość papiestwa w obecnej sytuacji kryzysu w Kościele. Ale nie jest to miejsce na rozwijanie tematu, który sam w sobie zasługuje na odrębne opracowanie (zamieszczone tutaj). Warto tylko dodać, gwoli ścisłości i sprawiedliwości, że nazywanie tezy „sedeprywacjonizmem” jest wielkim nieporozumieniem, bowiem termin ten miałby oznaczać privatio sedis (pozbawienie/brak stolicy), co jest niemożliwe. Mowa tu natomiast o privatio auctoritatis (pozbawieniu/braku autorytetu), a to rzecz zupełnie inna.

Podsumowanie i co dalej?

Jak widać, w obliczu tej nieszczęsnej rzeczywistości jaką jest największy w historii Kościoła kryzys, pojawiły się różne, nawet sprzeczne, odpowiedzi. Niemniej już w tym miejscu warto zauważyć, że sam niepodważalny dla wszystkich, przynajmniej „tradycjonalistów” i niektórych konserwatywnych zwolenników Soboru Watykańskiego II, fakt braku pewnego i stałego punktu odniesienia, najwyższej instancji w Kościele, jest znamienny i sam o sobie przemawia za słusznością stanowiska sedewakantystycznego, które stwierdza fakt braku władzy Chrystusowej sprawowanej w akcie, tu i teraz, przez osobę Papieża, któremu wszyscy katolicy są poddani pod groźbą wiecznego potępienia. Brak takiej właśnie osoby jest boleśnie odczuwalny przez wszystkich, którzy chcą się trzymać niezmiennej wiary katolickiej.

Omawiane tu różne odpowiedzi na kryzys w Kościele pociągają za sobą w sposób konieczny dalsze wnioski i jakiś określony sposób postępowania. „Indultowcy” i środowiska przywiązane do „nadzwyczajnej formy rytu rzymskiego” mają pluralistyczną wizję Kościoła, w którym panują różne preferencje, to oazowe, to charyzmatyczne, to wreszcie „tradycjonalistyczne”, pod jedną władzą tej samej osoby uważanej za Papieża, choć bardzo niedoskonałego. Wręcz sprzeczne twierdzenia w obrębie tej samej organizacji świadczą o niejednorodności wiary, która winna być ta sama i wspólna. Dopuszcza się ponadto możliwość, że sam Kościół może sobie zaprzeczyć w wierze poprzez głoszenie przez wieki pewnych prawd, ogłoszenie Soboru Watykańskiego II sprzecznego z wieloma z nich, a potem znowu ogłoszenie wycofania nowych prawd soborowych. Katolicki zmysł, ów sensus fidei, nie pozwala jednak przyjąć takiego stanu rzeczy, bowiem Kościół jest społecznością widzialną, którą łączy ta sama niezmienna wiara, obowiązująca i wiernie przekazywana przezeń, nauczana przez Kościół nauczający i przyjmowana przez Kościół nauczany.

Odpowiedź Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X po części pokrywa się z niektórymi poglądami środowisk „indultowych”, zwłaszcza uderzającymi w nieomylność Kościoła i Papieża (ale także w sprawach „mniejszej wagi”, jak: dziękowanie za motu proprio, pochwała dla modernistów krytycznych wobec Bergoglio, etc.), choć idzie nieco dalej. Ze swym „magisterium zastępczym” jako bliższą normą wiary przesiewającym to, co pochodzi od tego, którego uważa się za Papieża, raz przyjmując, raz odrzucając nauczanie i zarządzenia „papieża”, stawia się jednak w szeregu różnych heretyków i schizmatyków przeszłości, jak gallikanie i janseniści, którzy również wybierali, co im pasuje, a co nie u tego, który przez nich uznawany był za Głowę Kościoła. W praktyce polega to na ciąłym lawirowaniu i niekończących się pertraktacjach z modernistycznymi niszczycielami wiary.

Tylko stanowisko sedewakantystyczne w pełni nie narusza nieomylności i niezniszczalności Kościoła, który wiernym nie może podać fałszywej nauki, zgubnych praw, szkodliwych sakramentów czy złych przykładów do naśladowania (w „kanonizowaniu” jawnych grzeszników zwłaszcza przeciwko wierze). Bowiem stwierdzenie, że soborowe doktryny i reformy są fałszywe i złe pociąga za sobą odrzucenie autorytetu, który je wprowadzał jako niekatolickiego. Natomiast teza z Cassiciacum opierając się na tej pewności wiary, która jest w zasięgu wszystkich, udziela teologicznie pewnej odpowiedzi na problem sukcesji apostolskiej w dobie obecnego kryzysu w Kościele.

To powiedziawszy utopijne okazuje się pragnienie niektórych liberalnych katolików, aby różnej maści „tradycjonaliści” współpracowali ze sobą przeciwko modernistom pod jednym szyldem szeroko pojmowanej „Tradycji”, odstawiając to, co ich różni na bok. Te różnice są tak istotne, dotykają samego sedna wiary, więc taka jedność nie jest w ogóle możliwa do zrealizowania w obecnych okolicznościach.

