Pan Jakub Śpiewak, do niedawna prowadzący fundację pod nazwą Kid Protect, co to teoretycznie miała zajmować się ochroną dzieci przed rozmaitymi niebezpieczeństwami, a zwłaszcza – walką z pedofilią – właśnie oświadczył, że “przeprasza” i “wycofuje się” z życia publicznego. Natychmiast rozległy się pochwalne cmokania, m.in. ze strony pana prof. Janusza Czapińskiego, który chwali pana Śpiewaka za “odwagę cywilną” i w ogóle. Przypomina to opisy z książki “Życie towarzyskie  i uczuciowe” Leopolda Tyrmanda, a w szczególności niezwykle aktualne i dzisiaj uwagi pana Edka: “Wszyscy uważają teraz, że błądzić to ludzkie, to piękne, to świadczy o tęsknotach i wysiłkach. Przecież muszą się jakoś bronić! A jak się bronią, to mają nowy temat i za to, że błądzili, a teraz przestali i o tym napisali, otrzymują nowe mieszkania, nowe podróże na festiwale filmowe za państwowe pieniądze, nowy przepis na robienie kogoś z nikogo”. Z “nikogo”? Oooo, co to, to nie! Gdyby pan Jakub Śpiewak był “nikim”, to – po pierwsze – czy pan prof. Czapliński by go dzisiaj obcmokiwał? O tym nie ma mowy choćby dlatego, że by o nim nie wiedział. Tymczasem pan Jakub Śpiewak bynajmniej nie jest “nikim”, tylko bratankiem pana prof. Pawła Śpiewaka, dyrektora Żydowskiego Instytutu Historycznego. Nie trzeba zatem, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy Żydów nosi się na rękach, dopiero “robić” z niego “kogoś”, bo, że tak powiem, “zrobiony” został odpowiednio już od poczęcia.

Otóż rzecz jest taka, że pan Jakub Śpiewak, młodociany “specjalista od public relations”, a zarazem “pedagog”, plątał się najpierw to tu, to tam, aż w 2002 roku natrafił na złotą żyłę. Wiadomo bowiem, jaką złotą żyłą mogą być tak zwane “organizacje pozarządowe” – oczywiście jeśli potrafią zapewnić sobie nie tylko stosowną kryszę, czyli forsiastych i wpływowych protektorów, ale również wymyślić chwytliwy bajer. Wtedy forsa – głównie zresztą rządowa – płynie do nich drzwiami i oknami, dzięki czemu szczęśliwi pomysłodawcy mogą sobie nie tylko wygodnie żyć aż do śmierci, ale przede wszystkim – zażywać reputacji autorytetów moralnych. Tedy pan Śpiewak założył fundację Kid Protect, stanął na jej czele i zaczął kaptować sponsorów. Ze strony internetowej fundacji wynika, że na czele jej “przyjaciół” znajduje się Ministerstwo Edukacji Narodowej, Pełnomocnik Rządu do spraw Równego Traktowania oraz Rzecznik Praw Dziecka – operetkowe instytucje, które na dobry porządek należałoby natychmiast rozpędzić – ale pieniądze to już mają prawdziwe. A któż nie da pieniędzy, zwłaszcza państwowych, na ochronę dzieci przed czyhającymi na nie, szczególnie od pedofilów, niebezpieczeństwami? Takiego szubrawca bez duszy, takiego twardziela u nas nie ma, więc nietrudno się domyślić, że zarówno z powodu przynależności pana Śpiewaka do wiadomej arystokracji, jak i chwytliwego bajeru, forsa zaczęła płynąć do fundacji szeroką strugą.

Jak szeroką? Tego niestety ze sprawozdania finansowego wyczytać niepodobna i to nie tylko dlatego, że ostatnie pochodzi z 2010 roku, ale przede wszystkim dlatego, że przypomina ono sprawozdanie finansowe, jakie dla austriackiego Ministerstwa Wojny sporządził był generał Galgoczy. Jako zarządca Bośni i Hercegowiny otrzymał fundusz dyspozycyjny w wysokości 3 mln koron. Kiedy minister poprosił go o wyliczenie się z tego funduszu, posłuszny generał Galgoczy napisał: “dostałem trzy miliony koron – wydałem trzy miliony koron”. Minister uznał to za zbyt lakoniczne i domagał się obszerniejszych informacji, więc generał Galgoczy napisał: “dostałem trzy miliony koron – wydałem trzy miliony koron – kto nie wierzy, ten jest osioł”. Na to obrażony minister poskarżył się cesarzowi, zaś Franciszek Józef, przeczytawszy uzupełnione sprawozdanie, odparł: “ja wierzę”. Więc na podstawie tego sprawozdania nie można dowiedzieć się, kto i ile forsy przekazał fundacji. W tej sytuacji musimy kontentować się wydatkami, jakie pan Śpiewak z tych pieniędzy poniósł – niestety tylko w ostatnim roku. Okazało się, że 30 tys. złotych wydał na ubrania, 6 tys. – na perfumy i zegarki, 4 tys. – na leki i książki, 3 tys. – na oprawki do okularów, a 6 tys. – na wakacje z panienką w Turcji. Nie byłoby się czym ekscytować, gdyby nie to, że poza tym z bankomatów wypłacił sobie w ostatnim roku co najmniej 170 tys. złotych. W sumie daje to grubo ponad  200 tys. złotych na rok. Daj Boże każdemu – ale musimy pamiętać, że takie pieniądze ktoś panu Śpiewakowi dał i według wszelkiego prawdopodobieństwa były to operetkowe  instytucje państwowe, stojące w pierwszym szeregu “przyjaciół” Fundacji Kid Protect. Skoro tak, to  nic dziwnego, że “organizacje pozarządowe” mnożą się u nas jak króliki – bo któż, zwłaszcza w tych ciężkich czasach, nie chciałby sobie dobrze wypić i smacznie zakąsić na koszt Rzeczypospolitej? Ciekawe, ile doją “antyfaszyści” i walczący z “homofobią” – bo przecież nie wytrzepują sobie forsy z bananów? Dzięki panu Śpiewakowi, którego pan prof. Czapiński, wraz z innymi członkami stada autorytetów moralnych, właśnie obcmokuje za “odwagę cywilną”, możemy zorientować się przynajmniej w skali zjawiska – a to wystarczy, by uznać, że nie ma tego złego, co by na dobre ni