Pomimo tego poważnego kryzysu w Kościele instytucja założona przez Chrystusa jako ciągłość Jego misji zbawczej w czasie i przestrzeni tu na ziemi nadal trwa i zachowuje wszystkie swoje przymioty. Ta sama wiara jest nauczana, te same sakramenty są sprawowane przez kapłanów wyznających integralnie wiarę, i choć w akcie, formalnie, brak jej Głowy Widzialnej, nadal rządzona jest przez Chrystusa, który sam zna zakończenie tej poważnej próby. Próby tym trudniejszej, bowiem „uderzono Pasterza i owce się rozproszyły” (cf. Mk XIV, 27), podczas gdy wiele wilków w owczej skórze grasuje i praktycznie cała hierarchia zamiast zdemaskować wrogów wiary ich uwiarygodniła, włącznie z ciągle pertraktującym z nimi abpem Lefebvrem, o którym pisze o. Noel Barbara (1910-2002), jeden z pionierów katolickiego oporu, że odstąpił od swojego powołania do obrony wiary i Kościoła („ECÔNE – koniec, kropka”). Podobnie, jak faryzeusze i uczeni w Piśmie najlepiej znali proroctwa i święte Objawienie Boże, a mimo to nie rozpoznali Mesjasza, a nawet go odrzucili, tak też praktycznie cała hierarchia i teologowie, którzy w najwyższym stopniu posiadali świętą naukę, „nie poznali czasu nawiedzenia swego” (cf. Łk. XIX, 44) i nie demaskując wroga przyczynili się w najwyższym stopniu do sukcesu i utrwalenia się soborowej rewolucji.

Bowiem tym, na czym na pewno najbardziej zależy modernistom, to uwiarygodnienie, utrzymanie wszystkich, złych i dobrych, w fałszywym mniemaniu iż są Kościołem i przemawiają w imieniu Chrystusa. Jest to jeden z wniosków wyciągniętych z sytuacji już u zarania katolickiego oporu wobec soboru i jego reform. Jak to ujął jeden z pionierów tego oporu, niekiedy wspominany we francuskich środowiskach „tradycjonalistycznych”, O. Roger Tomasz Calmel OP (1914-1975):

„Pozwólmy nauczaniu objawienia przekonać nas głęboko, że Rzym, pewnego dnia, zostanie uzdrowiony; że pozorny kościół zostanie wkrótce zdemaskowany [jako nie posiadający] autorytetu. Natychmiast obróci się w proch, bowiem jego główna siła wywodzi się z tego, że jego wewnętrzne kłamstwo uznawane jest za prawdę, że nigdy nie zostało napiętnowane od góry.” (pismo „Itinéraires”, maj 1973 r., tłum. własne za: catholique-sedevacantiste.com)

Otóż zachowanie integralnej wiary katolickiej dziś, tu i teraz, oraz publiczne świadectwo tejże wymaga demaskowania fałszywego autorytetu modernistów, ale oczywiście nie ogranicza się do tego. Pociąga za sobą pewne nieuniknione konsekwencje, ale i zakłada pewne niezależne od okoliczności wymogi, wymogi ciągle aktualnego chrześcijańskiego powołania do doskonałości i świadczenia o prawdzie.

Katolik ma swoją wiarę znać odpowiednio do swojego wieku i umiejętności. Wynika to już z samej rozumnej natury ludzkiej, która ma znać swego Stwórcę i Pana oraz prawdziwą religię przezeń objawioną. Formacja religijna i doktrynalna nie powinna się zatrzymać na samym katechizmie, który jest oczywiście podstawą, ale powinna obejmować na drugim miejscu apologetykę oraz magisterium Kościoła przeciwko błędom nowoczesnym, zwłaszcza modernizmowi (Pascendi św. Piusa X), a w miarę zdolności i czasu także i inne dziedziny i nauki. Na czytanie dobrych książek prawdziwy chrześcijanin powinien mieć czas codziennie, ale pogłębianie wiedzy i kształtowanie sprawności intelektualnych powinno być systematyczne i poważne, a nie „ciekawskie” i chaotyczne. Ponadto, poznanie zwłaszcza antyliberalnej i ultramontańskiej szkoły z XIX wieku i początku XX okaże się skutecznym antidotum nie tylko na błędy liberałów i modernistów, ale i indultowców oraz lefebrystów.

Skrupulatna wierność obowiązkom stanu powinna być podstawą owocnego apostolatu zarówno duchownych jak i świeckich. Świętość bowiem polega przede wszystkim na tej wierności, a wszystkie nasze zdolności ludzkie będą dzieki temu prawidłowo uporządkowane. Pamiętać o tym powinni przede wszystkim różni „aktywiści” o niepohamowanych zapędach do działania i pisania, przy jednoczesnym zaniedbaniu podstaw, przez co często kompromitują wiarę i prawdziwie katolicką postawę wobec soborowego modernizmu.

Oczywiście należy opierać formację umysłu i wszystkie swoje przedsięwzięcia na wytrwałej pracy nad życiem duchowym, którego środki są doskonale znane każdemu chrześcijaninowi: życie sakramentalne, modlitwa, rekolekcje, lektura duchowa. Bez tego nie sposób być dobrym apostołem na służbie prawdziwej wiary w czasach, gdy jest ona tak zapalczywie atakowana i tak wyjątkowo zagrożona.

Taki program winni wdrażać katolicy w czasach obecnych, aby skutecznie stawić opór modernistom i tak wygląda pełna katolicka odpowiedź na kryzys w Kościele.

Pelagiusz z Asturii